- Opowiadanie: Yldreth - Czerwony Tarot

Czerwony Tarot

Zainspirowany formą “Piętnastu malowanych kart z wampirzego tarota” autorstwa Neila Gaimana, uznałem, że to za dobre, żeby odpuścić. I tak oto powstał “Czerwony Tarot”

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Czerwony Tarot

21. Świat

Miasto, które było Bestią. Jedno z tych, które budziły się o zmroku, by, niczym wampir, wyssać ze swoich mieszkańców pieniądze, nadzieję, życie.

I kiedy już myślałeś, że wszystko jest dobrze, że już nic się nie stanie, Miasto znowu się budzi i wszystko zaczyna się od nowa, z jedną różnicą: tym razem Miasto już wie co boli cię najbardziej.

 

10. Koło Fortuny

Szedł powoli, krokiem metronomu przemierzając chodnik. Rozpędu zdawał mu się nadawać napęczniały piwem, opasły brzuch. Był już dawno po pracy, zapewne w jakimś podłym magazynie przy porcie lub też czymś w tym rodzaju, bo cały śmierdział rybami. Niedogolony i niedomyty, prezentował się jakby od wielu dni nie słyszał nawet o łazience, co zresztą mogło być prawdą. Właśnie wyszedł z, a może jednak zmierzał do podrzędnego baru albo klubu nocnego, gdzie nikt nie miałby oporów przed wpuszczeniem go. Było niewiele takich miejsc i nie cieszyły się żadnym z jasnych rodzajów sławy, ale były tam mimo wszystko. W Redwater, jeśli szukało się w odpowiednich miejscach, można było znaleźć wszystko. Może szukał miejsca, gdzie za odpowiednią sumę, mógłby zabawić się z jakąś jedenastolatką, tak samo jak z tą małą blondyneczką w zeszłym tygodniu?

Odwraca się na dźwięk tłuczonego szkła w alejce po drugiej stronie ulicy. Jego oddech delikatnie przyspiesza, źrenice rozszerzają się niemal niezauważalnie.

Pierwszy nóż trafia go w zgięcie prawego kolana. Gdy ze zduszonym krzykiem przewraca się na ziemię, drugi podrzyna mu gardło, szybkim, ale głębokim cięciem. Jego głos zastyga, w opętańczym bulgocie zalany jego własną krwią.

Zabiera mu tylko portfel.  

 

9. Starzec

Po czterdziestu siedmiu latach uczciwej pracy dla tej kobiety, oto co miał Stary Dobry Joey, miał gówniane zarobki, zagrzybione mieszkanie, kulawego psa, paranoiczny lęk przed cieniami i trzy paczki bez filtra dziennie. Stary Dobry Joey z całego serca nienawidził tej pracy. Niby nic trudnego, po prostu durnowata księgowość, ale potrafiło to człowieka wykończyć, mimo wszystko. Niewiele jest rzeczy, które po nieustannym wykonywaniu przez czterdzieści siedem lat, nie wykończą człowieka. A księgowość mafii, to dopiero męcząca zabawa. Może nie tyle mafii… To co ukształtowało się wokół Matuszki, albo jak mówili niektórzy, Dobrej Matki Nocy, można było nazwać mafią, ale równie dobrze można to było nazwać sektą. Dziecięcą sektą.

Jak to lubił mawiać Stary Joey, “przyszedł jego czas w miesiącu”. Raz na miesiąc, z reguły na samym początku, Matuszka wymagała od niego raportu strat i przychodów. Były to najstraszniejsze doświadczenia jego życia.

Pokój, albo i sala tronowa, gdzie przyjmowała Matuszka był zaciemniony, jedyne światło stanowiły dwa kandelabry ze świecami, po jednym przy obydwu stronach drzwi, a niewielka plama światła jaką dawały oświetlona jedynie kilka metrów dookoła drzwi, a nawet i to dość licho.

Stał więc, w tej karłowatej plamie światła, wpatrując się w przelewającą się i wibrującą czerń przed nim, próbując nie słyszeć szeptów, które z niej dobiegały.

-No to tak… – Przejechał po wysuszonych wargach językiem. -Na bimbrowni przy Lute Street, jak zawsze zysk, o jakieś sześć procent większy niż ostatnio. Wszyscy z pięćdziesięciu czterech klientów wpłacili haracz w terminie. Stratni byliśmy na klubie nocnym przy Grumhedge, po nalocie policji, ale szybko to odbijemy, po prostu któryś z nowych musiał zapomnieć złożyć łapówki w komisariacie.

I tak kontynuował swoją litanię, jąkając się i pocąc, przez dobre pół godziny. Gdy skończył, wziął głęboki wdech i czekał. W zasadzie sam nie wiedział na co.

W końcu, gdy już myślał, że jest już wolny, z ciemności wyszło dziecko – drobny, kilkuletni blondynek. Stał tam przez chwilę, jakby próbując sobie przypomnieć co miał powiedzieć.

-Mama mówi, że dobrze. – wydusił w końcu.

Joey kiwnął kilka razy głową, a kiedy dziecko z powrotem weszło w cienie, on zgiął się w ukłonie i wyszedł z pokoju tyłem.

Długo szedł przed siebie i kluczył korytarzami budynku, zanim przestało mu się wydawać, że cienie go obserwują. Dygoczącymi palcami wyjął z paczki szluga i odpalił go drugą zapałką, po tym jak pierwsza wypadła mu z rąk.

-Cholera jasna… – mówił do siebie, a przynajmniej taką miał nadzieję. – Najgorsze jest to, że w życiu nie zapytam się tego o emeryturę…

 

15. Diabeł

Mężczyzna siedział na łóżku. Sam już nie wiedział czy płakał, czy może jednak łzy skończyły mu się już dawno temu. W rękach trzymał zwój liny, kupionej kilka godzin temu w sklepie budowlanym. Jasnozielona, gruba i, wedle zapewnień sprzedawcy, mocna.

W końcu wstał, z kuchni przyniósł krzesło i nagle zatrzymał się w pół ruchu. Uświadomił sobie, że nie ma nawet gdzie zaczepić liny, a kabel od lampy go nie utrzyma.

Usiadł na krześle i znów zaczął płakać. Wtedy odezwał się głos.

-I co masz zamiar z tym zrobić?

Podniósł spojrzenie. Na łóżku, gdzie przed kilkoma chwilami siedział on, siedziała teraz nieznajoma kobieta.

-Całe twoje życie się posypało, prawda? Straciłeś wszystko i nic z tego nie zależało od ciebie, nie mogłeś nic zrobić?

Bez słowa pokiwał głową. Oszalał? A może był już martwy?

-Chcesz to wszystko skończyć… Biedactwo, prawda?

Kobieta wstała i podeszła do niego. On również wstał. Złapała go za ręce, a potem objęła delikatnie, jak matka.

Gdy odsunęła się i puściła jego dłonie, trzymał w nich niewielką buteleczkę bez etykietki. W środku stukało cicho kilka pigułek.

Kobieta odwróciła się i skierowała w stronę wyjścia z mieszkania. Nie odwracając się powiedziała jeszcze:

-Nie umiałeś żyć, więc chociaż umrzyj porządnie.

 

0. Głupiec

Wszyscy jesteśmy głupcami.

 

18. Księżyc

Biegnie przez pole, potem przez las. Kształty rozmywają się w monotonne smugi, barwy zlewają w statyczną szarość. Nie czuje wiatru, ani chłodu, jedynie pocałunki Księżyca na skórze. Gdy wypada na autostradę i w oddali dostrzega coś co pędzi niczym ono samo, w jego stronę, obnaża zęby i wyskakuje w powietrze, rozrywając je swymi szponami. Gdy już krwawi, a maszyna leży obok drogi, syci się swoim posiłkiem. Rozpruwa skórę i eksploruje wnętrzności swym długim jęzorem. Wyrywa serce i nasycone swymi łowami, wyje do swojej bogini. Powoli wraca potem do swego leża, krwawiąc krwią swej ofiary.

Następnego dnia, gdy już tego nie ma, sprawdzam kogo zabiło. A potem, najciszej jak tylko mogę, przynoszę na grób czerwony kwiat.

A potem…

 

3. Cesarzowa

Widzieliście kiedyś atakującego grzechotnika? Z jednej strony ścina jaja na twardo, ale trza przyznać jednak było to w jakiś sposób cholernie piękne, co nie?

Tak właśnie ruszała się Lois. O Boże, jak ona się ruszała. Kiedy wychodziła na podest, kiedy po raz pierwszy tego wieczoru złapała w swoje rączki rurę, wszyscy faceci na sali wstawali z siedzeń i krzyczeli: “Lois! Lois! Lois!”. Blond włoski, tyłek jak z rozkładówki królika, skóra jak u aniołka i te piersi… Tyle powiedzieć, że faceci krzyczeli nawet długo po tym jak skończyła swój występ. Lois każdego wieczora występowała tylko raz. W zasadzie to chwała za to, bo pewnie byśmy się wszyscy o nią pozabijali, (a dość powiedzieć, że co drugi pod stołem ma gnata) gdyby dłużej tańczyła.

Tego wieczora miała wdzianko Pani Komandos – moro stringi, moro stanik, moro hełm i zabytkowa Cobra .38 przy pasku, nie naładowana, bo i po co. Gdyby tylko która z tych mend próbowała się do niej zbliżyć, ja tu siedziałem i pilnowałem Lois, i ona to wiedziała, bo mrugała do mnie na koniec każdego tańca. Tylko do mnie. To i po co ma ładować, jak nie ma po co.

Zaczęła bez fajerwerków, ot cicha muzyka, przygaszone światła, trochę kręcenia dupą. I tak krzyczeli. Dopiero kiedy nuta przyśpieszyła i poleciała ostra perkusja, dziewczyna nagle znalazła się na rurze, w szpagacie nogami do góry. Potem było już tylko lepiej.

Zanim dopiłem trzeciego drinka, Lois już skończyła. Zeszła z podestu, machając biodrami, a gdy już miała zniknąć za kurtyną, obróciła się i mrugnęła do mnie. No. Nie zapomniała.

W tym samym momencie jeden z dzieciaków z bogatych rodzin, taki który przychodził tu, bo myślał, że jak jego starzy są bogaci to nic mu się nie stanie, sięgnął do niej i złapał Lois za kostkę. Od razu strzepnęła jego łapę, ale już sięgał znowu.

– Chodź mała, przejdziemy się dooOO KURRRWA!!!

Zanim zdążył dokończyć zdanie, ja już odstrzeliłem mu palce moim Magnumem .500. Zabawka ma taki rezon, że jego dłoń była wszędzie dookoła, ale Lois nie drasnąłem, nawet nie tknąłem. Dobrze strzelam.

Mała spojrzała na mnie i jeszcze raz mrugnęła, tym razem z uśmiechem. Ale ja kocham tą dziewczynę, no nie da się inaczej.

Kiedy Lois zniknęła za kotarą, gnojek podniósł się i trzymając za resztki dłoni krzyknął do mnie:

– Odstrzeliłeś mi rękę! Urwę ci jaja, przysięgam!

Po barze znowu rozległ się wystrzał i krzyk gówniarza.

– No chyba zębami.

Młody nie odpuszczał. Krzyknął do swoich ziomków, którzy jak na razie byli zbyt zesrani, żeby cokolwiek zrobić. Machał dwoma kikutami i wygrażał się, a oni wyjęli swoje gnaty. Zanurkowałem za bar, zanim zaczęli strzelać.

Magnum Magnumem, ale czternaście na jednego rzadko kiedy się opłaca.

W tym momencie do rozróby dołączyli inni stali bywalcy, tacy jak ja. Swój broni swojego, to trza przyznać.

Barman wyciągnął strzelbę i w dwóch strzałach rozłożył pierwszego smarkacza.

Wykończyłem swój magazynek na dwóch kolejnych i na tym skończyłem, nie miałem ochoty, ani kasy marnować kolejny.

Naboje latały i roztrzaskiwały wszystko dookoła, a ja spokojnie uchyliłem drzwi za barem, wyjście dla obsługi.

Nic tam po mnie.

Gdy wyszedłem, księżyc wisiał nad miastem i śmiał się wszystkim prosto w twarz. Obiecuję, że kiedyś gnoja też zestrzelę.

Przy wyjściu z uliczki, zasyfionej i zaśmierdziałej od niewywożonych śmieci, stała Lois. Szczęśliwie się składa, pomyślałem i poszedłem w jej kierunku.

Dopiero w połowie drogi zauważyłem, że Lois nie stoi sama. Na przeciw niej stało dwóch podejrzanych typów, a za nimi stał czarny samochód, pewnie z kilkoma kolejnymi.

Podszedłem jeszcze bliżej, żeby usłyszeć o czym rozmawiają, ale na wszelki wypadek zostałem w cieniu.

– Szef nie będzie zadowolony, dziunia.

– Co ja ci poradzę, mówię, że mnie okradli!

– Dziunia, ale to już trzeci raz. Szef ani trochę nie będzie zadowolony.

– Wiem, ale i tak musicie mi zapłacić! Przecież część przyniosłam!

– Oj dziunia, dziunia. Myślisz, że to takie łatwe? Szef będzie cholernie zły.

– Cholernie. – potwierdził drugi zbir.

– Zamknij się, Jorge, nie klnij przy pani.

– Obiecuję wam, że następną dostawę sprowadzę całą, naprawdę!

– Niby tak, ale nadal pozostaje pewna kwestia, dziunia… No bo, że przyniosłaś tylko część… To widzisz, dziunia, resztę musisz odrobić.

Obydwaj uśmiechnęli się paskudnie. Jorge, ten niższy, złapał Lois za rękaw i szarpnął do samochodu, a drugi otworzył drzwi. Lois zaczęła krzyczeć i szarpać się. Powiedziałem, że w międzyczasie zmieniłem magazynki?

Jorge dostał dwie kulki w brzuch i trzecią w brzydką gębę, a ten drugi skończył tylko z jedną w mózgu. Zanim ci z samochodu zdążyli odjechać, wystrzeliłem dwóch z tylnego siedzenia, a kierowcę wywlokłem na chodnik i przycisnąłem butem do ziemi.

– W dupie mam kim jest twój szef, nie będzie więcej sprawiał problemów Lois, jasne?! – drę się mu prosto w twarz. Kiwa gwałtownia głową, stracił chyba głos ze strachu. – No. To teraz leć mu to powiedzieć. – Strzelam mu w kolano. – W podskokach.

Odwracam się do Lois.

– Nic ci nie jest, dziewczynko?

Uśmiecha się tym swoim uśmiechem i zarzuca mi ręce na szyję.

– Nic mi nie jest. Dzięki za pomoc…  – uśmiecha się jeszcze piękniej, ta dziewczyna doprowadza mnie do szaleństwa.

– Johnny. Johnny jestem, pamiętasz co nie?

– Ah, tak, pewnie. Może chciałbyś mnie odprowadzić do domu?

Powiem tak – zajebiście głupie pytanie.

 

Następnego rana, jak się obudziłem, Lois już nie było. Może za dnia też pracowała?

Ubrałem się, popatrzyłem jeszcze trochę na jej bieliznę rozrzuconą dookoła łóżka i też wyszedłem.

Kiedy schodziłem w dół ulicy, zauważyłem kątem oka jak kawałek za mną zatrzymuje się czarny wóz, podobny do tego z wczoraj. Nagle cios metalowym kijem bejsbolowym zwala mnie z nóg. Potem kolejny i kolejny, a potem przestaję liczyć. W końcu przestają, chyba jest ich kilku.

– W dupie mam kim jesteś, nie będziesz więcej sprawiał problemów mojemu szefowi i nie zbliżysz się już do Lois, jasne?

Nie czekał na odpowiedź. Wsiedli do wozu i odjechali, zanim zdążyłem odzyskać ostrość wzroku.

Podniosłem się powoli, opierając się o ścianę budynku. Wszystko mnie bolało, od dawna nikt nie spuścił mi takiego łomotu. Moje ciało było jednym, wielkim, pulsującym guzem, ale w głowie kołatał się tylko jedna myśl:

Gdzie jest Lois?

 

Grzechotniki to takie przebiegłe bestie, co to ładne, szybkie, ale jak raz usiecze, to już po tobie.

Koniec

Komentarze

Niechętnie komentuję teksty, których autorzy ignorują komentarze czytelników. Chciałam wkleić link do poradnika dotyczącego zapisu dialogów, ale zauważyłam, że pod innym Twoim tekstem sporo osób zwróciło na to uwagę i ten link też Ci podano. Dalej zapisujesz dialogi źle.

Nie czytałam “Piętnastu malowanych kart…”, nie wiem więc, jaki efekt chciałeś osiągnąć. Mnie w każdym razie Twoje opowiadanie nie zassało. I to tyle, bo chyba uwagi Cię niezbyt interesują.

Przeczytałam. Nie zrozumiałam.

Tym razem powstrzymam się od dodania łapanki, bo zorientowałam się, że uwagi czytelników nie są Autorowi do niczego potrzebne.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładnie odmalowane, intensywne i przerysowane jak w komiksie sceny (przywodzą na myśl Sin City), ale napisane w niedopracowany sposób. Ostatnia najmniej mi się podobała (ma też najwięcej błędów), a najbardziej 9.

 

[…] a niewielka plama światła, jaką dawały, oświetlona jedynie kilka metrów dookoła drzwi, a nawet i to dość licho.

 

-[+spacja]No to tak… – Przejechał po wysuszonych wargach językiem. –[+spacja]Na bimbrowni przy Lute Street, jak zawsze zysk […]

W dalszej części jeszcze kilka razy to samo.

 

-Mama mówi, że dobrze[-.] – wydusił w końcu.

 

Gdy wypada na autostradę i w oddali dostrzega coś[+,] co pędzi niczym ono samo[-,] w jego stronę […] Co do drugiego przecinka nie jestem pewien.

 

[…] wyskakuje w powietrze, rozrywając je swymi szponami. Gdy już krwawi, a maszyna leży obok drogi, syci się swoim posiłkiem. Rozpruwa skórę i eksploruje wnętrzności swym długim jęzorem. Wyrywa serce i nasycone swymi łowami, wyje do swojej bogini. Powoli wraca potem do swego leża, krwawiąc krwią swej ofiary.

 

Z jednej strony ścina jaja na twardo, ale trza przyznać jednak[+,] było to w jakiś sposób cholernie piękne, co nie?

W ogóle dziwnie skonstruowane gramatycznie.

 

Ale ja kocham dziewczynę, no nie da się inaczej.

 

Dopiero w połowie drogi zauważyłem, że Lois nie stoi sama. Na przeciw niej stało dwóch podejrzanych typów, a za nimi stał czarny samochód, pewnie z kilkoma kolejnymi.

 

Kiwa gwałtownia głową, stracił chyba głos ze strachu.

 

Uśmiecha się tym swoim uśmiechem i zarzuca mi ręce na szyję.

Nigdzie nie jest wspomniane jakim.

 

Johnny jestem, pamiętasz[+,] co nie?

 

A[+c]h, tak, pewnie.

 

Nagle cios metalowym kijem bejsbolowym zwala mnie z nóg. Potem kolejny i kolejny, a potem przestaję liczyć.

Trudno uwierzyć, że w takiej sytuacji, choćby przez chwilę zajmował się liczeniem uderzeń.

 

[…] ale w głowie kołatał się tylko jedna myśl […]

Hmmm. Kilka scenek, które nie chcą mi się połączyć w sensowną całość.

Zapis dialogów do remontu, ale o tym już chyba wiesz.

Pierwszy nóż trafia go w zgięcie prawego kolana. Gdy ze zduszonym krzykiem przewraca się na ziemię, drugi podrzyna mu gardło, szybkim, ale głębokim cięciem. Jego głos zastyga, w opętańczym bulgocie zalany jego własną krwią.

Zabiera mu tylko portfel.  

Pytanie za sto punktów: co jest podmiotem w każdym zdaniu?

Babska logika rządzi!

Napisane dość słabo – liczne usterki, w większości wskazane już powyżej i przy wcześniejszych tekstach (jak widzę, bez odzewu). Dodać mogę, że zmieszane są czasy narracji, a ja nie dostrzegam uzasadnienia dla takiego zabiegu, raczej wygląda to na pewną niedbałość.

Do tego pokazałeś scenki, które nijak nie układają mi się w jedną całość. Fantastyki też tu nie widzę. 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Gdzieś już przeczuwałem, że będzie fajnie, a potem doczytałem do końca i uznałem, że najsłabszy Twój tekst. Kilka scenek, które nijak się ze sobą nie łączą. Domyślam się, że chciałeś przedstawić kilka historii, ale żadna nie jest chociażby dobra, bo do niczego nie prowadzi. Wyszły tylko scenki. Scenki bezsensowne. 

Technicznie nie powala.

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Zbiór scenek, z których parę było nawet ładnie odmalowanych. Niestety poza tym, nic nie ruszyło. Niebo pozostało bez fajerwerków.

A sam koncept rozdziałów w oparciu o karty nietuzinkowy, tylko niestety nic więcej z niego nie wynikło. Szkoda.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Czytało mi się dobrze, ale jestem zmuszony zgodzić się z innymi: scenki nie łączą mi się w żadną całość poza tematem 'złego' miasta.

Za mało, żeby powstała spójna całość, jest to raczej zbiór impresji, które nawet jeśli same w sobie są ładne, nie niosą ze sobą nic więcej.

Ciekawe scenki, szkoda tylko, że nie łączą się w całość. Czytałem też poprzednie opowiadanie i widać, że trzymasz poziom. Podobało mi się, choć nie bez uwag. Ostatnia karta słabiutka, z błędami w logice. Nikt po odstrzeleniu dwóch dłoni nie chodzi, dawno leży nieprzytomny, zadziwia mnie, jak ludzie potrafią pomijać zwykłą fizjologię i ból. Johnny zabija kilku gości jakiegoś bosa, a jego tylko biją? Coś mało wiarygodne.

Tak na podsumowanie – przemyśl wnikliwiej kryminał (jeśli już się zabierasz), pisz dalej mroczne scenki, są wciągające.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ciekawy pomysł, ale faktycznie szkoda, że scenki nie są ze sobą powiązane, choć pewnie ciężko byłoby to zrobić.

Kilka scenek zamiast opowiadania.

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka