- Opowiadanie: vigl - Życie

Życie

Krótki tekst zainspirowany jednym z tegorocznych filmów SF, który ostatnio udało mi się obejrzeć.
W zasadzie jest to dość luźna adaptacja. Już tytuł zdradza o jaki utwór chodzi, ale w komentarzu pod tekstem rozwieję ewentualne wątpliwości.

Dodatkową zachętą do przeczytania jest fakt, że po lekturze na dobrą sprawę nie trzeba już oglądać filmu. ;)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Życie

Dzień 1.

Dwunóg. Ogromna, pokraczna istota o stałych kształtach. Cztery kończyny, miękka, białkowa powłoka. Dalszy pomiar bezowocny. Czekam.

 

Dzień 2.

Wciąż nie posiadam odpowiednich narzędzi, by lepiej poznać dwunoga. A raczej dwunogi, gdyż w miejscu gdzie mnie przetrzymują, jest kilka podobnych, samoświadomych osobników. Już rozumiem jednak kluczową kwestię: oni również prowadzą badania. Nade mną.

 

Dzień 3.

Ciemnoskóry badacz zdaje się być mi przychylny. Chyba wszyscy są bardzo podekscytowani z naszego spotkania. Nie tylko nie dają mi umrzeć, ale zdają się eksperymentować nad stworzeniem jak najbardziej przychylnego mi środowiska. Szkoda, że tak mało o mnie wiedzą…

W każdym razie – powoli rosnę. Uczę się ich i tego miejsca.

 

Dzień 4.

W końcu udało mi się osiągnąć rozmiary prymitywnego, wielokomórkowego organizmu, który dwunogi mogą zaobserwować gołym okiem. To poprawiło również moją percepcję. Zaczynam widzieć w rozsądnej rozdzielczości. Jestem w stanie odbierać w zakresie od kilku nanometrów do milimetrów. Niewiele, ale to i tak szerzej niż potrafią dwunogi. Receptory fal dźwiękowych wciąż nie wykształcone.

 

Dzień 5.

Badacz używa kilku podłużnych przyrządów, które z łatwością mieszczą mu się w górnych kończynach (nazywają je “rękoma”). Ma coś plującego jasnym, skondensowanym światłem; jakiś dziwaczny odbiornik, służący do wspomożenia jego niedorozwiniętego wzroku oraz niewielki walec, zakończony niezwykle cienkim i ostrym metalem. Na razie nie mam siły, by zrobić z nich użytek, ale to kwestia czasu.

 

Dzień 7.

Tępe prymitywy! Czarnoskóry wpadł na pomysł, by zwiększyć ciśnienie w klatce laboratoryjnej. Co za kretynizm! Część mnie obumarła, reszta przeszła w stan uśpienia. Dwunogi myślą, że zmuszą mnie tym do działania. Ich niedoczekanie.

Hibernuje się, zachowując minimum świadomości. Zregeneruję się. Poczekam na odpowiedni moment.

 

Dzień 21., t = 0000.

Dziś ludzie przekroczyli granicę. Badacz tak rozpaczliwie chciał mnie obudzić, iż zaczął przypalać macki prądem. Nie wiedzą, że to tylko dodaje mi sił.

Odkłada palnik i sięga po skalpel. Wreszcie właściwy moment! Chwytam dłoń z nożem najmocniej jak potrafię. Zaskoczony Hugh puszcza przedmiot i poddaje się uściskowi. Kilka macek między palce, najsilniejsza wokół nadgarstka i jest unieruchomiony. Próbuje pomóc sobie drugą kończyną. Nim przeciśnie ją przez rękawice, już tam jestem. Prawie całym sobą blokuję wejście do mojego więzienia. Jednocześnie nie puszczam jego prawej dłoni. W końcu czarnoskóry poddaje się, a ja atakuje z całej siły. Dziesiątką macek czuję jego strach i niewyobrażalne zaskoczenie. Już nie może ruszyć ręką, a ja zaplatam się jeszcze bardziej. Czuję jego wewnętrzną strukturę – sztywny i kruchy szkielet kostny. Ułomny poziom dostosowania. Jego paliczki pękają pod naporem macek. Ryczy z bólu, a ja uświadamiam sobie, że wreszcie słyszę. W końcu mężczyzna poddaje się. Mięknie, a jego świadomość gdzieś odpływa. Pewnie przedśmiertna reakcja obronna.

Wypuszczam jego zwiotczałą, niesprawną dłoń i w końcu mogę zająć się sobą. Wchodzę do rękawa i próbuję go przebić. Tak jak się spodziewałom – jest rozciągliwy i wytrzymały. Dobry materiał. Wracam po skalpel. Jest tak długi jak rozpiętość moich macek, ale udaje mi się go użyć. Wskakuje na niego całym ciężarem i rękaw pęka, przebity przez małe ostrze. Wyślizguję się przez powstały otwór. WOLNOŚĆ! W końcu! W jednej chwili czuję oszałamiający przypływ siły. I głodu. Rozpędzam się do mojej maksymalnej prędkości i w kilka sekund poznaje cały pokój laboratoryjny. Około ośmiu metrów długości, nie więcej niż trzy na szerokość i wysokość. Klaustrofobiczny dla dwunoga, dla mnie – w obecnej formie – jest bardziej niż przestronny. To dobrze – nim stąd wyjdę, będę musiało stoczyć nierówną walkę. Każdy kąt, zakamarek gdzie można wleźć, jest cenny jak woda.

Szukam jedzenia. Po przeciwnej stronie pomieszczenia jest druga klatka. Trzymają tu niewielki ziemski organizm. Wpełzam do środka przez otwory doprowadzające powietrze. Uwięzione zwierzę jest o wiele mniejsze od dwunoga. Niewiele większe ode mnie. Mimo tego bardziej przypomina człowieka: podobna budowa organów zewnętrznych, scentralizowana jednostka sterująca organizmem, w wyraźny sposób odseparowana od korpusu. Dwunogi muszą być niezwykle aroganccy, by prowadzić inwazyjne eksperymenty na czymś tak podobnym do nich, tylko dlatego, że jest słabsze i mniej zaawansowane intelektualnie. Zapamiętam to. Dochodzę do wniosku, że oni sami nie zasługują na poświęcenie im badań. Ani na przetrwanie.

Wchodzę do klatki. Gryzoń jest zaciekawiony, jednak bardziej czuję jego strach. Dotykam go lekko, badając reakcję. Odpowiada agresywnie, atakując mikroskopijnymi zębami, ukrytymi w śmiesznej, małej główce. Nie pozostawia mi wyboru. W tej samej sekundzie oplatam go najciaśniej jak potrafię. Jedną mackę wpycham głęboko przez otwór gębowy. Zwierzątko piszczy żałośnie w miarę jak ściskam go coraz silniej i głębiej. Kości pękają z trzaskiem, przez gęstą sierść przebija się krwiste, żywe mięso. Jest bardzo smaczne. Już nie wypuszczam gryzonia z objęć. Wijemy się na wszystkie strony, tańcząc kilka centymetrów nad szklaną podłogą klatki. Przestaję dopiero, gdy ze zwierzęcia nie zostaje nawet najdrobniejsza kosteczka.

Słyszę alarm. Pozostałe dwunogi w końcu postanowiły pomóc swojemu przyjacielowi. Do laboratorium wszedł jeden z członków załogi. Młody samiec, najsilniejszy z nich. Chwyta nieprzytomnego kolegę i wypycha go z pomieszczenia. Próbuje sam z niego wyjść, lecz jest już za późno. Owijam się wokół jego kostki. To wystarczy, by ludzie zamknęli mu drzwi tuż przed nosem. Za wszelką cenę starają się zatrzymać mnie w szklanej klatce. Dobrze, nie ma pośpiechu. Na razie i tak muszę rozprawić się z moim nowym współlokatorem. Mężczyzna emanuje innymi emocjami niż badacz. Strach jest ledwie wyczuwalny, a ostrożną, naukową ciekawość, zastąpiła nienawiść. Cóż, to bardziej racjonalne uczucie w naszym położeniu. Ale wątpię by pozwoliło mu dłużej przetrwać. Mężczyzna – między sobą nazywają go “Rory” – przypala mnie podręczną lampą. Dociska przedmiot tak mocno, że zaczynam czuć ból. Mój uścisk mięknie, a ja nie mogę pozwolić, by widział moją słabość. Odklejam się od jego nogi i uciekam w zakamarki sufitu. Zaczyna się irracjonalna gra: Rory próbuje dosięgnąć mnie zmontowanym dzięki pomocy reszty załogi, prowizorycznym miotaczem płomieni, a ja uciekam, ignorując klaustrofobiczne rozmiary naszego więzienia. Trwa to niemal dwieście sekund. W końcu Rory wyczerpuje paliwo. Teraz boi się znacznie bardziej. Zastanawia się gdzie jestem. Skupia uwagę na jednej z szafek na wysokości jego wzroku, jednak ja nadchodzę z góry. Spadam prosto na kark. Wchodzę do jego ust. Przez słuchawkę w jego uchu słyszę wzburzone krzyki reszty załogi. Kłócą się, czy otworzyć drzwi do labu i wyciągnąć stamtąd kolegę. Myślę, że to tylko gra pozorów. Zauważyłom, że uzewnętrznianie irracjonalnych, sprzecznych emocji jest dwunogom potrzebne. Nie mogą się bez tego obyć, uważają, że to one czynią ich ludźmi. Jednak finalna decyzja jest racjonalna – drzwi pozostają zamknięte. Ludzie są wystarczająco inteligentni, by wiedzieć, że na pomoc jest już za późno. Rory najpierw dławi się mną, później już tylko dusi. Zjadam go od wewnątrz. Żywię się jego pulsującym, gorącym sercem.

Wychodzę większe i silniejsze. Pora uciec z tej klatki. Ludzie zamykają wszystkie otwarte szczeliny. Zaraz przed moimi mackami. Są jednak zbyt wolni. Udaje mi się wyjść. Całym ciałem czuję ich przerażenie.

 

Dzień 21., t = 1200.

Szukam pożywienia. Potrzebuję wody. Potrzebuję tlenu. Wiem nawet gdzie mogę je znaleźć. Ta kosmiczna przystań, na której zamknęli się wraz ze mną, musi podlegać odwiecznym prawom próżni. Zwłaszcza, gdy jej struktura jest tak toporna i nieadaptatywna. Zewnętrzna powierzchnia stacji nagrzewa się dziesiątki razy bardziej niż to do czego przyzwyczaił mnie Mars. To oznacza, że wrażliwe moduły, zwłaszcza te których zadaniem jest odbiór, nadawanie i przetwarzanie fal elektromagnetycznych, muszą mieć wbudowane mechanizmy chłodzące. A nic nie nadaje się do tego lepiej niż zimny płyn. Obstawiam ciekły azot, może nawet ciekły tlen! Tak czy inaczej warto spróbować. Przy odrobinie szczęścia, mój niepohamowany apetyt doprowadzi do awarii systemu komunikacyjnego, zanim jeszcze dwunogi zdołają nadać wiadomość.

Ciasne korytarze prowadzą na zewnątrz. Ludzie nie zdążyli zamknąć wszystkich wyjść. Biegnę wzdłuż niekończących się przewodów i obrzydliwie gładkich, sztucznych ścian. Po kilkudziesięciu sekundach znów widzę gwiazdy. Odwykłom od tego widoku. Słońce grzeje, jakby ktoś zawiesił je centymetry nad moimi mackami. Jednak to za mało, by mnie powstrzymać. Dwunogi wciąż nie mają bladego pojęcia o mojej wytrzymałości. Przetrwam i temperaturę i próżnię, choćbym miało tu zostać na całe okrążenie Słońca. Przechodzę w stan ochrony organizmu. Zmniejsza to moją sprawność fizyczną, ale pozwala mi oddychać beztlenowo, wewnętrznie. Samo dla siebie jestem teraz powietrzem. Przestaję też zwracać uwagę na ciepło. Identyfikuję anteny komunikacyjne. Zaraz pod nimi, wraz z całą masą elektroniki, znajduje się bateria z chłodziwem. Wyrywam panel zabezpieczający i docieram do ciekłego azotu. To da mi siłę. I czas. Pozostaje czekać na reakcję Ziemian.

 

Dzień 21., t = 3030.

Wysłali po mnie samą kapitan. Kat zlokalizowała usterkę i wpadła prosto w me sidła. Atakuję, gdy tylko odkręca zawór. Doklejam się do jej kończyny. Skafander jest gruby, nie prędko zdołam go przebić. Kobieta zamyka nie tak dawno wypełnioną chłodziwem tubę. Porzuca naprawę systemu komunikacyjnego. Dostrzegam ruch jej ust – stale pozostaje w kontakcie z resztą załogi. Wydaje się, że zdiagnozowanie problemu i odizolowanie mnie od wnętrza stacji traktują jak swoje małe zwycięstwo. Ciekawe tylko, jak zamierzają wpuścić swoją kapitan z powrotem, jednocześnie zatrzymując mnie na zewnątrz?

Ściskam skafander z całych sił i czuję jak coś pod nim pęka. Rozlewa się ciecz. Kat zaczyna oddychać szybciej. Woda podchodzi do twarzy. Zostało jej niewiele czasu. Znacznie mniej niż mi. To dobrze, w takiej sytuacji moi nowi przyjaciele z pewnością popełnią jakiś kosztowny błąd.

Kilka chwil później Kat, a wraz z nią ja, lądujemy przy najbliższej śluzie. Po drugiej stronie czeka kolejny dwunóg. Muszą współpracować, by otworzyć właz. Ciekawi mnie co zrobią, gdy z powrotem wpuszczą mnie na statek, a kapitan natychmiast odepnie hełm od reszty skafandra. Czekam niecierpliwie, podczas gdy ludzie zgodnie kręcą masywnym zaworem. Kobieta zaczyna się topić. To resztki jej sił. Za to poziom jej adrenaliny i stresu musiał osiągnąć maksimum. W tym stanie dwunóg zrobi wszystko, by przeżyć. By wrócić do środka.

Jednak Kat tego nie robi. Podejmuje decyzję. Przestaje pomagać mężczyźnie w środku. Stawia mu opór. Przez okno w śluzie dostrzegam zdziwiony krzyk i rozpacz samca. Nadajnik kapitan drży od żywiołowej komunikacji jego i reszty załogi. To wszystko trwa nie więcej niż kilkanaście sekund. Kobieta traci przytomność i puszcza śluzę. Bezwładność poniesie ją w nieskończoną otchłań. Ufam, że w wiecznym śnie, odnajdzie wreszcie spokój.

Ale to wszystko nie dotyczy mnie. Ja nie mogę pozwolić sobie na odpoczynek.

 

Dzień 22., t = 1111.

Wpuścili mnie z powrotem. Nie było łatwo, ale znowu zawiodła ich prowizoryczna technologia. I równie prymitywne, krótkowzroczne emocje. Śmieszne, że poza nimi mają tak niewiele.

Mogłom wrócić jedynie przez dysze napędowe, więc próbowali odstraszyć mnie przy pomocy odpowiednich silników. Myśleli, że zdołają mnie spalić. Niedoczekanie. W końcu jednak musieli przestać – stacja za bardzo zboczyła z kursu lub stracili zbyt wiele paliwa – a ja wróciłom do środka.

Cały czas próbują mnie odizolować. Zamykają wewnętrzne śluzy, coraz bardziej ograniczając swoją “bezpieczną” przestrzeń. Lecz wszystko na próżno – już tu jestem.

Poniekąd zawdzięczam to mojemu pierwszemu przyjacielowi. Mojemu kapłanowi, który tak niedawno przywrócił mnie do życia. Dopóki nie zorientował się czym jestem, z dumą nazywał się moim przybranym “ojcem”. Ale nawet teraz pozostaje dla mnie ważny. Jest moim żywicielem. Ukryty w nogawce spodni powoli trawię jego bezużyteczną kończynę. Obok pilot i drugi oficer – przewrotnie piastująca tę funkcję, by dbać o bezpieczeństwo załogi – zastanawiają się, nad dalszymi krokami. Badacz czuje się coraz gorzej. Nie przyznaje się, że praktycznie stał się zdrajcą gatunku ludzkiego. Ale na dobrą sprawę – czy miał jakiś wybór?

Hugh słabnie tak wyraźnie, iż jego kompani w końcu zdają sobie sprawę, że coś jest nie tak. Jednak dopiero, gdy traci przytomność, sprawdzają jego kończynę. Rozcinają nogawkę i w przerażeniu rozpływają się w przeciwne kąty pomieszczenia. Znikam z ich pola widzenia. Nie atakuję – jeszcze będą mi potrzebni.

 

Dzień 22., t = 10239.

Nie do końca wiem co próbują Ziemianie. Zakładałom, że powoli poddają się z walki o życie, a ich jedynym celem jest eliminacja mnie. Nie mogę bardziej się z nimi zgodzić – zdążyli już oszacować, jakie skutki miałoby wpuszczenie mnie na Ziemię. Choć wciąż nie doceniają pełni moich możliwości.

Teraz jednak wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Do stacji documował innny twór dwunogów. Przypuszczalnie załogowy statek, którego zadaniem jest… Właśnie, co? Ludzie w pojedynkę są niezdarni i głupi, ale prawa i zasady działania, które nakreślili, by utrzymać swoje status quo, są przemyślane i kompletne. Przypuszczam, że cel statku to natychmiastowe zniszczenie bazy. Liczę się ja; konsekwencje straty w ludziach są przez nich zawsze wyolbrzymiane, jednak w takiej sytuacji uznają je za konieczne.

Nie tylko ja nie chcę do tego dopuścić. Przez metaliczne ściany słyszę jednego z trójki pozostałych. Na złamanie karku leci w stronę zajętego doku. Prawdopodobnie nie zdaje sobie nawet sprawy, że pojazd nie przybył tu z misją ratunkową. Nie stosuje się do procedury. I bardzo dobrze. Jego niesubordynacja i egoizm mogą uratować mi życie. Na dobrą sprawę od tego zależy teraz przetrwanie całej rasy.

Pilot otwiera właz mimo krzyków sprzeciwu po drugiej stronie. Zdziwieni jego zachowaniem nie zdążyli zareagować z większą konsekwencją. Jestem tuż za nim, a zaraz za mną pozostała dwójka załogi. Wślizguję się na statek, nim pilot zdoła ponownie zamknąć śluzę. Jest tu troje ludzi. Wyjątkowo dobrze uzbrojonych, niewątpliwie również lepiej przeszkolonych niż moi starzy przyjaciele. W tak ciasnym pomieszczeniu są jednak bezradni. Ich broń palna pluje po ścianach, gdy duszę kolejnych samców. Jedynie kilka pocisków zatapia się w mojej istocie, niemal ich nie czuję. W międzyczasie Sho ponownie otwiera śluzę, próbuje uciec. Chce mnie tu zamknąć. Nie zważając na to, że wyrżnę całą załogę pojazdu. W tej samej chwili ktoś (może automat) odpala procedurę startową. Mój przyjaciel wyskakuje ze śluzy o parę sekund za późno. Zawisa w przestrzeni między stacją a oddalającym się statkiem. Wyskakuję za nim i uciekam w bezpieczne, wolne od próżni i pędu, kanały wentylacyjne ISS. Przez moment notuję jeszcze obecność Davida i Mirandy, próbujących pomóc towarzyszowi. Nie mam zamiaru im przeszkadzać, ani wykorzystywać tej sytuacji. Sho i tak już jest na straconej pozycji, a ta dwójka wciąż mi się może przydać.

 

Dzień 22., t = 20450.

Minęło kilka godzin. Stanowczo zbyt długi okres ciszy. Ale w końcu coś zaczyna się dziać. Zdesperowana dwójka dwunożnych pokrak podjęła wreszcie jakieś decyzje! Ruszają w stronę szalup ratunkowych. Chcą skazać całą stację na zagładę, tym razem definitywnie. Ich dziedzina, ich prawo; ja jednak nie mam zamiaru tu zostać.

Gdy przybywam do doku ratunkowego, otwarta jest tylko jedna szalupa. Szybko oceniam, że Miranda, zdążyła już opuścić ISS. Natomiast David… sprawia wrażenie jakby na mnie czekał. Spodziewał się mnie. Może to nic dziwnego, w końcu wciąż nie wydaliłom lokalizatora, którego pożarłom wraz z nogą Hugh. Wskakuję do środka na sekundę przed zamknięciem włazu.

 

Dzień 23.

Plan dwunogów nie do końca się powiódł. Szybko zorientowałom się, że zachowanie Davida było celowe. Chciał uciec w pustkę kosmosu. I zabrać mnie ze sobą. Byle jak najdalej od Ziemi. Szczytne – dla innych dwunogów – zapewne godne poświęcenie. To Miranda miała wylądować na ich rodzimej planecie i zdać bezpośrednią relację o tym co spotkało nieszczęsną załogę. Stało się dokładnie odwrotnie. I jeśli jeszcze o tym nie wiecie, zapewniam was, że bardzo szybko ulegnie to zmianie.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Mnie to rybka, bo i tak raczej nie obejrzałabym tego filmu, ale innym takie spojlerowanie może się nie spodobać.

Tekst o tyle ciekawy, że pokazuje wszystko z mniej popularnego punktu – obcej rasy.

Nie bardzo rozumiem, dlaczego stworzenie koniecznie musi zrobić krzywdę ludziom. Nie mają tam modułów hydroponicznych, kambuza? Gdyby się przyczaiło i żarło, co dają, nie musiałoby potem tak kombinować i walczyć. I skoro jest takie hiperwypasione i odporne na wszystko, to jak to się stało, że niemal padło? A może nawet cała rasa? I dlaczego jeden z ludzi zdradził?

Wykonanie mogło być lepsze – sporo literówek, szczególnie związanych z ę/e na końcu czasowników. Plus za rzadko używany rodzaj nijaki.

Około ośmiu metrów długości,

Ono posługuje się ludzkimi jednostkami miary? Dlaczego i skąd je zna?

Zmniejsza to moją sprawność fizyczną, ale pozwala mi oddychać beztlenowo, wewnętrznie. Samo dla siebie jestem teraz powietrzem.

Nie kupuję tego. Jeśli beztlenowo, to czemu jest dla siebie powietrzem?

Babska logika rządzi!

 

Hej, dzięki za komentarz, Finkla.

W takim razie, żeby nie było zarzutów – powyższe oparte jest na filmie Life. Celowo nie chciałem podawać tego wyżej, bo jestem ciekaw, czy nawet ci, którzy ten film oglądali go tu rozpoznają. :) Bo jest to IMO dobrze wykonany, ale dość sztampowy utwór (najciekawsza jest tam właśnie postać owego obcego) i wielu widzom po prostu nie zapadnie w pamięć.

Mam pytanie odnośnie klasycznego:

Wykonanie mogło być lepsze – sporo literówek (…)

Tzn. ile – dwie czy dwadziescia, bo nie podałaś ani jednego przykładu? ;)

Jeżeli chodzi o to:

Około ośmiu metrów długości,

Ono posługuje się ludzkimi jednostkami miary? Dlaczego i skąd je zna?

Tak, posługuje się, niestety. I to z bardzo prostego powodu – jeśli nie używałoby tak podstawowych dla nas pojęć, to tekst BARDZO traciłby na zrozumieniu. Wierz mi, to jest moja główna zgryztowa przy pisaniu takich tekstów (z perspektywy inteligentnych obcych). Bo chcąc stworzyć unikalne spojrzenie, muszę zachować zdrowy rozsądek i zaadaptować przynajmniej kilka bazowych ludzkich pojęć. Więc tak: obcy nauczył się (a uczy się szybko) trochę o ludziach, stacji, potrafi zrozumieć też kwestie emocji (mimo, że sam “czuje” na zupełnie innej płaszczyźnie). Układ SI też nie jest mu (nomen omen) obcy (bo jak miałbym się pozbyć metrów, to musiałbym się pozbyć również sekund, a to naprawdę nie było by komfortowe rozwiązanie). Z ciekawostek – czepiać się można o np. słuch, bo o ile “widzenie” (więc postrzeganie w zakresie fal elektromagnetycznych) to dość uniwersalne pojęcie, to przecież tzw. “dźwięk” to tylko interpretacja zmian gęstości i zaburzeń drgań cząsteczek danego ośrodka. Ale czy tekst zyska, gdy wymienię nasze ludzkie pojęcie na tę fizyczną formułkę? ;)

Zmniejsza to moją sprawność fizyczną, ale pozwala mi oddychać beztlenowo, wewnętrznie. Samo dla siebie jestem teraz powietrzem.

Nie kupuję tego. Jeśli beztlenowo, to czemu jest dla siebie powietrzem?

Zasadniczo słuszna uwaga. :) Z założenia miało to zabrzmieć metaforycznie, ale może rzeczywiście mnie poniosło?

Odnośnie Twoich pytań o samego obcego, sytuację na ISS – z założenia nie miałem zamiaru dawać więcej odpowiedzi; a i tak – siłą rzeczy – kilka kwestii musiałem dopowiedzieć. Bo film nie mówi absolutnie nic (co w zasadzie robi mu na plus :D) za wyjątkiem jednego: “życie musi przetrwać za wszelką cenę”. Do tego ma zapędy terytorialne i jego celem jest zdobycie nowego domu. Ja dopisuję dodatkowe uzasadnienie, dlaczego w żaden sposób nie może koegzystować z ludźmi.

Zajrzyj: https://abwronka.pl oraz https://facebook.com/lastman87 :)

Nie liczyłam literówek, ale więcej niż dwie. Przykłady z początku:

Hibernuje się, zachowując minimum świadomości.

W końcu czarnoskóry poddaje się, a ja atakuje z całej siły.

Wskakuje na niego całym ciężarem i rękaw pęka

Jednostki miary. Metry można przeliczyć na długości dwunogów; zamiast ośmiu metrów miałbyś cztery i pół średniego dwunoga. Gorzej z nanometrami, ale może da się jakoś opisać właściwości odpowiednich fali. Przynajmniej na początku. Później już może znaleźć jakiś podręcznik fizyki i przejąć ludzkie jednostki.

Babska logika rządzi!

OK, tylko ten gość cały czas rośnie. ;) Posługiwanie się odpowiednikami “łokci” jest dość problematyczne w takiej sytuacji.

Pomysłowi z operowaniem na długościach fal (można by to pociągnąć dalej, również na cząstki elementarne, a nawet struny) dla odległości i rozmiarów rzędu nano i mniej przyklaskuję za to z zapałem.

Przejrzę tekst pod kątem literówek i interpunkcji. 

Zajrzyj: https://abwronka.pl oraz https://facebook.com/lastman87 :)

Dlatego zaproponowałam długość średniego dwunoga. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie lubię, kiedy ktoś próbuje opowiedzieć mi jakiś film. Wolę obejrzeć go sama. Jeszcze bardziej nie podoba mi się, kiedy ktoś opisuje film, twierdząc, że napisał opowiadanie. :(

Lektura nie była zbyt bolesna, ale wykonanie mogłoby być zdecydowanie lepsze.

 

Chyba wszy­scy są bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ni z na­sze­go spo­tka­nia.Chyba wszy­scy są bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ni naszym spo­tka­niem.

Ekscytujemy się czymś, nie z czegoś.

 

Nim prze­ci­śnie ją przez rę­ka­wi­ce, już tam je­stem. – Literówka.

 

Zwie­rząt­ko pisz­czy ża­ło­śnie w miarę jak ści­skam go coraz sil­niej i głę­biej. Zwierzątko jest rodzaju nijakiego, więc: Zwie­rząt­ko pisz­czy ża­ło­śnie w miarę jak ści­skam je coraz sil­niej i głę­biej.

 

przy­pa­la mnie pod­ręcz­ną lampą. Do­ci­ska przed­miot tak mocno, że za­czy­nam czuć ból. Mój uścisk mięk­nie, a ja nie mogę po­zwo­lić, by wi­dział moją sła­bość. – Nadmiar zaimków.

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

Sku­pia uwagę na jed­nej z sza­fek na wy­so­ko­ści jego wzro­ku… – Sku­pia uwagę na jed­nej z sza­fek, na wy­so­ko­ści swojego wzro­ku

 

Lu­dzie za­my­ka­ją wszyst­kie otwar­te szcze­li­ny. Zaraz przed moimi mac­ka­mi.Tuż przed moimi mac­ka­mi.

 

Zwłasz­cza, gdy jej struk­tu­ra jest tak to­por­na i nie­adap­ta­tyw­na. – Co to znaczy nie­adap­ta­tyw­na?

 

Znacz­nie mniej niż mi. – Raczej: Znacz­nie mniej niż mnie.

 

moi nowi przy­ja­cie­le z pew­no­ścią po­peł­nią jakiś kosz­tow­ny błąd. – Czy błąd może mieć wartość, być kosztowny?

 

Na­daj­nik ka­pi­tan drży od ży­wio­ło­wej ko­mu­ni­ka­cji jego i resz­ty za­ło­gi. – Czy to znaczy, że nadajnik komunikował się z załogą?

 

Za­kła­da­łom, że po­wo­li pod­da­ją się z walki o życie… – Można poddać się bez walki, ale nie można poddać się z walki.

 

Do sta­cji do­cu­mo­wał innny twór dwu­no­gów.Do sta­cji przy­cu­mo­wał inny twór dwu­no­gów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie lubię, kiedy ktoś próbuje opowiedzieć mi jakiś film. Wolę obejrzeć go sama. Jeszcze bardziej nie podoba mi się, kiedy ktoś opisuje film, twierdząc, że napisał opowiadanie

To może obejrzyj film zamiast krytykować bez potrzeby? Wyraźnie zaznaczyłem, że tekst jest luźną adaptacją filmu i tak należy go traktować (dodałem też tag “fanfiction”, mimo tego, że automatycznie klasyfikuje on mój tekst do grupy “tych gorszych”). Dzielę się tutaj swoim spojrzeniem i interpretacją, przy okazji mając nadzieję pokazać inną, ciekawą perspektywę. To, że użyłem nie swojej fabuły i pisałem to w zasadzie dla siebie, by odetchnąć i nie wypaść z rytmu podczas przerwy w pisaniu czegoś większego, nie powinno umniejszać, że włożyłem w tekst swój czas i twórczą pracę. Nie próbuję Ci tego sprzedać za cenę książki, żebyś była uprawniona do wygłaszania powyższych opinii.

Zajrzyj: https://abwronka.pl oraz https://facebook.com/lastman87 :)

Owszem, wspomniałeś że to luźna adaptacja, ale napisałeś też: Dodatkową zachętą do przeczytania jest fakt, że po lekturze na dobrą sprawę nie trzeba już oglądać filmu. ;), a to pozwoliło mi nabrać przekonania, że Twoje opowiadanie jest opisaniem filmu.

Bądź uprzejmy zauważyć, że umieściłeś opowiadanie w miejscu, w którym każdy ma prawo je przeczytać i skomentować. Nic nie poradzę, że moja wypowiedź nie spełniła Twoich oczekiwań.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bierzesz na warsztat fajny pomysł, gdzieniegdzie masz fajne przebłyski, ale jakby zabrakło Tobie odwagi, by przejść z nim całą trasę. Przez co efekt końcowy jest przeciętny – czytało się nawet przyjemnie, ale koniec końców dla mnie to lektura jakich wiele widziałem i zapomniałem.

Szczególnie widać to w warstwie myślenia narratora, który jest obcym bytem. Używa określeń takich jak “dwunóg”, rozumie i interpretuje rzeczy na swój sposób – a chwilę później mordujesz to odczucie odwołaniem do ludzkiej jednostki miary czy form społecznych. To samo dotyczy nazewnictwa i funkcji – skąd Alvin wiedział, że Kat to kapitan, że nazywała się “Kat”, że biolog to “Hugh”, że dwójka obok naukowca to pilot i drugi oficer? Czy rozumie ludzką mowę? Czy nauczył się czytać ludzkie pismo? Czy też istoty z Marsa mają identyczną strukturę społeczną, stąd odgadł funkcje poszczególnych ludzi na pokładzie? Czy rozmnażają się płciowo, toteż zna określenia takie jak “samiec” i “samica”? Nie chodzi teraz o wymyślanie nowego języka, ale o budowanie poczucia, że masz do czynienia z obcym bytem. Że jeśli zamienię Alvina w wilka, a stację w ciemny las, to historia nie byłaby taka sama. Ty zaczynasz dobrze, Autorze, potem to wycofanie w półkroku powoduje wiele zgrzytów logicznych w opowieści.

I patrząc na rozmowę z Finklą, nie wydaje mi się, by udziwniające zabiegi miały wpłynąć negatywnie na czytelnika. Zobacz choćby na mierzenie czasu. Od pewnego momentu dodajesz do dni parametr “t”. Czy on ma logiczne dla człowieka znaczenie? Nie (doczytałem, że to niby sekundy dnia, ale ja tego w ogóle nie odczułem). Ale czy spełnia swoja funkcję? Jak najbardziej! Mi, jako czytelnikowi, wystarczy informacja, że coś wydarzyło się chronologicznie później niż wpis wcześniejszy. Dodatkowo uzupełnia poczucie, że to jakiś dziennik naukowy obcego bytu. Cele spełnione.

Podobnie mogło byś z jednostkami długości. Na co mi, jako czytelnikowi, informacja o wielkości laboratorium w metrach. Czy obco brzmiałaby zamiast tego informacja, że Alvin jest wielkości dłoni badającego go człowieka (czytelnik wie, jakiego rzędu wielkości są męskie dłonie) i uważa ono pomieszczenie za wręcz olbrzymi, choć jego ludzcy przeciwnicy mają problemy, by się w nim poruszać. Suwmiarkę w oczach Alvina można zasugerować w inny sposób (że ma wielkość dokładne taką samą, jak dłoń Hugha).

Brakuje także popłynięcia z treścią filmu, rozbudowania jej o dodatkowe elementy. “Fanfic” to żadna gorsza forma opowiadań, ale tutaj mam wrażenie, że jest za dużo “fan” do “fic” – niewiele widzę dodanych rzeczy od Ciebie w stosunku do relacji wydarzeń z filmu, tylko z innego ujęcia kamery. A mogłeś pokusić się o opis pochodzenia, wymyślić ciekawy ich sposób rozmnażania, dać wskazówki, czemu ukryli się w glebie. Słowem – dodać dużo więcej od siebie. I dzięki temu jeszcze bardziej ukontentować czytelnika :)

Dlatego widzę w tym opowiadaniu potencjał, ale niestety nie wykorzystany. To bryła marmuru, ale jeszcze nie kompletny posąg. Dałoby się wycisnąć coś więcej. A jeśli bałbyś się, ze przeszarżujesz w wyobcowaniu narratora, to można skorzystać z opcji betowania i podpytać kontrolowaną publikę, jak to odbierają :)

Technicznie czytało się płynnie, mocnych zgrzytów nie zauważyłem.

Podsumowując: jest przyzwoicie, ale brak fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tag hard sci-fi dałes, to mam zielone światło się czepiać.

 

Dzień drugi:

(..) jest kilka podobnych, samoświadomych osobników.

W jaki sposób narrator się o tym dowiedział? :)

 

W dniu czwartym piszesz, że narrator "dorósł" do bycia "prymitywnym, wielokomórkowym organizmem". Jakoś ten wcześniejszy pierwotniak bystry był na tyle, by móc zaobserwować pochylających się nad nim ludzi.

 

Jestem w stanie odbierać w zakresie od kilku nanometrów do milimetrów.

Brakuje mi tu słowa, może "fal"? Zresztą, grr, zarówno to co odbieramy oczami jak i uszami to te same fale elektromagnetyczne, różni je jedynie długość (co wpływa na ich właściwości). (Finkla mnie poprawiła).

 

Ma coś plującego jasnym, skondensowanym światłem; jakiś dziwaczny odbiornik

Latarka, a za takie to "coś" uznaję (lub cokolwiek będącego źródłem światła), nie jest odbiornikiem.

 

Każdy kąt, zakamarek gdzie można wleźć, jest cenny jak woda.

Woda, w tym kontekście, mi nie pasuje. Ani wzmianki o niej nie ma, że narrator jej potrzebuje.

 

Nie mogą się bez tego obyć, uważają, że to one czynią ich ludźmi.

Dwunogi tu, dwunogi tam, nagle narrator (wcześniej sam twierdząc, że nasz gatunek musi przecież zbadać) wie o psychice ludzkiej wszystko. No i nawet tak zgrabnie, w naszym własnym języku, nas nazywa. Nieźle ciągnąłeś obcość stowrzenia, ale w końcu dałeś się skusić i złamać. :)

 

Zmniejsza to moją sprawność fizyczną, ale pozwala mi oddychać beztlenowo, wewnętrznie. Samo dla siebie jestem teraz powietrzem.

 

Istota, jako narrator, zdecydowanie za dużo wie, za dużo umie i jest zbytnio wszystkiego świadoma. Mam wrazenie, że zna stację lepiej od załogi. Jest wręcz wszechwiedząca. Skąd, jak się nauczyła tych wszystkich rzeczy (imion, funkcji, miejsca swojego uwięzienia)?

Finkli wspomniałeś, że o to chodzi – by móc prowadzić narrację. Ale – w jaki sposób ten obcy jest wówczas "obcy"? Na tym polega trudność hard sci-fi. Albo robisz coś naprawdę rzeczywistego, ze wszystkimi zaletami i WADAMI tego podejścia, albo niestety się poddajesz się i idziesz bardziej w stronę fi, niż sci.

Układ SI jest wymysłem ludzkim, zbudowanym na podstawie naszej percepcji. Rozgwiazdowato-małżowate coś musi mieć na to inne spojrzenie, inne poczucie tych wielkości i wartości. Ba, odważny na tyle nawet jestem by dodać, że część z nich może być istocie nawet nieznana a i niepotrzebna. 

Finkla ma rację, przyjęcie długości fal jako miary (dla narratora) jest bardzo fajne. A samo rozwiązanie uniwersalne. 

Jak już wspomniałem, to raziła mnie trochę wszechwiedza tej kosmicznej istoty. Zaczeło się od prostego organizmu i w międzyczasie, kiedy już zeżarło serce laboranta, to owo coś zrozumiało, że jest na ludzkiej stacji kosmicznej i poza nią jest pustka? NWM ładnie Ci to, co i ja sam myslę wyłożył.

Właściwie, co to za istota, która potrzebuje wody i normalnego pożywienia, a jest jeszcze w stanie wytrzymać kontakt z ciekłym tlenem? 

Filmu nie obejrze, bo nie mam zamiaru. Kolejne "coś" na stacji kosmicznej wyrywa się z laboratoryjnego więzienia i masakruje na niej ludzi. Nieee, za duża kalka, znowu to samo. Dzięki więc za tekst, serio, bo czytało się bardzo okej, poza uwagami powyższymi – które dręczyły jak ciernie moją naukową duszę – to dla ludzi niechętnym czepiania się (z jakiegokolwiek powodu) opowiadanie może przypaść do gustu. Ja jednak nakarmiony jestem Ślepowidzeniem Pettera Wattsa i Twoje wyjaśnienia mi już po prostu nie wystarczają.

Dodatkowo – boisz się, że zbytnia obcość tekstu odrzuci czytelnika. Idąc w stronę hard sci-fi zdecydować musisz, czy idziesz w stronę tekstu "pop", czy opartego na wiedzy czytelnika. Niestety, wątpię by ktokolwiek umiał te dwie sprawy połączyć. Ja swoim ostatnim tekstem zaryzykowałem i jak się okazało spolaryzowałem tym czytelników (od zachwytu po pełne niezrozumienie czy nawet porzucenie tekstu w połowie), ale czy to źle? Nie.

Dla mnie niestety, ale tekst jest trochę jak rozwodniony kisiel (za którym swoją drogą przepadam). Ni to tekst dla wszystkich, ni to dla Ciebie samego, ni to dla ludzi rozumiejących przewijający się w tekście żargon.

Jest okej, ale mnie jako konkretnego czytelnika, który twardą wersję sci-fi uwielbia, tekst niestety razi.

Brakuje mi tu słowa, może "fal"? Zresztą, grr, zarówno to co odbieramy oczami jak i uszami to te same fale elektromagnetyczne,

Nie. Uszami odbieramy drgania powietrza; gęstsze/ rzadsze.

Babska logika rządzi!

O, zobacz, masz rację! Zboczenie zawodowe i falę akustyczną od razu zastąpiłem falą elektromagnetyczną. ;)

Tak się wymądrzyłem, a i tak gafę pierdyknąłem. :<

@NoWhereMan, @stn, serdecznie dziękuję Wam za komentarze. Zasadniczo nie wiedziałem, czemu wrzucam ten tekst na NF (poza tym, że z ciekawości, co powie ta jakże czepialska publika;)) ale teraz widzę, że było warto. Dla Waszych komentarzy. :) Zdecydowanie zgadzam się z ogólnym zarzutem, który wysunęliście oboje w stronę tego opowiadania: “pop-hard SF nie jest ani pop ani hard” ;) Oczywiście to wcale nie znaczy, że nie warto próbować takich połączeń, @stn. Nawet jeśli ideał jest niemożliwy do osiągnięcia, to zawsze warto do niego dążyć.

Cóż, wracając do powyższego tekstu, podobnie jak Wy, doskonale zdaje sobie sprawę z jego potencjału i.. tego jak został… no może nie tyle “zmarnowany”, co spłycony i “spopularyzowany”. Generalnie, podkreśliliście te rzeczy, które mi samemu zgrzytały, ale w jakiś sposób zdołałem na nie przymknąć oko. Teraz już oczywiście zrobić tego nie mogę ;) Ja też jestem fanem dobrego, naprawdę “ciężkiego” SF. Tego nie dla wszystkich. Ale to, że nie zawsze rzucam się radośnie i całkowicie w wir wielostronnicowych rozważań o kwestiach naukowych, kosztem fabuły, wynika między innymi z tego, że wszystko ma swoje granice. Bo z jednej strony zakochałem się na zabój w Wattsie i Ślepowidzeniu, ale z drugiej, innego współczesnego tuza hard SF, zdzierżyć nie mogę – Diaspora Egana zanudziła mnie i pokonała po pierwszym rozdziale.

Tekst jest do odratowania i myślę, że się za to zabiorę (biorąc sobie do serca również stricte techniczne uwagi, które podrzuciła @regulatorzy) ale może to trochę potrwać. I, nie oszukujmy się, to nie będzie “mały apdejt”, a całkowicie nowy “release”.

 

Jeśli jeszcze mogę się wtrącić już do konkretnych wypowiedzi:

(..) jest kilka podobnych, samoświadomych osobników.

W jaki sposób narrator się o tym dowiedział? :)

 

W dniu czwartym piszesz, że narrator "dorósł" do bycia "prymitywnym, wielokomórkowym organizmem". Jakoś ten wcześniejszy pierwotniak bystry był na tyle, by móc zaobserwować pochylających się nad nim ludzi.

Tak. ;) W skrócie. Założenie jest oparte na tym, że Alvin jest organizmem innego typu, którego wielkość (tak jak np. u ssaków wielkość mózgu) nie jest bezpośrednio skorelowana z inteligencją. Zasadniczo i z filmu, i z mojej adaptacji, powinno się wynieść wrażenie, że mamy do czynienia z czymś niemal niepokonanym; super-inteligentnym bytem, mającym przekraczające nasze pojmowanie zdolności adaptacyjne i ewolucyjne.

 

Ma coś plującego jasnym, skondensowanym światłem; jakiś dziwaczny odbiornik

Latarka, a za takie to "coś" uznaję (lub cokolwiek będącego źródłem światła), nie jest odbiornikiem.

Ha! Widzisz, tu była mowa o dwóch różnych przedmiotach. :) Doktorek miał i latarkę, i – dajmy na to – szkło powiększające.

 

Zwłaszcza, gdy jej struktura jest tak toporna i nieadaptatywna. – Co to znaczy nieadaptatywna?

Regulatorzy, pomijając fakt, że nie podoba mi się sposób w jaki często krytykujesz cały tekst jednym, dosadnym – i bądźmy szczerzy aroganckim – sformułowaniem, to bardzo doceniam Twoje uwagi natury korektorskiej. Wiedzę i doświadczenie w tym zakresie masz nieporównywalne z żadną znaną mi bliżej osobą. Czasem jednak mam wrażenie, że wolisz użyć schematu niż sprawdzić słowo lub dłużej zastanowić się nad jakimś wyrażeniem. Bo słowo “nieadaptatywny” jest jak najbardziej poprawne, a użycie go w tym kontekście powinno być raczej dość klarowne i jasne dla każdego czytelnika (hard) SF. Podobnie również; błąd może być “kosztowny”, bo jak najbardziej można wartościować wagę/cenę/klasę (niepotrzebne skreślić) napotkanych problemów (kto pracuje w IT, a na pewno również w dowolnym R&D, a pewnie i w marketingu/sprzedaży i w kilku innych branżach, z pewnością doskonale rozumie o czym mowa ;)). Podobnie też może być z tym “nadajnikiem, który się komunikuje”, bo przecież mamy XXI wiek i erę IoT i to, że rzeczy mogą “rozmawiać” z nami lub z samymi sobą, staje się powoli codziennością (a już nią jest w całej masie tekstów SF).

Zajrzyj: https://abwronka.pl oraz https://facebook.com/lastman87 :)

(biorąc sobie do serca również stricte techniczne uwagi, które podrzuciła @regulatorzy)

Cieszę się, Viglu, że, w ostatecznym rozrachunku, uznałeś moje poprawki za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, hej, ale ja nie mówię, że nie jest to możliwe do połączenia. Nie odkryłem jeszcze autora, który by to zrobił. Pewnie więc nisza i droga do niej stoi przed Toba otworem. ;)

Cieszę się, że odebrałeś komentarze właśnie w ten sposób – jako zbiór uwag i propozycji, a nie kąśliwych przytyków. Po ponownym przeczytaniu swojego komentarza stwierdziłem, że brzmi trochę jak marudzenie dla samego jego faktu. 

A Diaspora… no cóż, mnie z kolei trzydziesto stronnicowy opis narodzin stucznie stworzonej inteligencji zauroczył. ;)

 

W skrócie. Założenie jest oparte na tym, że Alvin jest organizmem innego typu, którego wielkość (tak jak np. u ssaków wielkość mózgu) nie jest bezpośrednio skorelowana z inteligencją. Zasadniczo i z filmu, i z mojej adaptacji, powinno się wynieść wrażenie, że mamy do czynienia z czymś niemal niepokonanym; super-inteligentnym bytem, mającym przekraczające nasze pojmowanie zdolności adaptacyjne i ewolucyjne.

Ja mam to szczęście, że też jestem po lekturze Wattsa i tam motwy inteligentej małżo-rozgwiazdy nie jest mi obcy. Tutaj brakuje mi… jakiegoś wprowadzenia. Pierwsze zdania są bardzo enigmatyczne. Moją propozycją byłoby dodanie jakiegoś fajnego opisu czucia przez istotę całą powierzchnią ciała. Bądź opisem myśli przebiegających po jej zdecentralizowanym układzie nerwowym?

No dobra, szkiekła nie wyłapałem. Albo czytałem leniwie albo mi gdzieś kontekst umknął. ;)

 

(…) bo przecież mamy XXI wiek i erę IoT i to, że rzeczy mogą “rozmawiać” z nami lub z samymi sobą, staje się powoli codziennością (a już nią jest w całej masie tekstów SF).\

Jeszcze nie. Na razie to wszyskto zmierza w kierunku NB-IoT, rok temu oficjalnie powstała specyfikacja od 3GPP, zobaczymy co z tego wyjdzie. ;)

Ha! Widziałem “Life” i uważam, że to najgłupszy film pseudo S-F jaki udało mi się ostatnio obejrzeć. Wynudziłem się strasznie, a do tego parę razy zirytowałem. Więc dzięki, ale wielkie “NOPE!”. Doczytałem do “Dzień 21., t = 1200” i dałem sobie spokój, bo naprawdę nie miałem ochoty przypominać sobie tego gniota scena po scenie.

Co do samego tekstu. Podzielam opinie, że istota za dużo wie i za dobrze używa ziemskiej terminologi. Ciekawy pomysł z przedstawieniem wersji drugiej strony, ale dlaczego akurat “Life”!? (pytanie retoryczne :P)

Naprawdę dobrze piszesz i w przyszłości chętnie przeczytam i skomentuję coś innego Twojego pióra, ale nie “Life”.

Hell, no!

Pozdro. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Mnie się czytało całkiem nieźle (poza literówkami).

Nowa Fantastyka