- Opowiadanie: Naz - Głos światów albo kołysanka satelitów

Głos światów albo kołysanka satelitów

Opowiadane, które znalazło się w antologii “X” Creatio Fantastica. Redaktor usunął ostatnie dwa zdania (słusznie), ale że są typowo moje, tutaj sobie je wklejam. Tekst ma już dwa lata i był pisany specjalnie na konkurs z dziesiątką, jednak zbiór ukazał się dopiero kilka tygodni temu. 

Obowiązuje mnie podanie źródła, więc: Magdalena Świerczek, Głos światów albo kołysanka satelitów, w: X. Antologia opowiadań fantastycznych (Creatio Continua, tom 1), red. Adam Podlewski, Kraków: Ośrodek Badawczy Facta Ficta 2017.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Głos światów albo kołysanka satelitów

Jak każdy statek badawczy starej generacji, Spowiednik odznaczał się nieskazitelną bielą. W przeciwieństwie do większości spodkowatych modeli mój kosmiczny eksplorator wyglądał jak ringo, wewnątrz którego umieszczono platformę z pomieszczeniami. Spowiednik był prototypem statku, który podczas badań wirował, inicjując wokół siebie nieme pole, pozwalające na klarowny przesiew danych. Nikt oprócz mojego ojca nie wytrzymał testów pilotażowych. Modelu nie dopuszczono do masowej produkcji i oddano ojcu za bezcen.

Wychowałem się na Spowiedniku, więc przywykłem do okresowych rotacji statku. Potrafiłem sterować maszyną, ale cóż z tego – tata odszedł, zanim nauczyłem się podejmować rozsądne decyzje.

Nazywam się Alexander Jenkins. Wszechobecne dane przestrzenne podają, że posiadam jedyny ocalały statek kosmiczny i stanowię ostatnie biologiczne istnienie w tym Wszechświecie. Nie zdążyłem uciec czarną dziurą – wszystkie umknęły już w głąb siebie. Zasłuchałem się w głosy umierających światów i zbytnio zwlekałem z odejściem. Zebrałem echa tego, co przeminęło i nie zdołałem uchronić od zapomnienia. Wszystko na marne. Zostałem sam z miliardami głosów w głowie.

Marznę. Wydłużyłem swoją agonię, wyłączając kilkadziesiąt funkcji statku. Wszystkie gwiazdy zgasły już lub wybuchły. Tkwię w zupełnej ciemności, ale znam statek tak dobrze, że wszędzie odnajduję się po omacku. Kręcę się po pokładzie, dotykając nieczynnych sprzętów. Staram się nie myśleć o tym, że to pożegnanie. Co jakiś czas wykonuję krążenia ramionami, opadam gwałtownie i podnoszę się, podskakuję i robię piruety. Jakbym tańczył w jakimś dziwacznym rytuale. W końcu dociera do mnie narastający szum procesora głównego. Przysiadam w fotelu pilotażowym, pasami przytwierdzam ciało do siedziska. Łagodne drżenie statku błyskawicznie przechodzi w dzikie wstrząsy, jakby maszyna zmieniła się w rozzłoszczonego choleryka. Konwulsje ostatniego przyjaciela sprawiają mi psychiczny ból. Wiem, że właśnie pozbywa się ładowni, symulatorów, kapsuł ratowniczych, magazynu androidów i skażonego pomieszczenia dostawczego. Spowiednik odrzuca zbędne części, by zapewnić jak najdłuższe trwanie rdzenia. Zgrzyt, huk i łomot wypełniają przestrzeń. Kulę się w fotelu, zatykając uszy. Znów zaczynam myśleć o dziesiątym świecie. Dobrze go zapamiętałem, choć jako jedyny pozostał w katalogu bez imienia. Po raz kolejny odtwarzam w głowie drogę, którą pokonałem, by go ujrzeć.

Byłem jednym ze stu ostatnich homo sapiens urodzonych na Ziemi. Wysłano mnie w kosmos niemal natychmiast, żeby splugawiona planeta nie zdążyła zniszczyć mojego wątłego ciała. Ważyłem półtora kilograma, z wnętrza matki wydostałem się po dziesięciu miesiącach. Rekord – rok i trzy miesiące – należał do dziewczyny, którą spotkałem na głównej stacji Drogi Mlecznej. Ojciec musiał się tam meldować co dwa kwartały. Miałem siedem lat, gdy ujrzałem biedaczkę, wówczas jedenastoletnią, usadowioną wewnątrz wielkiego wózka-androida. Jej sine, nabrzmiałe ciało przywodziło na myśl topielca. Paciorkowate oczy w wielkiej, ciastowatej twarzy przypominały gadzie ślepia. Pamiętam, jak podszedł do mnie stary, stetryczały lekarz, położył wykrzywioną dłoń na głowie i wyszeptał:

– Módl się, chłopcze, żeby zdechła, bo każą ci ją wyruchać.

Nie rozumiałem, czym jest ruchanie, ale słowa medyka przeraziły mnie. Modliłem się potem do wszystkich siedmiu Słońc straconego Planetarnego Układu Zapasowego, by dziewczynka zmarła. Po latach doszedłem do wniosku, że robiłem to bardziej z litości niż z obawy przed nieznaną czynnością. Dziewczynka nie potrafiła mówić i nie poruszała kończynami, lecz jej odstręczające ciało nieustannie nawiedzały dreszcze. Czasem wydawała z siebie niskie jęki, jakby odgłosy wielkiej, zranionej ryby z oceanicznej głębi.

Przy mojej następnej wizycie na stacji już jej nie było. Umarły także cztery ostatnie płodne kobiety. Znacznie gorzej znosiły agonię Wszechświata, jakby złączone z nim jedną duszą. Jak tłumaczył mi tata, mężczyzn ratowała własna obcość.

– U końca świata będziemy wyrzutkami – twierdził. – Tutejsza ewolucja do samego końca nie pozwoli nam odejść. Zajumała nas z innego Wszechświata. Stanowimy jedyne odrębne od niej istnienie. Boi się samotności, dlatego namnożyła byty i światy. Dlatego nas ukradła.

Nie wiedziałem, skąd ojciec wziął swoją teorię, ale wierzyłem w nią bezgranicznie. Tata latami błądził po kosmosie, zbierając informacje na temat dogorywających cywilizacji. Ludzkość stanowiła ostatnią przedstawicielkę Starych Ras. Niegdyś znajdowała się na szarym końcu, najgłupsza, najwolniejsza i najsłabsza. U progu zagłady uniwersum okazało się, że jej ślimaczy postęp pozwolił dotrwać kresu Wszechświata wraz z Młodszymi Rasami.

Ojciec utrwalał zaczątki małych światów, późnych eksperymentów natury. Ale w 16500 roku, gdy miałem siedemnaście lat, agonia kosmosu przyspieszyła tysiąckrotnie. Ledwo zaczęte światy w kilka lat dojrzały i zaczęły umierać. Mimo zainstalowanego na statku spowalniacza czasu, ojciec w rok dobił stu pięćdziesięciu lat i umarł, w ciele zwiędłym i wykręconym jak jesienny liść. Gdy wysyłałem jego zwłoki w przestrzeń kosmiczną, wyglądałem na mężczyznę po czterdziestce. Mimo golenia codziennie budziłem się z zarostem sięgającym piersi. Przestałem się tym troskać i wkrótce wlokłem za sobą po statku kilkumetrowy ogon poplątanych włosów. Przejąłem obsesję ojca i martwiłem się wyłącznie o dogorywające w każdej godzinie światy.

Spowiednik jęczy przeciągle i nieruchomieje. Odpinam pasy, przekręcam się na bok w fotelu i wpatruję w nieprzenikniony mrok, setny raz analizując swoją krótką przeszłość.

Ojciec był szanowanym badaczem. Moja matka zmarła wkrótce po porodzie. Tata zabrał mnie ze sobą na tułaczkę po kosmosie, choć część naukowców chciała zatrzymać mnie na stacji. Gdy okazało się, że nie ma już płodnych kobiet, przestałem ich obchodzić. Rok przed Wielkim Przyspieszeniem w placówkę na Drodze Mlecznej rąbnęła kometa. Z pozostałymi stacjami nie mogliśmy nawiązać kontaktu. Ziemia była zakryta gęstym, zielonym oparem pełnym toksyn. Planetarny Układ Zapasowy zgasł. Ci, którzy próbowali wznowić jego działanie, umarli podczas awarii reaktorów. Wszyscy pozostali uciekli przez znikające czarne dziury w niewiadome wymiary. Zamiast się rozszerzać i wszystko pochłaniać, czarne dziury kurczyły się, tłamsząc tkwiące w nich osobliwości. Ojciec nie przepowiadał uciekinierom szczęśliwego losu, ale przed śmiercią nakazał mi zwiewać tą samą drogą. Uważał, że mam szansę wrócić do „naszego Wszechświata”.

Lata wychowania na kosmicznego eksploratora okazały się mieć silniejszy wpływ na moją wolę niż ostatnie słowa ojca. W drodze do czarnej dziury mijałem nieliczne, dogorywające planety i spoglądałem z daleka na ostatnie chwile rozpiętych na nich światów. Jakiś wewnętrzny przymus kazał mi zawrócić.

Obrazy w głowie to za mało. Nie potrafią przebić zimnej, zachłannej ciemności. Mój umysł nie dostaje wystarczającej ilości bodźców i wkrótce pogrążę się w majakach. Łapię za krawędź panelu kontrolnego i przysuwam się do wygasłego pulpitu. Doskonale wiem, gdzie jest każdy przycisk. Żeby zaoszczędzić energię, wpisuję komendy na uśpionym monitorze. Aktywuję najmniejszą jasność ekranu, po czym włączam wyświetlanie obrazu.

Pierwszy świat. Modlitewnik. Mała planeta pełna kraterów. Po stronie niegdyś nasłonecznionej rozciągał się gaj. Wysokie drzewa w większości już zwiędły. W samym sercu lasu ostał się krąg kilkunastu konarów, skupionych wokół wygasającego źródła strumienia. Tam spotkałem Orojonę, mnicha wykształconego w przyklasztornych szkółkach na Andromedzie. Androidzi porwali go z Ziemi setki lat temu. Nie musiałem używać syntezatora, znał ziemski język, choć mocno go kaleczył. Zdawał się spokojny, pogodzony z końcem. Wydawało mi się, że był zbyt głupi, by pojąć swoje położenie. Mówił, że dotrzymuje drzewom towarzystwa. Modlił się w kółko w języku Amarów do Osiemdziesięciu Trzech Księżyców, chociaż nie rozumiał słów. Twierdził, że podoba mu się brzmienie modlitwy. Nie wyniosłem stamtąd żadnej mądrości. Zrobiłem jedynie zdjęcie mnicha śpiewającego do drzew. Czułem odrobinę zazdrości, gdy opuszczałem planetę.

Drugi świat. Ulicznik. Na początku wydawało mi się, że to gazowy olbrzym. Gdy zbliżyłem się, zafascynowany konaniem ulotnego bytu, opar okazał się dymem z ulicznych latarni. Całą planetę pokrywały miliony dróg, a przy każdej z nich co kilkanaście metrów stała rozjarzona lampa. Źródło bijącego z jej szczytu światła zdawało się czymś pomiędzy ogniem a dymem. Na Uliczniku znalazłem tylko humanoidalne szkielety i mocno zniszczone pojazdy. Spenetrowałem kilka z nich i odkryłem, że były rodzajem mobilnego domostwa. Mieszkańcy planety spędzali życie w ruchu, choć nie zdołałem pojąć, dokąd dążyli – nie istniało tam nic oprócz plątaniny ulic i latarni. Zrobiłem zdjęcie wielkiego cmentarzyska pojazdów, oświetlając je lampą jonową. Wtedy dostrzegłem na dachu jednego z ruchomych domów kota. Zwinięty w kłębek spał w najlepsze, jakby niepomny tragedii swojego świata. Gdy zabierałem go na pokład, nie obudził się. Przypominał niebieskiego kota syberyjskiego. Kiedy w porze kolacji wreszcie ocknął się i otworzył oczy, zobaczyłem w nich te same zwiewne ogniki, które tańczyły w latarniach jego świata. Nazwałem go Płomykiem.

Trzeci, czwarty i piąty świat znajdowały się w tym samym, dogorywającym układzie planetarnym, sunąc po wspólnej orbicie. Stare mapy ojca podpowiedziały mi, że to Blady Ocean, przestrzeń, gdzie wokół kilkunastu gwiazd skupiła się setka planet. Trzy ostatnie, na które się natknąłem, nazwałem Białą, Srebrną i Karmazynową Rafą. Pokrywały je morza w kolorach odpowiadających nadanym mianom. W niespokojnych wodach roiło się od stworzeń zdających się ledwie zaczątkiem życia, pośrednikiem między płynem a ciałem stałym. Nie było miejsca na lądowanie, ale coś ciągnęło mnie ku falującej tafli Srebrnej Rafy. Zniżyłem się na tyle, że wyskakujące ponad morze krople – nie wiadomo, woda czy drobne stworzenia – przyklejały się do Spowiednika. Usłyszałem obcy głos w swojej głowie.

– Pośrodku są łzy. Pośrodku są łzy. Pośrodku…

Trzy słowa prześladowały mnie, póki nie wzbiłem się na orbitę Rafy. Postanowiłem sprawdzić, co mówi Biała. Ale choć okrążyłem całą planetę, nie usłyszałem nic.

Na początku nie ma nic, pomyślałem. I wiedziałem, co mógłby oznajmić głos Czerwonej Rafy. Odleciałem stamtąd w pośpiechu, ale nie uniknąłem zabrania ze srebrnej planety niechcianego pasażera. Wciąż oglądałem się przez ramię i czułem mrowienie na karku. Użyłem wszystkich czterdziestu sześciu fal na wyposażeniu statku, by go przeskanować, ale niczego nie znalazłem. Za to Płomyk całymi dniami wodził swoimi dziwnymi oczami za czymś nieokreślonym. Żeby się rozluźnić, kilka razy na dobę powtarzałem, że trzeci pasażer Spowiednika na pewno nie jest jak ósmy pasażer Nostromo.

Trzy dni później zderzyłem się z warstwą ochronną szóstego świata; radar nie wykrył maskującej szykany z czarnej materii. Po zlikwidowaniu drobnych uszkodzeń ominąłem barierę i zobaczyłem słynną planetę Root, pokrytą Celami Śmierci. Wyglądały jak czarne pąki kwiatów, porastające ciało niebieskie. Niegdyś skrywały w sobie największe szumowiny Wszechświata, utrzymując ich podstawowe funkcje życiowe i pobierając siłę psychiczną. Połowę zużywała Root, drugą przekazywała na rzecz Kosmicznego Dobra Publicznego. Teraz Cele były szeroko otwarte, a ich ściany wyschnięte. Ostatni więźniowie dawno zostali wyssani przez planetę, a nowych nie mogła już pozyskać.

Grawitacja Root stanowiła najsilniejszą ze znanych sił, ale nie oddziaływała na przedmioty, a na umysły. Mimo agonii moc przyciągania planety nie malała. Root była pasożytem, wykorzystywanym na użytek społeczny. Nie zniwelowano jej hipnotycznego oddziaływania na żywe istoty. Postawiono szykany i uznano, że jeżeli ktoś celowo je omija, sam prosi się o zasilenie własnym czerepem energii Wszechświata. Przelatując nad planetą, czułem oszołomienie i niepohamowane pragnienie wejścia do Celi. Ojciec wyposażył Spowiednika w awaryjny system autopilota – jeżeli skanery wykrywają anomalie w funkcjonowaniu pilota, statek nie reaguje na jego komendy, póki nie oddali się od potencjalnego zagrożenia. Odzyskałem przytomność umysłu nieopodal szczątków po Karle Psów Gończych, wczepiony palcami w drzwi wyjścia awaryjnego, najwyraźniej próbowałem je sforsować. Nie miałem zdjęć Root, ale statek uwiecznił na kamerach mnie, miotającego się po pokładzie i wrzeszczącego o „wydrążenie ciemnością”. Dwa dni nie mogłem po tym mówić, a Płomyk przez tydzień koczował w kuchni i chował się za lodówką, kiedy przychodziłem na posiłki.

Siódmego świata szukałem długo. Nie wiedziałem, czy powinienem jeszcze liczyć czas według któregokolwiek z czterystu osiemnastu sposobów wgranych do bazy Spowiednika. Minęły ziemskie trzy tygodnie, podczas których moja skóra straciła elastyczność, a włosy kolor. Wreszcie na radarze spostrzegłem pulsujący punkt. Mapy Galaktyki Trójkąta podpowiedziały mi, że zbliżam się do Żerlicy. Powitałem ten fakt z ulgą, co mogło być oznaką szaleństwa. Krążyłem po ciemnym cmentarzysku światów jak głodny łowca, nie mając już żadnego innego celu poza odnalezieniem ostatnich żywych planet. Dobrze wiedziałem, że na Żerlicy nikt nie mieszka, a mimo to gnałem ku niej, nie szczędząc cennej energii. Jak się okazało, przybyłem, by otrzymać przedśmiertny dar od najniebezpieczniejszej z planet Układu Lokalnego.

Gdy zbliżałem się do Żerlicy, statek rozjarzyło silne światło. Spowiednik wyglądał przez chwilę jak maleńkie Słońce, a ja musiałem założyć gogle ochronne. Wiedziałem, że to wina „Obecności”, mojego pasażera na gapę – nauczyłem się rozpoznawać jej rozumną wolę. Na szczęście w celu własnej manifestacji nie używała mojego paliwa. Wiedziałem, że oświetla agonię Żerlicy, by podzielić się ze mną podziwem wobec planety.

Żerlica stanowiła ogromny organizm, podobny do rośliny. Jej „niebożerny” kwiat (wielkości Marsa) był łakomy na wszystkie obiekty, które zbliżały się na odległość stu dziesięciu milionów kilometrów. Na tyle potrafiła wyciągnąć swoją lepką mackę. Teraz śmiercionośny organ miała ciasno zwinięty wokół siebie, zgniłozielony i wątły. Jej powierzchnię, pokrytą milionami zamkniętych w kokonach ofiar, maltretowały konwulsje. Żerlica pod lepkimi włóknami mogła skrywać wszystko: organizmy, statki, komety, szczątki planet, satelity. Zapasy były bezwartościowe; Żerlicy nie zabijał głód, a dogorywanie uniwersum. Jako organizm wyrosły na kosmicznym ciele energię życiową czerpała z pulsujących w próżni żył Wszechświata. Krążenie w układzie energetycznym wszechrzeczy ustało, więc Żerlica więdła.

Planeta zbadała Spowiednika; oglądała świat w sposób podobny do echolokacji nietoperzy. Zobaczyłem, że od jej powierzchni odrywa się kokon i leci w moją stronę. Po chwili wahania włączyłem ssanie i przyciągnąłem „podarunek” do luku. Gdy znalazł się na statku, włożyłem kombinezon, zdezynfekowałem pomieszczenie dostawcze i wszedłem do środka. Kłąb jasnozielonych włókien kokonu odstręczał mnie. Skaner nie potrafił przebić się przez niego żadnymi falami. Przełamując opór, zacząłem rozrywać osłonę, aż moim oczom ukazała się twarz stanowiąca koszmar dzieciństwa – niewyjściowa aparycja dziewczyny ze stacji głównej. Gdy patrzyłem na nią z niedowierzaniem, nagle otworzyła oczy, wypełnione wściekle fioletowym grzybem. Rzuciłem się na pokład główny i gorączkowo opieczętowałem luki. Skafander wrzuciłem do niszczarki. Dopiero potem sprawdziłem swoje obawy w katalogu ojca.

Żerlica hodowała w zwłokach szczególny rodzaj pasożyta – wrzosiczkę. Planeta i grzyb żyły ze sobą w symbiozie. Pasożyt potrafił oddziaływać na wszelką materię, ściągając ją ku Żerlicy. Porastał gnijącą tkankę, produkując masę energii; połowę emitował w przestrzeń, skąd pobierały ją Służby Kosmicznego Dobra Publicznego. Nie miałem pojęcia, jaka intencja kryła się w geście planety. Jeśli chciała wyłącznie ratować pasożyta, wysłanie ku mnie kokonu z akurat taką zawartością zdawało się nieprawdopodobnym przypadkiem. Stwierdziłem, że zamrożę wrzosiczkę i pozbędę się jej dopiero przed własną śmiercią. Materia Wszechświata miała prawo dogorywać w spokoju.

Ósmej planety mój ojciec nie nazwałby światem, bo nie istniał na niej najmniejszy przejaw biologicznego życia. Tego typu twory nazywano Procesomaniami. Stanowiły miejsca zasiedlone przez przejawy komputera, którego system rozrósł się i zdominował planetę, podpinając się do układu energetycznego Wszechświata. Takich przypadków w uniwersum zarejestrowano dziesiątki tysięcy. Dwanaście tysięcy lat temu technologię uznano za nową, pozaewolucyjną rasę, dążącą do wykluczenia pozostałych. Ósmy świat niczym mnie nie zaskoczył. Po wygasłej, mechanicznej powierzchni rozsiane były zdezaktywowane roboty; gdzieniegdzie ślimaczym tempem poruszały się androidy, które wygrzebały skądś odrobinę energii. Postanowiłem doczepić się do procesora planety i uszczknąć dla siebie coś z resztek paliwa.

Im bliżej byłem energodoku, tym bardziej wariowały urządzenia Spowiednika. Wiedziałem, że to Obecność manipuluje obwodami statku, tym razem powodując mruganie światła, restarty systemu, nieprawidłowe pomiary statystyczne. Jej wrogość wobec Procesomanii czułem nawet na języku. Wleciałem pod stalowy gmach stacji; olbrzymi android, zastygły przy alternatorze, wczepił się złączami w najlepsze wejście dla złodziejki, ale został jeden wolny kanał. Podleciałem do martwego Androbywatela i załadowałem jumę, czując się odrobinę jak nekrofil, wtykający przyrodzenie w świeże zwłoki. Gdy złącze wniknęło w planetę na dwieście kilometrów i odnalazło sprawny reaktor energii, wszystkie anomalie nękające Spowiednika ustały. Rozejrzałem się po kokpicie i wzdrygnąłem; Płomyk siedział na oparciu mojego fotela, patrząc na ekran konsoli sterowniczej, jakby rozumiał wypisany na niej ciąg logiczny Ripleya. Podniosłem rękę i dotknąłem kota pierwszy raz od czasu, gdy przyniosłem go na pokład. Niewzruszony wpatrywał się w monitor.

– Spowiednik, włącz jumę – rozkazałem.

Kanał przepływowy został otwarty. W tym samym momencie Płomyk skoczył na główny pulpit i pomknął do szczeliny między konsolą a przednią szybą Spowiednika. Znajdowała się tam plątanina kabli i tuneli przepływu danych. Wychyliłem się i próbowałem złapać zwierzę za ogon, ale poczułem tylko, jak palce muskają puszystą kitę. Chwilę później w każdą stronę poleciały iskry, Spowiednik zatrząsnął się, a Procesomania wybuchła. W jej wnętrzu nie zaszła standardowa eksplozja – z reaktora, który próbowałem okraść, wypełzł zwiewny płomień, taki sam, jaki tlił się w oczach kota. Złączenie z rasą technologiczną spowodowało, że „wiatrogień” w kilka nanosekund wywołał spięcie w Androbywatelach i stworzył olbrzymie pole elektromagnetyczne. Walcząc z zawrotami głowy, zdążyłem jeszcze zaprogramować serię zdjęć, nim straciłem przytomność. Ocknąłem się tysiące kilometrów dalej, w cuchnącym spalonym mięsem statku. Setka wykonanych fotografii przedstawiała pożeranie Procesomanii przez chmurę szarobłękitnego ognia, przetykanego fontannami iskier i zygzakami błyskawic. Czując samozadowolenie Obecności, zrozumiałem wreszcie, czym była. Stanowiła główną siłę Wszechświata, ślepo faworyzującą drapieżników i przynoszącą zagładę słabym. Nie dziwiłem się, że mieszkała w Srebrnej Rafie, przyczepiła się do mnie i zniszczyła świat Androbywateli, posługując się kotem. Postanowiłem nie zdradzać się ze swoją domyślnością i nie używałem jej prawdziwego imienia.

Dziewiąty świat przywitał mnie w okolicach szczątków po Karle Kasjopei. Wiedziałem, do czego się zbliżam, nim sprecyzował to radar. Liczyłem, że to znajdę. Gdy Spowiednik włączył jedyny w swoim rodzaju alarm C77, uśmiechnąłem się. Dotknęła nas „księżycowa infekcja”. Aktywowałem lampy rozpraszające i podłączyłem inicjator dźwięku do obiegu, po czym pozwoliłem wciągnąć się w pułapkę Towarzystwa Porzuconych Satelitów. Mój ojciec mówił o nim Łapiduch.

Księżyce ogłoszono rasą niedługo po technologii. Były wyjątkowo podatne na zarażanie się świadomością, więc aktywowały się, gdy tylko Stare Rasy dojrzały. Tysiąc Księżyców, których planety zostały zniszczone, złączyło się w jeden układ i zaczęło polować na statki. Używały ich niby rusztowania, które spajało skupisko satelitów i pozwalało nie oddziaływać bezpośrednio na siebie nawzajem. Jak wszystkie kosmiczne drapieżniki, także i Łapiduch płacił za swoją agresję podatek na rzecz KDP. W centrum olbrzymiej spirali, w jaką układały się osierocone satelity, znajdowało się wejście do tunelu czasoprzestrzennego. Przejście prowadziło na wschodni kraniec Wszechświata, wprost pod Gmach Urzędów Ponadgalaktycznych. Łapiduch pozwalał przechodzić przez nie interesantom. Zaoszczędzona na podróży energia była składowana w Gmachu. Jeśli w schwytanym statku nie znajdowali się wezwani przez urzędników interesanci, wchodził w strukturę spirali.

Brnąłem przez skupisko najróżniejszych maszyn. Były tam zwiadowcze krążowniki Oriończyków, olbrzymie transportery związkowców z czwartej gęstości, platformy robotnicze, promy pasażerskie, prywatne odrzutowce, patrolowce i tysiące kosmodronów. Załogi schwytanych statków zapadały w barwne sny do czasu śmierci ciała. Mary senne wciągały ich w projekcje, w których gubili świadomość. Setki ochotników, podłączonych do aparatów badawczych rejestrujących aktywność mózgu, dawało się schwytać Łapiduchowi. Obnażali przed resztą Wszechświata niesamowite wizje. Znalazło się wielu takich, którzy z chęcią kończyli żywot pod wpływem infekcji. Spiralę Łapiducha nazywano czasem Rajskim Cmentarzyskiem.

Znałem sposób ojca na oszukanie Satelitów. Kiedyś żył na Ziemi wieloryb, który wydawał dźwięki o tak wysokiej częstotliwości, że nie słyszał go żaden inny. A nawet jeśli – nie rozumiał jego komunikatów. Ludzie nazwali go najbardziej samotnym wielorybem na świecie. Ojciec zbierał nagrania nietypowych stworzeń i za ich pomocą próbował porozumiewać się z niemymi z pozoru światami. Łapiduch reagował na śpiew wieloryba; Księżyce zaczynały wirować wokół własnej osi, a infekcja znikała. Ojciec swobodnie korzystał z tunelu Łapiducha, hipnotyzując spiralę zawodzeniem walenia.

Wpraw Satelity w „taniec”, powtarzałem sobie. Leć do Gmachu, jeszcze stoi. Może nawet ktoś tam jest? Urzędnicy mieli najlepsze czasospowalniacze we Wszechświecie. A jednak coś mnie kusiło, by nie włączać głosu wieloryba. Kosmos umierał. Na końcu jego trwania czekała mnie śmierć w ciemnościach. Księżyce mogły opowiedzieć mi cudowne bajki na dobranoc. Mogły…

Obecność zdawała się nieobecna. Drżąca otchłań tunelu się zbliżała. Odtworzyłem nagranie, a satelity zaczęły wirować. Kręciłem się razem z nimi i zbliżałem do ciemności, ale wiedziałem, że pochłonie mnie tylko na moment przejścia.

Za tunelem znalazłem dziesiątego.

Był piękny. Wleciałem w niego…

Nie, najpierw przeleciałem pod nim. Otaczał mnie. Mógłby być nasieniem mitycznego drzewa stworzenia. Gdyby tylko istniał…

Chwila, przecież jest! Wszystko i nic skupione na megamasie wielkości ziarenka. Osobliwość osobliwości…

Zaraz! Nie potrafię przywołać z niego żadnych obrazów. Dlaczego pamiętam tylko dziesięć światów, choć katalog zawiera czternaście kwadrylionów pozycji? Odsuwam się nieco od pulpitu, wchodzę do spisu folderów. Próbuję otworzyć zapis z milionowego świata. Miliardowego. Jedenastego. Na pulpicie wciąż tylko dziesiąty. Biała plama. Na początku nie było nic. Czarny punkt. Wszystko jest piękne dopiero, gdy zaczyna niszczeć.

Przestań, mówi głos przy moim uchu. Zrywam się z fotela, rozglądam po znikomo oświetlonym, pustym kokpicie. Obecność. A jednak została ze mną. Nie jestem sam w gasnącym Wszechświecie. Zaczynam czuć smak krwi, zbiera mi się na wymioty. Co tu się, do cholery, dzieje?!

Przestań.

Znam tylko dziesięć światów. Potrzebuję więcej.

Przestań.

Modlitewnik? Przecież to ja ułożyłem modlitwę do Osiemdziesięciu Trzech Księżyców. Ulicznik. Znużony do granic sam zabrałem mieszkańcom cel. Okradłem z formy Blady Ocean.

Wariuję przez to ciągłe rozdzieranie i łączenie swojego bytu. Znam dobrze jeden świat, siebie, któremu nadaję różne oblicza. Dałem porwać własną część w obcy Wszechświat. Zniszczyła go i wróciła. Jestem dziesiąty. Powielałem się aż do śmiertelnej nudy. Teraz utkwiłem w ciemności ponownie scalony. Przestałem tworzyć Wszechświaty tak dawno, odwiedzałem za to inne. Przed chwilą zamknąłem neurony – czarne dziury. Ewolucja, moja przymusowa pasażerka, dąży do doskonałości, do jak najlepszej formy. Jedność to doskonałość.

Jestem sam. Ewolucja milknie, gdy porzucam roztrząsanie minionych podziałów. Omamiłem się kolejnym życiorysem, który nie zdołał zbyt długo utrzymać mnie w iluzji. Zawsze gdy dochodziłem do dziesiątki, ta wszystko niweczyła. Nic mi nie zostało. Gdy nie projektuję, gdy nie dzielę i nie powielam, zastygam w najgorszej monotonii. W doskonałości.

A może by tak znów się podzielić? Prawie widzę triumfalny uśmiech ewolucji.

Nie umiem utrzymać zamkniętego łona. Fragmentaryzacja zdaje się niepohamowana. Głos światów jest niezwyciężony.

Znika smak krwi. Czuję łzę żłobiącą istnieniem nicość.

Koniec

Komentarze

Choć opisujesz kilka różnych, nader przedziwnych światów, i choć robisz to na miarę słowa drukowanego, to wspomnienia i relacje Alexandra okazały się dla mnie niezbyt zajmujące, nie zaciekawiły. Historia nie zdołała niczym zaintrygować, okazała się monotonna, wręcz nużąca.

Nie mogę nie dodać, że życzyłabym sobie, aby wszystkie opowiadania, które przyjdzie mi czytać, były napisane tak porządnie jak Głos światów:)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Jesteś pewna, że to SF?

Dajesz katalog różnych dziwnych światów, ale bez fabuły. Nie bardzo rozumiem, kim właściwie jest bohater.

Ech, może to wszystko trzeba rozumieć jakoś metaforycznie albo na inny sposób poetycko.

Na co umarł Wszechświat? Dlaczego kobiety okazały się na to bardziej wrażliwe? Dlaczego tak błyskawicznie? Co właściwie groziło statkowi, że odrzucenie niekluczowych modułów miało pomóc?

Bohater mnie do siebie nie przekonał. Wolę tych wystarczająco rozsądnych, żeby nie popełniać samobójstwa przez zagapienie.

– Módl się, chłopcze, żeby zdechła, bo karzą ci ją wyruchać.

Ojjj. Paskudny ortograf.

Trzeci, czwarty i piąty świat znajdowały się w tym samym, dogorywającym układzie planetarnym, sunąc po wspólnej orbicie.

Czy coś takiego jest możliwe?

Użyłem wszystkich czterdziestu sześciu fal na wyposażeniu statku,

Czy można mieć fale na wyposażeniu? Emitery czy inne nadajniki – proszę bardzo. Ale fale?

Babska logika rządzi!

Ajajajaj. 

Łatwo mi chwalić, zwłaszcza warsztat – jest fantastyczny, barwny, czyni historię wciągającą. Ta opowieść jest, mówiąc kolokwialnie, odjechana. Mnie do gustu przypadło, a przedstawione światy i koncepcja tego metafizycznie gnijącego, odchodzącego kosmosu dotknęła mnie do żywego! Smaczne. 

Mój stosunek do tego opowiadania jest ambiwalentny, lubię historię, ale mam więcej zastrzeżeń do jej ukazania niż wy, dlatego się im nie dziwię. Finklo, wkleiłam tekst z ostatniego pliku, jaki otrzymałam po drobnej korekcie; potem jeszcze kilka drobiazgów zrobił redaktor – w tym zamienił moje karzą na każą, jak widzę w antologii ;) Ale z niej tekstu nie sposób skopiować. Oj, to karzą i każą nieustannie mi się kiedyś myliło -_-

Czy to na pewno SF? Nie na pewno, bo pełno tu F, a gdzie S? Ale fantasy mi zgrzytało. Chcesz, dam Inne :P Było ograniczenie do 25 tysięcy znaków, wyrzuciłam z treści z 15 tysięcy, żeby się zmieścić. Wiele rzeczy zostało niewyjaśnionych i sporo jest radosną twórczością własną, która nie przystoi SF.

 

Reg, znużeniu się nie dziwię. Tekst nie był betowany, a poprawki CF wprowadzono drobne, więc cieszę się odnośnie wykonania i tego, że nie miałaś czego wyłuskać ;)

 

TheLastAxeman, miło mi niezmiernie, że się podobało. Wizje światów są tym, co uważam w tym opowiadaniu za dobrą monetę, którą może kupić czytelnik.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Podczas lektury o kolejnych światach miałem skojarzenia z Małym Księciem ;) Opisy i język, jak zawsze u Ciebie, bardzo plastyczne i wpływające na wyobraźnię. Także dla mnie wizje planet to faktycznie dobra moneta tego tekstu. Nie czułem też znużenia przy opisach.

Też miałem pytania o przyczynę śmierci Wszechświata i stanu ludzkości, choć opisowo pasuje mi do śmierci cieplnej. Jednak jeśli ktoś nie przypina łatki “Hard SF”, to takich rzeczy się nie czepiam.

Bohater początkowo mnie zaintrygował (zwłaszcza dzięki pierwszym scenom z innymi ocalałymi ludźmi), potem polubiłem jego ciągłe wspomnienia i odwołania do historii ojca. Jednak ciężko do końca było mi kupić jego charakterystykę – gdy nastały opisy planet. za bardzo widziałem go jako sposób do pokazania świata, a za mało jako faceta z krwi i kości.

Podsumowując: solidnie napisana historia z wyraźnie zarysowanym światem. W paru miejscach coś eksplodowało na niebie :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

W mojej opinii światotwórstwo jest jedną największych zalet tekstu – wyszło kilka charakterystycznych i interesujących planet. Tyle że czytelnik tylko w skrócie poznaje pomysły na dziesięć światów. Ostatniego nie oceniam, bo mój gust ma problemy z docenianiem tego typu zakończeń.

Ogólnie: opisy na pewno potrafią zaciekawić; niestety odniosłem wrażenie, że wszystko leci jakoś szybko i nie jest łatwo skupić się na fabule. „Głos światów albo kołysanka satelitów” czytało się przyjemnie, chociaż… liczyłem na trochę więcej ;)

 

PS. Jakiś czas nie wchodziłem na portal, a tu niespodzianka – widzę że po długim czasie ktoś opanował SQL-a na tyle, by rozpocząć świadczenie usługi zmiany nicku :D

Bardzo lubię Mathesona i jego powieść “Jestem legendą”, więc koniec świata bez wyraźniejszej przyczyny nie przeszkadza mi. To tylko punkt wyjścia dla historii. Uważam, że Autot może skupić się bardziej na skutku niż przyczynie. Poza tym wszystko się kiedyś kończy. 

Natomiast trochę zgrzyta mi to, że do końca nie wiadomo kim jest bohater. Lubię niejasne zakończenia, ale to jak dla mnie jest przesadzone. 

Opowiadanie czytało się bardzo przyjemnie. Malownicze opisy kolejnych światów naprawdę fascynowały. Planety opisałaś z taką kreatywnością, że jest to zdecydowanie główny atut opowiadanie. Różnią się od siebie bardzo, bardzo i dlatego dłuższa historia nie nudzi.  Końcowy cel może nie satysfakcjonuje w pełni, ale może być.  

Na tym portalu rzadko czyta się tak dobrze napisane teksty. Nie ma prawie błędów, a proza prima sort. Czytanie czystą przyjemnością. 

Krótko mówiąc – znakomite opowiadanie i zdecydowanie biblioteczne. 

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Nie czepiałabym się tak braku wyjaśnienia tej apokalipsy, gdybym się sama długo nie zastanawiała, o co może chodzić. Kosmos nie jest mały, żeby się tak całkiem zepsuć za życia jednego człowieka, to już musi być interesująca sprawa. Cholera, jeśli to zepsucie rozprzestrzenia się z prędkością światła, to umieranie trwałoby miliardy lat… A tu jeszcze kobiety okazują się bardziej wrażliwe. Męczył mnie ten problem i rozczarował brak rozwiązania zagadki.

Babska logika rządzi!

Finklo, dla mnie ta koncepcja Wszechświata jest już tradycyjna – cykliczny Wszechświat z cyklem manipulowanym odgórnie, pojawia się to we wszystkich moich już trzech książkach (dwie jeszcze niedostępne) i części opowiadań. Taki Wszechświat może się kończyć przez przebudzenie (koncepcja oniryczna), koniec sekwencji (mechaniczna) itp. U mnie w głowie zazwyczaj o to właśnie chodzi. Koncepcja przyjmowania dusz z zewnątrz też jest charakterystyczna w tym, co piszę :p No ale w tej chwili raczej tylko dla mnie, więc staram siê to właśnie wyjaśnić. W tym opowiadaniu koncepcja zawitała jedynie strzępkiem i skutkiem.

Perruxie, miałam tak niewiele znaków, a tyle pomysłów do dyspozycji… ;< Dziękuję za odwiedziny i opinię. A co do nicku, tak, beryl zyskał czarnomagiczne moce :D

Pietrku, bardzo miło czytać takie słowa. (SPOJLER) Alexander być może jest tylko Alexandrem, którego obłapił Łapiduch, a może jest cyklicznie rozpadającym się na światy kreatorem (forma deizmu).

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Zdecydowanie “inne”, nie “SF”. I to jest dobre.

Kupiłaś mnie pierwszym zdaniem. Tym “Spowiednikiem”. Lubię takie nomeny-omeny, co to sugerują, że coś będzie pod spodem. W ogóle ładny ten początek, klimatyczny, ta więź z ojcem, wspomnienie ostatniej dziewczyny. Elegancko i oryginalnie napisane. Potem zaczynają się światy i niestety dają o sobie znać ograniczenia konkursu. Opowieść o dziesięciu światach sprawdziłaby się jako książka z osobnym rozdziałem dla pokazania każdego z nich. Skondensowana do krótkich akapitów – nuży. Odpadłem przy ósmym świecie, już nie smakowałem tylko skanowałem do końca, a tutaj właśnie było potrzebne skupienie. Rozumiem, że planet musiało być dziesięć z uwagi na temat konkursu, ale w tak krótkiej formie to nie gra. Chyba to czułaś, upychając w pewnym momencie trzy światy na jednej orbicie.

W ogóle opowieść wydaje mi się sklejona z dwóch części – historii bohatera i opisu planet, nie do końca ze sobą zestrojonych. Z uwag technicznych – zazgrzytał mi ten “eksplorator” – raz użyty na określenie statku, a potem bohatera.

EDIT: Sam fakt wymierania światów, w moim odczuciu nie wymaga wyjaśnień. Taka wizja, nieco baśniowa, mglista wkomponowuje się w estetykę wspomnień niezwykłego bohatera.

No, jest i głos i kołysanka – dźwięczy to opowiadanie pięknie, wspaniały język! Ale i kołysze do snu, bo staje się w końcu monotonne, więc pomimo naprawdę dużej przyjemności z lektury, również przeskanowałam kilka fragmentów. Zakończenie – wymagające nieco intelektualnego wysiłku (któremu nie wiem, czy sprostałam, bo jednak pozostało dla mnie dość niejasne) nieco mnie ożywiło, na szczęście :))

Hej:)

Mam wielki problem z tym opowiadaniem. Mianowicie chciałbym żeby było czymś więcej niż jest ;)

 

 Wiedziałem, że to nie s-f, chociaż mogło by nim być. Mogłem się z tym pogodzić i się z tym pogodziłem. Ale pokonując kolejne zdania miałem nadzieję, że skoro to nie jest celem opowiadania, to jest w tym coś więcej niż tylko wizja niesamowitych światów, których istnienie to jedynie wola autora. Liczyłem na przesłanie, na parabole, na prawdy które zmieniają wszystko, no bo przecież po coś to opowiadanie powstało ;)

 

Byłem prawie pewny, że coś tam jest i kiedy wydawało mi się, że zaczynam dostrzegać w tej eksplozji przyjemnych dla oka zdań coś bardziej doniosłego niż depresyjne – nic nie ma sensu, musiałem skapitulować. Zacząłem sam nadawać tym zdaniom upragnionego znaczenia. W końcu zrozumiałem. To dobrze napisane (pod względem technicznym ) opowiadanie nie miało zaspokoić moich fantazyjnych oczekiwań, ale wpisać się w założenia konkursu…

 

CF wzięło dobrze przygotowany tekst. Dobrze pasujący do tematu. W końcu było dziesięć światów na dziesięciolecie, czyż nie?

 

Czwartkowy Dyżurny :)

To jest dobre opowiadanie, żeby nie powiedzieć – bardzo dobre : ) Ma, oczywiście, swoje mocne i słabe strony, o których już nader wyczerpująco pisali co po niektórzy Szanowni Przedpiśćcy. Moim zdaniem, najjaśniejszym akcentem tego opka jest oniryczna  wizyjność, zakropiona przenikliwą, wszechogarniającą atmosferą nieuchronnego końca (wszech)świata i odosobnieniem głównego bohatera.

NoWhereMan przywołał znienawidzonego przeze mnie (serio) Małego Księcia. Mi – ni z tego, ni z owego – przypomniał się stary, dobry Odyseusz. Wszedł mi do głowy klasyczny topos superbohatera-po-przejściach powracającego do tego co najistotniejsze, w czasie, gdy świat uległ/ulega jakiejś dotkliwej degradacji, deformacji. Przyznacie sami, klasyczna rozkminka : ) Ale zawsze chwyta za serce.

Ale nie o odniesienia mi chodzi, bardziej o sposób pisania. Podobnie jak malarz nakłada warstwy farb i kolorów na płótno, pisarz powinien umiejętnie nakładać kolejne warstwy nastrojów i treści, aby osiągnąć efekt całkowitego i nieodwołalnego czytelniczego zauroczenia. W tym opowiadaniu literacki flow bardziej ciąży ku poetyckiej frazie, która znacznie odbiega od spójności i ulogicznienia, tak typowego dla twardszych odmian SF. Choć wydaje się to trudne do wytłumaczenia, a tym bardziej do wykonania, ten właśnie oniryczno-poetycki typ pisania nadaje całości specyficznej, metafizycznej głębi. Wzbudza we człowieku (czyt. we mnie) metafizyczną grozę istnienia i napawa lekkim, egzystencjalnym pociągiem do rzeczy tajemniczych, nienazwanych i odjechanych ; ) Pzdr.

...always look on the bright side of life ; )

coboldzie, nie wiem, czy zauważyłabym to rozgraniczenie między historią bohatera a historią planet – a jest i być może gdybym jakoś powiązała światy ze wspomnieniami, to granica by zniknęła. Dzięki za spostrzeżenie odnośnie eksploratora, bo też by mi najpewniej uciekło. I za pozostałe pouczające słowa :) Zmieniłam już tekst na Inne.

Werweno, całe szczęście, że nastąpiło jakieś ożywienie! :) Stety niestety, ta forma sprawozdania, jaka mi wyszła, ma jednostajny charakter, a ja potrafię wpaść w ton wręcz mantryczny :P Dzięki za klika!

Blacktomie, fakt, puenta opowiadania (z dwiema furtkami) poza twistem pomiędzy tytułem a końcem może nie być w pełni satysfakcjonująca. Rozumiem twoje odczucia. Dzięki za komentarz.

Jacku, ależ fajne skojarzenie z Odyseuszem. Jakby mi mózg pracował na większych obrotach, może bym nawet skojarzyła tych bohaterów. A tu człowiek bardziej był zajęty limitem znaków i dziesiątką… Absolutnie zakochałam się w twoich słowach o oniryczno-poetyckim typie pisania :D Dziękuję pięknie za odwiedziny, świetnie się od was uczyć i czytać wasze opinie. Nadal, po tylu latach, nic się nie zmienia w tym względzie.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

smiley

 

...always look on the bright side of life ; )

Twist i zaplanowane aż dwie drogi rozumienia tekstu? Normalnie muszę przeczytać raz jeszcze, bo umknęły mi te niebanalności :) Powaga. Gotów jestem przyznać się do błędu ;)

 

Pozdrawiam:)

Bardzo nietypowe opowiadanie i wymagająca lektura. Pokaz płodnej wyobraźni w aż dziesięć światów. No… z rozmachem. Czytało się. Troszkę przeszkadzał mi lekko pompatyczny ton narracji, ale może to tylko nieuzasadnione wrażenie. Gratuluję, jeszcze raz, publikacji w antologii. 

 

Ciao!

Fajny tekst, bardzo podobają mi się wszystkie światy, które przedstawiłaś. Pewnie i tak do końca nie zrozumiałem, ale czytanie tego było satysfakcjonujące samo w sobie :) Jedyne co mi się jeszcze rzuciło w oczy, to słowo “zajumać” – wiem, że to wypowiedź bohatera, ma prawo być osobliwa i pewnie tak ma być, ale trzy razy to czytałem, czy aby na pewno mój mózg nie podstawia mi czegoś innego niż jest faktycznie napisane ;D

Verman

Dzięki za wszystkie kliki do Biblioteki, a nawet nominację ;)

Pompatyczny ton narracji może być uzasadnionym wrażeniem, Blackburnie ;) Dziękuję i cieszę się, że zawitałeś.

Vermanitusie, satysfakcja czytelnika to najlepsze, co mogłam osiągnąć. Zajumać, mówisz. Cóż, bardzo podoba mi się słowo juma. Podobnież pochodzi gdzieś z terenów przy granicy z Niemcami i okresu PRLu – lubię film Juma, jeśli chodzi o tamte realia. “Zajumać” też uwielbiam ;D Kojarzy mi się jako kompromis między beznamiętnym słowem kradzież a całą gamą przekleństw ;) Dziękuję za wizytę!

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Ogólnie mam dobre wrażenia z tego tekstu – podobał mi się nostalgiczny, lekko senny rytm opowiadania i sporo ciekawych koncepcji. Ja w sumie lubię nonszalancję, z jaką odrzucasz ograniczenia “science” i idziesz w kosmiczne “fiction” ;) Kreacja najróżniejszych światów to chyba Twoja charakterystyczna cecha, choć muszę powiedzieć, że w pewnym momencie poczułam się znużona i lekko zdezorientowana. Zapewne wynika to z ograniczeń konkursowych – musiało być dziesięć, musiało się zmieścić w limicie i wiele rzeczy pozostało niezbyt zrozumiałych, a interesujące koncepcje na światy zostały siłą rzeczy potraktowane dość powierzchownie. 

Końcówka jest intrygująca, choć nie w pełni dla mnie zrozumiała. Natomiast klimat umierającego Wszechświata świetny. Lubię dekadencję :)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Misię :) Czytałam już w antologii jakiś czas temu, ale tak mniej więcej pamiętam. Przede wszystkim pamiętam, co mi niesamowicie nie podpasowało, a co w sumie najbardziej dotyczy końcówki, więc tak zacznę od końca, żeby najlepsze zostawić na potem ;)

 

Już chyba ktoś wcześniej pisał o Małym Księciu. I ja miałam podobne skojarzenia. Cieszyłam się z tego klimatu w pewien sposób pustego wszechświata, który przemierza młody, postrzegający rzeczywistość w dziecięcy sposób, bohater. Te wszystkie rozważania dotyczące samotności na Spowiedniku i Płomyk, i pojawienie się tajemniczej istoty po jednej z wizyt tak nienachalnie, a jednocześnie jasno korespondowały z Małym Księciem. I to wszystko było świetne. W mojej głowie Twoje opowiadanie urosło do rangi misternej, wspaniałej konstrukcji, którą jednak z łatwością zburzył przedostatni akapit :( A może i również nałożyła się na to monotonia kilku wcześniejszych. W każdym razie przez naprawdę długi czas byłam niemalże pewna, że dostanę jakąś prawdę objawioną, jednocześnie prostą i płynącą z treści. Tymczasem dostałam wymuszenie szokujący finał. I z przykrością muszę stwierdzić, że nie zdziwiło mnie to aż tak bardzo :(

 

W Twoich opowiadaniach, które czytałam, znalazłam sporo, nie wiem czy to słowo dobrze odda istotę rzeczy, “udziwnień”. Trochę już o tym pisałam zdaje się przy “Pocałunku, Judasza” w kontekście nie robienia czytelnikowi miejsca na przemyślenia. Może to głupio brzmieć przy takim finale, jaki tutaj mamy, ale jak dla mnie trochę na siłę dałaś to zakończenie, jakby celowo starając się napisać coś nadzwyczajnego, jak najbardziej odbiegającego od normy. W Interferencji i superpozycji też tak trochę co prawda było, ale akurat spodobało mi się, bo w tamtym tekście takie “odjechane” zakończenie miało większą rację bytu. Tutaj, jak dla mnie, kłóci się z tą zwyczajną samotnością, którą tak pięknie symbolicznie oddałaś umiejscawiając w kosmosie przy końcu świata. A może właśnie niepotrzebnie szukam tej symboliczności, tak samo jak Blacktom, a jej tam wcale nie miało być? :(

 

Także wielce nieusatysfakcjonowana końcówką przechodzę do rzeczy, którymi byłam tak samo wielce, tyle że oczarowana. Szkoda tylko, że nie na tyle, żeby zapomnieć o tej końcówce. Finał wieńczy dzieło, ale czasem trzeba uważać, żeby jego nie przytłoczył. Dobra, już kończę narzekanie, wracam do samego początku. Tytuł zdecydowanie bardziej podoba mi się w drugiej odsłonie, czyli Kołysance satelitów. Bo zaprezentowany w sposób albo, albo jawi mi się właśnie jako taka możliwość wyboru. Całkiem ciekawy koncept, moim zdaniem mający rację bytu w kontekście Twojego opowiadania. Ale wielce prawdopodobne, że kompletnie nie o to Tobie chodziło :D

 

Kolejna sprawa to język. Z tych kilku Twoich opowiadań, które miałam okazję czytać wyłania mi się całkiem nietuzinkowy styl. Takie zderzenie poetyckości z nowoczesnymi słowami. Łączysz abstrakcyjne pojęcia z dobitnym, surowym nazewnictwem.

 

Wydłużyłem swoją agonię, wyłączając kilkadziesiąt funkcji statku. Wszystkie gwiazdy zgasły już lub wybuchły.

Na przykład tutaj. Takie śliczne zdania, szczególnie to drugie, wybrzmiewające na tle pierwszego. Takie kontrastowanie widać też w większej skali – akapitów, a nawet fragmentów. Daje taki interesujący, charakterystyczny dla Ciebie efekt ;)

 

 

Czasem wydawała z siebie niskie jęki, jakby odgłosy wielkiej, zranionej ryby z oceanicznej głębi.

A jak już tak wspominam o Twoich tekstach, to skojarzenia z Usłysz mnie, śpiewam w głębinach są nielosowe? :D

 

Bohater mi się spodobał. Świetny opis spotkania z dziewczynką. W sumie robisz bohatera samym początkiem. Potem bardziej koncentrujesz się na opisach napotykanych światów. Poprawnie i w porządku. W sumie nawet te światy są ciekawsze niż wydarzenia na statku. Na statku jest dużo przemyśleń i myślę, ale wbrew temu wydaje mi się, że przemyślenia na planetach przydałyby im głębszego charakteru. Na przykład ta część o mnichu na Modlitewniku – moim zdaniem bardzo udana.

Jeszcze o tych światach ciągnąc, to trochę szkoda, że najczęściej przypisane są im takie bloki tekstu. Ale i tak uważam je za niezwykle pomysłowe i interesująco oddane :)

 

A dwa ostatnie zdania mi się podobały :) W sumie drugie bardziej ;)

To dosyć trudne w odbiorze opowiadanie. I nie ze względu na wykonanie, tylko sam temat. W końcu koniec cywilizacji i wszelkiego życia, nie tylko ludzkiego, ale w ogóle we Wszechświecie jest z natury trudny do wyobrażenia i uznanie tego za pewnik jest mocno kontrowersyjne. Twój pomysł nie jest więc czymś, co mnie przekonuje, ale nie można ci odmówić konsekwencji w jego realizacji. Czytałem z ciekawością o kolejnych planetach, ich nazwy to dodatkowy punkt do zainteresowania. Taka forma relacji bez dialogów zawsze jest pewnym wyzwaniem, by nie znużyć czytelnika. Nie znużyłem się, powiem nawet, że wręcz jest ona nieodzowna w takim (twoim) opowiadaniu i wykonałaś to z dużym kunsztem.

Nominowałbym opko do piórka, gdybym uwierzył, że tak może się zdarzyć, ale nie wierzę. Dodatkowo rok 16500 brzmi trochę naiwnie, dinozaury wyginęły na Ziemi 65 mln lat temu, a żyły na niej przez 135 mln lat i to wszystko w skali jednej planety. Nawet jeśli powiesz, że to niekoniecznie data naszej ery po Chrystusie, to i tak brzmi to mało przekonująco.

Podsumowując, bardzo mi się podobało, z jednym tam małym zgrzytem.  

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Mirabell, dzięki za wizytę, tak właśnie było, to jabłko trzeba było okroić do takiego średniej wielkości ogryzka ;< Cieszę się, że klimat przypadł do gustu. Sens końcówki zdradza (przynajmniej w mojej głowie…) tytuł. Zaraz o tym napiszę odnośnie wypowiedzi lenah.

 

Lenah, po pierwsze naprawdę się cieszę, że zerknęłaś do antologii. 

Co do samotności, o której piszesz, i moich udziwnień, to nie jestem zaskoczona takim odbiorem, bo myślę raczej w dziwacznych kategoriach, najczęściej makro. Dla mnie samotność kreatora jest najgorsza z możliwych, samotność jednostki, która musi się podzielić, rozedrzeć, żeby kogoś spotkać (było to też w “Sztuce samotnej nicości”). Dlatego bardzo optuję za zakończeniem biorącym dosłownie to, co się dzieje, ale szanse są 50/50, że to tylko Łapiduch w ten właśnie sposób wygasił świadomość złapanej przez siebie jednostki, samotnej we wszechświecie – dając sen o powielaniu swojego bytu.

Ten tekst powstał wcześniej niż wielorybi, ale tak, mam zajawki do głębin i ich mieszkańców.

Kłaniam się w pas w kwestii języka. Dziękuję za wszystkie uwagi techniczne, idą do mojego notatniczka i będą pragmatycznie wykorzystywane w przyszłości :) Piszesz bardzo cenne komentarze, fajnie, że jesteś.

 

Darconie, dobrze jest czytać, że opowiadanie się spisało. Ale jeszcze lepiej czytać uwagi krytyczne. Co do tego roku, to zapomniałam rozwinąć koncepcję, wedle której zmieniono moment odliczania. Zapomniałam, bo byłam bardziej skupiona na cięciu tekstu niż dopisaniu kilku smaczków. A potem już nie próbowałam tego dodać, bo nie wydawało mi się istotne i wprowadziłoby wątek, którym chciałabym jeszcze błysnąć w kilku miejscach opowiadania. Także w ogóle nie dziwię się nie kupieniu roku, bo nie ma on dobrego odniesienia do naszej rzeczywistości. Właściwie to czekałam, kiedy mnie ktoś na tym przyłapie :P Dzięki za lekturę.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

I jak ja tu mam komentować po tym, co mi powiedziałaś na piwie a propos opowiadań… ;)

 

Podobało mi się. Jest na tyle pomysłów i fajnych zdań, że ogólne wrażenia bardziej na plus. Konstrukcyjnie, moim zdaniem, niezbyt dobrze. Ton całej relacji jest dość suchy, bohater nijaki (chciałem napisać: merysujkowy, ale zupełnie nie pasuje :( przynajmniej opowiadanie trochę sajfajowe! choć nie do końca… ;P ). Zakończenie i olśnienie narratora przychodzi nagle, zbyt nagle. No i mam wrażenie, że nie ma tu akcji, a wszystko jest po prostu wspomnieniem, które trudno przeżywać. Ale skoro pisałaś to już dawno i wiem, że teraz piszesz lepiej, nie będę się rozwodził. 

Zatem rozumiem Twój ambiwalentny stosunek do tego opowiadania :)

Spodobał mi się też ponownie użyty motyw samotnego wieloryba.

I zastanawiam się, czy niektóre z wykorzystanych tutaj pomysłów znajdą się w “Openminderze”. 

Dzięki za bardzo Enazetowe / Nazowe opowiadanie.

W dość charakterystyczny dla siebie sposób podstawiłaś głównego bohatera pod ścianą. Umieściłaś kolesia w rozpadającym się wszechświecie, przypartego do muru w beznadziejnej sytuacji, bez możliwości ucieczki.

– Módl się, chłopcze, żeby zdechła, bo każą ci ją wyruchać.

Myślałaś kiedyś o wydaniu tomiku z takimi strofami, np pod tytułem "“Poezja Umierającego Wszechświata”? Wrzuciłbym do niego jeszcze to:

Podleciałem do martwego Androbywatela i załadowałem jumę, czując się odrobinę jak nekrofil, wtykający przyrodzenie w świeże zwłoki.

Nie do końca umiem się zgodzić z faktem, że broda nastolatka może rosnąć w przyspieszonym tempie, a jego synapsy w mózgu nie potrafią przystosować się do tempa ginącego kosmosu i jego myśli płyną spowolnione, głowa pracuje wolniej niż reszta ciała; osoba w ten sposób nie osiąga dojrzałości psychicznej, ale osiąga fizyczną. Ale traktuję to jako skrót myślowy, którego rozwinięcie mogłoby prowadzić do jakiegoś szerszego wyjaśnienia, co ujęłoby nieco z poetyckości tego tekstu. Albo wręcz jedyny możliwy sposób przedstawienia stopniowego zanikania czasu dla nas, istot trójwymiarowych, uwięzionych w jego matni. Przedstawiony przez Ciebie obraz odbieram tak, że czas płynie tylko dlatego, że zmienia się jakaś tam wielkość grawitacyjna kosmosu.

Poszukiwanie impulsów pośród gasnących gwiazd przypomina obraz człowieka zamkniętego w komorze deprywacyjnej. Umiejętnie pokazujesz w ten sposób od czego człowiek jest uzależniony, a nie zdaje sobie z tego sprawy, a oprócz bodźcowania, mamy: światło, czas, przestrzeń, energię i oczywiście kontakty społeczne. Ograbiłaś głównego bohatera ze wszystkiego, gratuluję kreatywności. Prawdziwa z Ciebie Niszczycielka Wszechświatów…

Pomysły ginących planet wyborne, w tej kwestii zawsze mogę liczyć, że zostanę czymś zaskoczony.

Najbardziej podobały mi się epizody: odnalezienia dziewczyny (zarażonej wrzosiczką) ze stacji głównej oraz najbardziej samotnego wieloryba na świecie (ten ostatni – miodzio).

Podejmowana przez Ciebie próba definiowania życia mocno kojarzy mi się z twórczością Stanisława Lema.

Krzyk samotności, jak wydobywa się z ostatnich akapitów, jest tak przejmujący, że prawie poczułem dreszcze na plecach.

 

Wizję niektórych światów oszałamiające, i na pewno chciałbym przeczytać o nich coś więcej. Czytało się super, choć sama końcówka jak dla mnie odleciała trochę za daleko i mocno mnie przerosła. Mimo to jestem w przeważającej części pod wrażeniem :)

<Borze, co ja znowu gadałam o opowiadaniach…>

Fun, dziękuję za lekturę, marnie ci idzie przedrzeźnianie moich wysublimowanych spolszczeń :P Ale poza tym trafne obserwacje i wnioski. Poza myślą, że coś z tych motywów znajdzie się w Openminderze. Nope, książka jest socjologiczną dystopią, akcja poza Ziemię nie wykracza (przynajmniej w pierwszej części).

 

Nimrodzie, jak zawsze miło cię było gościć, a już czytać opinię to w ogóle miodek :) Zdecydowanie dobrze, że potraktowałeś pewne rzeczy jako skróty myślowe… Dość pobłażliwie potraktowałam kilka spraw. Cóż za piękny tytuł, Niszczycielka Wszechświatów ;D Jak już dadzą mi tego mojego Nobla (umiem patrzeć poprzez czas, to wiem), to się tak będę tytułować ;)

(mam nadzieję, że wszyscy wyczają ironię)

Bardzo się cieszę, że można coś mojego skojarzyć z Lemem. To dla mnie największy komplement. Dziękuję ci niezmiernie za komentarz :)

 

zygfrydzie, przywiało cię z rubieży czasu do mnie, bardzo się cieszę. A jeszcze bardziej, że tekst wywarł wrażenie.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Nowa Fantastyka