- Opowiadanie: TheDude - Referendum

Referendum

A więc kochani TheDude wchodzi na scenę... Teraz już od Was zależy jak szybko z niej zejdzie;) Pozdro!

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Referendum

Transmisja debaty trwała już ponad godzinę. Ekran wyglądał jak mozaika złożona z pięćdziesięciu czterech kwadratów. Każda komórka była dedykowana innemu ekspertowi. Gdy swoją opinię wygłosił Izak Hern, podświetliło się pole numer dwadzieścia osiem. Wówczas głos zabrał republikanin Jean Marie.

– W takim razie ja się pytam, co im to takiego szkodzi?! – zagrzmiał. – Co takiego muszą mieć do ukrycia, że aż tak się boją?! To bardzo ważne pytanie! Przecież to nic trudnego… Jeśli pan Izak ma wątpliwości co trzeba zrobić, już mu pokazuję…

Ekspert znany z zamiłowania do posługiwania się gadżetami wyjął spod biurka kabel zakończony wtyczką, zbliżył go do kamery, a następnie z zadowoleniem wypisanym na twarzy, wpiął w port USB. Izak Hern od razu poprosił o udzielenie głosu. Sonia wcisnęła jednak przycisk STOP i wyłączyła ekran. Jean Marie przekonał ją już przecież dawno. Weszła na Off i zamierzała odejść sprzed monitora, ale zobaczyła na ciemnym ekranie swoje odbicie, które… coś jej przypomniało. Uciekła szybko spojrzeniem z tego obrazu, ale po chwili… znów wróciła myślami do tego dziwnego pomysłu, który od powrotu z wyprawy nie dawał jej spokoju.

 

*

 

Byli wszędzie. Tłoczyli się na ulicy jak bydło w wagonach towarowych. A przez swoje opuszczone głowy i przygarbione sylwetki wyglądali jakby też szli na rzeź. Takie było jej pierwsze skojarzenie. Przeraził ją ten widok, ale nie zamierzała odpuścić. Ściśnięci, drepczący prawie w miejscu tworzyli wolno przelewającą się za progiem masę. Wystarczyło tylko otworzyć śluzę wyjściową i pchnąć koła wózka. Czuła mocne bicie serca, ale w końcu to jednak zrobiła, choć jakby wciąż wbrew sobie. Gdy przeszklone drzwi schowały się w ścianie, gwar z ulicy wtargnął na korytarz z takim impetem, że na moment aż cofnęła się do środka. Od razu poczuła na sobie te uśpione bezruchem spojrzenia. Były odpychające i jakby martwe, ale… Czy nie tliła się w nich ta tajemnica, o której wspominał Darwin? I czy to nie ona pociągnęła ją jednak za sobą? Gdy wjechała pomiędzy nich, od razu poczuła siłę wiru jaki tworzyli. Miasto zaczęło wsysać ją w swoje cuchnące życiem wnętrzności.

 

*

 

– Jesteś, kochana, na Off-ie? – zapytał Kevin.

– Tak – odpowiedziała Sonia.

Siedziała przy oknie z kotem na kolanach i gładziła go czule po główce. Świat promieniał bogactwem kolorów. Czerwony rumieniec jakim oblało się niebo o zmierzchu zaglądał w oczy, a wiatr znad morza kołyszący liśćmi palm na brzegu zawodził coraz głośniej, jakby z zazdrości o uwagę. Kevin podjechał na swoich czterech kółkach do pani i oznajmił metalicznym głosem:

– Za godzinę, kochana, powinnaś coś zjeść.

– Co przywieźli? – zapytała Sonia.

– To co zamówiłaś.

– To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

– Mam wprowadzony do systemu zestaw piąty i czterdziesty szósty.

– Od trzech dni to samo.

Kevin przyjrzał się jej uważnie. A więc miał rację. Była czymś zdenerwowana.

– Jeśli się nie przeprogramowałem, zrezygnowałaś z trybu automatycznej rotacji przy zakupach – oznajmił z zaimplementowanym spokojem.

– Dobrze, zestaw piąty, ale za godzinę. Muszę zejść na jakiś czas z Off-a.

– Jak, kochana, chcesz. Nie będę zazdrosny.

– Zazdrosny?

– Roboty mojego typu mają wysoce rozwinięty system pętli poznawczych. Myślę, że Darwin się stęsknił.

– Zejdź mi z oczu, złośliwcze – zażartowała, rumieniąc się przy tym jak nieśmiała dziewczynka.

 

*

 

Jedni stali oparci o mur, a wyglądali jak zrujnowane posągi z dawnego świata, oszpecające swą brzydotą fasady nowoczesnych świątyń, inni pełzli przed siebie, z pokornie pochylonymi głowami, jakby w zadośćuczynieniu za popełnione błędy. Ale przecież wciąż mieli jeszcze wybór. Jak mawiał Jean Marie, wystarczyło tylko włożyć wtyczkę do gniazda. Sonia sprawdziła czy ma dobrze zapięty pas bezpieczeństwa – chodnik był nierówny, a otoczenie pełne złowrogich łokci i niby przypadkowych pchnięć. Tonęła w cieniu sunących obok postaci – to akurat nie było takie złe. Tylko co jakiś czas zza tłumu przebijało oślepiające światło latarni. Był środek dnia, ale miasto zbudowane z kilkusetmetrowych portowców i powciskanych pomiędzy ich ściany wąskich wąwozów, przez przerażającą ciasnotę cały czas tonęło w półmroku.

 

*

 

Sonia włączyła ekran i podała hasło dostępu. Połączono. Odetchnęła z ulgą. Minęło już dwadzieścia sześć godzin od usunięcia awarii, ale każda próba połączenia wciąż naznaczona była obawą. Nie, nie miała ochoty tam już wracać – pomyślała. A potem znalazła na liście kontaktów nick: Darwin. Darwin był miłośnikiem nie tylko nauki, ale i sztuki. Z początku nawet to w nim lubiła, ale teraz irytował ją ten jego awatar. Umyślnie ominęła spojrzeniem wycinek z fresku ,,Stworzenie Adama” (dzieła Michała Anioła), za którym krył się w Sieci młody przystojny mężczyzna. Kliknęła nick. Choć nie… jeszcze nie… Jednak wstrzymała połączenie. Włączyła kamerkę i uważnie przejrzała się w jej obrazie. Całe szczęście, że zareagowała w porę. Jeden błąd i czar przecież pryska. Dla Darwina miała wyglądać inaczej niż dla Aresa.

– Kości policzkowe szerzej o pół centymetra z obu stron, wygładź cerę i rozjaśnij włosy – wydała polecenia aplikacji.

– Tak dobrze? – odparł program.

– Włosy jeszcze trochę jaśniejsze… O tak. I nie zapominaj poszerzać uśmiech!

– Nie mam zjebanych obwodów jak Kevin.

– Nie przeklinaj.

– Dla ciebie wszystko, szefowo.

 

*

 

Z tej strony świata portowce wyglądały zupełnie inaczej – zauważyła Sonia. Wręcz jak ponure lochy, które wymknęły się z podziemi. Ich ściany były brudne, jakby osmolone tą mgiełką, która gęstniała wokół niczym kłęby dymu nad coraz głośniej rzężącym silnikiem. Rada miała rację – coś trzeba było zrobić. Katastrofa zdawała się nadciągać. Czego nie powiedzieliby obrońcy praw człowieka – miasto wyglądało jak wyczerpany, ledwo dyszący organizm. Przeludnienie zagrażało wszystkim, nie tylko robactwu, które tu ją tak oblazło. Odepchnęła z obrzydzeniem rękę, która oparła się o wózek. Obraz zmarszczonej dłoni z ciemnymi – od zbierającego się pod nimi brudu – paznokciami, spowodował, że prawie zwymiotowała. Chyba jednak niepotrzebnie dała się Darwinowi sprowokować – przeklęła w myślach swoją decyzję.

 

*

 

Ekran odcinał się od przyciemnionego tła pokoju. Zdawał się wypełniać całe pomieszczenie. Po chwili wyczekiwania pojawił się na nim Darwin. Był opalonym brunetem o błękitnych oczach i zadbanym zaroście. Uśmiechał się szeroko.

– Zaczynałem się już o ciebie martwić – zaczął.

Miała wrażenie, że się zarumieniła.

– Nie przesadzaj – odparła.

– Słyszałem o awarii.

– Takie rzeczy się niestety zdarzają.

– Rada powinna coś z tym zrobić.

– Podobno siadły serwery. Bądźmy wyrozumiali, to tylko maszyny.

– Podobno tam byłaś?

Kiwnęła głową z należytą dla pytania powagą. Starała się ukryć tę dumę, która cisnęła się na twarz, ale nie było to łatwe. Uciekła więc szybko w odpowiedź:

– Byłam.

– Po jakim czasie? – zapytał wyraźnie podekscytowany.

Ale ona spodziewała się, że mu zaimponuje.

– Pierwszy raz od siedemset trzydziestu ośmiu dni… – odpowiedziała.

Pokręcił głową z uznaniem.

– Ja siedzę jeszcze dłużej. Nie mogłaś wysłać Kevina?

– Wyszłam za twoją namową. 

– Moją namową? – zdziwił się.

– Nie chciałam już wydawać opinii jak to powiedziałeś… na podstawie niesprawdzonych relacji innych.

– Chyba jednak przeceniasz mój wpływ. Sam siebie nie potrafię zmusić do wyjścia.

– Obawiałam się też o Kevina. Wiesz jakie jest teraz nastawienie ulicy. W ostatnim tygodniu na Czwartej Alei ta hołota zlinczowała dwa TeHa Dwadzieścia Sześć…  

– Widać, że jesteś jeszcze zdenerwowana.

– Nie.

– Wskaźniki mówią co innego.

Użyła szybko edytora zachowania, a potem zapytała:

– Już lepiej?

– Jak tam jest? To prawda, co piszą?

Sonia znów poczuła zdenerwowanie, którego jednak teraz nie zamierzała maskować. Było odpowiednie dla opisania tego co widziała.

– Jest nawet gorzej – oznajmiła.

– Więc to nie jest propaganda Rady?

Pokręciła głową i odpowiedziała stanowczo:

– Może nawet chciałabym, żeby tak było. Ale… wiem co widziałam. Po powrocie musiałam nafaszerować się tyloma tabletkami, że do teraz kręci mi się w głowie.

– Porównywanie ich do zwierząt…

– Jest jak najbardziej na miejscu – wtrąciła stanowczo. – I uwierz, nie chodzi tylko o wygląd… To można jeszcze wytłumaczyć brakiem edytorów. Ale… ich zachowanie… Człapią po tych ulicach jakby bez żadnego sensu, jak czyhające na coś hieny…

– Większość jest podobno bezrobotna.

– Więc czemu się nie podłączą? Co mają do ukrycia? To straszne. Nic o nich nie wiesz.

– Co masz przez to na myśli?

– Identyfikacja poza Siecią przecież na dobrą sprawę nie istnieje.

– Mają dowody osobiste.

– Chyba się ze mną zgodzisz, że to nie to samo co w pełni sparametryzowany profil w Sieci? Raczej nie rozmawialibyśmy teraz, gdybyśmy nie mieli takich samych zainteresowań. Dwa kliknięcia i mogę poznać twoją historię, dowiedzieć się kim jesteś, jakie strony odwiedzasz, a tam… Totalnie nie wiesz czego się spodziewać. Kto stoi obok… To jakiś koszmar.

– Bałaś się?

– To chyba oczywiste. Wyobraź sobie, że oni są wszędzie, ocierają się o ciebie… – Pokręciła głową. – Do tego ten zapach… smród… Tam czuć… – Zabrakło jej odpowiedniego słowa.

– Człowiekiem? – podpowiedział Darwin, uśmiechając się szeroko.

– Tak. – Zaśmiała się. – To chyba dobre określenie.

Zamilkli. Darwin pokręcił głową z dezaprobatą, a po dłuższej chwili zapytał:

– Więc zgodzisz się z tym, że to istoty niższego rzędu?

– Wiesz, że nie lubię określenia Homo Connected. Ono nas z czegoś odziera, ale… trudno nie zgodzić się z tym, że ewolucja wskazała pewną drogę… My pojechaliśmy dalej, oni…

– Zatrzymali się w miejscu?

– Boję się, że nawet zrobili krok wstecz.

– To będzie dla mnie cenna opinia. Ale wciąż mam pewne wątpliwości…

– Więc wyjdź. Przekonaj się na własne oczy.

– Być może będę musiał to zrobić. Ale wiesz, że to nie takie łatwe.

– Wiem. Przyrzekłam sobie, że nigdy więcej.

– Mam jeszcze do referendum kilka dni. Może się w końcu odważę.

– Może już dość tej polityki?

Darwin zaśmiał się rozkosznie. Podejrzewał czemu się odezwała, a teraz…

– Wiedziałem, że w końcu to powiesz – oznajmił.

– Tak? – zdziwiła się.

– Nie dzwonisz przecież bez powodu.

Roześmiała się. A on patrzył już na nią tak jak lubiła – z tą wyzywającą pewnością siebie na twarzy.

– Chcesz znów to zrobić, prawda? – zapytał.

– Może… – odpowiedziała zalotnie.

– Gdzie?

– Co gdzie?

– Gdzie się umawiamy? W zamku czy na komisariacie? – zapytał o wirtualne środowisko i mrugnął okiem.

– Myślałam o czymś innym… – rzuciła nieśmiało.

– O czym?

– Słyszałeś jak bawią się teraz niektóre nastolatki?

– Jak? Powiedz mi…

– Bez zabezpieczenia.

Zamilkł. Wiedziała, że zaskoczy go tą propozycją. Może rzeczywiście była zbyt wulgarna, ale chciała spróbować.

– Jakiego zabezpieczenia? – Chyba chciał udać, że nie wie o co chodzi.

– Jakiegokolwiek – odpowiedziała szybko.

Patrzyli sobie w oczy.

– Musimy się chyba do tego jakoś przygotować – oznajmił po dłuższej chwili Darwin, jakby jednak, nawet z włączonym edytorem, gubiąc gdzieś tę pewność siebie, która była jego wizytówką.

– Tak. Oczywiście. Musimy się odpowiednio przygotować – potwierdziła. A powoli zaczynała się czuć tak realnie bezbronna jak wówczas na ulicy. Podkręciła nerwowo parametry edytora by się nie zdradzić. – Chcesz się umówić później? – zapytała.

– Tak, chcę.

– To dobrze. Ja teraz muszę coś zjeść. Cześć.

Wyłączyła szybko ekran, odpięła się od Sieci i schowała twarz w dłoniach. Emocje były zbyt silne, a ona czuła jak z drżeniem jej ciała zaczyna drgać cały wózek.

 

*

 

Strumień ludzi w końcu znalazł ujście, rozlał się na wszystkie strony na skrzyżowaniu z Pięćdziesiątą Czwartą Aleją. Ta ulica, jako jedna z głównych arterii miasta, była już szersza. Nie oznaczało to jednak, że panował na niej mniejszy ścisk. Sonia czuła się jeszcze bardziej zagubiona. Przepraszam! Przepraszam! – krzyczała, próbując przepchnąć się na prawy pas. Z przerażeniem słyszała jak jej głos ginie w potężnym gwarze, na który składały się: krzyki przechodniów, muzyka z barów i klaksony przelatujących nad głową sky-carów. Gdzie się pani pcha?! Z drogi, do cholery! Nie wiedziała czy to do niej – głosów wokół było zbyt wiele. Rozejrzała się nerwowo. Tłum ją pochłaniał. Bała się, że naprawdę utonie w morzu anonimowych istot. Mapa wyświetlona na ekranie komputera podręcznego informowała jednak, że cel jest coraz bliżej.

Ze ścian portowców uśmiechały się kolorowe reklamy. Jaskrawe uśmiechy lśniły zewsząd białymi jak śnieg zębami. W ich migoczącym blasku ten tłum z lotu sky-cara musiał wyglądać jak… parkiet klubu disco z lat osiemdziesiątych minionego stulecia – wyobraziła sobie Sonia. A to skojarzenie zawiodło ją dalej. Popatrzyła na tych młodych buntowników, którzy przed witrynami sklepów szarpali wściekle struny swych gitar. Ubrani w pstrokate skóry, z kolorowymi grzywami na głowach wyglądali nad wyraz osobliwie. Sonia podjechała bliżej, by się im przyjrzeć. Zawsze ciekawił ją ten dziwny gatunek, który zyskał miano odszczepieńców nawet wśród Wylogowanych. Co prowadzi ludzi do takiego szaleństwa? – pomyślała. Love! Love! Love! Love to freedom! – rozbrzmiał w refrenie głos jednego z rozczochranych szarpidrutów. Love… – uśmiechnęła się pogardliwie. A zaraz potem za szybą kawiarni ujrzała parę zakochanych – kobietę wijącą się wokół mężczyzny w obślizgłym od śliny, pełnym pocałunków uścisku. Z obrzydzeniem wypisanym na twarzy uciekła spojrzeniem czym prędzej na mapę.

 

*

 

– Jesteś, kochana, na Off-ie? – zapytał Kevin.

– Już tak.

– Można podawać?

– Zaraz.

Sonia pchnęła głowicę dżojstika do przodu i podjechała wózkiem do poręczy wystającej ze ściany. Złapała się jej i podciągnęła. Po krótkiej walce stanęła na nogi.

– Muszę rozprostować trochę kości – oznajmiła. – Za wygodna jestem ostatnio.

– Dokładnie, kochana. Zawsze ci powtarzam, że o mięśnie trzeba dbać – przemówił metaliczny szkielet. – Nieużywane szybko…

– I kto to mówi? – Zaśmiała się pogardliwie.

– Hola, hola… Nie zawsze musisz brać ze mnie przykład.

Zrobiła przy poręczy kilka kroków. Nie bez wysiłku. Zawsze, zaraz po wstaniu kręciło jej się w głowie. Chwila odpoczynku – oddychała za szybko. Oparła plecy o ścianę i popatrzyła na pokój. Lubiła ten moment, gdy mogła spojrzeć na wszystko jakby z góry. Przypomniała sobie słowa Darwina i się zamyśliła. Miał rację? To był jej cały świat? Pomieszczenie zwane portem było zbudowane na planie kwadratu o boku pięciu metrów. W przeciwległym rogu, na lewo od śluzy wejściowej Kevin kończył przygotowywać posiłek na termicznych płytach. Nad jego głową ultraszybkie wiatraczki dbały o cyrkulację i wymianę powietrza. Tuż obok, wbudowana w śnieżnobiałą ścianę długa przeszklona szuflada znaczyła wejście do Trumny – hipernowoczesnego systemu usypiającego. W końcu Sonia popatrzyła na niewielki nadajnik, wiszący obok ekranu. Czego chcieć więcej? – pomyślała, wspominając niedawną awarię. Migał szybko zielonym światłem, sygnalizując dobry stan łącz. A wyglądał teraz jak życiodajne słońce, które nie miało już nigdy zachodzić nad Nowym Światem. Wspomniała słowa Jean Marie:

 

,,W portach mieszka już osiemdziesiąt procent obywateli! Trudno się nie zgodzić, że to przyszłość. Trudno się nie zgodzić, że te szczelnie zamknięte, odizolowane od przestrzeni publicznej, wyposażone we wszystkie niezbędne aplikacje inkubatory to doskonałe środowisko dla rozwoju nowego gatunku!”

 

Czemu Darwin był taki sceptyczny? I nie, to nie był jej cały świat. Nie mogła się z nim zgodzić! Zapomniał, że Sieć pozwalała zaglądać prawie w każdy zakamarek przestrzeni publicznej? Że przez nanoreceptory podłączone do ciała mogli poznawać zapachy oddalone nawet o setki kilometrów?

– Gdzie, kochana, podać? – zapytał Kevin, wioząc w połyskujących czystością szponach, na plastikowej tacce posiłek.

– Zjem przy oknie.

– Poczekaj chwilkę, tylko podjadę.

Robot odstawił tackę na podłogę i podjechał do wózka, by pchnąć go w kierunku pani.

– Nie, chcę tam przejść sama – oznajmiła Sonia.

– Jak sobie, kochana, życzysz – odparł Kevin, tonem głosu wyrażając zdziwienie.

Położył tackę na wbudowanym w wózek blacie, a potem pchnął go w stronę okna.

Serce biło mocno, jakby z obawy o brak siły, a nogi miała miękkie jak z waty, ale nie zamierzała się poddać. Od wózka dzieliło ją kilka metrów.

– Tylko, kochana, uważaj – oznajmił Kevin. – Nie zapytam skąd te dziwne pomysły.

Sonia zrobiła pierwszy krok, a zaraz potem szybko, jakby uciekając przed strachem następny. Nie było tak źle! Zachwiała się nieznacznie, ale szybko odzyskała równowagę. Gdy przeszła połowę trasy, dumny uśmiech wypełnił jej twarz.

– Widzisz? To nie takie trudne – powiedziała, gdy już złapała się poręczy wózka.

– Trudne to może nie, ale jak pewnie już wiesz, wszystkiego można się odzwyczaić. Wtrącę tylko, że według aktualnego spisu zagrożeń chodzenie nie jest do końca bezpieczne.

– Naprawdę?

Nie wyczuł ironii w jej głosie i odpowiedział z powagą godną wychowawcy:

– Chwila nieuwagi i można się potknąć. Czytałaś co stało się w porcie przy Szóstej Alei?

– Zachowujesz się jak moja matka.

– Twoja matka? To ma być komplement?

– Każdy dzień rozpoczyna od przeglądania spisu wypadków. Od dzieciństwa tego słuchałam… Zresztą spójrz na ostatnią od niej wiadomość.

Kevin użył komputera podręcznego wbudowanego w ramę boczną, a potem zapytał:

– Co w niej takiego dziwnego?

– Jak się zaczyna?

– Kochanie, uważaj… – przeczytał. – Ups, rzeczywiście… Chyba musisz mnie przeprogramować – zażartował. A potem zapytał o widok w oknie. – Brzeg oceanu czy góry?

– Podnieś żaluzje.

– Masz dziś naprawdę dziwne pomysły – odparł Kevin.

Po chwili żaluzje wsunęły się w ścianę, odsłaniając szybę i widok na miasto.

– Uchyl okno – Sonia wydała kolejne polecenie.

– Słucham? – zdziwił się Kevin.

– Na chwilę. Tylko trochę.

– Kochana, to nie żarty. Prawdopodobieństwo złapania infekcji…

– Po prostu to zrób.

– Jak sobie życzysz. Nie mów tylko, że nie uprzedzałem.

Okno zazgrzytało, po czym powoli wychyliło się w stronę ulicy. Kevin z uwagą spoglądał na Sonię. Żałował, że nie ma brwi – w takim momencie z chęcią by je zmarszczył w podejrzliwym wyrazie. Zachowywała się dziwnie. Patrzyła w skupieniu na ścianę przeciwległego budynku i jakby… na coś czekała. Była pewna tego co robi? Po chwili zakasłała nerwowo, co spotkało się z natychmiastową reakcją.

– O nie, kochana! A nie mówiłem? – Robot wyraził swoje zdenerwowanie.

– Poczekaj. To nie od tego…

– Chcesz mieć zapalenie płuc? Widziałaś ostatnie wyniki badań atmosfery w strefie publicznej?

– Ale ty się o mnie troszczysz…

– Sama powiedziałaś Darwinowi, jak oni wyglądają… Powtórzę, kochana, jeszcze raz, to nie żarty!

Sonia zatopiła spojrzenie w widoku za oknem. Miał rację. Nie wyglądali przecież dobrze. Budzili w niej nie tylko strach, ale i obrzydzenie. Wróciła wspomnieniem do tych kilkudziesięciu minut nonszalanckiej wolności. Czemu to zrobiła? Przecież mogła wysłać na dół Kevina… A jednak zdecydowała się ujrzeć to wszystko na własne oczy. Śluzę można otworzyć w każdej chwili, ale odwaga, która jak widać jeszcze się w niej tliła, chyba potrzebowała pretekstu. Teraz widziała przed sobą tylko obdrapaną ścianę sąsiedniego portowca – identycznego jak ten, w którym mieszkała. Okno sąsiada, mieszkającego również na sto trzydziestym czwartym piętrze, było szczelnie zamknięte, a żaluzja jak zawsze opuszczona. Było tak blisko, chyba mogłaby w nie nawet zapukać… Ale Sonia przecież wiedziała, że przyszło jej żyć w czasach, w których nie wypadało niepokoić znajomych w taki sposób.

 

*

 

Oszklone drzwi supermarketu rozsunęły się, a Sonia poczuła na twarzy powiew chłodnego, klimatyzowanego powietrza. Wreszcie! Otarła pot z czoła. Wreszcie dotarła do celu. Już była z siebie dumna, ale wizja powrotu wciąż napawała obawą. Tu czuła się jednak bezpieczniej. Jakby wróciła do świata, z którego wymknęła się nieopatrznie przez naiwną, wręcz dziecięcą ciekawość. Wstęp do sklepu mieli tylko zalogowani obywatele. Rozejrzała się. Wyglądał jak potężna fabryka – wokół półek z towarami widziała tylko roboty. Ile lat nie była w takim miejscu? – zastanowiła się. Dawno, ale niewiele się zmieniło. Roboty dostawcze wypakowywały towary, a roboty domowe realizowały zamówienia panów. W okienku obok można było również wykupić usługę dostawy bezpośredniej do portu, z której zresztą korzystała na co dzień Sonia.  

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – zapytał mobilny sprzedawca, mrużąc czerwone ślepia wystające z połyskującej uśmiechem obudowy.

– Jestem klientem numer…

 Sonia zapomniała numeru.

– Numer został sczytany automatycznie na wejściu – oznajmił robot.

– Chciałam zrealizować zamówienie osobiście. Z racji awarii w sektorze…

– Wprowadziliśmy w życie procedury awaryjne. Towar i tak zostałby dostarczony do punktu odbioru. Natomiast jeśli życzy sobie pani odebrać go osobiście, zaraz zrealizujemy zamówienie.

Sonia wyjęła numer zamówienia z kieszeni wszytej w materiałowe oparcie wózka, a sprzedawca otworzył swe metalowe szpony. Wyciągnęła rękę i… nieoczekiwanie pewne skojarzenie zajrzało jej w oczy… Popatrzyła na swoją odzianą w antybakteryjną rękawiczkę dłoń, która podając numer zamówienia, zetknęła się z zimnymi, metalowymi szczypcami sprzedawcy.

Kilka minut później Sonia znów poczuła wielkomiejski zaduch. Wyjechała ze sklepu z foliową torbą na kolanach i dziwnie spuszczoną głową. O czym myślała? – starała się sobie przypomnieć. Nie, już nie o strachu, który wcześniej tak ją dławił. Chwilę później znów ujrzała okno kawiarni i znajomą parę zakochanych.

 

*

 

Kevin spoglądał na Sonię z rogu pokoju. Siedziała na wózku, przed włączonym ekranem. Dłużej niż zazwyczaj. Zwykle, zgodnie z ustalonym harmonogramem Efektywnego Dnia, pół godziny wcześniej kładła się do trumny.

– Co czytasz? – zapytał z zaimplementowanej wrażliwości.

– Sondaże dotyczące referendum wskazują na przewagę Republikanów.

– Co to znaczy?

– Wprowadzenie powszechnego obowiązku logowania.

– Co w przeciwnym razie? Eksterminacja?

– Kevin… Muszę zwiększyć ci poziom wrażliwości.

– Nie wygłupiaj się, kochana.

– Używasz za mocnych słów.

– Moje pętle poznawcze odnoszą się tylko do tego co słyszę. Prognozuję oczekiwania jedynie na podstawie zebranych danych.

– Jeszcze raz i naprawdę cię tu zaproszę… – zagroziła.

– Chcesz mi założyć kaganiec?

– Menedżer aplikacji od dawna to sugeruje. Ma rację, że masz niewyparzony język…

– To przeprogramowany gad!

Zwykle Sonia uśmiechała się po takim żarcie, ale teraz była jakby nieobecna. Zdawała się dryfować myślami, wokół coraz wścieklej wzbierających wątpliwości. Ale Kevin dostrzegł dokąd uciekała spojrzeniem, gdy podejrzanie częściej niż zwykle odrywała się od czytanego artykułu. W prawym dolnym rogu ekranu znajdowała się ikona komunikatora.

– Nie odzywa się? – zapytał w końcu.

A ona jakby na to czekała.

– Nie – odpowiedziała, kręcąc głową.

– Czemu?

– Może się przestraszył…

– Czego takiego? – zdziwił się Kevin.

– Chciałam by było inaczej.

– To znaczy jak?

– Bez edytorów. Chciałam go zobaczyć.

Popatrzyła w szybę, na zamknięte odkąd pamiętała okno sąsiada.

– Czegoś nie rozumiem… – Kevin pokręcił tym czym mógł, by podkreślić swoje zdziwienie.

A Sonia spojrzała na niego z tą niepewnością, jaka poprzedza opinie istoty zbyt szczerej.

– Chcesz mi coś powiedzieć? – zapytała, widząc jego wahanie.

– Może nie powinienem.

– Już zacząłeś…

– Coś mi nie pasuje.

– Co takiego? – ponaglała go nerwowo, jakby spodziewając się co zaraz usłyszy.

– Moja pętla poznawcza napotkała sprzeczność.

– Powiesz w końcu jaką…?

Po dłuższej chwili wyraźnej walki z bezpiecznikami, która mało nie przyprawiła go o zwarcie, oznajmił:

– Nieważne – Opuścił to co mógł, by tym razem podkreślić swoją pokorność, po czym podjechał do pani i poprosił. – Ustaw mi, kochana, wyższy poziom wrażliwości, bo zaraz przepalą mi się bezpieczniki i palnę coś głupiego…

 

*

 

Sonia siedziała przed oknem kawiarni i wpatrywała się w ten obrazek jak zahipnotyzowana. Było w tym coś ohydnego ale i… magnetycznego. Mężczyzna wciąż obejmował kobietę, patrzył jej głęboko w oczy i… uśmiechał się. A ona odpowiadała tym samym. Nie widzieli tego wszystkiego? Tej swojej brzydoty, przed którą nie mieli gdzie się skryć? A jednak jakby ufali sobie spojrzeniami. Nie, nie mieli wstydu! – oburzyła się Sonia. Byli nadzy! Ze zdenerwowania aż przyśpieszyło jej serce. Tymczasem mężczyzna pogładził kobietę po przetłuszczonych, połyskujących w świetle lampy włosach, a ona przejechała dłonią po jego zmarszczonej twarzy. I to nie był jeszcze koniec tej wulgarnej sceny. Zaraz potem on zjechał palcem do kącika jej popękanych ust i… wytarł kolejny dowód niedoskonałości tego obrazu. Ale spojrzeniem jakby jej wybaczał… To naprawdę ohydne! – pomyślała Sonia, ale ku własnemu zdziwieniu poczuła łzę w kąciku oka. Zwariowałam? – aż się na siebie obruszyła. Chciała pośpiesznie wytrzeć tę oznakę słabości, ale zapomniała o masce tlenowej, która skutecznie oddzielała ją od tego świata, a której odbicie jakby dopiero co wykrystalizowało się na szybie kawiarni.

 

*

 

Nazajutrz Sonia jak zwykle jeszcze przed śniadaniem wpięła się do Sieci. Wiadomości od Darwina niestety wciąż nie było. Ale może to nawet i lepiej… Chcieli chyba jednak przesadzić – uznała. Postanowiła więc dokończyć oglądanie debaty o referendum. Wcisnęła przycisk PLAY i zanurzyła się w argumentach obu stron, by na końcu usłyszeć podsumowanie prowadzącej, które… nieoczekiwanie wzbudziło w niej jednak pewne wątpliwości:

 

A teraz drodzy słuchacze już od was zależy… jak zagłosujecie…  

 

Koniec

Komentarze

Jeszcze jedna wariacja, na temat tego, jak, być może, będą żyć ludzie w przyszłości, być może, nie tak dalekiej. Opowiadanie smutne i mogę tylko powiedzieć, że cieszę się, iż żyję dziś, tu i teraz. Łza Soni i jej wątpliwości wprowadzają maleńką dozę optymizmu. :)

Czytało się całkiem nieźle, choć wykonanie mogłoby być lepsze. Szkoda że nie zadbałeś o należytą interpunkcję.

 

We­szła na Off-a… – Raczej weszła na Off…

Chyba że to taki żargon. Dlaczego wielka litera?

 

Ucie­kła szyb­ko spoj­rze­niem sprzed tego ob­ra­zu… – Jak można uciec spojrzeniem sprzed czegoś?

 

mia­sto zbu­do­wa­ne z kil­ku­set­me­tro­wych Por­tow­ców… – Dlaczego wielka litera?

 

Po po­wro­cie mu­sia­łam na­szpry­co­wać się ty­lo­ma ta­blet­ki… – Po po­wro­cie mu­sia­łam nafaszerować się ty­lo­ma ta­blet­kami

Można szprycować się przyjmując np. leki w zastrzykach, ale nie można szprycować się tabletkami.

 

Dwa klik­nię­cia i mogę po­znać twoją hi­sto­rie… – Literówka.

 

ale… cięż­ko nie zgo­dzić się z tym… – Raczej: …ale… trudno nie zgo­dzić się z tym

 

Ten tłum ją po­chła­niał. Bała się, że na­praw­dę uto­nie w tym morzu– Czy oba zaimki są konieczne?

 

Ze ścian Por­tow­ców uśmie­cha­ły się ko­lo­ro­we re­kla­my. Ja­skra­we uśmie­chy szcze­rzy­ły… – Nie brzmi to najlepiej.

Szczerzy się ktoś, kto się uśmiecha. Uśmiech, sam z siebie, szczerzyć się nie będzie.

 

mu­siał wy­glą­dać jak… par­kiet klubu Disco z lat osiem­dzie­sią­tych… – Dlaczego disco napisano wielką literą.

 

Nad jego głową ul­tra-szyb­kie wia­tracz­ki… – Nad jego głową ul­traszyb­kie wia­tracz­ki

 

hi­per-no­wo­cze­sne­go sys­te­mu usy­pia­ją­ce­go. – …hi­perno­wo­cze­sne­go sys­te­mu usy­pia­ją­ce­go.

 

Migał szyb­ko zie­lo­nym świa­tłem, sy­gna­li­zu­jąc dobry stan łącz. – Spójnik jest zbędny.

 

Że przez na­no-re­cep­to­ry pod­łą­czo­ne… – Że przez na­nore­cep­to­ry pod­łą­czo­ne

 

Robot od­sta­wił tackę na zie­mię… – Raczej: Robot od­sta­wił tackę na podłogę

Nie przypuszczam, aby w pomieszczeniu było klepisko.

 

Czy­ta­łaś co stało się w por­cie przy Szó­stej Alei? – Wcześniej Port pisałeś wielką literą. A może powinno być małą?

 

Okno za­zgrzy­ta­ło , po czym po­wo­li… – Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

Dawno, ale nie wiele się zmie­ni­ło. – Dawno, ale niewiele się zmie­ni­ło.

 

wy­ku­pić usłu­gę do­sta­wy bez­po­śred­niej do portu… – Jak wcześniej.

 

za­py­tał mo­bil­ny sprze­daw­ca, mru­żąc swoje czer­wo­ne śle­pia… – Zbędny zaimek. Czy mógł mrużyć cudze ślepia.

 

ze­tknę­ła się z zim­nym, me­ta­lo­wym szczyp­cem sprze­daw­cy. – …ze­tknę­ła się z zim­nymi, me­ta­lo­wymi szczyp­cami sprze­daw­cy.

Szczypce, podobnie jak nożyczki, nie mają liczby pojedynczej.

 

Zwy­kle, zgod­nie z usta­lo­nym har­mo­no­gra­mem Efek­tyw­ne­go Dnia, pół­go­dzi­ny wcze­śniej kła­dła się do trum­ny. – …pół ­go­dzi­ny wcze­śniej kła­dła się do trum­ny.

 

– Moja pętla po­znaw­cza na­po­tka­ła na sprzecz­ność.– Moja pętla po­znaw­cza na­po­tka­ła sprzecz­ność.

Można napotkać coś, ale nie można napotkać na coś. Na coś można się natknąć.

 

A teraz dro­dzy słu­cha­cze już od Was za­le­ży… jak za­gło­su­je­cie… – A teraz dro­dzy słu­cha­cze, już od was za­le­ży… jak za­gło­su­je­cie

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sam nie wiem. Niby podoba mi się styl narracji i kameralny, liryczny klimat, ale wszystko koniec końców sprowadza się do dość oklepanego, jednostronnego banału o wpływie technologii na życie.

Wypatrzyłem kilka niezgrabności w rodzaju “komputera podręcznego” ( też mam taki z mapą, nazywa się smartfon) i bezsensownego okna ( bezsensownego z punktu widzenia architektonicznego, bo rozumiem, że jego sensowność jako gadżetu dramatycznego jest nieoceniona). Pozostałem też z pewnym niedosytem fabularnym, zwłaszcza ze względu na farbę odłażącą z nie-do-końca-wiarygodnego świata przedstawionego.

Mimo wszystko, jest to całkiem solidny, choć może niezbyt natchniony debiut. Dam Ci głos do biblioteki. To podobno zachęca. Więc zachęcam.

na emeryturze

Zgodzę się z Reg – podobnych, paskudnych światów już trochę było.

Twój nie wyróżnia się jakoś szczególnie na ich tle (dobra, stwierdzenie, że chodzenie jest niebezpieczne mi się spodobało). To teraz dodaj jeszcze coś całkiem nowego i będzie całkiem dobrze.

Interpunkcja mocno kuleje. Na przykład wołacze, Dude, oddzielamy przecinkami od reszty zdania.

Czemu błędy jeszcze nie poprawione? Możesz edytować tekst.

 

 

Babska logika rządzi!

TheDude sie melduje! ;)

 

@Regulatorzy – wielkie dzięki za poprawki! Nieoceniona pomoc:) Nie do końca się tylko zgadzam z tym, że spojrzeniem nie można uciekać… Chodzi mi o to zdanie ,,Uciekła szybko spojrzeniem sprzed tego obrazu…” Czy może chodziło Ci o to, że można uciec spojrzeniem z, ale nie można sprzed? :)

 

@gary-joiner – dzięki za recenzje i głos do biblioteki(nawet jak taki naciągany na zachętę;) )!:) Rzeczywiście nic tak nie smakuje jak taki punkcik:) Obawiałem się, że temat oklepany. Miał być paszkwil na Wylogowanych w trochę innej formie, ale jakoś poszło to innym torem. Ta uwaga z oknem rzeczywiście zasadna:D Muszę znaleźć jakieś wytłumaczenie..;)

 

@ Finkla – dziękuję za opinię:) Tekst nie był jeszcze poprawiony, bo zabrał mnie piątkowy wieczór;) Ale już nadrobiłem zaległości… I to nawet przed śniadaniem:D A co do interpunkcji… Przyznaję że na lekcjach j.polskiego nie byłem najuważniejszym uczniem;) Trzeba będzie nad tym popracować. Mogłabyś wskazać jeden przykład z takim wołaczem? Bo coś moje nietrzeźwe oko się zagubiło… Chodzi np o:

Jesteś kochana na Off-ie….  a powinno być Jesteś, kochana,  na Off-ie?

 

 

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Ogromnie się cieszę, Dude, że uwagi znalazły Twoje uznanie. :)

 

Spojrzenie zazwyczaj kieruje się na jakiś obiekt, na coś/ kogoś, więc raczej nie można nim uciekać sprzed czegoś/ kogoś.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dude, tak, właśnie o kochaną bez przecinków chodzi. Ale mogły inne wołacze też się trafić.

Babska logika rządzi!

Mam nadzieję, że znalazłem wszystkie wołacze:) Poprawiłem. Jeszcze raz dzięki!:)

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Masz całkiem przyzwoity styl, ale często zdarzają się literówki (zwykle takie, których edytor nie podkreśli, bo i tak tworzą po pomyłce poprawne słowo) – warto przeczytać (nawet kilka razy) tekst przed publikacją, żeby wyłapać takie babole.

Fabularnie niby coś się dzieje, ale mam wrażenie, że wszystko to już gdzieś widziałem. Nie bój się stawiać na mniej bezpieczne, być może szalone pomysły – najwyżej nie wyjdzie. ;)

Pozdrawiam!

Dzięki MrBrightside za recencję!;) Już jakieś szalone pomysły w głowie są – zobaczymy co z tego wyjdzie!;)

Pozdrawiam:)

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Styl mi się spodobał. Fabuła jednak jakoś mi nie podeszła. Ot, prezentacja świata, jak to słusznie oceniła Reg – kolejnego z kolei dotyczącego trochę już ogranych tematów. Ale czytałem z ciekawością, więc jak Jasna Strona chętnie zobaczyłbym coś mniej standardowego w Twoim wykonaniu.

Podsumowując: jest okej, ale bez fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za opinię! Postaram się o coś bardziej nieszablonowego;) 

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Podobało mi się. Całkiem fajna koncepcja świata Ci wyszła. Zakończenie mogło być nieco inne, takie z przytupem, choć nie uważam, żeby to było złe. Myślę, że po prostu można było jeszcze coś z niego wycisnąć. ;) Przede wszystkim pokazałeś jedną z wizji świata, jaka w przyszłości mogłaby nas czekać. I w sumie wcale się nie dziwię głównej bohaterce, że to co uznane za obrzydliwe, niemoralne i niebezpieczne tak ją pociągało.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Hej Morgiana! I oczywiście dzięki:) Nic tak nie cieszy, jak opinia na ,,tak”!;)

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Bardzo, bardzo panie Dude :) Świetnie wykreowany świat i zupełnie mi nie przeszkadza, że podobny do wielu innych. Za to lekko i płynnie przekazany w dialogach i opisach, powiedziałbym nawet wyśmienicie :) Jakże jestem zmęczony ciągłym czytaniem infodumpów, które skutecznie zniechęcają do dalszej lektury i zadowolenia z niej. U ciebie przebiega to zupełnie bezboleśnie, jak zastrzyk zrobiony przez pielęgniarkę z trzydziestoletnim stażem. Wizja sensowna, bez błędów logicznych, motywy i działania emocjonalne bohaterów przekonywujące. Jestem bardzo na tak.

Nie ma dla mnie znaczenia, że jesteś tutaj debiutantem. Masz u mnie punkt to biblioteki i zaproponuję twój tekst do piórka.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Hej Darcon! To mi się dobrze niedziela rozpoczęła;) Super, że się w ogóle podobało, a ta nominacja to tak trochę na orbitę mnie wystrzeliła;) Muszę wrócić na ziemię…:P Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz:)  

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Nie wiem dlaczego, ale w mojej głowie republikanin Jean Marie ma głos Janusza Korwina Mikke ;D Oczywiście nie jest to uwaga do Ciebie, moje skojarzenia, moja sprawa, ale chciałem się nimi podzielić.

Napisane jest to bardzo zgrabnie, ale muszę zgodzić się z przedmówcami, że brakuje tutaj czegoś takiego specyficznego, takiego żebym powiedział sobie w duchu: “No kurde, to jest pomysł!”. Ale opowiadanie samo w sobie bardzo poprawne. :)

Verman

Cześć, TheDude, fajny debiut! :)

Spodobało mi się Twoje opowiadanie – owszem, wizja przypomina wiele innych, które już czytałam, ale nic w tym dziwnego, pewne scenariusze po prostu same się narzucają, gdy człowiek myśli o czekającej nas przyszłości. Tak czy inaczej, świetnie zbalansowałeś wątek emocjonalny z światotwórczym. Bardzo podobały mi się detale, z jakich budujesz obrazy – stykające się ręce (kończyny może w sumie raczej), sugerujące ciąg skojarzeń bohaterki (świetne to było!), czy opis podejrzanego pocałunku i intymnej chwili zakochanych – nieretuszowanych. 

Wydaje mi się, że podczas lektury widziałam jeszcze kilka ze wskazanych powyżej błędów. Generalnie czuć, że pióro masz lekkie, ale tu i ówdzie zdarzają się jeszcze chropowatości, które wybijały mnie z płynnego czytania. Mam na myśli takie nieco niezgrabne zdania z dziwna składnią jak np:

 

(…) wioząc w połyskujących czystością szponach, na plastikowej tacce posiłek.

Hej! Dzięki za poświęcony czas i przeczytanie!;) Super że się też przyjęło bez jakiejś zbytniej czkawki;) @Vermanitus-prawie mnie wytropiłeś…;) Jean Marie miał swój pierwowzór… tylko wzięty z francuskiej sceny:) Jest taki pan ktorego wielbicielem nie jestem – Jean Marie Le Pen;) @ Werwena – dzięki za wskazanie niezgrabnosci;) Jestem świadomy ze tam pewnie kilka kulfonów jeszcze siedzi;) W każdym razie każda taka uwaga to ważna wskazowka na przyszłość:) Pzdr!

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Mnie się podobało.

W sumie to jest kierunek, do którego zmierzamy: zamykanie się każdy w swojej klatce, wirtualne kontakty, udostępnianie informacji. Nieciekawie to wygląda :/

Ale opowiadanie fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Hej Anet! Dzięki za przeczytanie:) Super ze się podobalo:)

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Siema Dude :)

 

Ewidentnie chciałeś coś czytelnikowi przekazać i to zasługuje na wyróżnienie. Co prawda “to już było” – wirtualizacja życia to temat już oklepany ze wszystkich stron, chociaż mam nadzieje, że tylko pozornie i to ze względu na brak nowych pomysłów współczesnych autorów ;)

 

Wątpliwości co do pełnego społecznego zintegrowania się z technologią są w pełni zasadne i jakby nie patrzeć coraz nam bliższe. Także wizję i zagadnienie moralne/emocjonalne odbieram za w pełni prawdopodobne. Co do okna… Ta sama sprawa jak z tą mikro kieszonką w dżinsach nikt nie nosi kieszonkowych zegarków, a mimo tego dalej jest. Powiedziałbym, że nawet uwiarygadnia to świat przedstawiony ;)

 

Widzę tutaj potencjał. Zaliczyłeś bardzo dobry debiut. Teraz poproszę coś świeżego i najlepiej z zakończeniem ryjącym beret ;)

 

Pozdrawiam.

Peace and love.

Hej Blacktom! Dzięki że wpadłeś! I po blisko trzydziestu latach chodzenia w jeansach, wiem teraz skąd ta mikrokieszonka… ;) Dla mnie to taka skarbonka-odnajduje w niej często drobniaki;) Dzięki za komentarz i oczywiście bardzo się cieszę, ze się podobalo… Przepraszam za powtórzone ,,się " i również pozdrawiam!;) Love&Peace;)

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Ta sama sprawa jak z tą mikro kieszonką w dżinsach nikt nie nosi kieszonkowych zegarków, a mimo tego dalej jest.

To ta kieszonka nie jest na prezerwatywy?

Babska logika rządzi!

Rozbawiliście mnie… Może jednak na drobne?;) Chyba w jednym z następnych opowiadań wprowadzę wątek mikro-kieszonki w jeansach:P To się nazywa inspiracja:) Udanego wtorku!

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

No szlag mnie zaraz trafi :( Zjadło mi komentarz. Spróbuję jakoś odtworzyć…

50/50 podobało mi się i nie podobało.  Świetnemu pomysłowi IMO zabrakło dobrego przedstawienia i wykonania. Hermetyczny klimat nie został do końca wykorzystany. Zdania mają poprzestawiane szyki, brak albo nadmiar przecinków, czasem zdania brzmią niewprawnie, a wodniste dialogi rozmymłają akcję. Ale styl i “liryczny” klimat mi się podoba, a także sceny, które malujesz. Pod względem socjologicznego SF bardzo interesujące.

Poprawki zjadło razem z komentarzem :( Zapamiętałam, że masz pomyłkę “tyloma tabletki” oraz “Z drogi(+,) do cholery ← nie masz tam przecinka, a do cholery to takie samo wtrącenie, jak kochana ;)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Dzięki Naz! Jest jeszcze nad czym pracować, a dzięki takim komentarzom wiem nad czym najbardziej;) Błędy wskazane poprawiłem. Pozdr!

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

Nowa Fantastyka