- Opowiadanie: Annn - Nie życzę sobie...

Nie życzę sobie...

Kolejne krótkie opowiadanie. Tym razem trochę na poważniej, w dodatku z elementami prawdziwej historii. Obawiam się, że jest tu nieco oklepanych rzeczy, ale mimo wszystko aktualnych. Jeśli ktoś preferuje czytanie z podkładem muzycznym, to  polecam “Words darker than their wings” Alter Bridge.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

regulatorzy, Użytkownicy III, joseheim

Oceny

Nie życzę sobie...

Las pochłaniała gęsta mgła. Tylko miejscami pomrok przecinały wiązki migoczącego światła. Wśród drzew unosił się intensywny zapach żywicy i wilgotnej ziemi. Wraz z szelestem liści, rozbrzmiewał śpiew sikorek i kosów. Kręta ścieżka wiła się pośród pni cisów, pod którymi zamierało życie. Ale on zdawał się nic z tego nie zauważać. Szedł nieśpiesznie, jakby chciał odwlec to, co wydawało się nieuniknione. W jego zmącone myśli wkradało się przerażenie. Do smutnych oczu zaczynały napływać łzy. Spojrzał w górę, by je powstrzymać. By dojrzeć na niebie jakiś znak, lecz na próżno. Czując, że coraz trudniej złapać mu powietrze, poluzował krawat i zaczął głęboko oddychać.

Cały czas się wahał. Kurczowo ściskał w ręce zwinięty sznur i rozglądał za odpowiednim drzewem. Musiało być na tyle mocne, aby go utrzymać, a najniższe gałęzie nie powinny wyrastać zbyt wysoko, bo nie potrafił się po nich wspinać. Do tego nie chciał zniszczyć garnituru. Zależało mu na schludnym wyglądzie. Kiedy jednak tylko przestał patrzeć pod nogi, zaraz natrafił na wystający korzeń. Potknął się, przewrócił i stoczył ze stromego zbocza porośniętego krzakami, których gałęzie doszczętnie zniszczyły jego odświętny strój, aż w końcu wylądował w płytkim bagnie.

– Świetnie… Po prostu świetnie – wymamrotał pod nosem, próbując się podnieść. Cały był ubabrany w błocie. Wyciągnął z kieszeni chusteczkę, która jeszcze nie zdążyła przesiąknąć wodą i wytarł twarz. Zdarta skóra dłoni i kolan piekła niemiłosiernie, ale on tylko zacisnął zęby, podniósł sznur i ruszył dalej. Minął jesiony, olchy i topole aż w końcu znalazł gatunek, który potrafił rozpoznać, choć pewnie tylko dzięki żołędziom. Przypomniał sobie jak ojciec opowiadał mu kiedyś o wiewiórkach. O tym, jak próbują ukrywać gdzieś swoje łupy, a później nie mogą ich znaleźć. Może dzięki zapominalstwu jednej z nich, wyrósł ten dąb? Zatrzymał się i dokładnie przyjrzał wybrańcowi. 

 – To będzie odpowiednie – wyszeptał. Zamachnął się i przerzucił linę przez gałąź.

– Przepraszam bardzo, ale co pan robi? Gdzie z tym sznurem? – spytało niezadowolone drzewo. Przestraszony mężczyzna odskoczył do tyłu. – Znowu jakiś ekoterrorysta?

– Nie, nie. – Pokręcił energicznie głową i przełknął głośno ślinę – Tym razem tylko samobójca – wyjaśnił cicho, spuszczając wzrok. – Myślałem, że drzewa lubią ekologów – dodał nieśmiało i zrobił krok w jego kierunku. Miał wrażenie, że traci zmysły.

– A więc mnie słyszysz… Mało komu się udaje – powiedziało zaintrygowane. – Niektórych. Jednak mam wrażenie, że większość z nich nie ma pojęcia co i po co robi. Wykorzystują nas, aby zyskać rozgłos i pieniądze – westchnął dąb. – Dajmy na to… gradacje. Gdyby w mieście wybuchła epidemia, natychmiast zostałaby utworzona kwarantanna. Jakoś by próbowano powstrzymać zarazę. Ale jeśli chodzi o drzewa, to już inna sprawa. Lepiej niech zginie cały las, a nie tylko to, co zostało zaatakowane. Bo tak jest naturalnie… I oni są tacy naturalni. Mieszkają w drewnianych domach i czytają papierowe książki. Albo noszą skórzane buty i zajadają się schabowymi. Obrońcy życia – prychnął oburzony.

– Rozumiem. – Pokiwał głową i spojrzał ponownie na gałąź, która prawdopodobnie mogłaby udźwignąć jego ciężar. – A więc mógłbym? – spytał po chwili. Śnił czy też nie, nadal pamiętał po co tu przyszedł.

– Oczywiście, że nie. To nie Aokigahara. Nie życzę sobie żadnych wisielców. Rozejrzyj się pan. Czy to może Puszcza Amazońska?

– Nie – odparł zdziwiony pytaniem.

– A i pan mi nie wyglądasz na małpę żeby się wieszać. Później byś mi tu dyndał, a ja musiałbym patrzeć na twoje śmierdzące, rozkładające się zwłoki. Zlazłaby tu chmara padlinożerców i naleciałoby owadów. Dziękuję bardzo za takie atrakcje.

– Ala ja…

– Zawsze jest tyko “ja” i “ja”. Mam wrażenie, że poza czubkiem własnego nosa nie widzicie nic więcej. Może czas się rozejrzeć?

– Dobrze, poszukam innego drzewa. To? – Wskazał palcem grochodrzew.

– Oszalał pan? Nie o takim rozglądaniu się mówiłem. Poza tym robinia nigdy się na to nie zgodzi. Ostrzegam, że jej młode gałązki mają kolce. Jest bardzo charakterna i twarda. Twardsza nawet ode mnie. Do tego teraz kwitnie. Czuje pan ten przyjemny zapach? Pewnie przyciągnął wszystkie pszczoły z okolicy.

– A, to nie. Jestem uczulony. – Wzdrygnął się na samą myśl o opuchliźnie.

– Robią bardzo dobry miód akacjowy. Gdyby pan zdecydował się jeszcze pożyć, warto spróbować. I ostrożny pan jak na kogoś, kto chce zginąć – roześmiał się dąb.

– To z przyzwyczajenia – odparł zakłopotany mężczyzna. – Może jakieś inne… Brzoza? – spytał niepewnie. Nie wyglądała zbyt solidnie. Dość cienka i wątła. Sądził jednak, że mogłaby wytrzymać, gdyby obwiązał sznurem pień, a nie gałąź.

– Niech pan natychmiast wybije to sobie z głowy. Długo jej zajęło pozbieranie się po nawałnicy sprzed kilku lat. Wiatr złamał ją niemalże w pół, ale nie poddała się i wypuściła nowe pędy. Szybko popędziła w stronę słońca. Uwielbia światło. Z nią może się pan co najwyżej poprzytulać. Na dobre by panu wyszło. To bardzo znany gatunek w sylwoterapii, z resztą nie tylko. Na pewno słyszał pan o betulinie i o soku z brzozy.

– O soku, odrobinę – odparł, próbując strzepać z włosów zaschnięte błoto. Nadal rozglądając się, dostrzegł gruby pień o gładkiej, szarej korze. – A te wysokie?

– Buk? Niech pan tylko przyjrzy się jego młodym listkom. Na brzegach mają taką białą szczecinkę, niestety łatwo przemarzają. Buki są bardzo towarzyskie, ale tylko wobec siebie. Niesamowicie rozpychają się pod ziemią, a kiedy wybiją się w górę, zabierają innym dostęp do światła. Są też bardzo zachłanne. Cóż, taka strategia życiowa – do celu po trupach. Jednak mało które dożywają tak sędziwego wieku jak dęby – oznajmił dumnie.

– Chyba się nada. Dziękuję – odparł mężczyzna i ruszył w stronę buka. Nie miał pomysłu jak się na niego wspiąć. Każda próba kończyła się ześlizgnięciem. Zaczął więc poszukiwać czegoś, na co mógłby wejść. W końcu znalazł okrągławy głaz sięgający mu do kolan. Z trudem przyturlał go pod buk. Stanął na nim i przywiązał linę do gałęzi. Następnie zabrał się za robienie pętli. Kiedy była już gotowa, patrzył na nią ze łzami w oczach. Po jego policzkach spłynęło kilka grubych kropel.

– Dlaczego chcesz to zrobić? – spytał po chwili zmartwiony dąb.

– Bo jestem niewystarczający. Nic nie wnoszę do tego świata. Nie mogę się odnaleźć. Cały czas szukam, ale do końca nie wiem czego. – Zszedł z kamienia i usiadł pod bukiem, przyciągając do siebie kolana. Dłońmi zakrył zapłakaną twarz.

– Wszyscy są zagubieni i czegoś szukają – odparło drzewo. – Niektórym zajmuje to nawet całe życie, ale czy to czyni je mniej wartościowym? Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Poszukiwacze po drodze często natrafiają na różne skarby.

– Ja nic nie odnalazłem. Jestem już zmęczony. Czuję jakbym się cofał w pędzącym naprzód świecie. Jakby omijało mnie wszystko, co ważne – powiedział ocierając wierzchem dłoni łzy. Wsparty o gładki pień, podniósł się na drżących nogach.

– Ty też jesteś ważny…

– Dla kogo? Jestem sam. Już nawet gadam sam do siebie. A teraz i do drzewa… Musi być ze mną naprawdę źle. – Zmarszczył brwi i pokręcił głową.

– Nie jesteś sam. Nikt nie jest. Musisz dać innym szansę. Dać szansę sobie.

– Zawiodłem rodzinę, przyjaciół, szefa… Zawiodłem samego siebie. Porzuciłem ich. Już dawno ruszyli naprzód. Porzuciłem marzenia. Rzeczywistość ściągnęła mnie na ziemię. I wcale mi się tu nie spodobało. Czuję się jednocześnie za stary i za młody na wszystko, co dla mnie ważne. Jestem nijaki. Ja…

– I znowu to “ja”. Nikt nie żyje tylko dla siebie i każdy jest po coś. Wszyscy napędzamy machinę zwaną życiem. Najmniejsze gesty, słowa… Wpływamy na siebie nawzajem, zmieniamy się. Wszyscy gonimy marzenia, gubimy je, znajdujemy nowe. Jeśli się uprzesz to i w zwycięstwie dostrzeżesz porażkę, a w porażce zwycięstwo. Poza tym dopóki żyjemy wszystko jest dla nas możliwe.

– Już nie dla mnie – odparł wchodząc na głaz. Założył pętlę na szyję.

– Wolisz uciec i zginąć jak tchórz?

– Wydawało mi się, że aby to zrobić, trzeba zebrać się na odwagę.

– Raczej na głupotę, której żałowałbyś przez całą wieczność.

Mężczyzna uśmiechnął się gorzko i z całej siły odepchnął nogą głaz, który się potoczył. Zawisł. Sznur coraz mocniej wrzynał mu się w skórę. Ciało trzęsło się, a nogi szukały oparcia. Żegnał się z tym światem. Zamykając oczy, powoli oddawał się w objęcia śmierci. Aż nagle gałąź nie wytrzymała, złamała się i spadła razem z nim, prosto w pokrzywy. Niedoszły samobójca szybko ściągnął z szyi sznur i zaczął łapczywie wciągać powietrze. Po chwili poczuł jak wszystko zaczyna go piec i zerwał się na równe nogi.

– Cholera… – wycedził, widząc jak zaczyna robić się czerwony od poparzeń. Dąb prychnął z rozbawienia. – Nawet nie potrafię porządnie się powiesić. – Mimo wszystko ulżyło mu, że nadal żył.

– Dobrze ci tak. A pokrzywami się nie martw, to dla zdrowotności – rzuciło roześmiane drzewo. Po chwili jednak ucichło. Nagle rozległy się głośne trzaski i huk, z którym lekko zatrzęsła się ziemia. Mężczyzna przestraszył się i z niepokojem czekał na to, co mogło nadejść.

– Musisz minąć tę brzózkę, którą sobie wcześniej upatrzyłeś. Tam, w tych chaszczach… Idź – powiedziało nagle drzewo. Zmarszczył brwi w niezrozumieniu, ale poszedł. Gdy dotarł na miejsce, ujrzał zwinięte, jasno nakrapiane stworzenie. Duże oczy przyglądały się mu z zaciekawieniem i strachem. Uśmiechnął się na widok tego maleństwa i ledwo wytrzymał, by go nie dotknąć.

– Nie powinno mnie tu być. Jego matka pewnie zaraz wróci. Nie mogę zostawić na nim swojego zapachu, bo może je odtrącić.

– Mogłaby, gdyby nadal żyła. Obalił się na nią świerk, a raczej to, co z niego zostało. Jakiś czas temu zaatakowały go korniki.

– Skąd to wszystko wiesz?

– Ryzomorfy.

– Ryzomorfy?

– Strzępki grzybów, z którymi nasze korzenie wchodzą w mikoryzy albo takich, które podle na nas pasożytują. Oplatają niemal całą Ziemię. Dzięki nim tworzy się podziemna sieć wzajemnej wymiany składników odżywczych, jak i informacji.

– Interesujące… – Nagle mężczyzna usłyszał czyjeś kroki i ludzki głos. Zmieszany poprawił resztki ubrania i potarł skórę szyi, obawiając się, że nadal widnieje na niej ślad po sznurze. Nie chciał aby ktoś się domyślił. W końcu jego oczom ukazała się piękna, zapłakana kobieta. Na jego widok krzyknęła i cofnęła się kilka kroków. Wcale się jej nie dziwił. Sam pewnie właśnie wybiegałby już z lasu i nie przeszkodziłoby mu to, że się zgubił.

– Spokojnie. Proszę nie krzyczeć – powiedział wskazując osierocone zwierzę. Kobieta natychmiast podeszła przyjrzeć się mu z bliska. Szybko straciła zainteresowanie mężczyzną. On za to nie mógł oderwać od niej wzroku.

– Prześliczna… – niemal pisnęła z zachwytu, po czym ponownie zaczęła ciągać nosem. – Przechodziłam przez las, kiedy nagle runął świerk. Na miejscu znalazłam przygniecioną przez pień sarnę. Była jeszcze żywa. Próbowałam podnieść to drzewo. Zrobiłam nawet dźwignię, ale nie dałam rady. Ledwo oddychała. Podejrzewam, że mogło jej połamać żebra, a te być może uszkodziły płuca. Nie wiem… – powiedziała roztrzęsiona. – Umarła na moich oczach. – Kiedy mówiła, poczuł się podle. Tak łatwo chciał zaprzepaścić coś, o co wielu walczyło. I nie chodziło tu tylko o sarnę. Jej żywot był mu właściwie obojętny, choć żałował małej sarenki. Bez matki nie miała żadnych szans. Jednocześnie ukłuło go coś w środku, po którym rozeszło się dziwne ciepło. Mężczyznę zjadały nerwy.

– To straszne. Przykro mi – powiedział szczerze.

– Musimy jej pomóc – stwierdziła stanowczo, spoglądając na maleństwo.

– My? – Nagle poczuł, że nie był już sam. Gdzieś rozpłynęło się “ja”.

Koniec

Komentarze

Ojej, jak mi się to podobało! Bardzo rozczulające. Widziałam po drodze jakąś literówkę, ale tak bardzo chciałam wiedzieć jak potoczy się los biednego samobójcy, że przeleciałam przez nią i pomknęłam dalej po świecie Twojej wyobraźni. Niesamowite masz te opisy drzew, tego jak się komunikują i jakie mają osobowości. Brzmi to tak jakbyś zajmowała się biologią (albo przynajmniej naprawdę znała na rzeczy) nie wiem, czy rzeczywiście tak jest, czy wszystko wymyślałaś, ale jest to bardzo przekonujące. Enty to jedne z moich ulubionych istot magicznych, więc gdy tylko Dąb przemówił, byłam poruszona. W dodatku gratuluję konstrukcji postaci samobójcy, który choć bezimienny, wzbudza dużą sympatię. Naprawdę chce się go powstrzymać od popełnienia tego strasznego, permanentnego głupstwa. Miałam wrażenie, że zaczęłaś trochę śpieszyć z narracją pod koniec. Opowieść snuta jest równym tempem, aż nagle bardzo gwałtownie zawinięta. Może to tylko moje wrażenie. Tak, czy inaczej, bardzo urocza, poruszająca historia, którą przeczytałam jednym tchem i z miłą chęcią. :)

rosebelle – Bardzo Ci dziękuję :) Nawet nie wiesz jak mi miło :) Jeszcze przejrzę tekst i poszukam tej literówki. Opisy drzew nie są zmyślone. Chciałam aby czytelnicy czegoś się o nich dowiedzieli. Biologią trochę się zajmuję (leśne studia ;)). Też bardzo lubię Enty. Tolkien to mistrz. Szczerze powiedziawszy, chyba faktycznie przyśpieszyłam pod koniec. Bałam się, że jeśli tego nie zrobię, to wyjdzie mi takie trochę lanie wody. Ale chyba jest tam wszystko, co miało być, jakaś esencja :)

Zakładam, że prawdziwym wątkiem w tej historii jest znalezienie osieroconej sarenki, a reszta to Twoja fantazja. ;)

Desperat nie wzbudził mojej sympatii, za to Dąb i owszem.

Raczej bez entuzjazmu podchodzę do umieszczania w opowiadaniach różnych odniesień do aktualnych sytuacji, tu przyrodniczo-politycznych, ale koniec końców czytało się nieźle.

 

Pod­par­ty o gład­ki pień… –> Oparty/ Wsparty o gładki pień

Podpieramy się czymś, np. laską, nie o coś.

 

– I znowu te “ja”. –> – I znowu to “ja”.

 

uj­rzał zwi­nię­te, jasno na­kra­pia­ne stwo­rze­nie. […]  Jej matka pew­nie zaraz wróci. Nie mogę zo­sta­wić na niej swo­je­go za­pa­chu, bo może od­trą­cić. –> Piszesz o stworzeniu, więc: Jego matka pew­nie zaraz wróci. Nie mogę zo­sta­wić na nim swo­je­go za­pa­chu, bo może je od­trą­cić.

 

Zmie­sza­ny po­pra­wił reszt­ki ubrań i po­tarł skórę szyi… –> Zmie­sza­ny po­pra­wił reszt­ki ubrania i po­tarł skórę szyi

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie, to ubranie.

 

Na jego widok krzyk­nę­ła i cof­nę­ła się kilka kro­ków do tyłu. –> Masło maślane. Czy istniała możliwość, aby cofnęła się do przodu?

 

Zro­bi­łam nawet dźwi­gnie, ale nie dałam rady. –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy – Fantazją było tu w zasadzie tylko mówiące drzewo :) Reszta to prawie sama prawda. Opisy drzew zawierają jak najbardziej prawdziwe informacje. Niedoszły samobójca też istnieje i faktycznie spadł i wpadł w pokrzywy. Co prawda miał inne powody i próbował powiesić się na kablu, ale jest prawdziwy. Co do tych odniesień, to takie są fakty. Smutne, ale fakty.

Dzięki za wskazanie błędów, już zabieram się do poprawy :)

I cieszę się widząc te “nieźle” :)

W takim razie, Annn, nieco inaczej patrzę na opowiadanie i w pełni doceniam, że biorąc na warsztat historię tragiczną, potrafiłaś przedstawić ją dość lekko, a nawet z pewną dozą humoru, że o fantastyce nie wspomnę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy – On sam się dzisiaj śmieje z tego, co się kiedyś stało. Czas sprawia, że nabiera się dystansu. Dziękuję za miłe słowa :) Jak chcesz to potrafisz ;D

Skoro tak uważasz… ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo sympatyczne opowiadanie :)

 

punkt ode mnie 

 

MPJ 78 – Dziękuję :)

Pomrok? A nie: pomroka?

 

“– A więc mnie słyszysz… Mało komu się udaje – powiedziało zaintrygowane.” – brak dookreślenia podmiotu, ostatnim był “mężczyzna”.

 

“– Rozumiem. – Pokiwał głową i spojrzał ponownie na gałąź” – j.w., brak dookreślenia podmiotu, ostatnim był “dąb”.

 

“– Robią bardzo dobry miód akacjowy. Gdyby pan zdecydował się jeszcze pożyć, warto spróbować. I ostrożny pan jak na kogoś, kto chce zginąć. – Roześmiał się dąb.” – albo bez kropki po “zginąć” i “roześmiał” małą literą, albo w odwróconym szyku: Dąb roześmiał się.

 

“Z nią może się pan[-,] co najwyżej poprzytulać. Na dobre[-,] by panu wyszło. To bardzo znany gatunek w sylwoterapii, z resztą nie tylko.” → zresztą łącznie

 

“Jednak mało które dożywają tak sędziwego wieku jak dęby – oznajmił dumnie.” – Kto oznajmił dumnie? Znowu brak dookreślenia podmiotu. Domyślam się, że dalej będzie podobnie, więc nie będę kopiować wszystkich przypadków.

 

“Zaczął więc poszukiwać[-,] czegoś, na co mógłby wejść.”

 

“– Dlaczego chcesz to zrobić? – po chwili spytał zmartwiony dąb.” – Albo “Po” wielką literą, albo inny szyk: spytał po chwili zmartwiony dąb.

 

“nadal widnieje na nieś ślad po sznurze.” – literówka: niej

 

“…przyjrzeć się mu z bliska. Szybko straciła zainteresowanie mężczyzną. On za to nie mógł oderwać od niej wzroku.

– Prześliczna… – niemal pisnęła z zachwytu, po czym ponownie zaczęła ciągać nosem. – Przechodziłam przez las, kiedy nagle runął świerk. Chciałam go obejrzeć z bliska.”

 

 

Czytało się sympatycznie, choć jak dla mnie za bardzo moralizatorskie toto w wydźwięku. Lepiej by wypadło, gdyby przekaz był łagodniejszy, bardziej ukryty, a nie taki prosto z mostu.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mam jak Jose – przyjemnie się czytało, ale jakoś mocno pachniało moralizatorstwem. Ale na plus to, że bez problemów rozumiałam, o co chodzi (a dzisiaj coś nie miałam farta do tekstów). Fajne wiadomości o drzewach. Chociaż nie wiem, czy nie byłoby lepiej, gdyby dąb opowiadał o tych procesach przystępniejszym językiem.

Babska logika rządzi!

joseheim – Miał być pomrok.

Dziękuję za przeczytanie i wskazanie błędów. Jeszcze dziś je poprawię :)

Może i faktycznie trochę moralizatorskie, w dość mało subtelny sposób, ale miało takie być :)

Finkla – Dziękuję :) A to źle, że chcę Was trochę moralizować? ;D

Wydawało mi się, że było przystępnym językiem. Chyba tylko “betulina” mogła niektórym zabrzmieć obco. I tak z trudem pohamowałam się przed innymi terminami np. z “taksyną” przy cisach, co by poniekąd mogło wyjaśnić zamieranie życia pod tym gatunkiem :) Ale jeśli coś było niezrozumiałe, to proszę o wskazanie przykładu, wtedy poprawię :)

Sympatyczne opowiadanie, dostarczające ciekawszych informacji niż dawne lekcje dendrologii na biologii ;) O ile faktycznie zapodaje morał z subtelnością gościa z kijem bejsbolowym, o tyle sama nauka życia przypadła mi do gustu swoim optymizmem.

Gdzieniegdzie jakaś gruda się trafi, jedna suma summarum czytało się lekko.

Bohaterowie (zarówno drzewa jak i ludzie) istnieją raczej tylko jako środki przekazu morału, toteż ciężko mi było wyobrazić ich sobie w rzeczywistości. Możesz w dalszych historiach dorzucić jakieś małe elementy, które ożywiłyby ich w wyobraźni, np. jakiś tik nerwowy, czy ulubione powiedzenie ;)

Podsumowując: ładna, choć mocno moralizatorska, historia. Parę razy coś wybuchło na niebie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zgadzam się, że sympatyczne i zgadzam się, że moralizatorskie jak diabli. Właściwie moralizatorsko-edukacyjne – i pewnie takie miało być, z czego wywiązuje się nieźle, bo podaje informacje w przyjemnej w odbiorze formie i sądzę, że chętnie przeczytałabym taki tekścik w jakiejś broszurce informacyjnej ;) Natomiast poza tym kontekstem przekonuje mnie znacznie mniej, bo mądrości dębu zawierają myśli i sformułowania raczej oklepane, podanie ich tak bardzo wprost też nie pomaga, a to zawalenie się świerku, śmierć sarny i pojawienie się kobiety, to tak nadzwyczajny zbieg okoliczności, że aż niewiarygodny – bóg z maszyny.

Annn, niektórzy z nas są już starymi koniami. Tacy mogą stawiać opór moralizatorstwu. ;-)

To niezupełnie tak, że wykład dębu jest niezrozumiały. Zwłaszcza, że coś już o tym słyszałam – że grzyby stanowią “Internet” lasu itd. Oprócz betuliny masz jeszcze sylwoterapię i mikoryzę. Chodzi o to, że drzewo nie wyjaśnia tych pojęć. A tak bez zrozumienia – trudno je zapamiętać i wynieść korzyść z opowiadania. IMO.

Babska logika rządzi!

(nie piszę o błędach, tylko o własnych refleksjach stylistycznych i logicznych – dla refleksji, a nie dla poprawiania).

Las pochłaniała gęsta mgła. Tylko miejscami pomrok przecinały wiązki migoczącego światła.

FWK pisał kiedyś w swoim “Kąciku…”, że ludzkie oko najpierw widzi światło, a potem dopiero kolejne elementy, a na końcu szczegóły. I że lepiej w tej kolejności zawsze pisać, bo czytelnikowi lepiej się budują obrazy w głowie – jeśli już wyobraził sobie np. mrok, to potem trudno mu będzie włożyć w ten obraz świecącego ducha (oczywiście w tym przykładzie – jeśli duch był tam od początku. Bo jeśli duch się pojawia, no to wiadomo – najpierw mrok, potem duch). W tym zdaniu to nie boli, ale może lepiej by było coś w stylu “wiązki migoczącego światła przecinały gęsty mrok, ale poza nimi cały las pochłaniała gęsta mgła” (oczywiście trzeba ładniej napisać). Pod rozwagę, bo to nie jest wielki problem akurat w tym wypadku i piszę raczej jako ciekawostkę.

Wraz z szelestem liści, rozbrzmiewał śpiew sikorek i kosów.

Nie rozumiem tego zdania. “Wraz”? Jakaś dziwna konstrukcja.

Potknął się, przewrócił i stoczył ze stromego zbocza porośniętego krzakami, których gałęzie doszczętnie zniszczyły jego odświętny strój, aż w końcu wylądował w płytkim bagnie.

Gdybym był redaktorem, zastanowiłbym się nad słowem “natrafił”. Bo mi ono się kojarzy z człowiekiem, który widzi korzeń i mówi “o, korzeń”. To nawet by była zabawna scena – “o, korzeń”, łup! – ale nie o efekt komiczny tu chodzi. Najprościej tutaj po prostu skrócić: “Kiedy jednak tylko przestał patrzeć pod nogi, potknął się o korzeń, przewrócił i stoczył ze stromego zbocza”. To wciąż nie jest błyskotliwe zdanie, ale trochę zgrabniejsze. Drugi problem z tym zdaniem to zmiana podmiotu w trakcie (protagonista, a potem krzaki), a potem powrót do pierwszego podmiotu. Za dużo zamieszania.

A więc mnie słyszysz… Mało komu się udaje – powiedziało zaintrygowane. – Niektórych. Jednak mam wrażenie, że większość z nich nie ma pojęcia co i po co robi. Wykorzystują nas, aby zyskać rozgłos i pieniądze – westchnął dąb. – Dajmy na to… gradacje. Gdyby w mieście wybuchła epidemia, natychmiast zostałaby utworzona kwarantanna. Jakoś by próbowano powstrzymać zarazę. Ale jeśli chodzi o drzewa, to już inna sprawa. Lepiej niech zginie cały las, a nie tylko to, co zostało zaatakowane. Bo tak jest naturalnie… I oni są tacy naturalni. Mieszkają w drewnianych domach i czytają papierowe książki. Albo noszą skórzane buty i zajadają się schabowymi. Obrońcy życia – prychnął oburzony.

No dobra… Zostawmy styl na chwilę. Gradacje kornika drukarza występują wyłącznie na drzewach iglastych, a tu do tej pory tylko głównie olchy, jesiony i topole, potem jeszcze brzoza i akacja. Były co prawda też cisy, ja się nie znam, ale na nich też kornik nie żeruje, prawda? Wcześniej było coś o zapachu żywicy, żywica wytwarzana jest głównie (choć nie wyłącznie – jest żywica topolowa też, ale nie jest jej dużo i na pewno jej zapach nie wypełniłby lasu) przez drzewa iglaste, ale akurat cis jej nie wytwarza. Piszę o tym, bo w Twoim tekście wiedza dendrologiczna, albo nawet leśna jest bardzo ważna, a niestety – tak na pierwszy rzut oka przynajmniej – kuleje. Oczywiście jeśl nie mam racji i mnie poprawisz, to ja chętnie przyznam się do błędu. Piszesz o swoich leśnych studiach (jakbym nie wiedział, to bym się domyślił po monologu dębu, ja Was, leśników, znam :)), ale wiesz – w fantastyce tradycyjnie, jeśli wprowadzamy wątki naukowe, to one muszą być na żyletkę. Tutaj żyletka imho jest tępa. 

Zawisł. Sznur coraz mocniej wrzynał mu się w skórę. Ciało trzęsło się, a nogi szukały oparcia. Żegnał się z tym światem. Zamykając oczy, powoli oddawał się w objęcia śmierci.

Myślę, że to bardzo trywialny opis umierania. Myślę, że umieranie, nawet jeśli trwa kilka sekund, zasługuje na więcej. Zwłaszcza, że to punkt zwrotny w całej historii. Można by też to zsupertrywializować, to też miałby sens – umieranie jako w ogóle nieznacząca sprawa – ale wtedy trzeba by bez “żegnał się z tym światem” i “oddawał się w objęcia śmierci” (które to oba sformułowania są bardzo cliche).

Obalił się na nią świerk, a raczej to, co z niego zostało.

W końcu świerk! ;)

My? – Nagle poczuł, że nie był już sam.

Chyba lepiej brzmiałoby “że nie jest już sam” – w końcu odczucie dotyczyło jego własnej teraźniejszości. Ale się nie upieram.

Generalnie może w tym opowiadaniu coś jest, może nie rozkłada na łopatki, ale ma swój urok, ja nie mam problemu z moralizowaniem, czasem trzeba mówić, że czarne jest czarne, a białe jest białe, a nie tylko owijać w bawełnę. Oczywiście nie podoba mi się dąb mówiący jak leśnik (wolałbym dąb mówiący jak przyrodnik), ale o tym nie będziemy tu przecież dyskutować. Natomiast jeśli antropomorfizujesz drzewo, to musisz być w tym konsekwentna – zantropomorfizowany dąb używając metafory kwarantanny mówi de facto “moich zantropomorfizowanych zarażonych kolegów trzeba zabić”. Więc “kwarantanna” – co przecież oznacza odosobnienie, a nie to proponuje dąb, czyli wycinkę – brzmi tu jak eufemizm, “ostateczne rozwiązanie kwestii kornika”. Czytam i widzę więc dąb-hipokrytę, a nie dąb-mędrca, jak chyba było w planie.

Żeby była jasność – ja nie wchodzę z Tobą tutaj w dyskusję o tym, czy lepsza jest ochrona czynna, czy bierna (możemy na priv, jeśli chcesz – już zapewne się domyślasz, że jestem “ekoterrorystą”), tylko pokazuję, że w obrębie samego wyłącznie tekstu jesteś niekonsekwentna, niezależnie od tego, co chcesz powiedzieć. Właściwa metafora – która pewnie znasz – do użycia tutaj to metafora nowotworu: jeśli las potraktować jako całość, jeden organizm, a część tego organizmu zaatakował rak, to chorą tkankę należy wyciąć, a nie pozwolić jej rozrastać się na resztę. Gdyby takiej metafory użył dąb, to byłaby po pierwsze bardziej adekwatna, a przez to bardziej przekonująca niż “kwarantanna”, a po drugie – bardziej pasująca do dębu – bo dąb mówiący o mieście mi nie bangla, krótko mówiąc. Z taką metaforą bym się nie zgodził również, ale już merytorycznie, a nie literacko.

Peace&Love

 

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Podobało mi się. :) Tekst czytało się naprawdę szybko, jest napisany przystępnie. W ogóle, fajny miałaś pomysł i ładnie go wykorzystałaś. :) 

Chyba nie jestem w grupie docelowej tego opowiadania, tylko kto jest? Bajką to nie jest, na baśń też za mało, czyli coś dla dorosłych, ale moralizatorstwo celuje gdzieś w młodzież. Ta z kolei raczej takich utwór nie czyta. Ciekawe informacje o drzewach, tylko znowu, czy podane w odpowiednim opowiadaniu? Teoretycznie główny problem jest mocno obyczajowy, psychologiczny, dotyczy losu jednostki (ludzkiej) i wplatasz w to wykład z przyrody. Mnie osobiście te połączenie niezbyt pasuje, z jednej strony spłyca problem, bardzo poważny, w końcu chodzi o próbę samobójczą, z drugiej irytuje, właśnie dlatego, że nijak się ma do samobójstwa. Dodatkowo nadajesz opowiadaniu ton lekko żartobliwy, można i tak, nawet o samobójstwie, ale nie poprzez dendrologiczne wykłady.

Podsumowując, nie przekonuje mnie rozmowa człowieka z drzewem, gdzie każdy ma inne problemy, a jednak się dogadują. Gdyby tak zamiast człowieka to inna roślina chciała popełnić samobójstwo, a druga ją ratowała, to taki wykład i pouczanie lepiej by mi pasowało.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Tylko czy roślinom zdarza się popełniać samobójstwa?

Babska logika rządzi!

No wiesz Finkla? Gdzie w tobie fantazja? :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Czekaj, czekaj… Sugerujesz, że taki warkocz czosnku to fitosekta wisielców? ;-)

Babska logika rządzi!

No ba, przecież śmierdzą :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

NoWhereMan – Dziękuję :) Niestety w szkołach rzadko kiedy padają ciekawe informacje, a przynajmniej u mnie nie padały. Czasem trzeba posłużyć się i kijem ;)

Dziękuję też za bardzo przydatne wskazówki, na pewno z nich skorzystam. Fajerwerki są przereklamowane (o mały włos nie napisałam przeterminowane :D), lepsza burza magnetyczna :)

 

Werwena – We wstępie ostrzegałam o tych oklepanych rzeczach :) Zależy od odbiorcy jak je potraktuje, czy jako jakieś slogany czy też zacznie je analizować. Wiem, że to nic nowego ani odkrywczego, to jest po prostu cały czas aktualne. W życiu zdarzają się jeszcze większe zbiegi okoliczności :) Postaram się popracować nad bardziej wiarygodnymi historiami, choć odczucie wiarygodności też zależy od człowieka.

 

Finkla – Każdego podobno da się złamać :D

Błędnie stwierdziłam, że wszyscy, trochę starsi, kojarzą pojęcie mikoryzy. Masz rację, że nie znają (popytałam w domu), ale trochę tam było w tekście o wymianie składników odżywczych. Sylwoterapię wymieniłam przy przytulaniu się do brzozy. Założyłam, widocznie błędnie, że się ludzie domyślą albo sobie poszukają. Ja często szukam, jeśli coś mnie zainteresuje, a nie znam terminu. Wtedy jeszcze lepiej się zapamiętuje, ale wiem, że przez to opowiadanie może tracić. Z drugiej strony nie chciałam z tego robić takiej „naukowej pogadanki”, choć pewnie i tak wyszła.

 

Cerleg – Dziękuję za przydatne refleksje i uwagi. Postaram się z nich korzystać :)

Z metaforą się zgodzę, choć też wszystko zależy jak kto sobie zinterpretuje. Nowotwór faktycznie byłby lepszy w tym przypadku, choć dla mnie i kwarantanna jest do zniesienia. Dąb nie chciał pozabijać chorych kolegów. Nie chciał by zarażali innych. Jeśli jesteś ekologiem, to pewnie dobrze znasz problem gradacji i jak wyglądają jej następstwa. I dla jasności, nie potępiam wszystkich ekologów i nie przyznaję racji wszystkim leśnikom. Każdy ma swoje racje i powody.

 

Rossa – Dziękuję :) Cieszę się, że Ci się podobało :)

 

Darcon –  W jednych gusta trafia, w innych nie. Wszystkim nie da się dogodzić. Nie miałam określonej grupy docelowej. Niezależnie od wieku ludzie mają różne problemy, które często prowadzą do głupich myśli. W tym opowiadaniu nie chodziło tylko o jednostkę. Dlatego nie miał imienia. Mógł być każdym. Nie chciałam aby było całkiem na poważnie i bardzo dramatycznie. W życiu przeplata się ze sobą wiele skrajności. Dzięki temu rozładowuje się napięcie. W tragedii też można znaleźć humor. Drzewo chciało aby człowiek dowiedział się czegoś więcej, by dostrzegł coś więcej. Oczywiście przedstawiam tu dwa światy, ten ludzki i ten roślinny. Chciałam pokazać analogie, to że dużo nas ze sobą łączy. Że każdy świat ma problemy. Nie chciałam by było to coś ciężkiego, nie chcę nikogo dołować. Choć pewnie i tak niektórych zdołowałam, ale z innego powodu.

Dzięki za przeczytanie :)

Finkla, Darcon – Jesteście niemożliwi :D

A co do takich samobójstw, to np. jest coś takiego jak apoptoza – samobójstwo uszkodzonych komórek :) Oczywiście tych roślinnych też dotyczy.

Ale prawdziwi. :-)

Sylwoterapię da się bez problemu zgadnąć z kontekstu. Gorzej z resztą.

Babska logika rządzi!

O, widzisz, gdyby takie drzewko zaatakowane przez pasożyty próbowało popełnić kontrolowaną apoptozę… To by mogło wyjść ciekawie i nowatorsko.

Babska logika rządzi!

Nie wątpię, że prawdziwi, ale z fantazją ;D

To Finkla dajesz ;)

Eeee, ja się za słabo znam na roślinkach. Zresztą, kolejka tekstów do napisania długa. Dobrze, że Beryl przełożył termin fantastów. :-)

Babska logika rządzi!

Wymówki ;) Zawsze możesz coś doczytać. Internet prawdę Ci powie ;D

No to właśnie doczytuję do innego opka. :-)

Temat roślinnej apoptozy wygląda bardzo obiecująco. Drzewo poświęcające się dla własnych siewek… Ale szybko się tym nie zajmę i nie mam nic przeciwko temu, żeby ktoś inny spróbował swoich sił.

Babska logika rządzi!

Annn, pozwalam sobie zarekomendować Ci, oczywiście jeśli zechcesz przeczytać, Korzenie, autorstwa Drewian. To jedno z moich ulubionych opowiadań, a jego bohaterami są drzewa, choć nie tylko. ;) http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/15107

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finkla – Więc czekam na końcowy efekt ;)

Obawiam się, że poświęcenie się (śmierć drzewa), niewiele da siewkom. Po śmierci zaatakowanego drzewa, szukają nowego żywiciela :/ Ale to fantastyka, tu można wszystko :D

 

regulatorzy – Dzięki, bardzo chętnie przeczytam :)

Mam nadzieję, Annn, że podzielisz się wrażeniami. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Doceniam staranie się o przekazanie budującej historii. Za to duży plus. Moralizatorstwo jednak psuje, na mój odbiór, to opowiadanie. Chyba lepiej wyszłoby bez gadającego drzewa, ale bez przekonania to piszę. Dużym minusem jest to, że kompletnie nie trafiają argumenty, dlaczego bohater chce popełnić samobójstwo. Być może są prawdziwe, ale albo są przedstawione źle, niewiara nie została zawieszona, albo źródło problemu nie zostało pokazane. Przez co bohater raczej wypada w złym świetle. W ogóle mu nie współczułem. Dużym drugim plusem są informacje o drzewach – to zaciekawiło.

Ogolnie czytało się nieźle. 

Hej :)

 

Tekst ma swoje zadanie i chwała Ci za to, że nie jest o niczym :) Co prawda nie ze wszystkim mogę się zgodzić; niektóre wynurzenia zdają się mało satysfakcjonujące względem tak dusznego tematu, jakim jest samobójstwo i wydaje się, że przez niektóre jego aspekty jedynie się prześliznęłaś.

 

Oczywiście rozumiem, że to też kwestia “humorku”, na który się pokusiłaś. Taki “humorek” rządzi się pewnymi prawami i trzeba to uszanować ;)

 

Niemniej jednak, jako fan duchoty literackiej – tekstów, które odbierają dech w piersi wagą tematu jaki poruszają, jestem zawiedziony, że fabula poszła właśnie w te stronę. Oczywiście nie zmienia to faktu, że to dobry tekścik, tyle że tylko leciutki :)

 

Technicznie nie przyczepie się (ostatnio skupiam się na wymowie tekstu a nie na ortografach, no chyba że ktoś strzela byki większe ode mnie ;) ). Co do konstrukcji postaci to średnio. Bezradność samobójcy nieprzekonująca. Wiem, wiem… Do tego “humorku” idealna ;)

 

Reasumując. To nie moja bajka, ale pochwalić trzeba :)

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny

regulatorzy – Przeczytałam :) Prawdziwe cudo. Było tam wszystko, co lubię :) Wcześniej też pisałam o świecie osadzonym w mitologii Słowian, jak i o malarce. Dla mnie to było coś bardzo bliskiego. Autorka jest genialna, do tego jeszcze te poczucie humoru :) Dzięki za link, że mogłam dołączyć do fanów :)

Annn, ogromnie się cieszę, że poleciłam opowiadanie, które sprawiło Ci tyle przyjemności. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Blackburn – Dziękuję :) Wiem, że nie do końca to dopracowałam, choć czytałam to kilkadziesiąt razy. Mogłam dopracować postacie, na pewno byłoby lepiej. Jednak tego, że drzewo przemówiło, nie żałuję. Rozładowało tragizm, tego chciałam. Piszę jeszcze trochę po omacku, uczę się. Dlatego dziękuję za wszystkie rady i uwagi. Postaram się poprawić :)

 

Język dobry, dendrologia w moim odczuciu ubarwiła tekst, ale jaka sama słusznie zauważyłaś w przedmowie, jak i zgodzili się inni komentujący, argumenty drzewa przeciwko samobójstwu brzmią banalnie. Może nawet i są prawdziwe, ale co z tego, jeśli przekazują prawdy oczywiste? Tym bardziej trudno jest mi wyobrazić sobie, żeby przekonały jakiegoś samobójcę. W efekcie opowieść jest ładna, ale dość naiwna. Innymi słowy – podoba mi się jak piszesz, ale sama treść do mnie nie przemawia ;)

Blacktom – Kiedyś się skuszę na tę duchotę literacką, choć nie wiem czy potrafię aż tak się wczuć i przekazać emocje. Postać mogłam bardziej dopracować, żałuję, że tego nie zrobiłam, choć z drugiej strony nijaki samobójca, to uniwersalny samobójca. Chociaż lepiej gdyby był jakiś. 

Dziękuję :)

regulatorzy – Jakbyś miała takich więcej to wiesz :) Ale z tym to trafiłaś idealnie :)

Nighter6 – Jeśli ktoś naprawdę chciałby się zabić, nie przekonałyby go żadne argumenty. Ten się wahał, nie wiedział do końca co robi. Ale wiem, że oklepane te argumenty. Następnym razem postaram się o coś lepszego.

Dziękuję. Cieszę się, że język Ci się spodobał :)

Annn, jest tu taki wątek z polecankami: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17631 Mam nadzieję, że coś Ci się spodoba.

Korzenie przypomniały mi się, bo choć dość odlegle, to skojarzyły mi się z Twoim opowiadaniem. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy, Finkla – Dziękuję :) Przejrzę w wolnym czasie :) Chociaż opowiadania mają jedną wadę – szybko się kończą, urywają się. Człowiek się wkręca, zaczyna się przywiązywać i… koniec. No, ale wszystko musi się kiedyś skończyć.

Ja jestem z tych ekologów, których – tak zakładam – raczej potępiasz :) Choć ja z kolei nie potępiam wszystkich leśników :)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Cerleg – Dlaczego sądzisz, że jesteś z tych potępionych? Jesteś przeciw wycince chorych drzew i pozostawieniem natury samopas?

Tekst nie wzbudził we mnie jakichś większych emocji, a to z powodu łopatologicznego moralizowania. Nawet zbyt wprost wstawki edukacyjne mi tak nie przeszkadzały. Czytając, miałam wrażenie, że nie za bardzo sama wiesz, co chcesz uzyskać, że stoisz w rozkroku między lekką opowiastką, a historią z pewnym ciężarem. Wpływ na to miła chyba bezbarwna postać bohatera. Sympatii do niego nie poczułam, to pewne. Wydał mi się taką łajzowatą beksą, która nadmiernie dramatyzuje bez poważniejszego powodu. Bo żadnego powodu jego próby samobójczej nie podałaś. Nie twierdzę, że skoro tekst oparty jest na faktach, miałaś je wszystkie tu przytaczać, ale nawet zmyślone, ale konkretniejsze nieco zmieniłyby środek ciężkości i może wpłynęły na bardziej zdecydowane uczucia do bohatera. 

Za to muszę przyznać, że czytało mi się szybko i lekko, bo opowieść napisana jest bardzo dobrze. A to jet mój ulubiony fragment: 

Niech pan natychmiast wybije to sobie z głowy. Długo jej zajęło pozbieranie się po nawałnicy sprzed kilku lat. Wiatr złamał ją niemalże w pół, ale nie poddała się i wypuściła nowe pędy. Szybko popędziła w stronę słońca. Uwielbia światło. Z nią może się pan co najwyżej poprzytulać.

Brzoza z tego fragmentu, przedstawiona pośrednio, jest już moją ulubioną postacią, jakoś tak żywszą od prowadzących dialog :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

śniąca – Dziękuję za uwagi, postaram się poprawić, bardziej dopracowywać postacie :) Cieszę się, że chociaż brzózka przypadła Ci do gustu :)

Ładne :)

Przynoszę radość

Nowa Fantastyka