- Opowiadanie: TheDude - Sąsiedzi

Sąsiedzi

Temat tak mocno oklepany, że ciężko o jakieś nowe ujęcie. Ale i tak mnie skusił... Ciekaw jestem co z tego wyszło. 

 

Uwaga, uwaga, z cyklu na okładce małym druczkiem... Próba strawienia prawą stroną żołądka może skończyć się ciężką niestrawnością;) 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Sąsiedzi

Ten dom wybudował tato. A przynajmniej tak twierdzili rodzice. Jak patrzę, to z zewnątrz prawie nic się nie zmienił. Oczywiście na parterze są inne sklepy, okna już kilka razy wymieniono na nowe, ale… zresztą sami zobaczcie. To przecież wciąż te same schodki. Pamiętam, jak poprawiali je murarze, bo mamusia narzekała, że są jakieś wąskie. A widzicie to wgłębienie? To przecież odcisk palca kuzyna Jakuba. Podobno zostawił go tu tak dla zabawy. Mnie przy tym akurat nie było, ale tak mówili. Słyszycie? Nawet drzwi podobnie skrzypią. Tam, za nimi, w rogu, lubiliśmy się kryć, a potem straszyć wchodzących. Świetna zabawa! Musicie kiedyś spróbować. O, idzie pani Halina… Przepraszam, ale pani Halina nie lubi jak tak nimi ruszam. Chodźmy lepiej na drugą stronę ulicy.

A widzicie ten balkon na rogu? To tam tatuś palił cygara – te takie długie, grube papierosy. Oj, tyle tych wspomnień. Muszę uważać, bo, jak to mówi pani Halina, można się wzruszyć. Nie, tatusia już tu nie ma. Ale wciąż są aniołki na ścianie! Widzicie?! Po obu stronach tamtych drzwi, takie z trąbkami przy ustach. Tatuś kazał je zrobić na prośbę mamy. Podobno miały strzec mnie przed całym złem tego świata. I jakby nie patrzeć, jakoś to wciąż działa…

Musimy być ciszej, bo pani Halina znów narobi rabanu. O! Już się patrzy… Jak coś zwęszy, to od razu wygina te stare, pomalowane szminką usta w coś takiego… Nie śmiejcie się. Zawsze była bardzo czepialska. Przez nią nie mogłam nawet po schodach biegać. Znaczy biegałam, tak jej na złość. Ale jak widzicie… nie skończyło się to najlepiej.

 

Wiecie, że kiedyś stał tam duży mur? Nie, nie taki murek jak ten… Ale mur! Prawdziwy mur! Tak duży, że nie było widać, co jest po drugiej stronie. No, może było widać tylko piekarnię państwa Kuźniaków. I to właśnie chyba przez ten mur wszystko zaczęło się zmieniać. Tatuś przestał palić cygara, mamusia częściej się złościła i takie tam… I pamiętam, że oboje zaczęli powtarzać, że wszystko będzie dobrze. O co im chodziło? Szczerze to nie wiem do dzisiaj. Przecież wcale nie było tak źle! Powiem wam więcej, było chyba nawet lepiej jak teraz. Czy ja się nie martwiłam? A o co? Może trochę o Koziołka Matołka, a bo, jak to mówił tatuś, zawsze musiał wpakować się w jakieś kłopoty. A tak to chyba nie… Nie czytaliście przygód Koziołka Matołka? Ooo… A powinniście! Ja nie mogłam zasnąć, dopóki nie usłyszałam, co u niego słychać. Tatuś nie miał wyboru. Siadał i czytał… Choć potem się to niestety zmieniło. Może jednak wtedy zaczęłam się martwić… Tak, szczerze mówiąc, to tatuś trochę zdziwaczał. Do dziś nie wiem czemu wynosił te wszystkie rzeczy z domu i po co naspraszał tylu gości. Wcześniej mieliśmy kilka pokoi dla siebie, a skończyło się tak, że musiałam spać z rodzicami w jednym łóżku. Ale co tam… Mamusia mówiła, że to dla naszego dobra. Wierzyłam jej. Mamusia była wspaniała.

 

Zaraz za tamtym oknem stało kiedyś moje łóżeczko. Przepraszam, że szepczę, ale państwo Kuźniakowie nie są tak głusi, jak mogłoby się wydawać. Kiedyś starsza Kuźniakowa przegoniła mnie po całym domu. Skryłam się dopiero w piwnicy. Teraz śpi tam ich prawnuczka. Wygląda na dobrą dziewczynę, ale po tej całej sytuacji z jej kuzynem wolę się już nie pokazywać. Wiedziałam, że mnie o to zapytacie. Ale dobra, opowiem. Chłopak bawił się w chowanego i zszedł do piwnicy. Zaczęłam z nim po prostu rozmawiać: skąd jest, co tu robi i takie tam… Potem na własne oczy widziałam, jak matka zlała mu dupsko za zmyślanie. Z początku było to nawet zabawne, ale potem zrobiło mi się go żal. Powiedział przecież tylko, że spotkał w piwnicy dziewczynkę w niebieskiej sukience, z pluszowym misiem w ręku. Nie kłamał. Zresztą jego mama o tym wiedziała. Przecież się znałyśmy. Skąd? Wszystko musicie od razu wiedzieć! Pewnego nudnego popołudnia dla żartu pokazałam się w szybie kredensu. Głupia byłam, ale raz się żyje. Wrzasnęła jak opętana, ale wyobraźcie sobie, że nawet nikomu o tym nie wspomniała. Czemu? A bo ja wiem… Dorośli jakoś tak nie lubią o mnie mówić. Przyzwyczaiłam się. I chyba dlatego jak już zagaduję, to przeważnie do rówieśników.

 

Czemu rodzice wyjechali? Może po prostu przestali mnie kochać? Nie no, żartuję. Nie wiem. Ale wszystko pamiętam jakby to było wczoraj. Tato zobaczył ciężarówkę, a potem wszyscy zaczęli krzyczeć. W tamtym czasie dorośli krzyczeli naprawdę dużo, na pewno częściej niż teraz, więc jakoś szczególnie się tym nie przejęłam, choć może… Zaraz dokończę, ale najpierw powinnam coś chyba jeszcze wtrącić. Tak mi się akurat skojarzyło… Tyle złego bowiem słyszałam o państwu Kuźniakach, jak sobie w ostatnim czasie spacerowałam. A to przecież bardzo przyzwoici ludzie! Naprawdę. Więc chciałabym ich tak trochę w obronę. Wiecie, jak zachowywali się nasi poprzedni sąsiedzi, ci z tego samego pokoju? To dopiero była hołota! Ciągle się kłócili, chleb z ręki potrafili wyrywać, a o czymś takim jak sztućce, to nie ma co nawet mówić… A u państwa Kuźniaków miłość zawsze była w domu! Uwierzcie. Spędziłam z nimi trochę czasu. Myślę nawet, że gdyby nie te głupie historie pani Haliny, to by mnie nie wyrzucili. Pani Tereska z początku była mi przecież bardzo przychylna.

W każdym razie to wtedy, jak pojawiła się tamta ciężarówka, tato wziął mnie pod pachę i zaniósł do piwnicy. Powiedział, że bawimy się w chowanego. Zwykle do zabawy musiałam go długo namawiać, ale co tam… Jak się bawimy, to się bawimy – pamiętam, że pomyślałam. Jak to mówi pani Halina, jak dają, trzeba korzystać, prawda? Byłam zaskoczona, że tato zna takie świetne kryjówki. Odsunął szafę, odgarnął kilka cegiełek i kazał się wczołgać do takiej małej wnęki. Powiedział, że to trochę potrwa, ale żebym tam na nich zaczekała, a potem dał mi cały bochenek chleba. Oczywiście, że się zdziwiłam. Tak naprawdę to do dziś nie wiem czym sobie zasłużyłam na tyle jedzenia… Co było potem? Potem tato znów ułożył te cegły, chyba przestawił szafę na miejsce i zrobiło się ciemno. Jak długo tam siedziałam? Nie wiem. Ale jak wyszłam, wszystko wyglądało już inaczej. Nie było muru.

 

Tam obok mojego pokoju jest salon. Ale to już nie ten sam salon – na ścianie nie ma przecież portretu dziadziusia. Wisi tam pewnie wciąż ten smutny pan z brodą, którego tak wszyscy lubią. Tak naprawdę to nie wiem za co – ja między innymi przez niego musiałam uciec z domu. Zresztą pamiętam, że kiedyś też straszono nim rodziców. Nie, uwierzcie… To raczej nikt miły. W salonie nie ma już też stolika, przy którym rodzice pijali kawę. Do dziś pamiętam ten biały, lśniący dzbaneczek, który wyglądał jak domek z dymiącym kominkiem. Eh… A zaraz koło stolika stała wysoka biblioteczka z oszklonymi drzwiczkami! Pamiętam… To z niej tato wyjmował Przygody Koziołka Matołka. Zresztą to też ciekawa historia. Ta biblioteczka zniknęła na jakiś czas z domu, ale potem wróciła z państwem Kuźniakami. Ustawili ją tylko gdzie indziej, no i inaczej nazwali. Tatuś trzymał w niej książki, ale państwo Kuźniakowie tyle chyba nie czytają i powkładali tam talerze. I tak biblioteczka tatusia stała się kredensem pani Tereski. Jak to mówi pani Halina, co kto lubi…  Pytacie o panią Halinę? Ona w ogóle zawsze dużo mówiła i to często bardzo dziwne rzeczy. Co takiego? Że to może przez ten chleb, który państwo Kuźniakowie sprzedawali, przez to złoto, że to jakaś klątwa… I takie tam. Pan Kuźniak długo się z niej śmiał, ale w końcu chyba niestety i on uwierzył.

 

Czy pytałam: gdzie są rodzice? Przez jakiś czas… i chyba nawet przy tym płakałam. Może rzeczywiście byłam za głośno. To wtedy pierwszy raz pani Halina doradziła pani Kuźniakowej, że trzeba coś z tym zrobić. Ale to było już później. Najpierw, gdy wyszłam z kryjówki, bardzo rozbolały mnie oczy. Światło wokół było tak intensywne. Zresztą do dziś mnie razi! Wyobraźcie sobie, że nie mogłam nic zrobić, łzy ciekły cały czas… Pewnie dlatego wolę spacerować w nocy albo przynajmniej tak jak teraz – po zmroku. Ciszej, spokojniej… Co się dziwicie? Gdy mieszkałam z państwem Kuźniakami, na dzień wracałam do piwnicy. Miałam tam przecież poczekać na rodziców. Tak umówiłam się z tatą, ale… Sami widzicie, że teraz to już wszystko wygląda inaczej.

 W każdym razie po wyjściu z kryjówki nie mogłam nikogo znaleźć. Z początku myślałam, że wszyscy wciąż bawią się w chowanego, ale dziś wiem, że to chyba nie tak. Nie chodziło tylko o rodziców. Gdzie był stary pan Izaak? Mały Mosze? Zawsze uśmiechnięta pani Estera? Chodziłam tak i wołałam. Ale dom był dziwnie pusty. Nie było nawet łóżek, a w niektórych pokojach brakowało desek w podłodze. Kto tak wszystko poniszczył? – zastanawiałam się. Pomyślałam, że rodzice mocno się wkurzą. Chyba nawet trochę się bałam, żeby podejrzenie nie padło na mnie. Wiecie, jak to jest… Pamiętam też, że w łazience pokaleczyłam się kawałkami rozbitego lustra. To akurat była moja wina. Chciałam się przejrzeć jak to księżniczka, a… resztę możecie sobie chyba wyobrazić. Przepraszam, że się śmieję, ale przypomniały mi się te wszystkie zabawy… Lustereczko, lustereczko powiedz przecież kto jest najpiękniejszy na tym świecie? Tak mi ciągle tatuś powtarzał! Oj, aż się zarumieniłam. Chyba mu trochę nawet wierzyłam. Jak wtedy wyglądałam? Nie, wcale nie jak śmierć, pan Kuźniak nie miał racji! Bardziej przypominałam Marysię, moją ukochaną porcelanową lalkę, którą dostałam od tatusia na urodziny. Byłam rzeczywiście tylko trochę brudna.

Pamiętam, że tamtego wieczora ze zmęczenia usnęłam na środku salonu. Nie wiem ile czasu spałam, w każdym razie gdy się obudziłam, nie byłam już sama. Usłyszałam głosy w sąsiednim pokoju. Ucieszyłam się, że to rodzice i od razu pobiegłam na powitanie. Ale to nie byli rodzice. Zobaczyłam dwóch panów. Wyglądali na bardzo zajętych. Chyba robili remont. No, wreszcie ktoś się tym zajął – pomyślałam. Jeden dłubał coś w podłodze, a drugi opukiwał młotkiem ścianę. Pamiętam też, co mówili:

– Żydy już nie wrócą.

Nie śmiejcie się, wcale nie żartuje, oni naprawdę mieli takie głosy.

– A jak wrócą?

– To już ich problem.

Tak stałam i patrzyłam, ale oni mnie chyba nie widzieli, bo rozmawiali dalej. I wtedy poznałam, że… jeden z nich to pan Kuźniak! Ale jak inaczej wyglądał. Kiedyś to tatuś często żartował, że pan Kuźniak to taki okrąglutki… A wówczas… Sama skóra i kości. Wyglądał jak jakiś strach na wróble! W każdym razie i tak ucieszyłam się na jego widok. Tatuś przed wybudowaniem muru tylko tam chodził po chleb, a mamusia i potem zawsze go pytała: co u państwa Kuźniaków? Ale wtedy tato nie odpowiadał już tak chętnie. Czemu? Nie wiem…

– Pan Kuźniak? – zapytałam w końcu.

Ale pan Kuźniak popatrzył na mnie jakoś tak nieprzyjemnie. Aż się przestraszyłam. Zrobił takie duże oczy, mamusia powiedziałaby, że jakby wręcz ducha zobaczył.

– Pan Kuźniak, prawda? – powtórzyłam więc.

A on wtedy bez żadnego powodu, odpowiedział tak bardzo brzydko:

– Spierdalaj stąd! Ale już!

Zdziwiłam się. Ale co miałam zrobić? Schowałam się w drugim pokoju. I pamiętam, że usłyszałam wtedy jeszcze tego drugiego pana:

– Kto to był?

A pan Kuźniak odpowiedział:

– A chuj wie.

Nie mam pojęcia czemu wtedy skłamał.

 

Czy rodzice zostawili tylko ten kredens? No dobrze, powiem wam coś, tylko pamiętajcie, że to tajemnica. Z chęcią bym wam pokazała, ale nie mogę już tam wchodzić. W salonie jest komoda, a w niej taka szuflada. Druga od góry, po prawej stronie. Pani Tereska trzyma w niej bieliznę, ale jak to określił pan Kuźniak, to tylko taka przykrywka. Poniżej, pod drewnianą płytką jest skrytka. Pan Kuźniak był bardzo dumny ze swojego pomysłu – nazwał go nawet podwójnym dnem. Myślał, że nikt się nie dowie, ale ja przecież widziałam… I muszę przyznać, że bardzo lubiłam tam zaglądać. Oczywiście w nocy, jak wszyscy spali. Co tam takiego było? A na pewno nikomu nie powiecie? No dobra. Diamentowa kolia i dwie złote bransoletki mojej mamusi. Raz nawet zapaliłam światło, by zobaczyć, jak ładnie połyskują. Nie widziałam nigdy nic piękniejszego, choć oczywiście jeszcze lepiej wyglądały na mamusi. Tak, pamiętam, jak je nosiła… To bardzo ładnie ze strony państwa Kuźniaków, że tak ich pilnują. Rodzice na pewno kiedyś za to wszystko im bardzo podziękują. Z drugiej strony, jak to mówi pani Halina: sąsiedzi przecież powinni sobie pomagać… Żeby nie było, ja też starałam się czasem odwdzięczyć. Stąd zresztą tamta sytuacja z oknem, którą jednak tak źle zrozumieli.

 

Państwo Kuźniakowie przyszli do naszego domu z walizkami już jakiś czas po tym, jak wyszłam z kryjówki. Oczywiście, że się ucieszyłam. Przecież nie chciałam być już sama. Wiecie, jak nieznośna jest taka cisza? Ale nie, tym razem nie wyszłam na powitanie. Czemu? A jakoś tak to się ułożyło. Chyba trochę wstydziłam się pana Kuźniaka – zwłaszcza po tym, co powiedział. Choć pierwszej nocy jeszcze się zastanawiałam. Poszłam nawet do pokoju, w którym spali. Stanęłam tuż obok łóżka i już chciałam zagadać, ale… znów usłyszałam ten nieprzyjemny głos pana Kuźniaka. 

– Teresa… Nie mówiłem ci jeszcze, ale ja chyba widziałem jedną z nich – powiedział. – Albo mi się cholera przewidziało…

– Kogo? – Pani Teresa miała za to bardzo miły, ciepły głos, którym nikogo nie mogłaby skrzywdzić.

– Jednego z tych żydków, znaczy jedną…

Nie przedrzeźniam go. Naprawdę tak mówił!

– Niektórzy się uratowali – odpowiedziała pani Teresa.

– Pamiętasz tę małą córkę Bernsteinów?

Prawie krzyknęłam z radości. A jednak mnie poznał! Od razu jakoś tak milej na sercu się zrobiło…

– Przecież sam ich wiozłeś furmanką na dworzec – powiedziała pani Teresa.

– Ale tak sobie przypominam, że tej małej tam cholera chyba nie było.

Nie wygłupiam się. Nie słyszeliście nigdy jego głosu? Naprawdę jest tak zachrypnięty…

– Boże, czuwaj nad jej duszą – odpowiedziała pani Teresa i pamiętam, że głośno ziewnęła.

To było o mnie. Miło, prawda? Ale pan Kuźniak się wtedy zdenerwował.

– Co ty, Teresa, cholera, opowiadasz – szepnął tak ze złością.  – Nie słyszałaś, że Żydzi wracają po swoje?! Znów chcesz mieszkać w chlewie? To nie był mój pomysł z tą przeprowadzką…

– Już się tak, dziobasku, nie denerwuj.

Naprawdę… dziobasku. Nie zmyślam. Pani Tereska często mówi tak do męża nawet jeszcze teraz, tylko oczywiście jak nikt nie słyszy. Ale wiecie, co pan Kuźniak na to?

– Nie widziałaś tej gówniary. Wyglądała jak śmierć!

To już nie było tak miłe…

– Ale skąd niby miała się tu wziąć? – odpowiedziała pani Tereska.

– A cholera wie.

Znów chciałam się wtrącić i wytłumaczyć, ale z tego, co mnie rodzice uczyli, to tak trochę niekulturalnie wchodzić w słowo.

– Przeszukałeś dom? – zapytała pani Teresa.

– Calutki. Bernstein musiał kłamać, że coś jeszcze ma. Szybko się spłukał. A tak się sadził przed wojną, że co to nie on. Pamiętasz? Wszystkim to opowiadał jakie cygara pali. Wielkie panisko…

I tak się brzydko zaśmiał. Myślicie, że mówił o moim tatusiu? Ja też tak pomyślałam. I naprawdę chciałam już zaprotestować, ale pani Tereska mnie ubiegła.

– Nie mów tak o nim. To byli dobrzy ludzie…

Odetchnęłam z ulgą, ale pan Kuźniak wciąż był niemiły.

– Ty swoje Tereska wiesz i ja swoje wiem.

– Może to nie była ona.

– Nie wiem. W każdym razie jak tu jeszcze raz wróci, to jej skórę przetrzepię…

I wy byście się przywitali? Przestraszyłam się. Pamiętam, że pan Kuźniak przekręcił się nagle na bok, a ja w ostatniej chwili wskoczyłam pod łóżko. A potem… państwo Kuźniakowie zgasili światło i zaczęli robić bardzo dziwne rzeczy, o których nawet nie przystoi opowiadać.

 

Z panią Haliną było trochę inaczej. Ona przyszła potem. I… muszę to mówić szeptem, o czym pani Halina nie wie pewnie do dziś, państwo Kuźniakowie byli z tego powodu bardzo niezadowoleni. Ale to podobno znów przez tych Żydów, a zwłaszcza jednego.  Pan Kuźniak bardzo go nie lubił. Jak się nazywał? Czerwony Chuj czy coś takiego. Jak się później w ogóle okazało, ci Czerwoni to była chyba jakaś duża, żydowska rodzina, której się wszyscy bali. Ale spokojnie, już ich tu nie ma. Wyjechali podobno kilka lat później, za to całe zło, co zrobili.

W każdym razie pani Halina pewnego dnia też pojawiła się w naszym domu z dużymi walizkami. Zajęła pokój, w którym ,,przed murem” mieszkała pani Stasia – moja kochana opiekunka. I wiecie co? Przyniosła ze sobą taki sam bujany fotel, w jakim kiedyś lubił siedzieć dziadziuś. Zresztą ja też lubiłam. Nie, nie mogłam się powstrzymać. Choć potem rzeczywiście bujałam się już tak bardziej na złość pani Halinie. Szkoda, że nie mogliście widzieć jej miny, jak się budziła w nocy, a fotel, który stał zaraz przy łóżku, tak sobie spokojnie: do przodu, do tyłu… Potem słyszałam nawet, jak pani Halina powiedziała pani Teresce, że czasem ma wrażenie, że ktoś tam siedzi i na nią spogląda… Ale się wtedy chichotałam. Niestety niedługo potem pani Halina sprzedała fotel jakiemuś panu. Szkoda. Zabawa była przednia.

 

Czemu tak nie lubię pani Haliny? Bo to od niej się wszystko zaczęło. To całe gadanie. Zresztą gadała jeszcze ,,przed murem”. Pamiętam, jak mamusia się przez nią popłakała. Podobno pani Halina powiedziała do niej w piekarni coś bardzo niemiłego. Precz stąd parchy! Czy coś takiego… Nie wiem, co to nawet znaczy, ale mamusia płakała. Wy lubicie, jak wasze mamusie płaczą? No właśnie! Ale już jak muru nie było, to znowu się zaczęło. Że Żydki się mszczą, że wyciągają łapy po swoje i… że to na pewno przeklęte miejsce. Wyobrażacie sobie?! Nasz dom! To po co tam przyszła?! Nikt jej przecież nie chciał! Nawet państwo Kuźniakowie… Ale potem to się zaczęło zmieniać. Tak między nami to według mnie pani Halina rzuciła jakiś zły czar na państwa Kuźniaków. Nagle zaczęli się jej słuchać…

– To co, pani Halinko, pani uważa, że trzeba zrobić? – pamiętam, że zapytała pani Tereska.

A pani Halinka zapiszczała jak wiedźma:

– Przede wszystkim to dom poświęcić. Czort wie, co tu się wcześniej działo, jakie czary odprawiano.

Nie wiedziałam, o co dokładnie chodzi, ale mogłam przecież przypuszczać. Od początku była taka podejrzliwa. Jakby cały czas szukała mnie tymi swoimi przeklętymi wszystko widzącymi oczami! Co zrobiłam? Uznałam, że muszę być ostrożniejsza. Czemu? A chcielibyście, żeby to wam pan Kuźniak przetrzepał skórę? No właśnie.

 

No i wtedy, to znaczy kilka dni później, się zaczęło. Przyszedł taki pan, podobno specjalista od złych duchów. Oglądaliście smerfy? Taki trochę Gargamel – ubrany cały na czarno. W każdym razie nie wyglądał za przyjemnie. Szczerze to od początku się go bałam. Był bardzo blady, a do tego miał taki długi, szpiczasty nos. Ale i tak najgorsze było to, co mówił. Co takiego? Ciągle coś o niewinnej krwi, ofiarach tej ziemi i takie tam… W ogóle straszne rzeczy. Tak, słuchałam go, dzieci przecież lubią takie opowieści, ale potem nie mogłam zasnąć. Nie, na pewno go nie polubiłam, zwłaszcza, że za wszelką cenę chciał mnie oblać wodą. Dziwne zwyczaje, prawda? Na szczęście ta głupia zabawa w końcu mu się znudziła, ale… niesmak pozostał. Pani Tereska jednak wciąż była zmartwiona.

– Proszę księdza, ja się boję… – powiedziała do tego pana.

Pamiętam, że chciałam wtedy krzyknąć zza piecyka, że ja też, ale domyślacie się, co to by było…

– Pani będzie spokojna – odpowiedział ten ksiądz, czy jak mu tam.

– A co jeśli to nie pomoże? – zapytała pani Tereska.

– Pani mi zaufa. Chrystus wypędzał demony już nie z takich miejsc…

I tak chyba zostałam jakimś demonem. Wiecie, że ze strachu przez kilka nocy nie wychodziłam z piwnicy?

 

Ale demonów, jak się okazało, było więcej. Jak to pani Halina powiedziała, demonów przeszłości. Kiedyś siedzieliśmy całą rodziną przy stole. Znaczy ja tak oczywiście z boku, żeby nikt mnie nie zauważył. To był w ogóle dziwny dzień. Jakbym czuła, że będą problemy. Pani Halina podobno też ma takie coś – ona nazywa to radarem. W każdym razie nie mogłam w ogóle spać. Byłam jakaś smutna. Myślałam cały czas o rodzicach i takie tam. Pamiętam, że poszłam na górę, bo nie chciałam być już po prostu sama. Kuźniakowie jedli akurat obiad – nie mogło być lepszej okazji, by usłyszeć na pocieszenie jakieś ciepłe słowo. Pani Kuźniakowa przecież zawsze tak czule zwracała się do swojej wnuczki. O coś takiego:

– Kochaniutka, jeszcze troszkę, za mamusię i tatusia… Może chcesz marchewki z jabłuszkiem więcej?

A potem tak ją mocno przytulała, że aż mi się cieplej robiło. Oj, dosłownie jak moja mamusia… Ale nieważne. Wyobraźcie sobie, że tak siedzieliśmy i nagle usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Niby nic dziwnego, ale Kuźniakowie tak na siebie popatrzyli… Pewnie myśleli, że pani Halina jak zwykle nie w porę. Pan Kuźniak wstał bez słowa i poszedł do drzwi. Chyba jedyny raz tak straciłam nad sobą panowanie. Wiecie, co usłyszałam?

– Dzień dobry, nazywam się Jakub Rem i jestem kuzynem państwa Bernsteinów, do których należy ta kamienica.

Wybiegłam spod stołu, nie zważając na nic. Przez nieuwagę przewróciłam nawet krzesło. Ale chyba możecie sobie wyobrazić, jak się ucieszyłam. Przyjechali po mnie! Jakub, mój kochany kuzyn! Wreszcie! I co…? O mamusiu, jaki to był zawód… Zatrzymałam się przed tym panem, ale miałam wrażenie, że się z nim zderzyłam, że cały entuzjazm, który kręcił moimi nogami jak szybkim kołowrotkiem, rozbił się o to, co zobaczyłam. Przed panem Kuźniakiem stał zgarbiony staruszek z pejsami – wiecie takimi długimi, kręconymi włosami po bokach twarzy, z których tak lubił śmiać się kiedyś tato. Wyglądał jak jeden z tych smutnych panów, rabinów czy jak im tam, którzy zabraniali rodzicom otwierać sklep w sobotę. Popatrzyłam na niego wściekle. Jak śmiał tak oszukiwać?! Jakub, mój kochany kuzyn, był starszy ode mnie tylko o kilka lat, miał ładne, rude włosy i zawsze się uśmiechał! Do tego nigdy nie włożyłby takiego kapelusza! Co miałam zrobić?! Musiałam jakoś, z czystej przyzwoitości, ostrzec państwa Kuźniaków.  

I wtedy stała się ta cała nieszczęsna sytuacja z oknem. Może rzeczywiście nie powinnam się tak zachować, ale chciałam dobrze. Panowie usiedli przy stole i przeglądali jakieś kartki, podobno zwane dokumentami. Tak mi się zrobiło żal pana Kuźniaka. Gdybyście go tylko widzieli… Był taki zdenerwowany – aż ręce mu się trzęsły. A wiedziałam, że tylko ja mogę mu pomóc. Ale jak?! – też się zdenerwowałam. I to wtedy, trochę pewnie bezmyślnie, rzuciłam pilotem od telewizora w okno.

 

Co stało się później? Pewnie się domyślacie… Wrócił ten pan cały na czarno – no, Gargamel. Ależ był zły – ani razu się nie uśmiechnął! Od razu zaczął wyjmować z teczki te swoje przyrządy. A ja głupia stałam i przyglądałam się z dziecięcej ciekawości. Może gdybym wtedy uciekła, to by mnie nie znalazł, a tak to… Sami widzicie. W każdym razie miał ze sobą taką książeczkę, mały krzyżyk i znów tę buteleczkę z palącą wodą. Myślałam, że zdążę. Zawsze przecież udawało się gdzieś czmychnąć, ale wtedy… przygotowali na mnie zasadzkę! Uznałam, że już czas się ruszyć, dopiero gdy pan Gargamel zaczął wypowiadać te swoje dziwne zaklęcia. Przebiegłam niezauważenie w stronę drzwi, ale… Gdy tylko nacisnęłam klamkę, on krzyknął, żeby je zamknąć! A pan Kuźniak prawie mi palce uciął, tak nimi trzasnął. Pamiętam, że na niego popatrzyłam, tak błagalnie, ale jakby w ogóle mnie nie zauważył. I co? Nagle zrozumiałam, że nie mam gdzie uciekać! Boże, jak się przestraszyłam… Wszędzie stali ludzie! Byłam otoczona! Oczywiście, że jeszcze próbowałam ich jakoś obiec, ale w końcu zagonili mnie do kąta. A ten pan cały na czarno wciąż się zbliżał… Miał takie spojrzenie – jeszcze teraz ciarki przechodzą. Na początku tylko machał mi ręką przed oczami, o tak w górę i w dół, ale potem poprosił panią Kuźniakową o tę buteleczkę… Przepraszam, że płaczę, ale to jeszcze boli. Widzicie te rany? To od tego. Oj pieką, wciąż tak bardzo pieką… To tam, w rogu pan Gargamel zaczął oblewać mnie tym swoim wrzątkiem. Pewnie, że krzyczałam… I to bardzo głośno. Ale co miałam zrobić?! Wiem, że się zdradziłam, ale… wy byście wytrzymali?! Zresztą on i tak nie przestawał – chyba sprawiało mu to przyjemność. Dopiero po jakimś czasie pozwolił otworzyć drzwi, ale powiedzieli, że mam już nigdy nie wracać. I tak mnie właśnie wypędzili… Ale wiem, że z tym oknem nie powinnam. Przesadziłam. A piwnica? Powiedziałam niestety wszystko: gdzie tatuś kazał czekać i takie tam. I tej mojej piwnicy też już nie ma.

 

Gdzie pójdę? Nie wiem. Raz prześpię się tu, raz tam, ale wieczorami zazwyczaj przychodzę na ten murek. Czy nie jest mi zimno? Czasem pewnie jest. Ale jak popatrzę sobie na nasz dom, to od razu jakoś tak cieplej się robi. Tyle dobrych wspomnień… Oczywiście szkoda, że tak wyszło, ale tak naprawdę nie mam pretensji do państwa Kuźniaków. To dobrzy ludzie, tylko chyba mnie nie zrozumieli.

Czy tam jeszcze wrócę? Do naszego domu? Nie, chyba nie. Wiecie, co mówi pani Halina? Że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Poczekam tu aż wrócą rodzice i poproszę, żeby tym razem zabrali mnie ze sobą. A jeśli nie wrócą? Wrócą, przecież pan Kuźniak powiedział, że odwiózł ich tylko na dworzec i… że Żydy już wracają po swoje.

 

*

 

Mała Marlenka wróciła do domu z podwórka. Nie miała w zwyczaju się spóźniać, ale tym razem dotarła pięć minut po czasie. Mama była już trochę zdenerwowana. Uspokoiła się jednak, gdy zobaczyła z okna grupkę dzieci, siedzącą na murku po przeciwległej stronie ulicy.

– Co tak długo? Nie masz zegarka? – Zwróciła dziecku uwagę.

– Poznaliśmy nową koleżankę – odpowiedziała Marlenka.

– Tak? Jak ma na imię?

– Lena.

Mama popatrzyła na dziecko inaczej niż zwykle.

– Skąd ta Lena? – zapytała.

– Podobno kiedyś mieszkała u państwa Kuźniaków, ale ją wyrzucili.

Mama przełknęła nerwowo ślinę i wspomniała dziewczynkę, którą i ona spotkała na tym murku, tylko że dwadzieścia lat temu. Chwilę później podeszła do okna i wyjrzała na ulicę. Murek był pusty.

– Mamo, może wzięlibyśmy Lenę do siebie? Przynajmniej na jedną noc… Musi być jej tam bardzo zimno.

– Lena na pewno ma dom… Tylko tak wam mówiła.

– Skąd wiesz?

Mama usiadła przy stole i wspomniała odpowiedź swojego ojca na historię bezdomnej dziewczynki, którą mu opowiedziała.

 

Żydy przecież zawsze kłamią.

– Czemu, tato?

– Chcą naszych kamienic.

 

– W każdym razie to nie nasz problem – oznajmiła. – Jedz…

– No dobrze… Tylko jej to powiem.

– Gdzie idziesz? – Zaniepokoiła się matka.

– Do Leny. Poprosiłam, żeby poczekała za drzwiami.

 

Koniec

Komentarze

Temat może i oklepany, ale opowiadanie przypadło mi do gustu. Styl czasem trochę szwankuje, ale przyjdą inni, co znają się bardziej i pewnie wytkną co większe błędy. Przyczepię się tylko do przekleństw, które moim zdaniem są niepotrzebne i psują trochę odbiór (a jeśli już są – słowo “chuj” piszemy przez ‘ch’).

Przed rozpoczęciem lektury nie zajrzałem w tagi, więc nie domyśliłem się z początku, o co chodzi i myślę, że miało to pozytywny efekt na mój odbiór opowiadania. Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem rolę Kuźniaków w historii rodziców Leny – czy tylko ograbili i zajęli pożydowski dom, czy też ta wzmianka o furmance miała znaczyć coś więcej? I jeśli Kuźniak powiózł furmanką Bernsteinów na dworzec, to o co chodziło z wcześniej wspomnianą ciężarówką?

Hej, Nighter! Dzięki że wpadłeś i znalazłeś czas napisać te więcej niż kilka cennych dla mnie zdań:) Klik do biblioteki to +2 do nastroju;) 

 

A co Kuźniaków… Przyznam, że sam mam trochę obaw co do ilości niedopowiedzeń w tym tekście, ale niewiedza dziecka mnie do tego zmuszała. Rola Kuźniaków… Mieli piekarnie przy gettcie, a dzięki temu mogli sprzedawać chleb Żydom za wyższą cenę (nawet za złoto), to pozwoliło im się wzbogacić, a w konsekwencji przejąć po żydowską kamienicę…

Co do furmanki i ciężarówki… Rozumiem tu Twoje niezrozumienie;) Wytłumaczę to w ten sposób: Niemcy przyjeżdżają ciężarówką,  ,,czyszczą” kamienice, pędzą mieszkańców na pobliski rynek, a stamtąd wyznaczeni polscy dorożkarze wiozą nieszczęśliwców na dworzec… No, ale rzeczywiście chyba za dużo jego tego domyślania się.

 

Pozdr!

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Tak, temat często podnoszony, chociaż pewnie coraz rzadziej. Tak, tu, na tym portalu, też już parę osób się z nim zmierzyło i tak, zawsze spotykały się z zarzutami, że to już było, że to granie dziećmi lub oklepanymi tematami lub jednym i drugim razem na emocjach… Wtedy Holocaust, teraz te dzieci z Aleppo, no ile można?

I co z tego? Ja uważam, że trzeba ten temat przypominać i grać nim na emocjach ile się da. Cieszę się, że są autorzy, którzy to robią. Twój tekst bardzo mi się podobał. Te drobne niedopowiedzenia rzeczywiście są, ale perspektywa dziecka je świetnie tłumaczy. Zresztą, nie widzę w nich nic złego – w takich historiach niedopowiedzenia zawsze są, bo ktoś czegoś nie wie, ktoś coś inaczej zapamiętał, ktoś coś zafałszował, kto inny coś wyparł z pamięci. Więc właściwie fakt, że dziewczynka, a z nią czytelnik nie wie wszystkiego, w jakiś sposób dodaje tej opowieści wiarygodności.

Tak, temat nieco zgrany, ale fajnie pokazana perspektywa dziecka. No i fantastykę od razu załatwia.

Nie kumam tylko, skąd dziewczynka zna Smurfy i Gargamela. Kiedy właściwie została wypędzona? Bo potem okazuje się, że dwadzieścia lat temu już się błąkała po okolicy. No i sąsiadów poznała…

Aha, a Kuźniakowie byli piekarzami czy dorożkarzami?

Babska logika rządzi!

Nie wiem, czy dobrze odebrałam opowiadanie, ale jestem przekonana, że narratorka jest duchem. Umarła z głodu w piwnicy, tam gdzie zostawił ją tata. We wnęce za szafą, za cegiełkami. I została w kamienicy, bo nie ma innego domu. I ciągle czeka na rodziców, bo tatuś obiecał, że po nią przyjdzie. Wygnana przez Gargamela, cały czas pozostaje blisko kamienicy rodziców. I czeka…

To nie jest opowiadanie o krzywdzie bezdomnego dziecka-sieroty. To skondensowana relacja dziewczynki-ducha o wszystkim co pozostało w jej pamięci – od czasów wojny, aż do dzisiaj.

Uważam, Dude, że znakomicie opowiedziałeś tę historię. Pozostaje mi tylko kliknąć i udać się do nominowalni.

 

No, może było widać tylko piekarnie pań­stwa Kuź­nia­ków. –> Literówka.

 

Nie czy­ta­li­ście Przy­gód Ko­zioł­ka Ma­toł­ka? –> Nie czy­ta­li­ście przy­gód Ko­zioł­ka Ma­toł­ka?

Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszej części opowiadania. Żadna z książeczek Kornela Makuszyńskiego nie nosiła tytułu Przygody Koziołka Matołka.

 

Prze­pra­szam że się śmie­je, ale przy­po­mnia­ły mi się… –> Literówka.

 

– Boże, czu­waj nad jej duszą – od­po­wie­dzia­ła Pani Te­re­sa… –> …od­po­wie­dzia­ła pani Te­re­sa

Formy grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

– Co ty, Te­re­sa. cho­le­ra opo­wia­dasz… –> – Co ty, Te­re­sa, cho­le­ra, opo­wia­dasz

 

Pa­mię­tam, ze chcia­łam wtedy krzyk­nąć zza pie­cy­ka, ze ja też… –> Literówki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ach, i zapomniałam napisać, że te tagi na początku bywają irytujące. Ja je zauważyłam przed przeczytanie opowiadania i zdecydowanie za wcześnie stało się dla mnie jasne kim jest bohaterka. Trochę szkoda, ale i tak czytało się świetnie.

Podoba mi się to, jak płynnie opowiadanie przechodzi od wersji żywej dziewczynk do ducha. Sam przez długi czas nie byłem pewien, czy dziewczynka rzeczywiście żyje, czy już nie. Fakt. Kolejna opowieść o Żydach z Getta trochę mnie zniechęciła, ale potem zaczęło się robić bardziej nietypowo.

Hej, nawet nie wiecie jak cieszą takie komentarze( a może jednak wiecie – coś na jednak łączy;) ). Dzięki wielkie! 

@ocha – z tymi niedopowiedzeniami to jak z chodzeniem po linie, jak się przejdzie to frajda jest, ale bardzo łatwo o dotkliwą wywrotkę;) Na szczęście póki co udaje mi się Was jakoś przeprowadzić na drugą stronę;) Uważasz, że lepiej usunąć tagi? Zastanawiałem się, czy za dużo nie zdradzam, ale w sumie uznałem, że ten tekst raczej nie bazuje na jakimś wielkim zaskoczeniu. 

@Finkla – uznajmy, że dziewczynka, a dokładnie jej duch, została wypędzona na początku lat 90 – pierwsze telewizory z pilotami w Polsce;) 93’ 94? Rzeczywiście jak zaczynam myśleć o dokładnej chronologii wydarzeń, wieku bohaterów, to ciasno się zaczyna robić, ale wydaje mi się, że jeszcze jestem w stanie się obronić:P  

Kuźniakowie byli piekarzami. Uznajmy, że pan Kuźniak wyznaczony został do przewiezienia Żydów przez Niemców. 

Tu mogę wspomnieć, że to opowiadanie zainspirowane jest dość mocno historią mojej rodziny:

– Mój pradziadek – zwykły chłop - został wyznaczony do roli takiego dorożkarza. Miał zawieźć Żydów ze swojej okolicy(między innymi sąsiadów) na dworzec, skąd niestety najprawdopodobniej trafili oni do Treblinki. Podobno dziadek wrócił z furmanką, na której zostały po tych Żydach tylko ich naczynia, później zresztą używane przez moich pradziadków.

– Co do kamienicy, przejętej przez piekarzy, którzy wzbogacili się na handlu chlebem z Żydami, to z kolei znajomi moich pradziadków. Co lepsze, kilkanaście lat temu w tej kamienicy działy się dziwne rzeczy: wybuchł telewizor sam z siebie, zbiła się szyba tak znikąd(!). Działy się tak dziwne rzeczy, że gospodarze zdecydowali się nawet na… egzorcyzmy. 

@regulatorzy – odebrałaś opowiadanie dokładnie tak jak chciałem, żeby było odebrane! Nic dodać, nic ująć:) To mnie niezmiernie cieszy, bo tak jak pisałem wcześniej, obawiałem się, czy nie powinienem bardziej stanowczo ukierunkować czytelnika;) Dzięki też bardzo za wskazanie błędów – już je poprawiłem. A za nominacje pozostaje mi się tylko skromnie ukłonić – wiadomo jak wielka to frajda…:)

@Antyradek – cieszę się, że udało się jeszcze czymś zaskoczyć w tym temacie. Taką miałem cichą nadzieję…;) Dzięki, że wpadłeś!

 

Pzdr!

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Fabularnie nie porywa. Historia nie jest szczególnie oryginalna, ani robiąca wrażenie. Fajna, ale bez fajerwerków. Najważniejszy w opowiadaniu był dla mnie styl. 

Tekst napisany jest świetnie. Narracja poprowadzona nietypowo, biorąc pod uwagę, że to literatura. Miałem wrażenie jakbym oglądał bardzo obrażeń zrobiony film. Głównie na tym się skupiłem i za to oddam głos na Bibliotekę. 

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Bardzo dobry, wzruszający tekst. Dziewczynka – ​duch świetnie Ci się udała. Jestem pod wrażeniem.

Mimo że tematyka może wydawać się oklepana, to tekst jest bardzo ładnie napisany, a dodatkowym plusem jest postać, którą bardzo łatwo polubić. Dużo całej historii dodaje zakończenie, które dodatkowo porusza.

Bardzo mi się podobało.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Uważasz, że lepiej usunąć tagi? – Trudno powiedzieć, mogę napisać tylko o moim przypadkuJuż jakiś czas temu, przy tagowaniu własnych opowiadań zauważyłam, że czasem porządne otagowanie tworzy spojlery. Więc, jeśli widzę, że konkretny tag może choć trochę zepsuć (ewentualną) frajdę z czytania, to po prostu go nie daję. Przy niektórych tekstach mam tylko jeden tag, bo coś muszę zdaje się dać, jeśli mam nadzieję na bibliotekę. Być może zdarza się, że ktoś tu szuka opowiadań po tagach, na tyle jednak w to wątpię, że jakoś mi tych tagów specjalnie nie szkoda. ;)

Nie patrzę na tagi przed czytaniem. :-) Ale zdarza mi się szukać czegoś po tagach.

Też długo myślę nad spojlerującymi tagami. Ale zawsze są jakieś bezpieczne. W tym przypadku nieźle by się nadawały: dzieci, rodzina, dom, narracja pierwszoosobowa, kobiecy bohater… Jeśli nie wywalić tych obecnych, to można przynajmniej je trochę schować w stercie innych, żeby nie waliły po oczach.

Babska logika rządzi!

“…jak sobie w ostatnim czasie spacerowałam.  A to przecież bardzo przyzwoici ludzie!” – zbędna spacja

 

“Jak wtedy wyglądałam?  Nie, wcale nie jak śmierć, pan Kuźniak nie miał racji!” – zbędna spacja

 

“– Co ty, Teresa. cholera, opowiadasz…” – kropka chyba zamiast przecinka.

 

 

Przeczytałam, ale niestety porwana nie zostałam. Jakoś nie przejęłam się losem dziewczynki, nie poczułam smutku ani nic. Bo też bohaterka wcale nie wydaje mi się smutna, raczej pogodzona z losem, dość beznamiętnie przyjmuje to, co się dzieje.

Ocha ma przy tym rację, tagi od razu zdradzają, o co chodzi, więc – przynajmniej w moim przypadku – nie było żadnego zaskoczenia.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dla mnie tagowanie opowiadań to jakiś zamach na literaturę, raz otagowałem swoje opowiadanie tutaj i żałuję (zresztą tagiem #holokaust) – bo to jest takie “a teraz Wam powiem o czym jest tekst i że komedia”. Rozumiem, że niektórzy potrzebują, ale jako autor mam jakąś niezgodę w sobie na tagi.

Wierzę w to dziecko – a bardzo trudno mnie przekonać do dziecka narratora w literaturze dla dorosłych. Często takie dzieci są po prostu niewiarygodne, a to kupuję. Historia mnie nie poruszyła, ale to akurat nic złego: za dużo prawdziwych historii przeczytałem o tych sprawach, żeby wzruszyła mnie wymyślona. Natomiast jest skonstruowana bardzo dobrze i dobrze opowiedziana, na większości dystansu się broni. Niedopowiedzenia bardzo potrzebne, w pisaniu na ten temat nie można wypowiedzieć wszystkiego, bo to by było zwyczajne oszustwo (chyba, że jest się Świadkiem Zagłady, a i to pod warunkiem, że uznajemy, że w ogóle można być Świadkiem Zagłady – bo przecież wiele osób twierdzi, że Świadkami Zagłady w rzeczywistości są tylko ci, którzy w niej zginęli).

Tylko ta ilość wielokropków…

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Najpierw to, co na plus. Dobrze przedstawiony świat z perspektywy dziecka, wiarygodne są te wypowiedzi dziewczynki, a niełatwo jest aby narrator tak właśnie brzmiał. Najczęściej spotykam się z błędami logicznymi, dziecko za dużo umie, lub wręcz wypowiada się i myśli jak dorosły. W tym przypadku nie mało to miejsca, więc tylko pochwalić. Trzymający się kupy pomysł, nawiązania do historii, generalnie, nie ma do czego się przyczepić.

Tylko moje pytanie brzmi, po co to wszystko? Kręciła się dziewczynka po domu i wokół niego i kręci się dalej. Co wynika z tej historii? Jakie niesie za sobą przesłanie? Co dowiedziałem się o świecie (patrząc z perspektywy czynnika ludzkiego) lub o samym sobie, czego jeszcze nie wiedziałem? Niewiele. Nawet sama dziewczynka wyniosła niewiele, ciągle pyta i nic nie rozumie. Błąka się tam dziesiątki lat, słucha i obserwuje innych i mimo wszystko nic się nie nauczyła, nie wyciągnęła chociażby najmniejszych wniosków, nie zmądrzała nawet o jotę. Naprawdę nie wymagam dużo, to tylko dziecko, ale mógłbyś się pokusić o jakąś refleksję u niej, po tych kilkudziesięciu latach. 

Podsumowując, piękny w swej tragedii świat dziecka i pięknie opowiedziany oczami dziecka, ale bez żadnego głębszego dna czy przemyśleń, wnoszących coś więcej, niż ładne obrazki.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Bardzo dobre opowiadanie.

Od początku wiadomo, o co chodzi i tak naprawdę nie miało dla mnie większego znaczenia, co konkretnie się wydarzy, bo te historie są do siebie podobne. 

To jest bardziej taki tekst klimatyczny.

A wszystkie niedopowiedzenia są dla mnie jak najbardziej uzasadnione.

Podobało mi się :)

Hej! Dziękuję Wam wszystkim za odwiedziny i opinie. Bardzo się cieszę, że większości z Was nie zmarnowałem czasu i tekst się przyjął;) To naprawdę wielka frajda:) Mam cynk od Leny, że nie spodziewała się tak pozytywnego odzewu na to swoje gadulstwo;) 

 

@Cerleg – z tymi wielokropkami to mnie nakryłeś;) To moja słabość, staram się odkochać, ale to nie takie łatwe… W pierwszej wersji tekstu było ich z dwa razy więcej:)

@Darcon – Po co to wszystko?:) Chyba jakaś chęć prowokacji we mnie była. My Polacy bardzo lubimy mówić o drzewkach w Yad Vashem i to oczywiście dobrze… To piękna karta naszej historii. Natomiast wydaje mi się, że część społeczeństwa patrzy na relacje polsko-żydowskie tylko z tej korzystnej dla nas perspektywy. Chyba ten tekst ma mieć taki przekaz: ,,No niby nic nie zrobiliśmy, ale może jednak…”;). Zdradzę, że tytuł nie jest przypadkowy. Ktoś już kiedyś o Sąsiadach pisał i nie został polubiany…:)

 

Pzdr!

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Temat historycznie trudny, ale ujęcie go w perspektywie dziecka – które często trudne sytuacji widzi zupełnie inaczej – dodało mu sporej świeżości. Dla mnie narratorka wypadła bardzo wiarygodnie. Ciekawe, kiedy się zorientuje, że nie żyje ;)

Ale zgodzę się też z Draconem – poza piękną narracją nie zostaje tutaj nic więcej. Jakiegoś głębszego spojrzenia na temat czy analizy. Pytanie jednak, czy musi? ;) Dla mnie raczej nie, ale też rozumiem tych, którzy oczekiwali więcej.

Podsumowując: wybuchowa narracja i bohaterka. Także tematyka rozbłysła na niebie. Koniec końców jednak koncert fajerwerków nie miał wiele więcej do zaoferowania.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Hej, Nowhere! Dzięki, że wpadłeś i za… iście poetyckie podsumowanie;)

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Pierwszy plus za wybór tematu. Trzeba mieć odwagę żeby taki tekst zacząć i wyczucie, żeby go nie spalić. Wydaje się, że obu nie zabrakło. Trochę czepiałbym się “płaskości” postaci Kuźniaka – pisanie, że ktoś jest zły bo jest zły donikąd nie prowadzi. Ale ładnie złamałeś ten wizerunek postacią żony – jako para są już ciekawsi.

Drugi plus za język narracji, naprawdę kupuję tę opowieść jako słowa dziecka. Bardzo dobrze, że nie siliłeś się na jakąś aj-waj stylizację. Nikt z nas dzisiaj już nie zna tego języka i efekt byłby w najlepszym wyniku krępujący. Dziewczynka pochodzi z “reformowanej” rodziny, używany przez nią język wydaje się naturalny i przydaje opowieści pewnego uniwersalizmu.

Troszkę słabiej z konstrukcją. Gdzieś w połowie tempo siada, wiemy już, że mamy do czynienia z duchem i nic nowego się nie dzieje. Trochę w tym winy niewykorzystanego, moim zdaniem, potencjału pani Haliny. Spodziewałem się, że jako domknięcie trójkąta Kuźniak-Teresa, postać ta wniesie jakąś nową perspektywę. Tymczasem nic takiego nie ma miejsca, nie wiem nawet czy Halina pojawiła się w domu z nadania “czerwonych”, czy też się przed nimi ukrywała. 

Brakuje mi też pokazania upływu czasu. Bo skoro Kuźniakowie handlowali chlebem już przed wojną, to w czasach pilotów do telewizorów powinni być już po osiemdziesiątce. Warto to było (a po ujawnieniu tożsamości bohaterki było to przecież możliwe) jakoś zasygnalizować; póki co jedyną starzejącą się osobą jest kuzyn Jakub.

Nie daruję Ci natomiast tego Gargamela. To coś z zupełnie innej bajki, co po prostu wybija czytelnika z rytmu i klimatu. Można ten chwyt jakoś uzasadnić, ale to wszystko na siłę. Nie kupuję również pomysłu, że dziewczynka, pamiętająca przecież czasy “sprzed muru” i pochodząca z nieortodoksyjnej rodziny nie wie kim jest ksiądz (i smutny Pan z brodą z obrazu).

Hej Cobold! Dzięki za dokładną recenzję i uwagi – nie ma chyba nic cenniejszego dla rozwoju autora , jak wprawnie punktujące oko czytelnika:) Co do uwag ,,jestem za a nawet przeciw”;) Z tempem miałem delikatne obawy, tekst jest jednak taki jednostajny… Ja, jako czytelnik, preferuję żwawszą akcję, no ale akurat tu zdecydowałem się pójść inną drogą.

 

Pzdr!:)

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Gratuluję bardzo dobrej stylizacji, bo robienie dzieciaka z narratora i utrzymywanie takiego stanu rzeczy konsekwentnie, wcale proste nie jest. Nie jest idealnie; w paru miejscach dałoby się doszlifować, bo według mnie przesadziłeś, np.

 

– Proszę księdza, ja się boję… – powiedziała do tego pana.

Pamiętam, że chciałam wtedy krzyknąć zza piecyka, że ja też, ale domyślacie się, co to by było…

– Pani będzie spokojna – odpowiedział ten ksiądz, czy jak mu tam.

Takie didaskalia miałyby rację bytu, gdyby padła nazwa własna lub nawet pospolita, ale której dziewczynka nigdy wcześniej nie słyszała. A nigdy nie słyszała słowa “ksiądz”? Nie sądzę.

 

Panowie usiedli przy stole i przeglądali jakieś kartki, podobno zwane dokumentami.

Podobna sytuacja jak wyżej. “Dokumenty” to tak wyszukane słowo? Wprowadzasz tym trochę poczucie, jakby postaci czytały zapiski na jakimś egzotycznym papirusie, a tak nie jest. :p

 

Dalej – też nie zajrzałem w tagi, co okazało się świetną decyzją, bo początek wyszedł Ci bardzo dobry. Zgrabnie manewrujesz poszlakami na temat tożsamości bohaterki i udało Ci się mnie zaskoczyć faktem, że jednak jest ona duchem. Niestety, zgodzę się z Coboldem, konstrukcja tej historii jest dziwna. Po przeczytaniu całości wychodzi na to, że ujawnienie kim jest dziewczynka, to tak naprawdę największy i ostatni istotny twist. Później już woda się leje, niby odkrywasz przed czytelnikiem dalsze losy kamienicy, ale w nieciekawy sposób, wszystko się dłuży. Znów podepnę się pod Cobolda – upływ czasu nie jest w ogóle zaznaczony. Miałem przekonanie, że rzecz dzieje się tuż po wojnie, a tu nagle pilot od telewizora.

Wreszcie sama dziewczynka, choć relacjonuje wydarzenia faktycznie w dziecinny sposób, to robi to beznamiętnie. Ani tęskni, ani cierpi, ani nie cieszy się ze swojego stanu – jest jakby zawieszona obok tej historii, chociaż aktywnie w niej uczestniczy. Nad jej psychologią dałoby się popracować.

Jak dla mnie ładnie, chociaż bez zachwytu. :)

Mam wrażenie, być może błędne, że niepotrzebnie jednak został poruszony temat tagów, bo teraz wielu komentujących pisze o braku zaskoczenia. Nie odbieram tego tekstu jako takiego, który miałby zaskakiwać czy operować twistami. Nic a nic. :)

Ani tęskni, ani cierpi, ani nie cieszy się ze swojego stanu – jest jakby zawieszona obok tej historii

 

Akurat to “zawieszenie”, papierowość, przezroczystość czy płytkość uczuć bardzo mi pasują do tego kim jest narratorka.

Mi to bruździ, bo tekst nie kusi się na opowiedzenie się po którejś ze stron – czy dziewczynka ma świadomość tego, że jest duchem, czy nie. Argumentów za obiema tymi tezami można się tu doszukać. Z jednej strony postać wyczekuje na rodziców, raczej nie uważa się za martwą, próbując nawiązać kontakt z innymi ludźmi, a z drugiej robi rzeczy całkiem nierealne, na przykład ukazuje się komuś w szybce albo całymi nocami nie wychodzi z piwnicy. Jak dla mnie ta płytkość to raczej niedociągnięcie, a nie celowe działanie.

A jeśli zatrzymała się w rozwoju na etapie kilkuletniego dziecka i nie kuma, że takie rzeczy są niemożliwe?

Babska logika rządzi!

Finklo, robisz z niej idiotkę. :p Biorąc rzecz na logikę, to nawet kilkuletnie dziecko ma świadomość jakichś podstawowych praw rządzących światem (zakładam, że ma z 8-10 lat co najmniej po tym jak się wypowiada jako narrator), więc powinno zauważyć, że zaszła jakaś zmiana, że jest inaczej niż było. Powinna się tym przestraszyć albo zachwycić, ale raczej nie całkowicie fakt olać. Uważam, że ten aspekt potraktowano po macoszemu. :p

Ja jej dawałam coś koło pięciu. Nigdzie nie ma wzmianki o szkole.

Co na to Autor?

Babska logika rządzi!

Czołem Wszystkim i każdemu z osobna!;) 

 

@MrBrightside – dzięki za fajną, dokładną recenzję i uwagi!:)

Co do tego czy dziewczynka nie słyszała nigdy o księdzu – ta uwaga już się wcześniej pojawiała, więc się ustosunkuję – uważam, że mogła słyszeć, mogła nawet gdzieś widzieć, a mimo to nie kojarzyć potem dokładnie. Według mnie świat dzieci nie jest do końca sprecyzowany, więc opisy Leny starają się bazować na rozmytych obrazach. Co oczywiście udaje się mniej, czy bardziej;)

Co do tempa i konstrukcji – rozumiem, jak pisałem wcześniej, jako czytelnik, ja w sumie też wolę wartką akcje, jakieś zaskoczenia, tu woda cieknie z kranu w jednostajnym tempie.  Natomiast raczej takie miałem założenie. Szczerze też nie chciałem zaskakiwać jakoś tym duchem.  Ten tekst miał być zaczepny w stosunku do naszego ,,polskiego” podejścia do tematu, ale nie w nachalny sposób. Nie chciałem pisać za specjalnie o cierpieniu, nie rzucać jawnie oskarżeniami, bo to w tej tematyce jest dość oczywiste. Bardziej miało być właśnie obojętnie, dziecinnie naiwnie… Niby nic się nie stało, ale jednak… My, Polacy, nie polubiliśmy jak Gross napisał wprost co mu siedzi na wątrobie(oczywiście generalizuje;)). Więc tu miało być tak: popatrzcie, przecież nic takiego nie zrobiliście… Uznałem, że może takim sposobem nazwijmy to ,,poruszę sumienie narodu polskiego”;) Zresztą ciężko mi to dokładnie precyzować:) No i wyszło, jak wyszło;)

@Finkla – celowałem w przedział 5-7, coś takiego… Tuż przed szkołą, aby już jakaś wiedza była, ale jeszcze nie ,,usystematyzowana”;) 

 

Pozdro serdeczne!;)

 

 

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Bardzo dobrze zrealizowany ciekawy pomysł. Takie słodko-gorzkie, nawiedzone opowiadanie. Podpisuję się pod powyższymi zachwytami. Gratuluję :)

Hej Annn! Dziękuję Ci za odwiedziny:) Wiadomo, że takie opinie cieszą najbardziej;)

 

Pzdr! 

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Cześć. Z żalem muszę odnotować, że mi się niemal nie podobało. Pomijam już fakt, że nawet bez taga o duchach zdecydowanie zbyt łatwo i szybko szło się domyślić, kim jest narratorka (prawdę mówiąc to mi wyszło z tekstu chyba nawet szybciej niż jej płeć), ale osobiście nie znoszę i nie rozumiem takiej formy narracji, jaką tu poprowadziłeś. Monolog jako taki generalnie trochę – troszeczkę – nuży (bo brak tu “spojrzenia” innych postaci), ale tym, co w moich oczach naprawdę zabija niemal wszystkie tego typu teksty, w tym i powyższy, jest to nieszczęsne powtarzanie niewybrzmiałych pytań za rzekomymi rozmówcami. Zabieg na kilometr trącący sztucznością, brzydotą i lenistwem autora, w dodatku zupełnie dla mnie nie zrozumiały i zbędny. Nie wiem, co powstrzymało Cię przed rozpisaniem tego opowiadania na normalne dialogi, ale to Twój tekst, Twoja wizja, Twoja wola. Nie kupuję tego, bo nie lubię, ale potrafię zrozumieć i zaakceptować. Czego natomiast nie potrafię wybaczyć, to to, że poszedłeś na totalną łatwiznę z tymi nieszczęsnymi pytaniami. A przecież da się – bo da się, choć to wymaga pewnego wysiłku – napisać opowiadanie-monolog w taki sposób, że papugowanie nie pojawi się ani razu, a czytelnik i tak bez trudu domyśli się, na jakie pytanie odpowiada narrator(ka), do czego nawiązuje, et cetera. Tak więc jeśli chodzi o wykonanie, to z mojej perspektywy tekst leży. A interpunkcja, na tyle fatalna, że wyraźnie umniejszała radość z czytania – naprawdę sporo zaginionych przecinków – jeszcze bez skrupułów go dobija.

Z treścią już zdecydowanie lepiej, choć też bombek na choince nie wysadza. Do czego chcę się tu przyczepić, to pewna niespójność bohaterki. Z zachowania i ogólnej “kumatości” ma, jak na mój gust, nie więcej niż trzy, cztery lata, natomiast sposób, w jaki się wypowiada, sugeruje dziecko w wieku co najmniej szkolnym, na oko dwanaście, trzynaście lat minimum. Może ciut mniej – nie jestem psychologiem ani specjalistą od literatury dziecięcej, więc nie chcę rzucać mądrościami ex cathedra, niemniej sugeruję zwrócić uwagę na fakt, że skoro nawet laikowi to zgrzyta, to coś na rzeczy najprawdopodobniej być musi.

Drażniła mnie ta mega-nawinośc bohaterki, której moim zdaniem nie usprawiedliwia młody wiek i brak rzeczywistego mózgu – wiem, brzmi to wrednie – ale poza tym to zupełnie zajmująca opowieść jest, prawdę mówiąc. Raz, że ciekawa, dwa, że klimatyczna, Mimo wszystkich wzmiankowanych niedogodności, wmontowałem się w nią całkiem przyzwoicie. Na zakończenie słów kilka o – niespodziewanka! – zakończeniu. Nie podobała mi się zmiana perspektywy i narratora, a fakt, że Lenka już od ponad dwóch dekad mieszka sobie pod murem mocno zamieszał i zgrzytnął (choć tu akurat kupuję tłumaczenie, że dla niej czas płynął zupełnie inaczej, bardziej abstrakcyjnie), ale ostatnie zdanie z jakiegoś powodu wybrzmiało mi z ogromną mocą i zrobiło spore, eleganckie wrażenie; jak z finałów w najlepszych horrorach. Ciarki po plecach mi nie przeszły co prawda, ale wiele pewnie nie brakło.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Hej Cień Burzy! ;)

 

Dzięki za opinie i szczegółowe wytłumaczenie co na tak, a co na nie;) Z interpunkcją niestety mam problemy – przed edytowaniem tego tekstu, siedziałem nad zasadami, ale jak widać i to nie pomogło. Przecinki mnie nie lubią, póki co… bo łatwo nie zamierzam się poddać:P

 

Peace&love!;)

 

 

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Spoko, mam nadzieję, że na coś Ci się ta wiedza przyda.

I nie poddawaj się z tą interpunkcją. Ze złych wieści to mam takie, że osobiście uważam przecinki za zarazę; wirusa jakiegoś, który ciągle mutuje i uodparnia się na coraz to głębsze warstwy zrozumienia niczym grypa na antybiotyki – już Ci się zacznie wydawać, że ogarniasz, że łapiesz, że WIESZ – a tu nagle nowa jakaś zasada się pojawi, nowych od tej zasady wyjątków pisiąt, z czego nie wszystkie mają zastosowanie, bo przecież są inne zasady – a imię ich: Legion – i od tych zasad wyjątki, etc, itd, itp.

Język polski językiem masochistów.

Z dobrych wieści natomiast, to mam taką, że większość – no, przynajmniej sporość – przecinków idzie wstawić “na czuja” (no, przynajmniej mi to po czasie zaczyna w miarę wychodzić), kierując się prostą logiką i pewnymi trickami. Na przykład czytaniem na głos i wyłapywania, czy w danym miejscu jest przystanek oddechowy, czy nie. Albo zabawy konstrukcją zdania, czyli, jak masz wątpliwości, to próbujesz sobie poprzekładać orzeczenia, podmioty, zdania podrzędne i w ogóle, tak, by zdanie zachowało pierwotny sens, ale było ułożone inaczej, bo w tym innym ułożeniu ładniej widać czy przecinek powinien być, czy nie. Gorzej, że ciężko mi teraz wymyślić jakiś konkretny przykład.

Inna rzecz zupełnie, że może mam trudności to wszystko ogarnąć i muszę kombinować, bo jestem tępa strzała.

 

Niemniej życzę powodzenia i trzymam kciuki.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki za rady! Niewątpliwie się przydadzą. Kiedyś czytałem wywiad z jakimś poczytnym pisarzem i to chyba jednym z tych bardziej ambitnych, który stwierdził, że… przecinkologii za bardzo nie ogarnia;) Nie wiem ile było w tym żartu, w każdym razie pocieszające:) Podejrzewam, że to w dużej mierze, jak zresztą piszesz, w dużej mierze kwestia doświadczenia i… pokory;) Powalczymy, zobaczymy!

 

 

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

!Spoilery!

Temat jest poruszający – w każdym razie mnie porusza zawsze i chyba zawsze będzie, niezależnie ile się jeszcze o nim naczytam. Spodobał mi się pomysł, jaki miałeś na ugryzienie go. Muszę jednak przyznać, że opowiadana przez Ciebie historia momentami wydawała mi się zbyt zamotana. Rzeczywiście dość szybko można się domyślić, że narratorka jest duchem, choć nie jest do końca jasne, w którym momencie się nim stała. To znaczy nie było to dla mnie jasne, gdy opowiadała o dniu wyjścia z piwnicy. Ale w sumie ta niejasność była całkiem w porządku, nawet dodawała nieco smaczku, to dopiero dalszy rozwój opowieści był dla mnie problematyczny – głownie przez wspomniany już przez przedpiśćców brak oznak upływającego czasu. Te smurfy i pilot od telewizora zabrzmiały mi tak kosmicznie i absurdalnie, że aż się skrzywiłam. W kwestii chronologii nie pasuje mi też to, że dziewczynka opowiadając o piwnicy mówi: Teraz śpi tam ich prawnuczka. Wygląda na dobrą dziewczynę, ale po tej całej sytuacji z jej kuzynem wolę się już nie pokazywać(…)” z czego wnioskuje, że sytuacja z kuzynem miała miejsce niedawno, potem natomiast okazuje się, że dziewczynka błąka się poza kamienicą od dwudziestu lat. Przeszkadzały mi te zawirowania czasowe. 

Co do samej końcówki, mam odczucia identyczne jak Cień. 

Ładnie napisana opowieść, dziecięca narratorka, zwłaszcza jako duch, to ciekawy zabieg, który dobrze tu gra.

Nie gra mi za to inna rzecz. Nie umiem się połapać w czasie. Rozumiem, że Kuźniakowie i pani Halinka wprowadzili się najpóźniej zaraz po wojnie. Smurfy w TV to kilkadziesiąt lat później. I przez tyle czasu żyli z duchem i dopiero po takim czasie Lena zaczęła im przeszkadzać i chcieli ją egzorcyzmować? 

Do tego inna rzecz – dziewczynka obserwuje upływ czasu – dostrzega chyba przecież starzenie się Kuźniaków?, poznaje ich wnuczkę, kolejne pokolenia, nowe technologie (telewizor, pilot, bajki itp.), a nie potrafi tego upływu odnieść do kuzyna? Nie łapie, że i on się zestarzał?

Dla mnie to jak taki mały, ale upierdliwie uwierający kamyk w bucie, który zabrał część satysfakcji z lektury.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hej! Dzięki za odwiedziny nowo-przybyłym;) A jeszcze większe dzięki za pozostawione opinie.

 

@Werwena – co do zawirowań czasowych, mógłbym się pewnie jakoś bronić, ale już kilka osób też zwróciło na to uwagę, więc biorę sobie tę uwagę jak najbardziej do serca;) Najważniejsze w końcu jest odczucie czytelnika. 

@śniąca – co do (nie)rozpoznania kuzyna, rozumiem wątpliwości, i nawet się nad tą sceną zastanawiałem. Uznałem, że wygra tu pewna względność czasu. W otoczeniu, w którym dorastamy z reguły nie dostrzegamy zmian. Czasem dopiero patrząc na zdjęcia, zauważamy, że ktoś np. mocno osiwiał;) Inaczej jest jak ktoś znika z naszego życia na kilkadziesiąt lat i pojawia się w zupełnie innej postaci. Powiedzmy, że według mnie taka zmiana dla dziecka mogłaby być zbyt szokująca. Nie do końca się też zgadzam, że dziecko, które rejestruje zmiany wokół, jest świadome jak dogłębne zmiany niesie ze sobą upływ czasu. Ale… jak pisałem powyżej, ja mogę sobie filozofować, ale najważniejszy jest dla mnie Wasz odbiór:) Tak więc… dzięki za kolejną lekcję;)

 

Us!

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

W otoczeniu, w którym dorastamy z reguły nie dostrzegamy zmian. Czasem dopiero patrząc na zdjęcia, zauważamy, że ktoś np. mocno osiwiał;) Inaczej jest jak ktoś znika z naszego życia na kilkadziesiąt lat i pojawia się w zupełnie innej postaci. Powiedzmy, że według mnie taka zmiana dla dziecka mogłaby być zbyt szokująca.

W sumie racja. Zwłaszcza ostatnie Twoje zdanie z powyższego cytatu – zakładając, że dziewczynka definitywnie utknęła w “swoim” wieku i czasie. Ja jednak czytając założyłam (najwyraźniej błędnie), że w jakiś sposób jej duch się uczy i rozwija (może nie najlepszy dobór słów, ale tylko takie mi w tej chwili przychodzą na myśl), poznaje nowe technologie, więc nabiera może jakiejś minimalnej choćby nowej świadomości. Może nie na poziomie podstawowym (bo wciąż czeka na rodziców), ale tym dotyczącym otaczającego świata.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Cień ma rację, końcówka bardzo ładnie napisana. Ale to, co było przed nią, też daje radę. Spodobało mi się, że tekst nie skupia się na okrucieństwach czasu wojny, tylko na ludzkiej chciwości i pragnieniu posiadania domostwa. Dopóki człowiek nie zaczyna sam szukać własnego mieszkania, temat może wydawać się abstrakcyjny, ale potem można próbować zrozumieć, co siedziało w głowach ludzi, którzy byli gotowi nawet pozbyć się prawdziwego właściciela swojego nowego domu, byle zapewnić byt własnej rodzinie – nieludzkie, ale na swój sposób niestety jednak ludzkie.

Poruszył mnie fragment o parchach i płaczącej mamusi – generalnie większość przemyśleń narratorki wypadła w moim odczuciu całkiem naturalnie.

Natomiast anachronizmy, w rodzaju smerfów, były tragiczne i mam poczucie, że gdyby było ich więcej, mogłyby położyć tekst. Unikanie archaizacji języka to jedno, ale nie można przesadzać w drugą stronę. Pilot od telewizora może i dałoby się wybronić, ale też zgrzyta. Obawiam się, że mieszkając z katolicką rodziną od zakończenia drugiej wojny światowej mała Żydówka jednak szybciej nauczyłaby się kto to jest ksiądz, niż kim jest Gargamel :P.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Fajna postać głównej bohaterki. Niby trochę mało kumata i mnóstwo rzeczy jej umknęło (albo Autorowi ;-p ), ale można to złożyć na karb jej wieku. BTW, nieźle oddałeś perspektywę takiej młodej osoby, sposób myślenia…

Szkoda, że nie ukryłeś lepiej jej tożsamości. Wydaje mi się, że im dłużej wodzisz Czytelnika za nos, tym lepszy efekt, kiedy już odkryjesz karty.

No i z chronologią trochę dałeś ciała.

Historia Kuźniaków to jedna z tysięcy podobnych historyjek, ale poznawało się ją z przyjemnością.

Jestem na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Dumałam i dumałam nad jasnymi i ciemnymi stronami tekstu i trudno było mi podjąć decyzję. Ważny temat, nieźle oddany, dobry styl, historia z należytym wykreowaniem dorosłych/bohaterów drugoplanowych, mimo że opowiada dziecko. Z bohaterką można się zżyć i nawet poczuć tę klaustrofobiczną atmosferę wypędzania duchów. Od początku lektury miałam wrażenie, że mam do czynienia z wartościową literaturą. 

Jednak nie można nie zwrócić uwagi na naiwność bohaterki, na bardzo nieautentyczne nieodmalowanie jednego z rodziców (mamusia jest taka wspaniała – i tyle, serio?), na to, jak łatwo odgadnąć tożsamość i los dziewczynki, na zdającą się zupełnie nie pasować wstawkę o oglądaniu Smerfów (przeczytałam twoje wyjaśnienie i go nie kupuję, nie zgadza mi się chronologia), lekkie przegadanie (po kilku grupkach kilku zdań szczebiotu miałam ochotę jedynie przejechać wzrokiem, ale staram się tego nie robić, bo szanuję pracę i kreację autora). 

Nadal się waham, więc dam sobie jeszcze chwilę na zastanowienie ;)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Hej ho!;)

 

Dzięki za przeczytanie i opinie, oczywiście za głosy na ,,Tak”, ale też i te na ,,Nie”, które uczą nie tylko pokory;) I co powiedzieć więcej? Smerfy mają u mnie przechlapane… Już im więcej nie zaufam:P Eh, a… wjechały dopiero w ostatniej wersji tekstu:P

 

The Dude pozdrawia i… kłania się nisko!;)

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Ciekawa kreacja głównej postaci niestety nie zrekompensowała mi znużenia, które czułam, poznając jej losy. Nie jestem pewna, z czego to wynika, ale opowiadanie od początku szło mi topornie, a po tych 26k znakach lektury czułam się, jakby było ich dwa razy tyle. Być może dlatego, że całość została napisana w formie retrospekcji. Z pozytywów: doceniam poważną tematykę i próbę podejścia do niej jak w La vita è bella (to znaczy, pokazanie wojny oczami dziecka), ponieważ wyszło ci to całkiem nieźle. Z drugiej strony, nie zostawiło dziury w sercu, jak rzeczony film, więc to trochę za mało na pióro ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Dzięki za odwiedziny i opinię!;) Piórko przeszło mi koło nosa i… tylko połechtało ambicję:P Następnym razem nie będę miał litości i… przyceluję w samo serducho;)

 

Pozdr!

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Nowa Fantastyka