- Opowiadanie: Fiore - Leda i łabędź

Leda i łabędź

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Leda i łabędź

Fragment pierwszy

 

Reklamę w radiu przerwały trzaski. Helena spróbowała przez chwilę kręcić pokrętłami, ale wszędzie łapała tylko szum. Najwidoczniej szlag trafił ostatnie nadajniki. Z westchnieniem pstryknęła wyłącznikiem. Opuszki jej długich palców minęły się z nim o milimetry, ale radio ucichło. Odchyliła się z powrotem na oparcie fotela, nie dotykając go.

– Dzięki bogu! – westchnął z ulgą Darren.

Na chwilę ściągnął trilby z głowy i strącił kropelki potu z czoła. Potem skupił się znowu na prostej nitce asfaltu przed nimi. Po lewej stronie trasy rozciągały się czerwone piaski kalifornijskiej wyżyny, po prawej unosiły błękitne wody Pacyfiku. Przed nimi były wysokie skały i rozciągające się powyżej zielono-żółte niebo. Monotonię krajobrazu przerywała plama błękitu pośród piasku, jakby kawałek oceanu oderwał się i dryfował nad pustynią.

– Mówiłeś, że Bóg nie istnieje – zadrwiła.

Półuśmiech szybko zniknął z jej twarzy, gdy znów zaczęła nerwowo pocierać obrączkę. Pochodziła z Europy. Mimo że akcent jej nie zdradzał, to właśnie ta obrączka na serdecznym palcu prawej dłoni była oczywistym dowodem. W tych czasach nikt nie był tak daleko od domu, jak ona.

Radio zgasło, pozostawiając po sobie ciszę. Szum kół na asfalcie, buczenie reaktorów silnika i szmer drobinek piasku poruszanych wiatrem nad ziemią tylko ją podkreślały. Sunący po wyżynie samotny piechur nawet nie zwrócił uwagi na ich przejazd.

– Nie sprecyzowałem, który – odpowiedział przekornie. – Mam nadzieję, że na Atolu będzie radio z muzyką i słuchowiskami. Tęsknię za tym.

Był na tyle młody, że musiał mieć kilka lat, kiedy ostatnio puszczali coś innego niż reklamy.

– Nie lubię ciszy – poskarżyła się.

Przez chwilę milczeli, wyraźnie oboje skrępowani.

– To poczytaj mi.

Wyciągnął ze schowka niewielką czerwoną książkę. Na okładce złotymi literami wytłuszczony był tytuł, Metamorfozy. O dziwo, wciąż czytelny. Helena otworzyła książkę, ale nie udało jej się odczytać ani jednego zdania. Słowa i litery w środku rozpadły się. Kolejna ofiara Cudu Atomu.

Odrzuciła bezużyteczną książkę na kanapę z tyłu. Przez chwilę próbowała bębnić jakąś melodię na blacie deski rozdzielczej. Potem nuciła przez chwilę. Nie wychodziło jej to w ogóle, więc szybko się poddała.

– Opowiedz mi o tym Atolu.

– Opowiadałem ci już z tysiąc razy. – Obrzucił ją spojrzeniem. Odwzajemniała je przez dłuższą chwilę.

– Powinieneś patrzeć na drogę.

Zerknął szybko przez przednią szybę. Asfalt przed nimi był wciąż pusty i prosty. Skierował wzrok z powrotem na nią. Bawiła się swoimi kasztanowymi włosami owijając je wokół palców. Uniosła brwi pytająco i rozciągnęła wąskie usta w zalotnym uśmiechu.

– To może ty mi coś opowiesz? – spytał w końcu Darren.

Nie wyglądał na więcej niż dwadzieścia lat. Ona była przynajmniej dwa razy starsza.

– Ok. Czy kiedykolwiek słyszałaś o Neronie z Berlina?

– Znam cesarza Rzymu o tym imieniu.

– Nie pamiętam tego. – Helena przygryzła wargę w zamyśleniu. – Neron z Berlina nazywał się inaczej, więc pewnie to podobna historia.

Zapatrzyła się na ocean. Kryształki soli błyszczały, unosząc się nad powierzchnią wody. Przy krańcu horyzontu sunęła pomarańczowa żaglówka. Z oddali wyglądała jak płetwa grzbietowa. Było w niej dwóch bandytów.

– To był początek Ery Atomu – kontynuowała. – No wiesz, po Wojnie Światowej, kiedy dopiero zaczynali prace nad materią, atomami i energią. Neron doszedł do władzy w Niemczech i zamienił je w Trzecią Rzeszę, o tym słyszałeś?

Darren pokręcił głową.

– Większość krajów wtedy była rządzona przez podżegaczy pragnących kolejnej wojny. Niemcy, Rosja, Japonia, Włochy, Polska, Hiszpania, a nawet Ameryka. Chyba wszyscy uznawali to za dobry interes… Szykował się kolejny globalny konflikt. Na nasze szczęście… – przekornie zawiesiła głos – wtedy właśnie narodził się Cud Atomu.

Przerwała na chwilę. Oboje rozejrzeli się po otaczającym krajobrazie. Może był to zbieg okoliczności, ale właśnie mijali doskonały dowód na to, jakim cudem była Era Atomu. Przy drodze unosił się „wrak” samochodu. Model i marka były już nierozpoznawalne, ale kształty poszczególnych części przypominały ich cadillaca eldorado. Mógł to być zeszłoroczny model. W tym przypadku „wrak” nie był najlepszym określeniem, ale nikt nie zdążył wymyślić lepszego. Nie miał śladów zniszczenia ani korozji. Z drugiej strony był już bezużyteczny. Był zatomizowany.

Unosił się nad ziemią niczym wczesne rzeźby atomu. Koła znajdowały się całkiem z boku, a felgi jeszcze dalej. Drzwi, maska i bagażnik nie stykały się z karoserią. Silnik był tylko zbiorem części. Nad wszystkim przesypywały się pchane wiatrem pojedyncze drobiny piasku. Kilka dużych kropel wody rzucało dodatkowe cienie na upstrzoną nimi powierzchnię wyżyny. Od odkrycia podrzędnych części atomu i ich założonej nieciągłości pojawiło się jedno ostateczne pytanie: jak bardzo części mogą być od siebie oddalone, aby całość wciąż mogła działać?

Darren zacisnął pięści, ale i tak nie zdołał dotknąć kierownicy. Helena nagle zmieniła temat.

– Myślisz, że na Atolu ludzie mogą się dotykać?

Darren kiwnął głową.

– Przytulać? Kochać? – drążyła.

Potwierdził. Być może jednak nawet nie wiedział, o co jej chodzi. Był taki młody, jedynym dotykiem, jaki mógł znać, była jego matka. Ona sama ledwo pamiętała swoją noc poślubną. A te kilka chwil, które mogła przywołać, tylko pogłębiało tęsknotę. Przez chwilę bawiła się obrączką.

– Wracając do Nerona z Berlina – powiedziała. – Nie udało mu się wywołać wojny. Przestrzeń i zasoby wydawały się nieskończone, więc nie było o co walczyć. Myślę, że on i jego poplecznicy byli ostatnimi, którzy naprawdę pragnęli wojny lub byli na tyle szaleni, żeby wciąż do niej dążyć. Dyplomacja go zawiodła, ale uknuł inny plan. Darren znał tę historię, ale nie przerywał. Opowiadanie sprawiało jej wyraźną przyjemność.

– Porwali kilku uczonych i zmusili ich do współpracy. Chcieli zniszczyć Berlin i oskarżyć o to Żydów, aby wywołać wojnę. Udało im się stworzyć bombę opartą na energii Atomu.

Jego ciemne oczy rozszerzyły się w udawanym zdziwieniu.

– Ale Berlin wciąż stoi – powiedział. – Chyba coś im nie wypaliło.

– Bardzo śmieszne – odpowiedziała. – Widzę, że jednak znasz tę historię.

– Przepraszam. Kontynuuj, proszę. Bardzo ciekawie opowiadasz – poprosił.

– Nie mam już ochoty – zamilkła.

Po chwili Darren zjechał na piasek i wyłączył silnik.

– W takim tempie nie zdążymy na twój statek do Atolu – zaprotestowała.

– Cokolwiek byśmy zrobili, nie możemy się spóźnić, a ja muszę odpocząć.

 

Fragment drugi

 

Rozłożyli błękitny koc piknikowy. Nad nim unosiły się śnieżnobiałe talerze, nad którymi pozostały okruszki po kanapkach. Obok stał koszyk piknikowy. Zostało w nim trochę jedzenia i pół butelki wina. Na dnie leżał również pistolet Darrena.

Leżeli naprzeciwko siebie. Pomiędzy nimi na kocu zostały resztki skorupek, w tym jedna idealna połówka. Dopijali czerwone kalifornijskie wino. Wypełniało niekształtne kieliszki nigdy nie dotykając szkła. Wyżej wznosiły się brunatne klify. Poniżej mieli dobry widok na mijany wcześniej „wrak”. Nie zwracali jednak uwagi na samotnego piechura w oddali, ani na pomarańczowe żagle na horyzoncie. Helena sunęła ręką przez drobiny piasku, zbierając je nad dłonią i pozwalając przesypać się miedzy palcami.

– Nie czujesz się czasem jak ostatni człowiek na ziemi? – spytała nagle.

Darren oderwał wzrok od wyżyny i spojrzał na nią wymownie.

– No pewnie – ciągnęła. – Ale jeśli nie możesz mnie dotknąć? To skąd wiesz, że naprawdę tu jestem?

Odwrócił wzrok z powrotem. Rozrzucone części samochodu w końcu nie wytrzymały napięcia. Bezgłośnie zniknęły. Tak naprawdę rozpadły się na pojedyncze atomy, więc przestały być widziane przez ludzkie oko. Przypominało to fatamorganę, która rozpływa się w gorącym powietrzu.

– Wciąż musimy tu być. Gdzie indziej mógłby być świat bez nas?

Nie spodziewała się, że uzyska prostą odpowiedź. Chciała zapytać jeszcze, skąd mogą wiedzieć, że cały świat wokół nich istnieje, skoro nie można go dotknąć. Zamiast tego spróbowała pochwycić skorupkę jajka, ale rozpadło się zanim jej palce się z nim zetknęły. Mniejsze części jeszcze przez chwilę wirowały w powietrzu zanim też zniknęły.

– Powinniśmy jechać dalej – zwróciła uwagę.

– Nie ma pośpiechu.

– Wydawało mi się, że sprawa jest pilna. Jeśli jesteś zmęczony, to ja mogę prowadzić, a ty się zdrzemniesz.

Nie sądziła, aby ostatni statek do ostatniej bezpiecznej przystani czekał na dwoje ludzi. Wszystko mogło rozpaść się w dowolnym momencie.

– Nie ma pośpiechu – powtórzył tylko.

Sączyli wino, a cienie klifów wydłużały się za nimi. Żółć z nieba schodziła coraz bliżej linii horyzontu. Nad ciemnymi wodami oceanu wisiała zielona zorza. Czerwień piasku pociemniała. Dopiero wtedy Darren wstał i zdecydował, że mogą jechać dalej. Zaczęli składać naczynia do koszyka. Podmuch wiatru uniósł rozkloszowaną spódnicę Heleny. Schyliła się, aby opanować ciemny materiał. Jej brązowe oczy rozszerzyły się w zdziwieniu. Tym, co zobaczyła na ziemi, był w istocie tylko pojedynczy cień. Jednak o zadziwiającym kształcie – przypominał ptaka, choć składał się osobno ze skrzydeł, ogona i korpusu. Uniosła wzrok i aż krzyknęła ze zdziwienia, widząc na niebie orła i łabędzia. Darren prawdopodobnie nigdy wcześniej nie widział ptaka, więc powinien być jeszcze bardziej zaskoczony rozgrywającą się nad nimi sceną.

Łabędź był niżej, a orzeł nad nim. Żółte szpony próbowały pochwycić długą szyję. Oba ptaki były jeszcze za daleko, aby dało się dojrzeć jakieś szczegóły, jednak zbliżały się błyskawicznie w serii kontrolowanych spadków i prób zmylenia przeciwnika. Gdy dystans się zmniejszył, stało się jasne, że łabędź unika szponów orła za każdym razem ledwo o milimetry. Według praw Ery Atomu, te dwa ciała i tak powinny na siebie oddziaływać, ale białe pióra i skóra pod nimi pozostawały nienaruszone.

W końcu Helena i Darren mogli ujrzeć wyraźnie oba kształty. Orzeł był już prawie całkiem rozczłonkowany. Skrzydła, ogon i szpony leciały w odległości kilku centymetrów od korpusu. Nawet dziób był wysunięty przed resztę głowy.

Ptaki były pierwszymi zwierzętami, które uległy Cudowi Atomu. Wcześniej jednak wszystko zaczęło się od sztucznych konstrukcji. Budynkom unosiły się dachy, a drzwi i okna wychodziły z framug, które z kolei opuszczały ściany. Stoły i krzesła traciły kontakt z nogami. Zegary rozpadały się na pojedyncze zębatki, choć jeszcze długo pokazywały właściwy czas. Potem skały kruszyły się na piasek, a góry odsuwały od siebie. W końcu drzewa i krzewy rozstały się z gałęziami i liśćmi. Gdy wszelka woda zaczęła unosić się nad dnem, a ludzie przestali móc czegokolwiek dotykać, wtedy właśnie rozpadły się ptaki. Zaczęło się od drapieżników, następnie przyszła pora na bardziej łagodne okazy, a także owady. Ryby znikały opuszczając wodę lub zagłębiając się w nieprzeniknione głębiny. Inne zwierzęta powoli odsuwały się od swoich kończyn, uszu, nosów, rogów i tym podobnych. Większe zwierzęta, jak na przykład słonie, długo przybierały zniekształcone formy, nim pozwoliły patykowatym nogom odejść od korpusu. Zanim Cud Atomu dopadł ludzi, ich wytwory uległy już pełnej atomizacji, wracając do swoich podstawowych form lub rozpływając się na niezwiązane za sobą atomy. Niektóre rzeczy trwały dłużej, a inne krócej, ale wszystko ostatecznie czekał ten sam los. Chyba że Atol był prawdziwy.

Choć orzeł już był wyjątkowym widokiem, to łabędź stanowił zapierający dech w piersi cud całości. Nie odstawało od niego nawet jedno pióro.

Oba ptaki znajdowały się już prawie na ziemi. Łabędź nie miał gdzie uciekać. Pazury w końcu zagłębiły się w jego ciele fizycznie rozrywając skórę. Krew, zamiast unieść się nad piórami, spływała po nich rubinowymi strużkami.

Helena nie do końca jeszcze otrząsnęła się z szoku, ale już instynktownie ruszyła w stronę walki. Czuła, ze musi ocalić cudownego ptaka przed jego ohydnym oprawcą. Ten majestatyczny łabędź mógł być kluczem do zatrzymania Atomu. Na Atolu z pewnością wiedzieliby, co z nim zrobić.

– Czekaj! – krzyknął Darren, łapiąc ją w pasie.

Choć ich ciała nie zetknęły się w tym momencie i żadne z nich niczego nie poczuło, to udało mu się unieruchomić kobietę. Jedną ręką ją przytrzymywał. W drugiej miał już wyjęty z koszyka piknikowego pistolet. Nie celował jednak w orła, czekając na lepszy moment. Gdy szpony miały jeszcze raz opaść na grzbiet łabędzia, po wyżynie rozszedł się huk wystrzału. Najpierw jeden, który zatrzymał wszystkich w miejscu, a następnie dwa kolejne. Orzeł trzepnął skrzydłami unosząc się w powietrze.

Uwolniona z objęcia Darrena Helena ruszyła naprzód. Krzycząc upadła na kolana. Objęła łabędzia zasłaniając go własnym ciałem i wystawiając się na ostre jak brzytwa szpony. Zdezorientowany orzeł wciąż unosił się nad nimi, aż w końcu postanowił uderzyć ponownie, tym razem w nową ofiarę.

Darren złożył się do strzału. Nie było prosto zgrać ze sobą muszkę i szczerbinkę, które nie stanowiły już integralnych części broni, ale nie mógł zwlekać. Wystrzelił. Kula przeleciała przez orła na wylot, rozpychając atomy jego ciała na wszystkie strony. Po chwili po dumnym drapieżniku zostało tylko wątłe wspomnienie.

 

Fragment trzeci

 

Helena próbowała zatamować krwawienie. Choć robiła co mogła, jej ręce nie mogły ani dotknąć łabędzia, ani działać na niego poprzez Cud Atomu. Darren odrzucił pistolet z niesmakiem. Musiał ocalić majestatyczną istotę, ale znikniecie ostatniego orła napawało go smutkiem. Podbiegając do Heleny ściągnął swoją białą koszulę i zgubił kapelusz. Włosy sterczały mu trochę ponad czaszką, a szerokie barki nie stykały się już z ramionami. Między nimi swobodnie unosiły się krople potu. Helena ze zdumieniem patrzyła, jak Darren przykłada materiał do ran łabędzia, a następnie podnosi go. Krew barwiła jego ciało. Palce zniknęły pośród piór. Zganiła się natychmiast za ukłucie zazdrości. Przecież mężczyzna nie mógł wiedzieć, jak bardzo tęskniła za dotykiem czegokolwiek, a co dopiero innego ciepłego ciała.

Biegiem przebyli drogę powrotną do samochodu, zostawiając na piasku koc, koszyk i broń. Oboje rozumieli, że muszą jak najszybciej zawieźć łabędzia tam, gdzie będą mogli porządnie oczyścić i opatrzyć jego rany. Darren wsiadł na pasażera tylne siedzenia tuląc do siebie majestatycznego ptaka. Helena odpaliła jądrowy silnik i już po chwili sunęli ponad czarnym asfaltem. Droga pięła się coraz ostrzej w stronę klifów. Według znaków, z drugiej strony wzniesienia miał znajdować się motel. Musieli się tam dostać jak najszybciej, bo głowa ptaka opadała, jakby chciał zasnąć. Uruchomiła drugi reaktor i krajobraz wokół zaczął się rozmywać. Buczenie silnika, szmer kół i szemranie piasku działały usypiająco, więc Helena spróbowała włączyć radio. Nie łapało już nawet statycznego szumu.

– Opowiedz mi dalej o Neronie z Berlina – przerwał napiętą ciszę Darren. Głowa łabędzia uniosła się trochę.

– Gdzie skończyłam? – zapytała szybko.

– Neron i jego ludzie zbudowali bombę atomową.

– Tak. Sam jednak zauważyłeś, że Berlin wciąż stoi.

Z każdym jej słowem łabędź przebudzał się trochę bardziej.

– Nie było tak jednak zawsze – kontynuowała. – Niektórzy twierdzą, że wybuch w Berlinie dał prawdziwy początek Erze Atomu. Wczesne teorie mówiły nawet, że rzeczy odepchnęła od siebie raczej nienawiść niż energia Atomu. Nienawiść, którą podsycał Neron sprawiła, że świat zaczął się odsuwać sam od siebie. Neron tak bardzo chciał wojny, że przekonał ludzi, aby nienawidzili innych dla samej nienawiści. Ostatecznie udało mu się wysadzić Berlin. W teorii eksplozja miała zabić wszystkich i zrównać miasto z ziemią. Chciał o to oskarżyć Żydów i rozpocząć współczesną krucjatę. Plan się nie udał. Berlin nie wybuchł. Został jednak rozepchnięty na przestrzenie obu płaskowyżów Barnim i Teltow. Mieszkańcy byli dość zdumieni, ale oprócz paru zabawnych sytuacji, nikomu nie stała się krzywda.

Łabędź wydał z siebie dźwięk przypominający parsknięcie lub śmiech. Wydawał się słuchać ze zrozumieniem.

– Oczywiście szybko wykryto sprawcę całego zamieszania. Gazety, bo było to w czasach, gdy jeszcze dało się złożyć kilka słów w zdanie, donosiły, że Neron był pierwszym zatomizowanym człowiekiem. Na zdjęciach jego nos znajdował się zawsze paręnaście milimetrów przed twarzą…

Łabędź zaśmiał się ponownie.

– Jasne, wtedy to wszystko było jeszcze śmieszne – zauważyła Helena.

Wspięli się właśnie na szczyt wzniesienia. Z drugiej strony krajobraz przybierał trochę jaśniejsze barwy. Piasek był żółty, a ocean jasnobłękitny. Cienie wydawały się krótsze, a niebo wciąż bardziej zielone niż granatowe. W dole widzieli już zabudowania motelu. Pozostało jeszcze kilka minut jazdy. Helena jednak nie miała już pomysłu, co dalej opowiadać. Głowa łabędzia zaczęła znów opadać. Nagle Darren zaczął mówić. Jego głos brzmiał, jakby coś recytował.

– Teoria, według której Nienawiść rozpycha świat na części, ma drugą stronę, zgodnie z którą Miłość spycha je razem. Chaos, który był na początku, jedna siła stara się ustawić w odpowiednich miejscach i czasie, łącząc je w ograniczoną całość, zaś druga siła rozszerza go w nieskończoność, nie pozwalając nigdy niczemu zorganizować się w poszczególne całości. Nie chodzi tu oczywiście o ludzkie emocje, które mogą wywoływać takie mechanizmy w społeczeństwie, ale o ich kosmiczne odpowiedniki, które rządzą prawami fizyki. Oczywiste jest, że materia nie ma postaci ciągłej, ale prezentuje się nam w postaci porcji adekwatnych do obserwatora. Podobnie rzecz ma się z czasem – zakończył cytat.

Odetchnął i zwrócił się prosto do łabędzia:

– Niezły stek bzdur, nie uważasz?

Majestatyczny ptak pokiwał ze zrozumieniem głową. Helena zaparkowała samochód bezpośrednio przed wejściem do głównego budynku. Wbiegli do środka.

Obok ich cadillaca eldorado rocznik 55. stał niemal identyczny. Tamten jednak był wciąż w całości. Ani Helena, ani Darren nie zauważyli wcześniej, że ich samochód zaczął się już rozpadać. Dysze chłodzenia unosiły się po bokach, reflektory i zderzaki wystawały delikatnie z przodu i z tyłu. Karoseria nie stykała się już z kołami, a szyby i drzwi o milimetry się nie domykały. Wcale nie lepiej zachowywał się budynek motelu. Ściany i dach dzielił solidny metr przestrzeni. Podwójne szyby w oknach i ich framugi tworzyły konstrukcje przypominające piramidy. Samotny piechur minął właśnie szczyt wzniesienia, a pomarańczowa żaglówka zbliżała się do motelowej plaży.

 

Fragment czwarty

 

Za barem, który równocześnie był kontuarem recepcji, stał właściciel, gruby mężczyzna z łysiną pośrodku głowy. Rysy jego twarzy nie zdradzały żadnych emocji. Była na tyle rozjechana, że przypuszczalnie nawet nie były w stanie. Nie zareagował na wejście dziwacznej grupy: rozczłonkowanego, półnagiego mężczyzny ze śnieżnobiałym łabędziem na rękach, owiniętym zakrwawioną koszulą, oraz bosonogiej kobiety. W restauracji była jeszcze jedna osoba, ale również nie zwróciła na nich uwagi. Kobieta spała na stoliku, a sądząc po liczbie otaczających ją butelek – była pijana do nieprzytomności.

Darren delikatnie położył ranne zwierzę na najbliższym stoliku. Łabędź spoczął na blacie, który natychmiast opadł na nogi, a te na podłogę, dopychając linoleum do parkietu. Być może nawet dach i okna prawie zetknęły się ze ścianami. Po krótkiej jak tchnienie chwili wszystko wróciło do Atomowej normy.

Helena zignorowała nieruchomego właściciela i weszła za bar po wiszącą na ścianie apteczkę. Zażądała gorącej wody, co sprawiło, że grubas otrząsnął się z letargu. Wróciła do Darrena i łabędzia. Wspólnie zaczęli oczyszczać i opatrywać rany ptaka. Pracowali razem, jakby robili to od lat. On ścierał ciągle krew i przemywał rany. Były głębsze niż się początkowo wydawało. Helena sprawnie zszywała wszystko razem i po kilku pełnych napięcia chwilach udało im się powstrzymać krwawienie. Darren sprawnie zabandażował łabędzia.

 

Wynajęli pokój z podwójnym łóżkiem. Otulili majestatycznego ptaka kilkoma kocami, tak aby ruszając się nie zerwał szwów. Łabędź wydawał się zadowolony i szybko usnął. Postanowili zjeść porządną kolację i zastanowić się, co dalej.

W restauracji pojawiło się więcej ludzi. Kobieta ocknęła się i wróciła do picia. Przy stoliku obok okna siedziało dwóch mężczyzn w czarnych garniturach, a po sali krzątała się kelnerka, wyglądająca jak córka właściciela. W kącie popijał kawę samotny piechur, który w końcu dotarł do motelu. On jako jedyny zwracał uwagę na innych gości. Szczególnie przypatrywał się Helenie i alkoholiczce. Być może podróżując dawno nie miał okazji zobaczyć kobiety. Dwaj mężczyźni przy oknie rozmawiali z kelnerką, a ona chichotała. Właściciel na nic nie reagował.

Helena i Darren zajęli centralny stolik. Zamówili jedzenie, które szybko podano. Burgery wyglądały jak z reklamy: bułka, sos, mięso, sałata, pomidor i bekon w idealnych warstwach. Obok tego geometryczna piramida z frytek i kilka warzyw, które zupełnie nie chciały połączyć się w sałatkę. Choć zapach był doskonały, smak (jak zwykle) był tylko ledwie wyczuwalny. Popili to gorącą kawą i zimnymi piwem. Jedli w milczeniu.

– Czy nie przypomina ci to motelu, w którym się poznaliśmy? – oboje przerwali ciszę wypowiadając praktycznie te same słowa.

Roześmiali się. Uznali, że odpowiedź jest twierdząca. Chyba wszystkie przydrożne motele w Kalifornii po prostu są takie same.

– Chyba już rozumiem, co miałeś na myśli z tym, że nie musimy się spieszyć i że jesteś starszy, niż mi się wydaje – powiedziała Helena.

– To dobrze.

– Nie musimy się śpieszyć, bo w pewnym sensie już tam jesteśmy – zaczęła wyjaśniać. Spojrzał na nią zapraszając do kontynuowania. – Jeśli czas jest tak samo rozłączony jak materia, to nasze obecne akcje nie mają żadnego wpływu na przyszłe momenty. Więc to, czy zdążymy czy nie, nie zależy od tempa naszej podróży, ale od jakiegoś kosmicznego przypadku. Równie dobrze jednak możemy nigdy nie opuścić jednego momentu. Czy to oznacza, że możemy być zamknięci w kurczącej się jednostce czasu i wiecznie rozszerzającej połaci przestrzeni? Możemy nigdy nie dowiedzieć się, czy statek na nas czeka, czy nie?

Darren nie odpowiedział. Być może nie znał odpowiedzi, a być może ją znał. Lepiej chyba jednak, aby Helena doszła do własnych wniosków. Ona zresztą też już przyzwyczaiła się do dziwnych lub żadnych odpowiedzi ze strony swojego kierowcy.

W końcu Darren poprosił:

– Opowiedz mi o swoim mężu.

Po chwili ciszy ze smutkiem przyznała, że nie bardzo go pamięta. Zwrócił jej uwagę, że pamięta historię Nerona z Berlina, a swojego męża nie.

– Pamiętam nasz ślub na plaży. Wydaje mi się, że Tyndareos nie żyje. Gdyby po prostu mnie zostawił, to nie nosiłabym tej obrączki. Przypuszczam, że po prostu chciałam go zapomnieć. Dlatego tyle piłam, gdy cię poznałam. Zresztą nie było wiele więcej do roboty. Nikt nie ma nic do roboty, to w końcu koniec świata.

Zrobiła chwilę przerwy.

– A wtedy ty przyszedłeś i powiedziałeś, że jest jeszcze jedno miejsce, gdzie rzeczy zachowują się normalnie. Mistyczny Atol, który nie uległ Cudowi Atomu. A ja miałam samochód.

– Nic się nie zmieniło – powiedział. – Tylko nasza podróż jest już dużo ważniejsza. Łabędź może być najważniejszą istotą na ziemi.

Rozmawiali przyciszonymi głosami. Pochylali się ku sobie, jakby się modlili. Trzymała dłonie złożone razem, a on swoją tuż obok. Ani ich głowy, ani ręce nie mogły się zetknąć. Tylko oddechy mieszały się ze sobą. Czuli na policzkach i płatkach uszu ciepłe powiewy.

 

Fragment piąty

 

Wyjeżdżali w dalszą drogę wcześnie rano. W barze nie było już mężczyzn w garniturach. Samotny piechur siedział w kącie wyraźnie czekając, aż pijana kobieta się ocknie i będą mogli kontynuować rozmowę.

Cadillac eldorado rocznik 55. ponownie wspinał się pod górę. Po lewej mieli czerwone piaski, po prawej unoszące się wody oceanu. Czarna nitka drogi ciągnęła się prosto przed nimi. Niebo nad horyzontem zaczynało żółknąć, a powyżej wciąż odcinało się jasną zielenią. Około południa zatrzymali się. Oboje rozumieli, że pośpiech nie ma teraz sensu, a coś takiego, jak marnowanie czasu po prostu nie istnieje. Łabędź również musiał na chwilę wyrwać się z kabiny. Nie czuł się komfortowo w zamkniętej przestrzeni. Darren cały czas go głaskał i tulił. Mimo to ranny ptak wciąż wyrywał się w stronę Heleny. Próbował ocierać się o nią lub szczypać dziobem. Bez żadnego skutku. Rozwiewał jej tylko włosy swoim oddechem.

Koc i kosz piknikowy, a także pistolet Darrena, po starciu z orłem zostały pośród czerwonych piasków. Pewnie były już tylko zbiorem atomów. Nie przeszkodziło to Helenie i Darrenowi rozsiąść się nad skałami, zjeść i podziwiać widoki.

Przed nimi rozciągał się bezkresny ocean. Woda rzucała cienie na brzeg, a kryształki soli dryfowały w powietrzu. W oddali widać było wysoką skałę omijaną przez fale.

– Czy to jest Atol? – zapytała.

– Nie. Jest za daleko, żebyśmy mogli go zobaczyć.

Darren delikatnie głaskał łabędzia. Jego palce zanurzały się w pióra, nie dotykały jednak już reszty dłoni. Ptak cały czas patrzył na Helenę. Chyba to ją lubił bardziej, ale nie był w stanie jej dotknąć. Po chwili ciszy Helena znów zaczęła mówić.

– To wygląda, jak miejsce, w którym braliśmy ślub. Niedaleko był drewniany, biały kościół, ale ceremonia odbyła się na plaży, gdzie ustawiliśmy niewielki ołtarz. Ksiądz chciał go tak zostawić, żeby w przyszłości móc odprawiać msze pod niebem. Lub już wtedy wiedział, że kościół długo nie postoi. Mój mąż, Tyndareos, był Grekiem i miał takie same czarne, kręcone włosy, jak ty. Zawsze mówił na mnie Leda. Nie mogliśmy być starsi, niż ty teraz – roześmiała się. – Nawet na końcu świata nie ustaną zbiegi okoliczności. Myślisz, że cały świat składał się z takich zbiegów okoliczności?

Darren nie odpowiedział, ale uśmiechnął się, choć był to bardzo smutny uśmiech. Przypuszczalnie miała rację. Cały koniec świata był jednym wielkim zbiegiem okoliczności, ale pewnie też taki był jego początek. Może nawet była to ta sama okoliczność.

Helena uznała, że mają jeszcze chwilę, żeby popływać, a łabędź się przyłączył. Nie miała ze sobą stroju kąpielowego ani innych ubrań, więc rozebrała się do naga i wskoczyła do oceanu. Rozstępująca się woda nie wydała żadnego dźwięku. Łabędź wylądował na powierzchni z głośnym pluskiem. Ochlapał wszystko naokoło, łącznie z Darrenem. Duże krople wody zaczęły unosić się nad piaskiem i rzucać migotliwe cienie.

Darren naciągnął mocniej rękawy koszuli, próbując zakryć szczeliny między nadgarstkami a dłońmi. Na skale znalazł kątownik i z jego pomocą próbował czytać swój czerwony egzemplarz Metamorfoz Owidiusza. Gdy podkreślał linijkę tekstu niemal udawało mu się złożyć jakieś zdanie. Kontynuował tę mozolną pracę nawet, gdy Helena nago wyciągnęła się nad skałą. Łabędź przyszedł do niego od razu, jakby zainteresowany tym, co robi mężczyzna.

Sytuacja była idealna dla pary bandytów, którzy z ukrycia obserwowali podróżników. Zaczęli podkradać się bliżej. Ich bose, rozłączone stopy delikatnie rozpychały unoszące się drobiny piasku, nie wydając żadnego dźwięku. Obaj mieli na sobie czarne garnitury i pomarańczowe dodatki. Jeden niósł uniesioną strzelbę. Drugi obejmował dłonią ostry kamień. Byli poważnie zatomizowani. Krótkie włosy wisiały nad głowami, odsłonięte kostki nie trzymały stóp.

Wyruszyli wcześnie rano łódką. Czekali przy plaży na gości motelu, aby ukraść samochód. Nie mogli wyobrazić sobie lepszych okoliczności do napadu. Kobieta leżała nad skałą z zamkniętymi oczami, ciesząc się spokojnym światłem. Mężczyzna pochylał się nad dziwnym obiektem. Był na nim w pełni skupiony. Niepokoiła tylko ta dziwna istota, która wydawała się nie mieć ani jednej części osobno. Ich wspomnienia, tak jak i Heleny, również uległy Atomowi. Nie pamiętali już czasów, w których świat zachowywał się jakby był całością. A raczej pamiętali je, nie potrafili tylko połączyć z obecną sytuacją.

Chcieli podejść jak najbliżej. Żaden z nich nie był dobrym strzelcem, a rzucanie kamieniem, jedyną bronią, nie było najlepszym pomysłem. Dla Heleny i łabędzia nie skończyłoby się to dobrze, ale światło nagle ruszyło się i cienie bandytów padły wprost na czerwoną książkę Darrena. Zerwał się na nogi i krzyknął odruchowo.

– Leda!

W tym momencie kilka rzeczy zdarzyło się równocześnie. Helena uświadomiła sobie wiele spraw. Nie miała jednak czasu dokładnie się nad nimi zastanowić. Huk wystrzału poniósł się po całej równinie. Darren siłował się z jednym z bandytów o strzelbę. Drugi chciał zajść go z boku. Zamachnął się kamieniem. Wtedy drogę zagrodził mu łabędź, gryząc w rękę i okładając skrzydłami. Leda stała z tyłu nie wiedząc, któremu z nich pomóc. W końcu wybrała Darrena. Wspólnie wyrwali broń bandycie. Po kolejnych dwóch strzałach obaj napastnicy zniknęli, zamieniając się w chmury atomów.

Darren osunął się na ziemię. W brzuchu ziała mu dziura. Powoli rozszerzała się, gdy atomy odrywały się i odpływały w przestrzeń. W oddali rozległ się kolejny huk wystrzału. Leda ledwo go słyszała.

– Tyndareos! – zwróciła się do rozpadającego się mężczyzny. – Dlaczego mi nie powiedziałeś?

– Nie uwierzyłabyś – odpowiedział słabnącym głosem. – Musiałaś sama zrozumieć.

Była to wielka ironia losu. Gdy Helena w końcu przypomniała sobie swojego męża, ten leżał umierający. Postrzelił go bandyta, by zdobyć samochód, który tymczasem rozpadł się zupełnie na poboczu drogi. Dla niej czas wciąż parł naprzód. Dla Darrena i innych pozostał tylko jeden moment i równoczesne istnienie w wielu miejscach.

– Posłuchaj – szepnął. Pochyliła się nad nim, nie chcąc stracić ani jednego słowa. – Kłamałem. Nie ma żadnego Atolu. Nie da się odbudować świata, ale możesz stworzyć nowy – dziura w końcu podzieliła go na dwie części i nogi natychmiast zniknęły. – Miałem nadzieję, że to ja i ty, że razem go stworzymy. Ale to łabędź musi być twoim partnerem. Jest tu ołtarz, ten przy którym się pobraliśmy. To był najszczęśliwszy dzień mojego życia – z tymi słowami na ustach Tyndareos rozpadł się.

 

Epilog

Helena zajęła miejsce na ołtarzu. Wisiała nad nim naga, próbując objąć łabędzia. Niewielki ołtarz był zatomizowany, ornamenty wisiały wokół w powietrzu. Za Heleną i łabędziem unosił się ocean. U jej nóg spoczywały porzucone przez Tyndareosa: czerwona książka, kątownik i skorupka jajka. Świat wokół rozpadał się. Zniknął już motel, w którym się poznali i w którym ocalili łabędzia. Zniknął samochód, którym podróżowali i droga, którą przebyli kilkukrotnie. Przestrzeń powoli przestawała istnieć, a czas skurczył się do pojedynczego momentu, w którym boski łabędź szepcze Ledzie do ucha obietnice nowego świata – świata, który narodzi się z jajka stworzonego przez ich wymieszane oddechy.

Koniec

Komentarze

Fajny pomysł, ale jeden uczestnik konkursu już zdążył go wykorzystać, więc sporo tracisz na zaskoczeniu i takich tam. Za to wizja zatomizowanej pamięci świeższa.

Co do wykonania – masz kilka usterek. Najpoważniejsza poniżej:

Samotny piechur siedział w koncie wyraźnie czekając

Ale w bankowym? ;-) BTW, przecinek gdzieś zginął.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Tu byłem.

Wyjątkowo spodobało mi się połączenie opowiadania drogi z pewną dozą mitologii i mocno surrealistyczną wizją zatomizowanego świata. Bardzo satysfakcjonująca lektura. :)

Fiore, mam nadzieję, że naprawisz usterki, bo chciałabym móc kliknąć Bibliotekę.

 

– Opo­wia­da­łem ci już z ty­siąc razy – ob­rzu­cił ją spoj­rze­niem.– Opo­wia­da­łem ci już z ty­siąc razy. Ob­rzu­cił ją spoj­rze­niem.

 

– Nie pa­mię­tam tego –– He­le­na przy­gry­zła wargę w za­my­śle­niu. – Brak kropki po wypowiedzi. Jedna półpauza jest zbędna.

 

Przy krań­cu ho­ry­zon­tu su­nę­ła po­ma­rań­czo­wa ża­glów­ka. Z od­da­li wy­glą­dał jak płe­twa grzbie­to­wa. – Literówka.

 

kształ­ty po­szcze­gól­nych czę­ści przy­po­mi­na­ły ich Ca­dil­la­ca El­do­ra­do. – …kształ­ty po­szcze­gól­nych czę­ści przy­po­mi­na­ły ich ca­dil­la­ca el­do­ra­do.

Nazwy pojazdów zapisujemy małymi literami. http://sjp.pwn.pl/zasady/;629431

Ten błąd chyba jeszcze dwukrotnie pojawia się w opowiadaniu.

 

–, Co­kol­wiek byśmy zro­bi­li… – Zbędny przecinek po półpauzie.

 

Nie­wi­docz­ny na dnie leżał rów­nież pi­sto­let Dar­re­na. – Czy pistolet był niewidoczny na dnie, czy na dnie leżał?

 

Gdy zbli­ży­ły dy­stans się zmniej­szył, stało się jasne… – pewnie miało być: Gdy dy­stans się zmniej­szył, stało się jasne

 

które nie sta­no­wi­ły już in­te­gra­lych czę­ści broni… – Literówka.

 

He­le­na jed­nak nie mogła już wy­my­ślić, co mo­gła­by jesz­cze opo­wie­dzieć. – Nie brzmi to najlepiej.

 

Wcale nie le­piej nie za­cho­wy­wał się bu­dy­nek mo­te­lu. – Pewnie miało być: Wcale nie le­piej za­cho­wy­wał się bu­dy­nek mo­te­lu.

 

Wspól­nie za­czę­li oczysz­czać i opa­try­wać rany rany ptaka. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

po sali krzą­ta­ła się kel­ner­ka; wy­glą­da­ją­ca jak córka wła­ści­cie­la. – Zamiast średnika powinien być przecinek.

 

Po­pi­li to go­rą­cą kawą i zim­ny­mi pi­wa­mi.Po­pi­li to go­rą­cą kawą i zim­ny­m pi­wem.

 

Dla niej czas wciąż parł na przód.Dla niej czas wciąż parł naprzód.

 

U jej nóg spo­czy­wa­ły po­rzu­co­na przez Tyn­da­re­osa: czer­wo­na książ­ka, ką­tow­nik i sko­rup­ka jajka.U jej nóg spo­czy­wa­ły po­rzu­co­ne przez Tyn­da­re­osa: czer­wo­na książ­ka, ką­tow­nik i sko­rup­ka jajka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytane, jak stąd do Atolu. Nie ma, że nie ma ;).

Pomysł na apokalipsę fajny, choć otaczające go surrealistyczne wizje tłumią mój entuzjazm. Ten cały atomizm to dla mnie najlepszy motyw całej treści.

Reszta poprawna, ale mnie jakoś nie ruszyła i pozostałem obojętny na przedstawione obrazy.

Podsumowując: jest okej, ale bez fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo ciekawe opowiadanie. W moim prywatnym rankingu długo walczyło o podium. Wyszedłeś z podobnym pomysłem jako drugi (sam się tego zawsze obawiam przy konkursach), ale starałem się, żeby to nie miało wpływu na moją ocenę.

Bardzo ładnie przedstawiony pomysł zatomizowania – zarówno w wymiarze materialnym jak i pamięci, czy kultury, podkreślony jeszcze podziałem tekstu na „fragmenty”. Świetny motyw drogi, szczególnie ozdobiony powracającymi kontrapunktami piechura i pomarańczowej żaglówki (bardzo dobre). A przy fragmencie zaczynającym się od „Nie musimy się śpieszyć, bo w pewnym sensie już tam jesteśmy” przeszły mnie ciary, dotknąłeś czegoś bardzo przejmującego.

Słabsza końcówka, nieco zbyt dosłownie korzystająca z obrazu, scena odkrycia tożsamości kierowcy, choć w zamyśle bardzo piękna, straciła na zbyt mało subtelnym wykonaniu.

U mnie niewiele zabrakło do podium i to głównie z powodów warsztatowych. A to jest do wyćwiczenia.

Dziękuję za udział w konkursie.

Fajne :)

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Motyw z atomizacją rzeczywiście już w konkursie był, ale dla mnie nie stanowi to wielkiego problemu. Fajnie, że ująłeś go na wielu poziomach: atomizacja wspomnień, atomizacja czasu (choć szkoda, że zabrakło choć próby wyjaśnienia, o co tu chodzi. A przecież nie poruszamy się w całkowicie surrealistycznym świecie). Opowiadanie ma fajny klimat, odrealniony, a jednocześnie kojarzący się z amerykańskim kinem drogi. I wyjaśnienie, dlaczego bohaterowie nie muszą się spieszyć, jest świetne.

 

Nie do końca rozumiem, w jaki sposób i dlaczego akurat Helena miałaby stworzyć nowy świat. Opowieść o Neronie z Berlina była jak na mój gust przesadzona i mało poruszająca. Za to próba ratowania łabędzia – ostatniego przebłysku starego, a może zwiastuna nowego świata bardzo ładna, poetycka.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Zacznę od nieprzyjemności, bo na przyjemnościach znacznie przyjemniej się kończy. Przez całe opowiadanie czuć było taką drobną nieporęczność językową. Nawet gdy co jakiś czas zaczynały przebłyskiwać perły, to nagle małż zamykał skorupę. Był i gubiony rytm i sypiąca się logika i nagłe, niepodyktowane niczym zmiany tempa. Ale jednocześnie przebłyskujące gdzieniegdzie, bardzo ładne zdania sugerują, że to wszystko jest tylko kwestia wprawy i doświadczenia. Kilka tekstów więcej i nie będę miał na co marudzić w kwestii językowej ;).

Druga rzecz to jednak dość nudna historia, za jaką się wzięłaś. Fakt okraszona bardzo fajnym motywem, z którym za bary wziął się również Podstuwak, jednak zabrakło w tym wszystkim jakiegoś mocniejszego punktu zaczepienia. Hasła, które wciągnęłoby czytelnika. Bo takie szlajanie się przed siebie, jakiś azyl majaczący z daleka, to wszystko było miliony razy. A jeśli chce się udźwignąć opowieść drogi, potrzebne są znakomicie dobrze zbudowane postaci i jeszcze lepsze dialogi. Tutaj obie te rzeczy wypadły jakkolwiek średnio.

Z drugiej strony pojedyncze sceny miały w sobie magię, a część wymalowanych obrazków robiła wrażenie. O ile sam twist wyglądał na mocno wymuszony, tak ostatni fragment to mistrzostwo takiego miękkiego szaleństwa. I tak, koncówka podobała mi się z całości najbardziej :).

 

Helena spróbowała przez chwilę kręcić pokrętłami, ale wszędzie łapała tylko szum.

Rozłożyli błękitny koc piknikowy nad piaskiem. Nad nim unosiły się śnieżnobiałe talerze, nad którymi pozostały okruszki po kanapkach.

Koc i kosz piknikowy, a także pistolet Darrena, po starciu z orłem zostały pośród czerwonych piasków. Pewnie były już tylko zbiorem atomów. Nie przeszkodziło im to rozsiąść się nad skałami, zjeść i podziwiać widoki.

W pierwszej chwili zrozumiałam, że to atomy rozsiadły się nad skałami ;)

Proponuję ujednolicić nazwy fragmentów: mamy pierwszy, drugi, a potem III.

Bardzo ciekawe opowiadanie.

Podoba mi się pomysł z atomizacją, choć momentami czułam się nieco zdezorientowana: bohaterowie mogą sączyć wino, ale jeść już nie (i w takim razie jak żyją?). Natomiast fajne jest, że dotyczy to różnych aspektów: przedmiotów, dotyku, pisma, pamięci.

Przeczytałam z przyjemnością :)

 

Przynoszę radość :)

Dziękuję wszystkim za uwagi i komentarze. Chyba udało mi się wprowadzić wszystkie poprawki.

Cieszę się, że Ledę i łabędzia mogę odesłać do Biblioteki. ;)

 

edycja

Obawiam się, że się spóźniłam, że opowiadanie ulokował w Bibliotece ktoś inny.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dość długo zajęło mi wejście w świat opowiadania, ale chyba w końcu się udało, niezłymi ostatnimi fragmentami. Jest ciekawy pomysł, a łabędź zdecydowanie wygrywa jako najlepszy bohater :)

Nowa Fantastyka