- Opowiadanie: Skoneczny - Dlaczego spadamy

Dlaczego spadamy

Tekst napisany półtora roku temu na konkurs Creatio Fantastica, ostatecznie wydany kilka tygodni temu w  X. Antologia opowiadań fantastycznych (Creatio Continua, tom 1). Opowiadanie zajęło ex aequo pierwsze miejsce. Poniżej wrzucam wersję poniekąd ekskluzywną dla portalu, bo poprawioną stylistycznie [trochę się zmieniło od tamtego czasu ;], próbowałem ją przepchnąć przy zatwierdzeniu poprawek redakcji/korekty do samej antologii, niestety z jakiegoś powodu nie została uwzględniona. Chyba nie powinienem narzekać, bo tekst w swojej wyjściowej formie został doceniony, no i w takiej ostatecznie ukazał się w antologii.

Swego czasu tekst wisiał na betaliście, a więc betującym dzięki za betowanie [jeśli jeszcze pamiętają, że coś takiego betowali :P].

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Dlaczego spadamy

Minh Nu-Jeket dotknął czołem marmurowej podłogi świątyni. Codziennie modlił się do Izaaka o wiedzę, ale dziś prosił o wiarę. Młody kleryk nie mógł pozwolić sobie na wątpliwości, które odbijały się od ścian jego umysłu niczym zbłąkany promień wewnątrz sferycznego lustra. Poły bordowej, syntetycznej szaty zadrżały poruszone powiewem powietrza. Odgłos otwierających się drzwi sprowokował Minha do podniesienia się na kolana.

– Nie ma potrzeby przerywać modlitwy dla takiego starego dziada jak ja. – Mistrz Leil leciał z wolna w kierunku adepta na swoim lewitującym wózku. – Trudno potem zasnąć, gdy przesiaduje się poza domem o takich porach – dodał.

– Tu jest mój dom, Mistrzu Leil – wyszeptał powoli Minh, nie odwracając wzroku.

– Idź już, jutro ważny dzień. Słyszałem, że Izaak i Ona dają siłę tylko wyspanym. – Starzec uśmiechnął się.

Kleryk kiwnął głową, po czym wstał i z dłońmi splecionymi na wysokości pasa udał się w stronę drzwi. Zanim wyszedł, odwrócił się i ostatni raz spojrzał na pięciometrowy pomnik proroka. Żelazna podobizna Izaaka Newtona patrzyła w przestrzeń, niewzruszona rozterkami śmiertelników.

 

* * *

 

Poranną modlitwę zazwyczaj odmawiał na dachu. Klerykom przydzielano ascetycznie urządzone apartamenty na najwyższych piętrach. Usiadł ze skrzyżowanymi nogami i wziął głęboki wdech. Gdy wypuszczał powietrze, odchylił głowę i otworzył oczy. Błękitne niebo, przyozdabiane gdzieniegdzie oddalającymi się z zawrotną prędkością chmurami, stanowiło jedyną granicę jego myśli.

Arc-Io, spadające miasto, było jedynym światem, jaki znał. Historię tego miejsca spisywano od pięciu pokoleń, przedtem nie było nic. Ludzie pojawili się w otoczonej polem siłowym strukturze zupełnie znikąd, a ich przeznaczeniem stał się lot. Już na początku czasu znajdowały się tu systemy podtrzymywania życia oraz przeogromne bazy danych, wspominające o mitycznym Poprzednim Świecie i rządzących nim prawach ludzkich i naturalnych. Zgodnie ze spisaną tam fizyką miasto pędziło przez nieskończoną atmosferę ze stale rosnącą prędkością. Wyglądało jednak na to, że pradawnym nie udało się skonstruować idealnego zbioru zasad. Zgodnie z ich założeniami niemożliwym było istnienie miejsca tak ogromnego jak przestrzeń, w której od zarania dziejów spadało Arc-Io, a jednocześnie cechującego się warunkami umożliwiającymi przetrwanie.

Gdy Minh spokojnie medytował na dachu, przeciążenie mogłoby zmienić spadające miasto w pył, czemu zapobiegały generatory pola siłowego.

Patrząc na pozostające na horyzoncie od początku czasu jasnozielone słońce, kleryk nie znajdywał powodów, by nie ufać Kościołowi Jej. Lot jest jedyną stałą, a powoduje go właśnie Ona, Grawitacja. Życia przemijają, lot trwa. Umysł Minha niepokojony był rozbieżnością pomiędzy wiedzą mędrców Poprzedniego Świata a faktycznym stanem rzeczywistości, w której żył.

Skoro nie zanosi się na żaden upadek, to może chmury pędzą, a Arc-Io pozostaje nieruchome?

Młody Nu-Jeket potrząsnął głową. Wiedział, że takie bzdury nie powinny zaprzątać umysłu przyszłego kapłana. Wstał z kwaśną miną i przeciągnął się. Był pewien, że dziś nie zdoła już osiągnąć nirwany. Powietrze filtrowane przez pole siłowe było nieruchome,  sztuczny wiatr wytwarzały generatory różnicy ciśnień. Kilkanaście kilometrów sześciennych żelaznej konstrukcji miasta wleciało właśnie w wyjątkowo dużą i gęstą chmurę. Widok bezkresnego nieba został na chwilę przesłonięty, Arc-Io wydawało się otoczone śnieżnobiałym bąblem.

Bąbel jest przezroczysty, ale co to zmienia, pomyślał Minh, po czym skierował się w stronę schodów. Syntetyczny zefir muskający jego twarz nie pomagał w zachowaniu wiary w autentyczność nauk, miasta, czy w ogóle lotu.

Zniesmaczony swoimi wątpliwościami zszedł z dachu. Mijając siódme piętro, usłyszał głos Hwanga.

– Czy pobłogosławiła cię darem inspiracji? – spytał opierający się o poręcz akolita.

– Gdybym nie miał jej w sercu już od dawna, czy Mistrz odważyłby się uczynić mnie kapłanem? – Minh uniknął odpowiedzi wprost.

– Czy odważy się?

– Do czego pijesz, Hwang? – Nu-Jeket zmarszczył brwi.

– Widzę to w twoim spojrzeniu, bracie. Nie jesteś oddany. Nie jesteś nawet przekonany!

– Zejdź mi z oczu.

Kleryk minął akolitę i udał się dalej w dół schodów.

* * *

– …i Jej zawdzięczamy stale wzrastający pęd, dzięki któremu nasze żywoty mają sens spadania. Masa – Mistrz Leil zakończył modlitwę.

– Masa – powtórzyli chórem ustawieni w szeregach klerycy.

Zgodnie z tradycją, namaszczenie kapłańskie wiązało się z ceremonią, która dominowała dzień wszystkich mieszkańców Arc-Io. Na głównym placu urządzano zebranie, na którym nieobecność uważana była za nietakt. Czystość białych, odświętnych szat kontrastowała z estetyką miasta powyginanych blach i nagich prętów zbrojeniowych. Zgromadzeni  stali dookoła rdzewiejącej statuy jabłoni z pojedynczym, zwisającym na cienkim druciku jabłkiem. Najbliżej żelaznego drzewa klęczeli przyszli kapłani.

W dzień namaszczenia generatory wiatru były całkowicie wyłączane, aby zapewnić absolutną ciszę.

Minh spoglądał na mityczny owoc, symbolizujący oświecenie największego proroka Jej. Dałby wiele, by nawet metalowa wersja spadła mu na głowę, jeśli miałoby to zmyć jego niepewność. Mistrz Leil obrócił lewitujący wózek w stronę adeptów.

– Spadamy, więc roztrzaskamy się o grunt. Ale przed tym cieszmy się lotem, albowiem… – Potężny wstrząs zmusił najwyższego kapłana do przerwania mowy.

Zgromadzeni zaczęli spoglądać po sobie. Kilka sekund później nastąpiło drugie drgnienie – silniejsze. Ktoś z tłumu postronnych powiedział coś o barierze, ktoś inny krzyknął, że to już koniec. Trzeciemu wstrząsowi towarzyszył przeraźliwy zgrzyt wyginanego metalu, dochodzący spod podłoża. Zanim panika rozpętała się na dobre, blacha na samym środku placu rozdarła się, tworząc krater, który pochłonął metalowe drzewo wraz z Mistrzem Leilem.

Minh zerwał się z miejsca, ale zamiast uciekać jak inni, podczołgał się do krawędzi wyłomu i zajrzał do środka. Jego oczom ukazała się czarna otchłań z kilkoma migającymi na czerwono i niebiesko punktami. Dno wyrwy musiało znajdować się o wiele niżej niż korytarze hydrauliczne i sekcja podtrzymywania życia.

– Oczekujemy tego, co pod nami, a nigdy nie odważyliśmy się zajrzeć pod własne stopy – wyszeptał przerażony. Spięcie zerwanego przewodu oślepiło go i zmusiło do odwrócenia wzroku od otchłani. Podniósłszy głowę, Minh zobaczył snop iskier wydobywający się z monolitu na horyzoncie. Jeden z pięciu ogromnych generatorów pola siłowego właśnie przestał działać.

* * *

Mimo katastrofy, cyklu dnia i nocy nie wstrzymano. Mieszkańcy Arc-Io uznali otworzenie się wyłomu i niechybną śmierć duchowego przewodnika za zwiastun końca.

Wierzyli, że nadszedł czas aby cieszyć się ostatnimi godzinami lotu. Systemy przejrzystości bariery co dwanaście godzin zmieniały ilość przepuszczanego światła, tworząc syntetyczne zmroki i poranki.

Minh był przekonany, że gruby przewód, pożyczony z komunalnych nieużytków, utrzyma jego ciężar. Nie był pewien swoich umiejętności wiązania węzłów, ale w najgorszym wypadku liczył na przychylność Grawitacji. Powoli zsuwał się w głąb wyrwy, mając nadzieję na znalezienie jakichkolwiek odpowiedzi na jej dnie. Miał silne przeczucie, że jego mistrz żyje.

Kilka minut później niedoszły kapłan dotarł do końca swojej prowizorycznej liny. Przymocowana do barku latarka oświetlała wystające kable i druty. Widok nie napawał go optymizmem. Minh był teraz około pięciu metrów poniżej sekcji systemów podtrzymywania życia. Do tej pory żył w przekonaniu, że pod nią nie znajdowało się już nic oprócz aerodynamicznie wyprofilowanej podstawy miasta.

Spojrzał w dół.

Początek rozłamu okazał się pęknięciem w betonowej skorupie dna, niczym więcej.

Poświecił po ścianach. Dopiero teraz zauważył, że zwisał pomiędzy krawędziami rozerwanego tunelu. Jego konstrukcja wyglądała na starszą, niż oficjalnie najniższe poziomy Arc-Io. Rytmicznie machając nogami, starał się rozbujać na tyle, by dosięgnąć gzymsu.

Przewód osunął się kilka centymetrów. Zanim kleryk zdążył zareagować, zorientował się, że spada. Pierwsze otarcie było bolesne, ale najgorsze miało nadejść w następnych sekundach. Ból rozrywanej skóry przeszył jego rękę, a chrzęst łamanej kości stał się ostatnim bodźcem przed utratą świadomości.

 

* * *

 

Obudziło go zimno metalu przylegającego do skóry. Inteligentny materiał syntetycznej szaty zasklepił się i obkurczył w miejscach rozcięć, tamując upływ krwi. Ciasno owinięta, wystająca z łydki kość nie wyglądała dobrze. Interfejs materiału zaaplikował środki przeciwbólowe. Minh złapał za pręt wystający ze ściany. Zaciskając zęby, wstał, utrzymując ciężar ciała na nieuszkodzonej nodze.

Wylądował w blaszanej wnęce, dosyć blisko dna. Sekcje podtrzymywania życia były o wiele za wysoko, aby mógł się do nich dostać w obecnym stanie. Około trzech metrów powyżej jego głowy znajdował się tajemniczy tunel, który widział przed upadkiem.

Wspinaczka wydawała się trudnym wyzwaniem, ale możliwym do zrealizowania. Sprawność fizyczna była bezpośrednio związana z trybem życia adeptów Kościoła Jej. Niemniej teraz wdrapywanie się po wyrwach i przewodach okazało się wykonalne tylko dzięki zaaplikowanym automatycznie medykamentom. Po kilku minutach niezręcznej wspinaczki jego ręka dotykała już gzymsu. Stojąc przy krawędzi, ostatni raz skierował wzrok w górę. Mógłby zawołać o pomoc, ale w środku nocy prawdopodobnie nie zostałby usłyszany. Poza tym nie znalazł jeszcze tego, po co tu przyszedł. Poszukał wzrokiem prowizorycznej kuli. Ogromne pokłady wystających zewsząd drutów dawały szeroki wybór.

Znalazłszy odpowiedni pręt, obrócił się twarzą do nieznanego. Mrok tunelu nie stanowił problemu, bo latarka przetrwała upadek. Maszynerię pokrywającą ściany zdobiły symbole zbliżone do tych, których używali mieszkańcy Arc-Io, jednak niektóre z nich wyglądały obco. Minh podejrzewał, że pismo nie mogłoby zmienić się aż tak bardzo od czasów pierwszego pokolenia żyjącego w mieście. Wystarczyłoby przestudiować tylko te pozornie mało istotne dane techniczne, by udowodnić bezpośrednie powiązanie Arc-Io z Poprzednim Światem. Szedł dalej.

Coś niedużego pobłyskiwało na podłodze. Metalowe jabłko z pomnika mogło wpaść w dowolną inną szczelinę, ale z jakiegoś powodu wylądowało właśnie tutaj. Minh pomyślał o Mistrzu Leilu. Jego ciało nie leżało na dnie, lewitujący wózek musiał uratować mu życie. Starzec mógł zwiększyć moc urządzenia, by przesunąć się kilka metrów w górę, ale nie na tyle, żeby wydostać się z wyrwy. Gdziekolwiek był teraz, albo dotarł tam drogą, którą kierował się kleryk, albo wybrał drugą część tunelu.

Nu-Jeket postanowił wziąć jabłko ze sobą.

Korytarz kończył się zamkniętymi drzwiami. Adept poświecił na zakurzony skaner linii papilarnych. Urządzenie, podobnie jak wszystkie instalacje w tunelu, utraciło zasilanie, prawdopodobnie w wyniku rozłamu.

Minh westchnął i odwrócił głowę w stronę wyrwy. Dopiero teraz dotarło do niego, że tajemnicza prawda, której szukał, mogła być jedynie złudzeniem, a on sam znajdował się na jakimś dawno zapomnianym odcinku sekcji technicznych, o którego istnieniu prawdopodobnie dobrze wiedzieli konserwatorzy miasta. Przeklinał swoją głupotę. Mistrz Leil prawdopodobnie potrzebował jego pomocy po drugiej stronie szczeliny, a on stał przed zamkniętymi drzwiami, oczekując odpowiedzi na pytania, których nie umiał nawet sformułować.

Przyłożył dłoń do czytnika. Nic się nie stało.

Zrezygnowany zaczął wracać po swoich śladach. Uszedł ledwie pięć kroków, kiedy uchwycił kątem oka światło wydobywające się zza pleców. Wyświetlacz skanera świecił na zielono, jarzeniówka najbliżej drzwi zamrugała kilka razy, aby za chwilę zapalić się na stałe.

Gdy podszedł bliżej, wejście otworzyło się. Zapalające się świetlówki ujawniały pomieszczenie z rzędami szaf, wyglądającymi na serwery. W odległym końcu pokoju znajdował się olbrzymi wyświetlacz. Mijając szeregi metalowych komód, Minh wierzył, że cokolwiek wydarzy się w następnych chwilach, wyjaśni wszystko.

Stał teraz naprzeciw monitora, pośrodku którego pojawił się biały punkt.

– Daj mi chwilę – syntetyczny głos rozniósł się echem. Ktokolwiek był jego właścicielem, Minh był gotów dać mu godziny, dni, miesiące.

Po upływie momentu, który wydawał się wiecznością, głos przemówił ponownie, a wypowiadane przez niego słowa wyświetlały się na ekranie.

– Jestem sztuczną inteligencją projektu Arc, modyfikowaną na potrzeby stacji numer dziesięć, której jesteś mieszkańcem. Spójność konstrukcji, zgodnie z przewidywaniami twoich przodków, uległa uszkodzeniu. Raporty stanu poszczególnych aparatów zdają się to potwierdzać. Zniszczenia wywołane przeciążeniem w tej chwili sięgają stopnia – głos przerwał na chwilę – znacznego. Zgodnie z zaleceniami ostatniego użytkownika o uprawnieniach administratorskich, powinieneś opuścić tę salę.

– Ale dlaczego spadamy? – adept wypluł z siebie pytanie, które zbyt długo zatruwało jego myśli.

Głos milczał.

– Dlaczego spadamy?  – powtórzył Minh, starając się artykułować słowa najdokładniej, jak umiał.

Cisza.

– Dlaczego spad… – Adept zamachnął się na ekran metalowym jabłkiem, ale przerwał ruch, gdy ponownie usłyszał głos sztucznej inteligencji.

– Odtwarzam nagranie archiwalne numer 000008.

Wyświetlacz zamrugał na biało, po czym ukazała się na nim twarz kobiety. Siedziała przed kamerą w ciemnym pomieszczeniu, wypełnionym sprzętem Poprzedniego Świata. Po kilku sekundach stop-klatki, okrutnie skompresowane wideo uruchomiło się.

– Eee, nie mamy zbyt wiele czasu – kobieta mówiła wolno, ale nerwowo, jakby miała problem ze znajdywaniem odpowiednich słów. – Jesteśmy po wysłaniu pierwszych czterech ark. Wszyscy mamy nadzieję, że dotarły na swoje planety w całości. Nagrywam to, bo obawiam się, że coś pomijamy. Maszyna zmaterializuje miasta w miejscach, w których atmosfera będzie identyczna z ziemską. Losowych miejscach. Znaczy… Wiem, że to nasza jedyna opcja, ale otwieramy tunele czasoprzestrzenne, które mogą prowadzić gdziekolwiek. Te środowiska mogą się znajdować tysiące lat świetlnych od granicy obserwowalnego wszechświata, każda arka będzie pojawiać się dalej niż poprzednia. Ósma, dziewiąta? One mogą znaleźć się gdzieś na granicy absurdu, na granicy pojmowania. Gdybyśmy mieli kilka miesięcy więcej, moglibyśmy chociaż… Ale teraz nie mamy czasu na strach przed nieznanym. 

Nagranie zatrzymało się.

– Czy moja odpowiedź była satysfakcjonująca?

Minh wbił wzrok w podłogę.

– Jak stare jest to nagranie? – spytał.

– Nagranie pochodzi sprzed – głos przerwał – czterystu trzynastu lat.

– Dlaczego to miejsce zostało odcięte od reszty miasta? – Kleryk miał nadzieję, że zadaje odpowiednie pytania.

– Odtwarzam nagranie archiwalne numer 004285.

Na ekranie pojawił się człowiek w średnim wieku, stojący dokładnie w miejscu, w którym teraz stał Minh. Jego ubranie mocno odbiegało od współczesnych standardów. Był nieogolony, wyglądało też na to, że nie spał o kilkanaście godzin za długo.

– Nagrywam ten materiał, bo rada podjęła decyzję. Jakkolwiek szalenie to brzmi, będziemy rozkładać ramiona w locie. Generatory grawitacji powinny wytrzymać. Nie ma – westchnął – nie ma żadnych przesłanek, które mogłyby wskazywać na to, że kiedykolwiek dolecimy do gruntu. Prędkość spadania rośnie w nierównym tempie, czasem w ogóle nie rośnie. Tych warunków nie dało się przewidzieć, ale musimy się przystosować. Będziemy zamykać dostęp do kriokomór i tego pomieszczenia. Na stałe.

Mężczyzna przetarł pot z czoła.

– Rada stwierdziła, że… Stwierdziliśmy, że najlepiej będzie sakralizować…

Nagranie urwało się.

– Zapis uszkodzony. Czy moja odpowiedź była satysfakcjonująca?

– Nie – wyszeptał kleryk. – Ile mamy czasu? Kiedy miasto się rozpadnie?

– Równie dobrze możemy mieć kilka sekund, Minh – głos Mistrza Leila wypełnił ciszę, która zapadła po ostatnim pytaniu. – Może wszedłem tu drugimi drzwiami, może pojawiłem się znikąd. Nawet to nie jest pewne. Jakich definitywnych odpowiedzi oczekujesz od tej maszyny?

– Nie wiem. – Z jakiegoś powodu pojawienie się starca nie zaskoczyło adepta.

– Przy obecnym przyspieszeniu, trzy lata i cztery miesiące – komputer odpowiedział na zadane mu pytanie.

– Spadamy, bo taka jest natura rzeczy, Minh. – Lewitujący wózek Mistrza unosił się nad podłogą niżej, niż zazwyczaj, amortyzacja upadku musiała pochłonąć znaczną część zasobów energii urządzenia. – Możemy się nad tym zastanawiać w nieskończoność albo wyjść na górę i załatać tę wyrwę, zanim ktoś jeszcze do niej wpadnie. – Leil uśmiechnął się serdecznie.

– Czy wiedziałeś o tym miejscu, Mistrzu?

– Nie – odrzekł starzec. – Ale domyślałem się tego, co dane mi było tu usłyszeć. I niczego to nie zmienia.

Minh zmrużył oczy i przez chwilę stał zupełnie nieruchomo. Wziął głęboki wdech, odwrócił się i uśmiechnął do starca.

– Wracajmy.

Odpowiedzi, które usłyszał, pozwoliły mu znaleźć drogę do tych, które od zawsze znajdowały się w jego głowie.

 

* * *

 

– Gdzie tak pędzisz, młody człowieku? – Matuzal o pogodnym spojrzeniu zagadnął przebiegającego obok chłopca.

– Pokazać mamie rysunek!

– Jaki rysunek?

Dziecko podeszło do siedzącego na ławce starca i wręczyło mu nieduży zwój. Klekotanie drewnianej kołatki odbijającej się od krawędzi fontanny rytmicznie przebijało ciszę klasztornego poranka.

– To twoi rodzice, hmm?

– Tak – młodzieniec dumnie kiwnął głową. – A to nasz dom, a tam jest Poprzedni Świat.

– Ten kwadratowy, o, tu? – zdziwił się mistrz.

– Tak – wyszczerzył się chłopiec.

– Biegnij, tylko uważaj na schodach, żebyś nie spadł! – Starzec wstał i oddał zwój kilkuletniemu artyście.

Dzieciak zbiegł po świątynnych schodach, po czym zatrzymał się i spojrzał za siebie.

– Dlaczego spadamy, Mistrzu Minh?

Stary Nu-Jeket powoli schodził po stalowych stopniach sanktuarium. Lekko przerdzewiała, bioniczna proteza nogi co jakiś czas skrzypiała nieprzyjemnie.

– Spadamy, bo pod nami nie ma gruntu.

– Tak po prostu? – zdziwił się chłopiec.

Starzec wzniósł spojrzenie na oddalające się powoli chmury i uśmiechnął się do bardzo starych wspomnień.

– Dokładnie tak.

Koniec

Komentarze

Nie nominuję opowiadania dlatego, że byłam betującą. Pamiętam, że tekst zrobił na mnie wielkie wrażenie – znałam wcześniej opowiadania Skonecznego, ale “Dlaczego spadamy” było dla mnie nową jakością w jego pisaninie. Motyw spadającego miasta został spleciony z osobliwą filozofią, wszystko pokazane w sposób tak rozbrajająco przejrzysty i dobitny, że mogę to porównać do dobrze skomponowanego utworu muzycznego albo zwięzłego filozoficznego traktatu. Obrazek modlącego się Minha na dachu w spadającym mieście często do mnie wracał. Nie byłam zaskoczona zwycięstwem w konkursie. Te obrazki “w punkt”, dialogi “w punkt” i sugestywne w swej oszczędności krajobrazy to IMO bardzo dobra jakość. Wydaje mi się, że podobnie zbudowany został “Demon i jego chłopiec”. A skoro to nie jednorazowa umiejętność, to nic, tylko się cieszyć i czekać na więcej ;)

A, no i fajne, klimatyczne imiona.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Przeczytałem, bardzo mi się spodobało, ale mam dużo wątpliwości, bo chyba nie zrozumiałem do końca opka. Nadal nie wiem, dlaczego doszło do pęknięcia. Dlaczego inni mieszkańcy nie postanowili sprawdzić szczeliny, tak samo jak główny bohater (tym bardziej, że pochłonęła ona człowieka)? Bo on jako jedyny był na tyle wyjątkowy by zakwestionować przepowiednię, że był to początek końca? Ale skoro stracili duchowego przewodnika, to może morale powinny im trochę podupaść ;D (to tylko takie wywody ;D).

I jeszcze coś, ale to już zwykłe czepialstwo dla czepialstwa: czytnik linii papilarnych od pewnego czasu wydaje mi się jakimś archaicznym wynalazkiem: jest lewitujący wózek, jest materiał, który sam się zasklepia i implikuje środki przeciwbólowe, oraz oczywiście jest czytnik linii papilarnych (koniecznie świecący na zielono, no bo jak inaczej) i mrugająca jarzeniówka – klasyka :D Ale nadająca klimatu, także jak najbardziej na plus :D

Verman

Po pierwsze, gratuluję zwycięstwa i publikacji. Czytałem już w “Antologii X” – ślicznie ją wydali.

Po drugie, gratuluję pomysłu – lubię takie dalekowschodnie klimaty odkąd 30 lat temu (tak, tak) zachwyciłem się “Trzecią bramą” Andrzeja Boryczko. Sam pomysł na świat kapitalny i czysty w swojej prostocie. Nawiązanie do tematu konkursu takie ino, ino – na szczęście wystarczyło. Jabłonka z jednym jabłkiem jak wyjęta z “Seksmisji” ;)

Po trzecie, pogrymaszę w jednym temacie. Zasygnalizowałeś kwestie względności postrzegania, ale nie uchroniłeś się od niej na poziomie własnej narracji. Skoro bohaterowie w opisywanym świecie się urodzili, innego nie znają, a “nasz” świat jest dla nich tylko mitem, to ich wątpliwości dotyczące samego spadania wydają się nieco nienaturalne. Gdzieś podświadomie przykładasz do bohaterów swój punkt widzenia, nie uzasadniając pochodzenia tych wątpliwości i czyniąc je dość powszechnymi (od mistrza, przez akolitę po małe dziecko). Sugerujesz ponadto, że miejsce w którym znajduje się dziesiąta arka może leżeć poza granicami fizyki newtonowskiej (i happy end w pewnym sensie to potwierdza). Po co zatem te wszystkie urządzenia działające antygrawitacyjnie?

Po czwarte i ostatnie: klikam. Choć “Demona” uważam za tekst o jedną półkę lepszy ;)

Zgodnie z tradycją, namaszczenie kapłańskie wiązało się z ceremonią, która dominowała dzień wszystkich mieszkańców Arc-Io.

Dominuje się nad czymś a nie coś. Wydaję mi się, że widzę co tutaj chciałeś osiągnąć – niedokonaną wariację słowa “zdominować” – ale nie wiem czy wyszło. Koślawo to wygląda.

 

chrzęst łamanej kości stał się ostatnim impulsem przed utratą świadomości.

Impuls to chwilowa zmiana potencjału, po którego ustaniu następuje powrót do wartości wyjściowej. W tym fragmencie pasuje bardziej bodziec [odebrany/zarejestrowany] przed utratą świadomości.

 

Minhpomyślał o Mistrzu Leilu.

 

Właściwie mogę się zgodzić z Naz. Bardzo dobry tekst, który w jasny i dobitny sposób przekazuje to, co chce przekazać. Fajnie oddałeś kryzys wiary bohatera i to w jak paradoksalny sposób go przełamuje. Jakieś takie autentyczne jest to opowiadanie. Widzę tutaj zderzenie futurystyki z wierzeniami a’la płaska ziemia na słoniach, na żółwiu i na czym ona tam nie była jeszcze. ;)

Jestem oczarowany rozmachem koncepcji, przewrotnością wiary bohaterów, wyjaśnieniami, nawet trochę akcji się znalazło. Bardzo dobry tekst – cieszę się, że się nim z nami podzieliłeś, a nie uznałeś, że jest “za dobry” na forum.

 

@Naz, dzięki za punkt i za betę jeszcze raz ;D

 

@Vermanitus, co do pierwszego akapitu Twojego komentarza, to odpowiem tak: mógł tam wejść każdy z mieszkańców, wszedł jeden z nich, no i to własnie o nim jest tekst :D Co do pewnej niespójności technologicznej [całkiem zdrowe czepialstwo], hmm, no masz rację, jakoś o tym nie pomyślałem pisząc tekst, ale GDYBYM nie chciał się do tego przyznawać, to wykręciłbym się tym, że po nagraniach można domyślać się, że Arki konstruowane były na szybko, a więc używano takiej technologii, jaka była akurat pod ręką.

I to jest “kanoniczne” rozwiązanie tej sprawy ;]

 

@cobold, dzięki, faktycznie ładnie wydali, okładka świetna. Też bałem się o tę dziesiątkę, ale jak widać przeszło [gdyby to był konkurs u nas na portalu, to mam wrażenie, że nie dałoby rady xD]. Z tą powszechnością wątpliwości: nie do końca. Znaczy się nie do końca jest ona aż tak powszechna. Mamy quasi-buddyjskiego mistrza, który generalnie spędza całe życie na tego rodzaju kontemplacjach, dziecko, które zadaje pytania jak to ogólnie dzieci zadają [aż mnie skręca jak czasem słyszę na ulicy jakieś naprawdę ciekawe pytanie zadane przez małe dziecko swojej mamie a ona albo to zlewa, albo daje jakąś maksymalnie głupią odpowiedź :/ ], no i mamy głównego bohatera, którego rozterka jest jakby napędem tekstu. Więc chyba nie jest to aż tak popularne, a przynajmniej nie sądzę, żeby tekst wskazywał na to, że jest.

Po co zatem te wszystkie urządzenia działające antygrawitacyjnie?

No bo skoro nie wiemy, na co mamy się przygotować, to przygotujmy się chociaż na to, o czym mamy pojęcie.

“Demona” uważam za tekst o jedną półkę lepszy ;)

Ja też tak uważam :]

 

@MrBrightside, niedoróbki zaraz poprawię, dzięki.

cieszę się, że się nim z nami podzieliłeś, a nie uznałeś, że jest “za dobry” na forum.

Jeszcze mi się to nie zdarzyło, chociaż jeśli system piórkowy

Ekhm…

W każdym razie, cieszę się, że się podobało. ;]

 

Powyższym dzięki za lekturę i komentarze yes

No nieźle.

Dalekowschodnie klimaty może i nie są mi bliskie, bo rzadko przychodzi mi się w nie wczuć, ale mają dla mnie pewien urok. Ten urok znalazłem także w Twoim opowiadaniu.

Podoba mi się nieszablonowość przedstawionego świata i opowiedzianej historii. Wydaje mi się, że skutecznie udało Ci się przekazać w tym tekście to, co chciałeś. No i pytanie “dlaczego spadamy” zgrabnie wplecione w tekst. 

Postacie i gatunek science-fiction mimowolnie skojarzyły mi się z Azjatką z tego wielkiego ekranu w “Blade Runnerze” :) Ale jest to dobre skojarzenie.

Podsumowując, “Dlaczego spadamy” jest oryginalny i klimatyczny. Bardzo przyjemnie czyta się takie teksty. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Bardzo fajny świat. Rewelacyjny pomysł z tym spadaniem.

Ale widzę poważne niedobory w warstwie science. Na przykład, przy swobodnym spadku mieszkańcy arki powinni doświadczać nieważkości. I w tym momencie fabuła idzie się rąbać.

Jestem również przekonana, że aby była siła grawitacji, muszą być dwie masy – nasza i ta druga. A skoro spadek trwa już dosyć długo – ponad czterysta lat – to na początku odległość musiała być znaczna. A ta siła jest odwrotnie proporcjonalna do kwadratu odległości, więc… Ale załóżmy, że to rozwiązuje magiczna metoda konstrukcji ark.

Pisanie o sir Izaaku zobowiązuje. ;-)

Babska logika rządzi!

Opowiadanie spodobało mi się wyjątkowo, a zakończenie sprawiło, że odleciałam.

I lecę.

I nie wiem dlaczego spadam.

I nagle zdałam sobie sprawę, że są światy, które mogą się potknąć, otrzeć o coś lub coś musnąć, ale skoro przeznaczone jest im spadać, może gdzieś tam się przewrócą, ale nigdy nie upadną.

Skoneczny, nie wiem czy dobrze odczytałam Twoje Opowiadanie – tak, moim zdaniem należy Mu się wielka litera – ale jestem nim oczarowana i pozostaje mi tylko udać się do nominowalni. ;D

Zdaję sobie sprawę, że w kilku miejscach może wykazuję nadgorliwość, ale mam na względzie wyłącznie dobro Opowiadania i mam nadzieję, że jeśli uznasz, że czepnęłam się słusznie, usterki znikną.  

 

Kle­ry­kom przy­dzie­la­no asce­tycz­nie urzą­dzo­ne apar­ta­men­ty na naj­wyż­szych pię­trach. –> Trochę dziwnie brzmią ascetycznie urządzone apartamenty, jako że apartament jest lokum luksusowym z definicji, a luksus i asceza, moim zdaniem, raczej nie mają po drodze.

 

Gdy Minh spo­koj­nie me­dy­to­wał na dachu, prze­cią­że­nie mo­gło­by zmie­nić spa­da­ją­ce mia­sto w pył, czemu za­po­bie­ga­ły ge­ne­ra­to­ry pola si­ło­we­go –> Brak kropki na końcu zdania.

 

bla­cha na samym środ­ku placu roz­dar­ła się, two­rząc kra­ter , który… – Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

Po­wo­li zsu­wał się wgłąb wyrwy… –> Po­wo­li zsu­wał się w głąb wyrwy

 

Po­świe­cił po ścia­nach do­oko­ła niego. –> Raczej: Po­świe­cił po ścia­nach do­oko­ła siebie.

Bo kimże był ten, dookoła którego poświecał? ;-)

 

ta­jem­ni­czy tunel, który wi­dział zaraz przed upad­kiem. –> Raczej: …ta­jem­ni­czy tunel, który wi­dział tuż przed upad­kiem.

Zaraz sugeruje, że coś się wydarzy za chwilę.

 

pismo nie mo­gło­by zmie­nić się aż tak mocno od czasów… –> Raczej: …pismo nie mo­gło­by zmie­nić się aż tak bardzo od cza­sów

 

Uszedł le­d­wie pięć kro­ków, kiedy uchwy­cił kątem oka świa­tło wy­do­by­wa­ją­ce się zza jego ple­ców. –> Zrezygnowałabym z zaimka. Tam nie było innych pleców.

 

w któ­rych at­mos­fe­ra bę­dzie iden­tycz­na do ziem­skiej. –> …w któ­rych at­mos­fe­ra bę­dzie iden­tycz­na z ziemską.

Coś jest identyczne z czymś, nie do czegoś.

 

otwie­ra­my tu­ne­le cza­so­prze­strzen­ne, które mogą pro­wa­dzić gdzie­kol­wiek. –> Raczej: …które mogą pro­wa­dzić dokąd­kol­wiek.

 

Był nie­ogo­lo­ny, wy­glą­da­ło też na to, że nie spał o kil­ka­na­ście go­dzin za długo. –> Mam wrażenie, że czytelniej byłoby: Był nie­ogo­lo­ny, wy­glą­da­ło też na to, że spał o kil­ka­na­ście go­dzin za krótko/ za mało.

 

Nie ma – wes­tchnął – nie ma żad­nych prze­sła­nek , które… –> Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

Le­wi­tu­ją­cy wózek Mi­strza uno­sił się nad zie­mią niżej, niż za­zwy­czaj… – Czym jest ziemia, nad którą unosił się wózek?

Może: Le­wi­tu­ją­cy wózek Mi­strza uno­sił się bliżej powierzchni, niż za­zwy­czaj

 

– Tak – mło­dzie­niec dum­nie kiw­nął głową. –> Trzy zdania wcześniej piszesz: Dziec­ko po­de­szło

a tu nagle stało się ono młodzieńcem? Dziecko i młodzieniec raczej nie są synonimem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Obawiam się, że zupełnie umknęła mi warstwa filozoficzna, tudzież symboliczna opowiadania. Dostrzegłem jedynie tekst opierający się na starym jak SF motywie. Społeczność żyjąca w zamkniętym środowisku, ze znikomą (lub żadną) wiedzą na temat "zewnętrznej" rzeczywistości, wątpiący bohater, który odkrywa… i tak dalej.

Nie twierdzę, że to źle, bo chwyt, mimo że ograny, wciąż bardzo nośny. Zwłaszcza, iż potrafisz użyć tak znakomitej scenografii, jak twoje spadające miasto. Ale nie dowiedziałem dlaczego miasto spadało, wzmianki o istnieniu Arki w przestrzeni o innych prawach fizyki wydały mi się wysoce niewystarczające. Nie satysfakcjonowało rozwiązanie, które w zasadzie nic w życiu bohaterów nie zmieniło. Być może jest jakieś głębokie przesłanie i złożona symbolika w tym całym poznaniu prawdy bez poznania prawdy i w ciągłym pytaniu o sens nieskończonego spadania. Ale, jak wspominałem na początku, nie widzę tego.

Oczywiście, tekst napisany jest znakomicie i przeczytałem z przyjemnością. Niestety, bez zachwytów.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

 

Świetne opowiadanie. yes

 

Bardziej od przedstawionej historii chwyciły mnie tu realia. Wykreowany świat są przekonujący i niesztampowo. To sprawiło, że czytało się tak miło. Opowiadanie ma swój własny, niepowtarzalny klimat. Rzeczywiście obraz Minha medytującego na dachu spadającego świata zapada w pamięć. Choć fabuła też niczego sobie. Zawierająca wyraźne wątki filozoficzne jest dobra od początku do końca. 

Jednym z największych plusów opowiadania jest kunszt pisarski Autora. Tekst został napisany bardzo dobrze i robi wrażenie.

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Uniwersum bardzo ciekawie zarysowane. Połączenie kultu Isaaca Newtona z dalekowschodnimi realiami wygląda naprawdę interesująco. Choć zachowania postaci wpisują się trochę w znane z takich opowieści schematy (młody, trochę zagubiony uczeń i stary, mądry mistrz) to postacie Minha oraz Leila przypadły mi do gustu. Najbardziej polubiłem starca, szczególnie po scenie dialogu przy starym komputerze.

Jak Finkla miałbym wątpliwości o warstwę “science”, ale zważywszy, że tunele czasoprzestrzenne teoretycznie mogą wysłać nas w inny wymiar z zupełnie inaczej działającą fizyką, toteż nie ma sensu się czepiać. Najważniejsze wyjaśnienie padło podczas nagrania i dla mnie jest wystarczające.

Tylko gdzieś malutka nutka ciekawości się we mnie rodzi. Co się stanie, gdy pewnego dnia pojawi się jakiś Mao, głoszący nadejście ery Einsteina? ;)

Podsumowując: świetnie zarysowane uniwersum z niebanalnym motywem. Coś definitywnie zagrzmiało na niebie :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nie jestem pewien, bo dawno oglądałem ten film, ale koncepcja ucieczki ludzi trochę jak z “Interstellara”.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Jeśli zmiany w fizyce są tak duże, to chyba człowiek by tej podróży nie przetrwał. Jak się nie odwrócić – dupa z tyłu.

Babska logika rządzi!

Jeśli zmiany w fizyce są tak duże, to chyba człowiek by tej podróży nie przetrwał. Jak się nie odwrócić – dupa z tyłu.

Wyklepie się, pogmera w specyfikacji, poprzestawia parametry i zacznie działać :) Będzie pani zadowolona, pani kierowniczko! ;)

Generalnie masz dużo racji w tym stwierdzeniu, bo zmiana nawet niewielkiego parametru może mieć kolosalne znaczenie. Przypomina mi się opowiadanie “Raft” Stephena Baxtera. Tam kolonia ludzkości znajdowała się w wymiarze, gdzie stała grawitacyjna była miliard razy silniejsza niż u nas. I autor ciekawie zbudował na tym całą fizykę kosmosu.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Raz, że nie widzę próby wyklepania. Dwa, że nie jestem pewna, czy zmiana stałych by pomogła na nieważkość przy swobodnym spadku. To już nie drobne regulowanie stałych, tylko grzebanie w fundamentalnych zasadach. No, jakby nie zmieniać fizyki, tylko od razu matematykę.

Babska logika rządzi!

Może woda w mieście, którą pili mieszańcy zawierała specjalny i neutralny dla ich organizmów bioferrofluid, i to w połączeniu z polem magnetycznym arki, na które ludzie genetycznie zmodyfikowani byli uodpornieni, pozwalało na spokojne picie browara. ;-P

 

Skoneczny, po lekturze kolejnego Twojego tekstu muszę powiedzieć, że absolutnie podziwiam Twoją pomysłowość. Warstwa s to nie jest coś, co mnie najbardziej kręci, więc za bardzo w nią nie wnikam – nie potrzebuję fizyki, żeby świetnie się bawić przy opowieści – a przy Twoich bawię się znakomicie. Podoba mi się koncept, podoba mi się wątpiący bohater i podoba mi się lewitujący wózek – tworzysz wiarygodną (emocjonalnie, bo jak juz mówiłam, w naukowość nie wnikam) opowieść w porywającej i pełnej nietuzinkowych detali scenerii. A piszesz tak, że czyta się samo. Miód. :)

Nominowałabym, gdyby Reg mnie nie ubiegła. Cholera, a była okazja, żebym w końcu coś nominowała jako lożanka :|

Skonecznemu palma odbije, w niecałą dobę Biblioteka i zasyp nominacji, z trzema zadeklarowanymi do tego Lożankami… :P

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dobre. Wydaje mi się, że podobny pomysł na świat jest w jakiejś książce Kosika. Poza tym jest tu garść schematów i klasycznych motywów, co wcale nie psuje lektury, ale też nie budzi zachwytu. Gdyby było dłuższe, może mógłbyś zaszaleć jeszcze bardziej i wtedy by mnie porwało. Bo chwilami porywało za sprawą szczegółów, jak np. kończąca modlitwę 'masa'.

Najpierw przeczytałem w "X", teraz tu. Niedobory science na rzecz fiction nadal mi nie przeszkadzają. Poza pomysłem, który kojarzy mi się z dowcipem o facecie spadającym z wieżowca (leci i powtarza sobie: "póki co jest nieźle") opowiadanym w filmie "Nienawiść", podoba mi się wielowymiarowość tekstu oraz tytuł zgrabnie streszczający historię, a zarazem zachęcający do lektury. Zasłużone zwycięstwo w jubileuszowym konkursie CF.

Przyczajony użyszkodnik

Tak, do pewnego momentu możemy wątpić w istniejący ład, szukać wyjaśnień, podważać odwieczne prawa, ale na końcu i tak musimy pogodzić się z nieuniknionym… Kiedys umrzemy, a co leci w koncu spadnie. Akceptacja natury rzeczy (rzeczywistości)drogą do szczęścia;)

 

Co do minusów to niewątpliwie najwartościowszą uwagę zarzucił Cobold – trzeba naprawdę uważac, żeby bohater funkcjonujący w autorskiej rzeczywistości rozumował zgodnie ze światem, w którym funkcjonuje. Finkla i Vermantus mają rowniez sporo racji. Niemniej jednak w rządem sposób nie umniejsza to sukcesowi publikacji i wygranej w konkursie, czego Ci bardzo gratuluję:)

 

Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny

Świetny pomysł na opowiadanie. Bardzo dobrze mi się czytało. Tekst rewelacyjnie napisany, a do tego klimatyczny. Wyjątkowo satysfakcjonująca lektura :)

Ja, niestety, nie przyłączę się do zachwytów nad tekstem.

Pomysł na świat przedstawiony rzeczywiście jest, i to fajny – w niuanse Sci w ty Fi się nie wdaję, bo znam się na tym jak krowa na sadzeniu ziemniaków. Cały czas gryzło mnie jednak, że skoro spadają coraz szybciej i szybciej, to generatory grawitacji i reszta sprzętu sprawiającego, że Arka nie zmieniła się w płonący meteoryt albo coś takiego, powinny ulec przeciążeniu i zniszczeniu już dawno temu. A razem z nimi cała wycieczka.

Można by tu oczywiście spekulować o tarciu w próżni i w ogóle, ale, skoro Minh podziwiał chmury, to o żadnej próżni raczej nie mówimy. Tak więc Arka musiała spotykać się z jakimś oporem – wciąż większym i większym – i to wszystko mi się, generalnie, z tego tytułu rozjeżdża. Jaką prędkość po mniej więcej pięciu wiekach spadania z wciąż rosnącym przyśpieszeniem mógł osiągnąć obiekt o masie i gabarytach na tyle wielkich, że był w stanie zastąpić mikroświat całkiem sporej, wnosząc z pewnych przesłanek, społeczności, i przez pokolenia zaspokajać wszystkie jej potrzeby? Stawiam całą moją wypłatę, że niewyobrażalną. Więc i opór, nazwijmy to dla ułatwienia “powietrza”, musiał być… sporawy. A, prawdę mówiąc, nie chce mi się wierzyć, że twórcy stacji byli na tyle przewidujący, że Arkę, będącą z założenia bardziej windą jednorazowego i krótkotrwałego użytku w zupełnie innych niż przedstawione warunkach, niż rasowym promem kosmicznym, wyposażyli w systemy zdolne do przetrwania w takim środowisku, i to przez setki lat.

Ale, jak już wspomniałem, ja tu jestem krowa, a odpowiedzi, które znalazł bohater, sugerują, że to, co uznałem za sadzenie ziemniaków, w rzeczywistości może być, dajmy na to, obieraniem rzepy – inna fizyka, inny koncept wszystkiego. Granice absurdu – jak krowa sadząca ziemniaki.

 

Fabuła mnie jakoś nie ruszyła. Pomysł na mikro-świat pędzący bez nadziei na zatrzymanie się kiedykolwiek (choć po tylu latach i przy obecnej prędkości, to raczej mający nadzieję, że nie trafi jednak na nic twardszego i większego od siebie) faktycznie, że się powtórzę, fajny. Natomiast to, co dzieje się w tym świecie, już mniej.

Jakkolwiek całkiem przyzwoicie uzasadniony w tekście, to jednak dla mnie kult Newtona i grawitacji wydaje się po prostu groteskowy i zupełnie pozbawiony sensu, co kładzie się długim… no tak, cieniem, na całym opowiadaniu. Pomijając już to, że generalnie nie kupuję, iż tak zaawansowanej technologicznie społeczności, nawet jeśli odciętej od źródeł wiedzy, to wciąż jednak dysponującej sprzętem o niewyobrażalnych dla nas specyfikacjach, wystarczyło kilka pokoleń, by – uwaga, uogulnienie – cofnąć się w rozwoju do tego stopnia, że zupełnie bezrefleksyjnie biorą na wiarę coś, co, jak mi się zdaje, nie ma nawet żadnych głębszych i sensownych dogmatów (i że takie zidiocenie musiało nastąpić już znacznie wcześniej niż w czasie przedstawionym, skoro cały proceder nabrał takiej mocy i rozmiarów, że podporządkowywał sobie życie społeczności w stopniu praktycznie absolutnym), to fakt, że obiekty kultu są takie, a nie inne, budzi mój całkowity wewnętrzny sprzeciw. W którymś z rzędu pokoleniu poddanym takiej indoktrynacji to już nawet nie bardzo dziwi, fakt, ale ta religia musiała mieć swój początek wśród wykształconych i inteligentnych ludzi mających niewyobrażalny potencjał techniczny. A tacy raczej nie byliby skłonni z dnia na dzień uwierzyć, że Newton był bogiem (tudzież prorokiem?), a grawitacja – boginią. Jedynym sensownym wyjaśnieniem takiego obrotu spraw byłby powszechny spisek pierwotnych mieszkańców Arki, by za pomocą tej dziwnej mrzonki chronić przyszłe pokolenia przed świadomością czekającego ich losu. Tyle, że nic w tekście takich rozwiązań nie sugeruje. Powiedziałbym nawet, że jest przeciwnie – że to efekt swoistego spisku najwyższych władz Arki.

Tak czy inaczej, zupełnie tego wszystkiego nie kupuję.

Historia Minha i jego drogi ku oświeceniu również pozostawiła mnie raczej obojętnym. Nic nowego, a i emocjonalnie nie zdołało mnie to jakoś zaangażować. Poza tym, nie ukrywam, liczyłem, że jego poszukiwania i odkrycia doprowadzą do czegoś ciekawszego i bardziej spektakularnego niż filozoficzne: Olać, co będzie, to będzie. Choć z drugiej strony nie sposób zaprzeczyć, że osiągnięcie duchowego spokoju na takim poziomie brzmi naprawdę nęcąco (i to nie od dzisiaj), a jeśli wziąć pod uwagę warunki, w których kapłani ten spokój odnaleźli, to jest to co najmniej imponujące.

 

Dobra, koniec tego wodolejstwa. Teraz już krótko – napisałeś zupełnie fajnie zupełnie fajne opowiadanie. Podoba mi się pomysł i podoba mi się ten powiew wschodniej filozofii, która, o dziwo, nie gryzie się z technokracją świata przedstawionego. A nawet ładnie się z nią komponuje. Wykonanie też w porządku (ale bez zachwytów – tutaj Demon przoduje jednak wyraźnie). Cała reszta jednak już zostawia wątpliwości i niedosyt, więc, w ostatecznym rozrachunku, tekst nie wyjebał mnie w kosmos. A więc i nie spadam.

 

 

Gdy Minh spokojnie medytował na dachu, przeciążenie mogłoby zmienić spadające miasto w pył, czemu zapobiegały generatory pola siłowego(.)

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Aha, tam były generatory grawitacji, czyli nieważkość nie jest obowiązkowa…

Cieniu, prędkość wydaje się być ograniczona – światła nie wyprzedzisz.

Babska logika rządzi!

Nawet jeśli – co to zmienia? Nie twierdzę, ze suną z prędkością nadświetlną. Poza tym pewnie ułamek tego wystarczyłby, żeby z Arki zrobić grilla, a z jej mieszkańców – pieczoną habaninę. Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie no, nadświetlnej raczej nie osiągnęli – już wcześniej cuda się dzieją, dylatacja czasu, masa rośnie… A tarcie… Zależy od ilości napotykanej materii. W próżni-próżni nic by się nie działo. Ale potrzebowaliby sporo energii na te wszystkie urządzonka. Może właśnie z napotkanych śmieci…

Babska logika rządzi!

już wcześniej cuda się dzieją, dylatacja czasu, masa rośnie…

Z perspektywy miasta nic by się nie działo. Mieszkańcy nadal ważyliby tyle samo, mieli taką samą długość, sekunda nadal upływałaby tak samo. Ale każdy mijany na zewnątrz miasta obiekt byłby nienaturalnie wydłużony, widziany w zwolnionym tempie. No i niebo byłoby dziwnego koloru – aberracja i efekt Dopplera skurczyłby widok do bardzo wąskiego fragmentu i pokolorował na czerwono. No i zderzenie choćby z ptasim odchodem mogłoby być niczym eksplozja atomówki :)

Inna rzecz, że dla zewnętrznego obserwatora, to oni by się kurczyli i zmieniali kolory :)

W próżni-próżni nic by się nie działo.

Niestety Finklo, ale bardzo dużo by się działo :) Jeśli pędzisz z olbrzymią prędkością relatywistyczną, to zderzenie nawet z pojedynczą cząstką może się okazać zabójcze dla załogi statku (więcej tutaj). Próżnia niestety też nie jest taka pusta, bo pojedyncze atomy się w niej kręcą. A gdy pędzisz powyżej pewnej szybkości, każdy z nich może się stać dla ciebie zabójczym pociskiem :)

Inna rzecz, jeśli chodzi o rozwiązanie problemu energii, to na dole miasta może funkcjonować mechanizm na zasadzie “Bussard ramjeta”. I rozwiązuje to problem pozyskiwania energii i zderzeń z cząstkami.

Też się zastanawiałem, czy nie że mogli trafić do wymiaru, gdzie panują prawa znane z fizyki Newtonowskiej, a nie współczesnej poeinsteinowej. Czyli teoretycznie mogą wtedy przyspieszać w nieskończoność. Choć co się wtedy stanie z nimi, gdy przekroczą prędkość światła, to sam nie wiem. Mogłaby ich otoczyć ciemność – bo wszystko, co wygenerują w mieście, pędzi z taką samą szybkością, a tylko świat na zewnątrz by nie nadążał.

Ot, takie rozważania niefizyka, więc lepsi niech mnie poprawią jakby co :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dylatacja i masa. Z perspektywy miasta nic nie widać. Ale zwiedzany akurat wszechświat mógłby umrzeć… Kilka stuleci przy silnie zwolnionym czasie to jednak kupa czasu.

Próżnia-próżnia nie zawiera nawet atomów. Ale to pewnie nie jest ogólnie uznany termin. ;-) Wiem, że po zwykłej przeważnie coś się pałęta.

Babska logika rządzi!

Próżnia-próżnia nie zawiera nawet atomów. Ale to pewnie nie jest ogólnie uznany termin.

Z przeglądanych artykułów naukowych zaobserwowałem, że do opisu takiej próżni-próżni fizycy lubią używać terminu “prawdziwa próżnia” (true vacuum). Ale to też pewnie zależy od dziedziny fizyki, z której pochodzi używający.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@Finkla, 

Jestem również przekonana, że aby była siła grawitacji, muszą być dwie masy

Generatory grawitacji faktycznie były.

Co wy z tymi prędkościami nadświetlnymi wymyślacie? Przecież komputer powiedział jasno, że:

– Przy obecnym przyspieszeniu, trzy lata i cztery miesiące

a zakończenie jakie jest, każdy widzi. Oznacza to, że przyspieszenie musiało się zmienić [zmaleć], a skoro tak, to mogło też stać się ujemne i a miasto zwolniłoby swój lot, co prawdopodobnie się stało.

Próżnia to też całkiem fajny temat, ale przecież miasto przelatuje przez chmury, niebo ma określony kolor, podobnie jak słońce, więc nie ma mowy o żadnych próżniach, znajdujemy się w atmosferze pozornie podobnej do ziemskiej.

 

@Blackburn, Twoją opinię o tekście już dawno znam, wyjaśnienie browarowe jest dobre, a czy kanoniczne, to się jeszcze zastanowię ;]

 

@Werwena, Mechaniszkin, Pietrek Lecter, soku1403, katia72 [ale ze mnie hurtownik komentarzowy, aż mi głupio xD] wielkie dzięki :]

 

@regulatorzy, wielkie dzięki, jeżeli Twoja interpretacja tekstu pokrywa się z tym, co napisał Blacktom, to jest prawidłowa :] Blacktom, dobre podsumowanie, dokładnie taka była myśl przewodnia tekstu.

 

@thargone, funthessytem, [dziwnie tak grupować użytkowników do odpowiedzi, jeden dzień mnie pod opowiadaniem nie było, cholera] Jeżeli chodzi o warstwę filozoficzną – Blacktom podsumował. Rozumiem brak zachwytu tekstem, nie planowałem tutaj wymyślać koła na nowo, ot kilka znanych motywów w nietypowej panierce, z dosyć prostym i pogodnym przesłaniem ← taki był zamysł i rozumiem, że to nie dla każdego jest to, co tygrysy lubią najbardziej [Kubuś Puchatek wiecznie żywy].

Teraz jakbym pisał na podobny konkurs to starałbym się bardziej ponawywijać :P

 

@NoWhereMan,

ale zważywszy, że tunele czasoprzestrzenne teoretycznie mogą wysłać nas w inny wymiar z zupełnie inaczej działającą fizyką

Za takiego założenia wyszedłem.

Co się stanie, gdy pewnego dnia pojawi się jakiś Mao, głoszący nadejście ery Einsteina? ;)

Klasyka: reformacja, wojny husyckie, kontrreformacja… ;]

 

@Cień Burzy, mam nadzieję, ze wątpliwości natury “science” udało mi się już w miarę wyjaśnić, albo [co bardziej prawdopodobne] zręcznie wywinąć się od odpowiedzialności ;]

Jedynym sensownym wyjaśnieniem takiego obrotu spraw byłby powszechny spisek pierwotnych mieszkańców Arki, by za pomocą tej dziwnej mrzonki chronić przyszłe pokolenia przed świadomością czekającego ich losu. Tyle, że nic w tekście takich rozwiązań nie sugeruje.

No, jak to nie? Dokładnie tak było:

Mężczyzna przetarł pot z czoła.

– Rada stwierdziła, że… Stwierdziliśmy, że najlepiej będzie sakralizować…

Nagranie urwało się.

tekst nie wyjebał mnie w kosmos. A więc i nie spadam.

No i tak jak pisałem niewyjebanym w kosmos już powyżej: doskonale to rozumiem. Nie będę ukrywał, w mojej opinii mój sprzedpółtoraroczny tekst jest… ok. OCZYWIŚCIE CIESZĄ MNIE OPINIE BARDZIEJ POZYTYWNE NIŻ MOJA WŁASNA, ale no… wiadomo ;]

 

Wszystkie fizyczne rozważania w powyższych komentarza – bardzo ciekawe, ale szczerze mówiąc trochę się dziwię, że w kontekście tego tekstu. Wywalając miasto gdzieś w obszar poza znaną fizykę [nie żebym to wymyślił teraz, jest w tekście], chciałem sobie właśnie tak trochę umyć ręce – widać nie doszorowałem dokładnie ;]

No nieźle.

Co wy z tymi prędkościami nadświetlnymi wymyślacie? Przecież komputer powiedział jasno, że:

No jak to co? Miasto spada? Spada. To znaczy, że porusza się w dół, w stronę jakiejś masy, która je przyciąga. A tym samym nadaje przyspieszenie (na krótkich dystansach stałe, na astronomicznych – rosnące). A stałe/ rosnące przyspieszenie musi oznaczać coraz większą prędkość. OK, dopóki nie zrównoważą tego inne czynniki – na przykład opór powietrza, albo fizyka einsteinowska nie zacznie swoich sztuczek.

Próżnia to też całkiem fajny temat, ale przecież miasto przelatuje przez chmury, niebo ma określony kolor, podobnie jak słońce, więc nie ma mowy o żadnych próżniach, znajdujemy się w atmosferze pozornie podobnej do ziemskiej.

No to ja już nic nie rozumiem. W atmosferze ziemskiej miasto sobie spada przez czterysta lat? No way. OK, można je było wystrzelić w obszar jakiejś innej fizyki. Ale którędy?

Babska logika rządzi!

No tak, ale masa, do której zmierza miasto, mogła zniknąć, pojawić się z przeciwnej strony, cokolwiek. Poza tym wcale jej nie musiało być, może miasto znalazło się w jakimś eksperymencie obcej cywilizacji, która tylko ciągle przesuwa chmury? Może to w ogóle nie są chmury? Może wszystko jest zrobione z kisielu? Cokolwiek, nie o to tu chodzi :] Miasto jest poza znaną nam fizyką, która działa tylko wewnątrz bariery [może przez przypadek, kto wie?]. Aż mnie korci żeby rozwinąć wyjaśnienie wodno-piwne Blackburna.

W atmosferze ziemskiej miasto sobie spada przez czterysta lat? No way.

Yes, yes way, o to właśnie chodzi, to jest absurdalna sytuacja, w której znajduje się kolonia.

Ale którędy?

W lewo. Baaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaardzo daleko w lewo ;]

 

No nieźle.

O proszę bardzo mój komentarz znalazł się w strefie poza fizyką portalu, idealnie xD [Czy tylko mi się to tak wyświetla? :D]

No nieźle.

Nie, mnie też wyświetla się bardzo daleko. Ale w prawo. ;-)

Nie przekonałeś mnie.

Babska logika rządzi!

Pisząc komentarz nie wiedziałem, że pójdzie w prawo, tak jak własnie ludzkość nie wiedziała, gdzie się Arka znajdzie ;]

Nie przekonałem, no cóż, powiedziałem jak to widzę, taki był zamysł. Nie będę do tego tekstu dorabiał na szybko jakichś nowych praw fizyki, za dużo roboty :D

No nieźle.

Tyle, że nic w tekście takich rozwiązań nie sugeruje.

No, jak to nie? Dokładnie tak było:

Mężczyzna przetarł pot z czoła.

– Rada stwierdziła, że… Stwierdziliśmy, że najlepiej będzie sakralizować…

Nagranie urwało się.

Pominąłeś z przytoczonej wypowiedzi ostatnie zdanie, wyjaśniające moje wątpliwości, jak przypuszczam, dosyć dokładnie:

Powiedziałbym nawet, że jest przeciwnie – że to efekt swoistego spisku najwyższych władz Arki.

Ja ten fragment o Radzie zinterpretowałem w ten sposób, że to tajna, wewnętrzna decyzja tych mądrali, bez wiedzy, udziału i zgody szerszej i szerzej pojmowanej publiki; wiesz, coś jak obrady Loży.^^

 

a zakończenie jakie jest, każdy widzi. Oznacza to, że przyspieszenie musiało się zmienić [zmaleć], a skoro tak, to mogło też stać się ujemne i a miasto zwolniłoby swój lot, co prawdopodobnie się stało.

No i widzisz, z mojej perspektywy nic nie musiało maleć, bo w najmniejszym nawet stopniu nie sugerujesz takiego właśnie wyjaśnienia, jakim cudem Arka wciąż na powierzchni. Zasugerowałem się natomiast wypowiedzią pani Dr Z. Taśmy, o tym, że już ósma czy dziewiąta arka może wylecieć w jakąś mega abstrakcję. Pomyślałem więc sobie: No, to dyszka musiała wylądować poza wszelkim marginesem wszechświata pracującego na znanych nam prawach fizyki i widocznie w nowym środowisku obliczenia komputera są błędne. Coś w ten deseń w każdym razie.

No, ale dobra, ja Ci przyznaję plusik za sprawne wyłganie się od odpowiedzialności i więcej już nie mędrkuję.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Oznacza to, że przyspieszenie musiało się zmienić [zmaleć], a skoro tak, to mogło też stać się ujemne i a miasto zwolniłoby swój lot, co prawdopodobnie się stało.

powyższe z poniższym

No, to dyszka musiała wylądować poza wszelkim marginesem wszechświata pracującego na znanych nam prawach fizyki i widocznie w nowym środowisku obliczenia komputera są błędne.

się nie wyklucza. :]

No nieźle.

Ekehm, próżnia to nie taka próżnia. Coraz częściej, w kontekście opisu próżni, pojawia się stwierdzenie “quantum foam”. W ogromnym (i brzydkim) uproszczeniu – tam ciągle coś jest, pojawiają się nowe cząstki – i natychmiast znikają, żyjąc miliardowe części sekundy.

No ale fizyka klasyczna nie do końca lubią się z kwantową.

 

Jako, że tłem Twojej opowieści jest pęd i grawitacja, a bóstwem jest Newton, to aż korci mnie by się trochę o to przyczepić (poszerzając uwagi Cienia o moje):

 

Bąbel to układ izolowany. Czyli taki, na który nie działają siły zewnętrzne albo się one w jakiś sposób równoważą. To mi się z zasadą zachowania pędu kojarzy – suma wektorów pędów wszystkich elementów bąbla (układu izolowanego) jest stała, zaś ich delta jest równa zeru.

Czyli jeśli bąbel pędzi w dół (lub odwrotnie – pcha go jakaś siła lub coś co ją wytwarza, przykładowo silnik), to wielkie siły o przeciwnym zwrocie (rosnące wraz ze stałym wzrostem pędu w dół) muszą naciskać na tenże bąbel. W tym wypadku mieszkańcy musieliby zacząć “lewitować”, a to umie tylko mistrz i jego wózek.

Żeby to zniwelować, podejrzewam, że jeszcze więcej energii wymagane jest, by to pole siłowe utrzymać, a to mnie kieruje na dwie zasady termodynamiki. Pierwsza (ta od perpetuum mobile) mówi, że energia nie może ani powstawać, ani zanikać, może jedynie przeistaczać się z jednej postaci w drugą, czyli nie ma takiej maszyny, która wykonywałaby pracę w nieskończonej ilości bez pobierania energii z zewnątrz. Rozumiem, że spadający świat może wykorzystywać ciśnienie czy nagrzewające się dno bąbla za pewne dynamo (bo jak rozumiem, to spadają wewnątrz jakiegoś świata, nie w pustce?).

Jeśli już udałoby Ci się to wykorzystać, to nadal mierzymy się z niewyobrażalnymi ilościami ciepła przy tej okazji wytwarzanymi. No i tutaj naprzeciw nam staje druga zasada i patrzy ze skrzyżowanymi na piersi rękami, krzycząc do nas, że "Nie istnieje proces termodynamiczny, którego jedynym wynikiem byłoby pobranie ciepła ze zbiornika i całkowita zamiana tego ciepła na prace mechaniczną.", zatem nie jest możliwe zbudowanie idealnej maszyny chłodzącej.

Psujący się generator tylko mi to opowiadanie zepsuł. Praca, którą wykonywał musiała zostać przerzucona na pozostałe cztery. No i te fizyczne szwy Twojego świata prują mi się jeszcze mocniej. :(

A słowa Finkli " Ale załóżmy, że to rozwiązuje magiczna metoda konstrukcji ark." mnie nie przekonają. To deus ex machina, niestety.

Ale wyjścia z mojego czepialstwa są dwa – albo spadają w próżni (wobec Twoich wyjaśnień i poniższego cytatu w to wątpię) albo ten Izaak to jednak fałszywe bóstwo i są w innym wymiarze/wszechświecie. ;)

Maszyna zmaterializuje miasta w miejscach, w których atmosfera będzie identyczna do ziemskiej. Losowych miejscach. Znaczy… Wiem, że to nasza jedyna opcja, ale otwieramy tunele czasoprzestrzenne, które mogą prowadzić gdziekolwiek. Te środowiska mogą się znajdować tysiące lat świetlnych od granicy obserwowalnego wszechświata, każda arka będzie pojawiać się dalej niż poprzednia.

Druga łyżka dziegciu – jakim sposobem maszyna “wylosowała” zdatne do przeżycia dla ludzi ekosystemy poza granicami widzianych nam gwiazd?

W jaki sposób odsiać konkretne dane (interesujące nas ekosystemy) z nieznanego i nieopisanego zbioru (pierdyliard ciał niebieskich)?

 

Do tej pory, mówiąc o fizyce, oszukać się mnie udało tylko Zajdlowi w Paradyzji (tylko dlatego, że skupił moją uwagę na czym innym!). Spadałem razem z Twoim opowiadaniem, bo nadal jest bardzo fajnym i nie żałuję, że wybrałem je do porannej kawy – ale ja w końcu odbiłem się od (fizycznego) dna. Zabolało. :<

 

Zatem – minus jeden punkt za nieudaną próbę przestawienia mi klocków z fizyką w głowie (spróbuj kolejny raz!). Plusy to – mieszanie mitologii z nauką, kolejny – za przygodę (mam wewnętrzną słabość do "technicznej" archeologii, tj. odkrywania tajemnic przodków bądź ich technologii!), trzeci za “strawność” tekstu, pomimo naukowego tła.

Stn, a pod jakim względem Cię Zajdel oszukał? Gdzieś się rąbnął, a Ty tego od razu nie zauważyłeś, czy tak namotał, że zapomniałeś o fizyce, ale wszystko było w porządku?

Babska logika rządzi!

Zwrócił moją uwagę na problemy społeczne i jak w tym społeczeństwie miotał się bohater.

Mowa o pestkach, które jeden szaleniec wypluwał w czasie deportacji do karnej kopalni.

 

Kiedy się kapnąłem o co chodzi, moja mina podobna była do:

Choć w duchu śmiałem się z samego siebie. Bardzo fajny twist. :D

Aaaa, pestki były genialne. :-)

Babska logika rządzi!

Chodzenie tyłem też (tak, jestem bojówką Zajdla)!

W ogóle u Zajdla piękne było to, że potrafił wymyślić piękny, złożony utopijny świat. A potem pokazywał, że pod cieniutką warstwą utopii szczerzy kły dystopia. A potem pokazywał, jak można z nią walczyć. Tak na dzień dobry – trzy przemyślane warstwy, jeszcze zanim zacznie się fabuła…

Babska logika rządzi!

I tutaj Skoneczny miałby nawet materiał na takie zagranie. O ile zechciałby potem przekonać czytelników, że piękny morał na końcu jest tylko kłamstwem. ;)

 

Z grawitacyjnych zabaw to jeszcze Cylinder van Troffa. Mniam.

Tak czy inaczej, był sobie Zajdel i wziął i sobie umarł… Był Wiśniewski, na którym ten pierwszy zbudował Limes Inferior, napisał Robota (i kilka innych) i wziął i się powiesił. :<

Gratuluję laurów i cieszę się, że w antologii X znalazłem się w takim zacnym gronie smiley

Podczas lektury miałem początkowo delikatne skojarzenia z Non Stop nieodżałowanego Aldiss’a.

Kilka razy mi zgrzytnęło nadużywanie słowa “syntetyczny”, ale całość bardzo fajna.

ps. Chyba nie jestem zbyt uważnym czytelnikiem, albo niebyt lotnym, ale gdzie tu nawiązanie do dziesiątki?

EDIT: przyśpieszenie ziemskie ;-)

 

Właśnie, właśnie – Gratulacje. Spóźnione, ale szczere.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ciekawe opowiadanie, podobało mi się :)

Mnie niestety nie podeszło. Stylistycznie/technicznie moim zdaniem mogłoby być lepiej, tekst szarpie wciąż tu i ówdzie, brak mu tego poziomu płynności, jaki lubię.

Natomiast pomysł… W zasadzie mi się podobał. Moim zdaniem niepotrzebnie uległeś potrzebie tłumaczenia “dlaczego spadają”, czy też raczej przybliżenia okoliczności tegoż spadania, skoro nie miałeś na to dobrej odpowiedzi. Mnie wystarczyłby taki ogólnik – spadają i już. Ustawia to od razu opowiadanie w innym, pozornie chyba łatwiejszym gatunku, choć wtedy oczekiwania co do pozostałych elementów zdecydowanie rosną. Kiedyś zapisałem sobie ogólnikowo taki właśnie pomysł, jak u Ciebie (ale tego mam całe zeszyty, więc to nic specjalnego), inspirowany zresztą czyimś tekstem. Może dlatego Twoja realizacja nie wydała mi się “nowa i świeża”. Ale jest w porządku.

Tylko odjąć ten pomysł i już niewiele zostaje.

Silnie subiektywne 4.5.

“– …i Jej zawdzięczamy stale wzrastający pęd, dzięki któremu nasze żywoty mają sens spadania. Masa – Mistrz Leil zakończył modlitwę.” – Albo z kropką po “Masa”, albo odwrócony szyk: zakończył modlitwę Mistrz Leil.

 

“Zgromadzeni  stali dookoła” – zbędna spacja.

 

“tworząc krater , który pochłonął” – zbędna spacja przed przecinkiem.

 

“Powoli zsuwał się wgłąb wyrwy” – w głąb rozdzielnie.

 

Nie jestem lekarzem, ale czy wspinaczka ze złamaną kością w nodze jest w ogóle fizycznie możliwa (abstrahując od bólu, bo ten został wyeliminowany?).

 

“Minhpomyślał o Mistrzu Leilu.” – brak spacji.

 

“– Daj mi chwilę[+.]sSyntetyczny głos…”

 

“– Ale dlaczego spadamy? – aAdept wypluł z siebie pytanie, które zbyt długo zatruwało jego myśli.”

 

“– Eee, nie mamy zbyt wiele czasu[+.]kKobieta mówiła wolno, ale nerwowo, jakby miała problem ze znajdywaniem odpowiednich słów.”

 

“przesłanek , które mogłyby” – zbędna spacja.

 

“– Równie dobrze możemy mieć kilka sekund, Minh[+.]gGłos Mistrza Leila wypełnił ciszę, która zapadła po ostatnim pytaniu.”

 

“– Tak[+.]mMłodzieniec dumnie kiwnął głową.”

Nawiasem mówiąc, nie wydaje mi się, żeby słowo “młodzieniec” mogło być użyte na określenie dziecka.

 

 

Podoba mi się połączenie dalekowschodniego religijnego klimatu z Grawitacją i Izaakiem, poszukiwanie odpowiedzi na pytania bardzo do tego pasuje. Ale jakoś cała reszta, znaczy właściwie sens opowiadania, do mnie nie trafiła. Przeczytałam z zainteresowaniem, jednak bez większych emocji. Niemniej, gratuluję serdecznie wygranej i publikacji ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mnie też się skojarzyło z Kosikiem – a dokładnie, z Verticalem. Tam z kolei miasta wspinały się w górę ;) i też było trochę zabawy z fizyką ;)

Zachwycił mnie ten spadający mały, hermetyczny świat. W pewnym momencie ogarnęły mnie wątpliwości (jak bohatera :) ) dotyczące grawitacji i niekończącego się spadania, ale ten fragment uznaję za wystarczające wyjaśnienie: 

otwieramy tunele czasoprzestrzenne, które mogą prowadzić gdziekolwiek. Te środowiska mogą się znajdować tysiące lat świetlnych od granicy obserwowalnego wszechświata, każda arka będzie pojawiać się dalej niż poprzednia. Ósma, dziewiąta? One mogą znaleźć się gdzieś na granicy absurdu, na granicy pojmowania.

Podziwiam, jak potrafiłeś pokazać historię arki w zaledwie kilku słowach. Wystarczyły Ci dwa szczątkowe nagrania, które tłumaczą tak dużo. 

Gratuluję wygranej i wcale się jej nie dziwię. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

@stn,

Druga łyżka dziegciu – jakim sposobem maszyna “wylosowała” zdatne do przeżycia dla ludzi ekosystemy poza granicami widzianych nam gwiazd?

W jaki sposób odsiać konkretne dane (interesujące nas ekosystemy) z nieznanego i nieopisanego zbioru (pierdyliard ciał niebieskich)?

To są bardzo dobre pytania, ale tworzenie odpowiedzi na nie nie było mi potrzebne do przekazania tego, co chciałem tym tekstem przekazać. To nie jest hard sci-fi, spadanie miało dodawać tekstowi odrealniania, które podkreślałoby jego przekaz.

Ostatecznie nie jestem pewien jak bardzo przeszkadzał CI aspekt technologiczny, ale mam nadzieje, że wymienione na końcu Twojego komentarza plusy chociaż równoważą ten minus :]

 

@zrywosław, nawiązanie do dziesiątki nie jest oczywiste, ale nie jest też aż tak nieoczywiste jak przyspieszenie ziemskie – Arc-Io → Arc 10 – numer Arki wysłanej cholera wie gdzie ;]

 

@varg, 

Moim zdaniem niepotrzebnie uległeś potrzebie tłumaczenia “dlaczego spadają”

Komentarze nie są częścią tekstu, ale masz racje – powinienem raczej siedzieć cicho, przynajmniej miałbym pewność, że nie zepsuję sobie opinii :] Co do samego opowiadania: rozumiem Twoją opinię, nie dziwi mnie jakoś mocno, niemniej niezmiennie polecam się na przyszłość ;]

 

@Bellatrix, pamiętam, że pod koniec bety bodajże Kwisatz Haderach wspomniał mi już o tym Kosiku i trochę mnie to zdenerwowało, bo bałem się nieświadomego plagiatu. Ale jeżeli miasta wspinały się zamiast spadać, to trochę mi lepiej :D

 

@śniąca, dobrze dla odmiany przeczytać, że ten fragment na kogoś zadziałał tak jak planowałem :D

No nieźle.

Coś nie pyknęło.

 

Najbliżej mi do opinii Thargone’a. Fajna sceneria, nawet fajny pomysł, ale nie wciągnąłem się w losy bohaterów, a warstwa filozoficzna albo nie jest przesadnie głęboka, albo zupełnie mi umknęła. Może to kwestia objętości? Jeśli zwątpienie miało być jednym z głównych elementów tekstu, zabrakło mi wyraźniejszych przykładów jak rozwija się w bohaterze albo jest konfrontowane z wiarą innych postaci. Niewiele więcej mogę napisać – warsztatowo bez większych zastrzeżeń, przyzwoita lektura, ale bez zachwytu.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Sorry, Winnetou, jestem na NIE.

Bardzo mi się spodobał pomysł ze spadaniem, z wynikającym z niego ubóstwieniem sir Izaaca. Pod tym względem prima sort. Ale zadry w warstwie naukowej przeszkadzały mi w zawieszeniu niewiary i popsuły odbiór.

Mam wrażenie, że stworzyłeś piękny świat, a potem, zamiast wykorzystać jego niezwykły potencjał, skleciłeś z desek zwykłą szopę i do niej zaprosiłeś odbiorców.

Babska logika rządzi!

Pomysł pięknie abstrakcyjny, choć jakoś od razu mi się skojarzyło, że to będzie kolonia wysłana w kosmos. Ogólnie całkiem przyjemnie się czytało, ale brakło mi jakiegoś głębszego researchu, uporządkowania świata tak, by można uwierzyć w jego spadanie. Bo teraz mamy rozwiązanie pod tytułem “pole siłowe” i tyle. A warstwa filozoficzna coś do mnie nie trafiła.

Tylko nie "Tęcza"!

Bardzo fajny pomysł, natomiast szkoda, że nie rozwinąłeś go trochę bardziej. Chętnie przeczytałabym go w dłuższej wersji. Mimo wszystko ciekawa lektura, nie żałuję :)

Co do rozwinięcia pomysłu, prawdopodobnie limit znaków wymusił na mnie krótszą formę, chociaż szczerze mówiąc nie pamiętam. W ogóle najlepiej by było, gdyby na te komentarze odpowiadał autor tekstu – czyli ja sprzed dwóch lat – niestety zniknął gdzieś bezpowrotnie. Domyślam się jednak, że przez następne dwa lata od wtedy zrobi on duży progres, chociaż wzięcie pod uwagę wszystkich nowych komentarzy może wywołać jakiś paradoks czasoprzestrzenny [a może już wywołało? cholera…].

Dzięki wszystkim za lekturę. Tym którym się podobało – fajnie że się wam podobało, tym którym nie – w sumie rozumiem.

No nieźle.

Świetne opowiadanie, ale :) W pustej przestrzeni niema spadania. Jeśli całe miasto leci w dół to wszyscy jej mieszkańcy powinni być przyklejeni do sufitu. Jeśli leci w nieskończonej atmosferze to powinna ona stawiać opór i uniemożliwiać przyspieszanie.  Grawitacja to oddziaływanie słabe i niema takiego zasięgu by coś spadało 5 pokoleń. Może Arc-Io kręci się wokół zielonego słońca, niestety nie jest możliwe dla ludzkiego oka zobaczenie zielonego w świetle gwiazdy ponieważ fala odpowiedzialna za ten kolor zawsze zmiesza się z pozostałymi i stworzy biały.  Czepiam się, bardzo fajnie mi było Arc-Io. Dzięki :)  

Lęk przed przegraną gwarantuje porażkę.

Sama koncepcja i zakończenie ciekawe. Wykonanie, pod względem formalnym, językowym, też porządne (choć nie idealne – ale czy takie w ogóle istnieją?). Za to prowadzenie fabuły, główny bohater, jego decyzje, tło, logika wewnętrzna itp. – bardzo pobieżne, zdystansowane emocjonalnie. Trochę bardziej to przypowieść niż opowieść. A szkoda. Przeczytałbym pełnokrwiste opowiadanie w tym świecie, wielowymiarowe, dramatyczne, mniej jednoznaczne. Nie tak morelitetowo-filozoficzne. Po “Demonie i jego chłopcu” wiem, że potrafiłbyś ten pomysł przekuć w świetny tekst.

Czołem!

Chyba wolałbyś już nie dostawać komentarzy pod tym tekstem, ale przeczytałam, to zostawię ślad :p

 

Mimo że nie przepadam za dalekowschodnimi klimatami, opowiadanie bardzo mi się podobało. Jest tak fajnie, po Twojemu oderwane od rzeczywistości, a jednocześnie bardzo ludzkie z tym motywem poszukiwania prawdy. Motyw wykorzystywany w sumie miliony razy, dosyć baśniowy, potem konkretne przesłanie w końcówce – to wszystko jest proste, ale w połączeniu z wyjątkowo ciekawym pomysłem na tło wydarzeń daje naprawdę dobry efekt i niczego więcej w tym opowiadaniu nie potrzebuję. Właściwie cały czas czytałam z zaciekawieniem, wyjaśnienia na nagraniach o dziwo kupuję (o dziwo, bo zwykle wyjaśnienia psują opowiadania, poza tym nagrania zrobiły się już sztampowe :p), aspektów fizycznych się nie czepiam, bo nie mam o nich pojęcia, "masa" i jabłko uśmiechnęły, końcówka dosyć zaskoczyła. I była tak po prostu ładna. Ogólnie jestem naprawdę zadowolona z lektury i cieszę się, że wygrałeś.

 

PS Jakiś czas temu przeczytałam Bimber z liczi. Jakoś mniej do mnie trafił i ostatecznie zapomniałam napisać komentarz. Ale ja tak chyba mam z Twoimi tekstami, że albo nie trafią, albo trafią mocno. Bo ten był super, a Demona (przepraszam, obiecałam sobie, że nie będę o nim wspominać, ale muszę) czytałam już co najmniej trzy razy i za każdym razem uwielbiam go jeszcze bardziej.

Nowa Fantastyka