- Opowiadanie: Fasoletti - Za g...

Za g...

Tekst został napisany dla magazynu SZORTAL i tam pierwotnie się ukazał. Miłego czytania. 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Za g...

Moczary tętniły życiem. Co prawda nie takim, jakiego Umsztyk Bloom się spodziewał, ale zawsze. Rycerz stał na granicy tego niedostępnego obszaru i wodził wokół zdziwionym spojrzeniem. Występująca tutaj flora i fauna były doprawdy niezwykłe. W powietrzu śmigały czterookie ważki o skrzydłach nietoperzy – jak się po chwili okazało, ulubiony przysmak żabopodobnych stworów pokrytych gęstą sierścią. Cudaczne robactwo, jakiego Umsztyk w życiu nie widział, pełzało po pniach spróchniałych drzew, obwieszonych grubymi lianami. Liany te falowały, jakby poruszane wiatrem, choć najlżejszy nawet podmuch od przynajmniej godziny nie musnął twarzy Blooma. W bagnie co chwilę coś się kotłowało, jakieś oślizgłe fragmenty ciała wynurzały się i zaraz chowały, wydając przy tym mlaszczące dźwięki. Powietrze było gęste i cuchnące, a tuż nad ziemią unosił się pomarańczowy opar.

Woja dręczyło niepokojące uczucie, że zna to miejsce. Mógłby przysiąc, iż stawia tu stopę po raz pierwszy w życiu, ale coś w środku mówiło mu, że wcale nie. Że kiedyś już tu był. W poprzednim wcieleniu? W innej czasoprzestrzeni? Od tych rozmyślań rozbolała go głowa. Umsztyk Bloom był bowiem dobrym, uczynnym człowiekiem, nieco naiwnym oraz, jak zwykł to mawiać jego starszy brat, poczciwcem o delikatnie przyrdzewiałych trybach w centralnej maszynerii.

Dlatego, usłyszawszy od spotkanego w karczmie starca, że jest jedyną nadzieją ludzkości i udając się na moczary ocali planetę od zagłady, Umsztyk nie zastanawiał się długo. Włożył podstarzały już, ale wciąż nieźle wyglądający pancerz zmarłego przed dwoma laty dziadka i ruszył światu na ratunek. Nie zwracał nawet uwagi na tak drobny w jego mniemaniu detal, jak informacja, w jaki sposób powinien ów świat ocalić. Doszedł do wniosku, że wszystkiego dowie się na miejscu.

Nie wiedząc za bardzo od czego zacząć proces ocalania, po prostu zanurzył się po pas w błocko i z niemałym trudem przedarł na niewielki skrawek suchego lądu. Takich wysepek było tutaj więcej, każda porośnięta szarym mchem, oszpecona wyschniętymi kikutami krzewów. Uczciwszy ten pierwszy sukces głośnym westchnięciem, ruszył śmiało w kierunku kolejnej, nieco większej. Posuwał się powoli, mozolnie, czując, jak jakieś kształty ocierają mu się o nogi. W końcu dotarł do celu.

Chciał usiąść, żeby odpocząć, ale nie zdążył. Błysnęło, huknęło i zmaterializował się przed nim dziadek z karczmy. Nie przypominał już zwykłego, przeciętnego staruszka. Biła od niego siła i moc. Okryty był płaszczem utkanym z pajęczyn, w dłoni dzierżył kostur zwieńczony kryształem. Zmierzył sapiącego, utaplanego w błocie Umsztyka srogim spojrzeniem i odezwał się dostojnym głosem:

– Zdechniesz, gnido!

Umsztyk wybałuszył ślepia, podrapał się po głowie, a jego cera przybrała najpierw szarawy odcień, by, przechodząc przez zieleń i żółć, stać się buraczano czerwoną. Oznaczało to, że rycerz myśli. A przynajmniej próbuje.

– Ale sam kazałeś mi tu przybyć – wydukał w końcu.

– Tak, ty parszywy śmieciu – ryknął starzec. – Jam jest Zołzog Groźnosrogi, druid, od dwóch tysiącleci pan i strażnik tych moczarów. Postanowiłem ukarać cię za grzechy twych pobratymców!

Twarz Umsztyka Blooma po raz kolejny przeszła proces zabarwienia wszystkimi kolorami tęczy i nie tylko.

– Ale za jakie grzechy – odparł. – Jeśli mam umrzeć, mam prawo wiedzieć za co – dodał, jako że nie cierpiał niedomówień.

Obok Zołzoga pojawiła się lustrzana tafla. Umsztyk ujrzał w niej fabrykę z dymiącymi kominami oraz ogromną rurę, z której do rzeki zasilającej moczary wylewano nieczystości.

– Zatruwacie moje bagno! – zagrzmiał Zołzog. – Rośliny schną. Zwierzęta padają. Z chmur pada palący deszcz.

Coś zgrzytnęło, strzeliło, stuknęło. Tryby zaskoczyły. Bloom zaooponował.

– Chwila! Moment! Jesteś niesprawiedliwy! Fabryki należą do goblinów! To jednego z ich rasy winieneś ukarać!

Druid zafrasował się i zmarszczył brwi.

– Szlag – mruknął. – Masz rację, masz rację… Ale gatunek ludzki i tak nie jest bez grzechu! Zobacz!

W tafli ukazały się potężne maszyny, wycinające w pień starożytny las oddzielający bagno Zołzoga Groźnosrogiego od cywilizowanych krain.

– Jak tak dalej pójdzie, dotrzecie tu tymi swoimi wyjącymi potworami i osuszycie moje włości, aby postawić na nich kolejne smrodzące miasto!

Umsztyk zatrząsnął się, spurpurowiał, buchnął dymem z uszu. Zgrzytnęło, sapnęło. Zaprotestował.

– Ale to pojazdy orków! Ludzie prowadzą wojnę z orkami! Powinieneś być nam wdzięczny!

– Kurwa mać! – Zołzog rozsierdził się. – Ludzie nie są bez winy! Patrz!

Tym razem Umsztyk Bloom ujrzał ryjące w ziemi niskie istoty z brodami. Ich kilofy rozbijały skały w pył, huty przetapiały wydobytą rudę na surówkę, krępi kowale wykuwali broń oraz zbroje.

– Jak tak dalej pójdzie, podkopiecie moczary, wszystko się zapadnie i będzie to koniec tych unikatowych terenów – stwierdził Zołzog. – Za to musisz umrzeć!

Kolejne zgrzyty, towarzyszące zaczynającym się powoli obracać trybom. Bloom, po namyśle, zaskoczył.

– Ależ starcze! Toż to krasnoludzkie kopalnie! To jednego z krasnoludów powinieneś ukarać!

– Oczy nie te… – wytłumaczył się starzec, który tylko pozornie był teraz spokojny. W głębi duszy zaczynał tracić cierpliwość.

– Tak więc sam widzisz, że musisz mnie wypuścić. Ludzie w niczym ci nie zawinili – orzekł Umsztyk Bloom, dumny ze swej błyskotliwości, po czym odwrócił się, by odejść.

– Stój, suczy synu! – ryknął doprowadzony do ostateczności Zołzog Groźnosrogi. – Nie myśl sobie, że unikniesz kary! Jesteście tak samo winni degradacji tego obszaru jak pozostałe rasy! Zabiję cię tu i teraz!

Umsztyk Bloom spojrzał głęboko w oczy druida i rozłożył bezradnie ręce.

– Ale za co, na bogów! Za co?

– A za gówno! – ryknął całkowicie już wyprowadzony z równowagi starzec.

Na szklanej tafli ukazała się scena, która wyjaśniła dziwne uczucie deja vu, jakiego wcześniej doznał Umsztyk. Rycerz zobaczył samego siebie, pijanego w sztok, wytaczającego się z karczmy. Było ciemno, że oko wykol, a Umsztyk, w tych ciemnościach, zygzakiem, podążał leśnym traktem. W końcu zboczył z głównej drogi, zabłądził w lesie, by w następstwie owego pobłądzenia znaleźć się na granicy zołzogowego bagna. Tutaj najpierw oddał mocz w trawę, nafajdał pod siebie, potem zwymiotował. Następnie, zorientowawszy się, iż coś jest nie tak, prowadzony instynktem oraz szczęściem półgłówka dotarł znów do gospody i tam zaległ nieprzytomny pod stołem. Rano oczywiście niczego nie pamiętał.

Pech chciał, że wracający z wyprawy nocnej Zołzog przechodził akurat przez miejsce, gdzie napaskudził Umsztyk. Poślizgnął się na gównie, wpadł twarzą w szczyny, a podnosząc się, wsadził dłoń w rzygi.

– O żesz… – jęknął Bloom, otwierając usta ze zdziwienia. Nie zdążył wydukać nic więcej. Zabiła go błyskawica, która wystrzeliła z kryształu wieńczącego kostur Zołzoga Groźnosrogiego.

Koniec

Komentarze

Po tytule spodziewałam się bardziej paskudnej opowieści, a tu, okazuje się, mamy krainę łagodności i jeszcze ekologiczne przesłanie. ;D

 

Biła od niego siła i moc. – Piszesz o dwóch czynnikach, więc: Biły od niego siła i moc.

 

stać się bu­ra­cza­no czer­wo­ną. – …stać się bu­ra­cza­noczer­wo­ną.

 

– Ale za jakie grze­chy – od­parł. – Raczej: – Ale za jakie grze­chy? zapytał.

 

– O żesz… – jęk­nął Bloom… – – O żeż… – jęk­nął Bloom

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękować, regulatorzy :) Będzie zapamiętane na kolejny raz. 

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Bardzo się cieszę, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sprawnie napisany tekst, mocno kpiarski, typowy dla Fasolettiego, tyle, że utrzymany w łagodnej konwencji. Ciekawa opowieść, z finałem jednak mało przewidywalnym. Dużo kliszy fantasy zostało tutaj mocno obśmianych…  I, jak zwykle, opowieść zamknięta, wyjaśniająca wszystkie kreowane wątki. 

Dla mnie tekst biblioteczny.

Pozdrówka.

Miło fajnie sympatycznie, chociaż jest w tym jakieś g…o :) Całość jak zwykle dobrze się czyta.

Jak się można było domyślić, tekst o gównie, choć tym razem nie tak zwyczajnie. Jak na Ciebie naprawdę delikatnie!

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Tak się zastanawiałam, co znaczy g w tytule. Nie było trudno zgadnąć… ;-)

Tekścik sympatyczny, druida można polubić.

– O żesz… – jęknął Bloom,

Cały czas żeż.

Babska logika rządzi!

No i jestem tutaj…

 

Mam wątpliwość, czy można używać zamiennie terminu wojowie i rycerze (jako historyk nawet bardzo), ale to nie ma większego wpływu na jakość i odbiór tekstu, wszak to nie opowiadanie historyczne ;)

 

O ile generalnie mam problem z fantasy, bo wybacza wszystko, to podoba mi się ten humor w narracji – na dobrą sprawę kpina z tego gatunku. Nie żebym był jakoś bardzo zaciekłym wrogiem, ale takie fantasy to mogę czytać, pozbawione mistycznego nadęcia :)

 

Tak uśmiechałem się w czasie czytania. Czy finał był przewidywalny? Wiedziałem, że Druid zwali wszystko na klocka Umsztyka, bo pewnie w niego wdepnie, ale nie wiedziałem, że wpadnie twarzą w szczyny i zanurzy szacowną dłoń w rzygach ;)

 

Czysty fun.

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny

Opowiastka brzmi trochę jak przydługa scena kabaretowa, ale mi się spodobała :) To wymienianie ras i odpowiedzi druida, no i końcowa puenta :) Jak widać, nawet pozornie błahe rzeczy mogą mieć daleko idące konsekwencje :)

Tak jak wspomniałem, postać druida definitywnie na plus. Bohater-wojownik też, szczególnie kupił mnie zachowaniem zimnej krwi i szybkim myśleniem :)

Technicznie czytało się bez problemów.

Podsumowując: miły, przyjemny pokaz fajerwerków ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

W zalewie wszechogarniającej wakacyjnej monotonii ekskrementalia urosły do pełnoprawnego motywu literackiego. No i fajnie. Twoje opowiadania, minstrel Fasoletti, poszerzają horyzonty. Tak trzymać. I się nie puszczać ; ) Pzdr.

...always look on the bright side of life ; )

Wszyscy chwalą, a dla mnie w sumie takie: “meh”. Niby wszystko gra, jest humor, wyśmiewanie konwencji i puenta, ale! W trakcie lektury cały czas miałem wrażenie, że komizm zawarty w tekście został wepchnięty na siłę, na zasadzie: “musi być zabawnie, hehehe, ironicznie huehue i prześmiewczo, hihihi”. Historia prosta, opowiedziana sprawnie i kompletnie. Ale jednocześnie, nie wnosi nic, nie zmusza do zastanowienia. A, szkoda.

Dialogi super, ostre jak brzytwa i bardzo naturalne. To w nich humor broni się najlepiej.

Generalnie, jest ok, ale do jutra o twoim shorcie pewnie zdążę zapomnieć.

Fajne :) Na początku tak sobie myślałem, że gdyby obedrzeć tekst z wulgaryzmów, to wyjdzie bajka dla dziecioczków, ale szybko się okazało, że jednak to typowy fasolettowy tekst :D Dobre.

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

“– Tak, ty parszywy śmieciu – ryknął starzec.” – jak ryknął, to brakuje wykrzyknika.

 

Z duszą na ramieniu otwierałam ten tekst, bo po Tobie nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać… Ale było łagodnie i – jak już stwierdzono – z ekologicznym przesłaniem ;) Czytało się sympatycznie, tylko w sumie jakoś dziwię się, że druid kazał Umsztykowi przyjść na bagno… Nie mógł go pokarać w dowolnym miejscu? Miał dużo szczęścia, że człowiek był niezbyt lotny i zgodził się sam na te moczary pofatygować.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Sympatyczne – na tyle, na ile sympatyczny może być tekst o gównie. Humor mnie niestety nie porwał.

Proste (by nie rzec – prostackie), ograne, bez typowej Twojej ikry i pier… w epatowaniu gównem, rzygiem, śmiercią i śmierdzą, ale przy tym sympatyczne, lekkie, ciekawe i nawet w tej swojej prostocie zabawne.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Czytałem już na Szortalu. Kwintesencja Fasolettiego.

Całkiem ciekawie przedstawiony skrawek świata. Cóż, ładny obrazowy kawałek, który daje ci gównem po gębie na koniec, to nie dla mnie. Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ano, całkiem sympatyczne, i całkiem do zapomnienia ;)

Czytało się dobrze, zakończenie całkiem nieoczekiwane i w sumie zabawne, jednak i mnie się wydawało, że sporo humoru jest tutaj nieco na siłę, a cała historyjka mało przekonywująca.

Fasolettizm w rozkwicie smiley

Bardzo lekki, zabawy i przyjemny szorcik… Pomimo swojej tematyki :D

Fajne.

Znam tylko pięć liter ;)

Całkiem, całkiem. Co prawda w klimatach rycerskich łatwiej przełknąłbym manufaktury od fabryk. Zaczęło się nieźle, potem przy przedstawianiu przewinień poszczególnych ras zrobiło się trochę zbyt przewidywalnie. “Za gówno!” było dobrym punktem kulminacyjnym i tu gdzieś dobrze byłoby tekst zakończyć, dalsze opisy jak dla mnie za bardzo rozwodniły puentę. Ogólnie na plus, nie przepadam za fekalnymi klimatami, ale ten szorcik dało się  czytać.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Napisane tak, że samo się czyta. Aż dziwnie to zabrzmi, że klimat namacalny i przeczytałem z przyjemnością, ale chodzi o to, że zacne opisy. Podobał mi się ten kpiarsko-poważny ton. Dialogi wypadły wiarygodnie. No i uśmiechnęło, a powód do ubicia rycerza uważam za bardzo sensowny. Podobało mi się.

Za g…. w prawdziwym życiu często można za to oberwać :p Tekst ok, lekka historyjka do przeczytania i zapomnienia

Nowa Fantastyka