- Opowiadanie: Pietrek Lecter - Chociażbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Pan jest ze mną

Chociażbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Pan jest ze mną

Moja pierwsza Biblioteka! Dziękuję wszystkim, przez których tam trafiłem! Mam nadzieję, że Dżentelmen też tam kiedyś trafi.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Chociażbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Pan jest ze mną

Skoro świt wstałem i pomodliłem się. Zjadłem skromne śniadanie, ponieważ moje racje żywnościowe kurczyły się w zastraszającym tempie. Nie przeszkadzało mi to jednak, ponieważ jako święty nie mogłem się obżerać. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu to jeden z siedmiu grzechów głównych. Musiałem uzupełnić swoje zapasy w Mimbwie.

Zwinąłem obóz i osiodłałem zzujka. To stworzenie wyglądało jak koń, z tą różnicą, że pokryte było łuskami i nie posiadało ogona. Jego odchody również bardziej śmierdzą.

Pojechałem przez pustkowie.

 

Podjechałem pod Mimbwę. „Pod”, ponieważ Mimbwa, jak wiele innych miast, znajdowała się na chmurze. Opłata za wejście wynosiła dziesięć zelegów.

Zsiadłem z zzujka, rzuciłem myto na ziemię i zamknąłem oczy.

 

Gdy je otworzyłem, byłem w poczekalni Kontroli Przyjezdnych i Wyjezdnych Miasta Mimbwa, a mój zzujek trafił do Stajni Miasta Mimbwa. Usiadłem na krześle obok grubego zarturianina. Charakteryzowała ich różowa skóra, uszy jak u ogra i rybie oczy. Wyciągnąłem różaniec i cierpliwie czekałem, wypełniając czas modlitwą.

W kolejce przede mną było około dwieście osób. Gdyż korytarz został tak zbudowany, aby pomieścić dowolną liczbę oczekujących. Wyglądał na mieszczący do dwudziestu wyczekujących, a mógł zmieścić nawet dwadzieścia tysięcy. I nie byłoby ciasno.

Cały czas materializowali się kolejni przybysze różnych ras. Widziałem nowików, welków,  aborygeńców, chińców, murzanów i przede wszystkim wielu ludzi. W końcu nikt nie chciał znaleźć się na pustkowiu w Noc Demonów.

 

– Cel wizyty?

Stary dziadunio w czarnej szacie i grubych okularach siedział za biurkiem nad szklaną misą pełną czystej jak łza wody. Pokój był akustycznie wytłumiony na dźwięki z zewnątrz tak, aby w rozmówniku zapisywała się tylko ich konwersacja. Każde wypowiedziane słowo powodowało falowanie tafli wody.

– Schronienie przed Demonami.

– Gdzie się ojciec zatrzyma?

– W tutejszym zakonie.

– Na jak długo ojciec przyjechał?

– Jeszcze nie wiem.

– Czym ojciec przyjechał?

– Różowym zzujkiem. Ma na siodle krzyż.

– O której godzinie ojciec przyjechał?

– Równo w południe.

Celnik zajrzał do wielkiej księgi, aktualizowanej co pięć minut.

– Boks siedemset siedemdziesiąt siedem Z.

Najpierw zdjąłem swoje rzeczy z zzujka. Chwilę to zajęło, ponieważ w stajni zrobił się wielki tłok. Panował on zresztą w całym mieście, co było normalne przed letnim przesileniem.

Potem udałem się do zakonu. Przywitał mnie tamtejszy opat i mój stary kolega – święty Zygfryd. Uścisnęliśmy się jak przystało na starych znajomych.

– Co cię tu sprowadza, Antku?

Spoważniałem.

– To co wszystkich. Pojutrze Noc Demonów.

Usiedliśmy przy stole. Niebawem nieznana mi zakonnica przyniosła nam po misce zupy ze zgrillaka. Święci gotowali najlepszą zupę ze zgrillaka na świecie.

– Jak tam twoja ewangelizacja ludów bezbożnych? – spytał Zygfryd.

– Kaczkadanowie chwalą Pana pod niebiosa.

– Znakomicie! Po przesileniu zostaniesz tu na długo?

– Nie wiem jeszcze.

Po posiłku poszedłem pomodlić się do kaplicy. Akurat kiedy skończyłem, święci zaczęli odprawiać mszę. Zostałem na niej i z radością przyjąłem Ciało Chrystusa.

 

Nie mogłem zasnąć, więc postanowiłem pójść na spacer. Ostatnie godziny przed Nocą Demonów. Szedłem ulicą Rozbojową. Znajdowała się przy niej najdroższa karczma w mieście.

Wytoczył się z niej książę Damian wraz z kumplami. Pijany i zapewne pod wpływem narkotyków. Tych „trzech muszkieterów” wyraźnie szukało draki.

Ubrany byłem w zwykłą koszulę i spodnie, więc hulacy nie mogli wiedzieć, że mają do czynienia ze świętym. Za symbol powołania miałem tylko wisiorek z wielkim krzyżem schowany pod zapiętą na ostatni guzik koszulą – noce przed przesileniem bywały chłodne.

– Co łazisz o takich godzinach, pierdoło? – zaczepił mnie książę.

– Spaceruję, Wasza Książęca Mość.

– Na kolana i bij pokłony, spacerowiczu! – zarechotał. – Jam jest pan!

– Muszę odmówić, Wasza Książęca Mość. „Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz” – zacytowałem Świętego Mateusza.

– A co ty, kurwa, święty?

– Owszem, Wasza Książęca Mość.

Nietrzeźwy arystokrata zdenerwował się. Nie przywykł do odmawiania wykonywania jego rozkazów.

– Kłaniaj się albo nauczymy cię pokory.

– Wasza Książęca Mość nie może nic zrobić świętemu. Wasza Książęca Mość reprezentuje Mimbwę. Polityka i wiara.

Dziedzica Mimbwy nie obchodziło to. Takie myślenie było zbyt skomplikowane na jego stępiony od alkoholu i zapewne narkotyków umysł. Chciał po prostu komuś przyłożyć. I jego kompani zapewne też. Z plotek, które słyszałem, wiedziałem, że król Mimbwy bardzo często zajmował się tuszowaniem pijackich wybryków syna. Przecież nie mógł zamknąć go w więzieniu, zbyt duży wstyd.

– Klękaj, łachudro – rozkazał gruby kompan.

Ja jednak nie wykonałem polecenia. Zakonnikom nie wolno było kłaniać się  przed ziemskimi przywódcami, naszego jedynego władcę stanowił Pan, Bóg Wszechmogący.

– Trzeba cię nauczyć respektu, łachudro! – uznał trzeci z awanturników. Każdy jego palec zdobił kosztowny pierścień, a z uszu zwisały drogocenne kolczyki.

Napastnicy zaczęli mnie osaczać.

Zanim opiszę następne wydarzenia, muszę coś wyznać. Nie jestem świętym idealnym. „Jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi”. Nie zwykłem stosować się do tej zasady. Posiadałem awanturniczą przeszłość i nie lubiłem dawać się bić. Choć sam bić umiałem. Zanim wstąpiłem do Zakonu, szkoliłem się na wojownika Klanu Złotego Serca. Mimo nazwy, członkowie tego klanu złotych serc nie mieli. Ich główne zajęcie dało się opisać jednym słowem: walka. Znano ich jako jednych z najbardziej morderczych wojowników. Przeszedłem większą część treningu, nim się nawróciłem. Ale jak do tego doszło, to już inna historia.

Pięść księcia wędrowała w stronę mojej szczęki. Siła nie była zbyt duża, ponieważ przeciwnik osłabił się używkami. Prawicą złapałem go za rękę, a lewicą z całej siły uderzyłem w brzuch. Szlachcic upadł i zwymiotował. W jego wymiocinach ujrzałem czerwoną barwę krwi. W tym czasie jego towarzysze wyciągnęli sztylety z vomuskiej stali. Gruby zamachnął się ostrzem w moją pierś, ale chyba widział mnie razy dwa i zdołałem wykonać unik. Trzeci wykonał cięcie pod żebra, ale uchyliłem się i chwyciłem go za przegub. Wykręciłem mu rękę aż wypuścił broń, po czym złamałem, zapewne z przemieszczeniem. Upadł i jął jęczeć z bólu. Grubas ruszył na mnie, więc szybkim ruchem podniosłem sztylet i sparowałem atak wroga, a później wbiłem mu nóż w pachę ręki dzierżącej zabójczy przedmiot. Z moich przeciwników książę był zapewne najwytrwalszy, ponieważ ostatkiem sił wstał i próbował mnie zajść od tyłu, trzymając szablę w trzęsącej się ręce. Usłyszałem jednak jego postękiwanie i mocnym uderzeniem wytrąciłem mu broń z ręki. Rzucił się na mnie i zwarliśmy się w boju na ziemi. Uderzył mnie w twarz, ale ciosu nie odczułem zbyt silnie. Kopnąłem go kolanem w krocze i kiedy nie puścił, zrobiłem to jeszcze raz. Opadł bez sił.

Uciekłem z miejsca zdarzenia.

 

Z samego ranka opat kazał wszystkim zebrać się w jadalni. Czekało już tam dwóch gwardzistów i dowódca, którego charakteryzowało niebieskie pióro pawia.

– Jeden z was brutalnie pobił księcia i jego przyjaciół tej nocy – zakomunikował dowódca. – Niech się przyzna.

Przestraszyłem się, ale brzydziłem się kłamstwem. Miałem swój honor i wiarę. Jako święty nie mogłem całkowicie ignorować ludzkiej władzy. Pokłon pokłonem, a przestępstwo przestępstwem. „Oddajcie więc cesarzowi to, co jest cesarskie, a Bogu to, co boskie”. Uważałem, że prawda stanowi podstawę ludzkiej moralności. Łgarstwo nazywałem głównym narzędziem Szatana. Według mnie wypowiedzenie nieprawdy stanowiło zaproszenie złego ducha do serca.

Wyszedłem z gromady i powiedziałem:

– Przyznaję się.

Wszyscy Święci osłupieli, a najbardziej Zygfryd. Opat posmutniał, ponieważ zawsze mnie podziwiał. Wzorował się na mojej wierze, bogobojności i wytrwałości w wykonywaniu przepisów Pańskich. A tu okazało się, że byłem tylko człowiekiem i też miałem swoje ułomności.

Skuli mnie. Poczciwy opat próbował jakoś to wytłumaczyć, ale nic nie wskórał. Splamiłem honor swój i całego zakonu.

 

Zawlekli mnie do lochu. Po godzinie wywlekli. Otoczyło mnie trzech strażników. Cały czas byłem zakuty w kajdany. Łysy silnie uderzył mnie w brzuch, aż się zgiąłem z bólu. Potem wyprowadził cios w moją szczękę. Wyplułem ząb i krew. Kopnąłem go, a ten przyłożył mi jeszcze raz i upadłem. Kopali mnie niemiłosiernie. Ból ogarnął całe moje ciało tak, że nawet nie wiedziałem gdzie trafiają buty klawiszy. Bolało mnie wszystko.

– Wystarczy – rzekł jeden z nich. Traciłem przytomność i nie zwracałem uwagi na to, czyje głosy słyszę. – To ma wyglądać jakoby mieli go w ućciwej walce zbić. W raporcie ma być, że owy śmieć uciec próbował.

Zarechotali.

Straciłem przytomność.

 

Po jakimś bliżej nieokreślonym czasie, zostałem oblany lodowatą wodą i obudziłem się.  

Poobijanego zaprowadzili mnie przed króla.

– Czy to ty napadłeś na mojego syna? – zapytał władca. Był to jegomość w średnim wieku z burzą czarnych włosów i brodą poprzetykaną siwizną. Miał niezwykle groźne oblicze, a z jego oczu iskrzyło.

– Tak, przyznaję się do tego i żałuję, ale nie miałem wyboru, Wasza Królewska Mość. Wasza Królewska Mość, wasz syn mnie zaatakował.

– To jakim cudem nie odniósł ojciec w walce większych obrażeń? Mój syn ma uszkodzoną wątrobę i genitalia, Vemms ma unieruchomioną rękę, a Cind ma złamanie z przemieszczeniem. A ojciec?

– Otrzymałem cios w szczękę, Wasza Królewska Mość.

– To chyba nieporównywalne, ojcze…?

– Antoni, Wasza Królewska Mość.

– Musisz wiedzieć, ojcze Antoni, że w tym mieście każdy akt przemocy jest surowo karany. W ten sposób utrzymujemy porządek. A za napaść na członka rodziny królewskiej, przyszłość Mimbwy, jest kara najsurowsza. Wiesz co robimy z najgorszymi degeneratami w Noc Demonów?

Niestety wiedziałem. Słyszałem opowieści, z których wynikało, że to gorsze niż kara śmierci.

– To cię czeka. Niech każdy wie, co czeka wrogów Montexerdich.

 

W więzieniu odwiedził mnie Zygfryd. Modliłem sie wtedy szczerze. Błagałem Boga o przebaczenie i opiekę. Dowiedziałem się od niego, że zakon nie może nic zrobić. Nie mogli pokazywać, że święci są bezkarni. Jakiś poeta głosił kiedyś, że „nie ma zbrodni bez kary”. Jednakże nie pamiętałem już jak się nazywał, w życiu skupiłem się na Piśmie Świętym, a nie innych utworach. Jedno zakonnicy wymogli na królu. Mogłem wziąć drewniany krzyż, który należał mi się jako świętemu. I tylko krzyż. Na znak poniżenia i hańby, mieli mnie wypuścić nagiego.

Zygfryd pożegnał się ze mną i obiecał modlitwy w mojej intencji, w tym dwie msze.

Zostawił mnie z moim losem. Z moim krzyżem, który musiałem dźwigać. Ale ja w przeciwieństwie do Jezusa, poniekąd byłem winny. Oto gdzie prowadzi niestosowanie nauk Chrystusa w życiu.

 

 Gorąco. W Noc Demonów jest gorąco. Upalnie i skwarno jak w samym piekle. Przesilenie letnie było najcieplejszą dobą w roku. Ponadto, słońce nie zachodziło. W sumie nie jest tak źle bez tych ubrań. Nikt mnie nie widzi, a przynajmniej nie muszę topić się w ciuchach. Jednak zaraz przypomniałem sobie, że puścili mnie nagiego dla wstydu, nie dla komfortu.

Nie znałem jeszcze twarzy śmierci. Nikt z żyjących Demona nie widział. Zanim określono datę Nocy Demonów, setki ginęły przez te dwanaście godzin. W historii przeżył to tylko jeden człowiek. Upośledzony, niepiśmienny niemowa. Skazano go za morderstwo, ale przeżył. Do dziś nie wiadomo jak. Niektóre wydarzenia we Wszechświecie nie mają przyczyny. Po prostu się dzieją.

Są tacy, a jest ich wielu, którzy chcieliby oglądać dziwy nie opuszczając miasta. Ale dla bezpieczeństwa, magowie otaczali je lustrzanym polem siłowym, przez które niebo odbijało to, co pod nim. Niesamowity widok. Są tacy, a jest ich wielu, którzy dla tego odbicia z niecierpliwością czekają na przesilenie letnie. Sam do nich należałem i wolałbym to oglądać, a nie sterczeć goły na pustkowiu i czekać na śmierć.

Lecz miałem ujrzeć istoty jeszcze bardziej niezwykłe.

Nadchodziły z daleka, jakby znikąd.

Demony były wielkie. A może nie tyle wielkie, co miały niebotycznie długie nogi. Pewnie dwa czy trzy metry. Niewiarygodnie chude, a najcieńsze miały słonie. Nogi konia były lepiej zbudowane, bardziej umięśnione.

Między ich kończynami ujrzałem coś w oddali. Postać odziana w czerwień krzyżem poskramiała jakiegoś potwora, zapewne umarłego, ale z takiej odległości nic nie jest pewne. Zamajaczył mi również w oddali anioł. Nadzieja, że nie jestem otoczony samym złem. Nadzieja, że Bóg jest ze mną.

Potem ujrzałem widoki podniecające.

Na czele tego piekielnego orszaku szedł koń. Za nim zmierzały słonie, a każdy niósł coś na grzbiecie. Koń stanął na tylnych kopytach i zamachał przednimi w powietrzu. Wyciągnąłem krzyż przed siebie w obronie przed tym złem i zagrożeniem. Chociażbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Pan jest ze mną.

Ogier opuścił kopyta i spokojnie przeszedł nade mną.

Za nim zmierzały słonie. Na grzbiecie pierwszego ujrzałem piękną niewiastę. Naga stała na złotym i dziwnie skonstruowanym piedestale. Tańczyła, a ja nigdy wcześniej nie widziałem równie ponętnego i perwersyjnego tańca. Poczułem jak moja męskość się napina. Ganiłem się za to, ponieważ jako święty nie powinienem odczuwać pożądania, ale nie mogłem go opanować. Niosący ją zwierz owinął mnie długą trąbą i postawił na piedestale obok niej.

Była po prostu idealna. Jej kształty – cudnie okrągłe piersi i kształtna talia sprawiały, że nie potrafiłem pohamować pożądania. Chciałem spłonąć w ogniu jej rudych włosów. Ale nie mogłem, ponieważ obowiązywał mnie celibat.

Kusicielka zbliżyła się do mnie i dotknęła mojego przyrodzenia, które gwałtownie na to zareagowało. Zwarliśmy się w pocałunku. Położyłem rękę na jej pośladku.

Na szczęście po chwili się ogarnąłem i cofnąłem dłoń. Oderwałem swoje usta od niej. Wyciągnąłem w stronę demona krzyż. Na jego widok zaskrzeczała. Światło wiary prawdę ukazało. Piękność okazała się być sukkubem. Z kopytami i sierścią na nogach przestała być taka atrakcyjna.

Znów owinęła się wokół mnie trąba i odstawiła mnie na ziemię. Zaraz jednak chwyciła mnie kolejna i przetransportowała mnie na kolejny grzbiet.

Ten słoń przenosił stożek zawierający w sobie pięć ciemnych kul. Największa znajdowała się na dole, a najmniejsza na górze.

Spojrzałem przed siebie i ujrzałem jeszcze dwa długonogie stwory. Najbliższy niósł świątynię ze złota. W jej wejściu znajdował się nagi kobiecy tors. Na dachu stał posąg niemo dmący w trąbę. Nagle muzyk ożył i przyleciał do mnie. Przyjrzałem mu się. Wyglądał na odwzorowanie zwykłego człowieka.

– Właśnie patrzysz na Wszechświat – wyjaśnił pomnik. – Możesz mieć we władaniu wszystkie pięć planet. Jak Bóg. Czy chcesz zostać bogiem? Czy chcesz równać się z Wszechmogącym?

Była to dość kusząca propozycja. Nigdy nawet nie śniłem o takiej potędze. A w tamtej chwili miałem ją na wyciągnięcie ręki. Wtedy król i jego łobuzerski syn tylko czekaliby na moje rozkazy. Ale nie chciałem tego. Wolałem być sługą bożym w Jego majestacie. Zbyt mocno Boga kochałem, aby chcieć się z nim równać. Jako święty, człowiek bogobojny i Pismo znający, wiedziałem, że to tylko oszustwo nieprowadzące do niczego dobrego.

– Jeden jest Bóg i cudzych przed nim nie mam. Jam jest tylko pyłem i do takiej potęgi nie śmiem się porównywać. „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł”?  Przeciw Ojcu stawał nie będę, bo dzięki niemu mam wszystko, co mam.

– Co masz? Zostawił cię tu na pustyni na pewną śmierć.

– Chociażbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Pan jest ze mną.

Pokazałem mu mój krzyż, broń moją jedyną, nadzieję i obronę, a ten odleciał i znów na dachu złotej świątyni znieruchomiał; wygrywał swój hejnał milczenia.

W sposób jak poprzednio, zostałem przeniesiony na następny grzbiet.

Tors o wielkich piersiach  zniknął i wszedłem do świątyni.

Znalazłem się w przybytku wszelkiego zła. Podeszły do mnie dwie śliczne, nagie niewolnice i ubrały mnie w bogatą szatę. Wykonano ją z barwionego na czerwono aksamitu poprzeplatanego złotymi nićmi.

– Witaj, panie – przywitały mnie. Jak miło, kiedy takie świetne dziewczęta, zwracają się do mnie per pan. Nie podobała mi się ta myśl, ponieważ wynikała z pychy.

Zostałem przez nie zaprowadzony do suto zastawianego stołu. Mebel uginał się pod ciężarem najlepszych mięsiw, najsoczystszych warzyw i owoców, najsmaczniejszych słodyczy i najwytrawniejszych trunków. Usiadłem przy tym wszystkim, a ładne służące podawały mi kolejne potrawy i puchary pełne win, soków czy piw. Mogłem tak jeść i pić bez końca, lekko zapominając o zakazie obżarstwa i pijaństwa. Kiedy byłem dość pełny, rzekłem:

– Już dziękuję, wystarczy mi tego wszystkiego.

Na te słowa kobiety podeszły do mnie. Ze zbyt wielką przyjemnością patrzyłem na ich kocie ruchy. Blondynka i szatynka usiadły mi na kolanach i zaproponowały:

– A może teraz czas na inne przyjemności? – Słuchało się ich jak najlepszej muzyki, bo owe głosy miały pewną miękkość i zalotność.

Blondynka namiętnie mnie pocałowała. Poczułem truskawkowy smak szminki. Chciałem więcej. Zacząłem obmacywać Truskawkę. Druga rozpinała moją szatę. Na szczęście zanim doszło do czegoś poważnego, odezwała się moja przyzwoitość.

– Przestańcie – poprosiłem.

– Nie podobamy ci się? – spytała ze smutkiem Truskawka. – Mamy zawołać inne?

Takie zabieganie o moje względy jeszcze bardziej powiększało moją pychę. Pławiłem się w grzechu i nieczystości.

– Nie w tym rzecz. Jesteście piękne, ale nie mogę. Jestem świętym.

– Ale i święty musi mieć coś z życia. – Słodki głos i gładkie dłonie szatynki miały dar przekonywania.

– Jestem obciążony celibatem. Poza tym seks z wami byłby grzechem. Rozpustą. Przed małżeństwem współżyć nie wolno, a już na pewno nie z dwiema kobietami na raz.

– To wybierz jedną. – Truskawka zaśmiała się.

– To cały czas będzie grzech, a ja przysiągłem walczyć z grzechem.

Coraz gorzej wychodziła mi asertywność. Życie jest za krótkie, aby tak się przejmować. Poza tym, niektórzy święci częściej chodzą do burdeli niż do kościołów.

Musiałem przestać myśleć tymi kategoriami, ponieważ były one podsyłane przez Szatana. A ja musiałem mu się oprzeć. Ale jego wysłanniczki się nie poddawały.

– Jeśli chcesz walczyć z grzechem, to musisz go poznać. Wiedz, jakie zagrywki stosuje wróg.

Uśmiechnąłem się, przypominając sobie stare dzieje.

– Zanim zostałem świętym, lubiłem grzeszyć.

Ich ręce sunęły po moim ciele, docierając w najciekawsze miejsca, tam, gdzie powinny. Nie mogłem im się poddać.

– Powiedziałem „nie” i już. Nie chcę! – Wpadłem w gniew.

Zrozumiały i zeszły z moich kolan.

Po jedzeniu poczułem zmęczenie. Ostatnie wydarzenia nadwątliły moje siły. Uwodzicielki to zauważyły.

– A może przespałby się pan? – zapytała szatynka.

Działały tam jakieś czary, ponieważ zacząłem zapominać, gdzie tak naprawdę jestem.

– Z tej oferty chętnie skorzystam.

Zaprowadziły mnie do kosztownej i pełnej bogactw sypialni. Stało tam wiele skrzyń wypełnionych złotem i drogocennymi kamieniami. Odezwała się we mnie chciwość i zazdrość w stosunku do właściciela tego majątku. Dwa grzechy na raz? Co ten przybytek ze mną robił?

– Czyje te skarby? – chciałem wiedzieć.

– Tego nie widać na pierwszy rzut oka, ale to wszystkie skarby świata – wyjaśniła Truskawka. – Mogą być pana.

– Nie jestem panem. Mówcie mi Antoni. Albo ojcze Antoni. A wy jak się nazywacie?

– Amelia – odrzekła blondynka.

– Sandra – przedstawiła się szatynka.

– Czy chcesz być najbogatszym z ludzi? Czy chcesz stanąć ponad nimi wszystkimi? Czy chcesz wzbudzać ich szacunek, przyjaźń, miłość i podziw?

Wiedziałem, że to tylko kuszenie. Te wszystkie uczucia wywołane pieniędzmi nie miały żadnej wartości.

– Nie. Prawdziwe skarby są w Niebie. Po co na ziemi zbierać wszelką majętność, jeśli nie zabiorę tego ze sobą? Doprawdy, jesteśmy rozliczani z uczynków naszych, a nie bogactw. Cóż będzie miał człowiek, który zdobył wszystko, a zatracił siebie? Czy Jezus Chrystus nie powiedział: prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do Królestwa Bożego?

– Chcesz się najpierw wykąpać? – zaproponowała Sandra. Nauki o Królestwie najwidoczniej nie robiły na niej wrażenia.

W więzieniu warunki sanitarne nie stały na wysokim poziomie, więc chętnie przystałem na propozycję.

– Z przyjemnością.

Zaprowadziły mnie do łazienki obok. Wielka złota wanna czekała już napełniona wodą i mydlinami o przecudnym zapachu, którego nie znałem. Rozebrałem się i wszedłem do kąpieli. Ciecz była idealnie gorąca. Wygodnie się ułożyłem, rozluźniłem mięśnie i zrelaksowałem. Niewolnice dołączyły do mnie. Nim zaprotestowałem, Amelia wytłumaczyła:

– Tylko pomożemy ci się umyć.

Nie chciało mi się odmawiać. Ich namydlone dłonie przesuwały się po moim ciele, zmywając brud z więzienia i pustkowia, delikatnie jak powiewy wiatru.

W połowie mycia naszła mnie pewna refleksja. Czy jestem aż tak leniwy, że nie chce mi się myć samemu?

– Dziękuję, ale nie potrzebuję waszej pomocy. Sam sobie poradzę.

– Ale to dla nas żaden problem – powiedziała Sandra.

– Nie dziękuję – wycedziłem.

Tym razem zdenerwowałem moje towarzyszki. Z ich palców wysunęły się pazury, zęby zmieniły w kły, z pleców wysunęły skrzydła, a w dłoniach pojawiły bicze.

Wolałem jak się do mnie zalecały. Dopiero w tamtej chwili, siedząc nagi w wannie, zorientowałem się, że nie mam swojego krzyża. Przeraziło mnie to. Przypomniałem sobie jak przez mgłę, że krzyż zabrały mi przy wkładaniu szaty. Było patrzeć na krzyż, a nie na cycki. Krucyfiks miał być moją latarnią w ciemnościach, światłem wiary. Tego mnie jeszcze w dzieciństwie uczyła babcia, na długo przed wstąpieniem do zakonu. Błyskawicznie wyskoczyłem z wanny, ale jedna z nich zdążyła mnie jeszcze smagnąć biczem po plecach. Zachwiałem się, ale biegłem dalej. Usłyszałem za sobą chlupot, świadczący o tym, że demony wyszły z wody. Uciekałem dalej.

Powtórzę się – działały tam jakieś czary. Korytarze miały inny układ niż wcześniej. Nie kończyły się. Nie mogłem znaleźć wyjścia. Trochę się chwiałem po wypitym alkoholu. Obróciłem głowę i ujrzałem Amelię oraz Sandrę lecące za mną. Takie skutki ma nietrwanie w wierze.

– Chociażbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Pan jest ze mną – powtarzałem jak mantrę.

Słowa te dodawały mi otuchy. Jednakże nadal słyszałem za sobą trzepot skrzydeł jak u nietoperza. Dużego nietoperza. Z dużymi piersiami.

Rzeczywiście, Pan był ze mną, dlatego zła się nie lękałem. Znalazłem wyjście, ale nie krucyfiks.

Dotarłem na następny grzbiet. Znów świeciłem golizną.

Ostatni słoń niósł ogromną wieżę. Nie widziałem jej szczytu, który znajdował się w chmurach. Jako ewangelizator i misjonarz dużo podróżowałem. Widziałem wiele cudów, za które dziękowałem Bogu. Ale tak wysokiej budowli czy czegokolwiek innego w tych rozmiarach nie widziałem.

Drzwi nie zamknięto, więc bez problemu wszedłem do środka. Niepewny, co mnie tam czeka. Na jakie pokusy zostanę wystawiony?

W środku stał starszy jegomość. Bardzo, bardzo stary. Najstarszy jakiego dano mi oglądać. Pomieszczenie było oświetlone, choć nie widziałem żadnej lampy.

– Wiesz gdzie jesteś? – zapytał mężczyzna.

– Domyślam się.

– Wieża Babel.

– Tak myślałem. Jakim cudem przetrwała?

– Nic nie jest takie jak myślisz. Budowa została ukończona. – Przerwał i zamyślił się. – Znam cię. Twoja wiara w Boga jest głęboka. Ale jak bardzo? Czy tęsknisz do Boga na tyle, aby już teraz spotkać się z nim w Niebie? Wystarczy wejść na szczyt. Jest to dość wysoko, ale mamy windę.

Facet wskazał na srebrne, rozsuwane drzwi za swoimi plecami.

– Winda do Nieba? – zdziwiłem się.

– Owszem. Daję ci możliwość spotkania samego Boga. Czy nie tego chcesz? Będziesz na równi z Nim jeśli samodzielnie tam dotrzesz.

– Nie. Podległy Panu jestem, który bez powodu ludzi na rasy i języki nie podzielił. Kimże ja jestem, aby z Bogiem się równać i do Nieba wpraszać? Gdy nadejdzie czas, Bóg mnie wezwie.

Staruszek wpadł w gniew. W oczach zapłonął mu ogień, z czoła wyrosły rogi, a z tyłu ogon.

Obudziłem się.

 

Zdjęto mi z palca Pierścień Rybaka. Usiadłem, a od wygasłego już ekranu podszedł do mnie papież Paweł Jan.

– Zdałem? Jestem przyjęty? – dopytywałem.

Czułem lekkie otępienie. Ostrzegali, że jest to skutek uboczny manipulacji wyobraźnią.

– Owszem – potwierdził Ojciec Święty. – Zostaniesz misjonarzem. Jesteś przyzwoicie odporny na pokusy Szatana. Może i nie nadstawiasz drugiego policzka, ale nikt nie jest idealny. I w imię Boga wojny prowadzono. Biorąc pod uwagę twoją przeszłość, zmiana jest diametralna. Witaj w zakonie świętych!

Ucieszyłem się i podziękowałem.

– Tylko dlaczego ta wizja była taka dziwna? – zapytałem.

– Polegała na manipulacji wyobraźnią. Pierścień Rybaka tworzy swego rodzaju sen. Nie ma ustalonego schematu. Wykreowano to z twojej wyobraźni. Wiesz jakie ja już tu rzeczy widziałem? – Papież zaśmiał się.

 

Koniec

Komentarze

Interesujący pomysł. Dość dosłownie traktujesz wyjściowy obraz (nie tylko Ty go wybrałeś ;-) ), ale dokładasz od siebie wystarczająco dużo, żeby wyszło ciekawie i nietuzinkowo. Barwny świat. Plus za niespodziewaną końcówkę.

Babska logika rządzi!

Hmm… Myślę. że wiem o jaki obraz chodzi – w sumie jest dosyć drobiazgowo opisany :)

Bardzo dobrze mi się czytało. Tekst sprawnie i malowniczo skonstruowany, oparty na dobrym pomyśle. Zakończenie, podobnie jak Finklę też mnie zaskoczyło. Bohater przekonywujący.

Podsumowując jestem wyjątkowo usatysfakcjonowana lekturą i życzę powodzenia w konkursie :)

Dziękuję za opinię. Cieszę się, że podobało się.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Cięcie sztyletem? Sztylet jest bronią białą, przeznaczoną do kłucia. Cięcie sztyletem jest możliwe, ale z uwagi na kształt głowni bardzo mało efektywne. To nie nóż.

Raczej jednak pchnięcie sztyletem.

Niezgorszy pomysł, w sumie dobre wykonanie. Wrócę jeszcze.

Pozdrówka. 

Dziękuję za uwagę, ale sądzę, że po pijaku nikt się nad tym nie zastanawia ;)

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Możliwe, że po pijaku nie, ale niektórzy czytelnicy tak. Bronią robić nie umiał? Ale to w sumie szczegół.

„Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza.” Ciekawe, ze pierwsze zdanie jest różnie, i to diametralnie różnie, tłumaczone. Ale przekład Biblii staje się współczesny, i to jest chyba nieuniknione. Ciekawe, jak to brzmiało u Wujka.

Dobre opowiadanie, oparte na interesującym pomyśle. Zalet ma kilka. Ciekawa fabuła, taka surrealistycznie realistyczna, wciągająca i zaciekawiająca. Obraz kreowanego świata jest kompletny.  Zaletą jest także to, że opowiadanie jest zamknięte, wyjaśnia wszystkie wątki, a końcówka ciekawa i zaskakująca, ale logiczna. Zaletą jest także plastyczność opisów – to się widzi, i to jest duży plus.

Niezłe tempo narracji.

Wady są generalnie dwie. Pierwsza – powtórzenia zwrotów. Czemu bohater ciągle powtarza pierwszy wers? Istnieje i drugi, a nawet trzeci. Trochę to nuży. Podobnie jest z postaciami staruszków. Jest ich co najmniej dwóch – ciągle tak samo opisywanych. A czemu nie pojawia się, przykładowo, zażywny tłuścioch? Rozumiem, że może nie ma go na obrazie, ale niekoniecznie musiał być. 

Drugi jest poważniejszy. Przy końcu, przy opisie Nocy Demonów, siada tempo i dynamika tekstu. Jest za dużo opisu poszczególnych części karawany – za dużo – i po trzecim już wiadomo, że bohater da odpór pokusom. Ta część wymaga zdecydowanie skrócenie. co najmniej ze trzy opisy można było załatwić dwoma zdaniami. Opowiadanie utrzymałoby poprzednią dynamikę narracji. 

Trochę jest niewygrana końcówka. Bo czemu aż papież sprawdza bohatera, a nie po prostu kardynał, biskup albo opat? Chyba zabrakło jednego zdania, że dlatego, iż może być świętym. Ale to jest kwestia gustu.

Ciekawy tekst, interesujący – no i dla mnie biblioteczny.

Pozdrówka.

Wyłapałam dwa interpunkcyjne potknięcia:

Widziałem nowików, welków, aborygeńców. chińców, murzanów i przede wszystkim wielu ludzi.

Chyba się tu kropka zaplątała zamiast przecinka :)

Uścisnęliśmy się jak przystało na starych znajomych.

Tu zabrakło przecinka przed „jak”.

 

W raporcie ma być, że owy śmieć uciec próbował.

„Owy” jest niepoprawną wersją zaimka „ów”.

 

Błagałem Boga o przebaczenie i opiekę. Dowiedziałem się od niego, że zakon nie może nic zrobić.

Gość ma dość bezpośredni kontakt z Bogiem, chwali się :)

 

Miałam też uwagę odnośnie nazbyt współczesnych słów w zapisanych kursywą myślach bohatera, ale po namyśle stwierdziłam, że to był celowy zabieg (prawda?), całkiem zresztą udany z perspektywy zakończenia :) Tylko ten poniższy zwrot należy do narracji i nie pasuje do stylizacji.

Na szczęście po chwili się ogarnąłem i cofnąłem dłoń.

Potem ujrzałem widoki podniecające.

Na czele tego piekielnego orszaku szedł koń. Za nim zmierzały słonie, a każdy niósł coś na grzbiecie. 

Coś mi w tym fragmencie zazgrzytało. Przecież on już wcześniej ujrzał ten piekielny orszak, nawet go opisywał – więc skąd to „potem”.

 

Dobra, już skończyłam się czepiać :) Bohater wyjątkowo przypadł mi do gustu i wypadł całkiem wiarygodnie. Dodatkowo ciekawy, barwny świat stworzyłeś, więc poczułam się nieco zawiedziona, gdy końcówkę rozegrałeś w konwencji „I wtedy się obudziłem”. No, może nie do końca, ale nie przepadam za tego typu zakończeniami. Aczkolwiek zaskoczenie było :)

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Co do “owy” – zamierzone. Strażnik jest prostakiem, dlatego napisałem też “ućciwy”. 

Błagałem Boga… – Modlitwa to rozmowa z Bogiem.

Wykreowany świat różni się od naszego i dlatego niektóre rzeczy poczytane zostały jako błędy (z papieżem było zamierzone). Chciałem go trochę stworzyć jak King swój Świat Pośredni – niby inny, ale są podobieństwa. Te same rzeczy, ale działanie trochę inne.

Wizja celowo długa, aby ukazać różne kuszenia i wykorzystać wszystkie elementy obrazu. Chciałem dopisać historię do scenki Dalego. I mam nadzieję, że mi się udało :)

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Okej, zostaw w takim razie „owy” :) Ale w drugim przypadkiem chyba powinnam wyrazić się jaśniej.

Błagałem Boga o przebaczenie i opiekę. Dowiedziałem się od niego, że zakon nie może nic zrobić.

Układ zdań sugeruje, że informacji udzielił mu sam Bóg. Podejrzewam, że, pisząc „niego”, miałeś na myśli Zygfryda, ale konstrukcja tego akapitu wcale na to nie wskazuje :)

 

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Rozumiem :)

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

“Potem”; ponieważ na początku nie widział w tym wszystkim nic podniecającego.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Pietrku, nie musisz tłumaczyć :) Napisała Ci w komentarzu moje uwagi, które miałam po przeczytaniu tekstu – całkowicie subiektywne odczucia, więc niewykluczone, że jestem w nich odosobniona. Przecież nie obrażę się, jak uznasz to za moją niedomyślność :)

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Taka tylko luźna dyskusja :) Cenię sobie uwagi, bo sam nie jestem w stanie wychwycić wszystkich błędów.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Podobał mi się wykreowany przez Ciebie świat. Tekst czytało się dobrze, a chociaż nie jest to do końca mój klimat, opowiadanie przypadło mi do gustu. 

Zaletą niewątpliwie są opisy, co już zresztą padło w komentarzach. Nie miałam trudności, by przenieść się w opisywaną przez Ciebie rzeczywistość.

Pozdrawiam! 

Przeczytałam.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Cieszę się, że się podobało. Co do jakości opisów, wydaje mi się, że wynika z faktu, że bardzo wczułem się w opowiadanie. Zacząłem pisać w trzeciej osobie, ale w pewnym momencie podświadomie przerzuciłem się na osobę pierwszą. I co poprawiałem, to znów wracałem do pierwszej.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Ciekawe opowiadanie, taka zamknięta, ładnie opowiedziana historia. Zakończenie mnie zaskoczyło, więc dodatkowy plus, aczkolwiek też uważam, że papież testujący kandydatów na misjonarzy nie jest zbyt wiarygodny ;)

Wypunktowałam sobie kilka rzeczy.

W kolejce przede mną było około dwieście osób. Albowiem korytarz został tak zbudowany, aby pomieścić dowolną liczbę osób. Wyglądał na mieszczący do dwudziestu osób, a mógł zmieścić nawet dwadzieścia tysięcy. I nie byłoby ciasno.

Albowiem = ponieważ, bo, gdyż. To zdanie nie ma sensu. A druga rzecz, która mnie zatrzymała, to liczby osób (powtórzenia).

Widziałem nowików, welków, aborygeńców. chińców, murzanów i przede wszystkim wielu ludzi.

 Tutaj kropka zamiast przecinka.

Stary dziadunio w czarnej szacie i grubych okularach, siedział za biurkiem nad szklaną misą pełną czystej jak łza wody.

 Tutaj niepotrzebny przecinek (dziadunio siedział).

Niżej powtarzające się noce – o ile rozumiem nazwę własną w pierwszym zdaniu, i tak to zgrzyta.

Ostatnia noc przed Nocą Demonów.

Za symbol powołania miałem tylko wisiorek z wielkim krzyżem schowany pod zapiętą na ostatni guzik koszulą – noce przed przesileniem bywały chłodne.

– Co łazisz po nocach, pierdoło? – zaczepił mnie książę.

 A tutaj jakoś mnie te “zapewne narkotyki” zatrzymały. Dwa razy powtarza się podobna fraza – w niewielkich odstępach.

Pijany i zapewne pod wpływem narkotyków.

Takie myślenie było zbyt skomplikowane na jego stępiony od alkoholu i zapewne narkotyków umysł.

Tutaj powtarzają się klękanie i łachudra, jestem pewna, że książę zna również inne obraźliwe słowa. 

Klękaj, łachudro – rozkazał gruby kompan.

Ja jednak nie wykonałem polecenia. Zakonnikom nie wolno było klękać przed ziemskimi przywódcami, naszego jedynego władcę stanowił Pan, Bóg Wszechmogący.

– Trzeba cię nauczyć respektu, łachudro! 

 Tutaj już trochę czepialsko: napisałabym “dokąd”.

Oto gdzie prowadzi niestosowanie nauk Chrystusa w życiu.

A tutaj dorzuciłabym przecinek:

– Nie, dziękuję – wycedziłem.

Podobało mi się :)

Miło mi to słyszeć i dziękuję za uwagi! Ale sądzę, że elokwencja księcia po libacji jest ograniczona;) "Nocy przed Nocą Demonów" chyba zmieniać się nie da.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

A tam, marudzisz… Co się nie da? Ostatni wieczór, ostatnie godziny, dobę przed…

Babska logika rządzi!

Dziękuję, Finklo, zastosowałem “ostatnie godziny”.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Całkiem fajne opowiadanie. Końcówka zaskakująca – choć z reguły nie lubię motywu snu/wizji, tutaj poprowadziłeś narrację tak, że do końca się nie kapnąłem, a i sama mara miała określony cel nie pozostający bez wpływu na fabułę.

Czytało się przyjemnie i płynnie, choć czasem pojawiły się powtórzenia rzucające się w oczy.

Bardzo przypadł mi do gustu motyw niedoskonałego świętego, który nie nadstawia hurraoptymistycznie drugiego policzka :)

Podsumowując: jest okej, ale też bez jakiś wielkich fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za ostateczny punkt do Biblioteki!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Proszę uprzejmie :)

Skoro świt wstałem i pomodliłem się. Zjadłem skromne śniadanie, ponieważ moje racje żywnościowe kurczyły się w zastraszającym tempie. Nie przeszkadzało mi to jednak, ponieważ jako święty nie mogłem się obżerać.

 

Za symbol powołania miałem tylko wisiorek z wielkim krzyżem schowany pod zapiętą na ostatni guzik koszulą – noce przed przesileniem bywały chłodne.

– dlatego nie ubrał odzienia, a zapiął ostatni guzik?

– Trzeba cię nauczyć respektu, łachudro! – uznał trzeci z awanturników.

– ograniczone słownictwo myślę, że w dziedzinie przeklinania koleś może popisać się szerszym wachlarzem inwektyw ;)

Czekało już tam dwóch gwardzistów i dowódca, którego charakteryzowało niebieskie pióro pawia.

– ulubiony zwrot?

Przestraszyłem się, ale brzydziłem się kłamstwem.

– to dlaczego „uciekał” z miejsca bijatyki?

– To ma wyglądać jakoby mieli go w ućciwej walce zbić.

 

W więzieniu odwiedził mnie Zygfryd. Modliłem sie wtedy szczerze.

 

Niektóre wydarzenia we Wszechświecie nie mają przyczyny. Po prostu się dzieją.

– Jezus by się nie zgodził ;)

W więzieniu warunki sanitarne nie stały na wysokim poziomie, więc chętnie przystałem na propozycję.

– gdzie walka z kuszeniem, gdzie emocje?

 

 

Bardzo ciekawy pomysł – cybernetyczna technika w służbie Kościoła, coś w stylu mojego opowiadania „Człowiek bez grzechu” :)

 

Mógłbym się przyczepić do masy potknięć, ale tyczyłby się fabuły testu, a nie rdzenia opowieści – wizja testu na predyspozycję dla przyszłych misjonarzy :)

Ale jako, że komentowałem sobie na bieżąco to i tak tu wyłuszczę, jako że zajmuje ona 95% opowiadania :)

 

Fabuła testu zawiera w sobie kawałek ciekawego uniwersum, chociaż można doszukać się w nim Wiedźmina i Mordimera Piekary.

Największy jednak problem mam z motorem fabuły. „Napaść” na księcia. Czy gdyby bohater był w uniformie, to pijany książę mógł wymóc na nim posłuszeństwo i czy ten mógł się sprzeciwić? Jeżeli nie mógł go przymusić, a ten mógłby się obronić, to czy brak np. habitu automatycznie sprawia, że zakonnik przestaje być zakonnikiem? Gdzie w tym wszystkim okoliczności łagodzące?

 

Teraz kilka słów o bohaterze.

Logika bohatera niedomaga. Dlaczego nie uciekł bez walki? Był sprawniejszy od reszty… A potem daje się katować za niewinność… Trzeba tę impulsywność bardziej uwidocznić. Nie może to być do końca tak suche i przemyślane – a on doskonale sobie zdaje sprawę komu daje po gębie i jakie układy panują w mieście! Bardziej na miejscu byłby amok, nieświadomy czyn, coś czego naprawdę żałował, a nie „bo nie przywykł do dostawania po twarzy”.

Generalnie przy kuszeniu mógłby być bardziej przekonywujący – ukierunkowany na cel, którym jest wytrwanie w wierze, a nie przejmujący się warunkami sanitarnymi, które też powinien pokornie zdzierżyć ;)

 

Czasami narracja pierwszoosobowa nie zgrywa się z wydarzeniami fabularnymi – fabuła sobie, narrator sobie, ale też nie była najgorsza.

 

Opowiadanie całkiem niezłe :)

 

Czwartkowy Dyżurny

Powiązanie z “Człowiekiem bez grzechu” jest moim zdaniem znikome. Tam wizję stosowano w zupełnie innym celu i przekaz Twojego tekstu, Blacktomie, jest zupełnie inny. Poza tym, u mnie chrześcijaństwo wygląda inaczej, a Ty po prostu pokazałeś jego przyszłość i kolejny przebiegły pomysł kleru.

Dziękuję za opinię!

 

P.S. Gdzie znalazłeś, że to technika cybernetyczna?;)

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

No, wygląda jak zaawansowane VR.

Babska logika rządzi!

Nie potwierdzę, ani nie zaprzeczę. Zostawiam pole dla wyobraźni. Choć w zamyśle nie miało to być VR. Niech każdy po prostu wyobrazi sobie co chce.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Zdjęto mi z palca Pierścień Rybaka. Usiadłem, a od wygasłego już ekranu podszedł do mnie papież Paweł Jan.

Czułem lekkie otępienie. Ostrzegali, że jest to skutek uboczny manipulacji wyobraźnią.

– Polegała na manipulacji wyobraźnią. Pierścień Rybaka tworzy swego rodzaju sen.

 

Właśnie to zasugerowało mi VR. No ale jeżeli to nie tak, to rozczarowujące, bo myślałem, że jest tutaj równie ciekawy zamysł co mój – cybernetyczna technika w służbie Kościoła. Właśnie to wydawało mi się najatrakcyjniejsze.

 

Zgadzam się wydźwięk jest u mnie zupełnie inny i nie ogranicza się jedynie do wyzysku kleru, to raczej wpływ techniki na duchowość człowieka informatycznego ;)

Więc przyjmij, że to VR. Zakończenie miało poruszyć wyobraźnię. Jeśli cybernetyka Ci się podoba, przyjmij, że to cybernetyka. Jeśli ktoś nie lubi takich klimatów, niech przyjmie, że to szamańskie obrzędy voodo, które Kościół wykorzystuje przy rekrutacji świętych. Cały czas ten sam świat, tyle że bez Nocy Demonów. Niech każdy będzie usatysfakcjonowany.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Tu byłem.

To dobrze :)

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Nie wiem jak to się stało, że nie umieściłam opowiadania w kolejce. Na szczęście w porę się zmitygowałam i w końcu dotarłam.

Istotnie, pomysł był niezły, opowiedziana historia również. Bardzo malowniczo przetaczała się kawalkada długonogich zwierząt, ale muszę wyznać, że czuję się nieco zawiedziona tradycyjnymi i mało wyszukanymi metodami kuszenia Antoniego. Mnie również zmartwiło, że bohater obudził się, jednak ostatni akapit rzecz naprawił.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Po­je­cha­łem przez pust­ko­wie.

Pod­je­cha­łem pod Mim­bwę. – Nie brzmi to najlepiej.

Może w pierwszym zdaniu: Ruszyłem przez pustkowie.

 

W ko­lej­ce przede mną było około dwie­ście osób. Gdyż ko­ry­tarz zo­stał tak zbu­do­wa­ny aby po­mie­ścić do­wol­ną licz­bę ocze­ku­ją­cych. Wy­glą­dał na miesz­czą­cy do dwu­dzie­stu wy­cze­ku­ją­cych, a mógł zmie­ścić nawet dwa­dzie­ścia ty­się­cy.  – Powtórzenia.

Proponuję: W ko­lej­ce przede mną było około dwustu osób, gdyż ko­ry­tarz zo­stał tak zbu­do­wa­ny, aby pomieścić do­wol­ną licz­bę ocze­ku­ją­cych. Wy­glą­dał jakby miał miejsce dla dwu­dzie­stu petentów, a mógł zgromadzić/ przyjąć nawet tysiąc razy tyle.

 

Stary dzia­du­nio w czar­nej sza­cie… – Dziadunio rzadko bywa młody.

 

Pokój był aku­stycz­nie wy­tłu­mio­ny na dźwię­ki z ze­wnątrz tak, aby w roz­mów­ni­ku za­pi­sy­wa­ła się tylko ich kon­wer­sa­cja. – Czy dobrze rozumiem, że zapisywała się konwersacja dźwięków? A jeśli nie dźwięków, to czyja?

 

nie­zna­na mi za­kon­ni­ca przy­nio­sła nam po misce zupy… – Czy oba zaimki są konieczne?

 

Znaj­do­wa­ła się przy niej naj­droż­sza karcz­ma w mie­ście.

Wy­to­czył się z niej ksią­żę Da­mian… – Powtórzenie.

 

Nie przy­wykł do od­ma­wia­nia wy­ko­ny­wa­nia jego roz­ka­zów. – Raczej: Nie przy­wykł, by od­ma­wia­no wy­ko­ny­wa­nia jego roz­ka­zów.

 

ale chyba wi­dział mnie razy dwa i zdo­ła­łem wy­ko­nać unik. – Raczej: …ale chyba wi­dział mnie podwójnie i zdo­ła­łem wy­ko­nać unik.

 

Mo­dli­łem sie wtedy szcze­rze. – Literówka.

 

Znów owi­nę­ła się wokół mnie trąba i od­sta­wi­ła mnie na zie­mię. Zaraz jed­nak chwy­ci­ła mnie ko­lej­na i prze­trans­por­to­wa­ła mnie na ko­lej­ny grzbiet. – Nadmiar zaimków.

 

Spoj­rza­łem przed sie­bie i uj­rza­łem jesz­cze… – Nie brzmi to najlepiej.

 

– Je­stem ob­cią­żo­ny ce­li­ba­tem. – Czy celibat może obciążać?

Proponuję: – Obowiązuje mnie celibat.

 

a już na pewno nie z dwie­ma ko­bie­ta­mi na raz. – …a już na pewno nie z dwie­ma ko­bie­ta­mi naraz.

 

Dwa grze­chy na raz?Dwa grze­chy naraz?

 

sły­sza­łem za sobą trze­pot skrzy­deł jak u nie­to­pe­rza. – Nietoperze, o ile mi wiadomo, latają bezgłośnie.

 

W środ­ku stał star­szy je­go­mość. Bar­dzo, bar­dzo stary. Naj­star­szy ja­kie­go dano mi oglą­dać. – To jegomość by starszy, bardzo, bardzo stary, czy całkiem najstarszy?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wizytę. Co do mało wyszukanych kuszeń – faceci są prości, więc i nie trzeba się zbytnio wysilać;) Zamierzam się zastosować, co do niektórych uwag :)

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Prości, powiadasz…

Miło mi, Pietrku, że mogłam pomóc. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szkoda tylko, że już nie mogę nic zmienić.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Będziesz mógł to zrobić po rozstrzygnięciu konkursu. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zamierzam po konkursie rozważyć kilka Twoich uwag :)

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Władza? Pieniądze? Phew. Nietoperze z dużymi cyckami – to jest rzecz przekonująca!

Przeczytane :).

Miło, że Cię przekonałem, Mały Słowiku :)

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Nie porwało.

Trochę przykro mi to pisać, ale wykonanie do najlepszych nie należy. Powtórzenie “ponieważ” już pierwszym akapicie, zaimkoza, potknięcia w narracji (Antoni w wannie, babki nagle wyciągają pazury, a on nagle wyskakuje… tylko że w narracji nie ma tego “nagle”, bo wpierw przez kilka zdań opisujesz zapomnienie krzyża). Sporo innych niedoskonałości. Wytykanie wszystkiego nie ma sensu, bo to kwestia pisania, pisania, pisania. Uważaj na powtórzenia (nie tylko słów, ale też konstrukcji zdań), czytaj na głos to, co napisałeś; zwróć uwagę, że szyk zdania ma znaczenie. Czytaj i przyglądaj się temu, co czytasz na poziomie zdań, akapitów, scen itd. Trening czyni mistrza. Trenuj, bo widać, że masz wyobraźnię, a fabuła też trzyma się kupy (wszystko zrozumiałe).

Podoba mi się bogactwo świata.

Natomiast nie podoba mi się dosłowne potraktowanie obrazu. To nie jest inspiracja, to jest raczej ubranie “Kuszenia św. Antoniego” w słowa i wydarzenia. 

Zaskakujące zakończenie na plus. 

Tytuł trochę za długi, szkoda, że nie spróbowałeś go trochę sparafrazować.

Mam nadzieję, że nie zraziłeś się moim komentarzem. Masz pierwszą bibliotekę, potraktuj to jako motywację do dalszego rozwoju, pisz, pisz i jeszcze raz pisz :)

Dobry tekst, fajnie skomponowany. Niby stary i nielubiany chwyt narracyjny, ale w Twoim wykonaniu zaskakuje i nie razi. Inspiracja obrazem oczywista, ale ubrana w nośną fabułę. Ciekawa, konsekwentna kreacja świata, pułapki infodumpów ominięte. Okoliczności konfliktu z władzą rzeczywiście trochę grubymi nićmi szyte. Ładne, plastyczne opisy, może faktycznie nieco zbyt skumulowane, przez co tekst traci na dynamice. Za to osobisty udział papieża w werbunku świętych bardzo mi się spodobał. Zapachniało Dukajem i wątkami z Hyperiona.

Tylko tak dalej, młody!

Dziękuję za udział w konkursie.

Dziękuję za odwiedziny!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

 

Duży plus za poważne potraktowanie kuszenia św. Antoniego – wziąłeś motywy z obrazu, rozbudowałeś je, nadałeś im sens. Nie pełnią tylko roli pustej dekoracji, są integralną częścią opowieści. Jest to zrobione dość dosłownie, ale dla mnie to niekoniecznie wada. Podobał mi się też ciekawy świat, choć zbudowany jedynie w zarysie. 

 

Minusem opowiadania jest natomiast narracja. Niby wszystko się zgadza, ale język nie wywołuje żadnych emocji, jest beznamiętny nawet w "gorących" momentach. Stosujesz dialogi, ale w przypadkowych miejscach, a mogłyby przecież zdynamizować akcję, zaskoczyć czytelnika. Chociażby scena pobicia w więzieniu była napisana tak beznamiętnie, że równie dobrze mogłabym czytać książkę telefoniczną. A można byłoby zamiast tego "wystarczy" albo wrzucić kilka innych, bardziej "mięsistych" kwestii, albo pokazać to tak, żebyśmy sami bali się każdego kolejnego ciosu i czuli, że to musi boleć i nie wiadomo, jak się skończy. Albo po prostu wyciąć tą scenę, bo niczego nie wnosi i emocji też nie wywołuje. A już zrobienie stop klatki w scenie bijatyki po to, żeby wyjaśnić, że khem, bohater nie zawsze był święty, bo tego, należał do takiego klanu i w ogóle to był jednak trochę strzał w stopę :) Raz, że sama stop klatka to ryzykowny zabieg, dwa, że strasznie rozgadany ten bohater jak na świętego, sam siebie łatwo odziera z tajemniczości.

 

Końcówka niezła, zaskakuje, ale nie bierze się znikąd. 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dziękuję za odwiedziny. Miło, że nie potraktowałaś dosłownego potraktowania obrazu jako wady :)

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Mam z tym opowiadaniem pewien problem. Z jednej strony narracja wydaje się przemyślana, bo jest jednolita w obrębie całego tekstu. Ostro cięte zdania, punktowość, równe tempo i pewna doza wszechogarniającej naiwności. Tylko właśnie, w trakcie czytania, sporo z tej naiwności zdawało się zupełnie niezamierzoną i albo pewna granica została przekroczona, albo naprawdę wiedziałeś, co robisz.Narracja taka, sama w sobie, miała pewien urok, ale myślę, że większa liczba znaków mogłaby z tego powodu zmęczyć.

I w ten sposób dochodzę do kolejnego punktu, w którym powiem, że zdecydowanie można było tych znaków urwać. Konkretnie – samemu początkowi. Był nijaki, nudny i w mojej opinii, zupełnie niepotrzebny. Bo zdecydowanie można to wszystko było umieścić w kilku krótkich akapitach nadających rzeczy odpowiedni klimat (bo mówiąc szczerze – scena bijatyki nie współgrała z niczym – od narracji po budowany świat oraz ideę tej przytłaczającej naiwności). Ja wiem? Zaczynając "Pobiłem dzisiaj księcia rodu Montexertich. Czeka mnie noc między demonami.", to byłoby znacznie lepsze otwarcie, niż śniadanie głównego bohatera, trzeba by tylko zgrabnie nakreślić religijne tło. 

Czytelnika należy porwać od samego początku, trzeba wiedzieć, w którym momencie historii zacząć.

Bo właśnie od rozpoczęcia nagiej wyprawy zaczyna być interesująco, a narracja i dialogi (zachowane w podobnej jej konwencji) zaczynają rozkosznie współgrać z treścią. Tak, od tego momentu czytało się przyjemnie, było odpowiednio absurdalnie, a sam obraz został pociągnięty na tyle dalej, że nie można zarzucić tu zwykłej kserokopii.

Eh, gdyby tylko nie ta końcówka, próbująca niepotrzebnie zakotwiczyć nogi czytelnika w jakiejś dozie realizmu (już pomijając, że nie lubię "sennych" rozwiązań tekstów – to wyjątkowo tania rzecz, o ile nie jest naprawdę mocnym akcentem). Po co ściągać mnie z chmur, kiedy już przykleiłeś mi skrzydła?

Zakłopotany, kończę wywód hasłem, że dobrze iż opowiadanie znalazło się w bibliotece. Nawet jeśli ma wyraźne wady (było sporo niezręczności językowych i w obrębie samej logiki zdań) to jest po prostu ciekawe i narracyjnie niestandardowe.

Dziękuje za wizytę.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Nie wiem jak to zrobiłeś, ale wciągnąłeś mnie w swoją opowieść. Oszczędność językowa twojego tekstu ma w sobie pewien urok.

Spodobało mi się to, że jako narrator byłeś bezstronny wobec religijnej postawy głównego bohatera. Ta obiektywność to duży atut Twojej narracji, pobudza mnie do czytania i sprawia, że historia jest nieprzewidywalna.

– Ale to dla nas żadne problem

– literówka, powinno być “żaden“.

 

Opowiadanie nieco wytraca impet przy opisie wszystkich wizji kuszenia Antoniego.

Wcale nie było pewne, że bohater przetrwa te wszystkie próby wiary – pijany, zmęczony, otoczony przez jakieś seksbomby. Ale Antoni twardy był…

 

Myślę, że regularne pisanie może zrobić z Ciebie pisarza ;)

Good luck.

Dziękuję za te wszystkie miłe słowa :)

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Nowa Fantastyka