- Opowiadanie: slawekczaja - Aksjomat rzeczywistości

Aksjomat rzeczywistości

Historia ma miejsce w latach 80-tych XX wieku.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Aksjomat rzeczywistości

Miała długie proste włosy w kolorze słomy, spięte niebieską kokardą, a na sobie letnią, pomarańczową sukienkę która lekko poruszała się na wietrze. Stała boso w gęstej zielonej trawie zaledwie parę metrów od niego. Podniósł głowę i spojrzał, jej niebieskie oczy spokojnie spoczywały na jego twarzy. Zmieszał się nieco, i przestępując z nogi na nogę przyglądał jej się niepewnie. Zauważył, że miała mały nosek usypany piegami i cieniutki naszyjnik z kolorowych perełek. Rozejrzał się, upstrzone nieskończoną ilością gwiazd niebo wisiało nad nim jak ogromne, grube prześcieradło. Zdziwił się że były tak dobrze widoczne w dzień. W dzień? – pomyślał. Na nieboskłonie nie było słońca, padało jednak wystarczająco dużo światła, gdyż wyraźnie widział tę dziewczynę. Chyba raczej wieczór, pomyślał. A do tego te gwiazdy, rzucające dziwną, niebieską poświatę, oblewającą i otaczającą ich obojga.

Opuścił głowę, lecz zaraz znów spojrzał na nią. Chciał coś powiedzieć, ale uprzedziła go podnosząc dłoń i kładąc palec na czerwonych ustach. Poczuł ciepły wiatr owiewający ciało, a powstały przy tym szum odczuł tak, jakby ten raczej rozbrzmiał bezpośrednio w jego głowie, niżby dotarł do niego poprzez słuch. Niepewny przełknął ślinę. Musiał w końcu coś powiedzieć, zdecydował. Nabrał powietrza do płuc zbierając myśli, a gdy właśnie otwierał usta, dziewczyna nagle przemówiła.

– Marek!

Drgął, ktoś zawołał jego imię. Głos kobiety. Nie, tej dziewczyny w pomarańczowej sukience. Spróbował się obrócić, jego ramię zatoczyło koło uderzając w lampę na nocnym stoliku i zrzucając ją na podłogę. Spróbował usiąść, ale ktoś trzymał go za nogi. Przez ułamek sekundy czuł przypływ paniki, ale już po chwili uspokoił się. To tylko kołdra splątana między nogami unieruchomiła go na moment. Podparł głowę ramieniem wsłuchując się w kołotanie serca, a przyspieszone tętno łomotało mu jeszcze przez moment w wypełnionych szumem uszach. W końcu odetchnął głęboko i usiadł. Przez chwilę opierał głowę na rękach zmuszając się do spokojnego oddechu. W ciemności wyciągnął dłoń, stawiając lampę z powrotem na jej miejsce, a żółtawe światło żarówki rozlało się jakby niechętnie po pokoju ujawniając rozrzucone wokół łóżka ubranie.

Wstał, a dotykając stopami zimnej podłogi machinalnie spojrzał na zegar i zdziwił się, gdy ten, świecąc posępnym, zielonym światełkiem ukazał mu godzinę szesnastą. Cholerny budzik, zżymał się. Ewidentnie zepsuty, gdyż za oknem nadal było ciemno. No cóż, przynajmniej był tylko tanią okazją w osiedlowym supersamie.

Czy już pora wstawać do pracy? Zastanowił się, lecz jego wewnętrzny, biologiczny zegar dał odczuć mu tylko jakieś nieprecyzyjne poczucie wczesnego ranka. Już całkiem rozbudzony, szurając pantoflami, podszedł do okna i rozsuwając na bok firanki spojrzał w dół. Zalana ciemnością ulica była zupełnie pusta. Matowy blask nielicznych latarni wydał mu się jakoś dziwnie lepki, a rzucane przez nie żółtawe plamy światła przypominały brudne kałuże miodu. Wzdrygnął się, a niemiłe uczucie tylko się wzmocniło. Powiódł wzrokiem wzdłuż ulicy. Z dziesiątego piętra miał widok na dużą część osiedla. Zaczął się rozglądać, szukając wzrokiem mleczarza, a nie widząc go nigdzie, zastygł na chwilę mając nadzieję usłyszenia brzęczenia butelek z mlekiem lub odgłosu pchanego wózka. Jednak rzędy otaczających go betonowych bloków milczały usnute ciemnością, nie dostrzegł również żadnych oświetlonych okien. Ponownie spojrzał w dół, w równym rzędzie jeden obok drugiego parkowały małe fiaty, syrenki, skody. Ujrzał poloneza faceta, który mieszkał zaraz pod nim. Maska była otwarta i wydało mu się że samochód wygląda jak krokodyl oczekujący na następną ofiarę, którą mógłby pożreć. Sąsiada jednak przy nim nie było.

Ta cisza zaczęła być irytująca a kompletny brak jakiegokolwiek ruchu spotęgowało tylko nieprzyjemne poczucie opuszczenia. Nie było nawet kotów, które zwykle licznie kręciły się obok śmietnika miaucząc wniebogłosy.

Miał dość tego widoku, obrócił się wracając do pokoju. Radio – pomyślał – z niego dowie się która jest godzina! Nieco zakurzony Kasprzak stał na swoim miejscu świecąc okiem lampki kontrolnej. Wyciągnął rękę i nacisnął przycisk, a czerwony punkcik ustąpił miejsca zielonkawemu blasku skali. Czysty, niczym nie zakłócony szum wypełnił pokój.

Przerwa nocna była pierwszym co przyszło mu do głowy, jednak zaraz odrzucił ten pomysł. Radio nadawało przecież przez całą noc, pomyślał zły na samego siebie. Choćby tylko muzykę, ale powinno nadawać. A tu nic, tylko szum i nieco trzasków wyładowań atmosferycznych, mimo że Kasprzaka od zawsze miał ustawionego na „Jedynce”. Chwycił za pokrętło, wskaźnik najpierw przesunął się do końca skali w lewo, a nienatrafiając na żadną stację ruszył w przeciwną stronę przeszukując kolejne częstotliwości.

Nic. Usiadł, gdy nagle miażdzące uczucie osamotnienia opadło na niego jak ciężki koc. Radio odpowiedziało mu czystym, niczym teraz nie skażonym szumem, który jakby wplatał się w ciemność próbując pociągnąć go ku sobie. Pstryknął w przycisk zmieniając fale na średnie, ściśniętymi palcami chwycił ponownie za pokrętło, lecz znów odpowiedziało mu tylko przenikliwe milczenie eteru. Poczuł jak na czoło występuje mu zimny, nieprzyjemny pot, a w klatce piersiowej zaczął zagnieżdzać się coraz większy niepokój. Czyżby coś się stało? Jego dezorientacja przybierała na sile. Już chciał odstawić radio na półkę, gdy nagle coś zaskrobało w głośniku. Zatrzymał pokrętło a następnie zaczął je lekko cofać. Odezwała się kakofoniczna mieszanka szumów, pisków i buczenia, nakładające się wyładowania produkowały bezużyteczną papkę dzwięków. Gdy już myślał że stracił sygnał, zakłócenia nagle ustąpiły miejsca ciszy. Marek nadstawił ucha, jednocześnie podkręcając nieco głośność. Głos! Ktoś coś mówił. Gdzieś bardzo daleko, ledwo słyszalny, lecz bezsprzecznie ludzki głos. Nie mogąc nic zrozumieć, przycisnął ucho do samej obudowy urządzenia. Mówiący był tak niewyraźny, że na początku nie był nawet pewien jakim językiem posługiwał się spiker. Czyżby załapał Niemcy? A może był to węgierski? Po chwili jego słuch jakby dostroił się do nieznanej częstotliwości i zaczął rozpoznawać słowa.

„… tej nocy.” Drgął. A więc jednak jakaś polska stacja! Tylko dlaczego tak cicho? Całkiem jakby nadawali z Księżyca – pomyślał.

Znów skupił się na głosie, który oddalał się i powracał. Przez moment nie rozróżniał słów, które jednak po chwili zaczęły jakoś układać się w urywane zdania. „…sam w studio. Nie ma nikogo oprócz… zatopione w ciemnościach… cisza absolutna.” Głos urwał się ustępując szumowi. Przez chwilę kręcił gałką w obie strony, lecz nic już nie słysząc zrezygnowany wyłączył aparat.

Spróbował przypomnieć sobie poprzedni dzień. Co robił, gdzie był? No tak, pomyśłał, był przecież w pracy, w biurze. Poł dnia siedział nad jakimiś durnymi papierami, które – donoszone co chwilę przez szefa działu – nie miały końca. Trochę rozmawiał ze Zbyszkiem z księgowości o jego nowej Skodzie kupionej tydzień temu na giełdzie, a gdy zegar wreszcie wybił szesnastą z ulgą wybiegł z biurowca kombinatu.

W drodze do domu zimny wiatr wiał mu w twarz, podniósł więc kołnierz i dokładnie zapiął kurtkę. Na skrzyżowaniu długo czekał na zielone światło dla pieszych, zupełnie jakby komuś zależało żeby się wyziębił. Zaczął szczękać zębami i zaklął pod nosem wściekły że tak cieńko się ubrał. Gdy jego blok był już widoczny między gołymi drzewami parku, z pochmurnego nieba zaczęło na dodatek kropić. W końcu jednak dopadł do klatki i z rozpędem wbiegł do budynku. Przez chwilę łapał odddech opierając się o szare drzwi windy. Rąbnął pięścią w biały przycisk, gdzieś nad nim głucho szczęknął zamek i winda ruszyła w jego stronę. W kabinie otrzepał się z wody, a gdy wreszcie przekroczył próg mieszkania, z ulgą zrzucił z siebie ubranie. Zupełnie już wyziębiony wszedł pod prysznic i odkręcając gorącą wodę postanowił wziąć coś na przeziębienie i że pójdzie dziś wcześniej spać. Gdy buchająca parą woda rozgrzała go już wystarczająco, sięgnął do półki za lustrem gdzie trzymał lekarstwa. Między vibovitem, aviomariną i flegaminą leżała aspiryna. Idąc do sypialni popił dwie tabletki wodą i czując coraz większe znużenie zasunął firanki, po czym ciężko rzucił się na łóżko. W międzyczasie za oknem całkiem już pociemniało, a deszcz zmienił się w mokry śnieg. Nawet nie zauważył kiedy zasnął.

A teraz stał przy oknie, zupełnie już rozbudzony szukając choćby najmniejszego ruchu na zewnątrz. Śnieg przestał padać, lecz nadal nieco kropiło i patrząc w dół widział błyszący a zarazem smoliście czarny asfalt ulicy. Nagle poczuł strach i cofnął się o krok. Coś tu było nie tak jak powinno – pomyślał – coś było bardzo nie tak. Chwilę pokręcił się po pokoju, a nie mając lepszego pomysłu postanowił opuścić mieszkanie – w końcu nie potrafił tu nic wykombinować. W przedpokoju wisiała gruba zimowa kurtka, tym razem sięgnął po nią. Drzwi zatrzasnęły się za nim, a echo poniosło się po całym piętrze. Zanim wszedł do windy podszedł do mieszkania sąsiada. Na szarych drzwiach wisiała metalowa wizytówka z wygrawerowanym nazwiskiem „Nowak”. Zadzwonił przygotowując w myślach jakąś wymówkę, lecz nawet niespecjalnie się zdziwił, gdy i po drugim i trzecim dzwonku nie usłaszał ani jednego odgłosu. Tym razem winda nie ruszyła, przez chwilę przyciskał plastikowe przyciski obu dźwigów, jednak bez skutku. Rzucił okiem przez wąską szybkę wbudowaną w drzwi i nie widząc nic oprócz oświetlonej jedną zakurzoną żarówką betonowej ściany szybu, zszedł klatką schodową. Wychodząc z bloku postawił kołnierz i dokładnie zapiął kurtkę aż po szyję.

 

 

***

 

 

Cisza tak absolutna że aż abstrakcyjna nakryła go jak gruby koc wytykany migoczącymi nad nim gwiazdami. Zadarł głowę i robiąc kilka niepewnych kroków rozpoznał Wielki Wóz. Zachuchał w ręce i nie bardzo wiedząc dokąd się udać rozejrzał się dookoła. W końcu ruszył ulicą wzdłuż bloku, a zmarznięty śnieg nieprzyjemnie zazgrzytał mu pod podeszwami.

Idąc między blokami na próżno wypatrywał światła choćby w jednym oknie, a między budynkami poczuł się bardzo mały i zagubiony. Nagła myśl że jest ostatnim człowiekiem na Ziemi ścisnęła mu gardło, ale zaraz się żachnął. Aby dodać sobie nieco otuchy spróbował zagwizdać, lecz szybko przestał gdy poczuł że w jakiś sposób zakłóca coś jakby kosmiczną ciszę, jakiś odwieczny spokój. Poprawił kołnierz, a dłonie wcisnął głębiej w kieszenie kurtki i nieco przyspieszył kroku. – Przecież prędzej czy później muszę na kogoś trafić – pomyślał, dodając sobie otuchy.

Doszedł do końca ulicy i skierował się w stronę centrum miasta. Za Delikatesami skręcił w prawo, minął Pewex i sklep całodobowy. Przechodząc spojrzał przez szybę, ale zobaczył tylko bladą poświatę żarówek kilku lodówek. Nacisnął klamkę, lecz drzwi jak przypuszczał były zamknięte. Ruszył dalej i mijając kilka opuszczonych samochodów stojących z otwartymi drzwiami na środku drogi minął oświetloną wierzę kościoła.

Mróz zaczął szczypać go w nos. Zamyślony szedł przed siebie co chwilę mijając kolejne opuszczone samochody, puste klatki schodowe i ławki. Przypomniała mu się historia z dzieciństwa, gdy jako dziesięciolatek pojechał na kolonie letnie do Gdańska. Podczas jednej z wycieczek do centrum miasta musiał pójść do toalety, a kiedy z niej wyszedł, po jego grupie nie było śladu. I mimo że obowiązkowo zameldował swoją potrzebę panu Markowi – opiekunowi swojej grupy mającego zawsze dymiącego papierosa w kąciku ust – ten najzwyczajniej o nim zapomniał.

Gdy ponownie wyszedł, nie było ani chłopaków, ani pana Mareczka, ani dymiącego papierosa. Przez chwilę panika ściskała mu żołądek wykręcając go we wszystkie strony i wypełniając usta kwaśną śliną. Zapamiętał jak tłumił wtedy narastającą panikę i uczucie opuszczenia. Szybko rzucił się biegiem w stronę fontanny Neptuna, do której jak pamiętał mieli się udać. Na szczęście pamiętał drogę z poprzedniej wizyty rok wcześniej, i skręcając w następną ulicę zobaczył już skręcającą właśnie za róg swoją grupę.

Tym razem jednak skręcał sam, w ciszy zakłócanej tylko jego własnymi krokami. Idąc raz po raz wchodził w kręgi światła latarni aby po chwili znów z nich wyjść. Plamy światła przesuwały się pod nim, a rzucane przez niego cienie kurczyły się i znów wydłużały. Nie wiedział jak długo już tak szedł, bo czas też jakby zmienił swój tryb, jak gdyby zwolnił… Nie, nie zwolnił – pomyślał. Raczej jakby się rozciągnął lub skręcił, jakby jakaś niewidzialna siła oderwała świat od zwykłej przestrzeni i skręciła jego formy składając go na nowo i upychając w sztywnych warstwach kosmosu. Zachuchał w ręce i rozejrzał się. Stojąc między kilkoma dziesięciopiętrowymi blokami poczuł się przygnieciony ich surową szarością, betonowe olbrzymy, które złe że ktoś zakłóca ich wieczną ciszę, niemo gapiły się na niego martwymi szklanymi oczami, a na ich dachach, niczym rozczochrane włosy, sterczały przerdzewiałe i groteskowo powyginane badyle anten telewizyjnych. Górne piętra nie były oświetlone przez latarnie uliczne, więc nie widział zbyt wiele. Odsunął się nieco w bok gdzie było nieco ciemniej, aby móc lepiej patrzeć w górę. Gdzieś wysoko powiewała targana wiatrem firanka. Wszedł do klatki schodowej pukając głośno palcami w każde mijane drzwi, parę razy złapał nawet za klamkę aby nią potrząsnąć, ale wszystkie mieszkania były pozamykane. Postanowił wjechać na samą górę aby mieć lepszy widok na miasto. Przywołał windę, która wypełniona była stęchłym zapachem papierosów. Nacisnął plastikowy przycisk i ruszył w górę. Oparł czoło o małe podrapane lustro, które wisiało na ścianie kabiny.

Zobaczył zmęczone, podkrążone oczy. Dokąd właściwie zmierzał? Czego tu szukał? Nie wiedział. Jak naprawdę wyglądała jego podróż w górę budynku gdyby spojrzeć na to z boku, z perspektywy oderwanej zupełnie od tej przestrzeni w której on sam się teraz znajdował? No bo niby jadę w górę – pomyślał – jednak to nie mój jedyny ruch w tym momencie. Także cała planeta kręciła się pod nim wokół własnej osi, tak jak jego myśli. A więc – zagaił do swojego odbicia – jadę windą w górę po osi x, jednocześnie przesuwając się w bok po osi y według ruchu planety. Zgadza się?

– Zgadza. Ale to nie wszystko.

– Nie?

– Nie – odparło odbicie z lustra wycierając dłonią krople stopniałego śniegu z twarzy. – Aby odtworzyć całość ruchu, musisz uwzględnić także ruch całego kosmosu. Mam na myśli… – tu odbicie machnęło ramieniem zataczając nim koło – no, wszystko. Bo nic nie stoi tak naprawdę w miejscu.

– Nic? – powtórzył głupio pytanie.

– Nic. Wszystko jest w ruchu względem czegoś. Winda jedzie do góry względem budynku, tak? A cały blok kręci się wraz z Ziemią, nieprawdaż?

– Ano prawdaż – odparł. – Mamy zatem oś x i y.

– Tak, ale to nie koniec. Cała planeta obraca się także po orbicie dookoła Słońca trzymana siłą grawitacji.

– Wiem – rzucił sucho. – Dlatego mamy tu kolejną oś którą nazwiemy „z”. Ale płaszczyzny tych ruchów musimy uznać za umowne, gdyż nie są one tak naprawdę proste.

– Dlaczego?

– Bo orbita z definicji zatacza koło. Właściwie to nawet nie koło – poprawił się. Orbita Ziemii to elipsa.

– Tak, ale mniejsza z tym – machnęła niecierpliwie ręka w lustrze. – Mi chodzi o sam fakt, a nie ścisłe trajektorie twojego istnienia w takim systemie. Czy zdajesz sobie sprawę w ilu kierunkach poruszasz się jednocześnie? Taraz, w tym momencie?

– Zapewne w wielu – wzruszył ramionami.

– Zgadza się. A więc mamy tu oś x w górę, oś y w kierunku obrotu planety oraz oś z, która definiuje jej ruch po orbicie wokół Słońca.

– Mamy tu zatem pewien system w którym dochodzi do zmian położeń ciał względem siebie. Ale to nadal nie koniec.

– Nie? – zapytał zmęczonym głosem.

– Nie. Ten system jest większy i nie możemy jednoznacznie stwierdzić gdzie on dokładnie się kończy. Ziemia kręci się wokół osi i wokół Słońca. Ale także Słońce wraz ze swoimi planetam wykonuje ruch względem Drogi Mlecznej, naszej galaktyki. Następna jest sama galaktyka która wiruje wokół swojego centrum. Ta galaktyka należy do grupy galaktyk, które wirują wokół siebie. A te grupy tworzą z kolei tak zwane gromady i wreszcie supergromady. Mamy tu zatem nieskończoną ilość ruchu, trajektorie, orbity i wiry z nieskończoną ilością osi i kierunków… A więc czy zdajesz sobie sprawę z tego, w którym kierunku się poruszasz? – zapytał.

– A czy ktokolwiek to wie? – odpowiedział pytaniem i odwrócił się. Dopiero teraz zauważył, że winda stała nieruchomo.

Pchnął drzwi, na których widniało duże brązowe „10”. Wszedł do kolejnej pustej klatki, która odbijała echem jego kroki. Przechodząc odruchowo chwytał za klamki, ale pierwsze dwa mieszkania były zamknięte. Gdy nacisnął klamkę ostatniego mieszkania, ta ustąpiła i uchyliła nieco drzwi. Trochę zaskoczony zatrzymał się, na szaroniebieskich drzwiach widniał numer bez nazwiska. Pchnął je, a one otwarły się z cichym zgrzytem. Nabrał głęboko powietrza i wszedł do środka.

 

 

***

 

 

W wyłożonym boazerią przedpokoju panował półmrok. Po prawej stronie zobaczył łazienkę i porozrzucane na ziemi kosmetyki. Z pokoju gościnnego wydobywała się niebieska poświata telewizora. Gdy wszedł, z małego ekranu, trzymając w ręku książkę, spoglądał na niego Suzin. Jego wielkie okulary i nieco nastroszone włosy upodobniły go do dużej, smutnej sowy.

– Przestrzeń euklidesowa – zaintonował jego basowy głos – jest naturalnym elementem modeli świata rzeczywistego i stanowi dobre przybliżenie przestrzeni fizycznych w warunkach makroskopowych w których przyszło nam żyć.

– Ha! – prychnął. – I komu ty to mówisz?

Na stole leżała gazeta sprzed tygodnia. „Felipe Gonzalez wybrany na premiera Hiszpanii” – głosiła nagłówka. Przebiegł wzrokiem po pierwszej stronie, lecz nie przeczytał nic godnego uwagi, więc usiadł w stojącym obok wygodnym fotelu. Na stole leżała paczka Popularnych, z ulgą sięgnął po papierosy. Zaciągnął się głęboko i przymknął oczy, a wypuszczony dym zamknął się nad nim kokonem. Z jakiegoś powodu przypomniała mu się piosenka na dobranoc, śpiewana mu za dziecka przez babcię. Przez chwilę nucił w myślach jej melodię, lecz gdy poczuł że powieki robią mu się coraz cięższe szybko zamrugał. Spanie w obcym mieszkaniu nie było dobrym pomysłem, wszystko jedno jak bardzo wygodnie było mu w tym fotelu. Co tu właściwie porabiał? – zastanowił się. Wszystko wydawało mu się jakieś nienaturalne, w pewien sposób zniekształcone i poprzekręcane. Czy spał? Czy znajdował się w jakimś szalonym śnie próbując się z niego wydostać? Ale pamiętał przecież że spał u siebie i się obudził. Pamiętał przecież jak wstał i wyglądał przez okno… Chyba że i to było snem. Czy można śnić, że się śni? Tego nie wiedział.

– Mimo tego nasz wszechświat, podlegający względności, nie jest euklidesowy. Dlatego mamy tu pewien rodzaj przestrzeni, taki zbiór kilku wymiarów w którym określone są rozmaite relacje i działania pomiędzy jego elementami – zabuczał znów z telewizora Suzin.

– Bzdura – pomyślał. Jakimi elementami? Przecież wiedział że nie śpi. Zaciągnął się ponownie, wypuszczając tym razem dym nosem. A jeśli spał i śnił że nie śpi? Co by to oznaczało? A jeśli śni, że śni i w tym śnie także śpi?

Chwilę nad tym rozmyślał. Nie – stwierdził w końcu. Idąc tym torem nie można jednoznacznie określić swojego stanu. A na dodatek można stracić zmysły.

– Drugą stroną modelu naszego świata jest strona metafizyczna – ciągnął niestrudzenie Suzin. – Jest nią filozoficzne podejście do zagadnień bytu i istnienia oraz założenia budujące podwaliny struktur rzeczywistości.

– Czy chodzi tu o pytanie o mój stan? – zapytał Marek. Czy to sen czy jawa, tak?

– Tak, ale to nie wszystko – Suzin poprawił okulary na nosie i zbliżył twarz do ekranu. – Mam na myśli całość twojej jaźni, można by nawet rzec, podłoże na którym organizuje się struktura psychiczna człowieka – wypowiedział powoli wychylając się i zbliżając twarz do ekranu.

Niedopałek sparzył go w palce i szybko zgasił go w popielniczce. – Chcesz wiedzieć czy wystąpiło u mnie jakieś zaburzenie poznawcze, co? Przez chwilę milczał. – Tak, sądzę że należy się nad tym zastanowić – odparł wolno.

– Można to przeanalizować empirycznie – uspokajająco uniósł dłoń Suzin. – Czy twój świat jest dziś, powiedzmy… inny niż zwykle?

– Inny…? Przypomniał sobie brak poczucia czasu i marsz w ciemnościach ulicami miasta. Tak, w pewnym sensie jest taki – odpowiedział. – Jest taki… nierzeczywisty.

– Aha! – Suzin uniósł brwi. – Utrata poczucia rzeczywistości może być wskazówką dezintegracji jaźni. Twoje ego próbuje przeforsować wtedy swój własny sposób widzenia świata, mimo że jego struktury nie pasują do zakodowanych wspomnień jak taki świat powinien wyglądać.

Przez chwilę było mu niedobrze, więc wciągnął głęboko powietrze. Przycisnął palce do skroni, zastanowiając się czy wyjść na balkon, ale było mu zbyt zimno. Wstał i zapalił światło w pokoju.

– Ale jak to się objawia? – zapytał. – Które struktury reagują w pierwszej linii?

– No cóż – wzruszył ramionami Suzin – z tym bywa różnie. – Reorganizacja pola świadomości, wyobrażenia nieakceptowane przez świadomość, wreszcie dylatacja lub zanik poczucia czasu.

– Zanik poczucia czasu – powtórzył pomału Marek. – Otóż to – westchął ciężko. – Odkąd wstałem czas zdaje się stać w miejcu. Mamy tu zatem pewną bezczasowość, która jest charakterystyczna dla nieświadomości.

– A więc jednak sen? – podsumował Suzin.

– Tak, jednak chyba sen… Chyba że… Usiadł prosto w fotelu. – Która jest u pana właściwie pora? – zapytał i nachylił się do odbiornika.

– Pora na zakończenie programu – mruknął spiker, odsuwając się szybko jak spłoszony od ekranu. – Nadawanie zakończy się po odegraniu hymnu państwowego. Dobranoc.

– Zaraz, czekaj pan! – krzyknął Marek i rąbnął pięścią w telewizor, ale z głośnika już płynęła skoczna melodia Mazurka.

Po chwili, gdy obraz znikł wypełniając ekran białym śniegiem, ze złością złapał paczkę papierosów i podszedł do okna.

Rozmowa zirytowała go niepotrzebnie. – Mądraliński się znalazł – pomyślał Marek. Pogrzebał w paczce, wyciągnął papierosa i przyłożył do warg. Pstryknęła zapalniczka, jej mały blask odbił się na szybie. Kiedy już miał zapalić, jego dłoń zatrzymała się w połowie ruchu. W oświetlonym oknie bloku stojącego naprzeciwko stała młoda kobieta i wpatrywała się prosto w niego.

 

 

***

 

 

Wsiadł do tej samej windy którą poprzednio wjechał na górę. Wcisnął palcem przycisk, szczęknął zamek, a zakurzona żarówka zbladła na chwilę. Kabina wlokła się niemiłosiernie, całkiem jakby nie chciała aby opuścił budynek. Wychodząc z klatki znów stał się na chwilę miniaturą samego siebie obserwowaną bacznie przez szklane oczy milczących wieżowców. Idąc poczuł się tak, jakby spowite ciemnością olbrzymy chciały go zmiażdżyć. Spojrzał w górę na oświetlone okno i upewnił się co do piętra na które musiał wjechać. Nie wiedział co prawda w którym mieszkaniu jest kobieta, ale znajdzie ją pukając do wszystkich drzwi po kolei.

Klatka i winda były tutaj identyczne, wsiadł do kabiny i nacisnął przycisk. „Zaginął kot” – informowało ogłoszenie napisane na kartce papieru i przylepione taśmą do ściany kabiny. „Biało-szary Tuptuś z 1-ego piętra” – precyzowało dzicięce pismo. „Czy ktoś widział? Prosimy o informację”. Następnie nazwisko rodziny i numer telefonu. Zamknął oczy i oparł się o ścianę.

– Przykro mi mały – mruknął, – ale sądzę że Tuptuś goniąc mysz po śmietniku wpadł między tryby czasoprzestrzeni i raczej już się nie odnajdzie.

Zatrzymał się i pchnął drzwi. Nie musiał jej szukać – dziewczyna stała w uchylonych drzwiach jednego z mieszkań.

Miała długie proste włosy, w kolorze słomy, spięte niebieską kokardą, a na sobie pomarańczową sukienkę. Stała boso na zielonym dywanie, zaledwie parę metrów od niego. Podniósł głowę i spojrzał, jej niebieskie oczy spokojnie spoczywały na jego twarzy. Zmieszał się nieco, i przestępując z nogi na nogę przyglądał jej się niepewnie. Zauważył, że miała mały nosek usypany piegami i cieniutki naszyjnik z kolorowych perełek. Machnęła ręką dając mu znak aby wszedł po czym obróciła się na pięcie i zniknęła w mieszkaniu.

W środku otoczyło go przytulne ciepło. Zamknął drzwi, ściągnął buty i przeszedł do pokoju stulonego w relaksującej złotej poświacie dużej lampy stojącej w rogu. Dziewczyna siedziała w fotelu.

– Czekałam na Pana – powiedziała cichym głosem, patrząc zagubionym wzrokiem w ciemność za oknem.

– Kim… kim Pani jest? – zapytał zmieszany. – I jak to „czekałam”?

– Mam na imię Agnieszka.

– Marek – odpowiedział odruchowo, ale dziewczyna nie zareagowała, a jej oczy nadal czegoś szukały w czerni nocy.

– Po prostu czekałam…

Usiadł w fotelu obok i wyciągnął z kieszeni papierosy. – Zapalisz? – zapytał. Dziewczyna machinalnie wyciągnęła ramię nawet nie patrząc w jego stronę. Ciemnoniebieskie smugi wypełniły pokój w esy floresy mieszając się ze smugami cieni i światła, całkiem tak, jak rzeczywistość zmieszała się z jakimś na przekór wszystkiemu co znane stanem rzeczy. Przez chwilę siedzieli w milczeniu.

– Czy to twoje mieszkanie? – zapytał, aby coś powiedzieć.

Dziewczyna zamrugała jakby się przebudziła. – Tak, ale dopiero od kilku dni. Dopiero co się wprowadziłam… Dlaczego tu przyszłeś? – spojrzała mu w oczy.

– Przyszłem tutaj, bo… No właśnie, dlaczego właściwie tu był? – Obudziłem się i jakoś tak… no… byłem jakiś taki zdezorientowany.

– Aha…? – ni to stwierdziła, ni to zapytała. – Myślę że był jeszcze inny powód – odpowiedziała.

– Ach tak? – wzruszył ramionami.

– Tak… – odparła cicho. – Przecież ci się śniłam, prawda?

Jego dłoń z papierosem zatrzymała się w połowie drogi. Rzeczywiście, w chwili gdy dziewczyna o tym wspomniała, momentalnie przypomniał mu się jego sen. Blondynka, łąka, naszyjnik…

– Skąd… jak możesz… – wyszeptał.

– Wiedzieć? – dokończyła i westchnęła. – Wyobraź sobie że też mi się śniłeś – powiedziała Agnieszka i zaciągnęła się papierosem.

– Kiedy?

– Dziś, tutaj… – zatoczyła ręką koło wskazując na kanapę na której siedziała.

Nie wiedział co odpowiedzieć.

– Myślisz że coś nas połączyło? – zapytał.

– Myślę że tak – strzepła nieco popiołu do popielniczki i ponownie obróciła się w jego stronę, gdy nagle ciężką kotarę nocnej ciszy rozdarł basowy huk grzmotu.

Zadzwoniły szyby, oboje podskoczyli na swoich miejscach i rzucili się do okna. Srebrna kula księżyca wypełniała martwą poświatą połowę nieboskłonu, druga połowa jak ucięta nożem, kłębiła się od czarnych chmur.

– Burza? Teraz? – zapytała Agnieszka, a jej głos wydał mu się nieco histeryczny.

– Nie wiem – odparł – ale nie błyska.

– Otóż to – odpowiedziała.

– Co takiego? – nie wiedział, co miała na myśli.

Dziewczyna odeszła od okna i ciężko osunęła się na sofę.

– Nie rozumiesz? Twój świat jest częścią mojego świata. Śniąc o mnie zostałeś częścią mojego własnego snu o tobie… Uniosła rękę i dłonią odsunęła włosy które spadły jej na twarz. – Ale te części są w powiększeniu identyczne, są jakby swoim własnym fraktalem.

– Fraktalem? – powtórzył zaskoczony. – Pewną jego częścią?

– Częścią, tak. Ja śniłam się tobie, ty śniłeś się mi. Sen we śnie, samopodobieństwo właściwości przejawiające się tym, że fragmenty ich struktur przejawiają takie same statystyczne właściwości w wielu różnych skalach.

– To znaczy że mój sen o tobie jest częścią twojego snu o mnie? – zapytał.

– Może… – odwróciła się do niego plecami i schowała twarz w dłoniach. – Zresztą sama już nie wiem…

Marek wrócił do swojego fotela zapadając się z ulgą w jego miękich poduszkach. Przez chwilę panowała absolutna cisza.

– Jeżeli masz rację i faktycznie jest tak jak mówisz – odparł po namyśle – to mamy tu nie tylko problem natury metafizycznej. To już nawet nie jest zmiana konstrukcji miejsca w którym się znaleźliśmy, ale także czasoprzestrzeni. – Czy wiesz która jest godzina? – zapytał znienacka.

– Nie – odparła krótko, odgarniając kosmyk włosów z czoła. – Tu czas nie płynie. Odkąd się obudziłam, czas stoi w miejscu, albo…

– Albo?

– Albo dobiegł do swojego naturalnego końca – dokończyła Agnieszka. – Oto koniec, zanik, atrofia i kolaps energii napędzającej nasz świat. Postępująca zapaść układu i struktur przestrzeni. Dlatego tam… – machnęła ręką w stronę okna – dlatego tam jest jak jest. To znaczy tak ciemno, tak pusto… i tak zimno – dokończyła.

– Ewolucja przestrzeni? – zapytał. – Ale to by oznaczało zmiany w systemie relacji na poziomie metafizycznym. Może zamiast tego mamy tu pewien problem percepcji?

– Z naszym własnym postrzeganiem otaczającego nas świata? Ja nie zwariowałam, jeśli to masz na myśli…

– Myślę że raczej z pojęciową analizą percepcji, jej przedmiotu, wiarygodności… – podrapał się w głowę Marek. – Czy ja wiem… Może nawet z relacją percepcji i aktualnego stanu naszej wiedzy?

Anna westchęła ciężko i sięgnęła po kolejnego papierosa. – No właśnie… Czy to co widzimy dookoła nas, to „ten“ prawdziwy świat? Czy ty i ja jesteśmy realni? A może to tylko taka niekończąca się wstęga dwóch splątanych ze sobą snów, nie mająca początku ani końca? – zapytała roztargnionym głosem jakby sama siebie, a niebieskie smugi dymu znów wypełniły pokój.

Przez chwilę milczeli oboje. Za oknem znów zagrzmiało.

– Nie wiem – odezwał się w końcu. – I nie wiem, czy wogóle mamy jakąś możliwość aby to sprawdzić. Szukając odpowiedzi, poszukujemy prawdy absolutnej, jej definicji i kryterium bycia prawdą. Prawdę pierwotną, tworzącą jakoby fundamenty rzeczywistości, można by rzec – swojego rodzaju – aksjomat tej właśnie rzeczywistości…

– Czyli związek przyczynowy, warunkowany wszystkimi poziomami pojęć rzeczywistości – dodała Agnieszka. – Myślisz, że możemy to wszystko jakoś powstrzymać? Lub w jakikolwiek sposób opuścić ten wymiar?

– I wrócić do naszego świata? – zapytał. – Tak, bo w szerszym i podmiotowym sensie prywatne doświadczenia i selektywność obserwacji wpływają na osobistą interpretacje zdarzeń i kształtują rzeczywistość dostępną dla danej osoby. Musimy zatem tylko się obudzić. Ale obudzić naprawdę, a nie tylko we śnie – dodał.

– Tylko…? – uśmiechnęła się smutno. – Łatwo ci mówić.

– Nieprawda – zaprzeczył szybko. – Mi też jest ciężko. Czy wiesz jak trudno być człowiekiem? Czy wiesz jak bardzo ciążą na nas zręby iluzji, codziennie absorbującej świadomość nas wszystkich? – zapytał nieco zbyt głośno. – Wszystkich żywych istot? – dokończył nieco ciszej.

Puste oczy Agnieszki nieruchomo wpatrywały się gdzieś przed siebie. – Wszystko w porządku? – zapytał. Dziewczyna podciągnęła kolana do podbródka a następnie przechyliła się w bok kładąc się na tapczanie i opierając głowę o poduszkę. – Zimno mi – odparła cicho.

– Przyniosę ci koc – zaproponował. Wstał i poszedł do pokoju obok, po chwili wrócił z brązowym kocem i przykrył dziewczynę. Kiedy się odwracał, ta złapała go za rękę.

– Proszę, zostań – powiedziała cicho. – Boję się…

Złapał za pokrętło lampy i przykręcił nieco jej intensywne światło. Złota poświata zmieniła się w wypełniony ciszą i tykaniem zegara półmrok. Poczuł senność i po chwili namysłu położył się obok niej, a jej oddech musnął go po policzku.

– Jak myślisz – zaszeptała – czy jeszcze się kiedyś obudzimy?

– Tak – odparł. – Tylko musimy zasnąć, aby się obudzić.

– Więc już nigdy się nie dowiemy…

– Czego? – zapytał.

– Czy to sen, czy jawa…

– Nie, nie dowiemy się…

Przez chwilę leżeli w milczeniu. Jego powieki robiły się coraz cięższe, a oddech Agnieszki stawał się coraz bardziej równomierny. Marek leżał i patrzał na przesuwający się po niebie księżyc.

– Nie opuszczaj mnie… – usłyszał gdy już myślał że zasnęła. – To tylko sen, który utrzymuje nas w złudzeniu bycia… W złudzeniu świadomości, umownym urojeniu rzeczywistości, w którym jednostka zdaje sobie sprawę ze zjawisk zachodzących wokół niego. Dlatego… – nie dokończyła.

– Co? – poczuł nagle suchość w ustach.

– Nie rozumiesz? – zapytała ściśniętym głosem. – Jeśli mnie opuścisz, przestanę istnieć. Przestaniesz istnieć i ty… Zniknie… cały świat, a z nim i my…

– To już bez znaczenia – wyszeptał i schował twarz w jej włosach, które przykryły go i zamknęły nad nim świat. – Wszystko jest już bez znaczenia…

Ich dłonie splotły się i zacisnęły, podczas gdy otulająca ich ciemność coraz bardziej przybierała na sile. Za oknem zerwał sie wiatr, zaszumiały korony drzew, a krople deszczu zaczęły stukać w szybę. Cisza przybrała materialną formę wytykanej gwiazdami struktury wszechświata. Gdzieś w samym centrum swojego istnienia poczuł kruszące się podwaliny czasu, obsuwające się fundamenty wszystkiego co istniało, istnieje i kiedykolwiek miało istnieć. A gdy ich oddechy w głębinach nieprzeliczonych i przenikających się wymiarów wreszcie się zrównały, poczuł że zasypia, poczuł że jak dym na wietrze rozpływają się w nicości wszystkie aspekty jego dotychczasowego istnienia.

 

 

***

 

 

W miarę jak jego oddech stawał się coraz bardziej głęboki i miarowy, poczuł rosnące odprężenie. Jego ciało nie leżało już w bezruchu poziomo na łóżku obok dziewczyny, lecz przemieszczało się z ogromną prędkością gdzieś przed siebie w stronę niezgłębionych ciemności. Wszystkimi zmysłami ciała i ducha przyjmował rosnące natężenie przestrzennej organizacji zachodzących wokół niego zjawisk. Nie przypisywał już poszczególnym płaszczyznom przestrzeni większego znaczenia, w końcu i tak nie mógł mieć pewności co do prawdziwości obrazu modelowanego tylko w jego umyśle. Przemieszczał teraz obszary tak abstrakcyjne i nieprawdopodobne, że aż ujrzał samego siebie jako wielowymiarowy byt będący swoistą alegorią chaosu w którym się znajdował. Jego najbardziej wewnętrzna część jaźni dała się porwać nieskończonym strumieniom nieznanych sił organizujących wszystkie struktury wszechświata, i unosząc się tak nad zrębami istnienia, stracił wszelką rachubę czasu.

 

 

***

 

 

Nie wiedział kiedy zaczął na nowo istnieć lub kiedy jego istnienie zostało zakończone, nie wiedział nawet czy jego istota była kiedykolwiek czymś więcej niż tylko ideą.

I kiedy już myślał, że rozpłynie się w nicości absolutu, jego rozpędzony niebyt nagle urealnił się w wybuchu spontanicznej egzystencji. Poczuł jak zaciskają się, otaczające go krawędzie czasu, siłą ściągające go z powrotem do poziomu namacalnej materii, poczuł jak rozsypane do tej pory cegiełki z których zbudowany był jego świat, na nowo są ze sobą łączone w otaczającą go materię. Poczuł ostre ukłucie w oczach, gdy rozbłysło rozerwane eksplozją fotonów mlecznobiałe światło, i znów mógł rozpoznać otaczający go i rozedrgany jeszcze świat. Powstała tak z nadymającego się zarodka nowa przestrzeń nabrała kształtów i kolorów, wypełniając szczelnie ramy otaczającego go obszaru. Nad jego głową pojawił się firmament; gdy spojrzał w górę, ciemnoniebieski granat wypełniał się akurat srebrnymi punkcikami gwiazd. Jego stopy otoczyła po kostki gruba, przyjemnie chłodna trawa, a ciepły wiatr zmierzwił mu włosy. Poczuł że stoi na własnych nogach, zrobił kilka niepewnych kroków idąc wśród szumu drzew w kierunku sylwetki stojącej w pobliżu kobiety. Na nowo zerwał się ciepły wiatr targając go za ubranie i jednocześnie popychając go w plecy, jak gdyby był niecierpliwy aby szedł dalej. Podszedł o jeszcze parę kroków, a wtedy ona obróciła się do niego.

 

 

***

 

 

Miała długie proste włosy, w kolorze słomy, spięte niebieską kokardą, a na sobie letnią, pomarańczową sukienkę, która lekko poruszała się na wietrze. Stała boso w gęstej zielonej trawie zaledwie parę metrów od niego. Podniósł głowę i spojrzał, jej niebieskie oczy spokojnie spoczywały na jego twarzy. Zmieszał się nieco, i przestępując z nogi na nogę przyglądał jej się niepewnie. Zauważył, że miała mały nosek usypany piegami i cieniutki naszyjnik z kolorowych perełek. Rozejrzał się, upstrzone nieskończoną ilością gwiazd niebo wisiało nad nim jak ogromne, grube przescieradło. Zdziwił się, że były tak dobrze widoczne w dzień. W dzień? – pomyślał. Na nieboskłonie nie było słońca, padało jednak wystarczająco dużo światła, gdyż wyraźnie widział tą dziewczynę. Chyba raczej wieczór, pomyślał. A do tego te gwiazdy, rzucające dziwną, niebieską poświatę, oblewającą ich obojga.

Opuścił głowę lecz zaraz znów spojrzał na nią. Chciał coś powiedzieć, ale uprzedziła go podnosząc dłoń i kładąc palec na czerwonych ustach. Owiał go ciepły wiatr, a powstały przy tym szum poczuł bardziej tak, jakby ten rozbrzmiewał bezpośrednio w jego głowie, niżby dotarł do niego poprzez słuch. Niepewny przełknął ślinę. Musiał w końcu coś powiedzieć, zdecydował. Nabrał powietrza do płuc zbierając myśli, a gdy właśnie otwierał usta, dziewczyna nagle zawołała.

– Marek!

Szarpnął się, a w tym momencie jego rozpędzona jaźń roztrzaskała się z hukiem o pękający sen. Trzęsąc zrębami jego świadomości, runęła otaczająca go do tej pory forma umownego istnienia, a zmiażdżony swoją bezwładnością fantazmat zmienił formę z urojonego w realny, przybierając postać jego ciała. Jego ramię zatoczyło koło uderzając w lampę na nocnym stoliku i zrzucając ją na podłogę. Usiadł na łóżku, przez chwilę kręciło mu się w głowie. Siedział tak przez jakiś czas bez ruchu, aż świat wokół niego nieco się uspokoił. Wtedy wyciągnął rękę i zapalił światło, a ciepła poświata wypełniła pokój. Spojrzał na zegar i zamarł. Upiorne zielone cyferki pokazywały godzinę szesnastą. Obrócił głowę i spojrzał w stronę okna.

 Za szybą panowała nieprzenikniona ciemność.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie znużyło mnie, a opowiedziana historia zupełnie do mnie nie trafiła. Rozważania, co jest snem, a co dzieje się w innym wymiarze nie zaciekawiły. Dialog bohatera z własnym odbiciem w lustrze windy, a potem wykład Jana Suzina, także mnie nie zainteresowały. Trzykrotne powtarzanie spotkań z dziewczyną, która raz ma na imię Agnieszka, a innym razem Anna, także okazały się mało zajmujące.

Całości złego wrażenia dopełniło fatalne wykonanie. Mimo że w jest tu bardzo dużo wszelkich możliwych błędów, nie zrobiłam łapanki, albowiem zorientowałam się, że nie jest ona Autorowi do niczego potrzebna.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szkoda, że opowiadanie tak cię znużyło – bardzo się przy nim starałem. Wyszło dokładnie tak, jak sobie to wyobrażałem.

A co do błędów: dlaczego ich wskazanie miałoby mi być niepotrzebne? Na pewno bym je poprawił.

 

Miłego dnia.

 

Sławek

Sławku, w marcu zamieściłeś opowiadanie Jak trudno być człowiekiem. Długie, liczące ponad 72 tysiące znaków. Przeczytałam je i zrobiłam łapankę. Porządną i tak obszerną, że musiałam dodać ją w dwóch komentarzach. Ponieważ w żaden sposób się do niej nie odniosłeś, nie poprawiłeś choćby jednego błędu, poczułam się zlekceważona i tym razem uznałam że szkoda mojego czasu i pracy na robienie czegoś, co się Tobie do niczego nie przyda. Ograniczyłam się więc wyłącznie do lektury.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie też nie zaciekawiło. Bardzo długo nic się nie dzieje, ale opisujesz to strasznie szczegółowo. Potem bohater spotyka dziewczynę i rozmawiają, przerzucając się mądrymi terminami, ale z tej rozmowy nic nie wynika. Nadal nie wiem, co się zdarzyło.

Nie kupuję logiki świata. Prawdopodobnie wszystko się sypie, ale dwie osoby nadal żyją, oddychają, mają prąd. Dlaczego akurat one? Dziewczynie przyśnił się jakiś facet, więc siedzi i czeka, aż przyjdzie. Hmmm. Pierdoły, które śniły mi się w nocy, nie zmieściłyby się u mnie w domu…

Interpunkcja miejscami całkiem Cię opuszcza.

minął oświetloną wierzę kościoła.

Sprawdź w słowniku, co znaczy “wierzę”.

– Czekałam na Pana

Ty, twój, pan itp. w dialogach małą literą. W listach dużą.

gdy rozbłysło rozerwane eksplozją fotonów mlecznobiałe światło,

To fotony wybuchają? I światło jest wynikiem tej eksplozji?

Babska logika rządzi!

Najpierw szczegółowe nic. Pomysł osamotnienia po tajemniczej katastrofie może i nienowy, ale też nie wyeksploatowany – niestety tutaj wykonanie nie uczyniło mu zadość. Potem bohater spotyka kobietę ze snów i wtedy następują nieodgadnione wydarzenia. Miałem wrażenia, że chciałeś przekazać jakąś treść, ale brak przecinków czy inne błędy sprawiają, że sens ten trzeba wyłuskiwać spomiędzy nich.

Podsumowując: nierówny tempem tekst, którego złe wykonanie zagłusza potencjalnie interesujący pomysł. Na niebie więc cichosza.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nie wciągnęło mnie twoje opowiadanie, jest zbyt monotonne. Może i miałeś ciekawy pomysł, ale zgubiłeś się w sposobie przedstawienia go czytelnikowi. Weźmy sobie początek opowiadania. Główny bohater miał sen, w którym przyśniła mu się kobieta w pomarańczowej sukience stojąca w trawie. Po przebudzeniu zorientował się, że panuje ciemność i nie ma nikogo innego na świecie. Sprawdzał u sąsiada, na mieście i w radiu słuchał by się upewnić. Napisałeś czternaście tysięcy znaków, z których wynika tak samo mało, jak z moich trzech zdań. Za to szczegółowo opisujesz jak Marek drgnął, spróbował, wstał, stał, wyszedł, szedł.

Nie kupuję także pomysłu na rozmowę ze swoim odbiciem. Kto rozmawia o poruszaniu się wzdłuż osi x lub y świata? Kto rozmawia o osiach i płaszczyznach w ogóle w takie sytuacji (okazuje się, że jesteś sam na świecie)? Potem bohater zmierza już tylko dalej i dziwniej, ku przestrzeni euklidesowej, a ja nie rozumiem go już wcale. Nie łapie pomysłu na Suzina, tylko dinozaury go jeszcze pamiętają, nie łapię rozmowy z Agnieszką o wspólnych częściach świata i fraktalach, nie mówiąc już o przesłaniu twojego opowiadania, jeśli jakieś miało. Niestety nie jestem usatysfakcjonowany lekturą.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Hej :)

 

Kiedyś takie teksty wydawały mi się atrakcyjne. Przemyślane w taki sposób, aby wciągnąć czytelnika w niesamowitość, niemal sprawiając, że każdy ruch, każda drobnostka opisana zasysa czytelnika jeszcze głębiej niemal rozmywając granicę pojmowania rzeczywistości – tego co tu i tego co tam.

 

Potem na portalu ktoś powiedział mi, że to tylko przegadanie i na nikim nie robi wrażenia… Nie pamiętam już kto był taki mądry, ale dziękuję za radę. Była niezwykle cenna. Nastrój trzeba generować w dwóch zdaniach nie w stu. To prawdziwa sztuka i właściwy kierunek.

 

Dzisiaj tę radę daję Tobie ;)

Co do innych uwag, to opowiadanie jeżeli miało oddać marazm i szarość lat 80 to pełen sukces :)

 

Peace and love

Przyłączę się do krytykujących głosów. Interpunkcja bardzo utrudnia czytanie. Opowiadanie bardzo powolne, ze szczątkową fabułą, wypełnione niepotrzebnymi szczegółami i rozważaniami, które z czasem męczą.

Ale się to ciągnie.

Lęk przed przegraną gwarantuje porażkę.

Nowa Fantastyka