- Opowiadanie: TheLastAxeman - Odpowiedź Cesarza II

Odpowiedź Cesarza II

Inspirowany carską Rosją świat rozbity na zawieszone w astralu sfery, gdzie podporą władzy są utrzymujący portale magowie. W drugiej części “Odpowiedzi Cesarza” Cecylia Antonowna staje twarzą w twarz z zamieszkami, które opanowały Biełydar. 

Oceny

Odpowiedź Cesarza II

Chaos opanował ulice Biełydaru i rozpostarł swoje władanie nad jego mieszkańcami. Lęk pod rękę z dezinformacją poganiały ludzi we wszystkich kierunkach tak, aby podejmowane przez nich działania i nadarzające się po drodze spory tylko zwiększały skalę zamieszania. W niektórych miejscach utworzono milicyjne kordony, padło też parę strzałów w kierunku rozwrzeszczanej tłuszczy. Tego rodzaju czyny tylko wzmogły agresję tłumu i w niektórych okolicach doszło do starć pomiędzy rozwścieczonymi robotnikami a milicją. Tylko jednej osobie z drogi usuwali się wszyscy – gdzie stanęła Cecylia Antonowna, tam na chwilę zamierał konflikt i przygasał ogień, gdyż w powiewającym za nią jak skrzydła płaszczu wyglądała naprawdę groźnie. Oksana spieszyła jej śladem, starając się nie oddalać zbytnio od swojej nauczycielki, ale zamieszki jakie ogarnęły miasto przytłaczały ją. Nigdzie nie czuła się tak szczęśliwa, jak w odciętej od codziennych problemów Akademii, gdzie dysputowano nad teorią magii i podobnymi sprawami, ale kwestie społecznych niepokojów, biedy i nastrojów panujących wśród niemagicznej ludności pomijano. Tutaj rzeczywistość uderzyła w nią ze zdwojoną siłą, atakując gorącem ognia, smrodem prochu i gryzącym dymem. Widziała, jak dwójka milicjantów brutalnie tłucze kolbami karabinów jakiegoś człowieka, a kilka kroków dalej szlochem zanosi się młoda dziewczyna wyglądająca na jego córkę. Czarownica nie zastanawiała się długo i wymierzyła w strażników różdżką, śląc w ich kierunku wiązkę błękitnej energii. Pocisk odrzucił ich – jeden wpadł w grupę przebiegających dokądś satyrów, którzy wzięli go w obroty, pokazując siłę swoich kopyt, rogów i zębów. Drugi uderzył w stojący u wylotu uliczki stragan, ale pozbierał się szybko i klnąc donośnie zaszarżował na Oksanę z bagnetem.

Omiotła go fala ametystowego ognia, spowijając całkowicie postać milicjanta. Zwłoki padły na ziemię fizycznie nietknięte, chociaż chorobliwie zimne i blade. Wyglądało to, jakby smuga fioletowych płomieni nie zraniła jego ciała, ale do cna wypaliła tkwiącą weń duszę. Oksana obejrzała się w stronę źródła upiornych ogni, dostrzegając Cecylię uderzającą główką różdżki we wnętrze lewej dłoni.

– Nie raz to jeszcze dzisiaj zrobię – przelotnie zerknęła na zabitego przed chwilą człowieka i skinęła swej uczennicy głową, by ta ruszała za nią – Wyczuwam, że jest w tym mieście niejeden mag Szkarłatnych! – krzyknęła, gdy przedzierały się w kierunku komisariatu – Widziałam i słyszałam też kilku demagogów wykrzykujących rewolucyjne hasełka! Do kroćset, to było już dawno zaplanowane! – posłała swoje ametystowe płomienie w kierunku stojącego na jakimś podwyższeniu człowieka o szerokim czole, który roztaczał przed słuchającym go tłumem wizję upadającego Caratu i końca wyzysku.

– Oto odpowiedź Cesarza! – wrzasnęła, przebiegając między nimi. Ciało agitatora leżało już bez życia, a jego niedawni słuchacze pospiesznie rozchodzili się, niemal równie bladzi jak trup, który przed chwilą kreował się na jednego z wodzów powstania i przyjaciół ludu.

Mijając skrzyżowania, mniej lub bardziej pełne ludzi i wybuchających konfliktów, Oksana przystanęła wreszcie i rozejrzała się na boki. Serce zabiło jej szybciej, gdy tylko zdała sobie sprawę jak niedaleko miejsca zamieszkania swej ciotki się znajduje – skupiła się i odnalazła myślami Cecylię, której umysł był znajomy i wyraźnie się odcinał na tle miałkiej, roztrzęsionej chmary jaką tworzył jaźnie mieszkańców miasta.

Idź dalej, mistrzyni, zakomunikowała. Dzieje się tu zbyt wiele złego, bym zostawiła swą rodzinę na pastwę losu!

Odpowiedź od Cecylii dotarła do niej – czysta i pozbawiona zakłóceń, bowiem także z telepatią radziła sobie wyśmienicie. A więc idź, kruszynko. Chociaż mam złe przeczucia i nie wybaczę sobie, jeśli coś ci się przeze mnie stanie!

Oksana biegła już w kierunku kamienicy, gdzie mieściło się mieszkanie jej ciotki i kuzynek. Przepychała się między starcami i dziećmi, groziła różdżką agresywnym buntownikom, przez chwilę nawet musiała osłaniać się przed ostrzałem milicji, acz z pomocą swej magii sprawiła, że karabiny eksplodowały im w dłoniach i puściła się dalej, dysząc ciężko przez wszechobecny nagle dym, którego źródłem była wiadoma kamienica.

– Szlag by to! – chowając się za jednym z budynków rozpoczęła inkantowanie czarów, które miał osłonić ją przed ogniem i dymem, aby mogła bez przeszkód odnaleźć swoich krewnych w płonącej kamienicy.

Na klatce schodowej było pusto, a Oksana nie myśląc wiele ruszyła na drugie piętro, gdzie mieściły się pokoje należące do jej rodziny. W całym zaaferowaniu zapomniała prewencyjnie wybadać, czy gdziekolwiek tu są jakieś żywe istoty i teraz miała ponieść konsekwencje zapalczywości.

Gdy pchnęła nadpalone i obtłuczone czymś drzwi, zobaczyła leżące na podłodze kobiecie ciało. Przypadła doń, rozpoznając swą lekko kurpulentną ciotkę. Zlepione mieszaniną popiołu i krwi płowe włosy zakrywały część twarzy martwej już kobiety, a klęcząca przy niej Oksana płakała. Otarła oczy i wstała, bo rozłożyć szeroko ręce i wyskandować kolejne zaklęcie – magia posłuchała jej z oporem, ale wreszcie przywołany wiatr częściowo rozproszył dym. W drzwiach prowadzących do sypialni leżał jej wuj, toteż w drodze tam przeskoczyła zwłoki i rozejrzała się w poszukiwaniu kuzynek.

– Nadia?! Irina?! – zawołała, nie otrzymując jednak żadnej odpowiedzi. Jak w gorączce przeczesała resztę pomieszczeń, ale dziewczynek nie było nigdzie. Walczył ze łzami cisnącymi się jej znowu do oczu wróciła na schody i wybiegła na ulicę. Czy mogła zrobić coś innego? Czy gdyby nie przybyła wcześniej na wezwanie Cecylii, to zdołałaby ochronić swoich krewnych? I dlaczego nigdzie nie było ciał jej kuzynek?

Rozmyślania Oksany przerwał nagły i porażający ból, gdy coś uderzyło ją w plecy i dotkliwie poparzyło. Dziewczyna krzyknęła donośnie i zwinęła się, jej następne zaklęcie było całkowicie instynktowne i wyrosłe z emocji – czarownica otoczyła się drżącą, świetlistą kopułą energii o którą zaraz znów uderzył płomienny bicz, powołując do życia chmarę iskier. W odległości pięciu metrów od osłony Oksany stał ubrany niechlujnie mężczyzna w kaszkiecie – nikomu nie wyglądałby na maga, ale Oksana odgadła już, że to jeden z agentów Szkarłatnego Kolektywu.

– Nowe owieczki Cara są coraz gorszymi magami – wyszczerzył się zbójecko i na próbę znów smagnął biczem w tarczę Oksany. Bariera wytrzymała, chociaż wiedźma spodziewała się że nie potrwa to długo. Szybko się męczyła, poparzone plecy dalej potwornie ją bolały – No, ale zabiorę cię do kuzynek.

– Gnida! – warknęła i wycelowała w niego różdżką. Na chwilę bariera rozwiała się, a dziewczyna cisnęła we wrogiego maga błękitnawym wyładowaniem.

Napastnikiem rzuciło, acz jego osłony przed wrogą magią były wystarczająco silne i nie odniósł żadnych obrażeń poza kilkoma obtłuczeniami. Korzystając z chwili jego rozproszenia Oksana zamierzała zaatakować ponownie, ale uniemożliwił jej to wystrzelony skądś pocisk, który wbił się jej głęboko w tylną część uda. Ból był straszny, a ona z przerażeniem stwierdziła, że traci panowanie nad swoją mocą. Magia odpływała poza jej zasięg, wymykała się spod kontroli i Oksana wiedziała już, że kula zawierała domieszkę martwego żelaza, metalu używanego do polowań na magów.

Gdy miała już upaść na ziemię, czyjeś ręce chwyciły ją od tyłu i brutalnie przytrzymały. Widziała, jak członek Kolektywu zbliża się i szczerzy nadpsute zęby.

– Mówiłem, że zabiorę cię do kuzynek. I tak długo nie powierzgasz, postaraj się po prostu nie zemrzeć po drodze.

 

***

Okolice komisariatu wyludniły się i wyglądały, jakby przeszło przezeń wyjątkowo rozgniewane tornado – wybite okna, skruszone płaskorzeźby i pęknięcia na ścianach, zaś sama siedziba tutejszych służb porządkowych zmieniła się w gruzowisko, które ktoś udekorował zmasakrowanymi ciałami funkcjonariuszy i cywili.

Stiopie pozostało niewiele życia. Świat przed oczyma widział jak przez mgłę, rozmyty i niewyraźny – nie czuł nic poza tępym bólem niewiadomego pochodzenia, który zdawał się powoli miażdżyć od środka całe jego ciało. Ktoś stanął nad nim, ale chyba minęło wiele czasu nim komisarz zdołał to zarejestrować. W innych okolicznościach rozpoznałby, że ktoś sonduje jego umysł i bez większej ostrożności przepatruje wszystkie istotne informacje, dowiadując się części prawdy o tym, co doprowadziło do obecnej sytuacji w Biełydarze, jednak teraz pozostał bierny, ściśnięty między uderzeniami swojego serca i włóknami mięśni. W chwili, gdy nie do końca obcy ktoś skończył lustrować jego mózg, Stiopa poczuł wszechogarniającą ulgę – coś odegnało jego ból, tak jak odegnało z jego ciała ostatnie strzępy życia.

– Nie podejrzewałam cię o tak ambitne plany! – skwitowała to Cecylia Antonowna, gdy skończyła już analizę wspomnień i myśli Stiopy, a potem bezboleśnie pomogła mu umrzeć. Zmierzając tu, zamierzała rozprawić się z nim jak z jednoznacznym zdrajcą Caratu – najnowsze odkrycia zmieniły jednak wszystko, stawiając postać zmarłego komisarza w zupełnie innym świetle. Pozornie przeciętny, małostkowy funkcjonariusz okazał się uczestnikiem tajemniczego planu mającego na celu zwabienie w pułapkę przywódcy siatki terrorystycznej i wcześniejsze rozpracowanie jej, jednak ludzie z Kolektywu okazali się dla Stiopy zbyt sprytni i niedoszły myśliwy nie wiedział nawet, że dawno samemu zmienił się w zwierzynę. Apogeum tego rozgrywało się dzisiaj, rozlewając się po Sferze Biełydarskiej falą niepokojów i wystąpień.

Czarownica zacisnęła zęby, przywołując znaleziony w jaźni Stiopy obraz jego zabójcy – kogoś, kogo przesłuchiwany przed paroma dniami robotnik określił mianem "diabła". Wizja nie była wyraźna, rozmywała się i skrywała prawdziwą naturę tej istoty, chociaż Cecylia nie wątpiła już, że ma do czynienia z tym samym bytem, który poraził Oksanę podczas korzystania z kryształu pamięci.

Wtedy stanął przed nią, pośród ruin i trupów. Podobny własnemu wspomnieniu – możliwy do zobaczenia, ale nie do rozpoznania. Pozornie ludzka postać, której obecność budziła mimowolny dreszcz na karku i wściekłą podejrzliwość wszystkich magicznych zmysłów.

– Niegdyś musiałeś być człowiekiem – przemówiła po chwili wiedźma, czując się jakby świat poza placem na któym się znajdowali wyparował – Nie potrafisz ukryć tego przede mną.

– Potrafię – odparł głos, który każdy zwykł człowiek odebrałby jako zwyczajnie ludzki. Rzecz w tym, że czarownica słyszała więcej i czuła, jak dobiegające z ogromnej, obcej głębi słowa dudnią jej pod czaszką – Ale jaki miałoby to sens? Poza tym, przecież znaliśmy się niegdyś.

Wtedy też ujrzała go właśnie takim, jak wiele lat temu – jasnowłosy, wiecznie zamyślony mężczyzna niewielkiej postury, zapalony badacz welezjańskiego. Oficjalnie zmarły w tajemniczych okolicznościach profesor z Akademii, który bardzo wiele ją nauczył – Aleksander Siewienckoj.

– W istocie – skinęła głową i wypuściła powietrze z płuc – Kto by pomyślał, że największy geniusz welezjańskich zaklęć zniży się do przewodzenia bandzie szkarłatnych wywrotowców.

– To tylko środek do osiągnięcia celu – wyciągnął przed siebie lewą dłoń, w której zmaterializował się nagle powyginany kostur z obcego, przypominającego nieco obsydian materiału. Otaczał go nimb bladego ognia, z którego mocy Cecylia sama nie tak dawno korzystała – Kolektyw jest naiwny, a jego rzeczywiste czy głoszone poglądy mijają się z jakąkolwiek prawdą. Ale to domena wszystkich ludzi, prawda?

– Sam sobie odpowiedz – kobieta uniosła ostrzegawczo swoją rózgę – Jeszcze się przekonam, do czego tak naprawdę dążysz.

– Przekonasz się, a jakże – niegdysiejszy profesor skinął głową powoli, w tej chwili biła od niego wyrozumiałość – Nikt inny poza tobą nie obcował z welezjańską magią na tyle długo, by po usłyszeniu prawdy móc ją przyjąć.

– To wybitnie kiczowaty moment. Myślałam, że jesteśmy na to za starzy – parsknęła i wycelowała w niego. Wzrok miała niewzruszony, może nawet znudzony – Nie jestem w nastroju na takie dramaty, panie profesorze – wymówiła jego tytuł z wyraźną zjadliwością.

– Zobaczymy.

Za postacią Siewienckoja zatańczyła nagle gęsta chmura szkarłatnej mgły, z której wymaszerowała jakaś grupa. Praktycznie wszyscy jej przedstawiciele byli magami, o raczej pospolitym potencjale, szok w Cecylii wywołała tylko trójka dziewcząt wyglądająca na zakładniczki.

– Oksana…! – wrzasnęła i przestąpiła krok do przodu, ganiąc się w myślach za to, że pozwoliła się jej wypuścić samotnie. Skrępowana sznurami i zaklęciami Oksana, na dodatek unieszkodliwiona martwym żelazem, była efektem jej niedbalstwa i zapalczywości.

– Nie jest sama – jeden z magów Kolektywu popchnął do przodu dwie niewielkie istotki w podartych, koszmarnie zabrudzonych sukienkach. W nich także tkwił się wyraźny potencjał magiczny i wiedźma wydedukowała, że muszą to być kuzynki jej uczennicy.

Cecylia gorączkowo zastanawiała się, do czego ktoś taki jak profesor Aleksander potrzebuje dwóch nieopierzonych dzieciaków nie będących jeszcze prawdziwymi magami i wszystkie rozwiązania krążyły niepokojąco blisko pewnego języka i związanych z nim płomieni. Nie chcąc tracić czasu, zamachnęła się rózgą i posłała w stronę swoich przeciwników poteżną falę jasnoszarej, jaśniejącej mgły.

Siewienckoj tylko uderzył swoich kosturem o bruk i fala welezjańskich ogni wylała się stamtąd niby z jakiegoś piekielnego źródła, kompletnie niwecząc efekt ataku Cecylii.

– Biała magia? – przekrzywił głowę. Wiedźma czuła się zszokowana, nie przywykła bowiem by ktoś tak łatwo i bez wyraźnego wysiłku radził sobie z jej czarami ofensywnymi. Nie aspirowała oczywiście do tytułu najlepszej bojowej maginiiw dziejach Cesarstwa i ustępowała w tej dziedzinie chociażby Złotym Szablom, ale tak czy siak coś takiego nie zdarzało się często – To do ciebie niepodobne, oj nie. Ale może ci się przydać.

Jeden z jego zauszników w tym czasie wyciągnął spod poły osmalonego płaszcza czarną, ciężką szkatułę która od razu przykuła wzrok ciemnowłosej czarownicy. Zaklęła w duchu, cały czas wypuszczając w kierunku swego niegdysiejszego mistrza smugi ognia lub mgły i samemu niwelując jego okazjonalne, wykonywane jakby od niechcenia ataki. Ten pojedynek był na razie nieprzyzwoicie wyrównany, ale Aleksander osiągał identyczne efekty o wiele niższym kosztem.

– Cholera, nie…! – było jednak za późno na protesty. Wieko zostało otwarte i to, co nastąpiło później na zawsze odmieniło Biełydar.

Żywy, kosmiczny mrok wypadł na wolność – jak plątanina najbardziej pierwotnego lęku, przerażenia i zaszczucia, sprzed nastania słów i imion. Na chwilę zgasł cały świat, jakby coś przerwało upływ czasu. Ostatnim, co przedtem usłyszała Cecylia Antonowna był przeraźliwy i wielce adekwatny do sytuacji krzyk dziecka, który zdawał się ciągnąć przez całą wieczność.

Wreszcie rzeczywistość odzyskała przytomność – czarownicy zaraz po otwarciu oczu zdawało się, że znajduje się w zupełnie innej Sferze i czasie. Wszystko śmiertelnie poszarzało, jakby coś pożarło kolory, a zasnute gęstymi chmurami niebo rozdzierały co jakiś czas zielonkawe, nieprzyjazne błyskawice i wykwity płomieni. Ziemia drżała, a powietrze wypełniało coś w rodzaju duszącego pyłu. Kobieta zaniosła się kaszlem, a oczy zaszły jej łzami. Podniosła się z trudem, nigdzie nie widząc swojej rózgi. Oksana!, grzmiała jej w głowie troska o uczennicę i jej rodzinę. Słaniała się na nogach przez krótki czas, bowiem wkrótce znów upadła, widząc pewną scenę.

Aleksander zmagał się z czymś, co musiało być ciemnością wypuszczoną z felernej szkatuły – bezkształtny zbiór dzikich, bezmyślnych macek, paszcz i dysonansów przypominał larwę złego, zdeformowanego boga. Przepełniał Cecylię głębokim obrzydzeniem i nieznanym wcześniej lękiem, przeganiał z głowy wszelkie racjonalne myśli.

Ucierpiała cała Sfera – fale welezjańskich płomieni ogarnęły całe dzielnice, ziemia drżała i ludzie umierali pod walącymi się budynkami. Czasem z ogni wybiegały przypominające potworne ogary istoty wyższe od człowieka o głowę, rozszarpując śmiertelników na strzępy. Jedna z takich nienazwanych bestii zwęszyła Cecylię i zaraz rzuciła się ku niej. Błękitnozielone, rozpalone ślepia były kompletnie pozbawione emocji, a wiedźmie zdawało się, że płomienie pokrywające skórzaste ciało ogara szepczą coś do niej…

Mimo wszystko ocknęła się na tyle, by znów stanąć na nogach. W ostatniej chwili wyciągnęła przed siebie dłonie i fala energii cisnęła istotą na tyle daleko, by Cecylia zdołała zmaterializować włócznię stworzoną z białej mgły. Oręż był tylko pozornie zwiewny i w dłoniach wprawnego czarownika czynił jak najbardziej realne szkody, o czym przekonał się bestia, do której wiedźma doskoczyła, aby przebić jej gardło. Stwór zaskrzeczał paskudnie i targnął jeszcze cielskiem, ale magia broni okazała się dla niego zabójcza.

– W jednym miałeś rację, profesorze – wydyszała, stojąc nad rozpadającym się na popiół truchłem – Biała magia faktycznie mi się tu przydaje.

Wspomniany przez nią Aleksander kończył właśnie swe zmagania z tym obcym, apokaliptycznym bytem. Wyglądał niemal równie upiornie, jak istota którą poskramiał – powoli stawał się jednym z tą bezmyślną, mroczną siłą narzucając jej swoją wolę. Był dla Cecylii jak chodząca wyrwa w rzeczywistości, rana dla magii i materii. Potężny, ale nie niepokonany, nawet mimo tego, jak niewiele człowieczeństwa w nim zostało.

Stała więc naprzeciw niego z włócznią w dłoniach, przytłoczona samą jego obecnością – przypuszczała, że słabszy mag lub zwykły śmiertelnik zgasłby na sam jego widok, ale ona miała szansę stoczyć z nim walkę. Chciała dać czas Oksanie, ale nie wiedziała czy w obecnej sytuacji działają portale prowadzące do okolicznych sfer, albo czy jej podopieczna wiąż żyje. Sama Cecylia Antonowna była jednak za blisko, by uciec przed tym, czym stał się jej niegdysiejszy mentor.

Zgarbiona, pozbawiona twarzy istota o szponiastych palcach przypominających zwęglone konary obróciła się ku niej, jakby węsząc.

Obawiam się, że to będzie ostatnia lekcja, jakiej ci udzielę – dobiegło ją zewsząd, nawet z wnętrza jej własnej duszy. Skrzywiła się z obrzydzeniem, czując się bezradna i naga wobec takiego wroga.

 

***

 

Przy życiu pozostała trójka Szkarłatnych i to oni zajęci byli odciąganiem wciąż nieprzytomnej Oksany i jej zapłakanej kuzynki z dala od epicentrum katastrofy. Skołowani i niepewni tego, co właśnie się stało przystanęli wreszcie w ruinach jakiegoś magazynu, łapiąc się za głowy. Nie rozumieli, co stało się z Biełydarem, który w jednej zadziwiającej chwili stał się cmentarzyskiem i terenem łowieckim welezjańskich ogarów. Udało im się raz opędzić od kilku takich stworów, ale za cenę życia dwóch swoich towarzyszy. Teraz magowie sprzeczali się, co zrobić dalej.

– Siewienckoj nas zdradził! – warknął jeden z nich, ten który odpowiadał za wcześniejsze unieszkodliwienie Oksany – Nigdy mu nie chodziło o sprawę i Rewolucję! Parszywy pies! – zaciskał pięści w gniewie.

– A teraz szlag trafił cały Biełydar – drugi z nich splunął, spoglądając co jakiś czas w stronę kompletnie załamanego dziecka i powoli odzyskującej zmysły Oksany – Może sobie jeszcze poużywamy, zanim tu zginiemy?

Oksana jęknęła coś, rejestrując już pełnię bodźców z otoczenia, ale przez działanie martwego żeleza dalej nie mogła robić czegoś ponad poruszanie gałkami ocznymi. Wyczuwała swoją magię, ale gdzieś daleko i czuła, jak całe jej ciało krzyczy w tęsknocie za mocą. Chciała zwalczyć działanie substancji, która pozbawiła ją możliwości obrony, ale nic to nie dało. Serce waliło jej jak oszalałe, chyba nie brakowało wiele by zeszła na zawał z troski o swoją kuzynkę. Nadia kiwała się w przód i w tył, miała pusty wzrok i tylko co jakiś czas łkała cicho.

Rewolucjonista zbliżał się powoli, pogwizdując beztrosko. Dziewczyna czuła smród jego potu, złorzecząc w duchu na cały świat. Krzyczała w myślach, wzywając na pomoc Cara, swoją mistrzynię i wszystkie dobre siły, ale nie pojawił się nikt, by tego obleśnego maga i jego koleżków stąd zabrać. Tak się jej przynajmniej na początku wydawało.

Jednak mężczyzna upadł w pół kroku i trzasnął podstawą czaszki o bruk. Chwilę jeszcze wił się w spazmach, a unosząc wzrok Oksana napotkała spojrzenie innego maga, tego który klął wcześniej na Aleksandra. Opuścił właśnie dłoń, a gdzieś na granicy poznania dziewczyna wyczuła, jak skończył rzucać czar, który pozbawił życia jego towarzysza.

– Nie poużywamy – rzekł gorzko, odpalając papierosa i przypatrując się trzeciemu członkowi Kolektywu – To byłoby żałosne – zaciągnął się wreszcie, wpuszczając w płuca dym z kiepskiego tytoniu – Tak jak nie będziemy już żadnymi rewolucjonistami – postanowił.

Nad Biełydarem przetaczały się kolejne zielone gromy, tnąc niebo bezlitośnie. Chyba przybierały powoli na sile, a wzmagający się wiatr sprawiał, że unoszący się w powietrzu szary pył zaczął się poruszać, jeszcze bardziej ograniczając widoczność.

– I co zrobimy z tymi dziewuchami?

– Nic – odparł, wzruszając ramionami. Strzepnął popiół z papierosa i po chwili otoczył ich telekinetyczną kopułą mającą osłaniać przed pyłem – Dość już zrobiliśmy.

 

***

Odkąd rozpętało się szare piekło Brama Sfer milczała, martwa i pusta jak oczy jej Strażników. Na próżno ludzie uciekający przed płomieniami i potworami szukali tam ratunku, licząc że zdołają dostać siię do innych światów. W czasie gdy Cecylia Antonowna toczyła nierówny, przytłaczający pojedynek ze swoim dawnym mistrzem, do Biełydaru przybyła szóstka jeźdźców, którzy odpowiedzieli wreszcie na wcześniejsze wezwanie komisarza Stiopy, choć nigdy już mieli nie spotkać tego, który wysłał wołanie o pomoc.

Sześciu członków Złotych Szabli – elitarnej formacji uderzeniowej Imperatora – wyłoniło się z nagle ożywionych wrót w materii i na grzbietach swych postawnych wierzchowców wparowało do Biełydaru. Spod kopyt ich koni tryskał ogień, który lśnił też w oczach zwierząt i pełgał po ostrzach broni. Puścili się galopem przez bezlitośni dla czegokolwiek, co zastawiło im drogę.

Przedostatni jechał mężczyzna noszący kostur zamiast lancy czy szabli, trzymając go wysoko w górze i otaczając cały oddział sferą, której zadaniem było chronić jeźdźców przed każdym potencjalnie szkodliwym wpływem tego środowiska. Byli gotowi na wszystko, wyposażeni w najpotężniejsze artefakty i zwoje, a wcześniej starannie selekcjonowani spośród najbardziej obiecujących absolwentów Akademii. Gdyby spojrzał na nich jakiś inny mag, mógłby oślepnąć od od bijącego z tych postaci blasku niewidocznego dla zwykłych śmiertelników.

I jak? padło telepatyczne pytanie wysłane przez ich dowódcę, sierżanta Dymitra Aleksandrowicza Murmańskiego.

Sfera powoli staje się niezdatna do życia, odpowiedział mu Michaił. To on był odpowiedzialny za sprawdzanie stanu świata na którym operowali i bieżącą analizę danych. Wszystkimi dostępnymi w takich warunkach środkami badał więc przestrzeń Biełydaru, szukając zagrożeń i oceniając sytuację. Ten świat przypomina ciało w pierwszych sekundach po ustaniu akcji serca. Jeszcze ciepławy, ale stygnie!

W takim razie spieszmy się! rozkazał Dymitr, popędzając konia jeszcze bardziej.

Jego podkomendni zgłaszali, że nie ma tu już czego ratować – w istocie, ludność była nadto rozproszona i zdjęta zbiorową paniką, by przeprowadzić ewakuację. Wciąż jednak musieli dorwać sprawcę katastrofy, a sam sierżant Murmański za sprawą swych kontaktów dobrze wiedział, kto za karę od paru miesięcy przebywał w Biełydarze. Bardzo mocno liczył, że ten ktoś nadal żyje.

 

***

 

Włócznia okazała się w tym starciu nieprzydatna – prawdę mówiąc, Cecylia nie pamiętała by jej jakkolwiek użyła. Morze ciemności zamknęło się nad nią i rola czarownicy sprowadziła się do obrony i odpierania zakusów przeciwnika, który próbował zalać ją i stłamsić. W swoim życiu zalazła za skórę wielu istotom o potężnej mocy, acz nieczęsto musiała się z nimi konfrontować twarzą w twarz, tak że brakowało miejsce na spryt i fortele. Tedy Cecylia i Siewienckoj byli teraz jedynie dwiema wrogimi siłami, ścierając się jak dwa przeciwstawne potencjały – wiedźma stała niewzruszona, otoczona swoją magią i wolą, jak posąg światła i płomienia. Ciemność czaiła się na samej granicy, napierając na bariery jej ciała i umysłu, z każdym atakiem silniejsza i bliższa zwycięstwa. Zniknęło wszystko poza potrzebą oporu – czasem Cecylii udawało się zajaśnieć mocniej, odpychając wroga od siebie, ale zawsze wracał.

Kto wie, ile to prowadzące wreszcie do jej zniszczenia przepychanki by trwały, gdyby nie nagły i ze wszech miar niespodziewany ratunek – jeśli w okolicy byłby ktokolwiek przyglądający się scenie z boku, zobaczyłby pół tuzina konnych z uniesioną bronią, uskrzydlonych światłem i białozłotym płomieniem. Wyglądali niemal jak anioły, gdy wpadli między bezkształtne masy kosmicznego cienia, rażąc istotę orężem i zaklęciami. Mrok skulił się w sobie, wycofał i skurczył, uskakując przed potęgą swoich przeciwników. Zostawił wśród skruszonych ruin ciało czarnowłosej kobiety, noszącej płaszcz komisarza Caratu, samemu zbierając się między innymi gruzami i przybierając postać nienaturalnie wysokiego i karykaturalnie wychudzonego humanoida, opatulonego jakimiś czarnymi szmatami. Jego twarz skrywał głęboki kaptur, spod którego wyzierała pustka. Dzierżył broń przypominającą krzyżówkę berdysza z halabardą – czarną jak blizna na rzeczywistości i opatuloną jęzorami błękitnawego, welezjańskiego ognia.

Upiorna postać wyciągnęła przed siebie lewą, wysuszoną dłoń – moc strzeliła z palców, pędząc ku Szablom sformowanym w ławę. Zatrzymał ją wspólnie wyskandowany przez całą szóstkę czar, aż wreszcie jeźdźcy zbliżyli się do swojego wroga i otoczyli go.

Ignorując stężenie magii w powietrzu, Dymitr Aleksandrowicz siegnął umysłem w kierunku pozostawionej przez ciemność kobiety, szukając w jej ciele śladów życia. Brakło mu jednak czasu na dokładnie zbadanie, bowiem Siewienckoj – a raczej to, co z niego zostało – przeszedł do ofensywy.

Poszarpane poły jego płaszcza jakby ożyły, pędem kierując się ku jeźdźcom – teraz były podobne rozwartym paszczom lub zębatym ostrzom, niepomne zupełnie na ruchy samego Siewienckoja zaatakowały otaczających go ludzi Cesarza. Dwóch pod wpływem tego ataku i mocy swego przeciwnika straciło osłony, spadli z koni i po stracie rozszarpanych na strzępy wierzchowców musieli odpierać ataki na piechotę.

Na sierżanta uzbrojony w berdysz stwór ruszył osobiście, trzymając resztę Szabli na dogodny dystans. Murmański dobrze wiedział, że cała szóstka ma szansę zwyciężyć w tym starciu i natarł bez lęku, wkładając w każdy cios szabli potęgę swojej magii. Odmieniony Siewienckoj był jednak groźnym i nadludzko silnym przeciwnikiem, odpowiednim dla elitarnych kawalerzystów Caratu. Mimo zawziętej obrony, Szable powoli zacieśniały krąg wokół swej ofiary. Gdy wszystkie twory Siewienckoja zostały zniszczone i pozostał już on sam, już raz raniony potężnie przez Dymitra, wszyscy jeźdźcy cisnęli w niego lancami z czystego światła, których nie mógł zatrzymać. Krzyk istoty był głośny – okrutnie głośny, tak że prawie pękły im bębenki. Ich konie spłoszyły się tak bardzo, że nawet z pomocą magii ciężko je było opanować. Gdy sierżant uporał się już ze swoim, zeskoczył z niego i puścił się ku nieprzytomnej kobiecie. Przypadł do niej i wziął ją na ręce, kładąc dłoń na czole i gorączkowo szepcząc jakieś inkantacje.

Jego ludzie ustawili się wkoło, ciągle czujni i gotowi na odparcie ewentualnego ataku z czyjejkolwiek strony. Niektórzy ze zdenerwowaniem i dezaprobatą przypatrywali się poczynaniom swojego przywódcy.

Powolutku Cecylia zaczynała odzyskiwać świadomość. Z pewnymi oporami życie wracało do postaci, która musiała poświęcić ogromną część siebie, by przetrwać. Pogrzebane w nie do końca poznanych obszarach mózgu myśli wracały jednak na swoje miejsca, a kobieta otworzyła nareszcie oczy, chociaż początkowo mogło się wydawać że oślepła.

– Siergiej…! – zaczęła wołać, łapczywie pochłaniając powietrze – Sie…Sierioża!

– Nie, nie Siergiej – syknął gorzko sierżant Murmański, przeciągając palcami nad twarzą czarownicy. Dobrze znał to imię i jego właściciela, ale był już chyba za stary na zazdrość.

– Dymitrij… – Cecylia Antonowna zamrugała, pierwszy raz spoglądając na niego przytomnie – Co ty tu… na Batiuszkę, musimy uciekać… daleko, daleko stąd – zdawało się, jakby ponownie miała pogrążyć się w majakach – Na ułudę naszej mocy, Dymitrze Aleksandrowiczu! Widziałam, widziałam bezmiar kosmicznych ciemności! Jesteśmy mali, tacy mali! – obiema dłońmi złapała go za twarz. Jeszcze nigdy nie widział jej tak roztrzęsionej i widok ów był na tyle niecodzienny, że prawie mu się udzielił jej stan.

– Tracimy czas, sire – westchnął Michaił, ale spasował gdy zobaczył że sierżant bierze kobietę na ręce, by posadzić ją na koń. Potem usadowił się na siodle samemu, zadowolony że Cecylia trzyma się dzielnie.

Czarownica miała zamknięte oczy, jakby ścierała się z czymś w myślach. Jej oddech uspokajał się, w przeciwieństwie do rozłupującej niebiosa na Biełydarem burzy. Sferze pozostało naprawdę mało czasu.

– Oksana! – zdawało się, że na dźwięk wypowiedzianego imienia Cecylii wróciły zmysły – Oksana, moja uczennica!

– Pewnie dawno już nie żyje – wtrącił jeden z członków oddziału.

– A ty dołączysz zaraz do Siewienckoja! – warknął Murmański, zdziwiony że Antonowna zawtórowała mu w tym samym momencie identycznymi słowy. Popatrzyli na siebie ze zdziwieniem i iskrami w oczach.

– Dymtir, ratujmy ją. Zdołam ją odnaleźć, potrzebuję tylko waszej pomocy w wydostaniu się stąd!

– Niech będzie. Niech tak będzie! – sierżant odpowiedział, odwracając wzrok od Cecylii.

Po krótkiej naradzie i rzuceniu zaklęć lokalizujących ruszyli w drogę – ci, którzy stracili wierzchowce siedzieli teraz za plecami swoich towarzyszy.

– Nie masz może trochę arkadiówki? – zapytała zaraz wiedźma, czując jak zmęczenie zadomowiło się w każdym jej mięśniu.

– Musisz mi wybaczyć, ale nie mam – głos Murmańskiego był chłodny, chociaż ton uprzejmy. Jak zwykle, gdy zwracał się do niej – Zdziwiłabyś się, gdybym ci opowiedział jak ostatnio wygląda sytuacja Szabli. W Imperium bywało lepiej.

– Też mi się tak wydaje – odpowiedziała słabym głosem, opierając twarz o jego plecy – Zdradzisz mi szczegóły?

– Mamy rozruchy w kilku Sferach i nie mogę powiedzieć, by sytuacja tam szła po naszej myśli. Są miejsca, gdzie aby osiągnąć spokój musielibyśmy wybić całą ludność.

– Och! – kobieta ożywiła się – Aż tak źle? A nie możecie ich odciąć na jakiś czas od innych Sfer, żeby trochę pogłodowali i spokornieli?

– A ty byś spokorniała? – obrócił się przez ramię, parskając z niedowierzaniem.

– Nie. Ale też ja nie jestem niemagicznym prostakiem, który niby pelikan łyka obietnice Kolektywu – wzruszyła ramionami – Obudź mnie, gdy znajdziemy Oksanę.

 

***

 

Udało im się to. Uczennica Cecylii przebywała wciąż z dwoma Szkarłatnymi i swoją kuzynką Nadią, a wkoło nich dosłownie walił się świat. Szable odnalazły ich w takiej sytuacji i niemal natychmiast dokonały egzekucji rewolucjonistów, aczkolwiek z racji ichniej skruchy i braku oporu sierżant Dymitr Aleksandrowicz postanowił zadać im śmierć szybką i bezbolesną.

– Nie starczy nam czasu, by dotrzeć do Wrót, sire – powiadomił Michaił, rozglądając się niespokojnie.

– I nie musi – mruknął Murmański – Mamy wyjście z takich sytuacji.

– W istocie – zgodzili się jeźdźcy.

Oksana była zbyt wstrząśnięta i zajęta Nadią, aby przejmować się obecnością i decyzjami swoich wybawców. Ignorowała nawet Cecylię, która przysiadłła się do nich, gdy mężczyźni zajęci byli przygotowywaniem jednorazowego portalu. Magom tej klasy taki pojedynczy skok do innej sfery nie zająłby dużo czasu, ale starali się go uczynić bezpiecznym także dla cywili.

W tym czasie Cecylia Antonowna z wyraźnym zmartwieniem próbowała dotrzeć do dziewcząt, które straciły w przeciągu ostatnich godzin wielu członków rodziny. Kuzynka Oksany będzie musiała diametralnie zmienić swoje życie i wiedźma postanowiła, że zapewni jej bezpieczny azyl i miejsce do nauki w Akademii. Podzieliła się tymi planami z Dymitrem.

– Dobry pomysł, Cecylio – przygotowania do przeniesienia były już praktycznie zakończone – Tragedie i niepokoje omijają Akademię, oby tak było jak najdłużej.

– Chyba się o to postarasz, co? – przekrzywiła głowę.

– Nie tylko ja powinienem, stara przyjaciółko – zaraz potem Michaił z pomocą słowa mocy aktywował portal, przez który mieli przejść – Nie tylko ja.

Chwilę jeszcze wiedźma i sierżant spoglądali na siebie w milczeniu, a reszta Szabli przeprowadzała na drugą stronę Oksanę i Nadię. Wreszcie ramię w ramię wkroczyli w lśniącą, okrągłą bramę będącą ich jedyną ucieczką z umierającego świata.

 

 

W żadnym razie nie był to nie jest to koniec losów Cecylii Antonownej, czarownicy i wykładowcy z Akademii. Wraz z Dymitrem i innymi powróci, by zadawać pytania i dociekać prawdy, którą najpewniej trzeba będzie przed kimś ukryć. 

Koniec

Komentarze

Drogi TheLastAxemanie, wydaje mi się, że czytałem wcześniej coś twojego, lepszego niż ten fragment. Niestety stylistyka i sposób prowadzenie fabuły znacząco przeszkadzały mi w czytaniu. Przede wszystkim przeplatanie kwiecistych zdań (mających budować klimat) ze zwykłymi daje mierną korzyść, a wręcz działa niekorzystanie na całość. Czasami przestawiasz szyk w zadaniu, co nie zawsze brzmi dobrze.

Chaos opanował ulice Biełydaru i rozpostarł swoje władanie nad jego mieszkańcami. Lęk pod rękę z dezinformacją poganiały ludzi we wszystkich kierunkach tak, aby podejmowane przez nich działania i nadarzające się po drodze spory tylko zwiększały skalę zamieszania.

Kwiecisty początek, ale bez klimatu, to ja miałem problem z opanowaniem tekstu i dezinformacją, jaką mi wrzuciłeś. Wiesz, dezinformacja, która pogania, nadarzające się spory, źle to brzmi.

W niektórych miejscach utworzono milicyjne kordony, padło też parę strzałów w kierunku rozwrzeszczanej tłuszczy. Tego rodzaju czyny tylko wzmogły agresję tłumu i w niektórych okolicach doszło do starć pomiędzy rozwścieczonymi robotnikami a milicją.

Powtórzenie.

 

Kilka zdań niezbyt dobrych stylistycznie i moje propozycje.

Tego rodzaju czyny tylko wzmogły agresję…

To tylko wzmogło agresję…

Widziała, jak dwójka milicjantów brutalnie…

Widziała dwójkę milicjantów brutalnie…

Czarownica nie zastanawiała się długo i wymierzyła w strażników różdżką, śląc w ich kierunku wiązkę błękitnej energii.

Staraj się skracać, a nie wydłużać czynności.

Omiotła go fala ametystowego ognia, spowijając całkowicie postać milicjanta.

Omiotła go i spowiła fala ametystowego ognia.

Zwłoki padły na ziemię fizycznie nietknięte, chociaż chorobliwie zimne i blade.

Skąd wiadomo, że zimne?

Padł martwy. Zlodowaciałe zwłoki fizycznie były nietknięte, chociaż chorobliwie blade.

– Nie raz to jeszcze dzisiaj zrobię – przelotnie zerknęła na zabitego przed chwilą człowieka i skinęła swej uczennicy głową, by ta ruszała za nią

Kolejny raz nadmierne przeciąganie czynności.

– Nie raz to jeszcze zrobię – zerknęła na zabitego i pociągnęła uczennicę za sobą.

Moje trzynaście wyrazów na twoje dwadzieścia trzy, a czy sens nie jest bardzo podobny?

 

A to dopiero dwa akapity. Myślę, że powinieneś tekst jeszcze raz gruntowanie sprawdzić. Niestety zakończyłem lekturę po pierwszym fragmencie, głównie przez wymienione błędy, choć sam pomysł wydaje się całkiem ciekawy.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nowa Fantastyka