- Opowiadanie: Rycerz Jan - Brązowe Przeboje Thraina

Brązowe Przeboje Thraina

Pozdro dla kumatych.

Zwalniam dyżurnych z obowiązku czytania i korekty.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

gary_joiner, Użytkownicy III, MrBrightside

Oceny

Brązowe Przeboje Thraina

Jak zostać samcem alfa i zdobyć każdą kobietę

Tadeusz miał trzydzieści wiosen na karku i był prawiczkiem.

 – Frustracja – orzekł, wstając rano z łóżka. – Masturbacja.

 Zwalił konia do umywalki, lecz nie poczuł rozkoszy.

 – Śniadanie. Defekacja.

 Pożywił się piętką chleba z masłem. Z powodu depresji nie chciało mu się jeść więcej. Rozwiązał też krzyżówkę panoramiczną, nadymając się na kiblu. Zamiast się porządnie zesrać, pruknął tylko i zwątpił.

 – Obowiązek. Praca. Kontakty międzyludzkie.

 Garderoba Tadeusza wołała o pomstę do nieba. Wszystkie łachy przeżarły mole. Koszule były przepocone, spodnie kuse i znoszone, skarpety dziurawe, a buty rozlazłe i cuchnące.

 – O zgrozo – rzekł Tadeusz, nawijając na palec wskazujący włosy łonowe.

 Wskoczył w czerwone mokasyny, podciągnął po kolana czarne skarpety, włożył krótkie spodenki, koszulę z krótkim rękawem i krawat.

 – Upokorzenie.

 Na przystanku autobusowym poświęcił uwagę gołębiowi, który zarzucił sobie na szyję skórkę od chleba. Ptak spanikował i zeskoczył z chodnika na jezdnię.

 – Ciekawość.

 Tadeusza spostrzegła siedząca na ławce narkomanka. Wstała do niego, chwyciła go za nadgarstek, i położyła jego dłoń na swoich cyckach. Tadeusz się zdenerwował.

 – Aseksualność – wydusił przez zaciśnięte gardło. – Odraza. Strach. Przedwczesny wytrysk.

 – Popierdoliło cię? – spytała, wybuchając śmiechem. – Chcesz się ruchać?

 Stare babcie i dziady spojrzały na Tadka. Mężczyzna chciał czym prędzej zakończyć ten cyrk.

 – Może być za darmo – powiedziała ćpunka. – Pieprz mnie jak szmatę. Jestem twoją kurwą, zrób ze mną co chcesz. Poniż mnie, zwyzywaj, pobij. Nie okazuj litości.

 – Pośpiech.

 Autobus, na który czekał, przejechał po gołębiu i zatrzymał się. Tadeusz odepchnął ladacznicę, po czym wbiegł do środka transportu publicznego. Odetchnął z ulgą, skasował bilet i usiadł przy menelu ze spuchniętą mordą.

 – Jestem dżin i spełnię jedno twoje życzenie – przemówił żul. – Ale tylko, kurwa, jedno! No to czego chcesz?

 – Cechy. Samiec alfa. Przywódca stada.

 Żul ściągnął spodnie i odsłonił przed pasażerami swoje genitalia.

 – Jaja jak berety! – krzyknął Miłosz Maria Meszek, znany stylista o poglądach waginosceptycznych.

 Kloszard odciął sobie nożem kawałek jądra i wepchnął je Tadeuszowi do ust.

 – Połykaj, frajerze! Tylko nie zbełtaj!

 Tadeusz poczuł pewność siebie. Zagadał do wszystkich dziewcząt w autobusie, zdobył ich numery komórkowe, a później wyszedł z autobusu tanecznym krokiem Travolty. Klata wypchnięta, głowa uniesiona, błysk w oku, figlarny uśmiech i elokwencja.

 – Patrzcie, to ten prawiczek! – krzyknęła ćpunka (teleportowała się?). – Chciałam dać mu dupy, a on się spłoszył i uciekł!

 Zanim ktokolwiek zdążył mrugnąć okiem, Tadek dwa razy spuścił się narkomance w cipkę, raz do buzi, a na końcu do dupy.

***

Wilkołacy – Zabójcze Wilkołaki

Jaś miał sześć lat i wraz z babcią oglądał w telewizji Awendżersów. W zeszłoroczne wakacje chłopiec stracił rodziców, miał zatem nadzieję, iż te będą choć odrobinę weselsze. Nie przypuszczał, że jest w olbrzymim błędzie.

Do pokoju wszedł dziadek.

– Elżuniu, co wy oglądacie? Jakieś pedały w pelerynach, po co na to czas marnować?

– Oj, Marian, daj dziecku coś pooglądać.

– Ale ja mecz mam teraz!

Odebrał małżonce pilota i przełączył na kanał sportowy.

– Jasio niech lepiej idzie spać – powiedział, siadając na kanapie. – Jutro wstajemy o piątej. Cieszysz się, że jedziemy na wczasy, Jasiu?

– Pewnie. Oby tylko nie padało.

Podekscytowany nadchodzącą podróżą chłopiec nie mógł zmrużyć w nocy oczu, słuchał zatem dochodzących z sąsiedniego pokoju soczystych pierdów dziadka. A może to była babcia.

Nad ranem, we troje, opuścili miasto w umierającym Sajczento. Dziadek czuł się w swoim popierdującym kawałku rdzy równie dumnie, co dwadzieścia lat temu, kiedy kupił go od ciemnoskórego chińczyka. W bagażniku odnalazł później Kałasznikowa z pełnym magazynkiem oraz ziarna ryżu.

Podróż okazała się istnym szaleństwem. Babcia co chwilę żądała postoju, a później leciała w krzaki z zaciśniętymi pośladami, by opróżnić jelita z wodnistej sraczki. W pewnym momencie do auta wleciała natarczywa pszczoła, która uwzięła się na dziadku – starzec klął i rzucał się, aż w pewnym momencie wpieprzył samochód do rowu.

– Czekaj no, ja się zapytam tej pani, w którą stronę skręcić.

– Przecież to tirówka, stary durniu!

W południe dojechali na moczary pod Sosnowcem, gdzie ponoć mieli zastać chatę wczasową. Podczas przejazdu przez bagna Jaś był świadkiem niewyjaśnionych zjawisk.

– Pamiętaj, Jasiu, żebyś się tu samemu nie zapuścił. W okolicy grasuje Fred.

– A któż to taki? – spytała babcia. – Oj, Marian, nie strasz dziecka.

– Głupia jesteś czy co? O Fredzie nie słyszałaś?

– O jakim Fredzie, do cholery? Udaru dostałeś?

– Fred to łysy zboczeniec, który porywa młodych chłopców i dziewczęta, choć wciąż pozostaje prawiczkiem. Jego motywy są niejasne. Ma piskliwy głos, bo pewien drwal urąbał mu kiedyś jaja za to, że chciał grać z jego córką w Twistera. Tak w gazecie pisali.

Babcia machnęła ręką na Mariana.

– No zgłupiał chłop na stare lata…

Domek wczasowy okazał się porośniętą mchem drewnianą ruderą z zapadniętym dachem. Dziadek zatrzymał samochód.

– Ja nawet nie chcę słyszeć, że w tym czymś mamy spędzić dwa tygodnie. Nie ma mowy, Marian. Wracamy do domu.

– Oj, co ty chcesz? Całkiem ładnie tu jest, a przede wszystkim tanio. Drugiej takiej oferty nie znajdziesz. Właściciel kazał przysłać sześć złotych i dziewięćdziesiąt dziewięć groszy zaliczki. Nic więcej. Za taką niską cenę mamy nawet załatwione całodzienne wyżywienie! Jak ci się nie podoba, to stąd spieprzaj.

– Nie przy dziecku, baranie!

Jaś miał złe przeczucia. Przed domkiem siedział półnagi, wychudzony człek w krawacie, który wietrzył sobie cuchnące stopy.

– Pan Marek? – zapytał dziadek.

– A tak, to ja. Nie wpuszczę was, dopóki nie dostanę zaliczki.

– Przecież ją wysłałem!

– Nie doszła. Widziałem, jak listonosza coś pożarło, więc pieniążków nie dostałem.

Wściekły dziadek wyjął z portmonetki odpowiednią sumę pieniędzy.

– Zdzierstwo!

***

Kiedy dziadek dotknął drzwi, te runęły z hukiem na podłogę, wzbijając w powietrze tuman kurzu. Z mroku wylazło siedem plag egipskich, na przykład szarańcza, a także nietoperze, Diabeł z New Jersey, Kuba Rozpruwacz i statek "Atlantyk", który zaginął na Trójkącie Bermudzkim. Na koniec z ciemności wyszedł Homunculus, który toczył jajko kurze.

W kątach były porozstawiane palące się świeczki. Dziadek postanowił zaszaleć – rozpędził się i skoczył na łóżko, rozpierdoliwszy mebel.

– Spójrz, Jasiu. Ty też masz swoje łoże – rzekła babcia.

Wyglądało nawet przyzwoicie. Gdy jednak Jaś wziął świeczkę i zajrzał pod łóżko, spostrzegł uschniętego ptasznika, wojujące skorpiony oraz pajęczaka, który nosił na odwłoku swoje liczne potomstwo.

W szafie, jak to w szafie, zastali mumię i parę wieszaków.

– Marian, sprawdź łazienkę, bo ja się boję.

– Uspokój się, kobieto, bo Jasia denerwujesz. Sracz jest, wanna jest, umywalka jest.

– To dobrze, bo ja muszę skorzystać.

***

Babcia długo nie opuszczała pomieszczenia.

– Zasnęłaś na tym kiblu? – krzyknął dziadek. – Elżuniu!  

Gdy obaj postanowili zajrzeć do łazienki, nie zastali babci. Jaś stanął na palcach, by sprawdzić, co czyha na dnie sracza. Ujrzał tam twarz, która wyglądała ponad mętną wodę i szczerzyła zęby.

– Jaaaaaaaaaaasiuuuu… – wyszeptało Coś, wyciągając jęzor i zlizując z muszli klozetowej brązowe kropki, które pozostały po babci.

– A chuj z tą babą, przynajmniej spokój będzie – orzekł dziadek. – Zasiądźmy do stołu, Jasiu. Za chwilę pan Marek przyniesie nam obiad.

Obiadu nie dostali. Dziadek się zniecierpliwił.

– Już ja dorwę sukinsyna, ciekawe jak się wytłumaczy!

Jaś wraz z dziadkiem opuścili chałupę, po drodze zupełnie ignorując pewne niepokojące zjawiska, takie jak pół owłosionej dupy wystającej zza krzaka czy chodzącego po wodzie menela.

Nagle Jaś ujrzał kątem oka smukłą sylwetkę, która bezszelestnie mknęła po ziemi, niczym cień.

– Dziadku, spójrz! To Fred!

– Cześć, siostro – rzekł piskliwym głosem Fred, wyłaniając spomiędzy krzaków swoją straszną twarz.

– Sio, despoto jeden!

– A kiedy wreszcie przyjdzie po mnie! – piszczał Fred, drapiąc się wściekle po łysej głowie, z której usuwał złuszczony naskórek. – Ciemny loczek blond!

Wtem stanął na rękach i zastygł w miejscu, co prawdopodobnie świadczyło o schizofrenii katatonicznej.

Wkrótce Jaś i dziadek dotarli do pana Marka, który mieszkał w dziupli w starym dębie.

Górna połowa ciała pana Marka została powieszona za krawat na gałęzi. Nogi skradziono lub pożarto.

– Wilkołacy! – krzyknął Fred, zaczynając klaskać stopami. – Wilkołacy! Zabójcze wilkołaki!

Znienacka zapadła noc.

– Jasiu! Uciekaj do domu!

Chłopiec rzucił się do biegu, słysząc za sobą nieludzki ryk, od którego zjeżyły mu się włosy na głowie. Następnie zaś usłyszał rozpaczliwe wrzaski dziadka.

W końcu udało mu się dotrzeć na miejsce. Wbiegł do środka, lecz zanim zamknął drzwi, usłyszał:

– Jasiu! Jasiu, zaczekaj!

Gdy dziadek stanął w progu, coś na niego skoczyło i powaliło go na podłogę. Był to wilkołak, który wyrwał Marianowi jaja i kutasa. Zapłakany Jaś zamknął się w łazience. Było w niej tak ciemno, że nic nie widział.

– Jaaaaaaaasiuuuuu… Jaaaaaaaaasiuuuu…

Macki wciągnęły chłopca do sracza.

***

Meksykańskie żarcie

Nad jeziorem unosiły się hektolitry bulgoczącej sraczki. Wzięła się z pobliskich gór. A przede wszystkim z dupy, tylko nie wiadomo z czyjej. To musiało być potężne dupsko. Niektórzy twierdzili, że pochodzenia pozaziemskiego.

Mieszkańcy miasteczka leżącego nad jeziorem opuścili swe domy, by podziwiać paranormalne zjawisko. Jakaś stara baba uznała je za znak boży. Chwilę później padła trupem od smrodu.

Błażej, który gówno w życiu osiągnął, odnalazł w sraczce inspirację twórczą. Nasrał do wiadra, po czym udał się do swej samotni, by zaznać odrobiny relaksu. Pobierał z wiadra garści świeżego kału i ciskał nimi w płótno.

– Tak! To jest to! Kochanie, chodź zobaczyć!

Khaleesi zajrzała do pokoju męża.

– No i co? – spytał Błażej. – Co widzisz?

– Gówno.

Frustracja Błażeja sięgnęła zenitu.

– Coś jeszcze?

– Seksu dziś nie będzie.

– Już zapomniałem czym jest seks.

Nagle Błażej usłyszał wrzaski dochodzące z zewnątrz. Sraczka zawisła nad miasteczkiem i zaczęły wyłazić z niej potwory, między innymi gigantyczny żuk gnojarz, który tocząc kulistego stolca niszczył wszystko na swojej drodze.

Tak oto świat zaczął się kończyć.

***

Dwa lata później…

Jedyni ocalali schronili się w metrze. Szkoda tylko, że w Polsce metro istniało w zaledwie kilku miastach, toteż tak wielu ludzi musiało z tego powodu zginąć. Nikt nic nie wiedział o sytuacji w innych krajach. Pewnie mieli przesrane.

Gdy kobiety zajmowały się dziećmi, mężczyźni byli zmuszeni opuszczać podziemny świat, by zdobyć na powierzchni zapasy. Rzadko im się powodziło, głównie ginęli na próżno.

Błażej pożegnał się z Khaleesi i swoim synkiem, któremu nadali imię Tyrion. Khaleesi piła będąc w ciąży, zatem chłopiec urodził się pijany i tak mu już zostało. Byle tylko w przyszłości wykazywał się chociaż intelektem, bo inaczej trzeba będzie mu zmienić imię na Hodor.

Towarzyszami broni Błażeja było pięć "kawałków mięsa armatniego":

Pierwszym z nich był Bożydar, młodzieniec o posturze patyczaka, programista i mangotrzep, choć w tej chwili jego umiejętności informatyczne były gówno warte, bo elektronika poszła się jebać dawno temu.

Drugim samobójcą był kowal Jan. Jan był półtłusty i półmuskularny, miał łysą pałę i kwaśny ryjec. Wykuwał przepychacze do WC i tworzył pancerze z papieru toaletowego. Nigdy nie zmieniał skarpet.

Trzecim "walecznym" był Miłosz Maria Meszek, niegdyś znany stylista o poglądach waginosceptycznych. Nieapetyczny, lecz zjadliwy kąsek dla wszelakiej maści desperatów.

Czwartym i piątym byli bliźniacy ze zrośniętymi głowami. Rzeźnik Bonifacy zaproponował im kiedyś przeprowadzenie operacji bez znieczulenia za pomocą tasaka. Później, gdy się uchlał, wyszedł z propozycją przeprowadzenia eutanazji na starych bliźniakach. Również przy użyciu tasaka.

Mężczyźni założyli maski przeciwgazowe, przeżegnali się, i opuścili schronienie. Stawiam gówno przeciwko orzechom, że już nie wrócą.

***

Przemierzali ruiny ponurej, obsranej metropolii. Śmierć czyhała tu na każdym kroku, a byle pierdnięcie mogło zwabić zabójczych gównożerców, którzy dążyli do zaprowadzenia na świecie syfu. Tam, gdzie stały wysokie budynki, mieszkały obżarte fekaliami muchy wielkości samochodów osobowych. Z zielonego nieba często lała się żrąca substancja, która podczas ostatniej ekspedycji rozpuściła rzeźnika Bonifacego. Teren regularnie patrolowała chmura tajemniczej sraczki, jednak najstraszniejsze kreatury czaiły się w szaletach miejskich.

Nagle ktoś się spierdział.

– Ups – powiedział zarumieniony Meszek.

Na horyzoncie ujrzeli zbliżającą się, jęczącą sraczkę. Przetrawiony posiłek Błażeja wylał mu się przez nogawkę.

– Oł maj Gad. Oł maj Gasz – skomentował Meszek.

– Supehmahket jest za hogiem. Phędko! – rzucił Bożydar.

Cwaniacy spróbowali ucieczki. Ci zrośnięci łbami biegli najwolniej. Gdy pozostałym udało się wbiec do supermarketu, bliźniacy byli daleko w tyle.

Ze sraczki wyłoniła się łapa.

– Nie! – krzyczały mutanty, popierdując ze strachu.

Łapsko się na nich zacisnęło, miażdżąc im wszystkie żebra i wnętrzności. Dziwadła zarzygały się krwią, po czym zostały wessane w brązową otchłań.

***

– Zamknijcie drzwi, cholera jasna!

Wkurwiony Jan odwrócił tabliczkę z napisem "Otwarte" na "Zamknięte". Sraczka to przeczytała i wycofała się.

– Co ty sobie myślisz, skurwysynu? Że pierdzieć będziesz bezkarnie? – obruszył się Jan.

– Agresja niczego nie zmieni, chamie – stwierdził Miłosz Maria Meszek.

– Spokojnie, bez paniki – wtrącił Bożydar. – Miłosz nie zrobił tego specjalnie.

– Może mu jeszcze rowa wychlapiesz?

Zaczęli przeczesywać supermarket. Znaleźli tylko parę drobiazgów, które i tak nie nasycą, tylko co najwyżej ruszą kiszki do pracy. Nie minęło nawet pół godziny od opuszczenia metra, a Błażej już tęsknił za Khaleesi. Może i brzmię teraz jak ciota, ale nie chcę już łazić na te pierdolone wyprawy. Chcę ciągle być przy Khaleesi. Czy to powód do wstydu? Żeby chociaż dało się normalnie zdechnąć na tym kurwim padole… A tu co? Moja żona dowie się, że zostałem wchłonięty przez jakąś jebaną srakę.

Bożydar wykorzystał chwilę nieuwagi swoich towarzyszów i poszedł do magazynu, aby w końcu oddać się onanistycznemu rytuałowi. Został przyłapany przez Meszka.

– Oł maj Gad, ajm soł sory, wery sory – pisnął Miłosz.

Speszony Bożydar nie wiedział co powiedzieć.

– Wspólna masturbacja? – spytał.

Twarz Meszka rozpromienił uśmiech.

Natomiast Jan czytał Biblię… Nie, nie, to zbyt pospolite, usuwam tę scenę.

Natomiast Jan miał chwilę słabości. Wciąż widział przed oczami, jak kulisty stolec toczony przez żuka gnojarza przerabia jego żonę i dzieci na krwawe placki.

Potężny mężczyzna padł nagle na kolana i wybuchnął płaczem. Nadal pamiętał, jak zeskrobywał placki z asfaltu, a później usmażył je na patelni, bo lubił omlety.

Tymczasem w magazynie chłopaki oddawali się rozpuście. Panował w nim półmrok, nie spostrzegli zatem, że w kącie coś się czai.

– Głębiej! Mocniej! – zawył stylista.

– Co? – zdziwił się Bożydar.

– Dlaczego przestałeś penetrować?

– Pogięło cię, pedale? Mam swoją pałę w gahści.

Jednak Miłosz czuł, że coś eksploruje jego jelito.

– Kuhwa! Masz mackę w dupie! Mackę Cthululu!

Przez mackę przepłynęły litry gęstej sraki. Miłosz doznał lewatywy z gówna. I to było ostatnie, czego doznał, zanim eksplodował gównem. Bożydar spróbował ucieczki, lecz macki go dorwały. Weszły w niego przez uszy, nos, odbyt, a nawet cewkę moczową.

Zboczona istota znów przepuściła przez macki płynny kał.

JEB!

Kawałki Bożydara przylepiły się do ścian i sufitu.

***

– Gdzie te cioty? – spytał Błażej.

– Nie wiem – burknął Jan. – I gówno mnie to obchodzi.

W drodze do metra zaatakowały ich wstrętne muszyce, więc musieli zwiewać w podskokach. Zgubili je dopiero przy bajorze, w którym za normalnych czasów lubili pływać samobójcy. Jan w końcu zdjął buty i skarpety. Miał stopy Reptilianina.

– O kurde. Jan to Reptilianin.

Jan wskoczył do bajora i odpłynął do podwodnej cywilizacji – krainy Szambalii. Tam wreszcie zaznał spokoju.

– Też bym tak chciał. Ale muszę wracać do Khaleesi.

Błażej dotarł do metra. I onieśmielał.

Khaleesi kurwiła się na jego oczach. Na widok męża zadławiła się spermą jakiegoś menela.

– Myślałam, że nie żyjesz… Nie wracałeś… Nie dzwoniłeś, nie pisałeś…

– Ty kurwo! Nie było mnie raptem godzinę…

Okazało się, że mały Tyrion spadł z łóżka, rozbił głowę i umarł.

– Nie no, pierdolę!

Błażej zdjął maskę przeciwgazową i rzucił nią o ścianę. Opuścił metro, uprzednio bezczelnie wypuszczając gazy, które trzymał od godziny.

***

Biografia Narcyza #1

Narcyz został okrzyknięty najbardziej gównianym pisarzem roku. W obliczu osobistej tragedii pobiegł szybko do knajpy, żeby upić się, zanim zrobi coś głupiego sobie albo otoczeniu.

Na miejscu czekał jego kumpel od kieliszka, Jan, zgadali się wcześniej przez telefon. Z pewnością nie byli przyjaciółmi, ponieważ Jan przyszedł tylko dlatego, że Narcyz obiecał stawiać mu kolejki. Artysta o zdewastowanej duszy nie miał przyjaciół.

– Coś marnie brzmiałeś przez komórkie – burknął Jan, rozglądając się za łatwymi dziewczynami.

Narcyz chciał coś powiedzieć, chciał wybuchnąć, wylać żale.

– Łii! Łii! Łii! – oznajmił światu.

– Co ty, kurwa, robisz, debilu? Ogarnij się, bo ludzie patrzą.

Narcyz rozejrzał się. Spostrzegł prymitywów, meneli. Ujrzał sucze diwy.

– Debilu? – powtórzył Narcyz. – Ach, tak, debile. Czuję się przez nich osaczony.

– O mnie mówisz? – wzburzył się Jan.

– TAK, O WAS WSZYSTKICH!

Narcyz wskoczył na stół i sięgnął za pazuchę.

– Wszyscy na ziemię, bo pozabijam! Yrr, kurde!

– Taki leszczyk jak ty nie może mieć spluwy.

– Mam coś gorszego.

Narcyz wyciągnął książkę. Tę, którą sam napisał.

– PODDAJEMY SIĘ! – odpowiedział mu tłum.

***

Biografia Narcyza #2

Dzień był smutny jak kutas ze stulejką.

W pewnej obskurnej kamienicy wegetował odrzucony przez społeczeństwo nieudacznik, Narcyz. Jego życie kręciło się wokół masturbacji. Miał malutką, zwiędłą parówkę, z której po kilka razy dziennie wyciskał biały sos.

Mężczyzna utrzymywał się z renty, która przysługiwała mu z powodu schizofrenii. Choroba przyczyniła się do tego, że Narcyz wyniósł z domu wszystkie meble, bo uważał, że są w nich ukryte minikamery, które rejestrują jego zboczone poczynania. Żył zatem w pustym mieszkaniu, w którym śmierdziało spermą. Miał jedynie laptopa, z którego wyjął kamerę, a miejsce po niej zakleił taśmą. WiFi kradł od sąsiada. Internet był dla Narcyza oknem na świat. Przez okna w swoim mieszkaniu nie wyglądał, bo je zakrył kocami i szmatami w obawie przed byciem obserwowanym. Zamiast żarówek, używał świeczek. Żywił się eterem.

Na ścianach zwykł wyskrobywać frazy, poprzez które wyrażał swoje myśli.

ONANIZM NATARCZYWY. BISEKSUALIZM NABYTY. WYRUCHAŁEM SWOJĄ TULPĘ. MURARZ TYNKARZ AKROBATA, ŁAPACZ MUCH, ZNAWCA ŚWIATA. ODPAD EROTYCZNY.

Przed popełnieniem samobójstwa planował zaznać przygody życia. W odmętach Internetu przeczytał, że w Czarnobylu żyją mutanty i w to uwierzył. Uznał, iż warto tam pojechać z przyjaciółmi, ale jakimiś prawdziwymi, a nie z tulpami. Odnowił zatem kontakty z czasów piaskownicy i zebrał ekipę.

***

Nad ranem mieli się spotkać pod kamienicą Narcyza. Jako pierwszy na swoim rowerze przyjechał Kosma – cierpiał z powodu fobii społecznej i patologii w swoim domu.

– Jak stoisz z prowiantem?

– Wzięłem dwie kanapki i termos z herbatą – oświadczył Kosma drżącym głosem.

– A co u ciebie słychać?

– A dobrze wszystko. A u ciebie?

– Nie narzekam.

W tym momencie Narcyz przypomniał sobie czasy, gdy był dobrze zarabiającym urzędnikiem i kobieciarzem. Przegrał to wszystko przez alkohol i fetysz z gównem.

Przemek i Wiktoria przyjechali na rolkach, trzymając się za ręce. Na widok dwóch sztywnych stulejarzy o kamiennych twarzach poczuli zażenowanie i odjechali.

Jako ostatni przybył Emil, utuczony wieprz z wypiekami na twarzy. Miał różowy składak, który pożyczył od babci.

– Elo – wysapał, podając Narcyzowi spoconą rękę.

– Jak stoisz z prowiantem?

– Trzydzieści kilogramów pierogów od babci mam w plecaku.

– A z czym te pierogi? – zapytał Kosma.

– Yrr ruskie, yrr z mięsem i yrr z podrobami.

Nagle Emil kaszlnął, jednocześnie wypuszczając bąka.

– Daleko w sumie do tego Czarnobyla? Jakie to województwo?

***

Kiedy wyjechali z miasta, Emil był już obsrany z wysiłku. Jechał na końcu stulejarsko-kolarskiego konwoju.

– Ej, ja chyba jednak nie dam rady. Obiecałem babci, że wrócę do domu na obiad.

– Kurwa, chłopie, masz trzydzieści lat…

– Oj, no ale ja muszę…

– To oddaj nam, kurwa, te pierogi.

Świńskie oczy Emila zmieniły się w spodki. Grubas nagle odnalazł w sobie siłę i spierdolił, by ratować swój zapas pierogów przed cudzymi mordami.

– Ciota!

– Frajer!

Podczas podróży trafili na pielgrzymkę. Kosma dostrzegł w tłumie jakąś niewiastę z meszkiem na górnej wardze i uznał, że odnalazł miłość swojego życia. Chciał pójść razem z nią.

– No ja cię rozumiem, nie musisz ze mną jechać – przyznał Narcyz. – Cieszę się, że w końcu znajdziesz sobie laskę.

– Dz dzięki. Że żegnaj.

Narcyz obserwował, jak jego przyjaciel odchodzi w stronę tłumu pielgrzymów. Kosma podszedł do niczego nieświadomej dziewczyny z wąsem, lecz gdy ta na niego spojrzała, spuścił wzrok. I tyle.

– Ja pierdolę… Co za pizda – skomentował Narcyz.

***

Półżywy Narcyz w końcu dojechał do Czarnobyla. Spotkał tam tylko jakiegoś gołodupca, któremu ze strachu odpadł kutas. Zanim zniknął w krzakach, odpadła mu też ręka. A tak poza tym, to nikt tu nie mieszkał.

Zmęczony życiem i podróżą Narcyz spadł z roweru.

– A niech mnie… Znowu porażka.

Nagle zaczął walić konia. Wkrótce potem napoił glebę kroplą białej spermy.

– O kurwa…

Znienacka został otoczony przez hordę mutantów. Był wśród nich krwiożerczy, gigantyczny kutas bez napletka.

– Jesteś naszym władcą – oznajmił człon.

Na twarz Narcyza wystąpił złowieszczy uśmiech.

***

Wszyscy ci, którzy myśleli, że świat skończy się przez wojnę nuklearną, wybuch Yellowstone'a, zderzenie z Planetą X lub kometą, czy cokolwiek innego, byli w błędzie, albowiem nikt nie pomyślał, że zagładę sprowadzi żądny zemsty stulejarz, który stojąc na czele hordy mutantów odegra się na ludzkości za wszystkie swoje porażki.

A kosmici patrzą i nie dowierzają, co się na tej planecie odpierdala.

***

Człowiek, który zamiast języka, miał kutasa

Pewnego zimowego wieczoru, kiedy czuć już było klimat świąt, Jan dowiedział się, że jego żona zaczyna rodzić.

Mężczyzna przerwał masturbację i z dyndającą się pałą pobiegł do sypialni. W pośpiechu wskoczył w ciepłe ubrania, między innymi w kalesony. Od środka rozpierała go duma tak olbrzymia, że miał ochotę skakać, drzeć się i tarzać po podłodze. Wszyscy bliscy Jana wiedzieli, jak mocno pragnął mieć dziedzica. Długo starał się z Martą o dziecko, bo miał żylaka powrózka nasiennego.

– Syn mi się rodzi! – oznajmił światu, wybiegając z klatki schodowej.

Gruchota oczywiście nie odpalił, wysiadł więc na zewnątrz, żeby rozejrzeć się za awaryjnym środkiem transportu.

Na pobliskiej, osiedlowej górce bawiła się młodzież. Niektórzy mieli sanki.

– Nie no, nie będę ich okradał…

Aczkolwiek pośród nich znajdował się jakiś frajer w damskich figurówkach. Jan znał tego frajera – był to Narcyz, upadły artysta ze schizofrenią. Jan wbiegł na górkę i wyjebał Narcyzowi, gdy ten szykował się do zjazdu.

– No i co, kurwa!? – rzucił Jan, zakładając na stopy damskie figurówki. – Chujowe książki piszesz.

W ten właśnie sposób przetransportował się do szpitala.

– Z drogi śledzie, bo Jan jedzie!

Wparował na salę porodową. Było już po wszystkim.

– Przykro mi, ale poród okazał się zbyt ciężki dla pańskiej małżonki – powiedział jeden z lekarzy.

– Ale… Ale co z dzieckiem?

– Proszę pokazać język.

– Co?

– Proszę pokazać język.

Jan zrobił, co trzeba.

– Mówią, że niedaleko pada jabłko od jabłoni – kontynuował lekarz, przyglądając się dziwnie łyżwom Jana. – W tym wypadku… raczej nie.

Pielęgniarka podała Janowi noworodka.

– Trzyma pan? Proszę nie upuścić.

– Ale… Co to jest? Co to, kurwa, jest? Gdzie moje dziecko? Co to za bydlę?

Stwór z sykiem otworzył usta, z których wyłonił się siusiak, zamiast języka.

– Precz mi z tym cholerstwem!

Oszołomiony mężczyzna pobiegł do łazienki i powiesił się na kalesonach.

***

Zacznijmy od tego, że z niewiadomych przyczyn genitalia urosły mi w jamie ustnej, język zaś między nogami. Cierpiałem też na achondroplazję, więc krótko mówiąc byłem karłem. W ciągu dwóch minut od narodzin zostałem sierotą, zatem lekarze odesłali mnie do specjalnego ośrodka, gdzie miały się mną opiekować zakonnice.

Nikt się mnie tam specjalnie nie czepiał. Wegetowałem w spokoju, wśród rówieśników, z którymi też było coś nie tak. Każdego czasem odwiedzał lekarz od czegoś tam, a do mnie przychodził egzorcysta. Miewałem problemy z przeżuwaniem pokarmu. Kiedy wkroczyłem w wiek dojrzewania, z gęby zaczęły wystawać mi włosy łonowe. Zaczynałem też interesować się płcią przeciwną, wzwód był jednak utrapieniem. No bo jakbyście się czuli, gdyby na wasze usta od środka napierał napięty kutas? I gdyby przyszło wam wtedy ziewnąć lub kichnąć?

Gdy skończyłem osiemnaście lat, opuściłem ten pierdolony dom wariatów i zacząłem dorosłe życie. To był początek końca.

***

Siostry nie przygotowały mnie do życia, więc nie wiedziałem, co mam robić. Poszedłem zatem na lody, bo był duszny, letni dzień, a co druga mijana osoba cuchnęła potem. Gdy nikt nie patrzył, zajebałem lody ze sklepu i uciekłem do parku. Siadłem na ławce, rzuciłem gołębiom kilka kawałków wafelka, a następnie ściągnąłem gacie, żeby liznąć lody językiem. No bo czym to miałem zrobić, kutasem? Nikogo przecież tą czynnością nie obrażałem.

Oczywiście zaraz zjawiły się jakieś stare baby, które zaczęły na mnie kląć. Pomyślałem o mojej koleżance z przytułku, żeby wywołać erekcję, po czym otworzyłem gębę. Baby uciekły, ale zadzwoniły na policję. Musiałem spierdalać.

***

Idąc przez miasto, słyszałem najróżniejsze komentarze na swój temat:

– Mamo, zobacz! To ten karzeł z Gry o tron!

– Chryste Panie! Jaki brzydki karzeł!

– Patrzcie, karzeł!

– No bezczelny! Zajrzał mi pod sukienkę!

– Te, pigmej! Co się tak bujasz?

I weź tu, człowieku, chciej żyć. Ciągle myślałem o samobójstwie, ale najpierw udałem się do burdelu, żeby zaznać kobiety. Nie było łatwo znaleźć tego, czego chciałem. To znaczy kobiet mieli pod dostatkiem, ale ja szukałem ślepej. Nie umiałem mówić z wiadomych powodów, więc napisałem swoją prośbę na karteczce i dałem ją jakiemuś łysemu gorylowi. Zaniósł ją do alfonsa.

– Ślepej nie mamy, ale możemy jej założyć jakąś opaskę czy coś – odpowiedział, gdy wrócił. – Pasuje?

– Yhy!

***

W pokoju, na łóżku, wylegiwał się kaszalot. Założyli jej worek na głowę, żeby zapobiec agresywnemu zachowaniu. Nie no, kurwa. Porażka po całej linii. Skoro to coś ma kilkaset kilo nadwagi i jeszcze się odsłania (była zupełnie naga) to ja mam się wstydzić, że mam kutasa w gębie?

Pierdolę!

Wyskoczyłem z ciuchów i w kilku susach przemierzyłem odległość od drzwi do brzegu zmiażdżonego łóżka. Hop! I już byłem na niej! Zainteresowały mnie jej fałdy tłuszczu. Pod jednym z nich znalazłem zeschniętego placka.

Penis wyłonił się z moich ust cały w ślinie. Minął kwadrans, zanim dogrzebałem się do sami wiecie czego.

– Coś poczułam! – poinformowała.

Zacząłem ruszać głową w przód i w tył.

Raz…

Dwa.

Trzy!

JEBUT!

Ziemia zadrżała. Nie, kobieta wcale nie puściła bąka. Była po prostu przestraszona.

– Wszystko w porządku? – zapytała.

Nikt jej nie odpowiedział, więc ściągnęła worek z głowy. Ujrzała gołego karła z rozerwaną głową, a także pokryte krwią i spermą otoczenie.

***

Cebularz

Był taki jeden dzień w miesiącu, kiedy dostawałem do szkoły drugie śniadanie. Przyznaję, pensja moich rodziców była nędzna. Ojciec strugał figurki ze sczerstwiałego chleba i je sprzedawał, zaś matka mówiła, że ma robotę "przydrożną". Nie miałem zielonego pojęcia, co to oznaczało. Zawsze po powrocie do domu chwaliła się zarobkiem, a ojciec mówił:

– Znowu dałaś ciała.

Tego dnia poszedłem do szkoły na jedenastą. Do lekcji zostało jeszcze kilkanaście minut, więc postanowiłem skonsumować swój cieplutki, chrupiący i przepyszny prezencik. Tyle mi śliny ciekło, że dyrektor się poślizgnął i złamał oko.

Ach tak, cebularz, jak on wtedy smakowicie pachniał. Zapach dzieciństwa, stodoły i suszących się na sznurze wielkich majtek mojej ciotki Rozjebundy. To dzięki niej spotkałem swoją największą miłość. Nieustannie spędzam z nią każdą wolną chwilę, ba, nawet śpimy obok siebie… mowa oczywiście o ukochanej encyklopedii od A do 從.

Zdjąłem i wypuściłem folię, którą porwał drażniący nozdrza wiatr, dochodzący z pobliskiej toalety. Niby zwyczajne miejsce do załatwiania potrzeb fizjologicznych, jednak krąży na jego temat więcej tajemniczych opowieści niż o Strefie 51, zaś każdej z nich można by było poświęcić oddzielny odcinek "Z Archiwum X". Mój kolega, Krzesim, stracił tam kilka członków ciała. Po tych dramatycznych wydarzeniach, powiesił się na linie, którą splótł z własnych włosów.

Otwarłem paszczę, szczerząc swe sterczące poziomo zęby i nie mogąc się doczekać pierwszego kęsa. Ser był podwójny i ciągnący się, niczym gumka w majtach mojej ciotki. I wtedy zobaczyłem, że jakaś piękna dziewczyna się chichocze, patrząc w moją stronę.

– Chyba wpadłem jej w oko – powiedziałem sam do siebie. Obśliniłem dłoń i przetarłem tłustsze od cebularza kudły. Wnet dziewczyna zaczęła się śmiać tak głośno, aż wreszcie się udusiła.

– No i po brazylijskiej telenoweli. Chodź do mnie, maleńka – wyszeptałem namiętnie do cebularza.

Wnet na ścianie korytarza, obrysowanej koślawymi przyrodzeniami, ujrzałem cień. Wielki cień. Nieustannie się powiększał, aż wreszcie dosięgnął pokrytego grzybem sufitu.

– Matko przenajświętsza…

Podłoga zaczęła drżeć. Przerażeni ludzie uciekli, zaciskając pośladki ze strachu. Zostałem tylko ja i mój cebularz.

– Królowo anielska…

Coś wyszło zza rogu i zaczęło węszyć swym świńskim nosem. Organy stanęły mi w gardzieli. Wstrzymałem oddech, lecz okazało się, że nie mogę ufać nawet samemu sobie – moje zwieracze puściły.

Bestia natychmiast zareagowała i zaszarżowała w moją stronę.

– Niee! Niee! Nieeeeeeeeeeeeee! – krzyczałem ze łzami w oczach.

– Dawaj cebularza, frajerze! – ryknęła Balbina, szczerząc braki w uzębieniu.

***

Ambitna proza mistrza pióra

Jan siedział na ławie kościelnej i przytulał pogrążoną w żałobie matkę. Z łatwością udawał żal. Czuł na sobie troskliwie spojrzenia wszystkich zgromadzonych w kościele; przyjaciół swoich i jego ojca, najbliższej rodziny jak i tej dalszej, której członków w większości nawet nie kojarzył. Dla Jana był to jednak okres euforii. Okres radości, która rozpierała go od środka. Ciężko było mu zapanować nad kącikami ust, które co rusz unosiły się, gdy spoglądał na leżącego w trumnie trupa.

Tylko Jan i jego matka znali prawdziwe oblicze zmarłego, który za życia uchodził za wzorowego ojca, męża, przyjaciela i zasłużonego pracownika komunikacji miejskiej. Człowiek, który nigdy nie zatrzasnął komuś przed nosem drzwi od autobusu, w domu uwielbiał wyżywać się na rodzinie za pomocą pogrzebacza. Okazywał temu pogrzebaczowi więcej czułości, niż własnemu synowi. Nadał mu nawet imię – Judasz.

– Mój mały Judasz – mawiał często po pijaku. – Mój słodki Judaszek.

Jan bywał zazdrosny o Judasza. Kiedyś wyrzucił go przez balkon na oczach ojca, więc chwilę później sam przez niego wyleciał. Gdy leżał pod blokiem ze złamaną nogą, ojciec napluł na niego, zabrał pogrzebacz i wrócił do domu.

W kościele rozbrzmiały organy. Z zakrystii wyszedł łysy ksiądz z zezem, powszechnie znany jako Sepleniący, wyglądał na niespełna rozumu. Towarzyszyło mu dwóch ministrantów. Pierwszy był utuczony niczym cielę, drugi zaś miał czerwoną twarz i nie potrafił opanować tików nerwowych. Na widok nieboszczyka puścił bąka, którego usłyszeli ludzie siedzący w pierwszym rzędzie. Jan parsknął śmiechem, lecz od razu przytkał usta dłonią, udając, że to kaszel.

Przez całą mszę obserwował nerwowego ministranta, czerpiąc błogą satysfakcję z jego nieśmiałego zachowania. Pod koniec mszy ministrant zadrżał. Z nogawek wylał mu się gęsty, żółty kał.

Wujek Jana, niejaki Ryszard, elektryk – alkoholik, oburzył się i wstał.

– Skandal! – wychrypiał, uderzywszy pięścią w ławę. – Zalewa mnie fala żenady!

Ministrant nie wytrzymał presji i z płaczem uciekł do zakrystii, zostawiając za sobą pas startowy ze sraczki.

Ojciec Jana z rykiem wypadł z trumny, zerwał się na nogi i wyskoczył wysoko w powietrze, lądując na Sepleniącym. W powietrze wystrzeliła nerka księdza.

– Moje! Moje!

Ryszard złapał nerkę i oznajmił, że wychodzi robić interesy.

Otyły ministrant spróbował ucieczki, lecz poślizgnął się na kale swojego kolegi. Po chwili na jego twarz spadły jelita Sepleniącego i grubas zaczął piszczeć.

Jan wkroczył do akcji. W trumnie ojca, wedle jego ostatniej woli, spoczywał Judasz. Mężczyzna chwycił narzędzie, które przed laty złamało mu niejedną kość, i zbliżył się do żywego trupa, wpierdalającego oślizgłe wnętrzności.

Żal i gniew do taty, które tłumił w sobie Jan, przelały się na moc uderzenia.

***

W kościele pozostała tylko matka Jana.

– Jezus Maria… Coś ty zrobił?

Mężczyzna wytarł z twarzy kawałki mózgu.

– Chodź, mamo.

Chwycił ją za rękę i poprowadził. Był pokryty krwią, podobnie jak Judasz. Gdy tylko otworzył drzwi, horda żywych trupów rzuciła się na jego mamę. Walczyły o nią tak zaciekle, że rozerwały ją na pół i rozczłonkowały.

Były wszędzie. Martwe, zgniłe i łase na wszystko, co żyło. Mimo tego ignorowały Jana, nawet gdy podszedł bliżej rodzicielki. Trup trzymał w łapach jej oderwaną głowę i kąsał ją. Krew zalewała jej oczy, a mimo to wciąż było w nich życie. Kobieta bezdźwięcznie poruszała ustami. W końcu jej twarz zastygła w grymasie przerażenia.

Między trupami stał wysmarowany kałem żul. Miał spojrzenie mędrca.

– Chodź za mną. Wyprowadzę cię z tego szaleństwa.

– Dlaczego jesteś pokryty gównem?

– Kał sprawia, że mnie nie zauważają.

– Gówno prawda, ja nie mam na sobie sraki. Mam krew. Któryś z nas musi być w błędzie.

– A może obaj mamy rację?

Żul stanął na rękach i zaczął na nich iść, wydając z siebie odgłos "Hyć! Hyć! Hyć!", zdarzało mu się też spierdzieć z wysiłku. Jan po prostu szedł. Osobista tragedia sprawiła, że nie miał ochoty świrować pawiana.

Wśród hordy żywych trupów napotkali człowieka – konia w koszuli w kratkę i brązowych sztruksach. Zamiast kopyt miał kluski.

– Jestem Karol. Za mną – oświadczył człowiek – koń.

Gdy się odwrócił, okazało się, że przez jego sztruksy przecieka krew. Być może miał męskie i żeńskie narządy płciowe i właśnie dostał okresu albo ktoś go zwyczajnie wyruchał w dupę, zrobiwszy sobie kondoma z papieru ściernego. Ałć, sukinsyn!

Nagle poczuli, że ziemia drży. Na horyzoncie ujrzeli półkobietę i półkutasa, czyli dziewczynę rasy Kutas. Jej górna część ciała była ludzka, choć brakowało jej biustu, niżej zaś zaczynał się kutas zakończony gigantyczną moszną o skocznych kulach. Dziewczyna odbijała się nimi od podłoża i miażdżyła cuchnących nieboszczyków.

– Witajcie. Jestem Daria, dziewczyna rasy Kutas. Wskakujcie.

Wspięli się na jej mosznę. Daria wydała z siebie donośny odgłos wkurwu, po czym wystrzeliła w przestworza.

***

Podczas podróży wspólnie doszli do wniosku, że kał jest zmorą martwych piździelców.

– Aby uratować świat, musimy zalać go gównem – orzekł Karol.

– Ale skąd wziąć tyle gówna?

– Jak to skąd? – zdziwił się menel. – Przecież Ziemia też ma dupę.

– Co, kurwa?

– Skoro ma pępek, to dupę też musi mieć, ha, ha, he, he.

– Ale przecież Ziemia nie sra.

– Bo może ma zatwardzenie?

– W takim razie trzeba jej zrobić lewatywę.

Jan wykonał telefon.

– Dzień dobry, czy dodzwoniłem się do Instytutu Lewatyw Narodowych Polskich?

– Naturalnie. Z tej strony doktor Stuart "Stu" Leya, w czym mogę pomóc?

– Trzeba przeprowadzić zabieg lewatywy.

– To oczywiste. Tylko komu?

– Ziemi.

***

Daria zabrała ich na zadupie. Był też z nimi doktor Stu Leya.

– A więc to tutaj Ziemia ma dupę! – podekscytował się doktor.

– Najpierw dajcie mi ją wyruchać. Nigdy nie próbowałem anala – stwierdził Jan, po czym został pierwszym człowiekiem, który wydupczył Ziemię.

 

Koniec

Komentarze

Ojacie, napisałabym nawet, że szałowo, ale moich ulubionych utworów brak :( W każdym razie pomimo letniego kalendarza (bo pogody to na pewno nie) będzie mi się świecić piękna gwiazdka. Bo mam nadzieję, że zjawi się rzesza komentatorów ;)

 

A, i oczywiście czekam na utwór o pępku Ziemi i jej du… oraz o dziewczynie z cebularzem :P

Dodałem :)

Kruci, zmotywowałaś mnie na tyle, że chyba napiszę coś nowego.

https://youtu.be/DPyOhP1GTRQ

Doskonała antologia. 7/10. Polecam serdecznie.

na emeryturze

Chyba już to kiedyś czytałam… ;-)

Babska logika rządzi!

Chyba to sobie gdzieś zapiszę, na wypadek, gdyby znowu zniknęło. <3

Powiedziałbym nawet, że takie mocne 9/11. :D

Hej :)

 

Masz chłopie lekkość pisania. Narracja jest spójna, obrazotwórcza i po prostu taka jak powinna być. Trach, trach i człowiek śmieje się z faktu, że kolejny raz pośliznął się na gównie. Niepojęte, co? No właśnie. Czy to możliwe, że te historyjki to tylko czysty fan, mający na celu rozbawić sztywną widownie? Tak jak w dzieciństwie, gdzie człowiek chichrał się, jak ktoś użył słowa kupa? Jak ci gamonie stenduperzy, którzy wciskają w monolog kurwy bo wiedzą, że publika wybuchnie śmiechem?

Jakbym miał się bawić w psychologa, którym nie jestem, to zaryzykowałbym stwierdzenie, że czymś zupełnie odwrotnym. Śmiejesz się z ludzi (ich przywar, niedoskonałości, boskiej nieudolności stworzenia), a nie chcesz ich rozbawiać. Może to nadinterpretacja, szukanie czegoś czego nie ma, ale te teksty to przejaw rozczarowania ludzkością… “Jesteśmy tylko chodzącą kupą gówna” jak twierdzi klasyk, czyż nie?

 

Walnąłbym coś o Palahniuku i jemu podobnych, ale… nie ma sensu. Za to mam nadzieję, że mój komentarz wystarczy do bibliotecznego KLIKA ;)

 

Zacna antologia :)

 

Czwartkowy Dyżurny

 

 

Dzięki, miło się czyta takie komentarze. Kto by pomyślał – dawniej znienawidzony troll, a teraz doceniony autor. Przypomina mi to historię Klocucha.

Blacktom – owszem, masz zadatki na psychologa, a jeśli mi nie wierzysz, to przeczytaj moją wypowiedź w temacie “Mądre i nie, dyskusje na temat przyszłości świata.” w HP.

https://youtu.be/DPyOhP1GTRQ

To, że założyłeś, że Ci nie wierzę mi wystarczy ;)

Pozdrawiam.

Tęskniłem.

Tym razem nie daj się zbanować zbyt szybko, mości Rycerzu.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Wybacz, Rycerzu Janie, ale mając w pamięci dwadzieścia osiem opowiadań Thraina, nadal nie mogę obiecać, że zostanę wielbicielką Twojego osobliwego talentu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mocne, lubię absurd, jeszcze lepiej jak jest on błyskotliwy tak jak ten, ale niektóre teksty za mocne nawet dla mnie :) Podobał mi się samiec alfa, narcyz też, najmniej wilkołak.

Rycerzu, zastanawiam się czy jesteś kawalerem, czy ojca rodziny stać, żeby tak się odciąć od codziennych obowiązków i wysmarować coś takiego :) Nie czuj się zmuszony odpowiadać.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Mam 19 lat i żyję w izolacji od ludzi, ale to z wyboru. Rodzinę mam (w sensie rodziców i brata, a nie żonę i dzieci), lecz nie czuję się z nimi związany. Mam też dwóch przyjaciół, jeden jest współczesnym rycerzem tak jak ja i obaj nad czymś pracujemy. Drugi jest regularnie zamykany w psychiatryku wbrew własnej woli i w sumie nie wiem czy jeszcze żyje.

https://youtu.be/DPyOhP1GTRQ

Och nie, WIlkołacy – Zabójcze Wilkołaki najlepsze!

na emeryturze

Też tak uważam. Najlepsze, bo inspirowane prawdziwymi wydarzeniami z mojego dzieciństwa.

https://youtu.be/DPyOhP1GTRQ

Więc tak jak podejrzewałem, za to zupełnie zaskoczyłeś mnie wiekiem. Dużo masz w bańce, trzeba przyznać, uważaj żebyś nie zwariował.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Obawiam się, że to już nastąpiło.

https://youtu.be/DPyOhP1GTRQ

Myślę, że jeszcze nie. Skreślę ci wieczorem parę słów na priv.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

5,5/6. Jeden z tych tekstów przeczytałem kiedyś żonie, więcej nie była w stanie zdzierżyć. Naprawdę godne!

Dobre, ale… wincyj tego, wincyj! Nie zdążyłem nic przeczytać z Twojego poprzedniego profilu. Jakaś szansa na drugą część antologii? 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Zostało mi jeszcze kilka “śmiesznych”, ale są kiepskie. 

Mam też dwa “poważne” opowiadania o apokalipsie. Bez gówna i bizarro. Kiedy je czytam, to dociera do mnie, jakim jestem degeneratem. Zdrowy umysł nie wymyśliłby takich rzeczy. A napisałem je będąc w Twoim wieku, Dobry Pomarańczowy. 

https://youtu.be/DPyOhP1GTRQ

A tam, chore czy nie, ważne, żeby dało się czytać :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Wrzucę to "poważne" za kilka dni, jak zrobię korektę i pozmieniam kilka rzeczy.

https://youtu.be/DPyOhP1GTRQ

A jednak nie wrzucę, bo nie mam pomysłów na inne zakończenie. Mogę Ci wysłać na PW niedokończone. Zrób z nim co chcesz, możesz nawet dokończyć za mnie i opublikować. Chyba że ktoś inny by chciał. Szkoda marnować tak wartościowy kawał literatury światowej klasy.

https://youtu.be/DPyOhP1GTRQ

ha, teraz zobaczyłem Twój link w opisie. Ileż to razy dunkelheit przesłuchałem. Carpathian Forest też słuchasz?

Większość z wymienionych znam i słuchałem kiedyś namiętnie (szczególnie Bathory). Z Carpathian Forest cenię najbardziej swordsmen (zwłaszcza końcówka), lupus i journey through the cold moors of svarttjern. Jakiś czas słuchałem też MayheM. Chainsaw gutsfuck jeden z lepszych kawałków. Obecnie z metalu to jedynie Burzum czasem włączę albo stary dobry KAT

Nowa Fantastyka