- Opowiadanie: Silva - Mgławica

Mgławica

Tym razem religijne klimaty, acz w świecie innym od naszego.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Mgławica

Łódź zaryła o mulisty brzeg plaży. Augustus Vicelli, siedzący z tyłu niewielkiej barki i opatulający się swym barwnym płaszczem, zmarszczył nos, kiedy do jego nozdrzy dotarła woń butwiejących roślin. Wyjątkowo sroga tego roku zima zmroziła kępy sitowia, które podczas odwilży zaczęły gnić, a teraz układały się całymi warstwami zgnilizny na powierzchni wody. Dodatkowo brzeg zaśmiecały szczątki drewnianych wiader, podziurawione łodzie i połamane wędki, tak że niemal niemożliwym było znalezienie odrobiny wolnego miejsca, by móc postawić tam stopę. „Obrzydliwe miejsce”, pomyślał. „Trochę oczyszczającego ognia na pewno by mu pomogło.”

– Panie – odezwał się jeden z wioślarzy, rzucając mu lękliwe spojrzenie. – Dotarliśmy.

– Widzę – odmruknął Vicelli ze zniecierpliwieniem. – Przypłyńcie po mnie za dwa dni i nie każcie zbyt długo na siebie czekać.

Po tych słowach podniósł się, poprawiając na sobie pelerynę. Wypatrzył jedyny nie zaśmiecony skrawek plaży i wyszedł z barki. Obejrzał się i skinął dłonią na przydzielonego mu strażnika, bezimiennego gwardzistę ze Świętej Armii Azisa. Rosła postać, zdająca się składać wyłącznie z ciężkiej, płytowej zbroi i pełnego hełmu o niepokojącym obliczu, bez słowa opuściła łódź.

Vicelli ruszył ku pobliskiej wiosce w milczącym towarzystwie gwardzisty, na którego nie zwracał większej uwagi – strażnicy ślubowali milczenie i osłanianie twarzy przez całe życie, przez co nie byli zbyt dobrymi towarzyszami rozmów. Podczas krótkiego spaceru błoto pod stopami przeszło w brudnożółty piasek, a potem w bladą ziemię, porośniętą przez rzadką i wyblakłą trawę. Zbliżyli się do pierwszych chat, zbitych byle jak z drewnianych desek chałup, uszczelnionych jakąś ciemną mazią i krytych brudną słomą. Tutaj smród jeszcze się nasilił, aż przybysz w kosztownym płaszczu musiał sięgnąć po perfumowaną chustkę, by zatkać nos.

„Cuchnie tutaj jakby wyziewami z samych czeluści Imenu. Od razu widać, że to gniazdo herezji”, rzekł sobie w duchu. „Już ja się z tym rozprawię.”

– Gdzie znajdę zarządcę tej… – „Dziury. To miejsce to definicja dziury.” – …wioski, dobrzy wieśniacy? – zapytał władczo najbliższych tubylców. Wszyscy oni gapili się na niego z widoczną na twarzach tępotą i zadziwieniem. Najpewniej po raz pierwszy w życiu oglądali tak niezwykłych gości.

Został pokierowany do chaty stojącej w pewnym oddaleniu od reszty żałosnych lepianek. Choć początkowo go to zdziwiło, zaraz doszedł do wniosku, że sam również wolałby trzymać się jak najdalej od zapadłej wsi. Udał się we wskazanym kierunku, odganiając od siebie wychudłe psy. Mimowolnie ścisnął zawieszony na szyi amulet, Palec Nirthy, dla ochrony przed złymi siłami.

Domostwo zarządcy sprawiało nieco lepsze wrażenie, choć oczywiście wciąż nijak miało się do standardów, do jakich przywykł Vicelli. Zamiast z przegniłych dech, było wybudowane z cegieł, niegdyś zapewne czerwonych, ale teraz poszarzałych od deszczy i sadzy. Przed wejściem stały dzbany i puste garnce, a obok, wisząc na sznurach, suszyły się dywany o jaskrawych barwach. Pod nimi, na ziemi utworzyły się głębokie kałuże wody i piany. Cała ta mieszanka spływała po prostu do morza.

Przybysz skinął na opancerzonego od stóp do głów strażnika. Gwardzista poszedł do drzwi i potężnie w nie załomotał. Gdy przez dwie sekundy nie było odzewu, znów zaczął tłuc pięścią.

– O co ten raban, a, niecierpliwi obcy? – rozległ się skrzekliwy głos, przywodzący na myśl kobietę w podeszłym wieku. – Czego to wam tak pilnie trzeba, hm?

Vicelli obejrzał się i dostrzegł osobę, której wcześniej dziwnym zbiegiem okoliczności nie zauważył, choć siedziała nie dalej niż dwadzieścia kroków od nich. Istotnie była to starsza kobieta, pomarszczona jak owoce jarzębiny na zimę i równie czerwona na twarzy. Zajmowała niski, trójnogi stołek, karmiąc biegające w błocie gęsi lepką breją, którą wyciągała z trzymanego na kolanach garnka.

– Szukam zarządcy tej… urokliwej wsi. – Przybysz wcale nie krył ironii

w głosie.

– Toście go znaleźli, bogaty panie – zacmokała kobiecina, rzucając na ziemię parę kulek papki. Gęsi o mało co nie pozabijały się o te kąski. – To ja. Anurra Wieszczka, tak mi mówią.

„Wieszczka! Arogancja heretyków nie zna granic.”

– Augustus Vicelli, młodszy inkwizytor, przysłany z polecenia Najwyższego Hierarchy, Eberarada V – oznajmił tonem wyższości. – Przybyłem aż z Norfortu, stolicy Jedynego Kościoła, aby zbadać sprawę waszej… wędrującej mgławicy.

Przy ostatnich słowach kpiąco uniósł kąciki ust. Ten mały, osobliwy kult tylko dlatego nie został jeszcze ogłoszony bluźnierczym, ponieważ zakrawał na niesmaczny żart. Jego, Vicelliego, zadaniem było sprawdzić, czy niemądre wierzenia o podróżującej mgławicy zasługiwały na miano herezji, czy jedynie obrazy rozsądku – choć i jedno, i drugie podlegało karze.

– A co tu badać. Mgławica wędruje, jak od dziesiątków dziesiątek razy dziesięć dziesiątek lat.

– Opowieści o mgławicy, której nie ma, a która się pojawi i przesunie po niebie, są niezgodne z doktryną Prawdziwej Wiary – rzekł inkwizytor. – Cztery Mgławice należące do Czterech Gwiazd są gwiezdnymi atrybutami Czwórki. Płomienie Azisa, Szaty Nirthy, Miecz Sathena i Pióro Pyrona… Twierdzić, że istnieje piąta mgławica, to jak mówić, że istnieje piąte Bóstwo. A wszyscy wiemy, że Piąty to Nieprzyjaciel – rzekł, patrząc zimno na starą kobietę.

– To nie ma z nim nic wspólnego – stwierdziła Anurra, o ile było to jej prawdziwe imię. Głos Wieszczki się zmienił; zamiast jazgotu i zawodzenia podstarzałej kobiety Vicelli usłyszał mocny, pełen powagi ton. – Wędrująca mgławica pojawia się raz na wiele, wiele lat, zwiastując nadejście wielkich zmian. Ostatni raz pojawiła się, gdy na niebie zabłysły Cztery Gwiazdy.

„Coś takiego!”, zakrzyknął w duchu inkwizytor. „Twierdzić, że ich zabobony starsze są od Prawdziwej Wiary, i jeszcze w tak bluźnierczy sposób je z nią łączyć! Jedyny Kościół nie wspiera ruchu ekumenistów, więc pod każdym względem ci ludzie to heretycy. Gorzej, wyznawcy Nieprzyjaciela. Muszę powiadomić o tym przełożonych.”

– Dlatego zresztą przybyliście właśnie dziś, prawda? – przemówiła znów kobiecina. – Następnej nocy ma przybyć mgławica, a wy chcecie ją zobaczyć.

– Nie. Przybyliśmy właśnie po to, aby jej nie zobaczyć, ponieważ wasza wędrująca mgławica jest tylko wymysłem słabych, opętanych przez Nieprzyjaciela umysłów.

Te słowa wzburzyły Anurrę do tego stopnia, że aż zerwała się ze swego stołka, a uczyniła to tak gwałtownie, że część breji – przypominającej w najlepszym razie rozmoczony chleb – chlapnęła między gęsi.

– Wyznajemy Cztery Bóstwa – przemówiła gniewnie – i święcimy wszystkie święta!

– Święty Tonendach pisał: „Tak jak jeden jest stan zdrowia, tak i wyznawać Prawdziwą Wiarę można na jeden tylko sposób” – wyrecytował kościelny wysłannik. – Pisał także: „Strzeż się odstępców od wiary, zwalczaj ich ogniem i żelazem, słowem i prawem”. Czy mam więc sądzić, że mam do czynienia z ludźmi wiary, czy odstępcami?

Tak zwana wieszczka – ku satysfakcji młodego inkwizytora – przez długą chwilę milczała, pałając gniewem, aż w końcu, pokonana, usiadła na zydlu wśród hałaśliwych gęsi.

– Poczekajcie na mgławicę – powiedziała tylko.

– Taki właśnie mam zamiar – odparł Vicelli z zadowoleniem.

Anurra udostępniła przybyszom na nocleg własny dom, ponieważ była to jedyna chata, w której można było nabrać oddechu bez zakrztuszenia się odorem. Inkwizytor był przekonany, że widział i słyszał już wszystko co powinien, aby wyrobić sobie opinię na temat wierzeń o wędrującej mgławicy, dlatego pozostały czas pobytu w wiosce poświęcił na czytanie i rozważanie świętych pism, które zabrał ze sobą w podróż.

Pierwszej nocy wyszedł na krótki spacer, by obejrzeć Cztery Gwiazdy, będące domem dla Czwórki po ich odejściu ze śmiertelnego świata. Ułożenie tych ciał niebieskich na niebie było idealne, jakby każde znajdowało się w innym wierzchołku niewidocznego kwadratu. Gwiazda Azisa błyszczała intensywną czerwienią, Sathena jaśniała żółtawo; dom Pyrona świecił niebieskawo, a Nirthy mrugał czystą bielą. Każdą z Czterech Gwiazd otulała jej Mgławica. Rozmazane Płomienie, smukłe Szaty, ostry Miecz i postrzępione Pióro – tej nocy wszystkie cztery były idealnie widocznie, tworząc na ciemnym niebie barwne kleksy.

Vicelli długą chwilę kontemplował ten widok, z kpiną myśląc o wędrującej mgławicy, w którą wierzyli tutejsi ludzie. „Jutro przekonają się, w jakie szaleństwo popadli”, pomyślał, wracając do chaty Anurry.

Kolejny dzień upłynął bardzo podobnie. Inkwizytor nie wychodził na zewnątrz, nie chcąc się ubrudzić błotem ani – przede wszystkim – oglądać żadnego z wieśniaków. „Już wkrótce spotka ich kara za herezje, a ja będę mógł powrócić do domu. Mam nadzieję, że wreszcie uzyskam przydział do inkwizycji w Lorgonardzie. Tam zajmują się poważniejszymi przypadkami.”

Gdy zaczęło się ściemniać, wraz z nie odstępującym go na krok gwardzistą udał się na ten sam zaśmiecony, przegniły brzeg, do którego poprzedniego dnia przybiła ich łódź. Była tam już Anurra Wieszczka, a nieco dalej zebrali się wieśniacy. Vicelli przywitał kobiecinę ironicznym uśmiechem.

– Ciekaw jestem, jak długo przyjdzie nam czekać na wasz mały cud? – zapytał z fałszywą uprzejmością.

– Tego nikt nie wie – odparła Anurra. – Ale wydarzy się tej nocy, to pewne.

– Tak, oczywiście – przytaknął pobłażliwie. – Czekajmy więc.

Czas mijał. Wysłannik Najwyższego Hierarchy cieszył się, że wziął ze sobą koc, którym teraz otulał się dla ochrony przed zimnem nocy. Był przygotowany na to, że będą tak stać aż do świtu, a wówczas będzie mógł wsiąść na barkę i powrócić na karawelę pływającą pod flagą Jedynego Kościoła.

Upłynęły już ze trzy lub cztery godziny. Zachmurzenie sprawiało, że nie tylko nie było widać Czterech Mgławic, ale nawet Cztery Gwiazdy ledwie przebijały się swym blaskiem przez gęste chmury. Inkwizytor obserwował wieśniaków, kręcąc w zadumie głową. „Stoją bez celu już tyle czasu i wciąż nie przyszło im na myśl, że żadnej wędrującej mgławicy nie będzie. Mają tak poważne wyrazy twarzy, że gdybym był człowiekiem słabszej wiary, sam zacząłbym wątpić w doktryny Kościoła.”

Musiało być już po północy, kiedy nocny nieboskłon w ciągu zaledwie paru minut stał się czysty, jakby wszystkie obłoki zostały odegnane przez silny podmuch wiatru. Ukazały się Cztery Gwiazdy i zajaśniały Cztery Mgławice. Vicelli uniósł ze zdziwieniem brwi, ale szybko się uspokoił. „To zwykły przypadek. Wciąż nie dzieje się nic naprawdę niezwykłego.”

Potem jednak nad horyzontem rozbłysło zielone światło. Wieśniacy, w tym Anurra, nie zareagowali, ale inkwizytor aż drgnął. Ku jego zadziwieniu, blask nie przygasł, wręcz przeciwnie, rozbłysł jeszcze silniej, aż zdawało się, że nad morzem wstaje szmaragdowe słońce. Jasność rozszczepiła się na rozmyte promienie falujące niczym zorza, a te, niby monstrualne gwiezdne węże, zaczęły pełznąć od horyzontu ku Czterem Gwiazdom. Gdy oderwały się od morskich fal, na powrót złączyły się w jedną wstęgę. Vicelli, już z przerażeniem zamiast zdziwienia, obserwował, jak błyszczący pas zieleni przemyka się obok Pióra, jak unika ciosu Miecza, wyślizguje z uścisku Szat i w końcu przebija przez ścianę Płomieni, po czym rozwiera niczym ogromna paszcza, obejmując wszystkie Cztery Gwiazdy. W malachitowej paszczy znikła najpierw czerwona Gwiazda Azisa, potem żółta Sathena, biała Nirthy i niebieska Pyrona, a nieboskłon rozjarzył się oślepiająco, jak gdyby w jednej chwili wypuszczono setki fajerwerków.

Inkwizytor krzyknął – i stracił przytomność.

Gdy Vicelli się obudził, noc powoli zamieniała się w dzień. Zamrugał, spoglądając na znajome gwiazdozbiory. Po zielonej, wędrującej mgławicy nie było już śladu.

Nie było także Czterech Gwiazd.

Usiadł gwałtownie. Ledwie zauważył, że jest pobrudzony błotem, nie docierały do niego głosy wieśniaków, patrzył tylko w niebo, tam, gdzie zawsze widział Cztery Gwiazdy, a gdzie teraz nie było niczego, jedynie czarna pustka.

– Obudziłeś się, panie?

Obejrzał się w kierunku głosu. Napotkał wzrokiem nieznajomą twarz młodej kobiety, i nie mógł pojąć, czemu wydaje mu się znajoma, póki nie dostrzegł, że jej grube ubrania są w rzeczywistości zbroją. Na trawie obok spoczywał hełm z niepokojącym obliczem.

– To ty. Ty jesteś strażnikiem z Świętej Armii Azisa – wychrypiał.

– Nie ma już Świętej Armii Azisa – odpowiedziała. – Nie ma Gwiazdy Azisa.

Zatem nie ma Azisa.

W innych okolicznościach natychmiast skarciłby ją i za herezję, i za złamanie ślubów. Wiedział jednak, że mówiła prawdę. „Skoro Gwiazda, boski dom zniknął, gdzież mógł podziać się jego pan?” Zaraz sam sobie odpowiedział: „Odszedł.”

Wyciągnęła do niego rękę. Odruchowo ją przyjął.

– Jak właściwie masz na imię?

– Castalia, panie.

– Castalia – powtórzył. – Ładnie.

Pomogła mu wstać. Popatrzyli jeszcze na niebo, szybko szarzejące wraz z nadchodzącym świtem. Potem spojrzeli na siebie.

Zaczynał się nowy dzień. Dla nich obojga.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie czyta się dobrze, ale nie bardzo wiadomo, co autorka chciała przekazać czytelnikowi. Fabuła jest dość statyczna i nie ratują jej nienajgorsze opisy scenografii. Niezły warsztat literacki. Pozdr.

Hm… Trochę nie bardzo wiem, co sądzić o tym opowiadaniu.

 

Z jednej strony – stylistycznie raczej poprawnie, kilka drobnych błędów interpunkcyjnych i jeden mały zgrzyt językowy: pełnego hełmu o niepokojącym obliczu – rozumiem, że chodzi o jakiś rodzaj maski, ale mimo wszystko trochę to nie pasuje :)

 

Wysokie stężenie przymiotników (pierwszy akapit: mulisty, niewielkiej, barwnym, butwiejących, sroga, drewnianych, podziurawione, połamane, niemożliwym, wolnego, obrzydliwe, oczyszczającego), jak na mój gust lekka przesada, ale to już subiektywna ocena.

 

Fabuła – niby też w porządku, ale takie to jakby… wyrwane z kontekstu. Czytelnik zostaje wrzucony na głęboką wodę (ewidentne działanie jakichś sił nadprzyrodzonych, nieznane religie, gwiazdozbiory i zjawiska), a po chwili następuje koniec. Ot, taka scenka – chociaż traktuje o sprawach bardzo ważnych dla świata przedstawionego (a wręcz o rewolucji na skalę światową), to jest urwana z obu stron.

 

Takie jest moje zdanie. Ale jeśli to rzeczywiście część większej całości, to chętnie dowiedziałbym się czegoś więcej :)

Pozdrawiam!

Precz z sygnaturkami.

Do wioski przybył inkwizytor i ujrzał zjawisko, które zachwiało podstawami jego wiary. I co z tego wynika? Szkoda, Silvo, że opisując całe zdarzenie nie podzieliłaś się wiedzą o świecie, w którym miało miejsce, skutkiem czego nie bardzo wiem, co miałaś nadzieję opowiedzieć.

Mnie także Mgławica nie wydaje się skończonym opowiadaniem, raczej obrazkiem pozbawionym tła, który w obecnej postaci trudno zrozumieć.

Z zadowoleniem stwierdzam, że Mgławica, choć zawiera pewne usterki, jest napisana lepiej niż Twoje wcześniejsze teksty.

 

pod­czas od­wil­ży za­czę­ły gnić, a teraz ukła­da­ły się ca­ły­mi war­stwa­mi zgni­li­zny… –> Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

„Tro­chę oczysz­cza­ją­ce­go ognia na pewno by mu po­mo­gło.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się wielokrotnie.

 

Po tych sło­wach pod­niósł się, po­pra­wia­jąc na sobie pe­le­ry­nę. –> Wcześniej napisałaś: …opa­tu­la­ją­cy się swym barw­nym płasz­czem

W co był ubrany bohater? Peleryna i płaszcz to dwa różne okrycia.

 

peł­ne­go hełmu o nie­po­ko­ją­cym ob­li­czu… –> Czy hełm miał twarz?

 

Zbli­ży­li się do pierw­szych chat, zbi­tych byle jak z drew­nia­nych desek cha­łup… –> Czy deski mogły być inne, nie drewniane?

W tym zdaniu chałupy można sobie spokojnie darować.

 

– Szu­kam za­rząd­cy tej… uro­kli­wej wsi. – Przy­bysz wcale nie krył iro­nii

w gło­sie. –> Zbędny enter.

 

– Czte­ry Mgła­wi­ce na­le­żą­ce do Czte­rech Gwiazdgwiezd­ny­mi atry­bu­ta­mi Czwór­ki. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Uło­że­nie tych ciał nie­bie­skich na nie­bie było ide­al­ne… –> Jak wyżej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za opinie. Ogólnie moje opowiadania to z reguły takie wyrwane z kontekstu obrazy, fragmenty, części układanki – chyba brak mi zacięcia do stworzenia krótkiego tekstu “stand-alone” ;) Aczkolwiek nie wykluczam, że kiedyś rozwinę swoje pomysły w dłuższej, kompletnej formie.

Mam wrażenie, że coś jest mocno nie tak z kompozycją tekstu.

Najpierw dostajemy dość drobiazgowy opis przybycia na wyspę. Dopiero gdzieś w połowie tekstu dowiadujemy się, o co chodzi (powinno to nastąpić znacznie wcześniej). Niestety, od tego momentu robi się raczej przewidywalnie – bez szczegółów, ale wiadomo, czyje będzie na wierzchu.

Babska logika rządzi!

Jest tu bardzo fajny pomysł, ale tekst jest za krótki moim zdaniem, by mu uczynić zadość. Ciężko mi się przejąć Castillą, gdy nic o nie nie wiedziałem poza faktem, że należała do jakiegoś bractwa. Nagłe naruszenie podstaw wiary inkwizytora też nie zadziałało, bo nie widziałem w jego charakteryzacji szczelin, które uzasadniałyby takie zachowanie.

Stąd też mam raczej wrażenie, że to szkic czegoś większego. Jakbyś chciała  taki pomysł zmieścić w założonej ilości słów. A tutaj moim zdaniem przydałaby się rozbudowa, trochę historii, by czytelnik poczuł to uniwersum i poznał monumentalność wydarzeń, których był świadkiem.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Całkiem ładne opowiadanie :) Trochę irytująca postać głównego bohatera zapada w pamięć. Świat, a raczej wioska, ładnie opisana. Poczułem ten smród i wlazłem w błoto :) Nie zawsze opowiadanie musi być w sztywnych ramach, taki urwany tekst też całkiem dobrze się broni, bo jest ciekawy.

Podsumowując, osiągnęłaś chyba to co chciałaś, fajny klimat.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dziękuję! c:

Ładna scenka, z nienachalnie przebłyskującym większym światem. Zakończenie zdecydowanie na skróty i bez umocowania we wcześniejszym tekście.

Z technikaliów rzuciły się w oczy “zaczęły gnić, a teraz układały się całymi warstwami zgnilizn” oraz “To miejsce to definicja dziury” – rzecz nie może być definicją pojęcia, może raczej “kwintesencja”. Nadmiar przymiotników pomaga budować obrazowość, ale świadczy o niewyrobieniu stylu – spróbuj pisać tak, żeby czytelnik pewnych rzeczy mógł sam się domyślić. W jeszcze większym stopniu niż przymiotników dotyczy to przysłówków.

Potencjał dostrzegam.

Opis na początku zachęca do dalszej lektury. Klimatycznie przedstawiony świat. Błędów jest niewiele i nie są one dla mnie rażące. Ograniczyłbym nieco narrację przy dialogach.

Drażniła mnie pewność siebie w myślach inkwizytora (bo wiadomo, że zewnętrznie powinien utrzymywać taką postawę), tym bardziej, że łatwo się domyślić jak rzecz się potoczy.

– Szukam zarządcy tej… urokliwej wsi. – Przybysz wcale nie krył ironii

 

w głosie.

Wdarł się nowy akapit.

Pierwszej nocy wyszedł na krótki spacer, by obejrzeć Cztery Gwiazdy, będące domem dla Czwórki[+,] po ich odejściu ze śmiertelnego świata. 

Gdy zaczęło się ściemniać, wraz z nie odstępującym go na krok gwardzistą […]

Razem.

Późno odpisuję, ale bardzo dziękuję wszystkim, którzy przeczytali tekst i udzielili porad i wskazówek! Postaram się przemyśleć to wszystko i rozwinąć warsztat.

Nowa Fantastyka