- Opowiadanie: TheLastAxeman - Cisza

Cisza

Początek historii osadzonej w moim uniwersum Błękitnego Tronu – space fantasy, gdzie religia lubi iść pod rękę z technologią, a zabobon powędrował z ludzkością w odległe rejony galaktyki. Świat, gdzie wyjęci rodem z teorii spiskowych kosmici pokazali ludziom podróże podprzestrzenne, a potem pozostawili ich na pastwę kosmosu. Feudalizm in spess. 

Oceny

Cisza

Na orbicie Aresii Secundus spokój należał do rzadkości – zwykle przemierzały ją setki transportowców, przewożących cenne rudy metali i półprodukty na większe jednostki, zabierające towar w miejsca, gdzie można go było przetworzyć bez ryzyka sabotażu i wykradnięcia zaawansowanych technologii przez rdzennych Arezjan. Tym razem ruch wstrzymano, a spokój w stratosferze planety był niemal uroczysty – zgodnie z zamierzeniami księcia Armanda Aso, który przybył na Aresię świętować kolejny sukces, stawiając następny krok do zostania najpotężniejszym człowiekiem w Sektorze Varanis.

Orbitę planety-kopalni zdominowało kilka pokaźnych statków, w tym jeden wielkością dorównujący stacjonarnym zamkom orbitalnym – była to osławiona Jerozolima, największy obiekt latający stworzony przez ludzkość, będący przy okazji najdroższym przedsięwzięciem tego typu. Pękaty kadłub zawisł nad Aresią niby nowy księżyc, otoczony smukłymi sylwetkami trzech liniowców nowej generacji. Nikt jeszcze nie znał możliwości bojowych Jerozolimy, acz wszyscy zakładali że flagowy okręt rodu Aso nie może być bezbronny i z całą pewnością uzbrojono go w najwydajniejsze egzemplarze dział laserowych i najbardziej niszczycielskie wyrzutnie rakiet. Należało się też spodziewać mniej konwencjonalnej broni, ale tutaj wachlarz spekulacji okazywał się przytłaczająco szeroki – ci o najbardziej wybujałej wyobraźni oczekiwali po arsenale Jerozolimy lanc psionicznych, inni spodziewali się baterii typu Merkavah. Jednak każdy spoza konstruktorów i załogi zdany był jedynie na domysły – niewiedza przypadła w udziale także gościom najwystawniejszego przyjęcia w historii tego układu, mającego właśnie miejsce na pokładzie tego ogromnego statku.

Armand miał co świętować. Ród Aso od setek lat konsekwetnie, acz powoli pomnażał swą fortunę kosztem innych możnych familii na planecie Dagonis, stopniowo wspinając się na szczyt drabiny wpływów między innymi feudałami. Najbardziej istotnym źródłem bogactwa były udziały w arezjańskich kopalniach i podobnych zakładach, a obecnie ród Aso i jego najbliżsi sojusznicy mieli w rękach ponad sześćdziesiąt procent wszystkich udziałów. Reszta rodów była zbyt skłócona i rozdrobiona, by samotnie móc równać się z Armandem – on zaś był człowiekiem przewidującym i wolał, by cała Dagonis uzależniła się od niego finansowo, zaciągała długi różnego rodzaju i jeszcze była chętna tego rodzaju świadczenia spłacać. Kierował się starszą niż podróże gwiezdne zasadą "dziel i rządź", czujnym okiem wyszukując antagonizmy między możnymi Dagonis. Podsycał je, ostrożnie wspierając jedną ze stron, lub też – zależnie od aktualnych potrzeb – utrzymując status quo, tak więc niejedna rodzina zawdzięczała mu swą obecną pozycję, część zaś dziękowała księciu Armandowi za ocalenie przed totalną anihilacją. Rzecz jasna zawsze znajdowali się dyletanci, którzy niepomni korzyści gotowi byli podważać władzę Asów – ta niezbyt liczna grupa rebeliantów po krótkim oporze na powierzchni Dagonis i poniesieniu ogromnych strat wycofała się na jeden z odległych księżyców Aresii, Manuxa.

Manux był jedną z dwóch kolonii karnych sektora, gdzie więźniowie nie tylko cierpieli męki poniżenia i wyobcowania w nieprzyjaznym środowisku, ale też brali udział w pracach wydobywczych tak ciężkich, że więzienia na innych planetach Varanis czasem nie nadążały z dostarczaniem na Manuxa siły roboczej. Książę Jia Zhong powiedział kiedyś, że Varanis to najpewniej jedyne miejsce we wszechświecie, gdzie ktoś narzeka na zbyt małą przestępczość. Tak więc Manux był na poły opuszczony, przynosząc ostatnimi laty spore straty, acz Armand Aso dobrze wiedział, jak to odmienić – miał plan pozwalający na zyskowną eksploatację takich ciał niebieskich jak Manux, lekko tylko kontrowersyjny. Tak czy siak jego pierwsza faza miała zostać sfinalizowana lada dzień, być może o wynikach usłyszy jeszcze w trakcie trwania hucznego przyjęcia, na które sprosił arystokrację Dagonis, by jej przedstawiciele mogli zobaczyć, jak wykupuje Vytch Industries, tym samym zyskując monopol na wydobycie strixum.

Poprawiał właśnie frak, stojąc przed najzwyklejszym lustrem – co prawda było ono pięknie i kunsztownie oprawione w złoto i szmaragdy z Crida Primaris, acz konstrukcja nie zawierała żadnej elektroniki w rodzaju holokamer, komunikatorów i odbiorników. Takie rzeczy za łatwo było zhakować niezależnie od poziomu zabezpieczeń i książę Armand nie życzył sobie podobnych systemów w swojej garderobie. Nie lubił się też nosić zbyt ciężko i fantazyjnie, odpuszczając sobie długie peleryny, żupany czy inne stroje sprzed tysiącleci.

– Twój ojciec byłby dumny – Armand usłyszał znajomy głos. Zerknął za siebie, dostrzegając stojącą w drzwiach kobietę w szarej, obcisłej sukni. Miała krótkie, białe włosy i oczy podobnej barwy, co strój. Nigdy nie zafundowała sobie zabiegów upiększających czy odmładzających, toteż nie dla niej było oszałamianie urodą – zamiast tego Vezanna Amalghast szczyciła się bystrym umysłem i głową do interesów, a z jej pomocy korzystało już drugie pokolenie Asów.

– On i dziadek przywracali porządek w tym ogarniętym szaleństwem sektorze – potaknął. Pamiętał ojca jako surowego, zdecydowanego męża poświęconego idei zjednoczenia Varanis pod sztandarem swego rodu – Dzięki nim podróże stały się bezpieczne, konflitky załatwia się u prawników i sędziów, nie na polu bitwy… a ludzie wcale nie są bardziej zadowoleni, Vez – spojrzał na pięćdziesięciolatkę, która szczupłą sylwetkę zawdzięczała regularnym ćwiczeniom.

– Wciąż mają w pamięci Wojnę Przybyszy – przypomniała – A tym ze światów takich jak Aresia nie żyje się najlepiej i pewnie nigdy nie będzie. Dla większości ta unifikacja jest jedynie pozorna i właśnie dlatego na nią przystają.

– Poniekąd mają rację – Armand odgarnął z czoła czarne loki – A jednak, gdybym odciął im dopływ gotówki i protekcję, zostaną na lodzie. Pozory sprawiają pozory, podoba mi się ta gra.

– Siłą twojej polityki jest to, że wcale tych wszystkich lordów nie okłamujesz – uniosła nieznaczne kąciki wąskich ust – Czas podpisać traktat, który sformalizuje twoją hegemonię. Jesteś gotowy, Armand.

– To Varanis musi być gotowe – prychnął.

– Przygotowywało się od dekad. Korzystnie się ożeniłeś, twoje dzieci są bezpieczne na Dagonis…

– Mała Ju wykazuje talenty psioniczne – skrzywił się – Ale uspokaja mnie, że ci wszyscy mnisi i astrologowie teścia zajmują się nią. Nikogo lepszego nie mamy.

– Nie zaprzątaj sobie głowy czarami, kiedy chodzi o pieniądze. Chodź już, Armand.

 

***

 

Jerozolima imponowała wielkością. Jej kształt zawisły nad Aresią budził w sercach mieszkańców lęk, podziw lub wrogość, zależnie od tego kto akurat spoglądał w górę. Niemniej praktycznie wszystkie sztolnie wciąż pracowały, gdyż pracownicy podziemi nie mieli czasu przejmować się tym, co widnieje na nieboskłonie – nie przyszło im do głowy podnosić wzroku znad taśm produkcyjnych czy wydobywanej niekiedy prymitywnymi sposobami rudy. Planetę wypełniał zwyczajowy zgiełk, wszędzie unosił się brudnoczerwony pył, a stukot maszynerii ogłuszał. Tylko w Dzielnicy Sokolej, gdzie mieszkała kadra z Dagonis wraz z rodzinami, było czyściej i spokojniej, panował uroczysty nastrój. Oczekiwano przybycia księcia Aso, zorganizowano nawet paradę złożoną z grivańskich żołnierzy – krępi, mierzący najwyżej metr czterdzieści osobnicy w zaawansowanych pancerzach wspomaganych należeli do najtwardszych mutantów całego sektora. Grivowie przez wszystkie lata stali się praktycznie oddzielną od ludzi rasą, znaną z biegłości w obróbce metali i dzielności na polu bitwy, toteż najbardziej wpływowi ludzie Varanis cenili ich oddziały równie mocno, co feralskich szermierzy. Wiele grivańskich rodów znalazło stałą posadę na Dagonis jako inżynierowie doglądający tamtejszej maszynerii, acz sporej częsci populacji nie poszczęściło się aż tak i żyli w slumsach, które tak jak kopalnie pokrywały całą Aresię. Ci biedniejsi Grivowie byli odpowiedzialni za tworzenie dzikiej technologii, zakazanej na Aresii i stanowili poważny problem dla władz z Dagonis, chcących by ludność świata-sztolni nie miała własnej, niezależnej od nich kasty technicznych czy wynalazców.

Josh kończył patrol, powoli kierując się na posterunek. Specjalnie wybłagał na dzisiejszy dzień najwcześniejszą wachtę, aby móc przyjść na paradę umyty i w galowym mundurze. Zostało mu wystarczająo dużo czasu, toteż na razie nie spieszył się. Co prawda obecnie pelerynę, botforty i maskę brudne miał od arezjańskiego pyłu, ale kontynuował rozmowę ze swym zgoła nietypowym towarzyszem.

– Dzięki twojej pomocy Sokoły przyskrzyniły tamtego handlarza – strażnik odezwał się do ogromnego, niezwykle umięśnionego osobnika, na którego łysej jako kolano głowie widniały dwa bycze rogi. Ziemistoskóry mutant nie nosił antypyłowej maski, wystawiał nagi tors na gorąc i podmuchy gryzącego, suchego wiatru jakby praktycznie ich nie odczuwał.

– Drobiazg. Półświatek zawsze wydaje prawu tych, którzy mu najbardziej szkodzą – roześmiał się. Głos miał głęboki i zadziwiająco uprzejmy, wypowiadał się wyraźnie a jego małe w proównaniu do reszty niepięknej twarzy oczy zdradzały żywą inteligencję i przenikliwość, niezwykłą u kogoś takiej postury – Dostaniesz w końcu ten awans, Joshua?

– Na to liczę – przyznał członek Sokołów – Chcę wrócić na Dagonis, do majątku barona Oxmourne'a i do swojej młodej, pięknej żony. Aresia jest okropna.

– Liczysz, że baron weźmie cię do swojej pałacowej świty? – zapytał byk.

– Tak, Tannusie. Na to właśnie liczę – niegdyś srebrna maska modulowała głos młodego strażnika. Josh poprawił przewieszony przez ramię karabin kinetyczny, będący standardowym wyposażeniem Sokołów patrolujących ulice Aresii. Prócz tego każdy funkcjonariusz miał też nóż i szablę ze strixum, zwanego wiedźmin żelazem. Ich zbroje były proste, pozbawione zaawansowanych funkcji podtrzymywania życia, acz na tyle wytrzymałe że popularną wśród arezjańskich bandytów bronią niełatwo było je przebić. Ktoś, kto dba o względny porządek wśród sfrustrowanych górników nie potrzebuje pancerzy umożliwiających przeżycie w próżni czy na bieżąco aplikujących środki przeciwbólowe.

– Zasłużyłeś się. Ponoć komendant obiecał wspomnieć o tobie samemu księciu Aso – Tannus nie przestawał się łagodnie uśmiechać.

– Zasłużyłem się tylko dlatego, że mam dobrego informatora… którego nadal nie rozgryzłem. Komendant dawno już wydał nieoficjalny rozkaz, który uczynił cię nietykalnym ze strony Sokołów, ale wciąż cię nie rozgryzł. Podobnie jak ja.

– I jak wszyscy inni – mutant wybuchnął rubasznym śmiechem – Słuchaj, właśnie na tym mi zależy. Utrzymuję was i przestępców Aresii w kruchej równowadze, tak że sobie nawzajem zbytnio nie zawadzacie. W innym wypadku byłoby na tej planecie jeszcze gorzej.

– Ale co z tego masz, Tanno? – zapytał Josh.

– Tak, jak wcześniej powiedziałeś… nietykalność.

Zbliżali się już do budynku, pełniącego jednocześnie funkcję koszar i komendy. Była to spora budowla, strzęgąca przy okazji głównego wejścia do Dzielnicy Sokołów. Stąd egzekwowano wolę bogaczy z Dagonis, Armanda Aso w szczególności. Nieprzyjazne wiatry i okazjonalne kwaśne deszcze dawno już zniszczyłyby fasadę, gdyby nie pole ochronne rozciągnięte nad placówką. Taka sama osłona odgradzała też całą Dzielnicę Sokolą od panujących na Aresii warunków pogodowych. Chociaż frontony, ściany i dachy domów zwykłych mieszkańców tej planety zbudowano z najbardziej odpornych na żrące opady materiałów, ale i tak po latach wyglądały na wpół rozpuszczone. Był to widok niecodzienny, a formy które przebierał przez to budulec iście zaskakujące – co bardziej kreatywni lokatorzy traktowali owe wyżłobienia jak naturalnie wytworzony zamiennik płaskorzeźb.

– Ponoć książę Armand chce uczynić prawo Dagonis bardziej liberalnym dla mutantów – napomknął Joshua, gdy już mieli się żegnać. Wiatr ucichł i na razie rdzawy proch zalegał w pęknięciach chodnika, w rynsztokach i wszelkich innych wgłębieniach.

– Nie bywam na Dagonis – Tannus odpowiedział parsknięciem.

– Bo jeszcze nie zliberalizował tego prawa – Sokół ruszył w kierunku komendy, zostawiając towarzysza samego z duchotą Aresii i jej brudnoczerwonymi barwami.

Byk zaśmiał się swoim grubym, tubalnym głosem i spacerkiem odszedł. Jego ciężkie, robocze buciory wzbijały tumany arezjańskiego kurzu, a jeszcze gorzej było w miejscach, w których przechodziło więcej osób. Płuca mieszkańców tej planety były najbardziej zniszczone w całym sektorze, a i pewnie na tle reszty galaktyki plausowały się w czołówce. Jednak organizm Tannusa był silny i ze wszech miar wytrzymały, tak że minotaur nauczył się cenić swoje mutacje – zresztą w tutejszych slumsach nikogo nie obchodziła czystość krwi, jeśli pracownik okazywał się wydajny. Jeśl już zdarzali się puryści, to zazwyczaj ich poglądy okazywały się niezwykle wątłe w starciu z pięściami Tannusa.

Czekało go dziś jeszcze trochę nadstawiania ucha i rozpuszczania własnych plotek – chciał też być jak najbliżej nadchodzących wydarzeń, ale nie na tyle by zgiełk uniemożliwił mu działanie. Wbrew mniemaniu dobrze urodzonych przybyszy z nieba, ludzie Arezji mieli swoje sposoby na podglądanie majętniejszych od siebie czy wręcz szpiegowanie ich. Sam Tanno zdawał sobie sprawę, że tacy ludzie jak Josh i komendat Farcayne pracowali raczej nad utrzymaniem kruchego pokoju między robotniczymi masami a właścicielami, nie będąc tak naprawdę prawdziwym przedłużeniem dagońskiej władzy.

W mroku sztolni, gdzie smród potu i zmęczenia powszechniejszy jest od snu, Arezjańczycy rządzili się wedle własnych zasad, tworząc organizacje i społeczności pełne skrajności i wrogie wobec siebie nawzajem. Jedynie wspólna niechęć wobec "tych z góry" powstrzymywała przywódców gangów przed rozpętaniem na dole piekła. W zachowaniu tej kruchej równowagi aktywniej pomagał Tannus, służąc radą i pomocą co bardziej przewidującym funkcjonariuszom służb porządkowych czy lokalnym watażkom. Zresztą, w pewnych kręgach nie było tajemnicą, że komendant grywa czasem w brydża ze scyborgizowanym przywódcą grupy kryjącej swą aktywność pod płaszczykiem działalności gastronomicznej. Ręka myłaby rękę na Aresii, gdyby tylko było czym się myć – jak to powtarzał Tannus.

Spieczone, niszczejące budowle mieszkalne z kamienia pochylały się nad nim – tak blisko Sokolej życie wyglądało prawie normalnie. W barach rzadko się umierało, w niektórych jedzenie i alkohole nie były nawet radioaktywne, a mieszkańcy nie paradowali w łachmanach. Dzielnica Kanionów była ulubionym miejscem byka na całej planecie, jeśli chodzi o zażywanie odpoczynku – tutejsze rejony należały też do najspokojniejszych po zewnętrznej stronie kinetycznej bariery. Sokoły praktycznie zawsze przyzwalały na szmuglowanie kilku towarów z innych światów Układu, wiedząc że dopływ wyższej jakości dóbr potrafi uspokoić sytuację wśród ludności i nasycić rynki. Aresia umarłaby z głodu, gdyby bezmyślnie przestrzegano tu prawa i nieopierzeni rekruci "z nieba" – jak nazywano przybyszów – prędko musieli sobie przyswoić tę zasadę. Co bardziej zatwardziałych rdzawo-żółty glob prędko łamał i rękami autochtonów pozbawiał życia. Nikt rozsądny nie chciał rewolucji i jakiekolwiek zręby lokalnej władzy za punkt honoru wybrały sobie stwarzanie pozorów i utrzymywanie arezjańskiego społeczeństwa w stanie marazmu. Robotnicy mogli psioczyć, odgrażać się i narzekać, ale starano się nie doprowadzać ich do sytuacji, w której człowiek nie ma innego wyjścia, jak chwycić za broń.

A tej wbrew pozorom na planecie nie brakowało.

 

Byk udał się do jednej z bardziej uczęszczanych spelun w tej części dzielnicy, do "Pordzewiałej Jenny". Właściciel lubił nazywać ów przybytek tawerną, nie do końca chyba wiedząc co oznacza to słowo – niemniej "Jenny" ściągała całkiem niezłą klientelę i jeśli zjawiali się tu gangsterzy, to po to by śmierć zlecać, a nie by zadawać ją na miejscu. Wyglądając tak jak Tannus ciężko się było ukrywać, ale jawność i idąca z nią w parze reputacja były mu najlepszymi osłonami przed czyimkolwiek gniewem. Wiedział wystarczająco wiele – i pomagał tak wielu stronnictwom – że gdyby z jakiegoś powodu zabrakło go, to cały półświatek planety odczułby ów fakt, a spora jego część nie omieszkałaby odnaleźć winnego tej absencji.

Tawerna miała trzy kondygnacje nad poziomem gruntu i dwie pod nim, na każdym zaś świadczono innego rodzaju usługi. Na samym dole próbowano najbardziej wymyślnych narkotyków, zwłaszcza tych których spożycie zaliczano do szczególnie ryzykownych – gwiazdki z Xadamalinu, czyste ignoscum czy przetworzona cridańska trawa potrafiły trwale upośledzić. Mnósto próbujących ich osób utrzymywało potem, że nabrało talentów psionicznych i zdarzały się przypadki, kiedy dwóch wspólnie biorących xadamalińskie pigułki wytwarzało między sobą połączenie telepatyczne, ale najpewniej na tym kończyły się tego rodzaju efekty. Tannus dałby sobie spiłować rogi, że niektórzy przywódcy gangów z radością zleciliby eksperymenty na uzdolnionych psionicznie dzieciach i zalecaliby podawanie im gwiazdek czy ignoscum, ale Aresia od lat cierpiała na niedobór jednostek z takimi umiejętnościami. Gdyby było inaczej, Tanno wiedziałby o tym.

Zaraz pod powierzchnią znajdował się burdel dla wymagających – fani bionicznych wszczepów, niecodziennych mutacji czy czególnie pikantnych aktywności mogli tu sobie poużywać i dać upust własnej kreatywności. Właściciel zainwestował jednak w personel medyczny i aparaturę, tak więc do dziewczynek – i chłopczyków – nie dopuszczano osób zarażonych nieuleczalnymi na Aresii choróbskami.

Jednak minotaura nie interesowały podziemne poziomy "Jenny", udał się od razu na piętro drugie – wjechał tam skrzypiącą, obdrapaną windą, w której wciąż cuchnęło rzygowinami. Wnętrze spelunki zapełniało się prędko, a goście przynosili ze sobą plotki i nowe wieści. W jednej z sal na drugim piętrze, gdzie unosił się zapach jakiegoś podejrzanego kadzidła, panowało wręcz poruszenie. Los chciał, że to do tej sali kierował się Tannus.

Tu zbierali się ci, którzy tworzyli w Dzielnicy Kanionów swoistą kastę zawodowych informatorów i etatowych plotkarzy. Część działała podobnie jak byk, inni byli podżegaczami lub wiernymi agentami konkretnych organizacji, najbardziej nieudolnych podstawiały Sokoły. Teraz zamiast siedzieć rozbici na niewielkie grupki i z uwagą wymieniać ważne wieści, wszyscy stali i przekrzykiwali się, wyraźnie czymś zaaferowani.

Jakiś dziobaty, żylasty facet o szpiczastym podbródku zaczepił zaraz Tannusa i zaciągnął go gdzieś na stronę. Było jednak za późno – całe grono i tak dojrzało potężnego rogacza, a wszyscy tu znali go aż za dobrze.

– Nie próbuj nam wmówić, że nie wiedziałeś wcześniej! – wrzasnęła ku niemu jakaś wściekle wymalowana kobietka.

– Khulmie jak rzadko ma rację – skrzywił się ospowaty, nie zważając na pokrzykiwania i zwracające się ku nim spojrzenia – Ale po twojej minie, byku, wnioskuję że naprawdę nie wiesz.

– O czym nie wiem? – mutant odczuwał szczere zaskoczenie. Odwykł już od takiego odczucia – Cholera, Trodd, chyba się skompromitowałem.

– Jak wszyscy, którzy przyszli tu kwadrans przed tobą i wszyscy, którzy przyjdą po tobie. Tym razem ja wiedziałem pierwszy.

– O czym, Trodd? – ponowił pytanie, miał ochotę potrząsnąć szczurowatym – O czym?!

– O największym burdelu ostatniej dekady. Pamiętasz tę psioniczkę, którą pomogłeś zwerbować Sokołom? Tą, której odkrycie wywołało taki chaos? Rozmowy między grubymi rybami trwały tygodniami, zmieniło się wielu ludzi na stołkach. Komendant ładnie sobie z tym poradził… dzięki tobie – Trodd uniósł wtedy kąciki ust i wąskie, rudawe brwi – Co innego Attryn… Attryn i jego bandziory kompletnie się wycofali z życia Aresii, niektórzy spekulowali że popełnił samobójstwo na myśl o tym, że nie dostanie wiedźmy na swój użytek. Pierwsza od dawna prawdziwa, jawna psioniczka na planecie!

– Mogła zafundować nam rewolucję, albo scementować na dobre układy między watazkami a Sokołami… zrobiła to drugie. Długo opijałem ten sukces perspektywicznego myślenia – przyznał byk.

– Wszyscy opijaliśmy to małe zwycięsto wielkiej dyplomacji – głos ospowatego wyrażał zarówno ekscytację, jak i nieliche zdenerwowanie. Oczka miał rozbiegane jak jeszcze nigdy – Czy może na odwrót… – mruknął – Ale słuchaj mnie, Tanno.

– Przecież cię, kurwa, cały czas słucham.

– Chłopaki Attryna nie wyparowały, nie są też sami. Z liczną grupą wyjątkowo zdegenerowanych Grivów urządził napad na jedną z komend, gdzie aktualnie trzymali dziewczynę – wyznał wreszcie Trodd, próbując patrzeć prosto na minotaura – Wyrżnęli wszystkich. Sokołów, cywili… wszystkich. Nic subtelnego – robota dzikiego, byku! Tak się nie załatwia spraw na Aresii!

– Mnie to mówisz?! – Tannus zacisnął pięści. Nie krył niedowierzania – Musiał rozpuścić sobie mózg nadmiarem ignoscum, skoro zdobył się na coś takiego! I to jeszcze w momencie, gdy nad planetą wisi największy statek w historii sektora…

– …należący do najbogatszego człowieka, jakiego widziało Varanis – dodał Trodd – Przejebane. Jeśli komendant o tym doniesie, to kosztem życia nas wszystkich księciunio dobierze się do czarownicy. Nie jest Farcrayne'em i z tego co słyszałem, niezbyt go lubi. W dupie będzie miał nasze ustalenia, po prostu poczęstuje nas atomówkami!

 

 

***

– Komendant o niczym nie doniósł – zdradził Joshua, siedząc wraz z Tannusem w holu głównej komendy. Zdjął maskę, ukazując raczej delikatną, młodzieńczą twarz okoloną opadającymi do ramion brązowymi włosami.

– Gra na zwłokę? – z jakiegoś powod byk wiedział, że to zbyt dobre pytanie. W "Pordzewiałej Jenny' zostawił informacje dla swoich najbliższych konfratrów, wyszczególniając im czym powinni się zająć i jakie działania w najbliższym czasie podjąć. Pomijając szczegóły, zadaniem mózgów i języków Aresii było teraz wyśledzenie i rozgryzienie następnych ruchów Attryna i jego gangu. Co prawda zasoby ludzkie, półludzkie i nieludzkie były w wypadku tej misji ograniczone, bo wierząc w rozsądek niektórych ze współpracowników Tanno nakazał dementowanie plotek. Nie wierzył, że zdoła zatrzymać koło młyńskie gadatliwości i kreatywności, ale wieści o porwanej psioniczce mogły doprowadzić nawet do otwartej wojny na ulicach. Skąd zresztą mógł wiedzieć, że gdzieś w odleglejszych, zapuszczonych rejonach takowa już nie trwa?

– Odpowiedz mi, Josh – powiedział ze spokojem. Zauważył, że niebrzydki, galowy mundur wygląda na Sokole jakoś smętnie i niemrawo – Nie miałeś witać księcia Armanda? Czemu wszyscy siedzicie tu ze spuszczonymi nosami, jakby was mieli ściąć?

– Cóż… – funkcjonariusz strzelił palcami – Kto wie, czy tak nie będzie. Nici z przybycia księcia, tak nam się wydaje.

– Jak to…? – byk obawiał się podobnych wieści, acz nie potrafił znaleźć dlań wytłumaczenia. Zamach? Zmiana planów? Kac? Zatrucie pokarmowe na balu?

– Cisza na orbicie. Jerozolima jest jak martwa, a coś zagłusza nasze przekaźniki. Łącza padły, nic nie słyszymy i nikt nas nie słyszy – wyznał Joshua – Nad planetą wisi statek-widmo, Tanno.

– Prowadź mnie do starego – polecił mutant, wstając gwałtonie – Dalej, Josh. Nie mamy czasu.

 

Komendant Ben Farcrayne już na nich czekał, paląc grube cygaro z przemytu. Dostęp do nich był owocem współpracy i porozumienia z półświatkiem planety, a to wisiało teraz na włosku. Benowi namiastka porządku publicznego na Aresii przypominała teraz wydychany dym – rozwiewała się prędko, niestała i ulotna. Wystarczyło machnąć ręką, by nic z niej nie zostało.

Nie wstał, by powitać Tannusa i Joshuę. Oszczędnym ruchem ręki wskazał im krzesła, większość uwagi poświęcając nałogowi. Jakże uwielbiał cridański tytoń!

– Słyszałem, że jesteśmy w krytycznej sytuacji – zaczął wreszcie minotaur.

– Ta – czarnoskóry komendant skinął, drapiąc się po wygolonej na zero głowie. Wąsy miał jednak bujne i krzaczaste, na tyle charakterystyczne że w lepszych czasach Sokoły chciały uczynić je godłem komendy głównej na Aresii – Powiedz, że coś już zrobiłeś żeby to odkręcić.

– To wy robicie za strózów prawa, komendancie. Ja tu jestem zwykłym gadułą i cwaniakiem.

– Jesteśmy tacy sami jak ty i twoi kumple, byku – warknął Ben – Nawzajem podcieramy swoje tyłki, tylko nosimy różne barwy. No więc, co zdziałałeś w sprawie dziewuchy?

– Rozpuściłem wici. Nie uda się tego utrzymać w tajemnicy, więc trzeba jak najszybciej zareagować. Potrzebujesz grupy uderzeniowej, ale nie kotów. Attryn ma pod sobą zastęp Grivów, porządnie uzbrojonych.

– Aso rozpierdoli planetę, jeśli dowie się że pozwoliłem na coś takiego. I tak skończyłem na tym stołku tylko dlatego, że wcześniej służyłem niewłaściwemu paniątku – komendant wypuścił kolejny kłąb dymu – Nie darzył mnie sympatią i bez czegoś takiego.

– Właśnie… co z Jerozolimą? To już twoja działka – słusznie zauważył mutant. Wszystko, co dotyczyło Dagonis i jej przedstawicieli przekraczało kompetencje Tannusa i jemu podobnych. Od oficjalnych kontaktów "z górą" był właśnie Ben – My pilnujemy, że Aresia nie wdepła w gówno, ale to wy trzymacie parasol.

– Właśnie wpadliśmy twarzą w srakę twojej matki, a parasol się zepsuł – skwitował to Farcrayne. Wyglądał jak wrak człowieka, zachowywał się jakby wąsiska miały mu w parę minut posiwieć ze stresu – Nie potrafimy powiedzieć, czemu Jerozolima zamilkła i czemu łączność z orbitą została odcięta. To nas przerasta – przymknął oczy i milczał przez chwilę, cygaro wypadło mu z palców wprost do popielniczki. Nie zareagował w żaden sposób.

– Panie komendancie…? – Josh przyjrzał się przełożonemu z niepokojem.

– Czego? – odburknął czarnoskóry – Wiem, wiem że na Jerozolimę też by trzeba kogoś wysłać. Najgorsze, że nawet mamy w czym! – ożywił się nagle – Zaraz, kurwa! Nie mam zamiaru wywoływać księcia i jego statku, dopóki sam się nie odezwie… zaryzykujemy lot na orbitę dopiero, kiedy posprzątamy własny kurwidołek.

– Chciałeś powiedzieć "kiedy Tannus posprząta" – mutant poprawił go z przekąsem – Daj mi Josha do pomocy, a ja znajdę dziewczynę – obiecał, wiedząc że czeka go niełatwe przedsięwzięcie.

Jeśli ktoś na Aresii pragnął się ukryć, to umykał do sieci najstarszych sztolni – ten metalowo-skalisty labirynt upiornych form i ruin przypominał scenerię z surrealistycznego technokoszmaru. Arezjańczycy straszyli swoje dzieci historiami o tym miejscu, gdzie wedle tutejszych wierzeń mieszkały żelazne demony, a cienie maszyn czaiły się, by zdusić każdy strzęp biologicznego życia. Jakakolwiek nie byłaby prawda o opuszczonych kopalniach, udawały się tam tylko najgorsze lub najbardziej zdesperowane męty.

Kimś takim stał się w oczach Tannusa watażka Attryn. 

Koniec

Komentarze

Hmm. Nie wciągnęło.

Myślę, że to wina wielkiego infodumpu na początku. Opowiadasz o ludziach, których czytelnik jeszcze nie zna i ma ich w nosie. Coś mówisz o planecie chwilowo bardziej obcej niż Neptun… Myślę, że lepiej zahaczyć odbiorcę czymś ciekawym – zagadką, cliffhangerem, intrygującym pierwszym zdaniem…

Dopiero pod koniec tekstu coś się zaczyna dziać.

Masz kilka literówek i brakuje paru przecinków, ale z wykonaniem nie jest źle.

Babska logika rządzi!

@Finkla, powiem Ci że to zawsze był u mnie problem – kiedy coś piszę, to popadam w encyklopedyzm i zawsze bombarduję potencjalnego odbiorcę szeregiem faktów czy informacji o uniwersum. Akcja na tym cierpi, bo przez tę parę stron niewiele się dzieje – a dobrze jest umieć przekazywać informacje o świecie za sprawą wydarzeń weń osadzonych. 

Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie i skomentowanie. Cały czas walczę z kilkoma wadami swojego pisarstwa i na razie średnio mi wychodzi wyjście z ich cienia. 

Całość może być nawet niezła. Zależy jak to się dalej potoczy. Przedstawiłeś świat może ciekawy. Trochę dziwnie nakreśliłeś sytuację na planecie. Rozumiem, że Tannus pomaga, wie wszystko, zna wszystkich, ale kiedy to on poszedł szukać uprowadzonej, a nie ktoś z Sokołów., to stało się to trochę przesadzone. Informator jedno. Na takiego wyglądał przez cały fragment. Ale na koniec to wyszedł jakiś stróż prawa, który w pojedynkę jest lepszy od całego oddziału. To oczywiście tylko takie moje względnie subiektywne odczucie. 

Kompozycyjnie można się przyczepić do wspomnianego już encyklopedycznego początku. Nie poradziłeś sobie z eleganckim wplecieniem informacji w akcję. Narracyjnie tekst nie powala, czytało się bez bólu, ale też bez jakiegokolwiek zachwytu. Błędów się nie ustrzegłeś, ale to normalne i nie raziły w oczy natłokiem ani poziomem.

Nie zachęciłeś mnie szczególnie do przeczytania dalszych wydarzeń, ale może zrobię to jeśli opublikujesz i akurat to zobaczę. Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Cieszę się, że przeczytałeś i postanowiłeś zostawić po sobie opinię – ten fragment faktycznie może cierpieć na brak wyważenia i jest do przeredagowania – przede wszystkim muszę lepiej i z większym wyważeniem dawkować informacje o świecie przedstawionym. 

Dobrze, że zwróciłeś uwagę na to, że Tannus średnio pasuje na jednoosobową komórkę śledczą. Tu też albo dajemy fragment do edycji i zmieniamy kilka scen i dialogów(co może tylko pomóc w tym wypadku, a w żaden sposób nie pokrzyżuje mi szyków w dalszym toku historii), albo sprostowanie przyjdzie w następnym fragmencie. 

Również pozdrawiam! 

Ogólnie mam bardzo pozytywne wrażenia :) Napisane jest ładnie, bez większych zgrzytów, aczkolwiek irytowało mnie rzucanie informacjami na lewo i prawo, które zapominałem w następnych 3 sekundach bo po prostu nie miałem powodu by je zapamiętać. Ale to co nie poszło Ci w przypadku rzucania nazwami geograficznymi, rodowymi itp. wyszło w przypadku Jerozolimy – tu wzmianka, tam wzmianka, tu wplecione w rozmowę, tam jakiś opisik przy okazji – i to tworzy całość, pewne wyobrażenie o tym czymś, nie tylko pokazane z perspektywy encyklopedycznej, ale też bohaterów (jak oni na to coś reagują). Akcja nie porwała, ale rozumiem, że jest to fragment, więc wszystko wybaczone :) Pozdrawiam! :)

Verman

Trafiłem na kolejny twój tekst. Na początek troszeczkę o błędach.

Ród Aso od setek lat konsekwentnie…

…konflikty załatwia się u prawników i sędziów…

…acz sporej części populacji…

…Zostało mu wystarczająco dużo czasu…

…jego małe w porównaniu do reszty niepięknej…

strzegąca przy okazji głównego wejścia…

…reszty galaktyki plasowały się w czołówce…

Jeśli już zdarzali się puryści…

…Josh i komendant Farcayne…

Mnóstwo próbujących ich osób utrzymywało…

…niecodziennych mutacji czy szczególnie pikantnych…

…dobre układy między watażkami a Sokołami…

…– Wszyscy opijaliśmy to małe zwycięstwo

…– Gra na zwłokę? – z jakiegoś powodu byk wiedział…

…– Prowadź mnie do starego – polecił mutant, wstając gwałtownie…

– To wy robicie za stróżów prawa,…

…My pilnujemy, że Aresia nie wdepnęła w gówno..

Zobacz ile tego jest, a to tylko błędy, bez przecinków, czy spacji. To jest niechlujstwo. Pamiętaj, szanuj czytelnika swego, jak siebie samego :)

Raził mnie jeszcze cały fragment:

Orbitę planety-kopalni zdominowało kilka pokaźnych statków, w tym jeden wielkością dorównujący stacjonarnym zamkom orbitalnym – była to osławiona Jerozolima, największy obiekt latający stworzony przez ludzkość, będący przy okazji najdroższym przedsięwzięciem tego typu. Pękaty kadłub zawisł nad Aresią niby nowy księżyc, otoczony smukłymi sylwetkami trzech liniowców nowej generacji. Nikt jeszcze nie znał możliwości bojowych Jerozolimy, acz wszyscy zakładali że flagowy okręt rodu Aso nie może być bezbronny i z całą pewnością uzbrojono go w najwydajniejsze egzemplarze dział laserowych i najbardziej niszczycielskie wyrzutnie rakiet. Należało się też spodziewać mniej konwencjonalnej broni, ale tutaj wachlarz spekulacji okazywał się przytłaczająco szeroki – ci o najbardziej wybujałej wyobraźni oczekiwali po arsenale Jerozolimy lanc psionicznych, inni spodziewali się baterii typu Merkavah. Jednak każdy spoza konstruktorów i załogi zdany był jedynie na domysły – niewiedza przypadła w udziale także gościom najwystawniejszego przyjęcia w historii tego układu, mającego właśnie miejsce na pokładzie tego ogromnego statku.

Ogólnie, wszystko jest u ciebie “naj”, ale rozumiem, jak rozmach to rozmach. Chociaż spłyca to całą historię.

Co do samego tekstu i pomysłu, to infodumpu chyba więcej już nie można było upchać. Jakaś akcja rozwija się od połowy. W niej samej przeszkadzał mi super-informator byczek, a raczej nie on mi przeszkadzał, tylko jak go przedstawiłeś. Gdzieś w tekście musi się znaleźć informacja, dlaczego jest on taki świetny. Albo inni o tym powiedzą, albo narrator to wie (a często nie wiedzą o tym inni bohaterowie), jednak trzeba to umotywować w tekście, u ciebie tego zabrakło. Sam pomysł całkiem ciekawy, dobrze rozbudowany świat, całkiem przyzwoite postacie.

Podsumowując, mimo błędów i potężnego opisu świata, o dziwo, czytało mi się dosyć dobrze :) Jakoś opisy mnie nie zmęczyły, owszem, po chwili zapominałem nazwy własne, ale świat w głowie ukształtował się olbrzymi i solidny. Gdybyś tak opisy przeplatał od początku akcją, opowiadanie znacznie by zyskało. Polecam w przyszłości przeredagować tekst.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Hmf. Infodump infodumpem i do zarzutów(zasadnych zresztą) wobec niego odniosłem się i to samo odpowiedziałbym Tobie, a z drugiej strony – to tylko początek większej całości, więc nie ma czasu żeby odkryć wszystkie karty i zawrzeć genezę postaci w tak niewielu znakach. Z drugiej strony, cechą dobrego prozaika byłaby zdolność do opowiedzenia wielu ważnych dla tekstu rzeczy w niedużej ilości słów. Nie daje mi to pozytywnej konkluzji odnośnie własnych tekstów. 

Axemanie, jeśli będzie tego znacznie więcej, tym bardziej warto dawkować informacje w dłuższym zakresie tekstu.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

No cóż, Cisza okazała się dla mnie, na tyle mało ciekawa, że doczytując ostatnie akapity, niemal już nie pamiętałam, co było na początku. I choć końcóweczka dała pewną nadzieję na bardziej zajmujący dalszy ciąg, to nie wiem czy chciałabym poznać kolejne fragmenty.

Z przykrością zauważyłam, że wszystkie potknięcia wskazane przez Darcona nadal szpecą tekst.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szkoda, że nie poprawiasz na bieżąco.

Ale i tak nie czytało się najgorzej ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka