- Opowiadanie: Yldreth - Ikona

Ikona

Opowiadanie, choć lubię myśleć o tym jako o nowelce, powstało z drobnego założenia – wiara czyni cuda. Tak powstał szerszy świat, którego to jest wąskim wycinkiem, i który mam nadzieję jeszcze przybliżyć. Wszelkie komentarze, wskazówki i pytania mile widziane.

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Ikona

Każde pociągnięcie pędzla było jak pocałunek dawno niewidzianej, utęsknionej kochanki. Alfred czuł, jakby każda kropla farby pochodziła z jego własnych żył, przesączała się przez skórę, spływałą wzdłuż palców i pędzla, aby błogosławioną czerwienią barwić płótno. To było dzieło. Dzieło jego życia. Stało przed nim i spoglądało na swojego twórcę krytycznie, a on nie miał pojęcia czy było z niego zadowolone. Było jednak piękne, niewątpliwie piękne. Przedstawiało smukłą, nagą kobietę, siedzącą na czymś co mogło być równie dobrze tronem, jak i sofą. Jej władcza poza i wyraz twarzy bez wątpienia potrafiły sprawić by skórę zmroził lodowaty dreszcz, jednak jej oczy… jej oczy zdawały się wciąż wodzić za obserwatorem, jakby były żywe, zdawały się na niego spoglądać i wyrażać swoją opinię.

-Jesteś piękna. – wyraził swoją opinię Alfred. Przez chwilę zdawało się, że kącik ust kobiety drgnął delikatnie.

Alfred usiadł na drewnianym, twardym i niewygodnym taborecie, który stał przed płótnem. Przyjrzał się obrazowi jeszcze raz. Gdy dokonał już swojego największego życiowego osiągnięcia pozostało jeszcze tylko jedno pytanie: co dziś zje na kolację? Albert był człowiekiem utalentowanym ale sztuka nie była niestety biznesem zyskownym. Od kilku dni, Alfred był nieustannie zajęty procesem twórczym, co tłumiło niemiłosierny głód. Gdy jednak skończył, potrzeby jego ciała znów dały o sobie znać. Rozejrzał się panicznie po pustym, mizernym pokoju na poddaszu, który był jego domem. Dach miejscami był dziurawy, a żadne próby łatania nie pomagały na ulewne deszcze, które przetaczały się po okolicy. Teraz, latem, gdy na zewnątrz było jeszcze w miarę ciepło, noce nie sprawiały problemu, jadnak zimą… Ostatniej zimy, Alfred połamał obydwa krzesła jakie miał w mieszkaniu, a taboret zdobył dopiero, gdy znalazł go wśród śmieci jednego z arystokratycznych domów. A i tak zapewne wyrzuciła go ze swoich kwater służba.

Nieraz, gdy udało mu się sprzedać któryś z mniejszych obrazków, zamiast kupić jedzenie lub drewno na opał, kupował, w nagłym przypływie inspiracji, farbę i płótno, by móc przelać na nie swój kolejny sen.

Gdy przychodzili do niego jego nieliczni, pozostali jeszcze przyjaciele, nie miał więc wiele do sprzątania.

 

-Staruszku! – to trzeba było Augustowi przyznać, Alfred posiwiał, a zmęczenie uwidaczniało się na jego twarzy, niemal od skończenia studiów. To tam się właśnie z Augustem poznali, gdy studiowali na jednym roku.

-Ileśmy się nie widzieli, przyjacielu!

August miał potężny, tubalny głos, który pomylić można było chyba tylko z ziewnięciem w puzon. Wyglądał z resztą dokładnie tak jak właściciel takiego głosu wyglądać powinien – był wysoki, potężny w barach i ogólnie rzecz biorąc, fizycznie imponujący. Stanowił tym całkowite przeciwieństwo Alfreda.

-Długo, stanowczo za długo. Byłbyś łaskaw postawić mnie na ziemi? Dziękuję. Co u Ciebie słychać, druchu?

August złapał się pod boki i przysiadł na stole. Stół zaskrzypiał ostrzegawczo.

-Słyszałeś może o tych D`Archenello? No więc mają us iebie w dworku cały, ogromny fresk, drzewo genealogiczne, które trzeba odnowić. Wyobrażasz to sobie? A to jeszcze nie koniec! Gdy skończyłem z drzewem, robota tak się im spodobała, że… –  “Robota”. August zawsze określał sztukę pracą. – … poprosili, abym namalował im portrety wszystkich żyjących członków rodziny! Każdemu z osobna, rozumiesz ty to? Mąż, żona i czwórka dzieci! Mało brakuje, a stary D`Archenello każe mi jeszcze namalować tą pokojówkę, z którą po nocach…

-A jak Roselynn? – Roselynn była narzeczoną Augusta od ptrzech miesięcy. Ostatnim razem, gdy Alfred pytał, była to miłość od pierwszego i do ostatniego wejrzenia ale…

-Ah… Roselynn… Musiała wyjechać z miasta i…

…ale znając Augusta, dał sobie z nią spokój.

-Mniejsza z nią. Masz może coś dla mnie?

August sposępniał gwałtownie, nagle jakby przytłoczony atmosferą mieszkania. Pochylił lekko głowę, jego ramiona niemal niezauważalnie opadły w dół.

-Nie, niestety nie, przyjacielu. – powiedział cicho. Był świadom, że skazywał właśnie Alfreda na kolejny okres żebractwa.

Wtedy właśnie jego uwagę przykuła stojąca w rogu sztaluga, skrzętnie skryta pod płachtą pstrokatej od farby tkaniny.

-Co tam masz? – i zanim Alfred zdążył zareagować, postawny mężczyzna już doskoczył do sztalugi, niemal wywracając stół, na którym siedział. Zdecydowanym ruchem ściągnął materiał, w takt głośnego protestu samego materiału, który zahaczył o szczyt sztalugi. August jednak niewiele sobie z tego robił – obraz już porwał go swoim czarem.

Kobieta zdawała się być w innej pozycji, niż była gdy ostatnio widział ją Alfred, a jej włosy unosiły się i opadały delikatnie poruszane wiatrem… nie, nie, to po prostu słońce, padające przez dziurawy dach sprawiało takie wrażenie. A ten szept… wiatr często gwizdał w dziurawym dachu.

August przyglądał się obrazowi, choć może lepszym sformułowaniem byłoby “stał, pochłaniając go wzrokiem”. Zdawał się nie być zdolnym oderwać wzroku od kobiety. Wodził głodnym spojrzeniem po krzywiznach jej ciała, po jej krwawo rudych włosach, ale co najważniejsze, jej oczach. Jej hipnotyzująco szafirowych oczach.

Sięgnął dłonią, jakby chcąc upewnić się, że naprawdę widzi to co widzi, a może i po to, by najzwyczajniej po prostu dotknąć obrazu. Szybko się jednak opanował.

-To… To twoje… twój obraz? – zapytał nie odrywając wzroku od dzieła.

Alfred patrzył na niego przez chwilę, jakby nie rozumiejąc zwątpienia przyjaciela. Wiedział, że to było najpiękniejsze co kiedykolwiek stworzył, ale zwątpienie Augusta zdawało mu się nieuzasadnione. Czyż nie było widać, że przelał w to całą swoją duszę, całego siebie?

-Ależ oczywiście.

August nadal nie odrywał wzroku od obrazu, jedynie przenosił swoje spojrzenie z miejsca na miejsce i z powrotem.

Milczał.

Alfred przyglądał się jego zachwytowi, nie mogąc uwierzyć, że oto jego najbliższy przyjaciel nie potrafił wyjść z podziwu, nad dziełem jego rąk. A może wręcz przeciwnie? Może obraz tak go odrzucił? Może nie poznając w nim mojej ręki, uznał, że go ukradłem, pomyślał malarz.

-I… co o nim sądzisz? – zapytał nieśmiało, jakby bojąc się wszystkich możliwych odpowiedzi.

Dopiero teraz August oderwał wzrok. Nieobecny, jakby zza mgły, wyszeptał coś pod nosem.

-Proszę?

-…jesteś geniuszem.

 

Panna Lilianne Backlebloom była damą dystyngowaną, tak przynajmniej głosiła plotka. W rzeczy samej, miała rozliczne przymioty, jednak dystyngowanie… Nie, ta młoda dziedziczka fortuny rodziców nie była dystyngowana, w żadnym wypadku. Od śmierci obojga jej opiekunów, zdążyła przepuścić już całkiem sporą sumę z aktyw ich małego imperium handlowego. Stała się mecenaską. A to, jak głosiła inna plotka, było najgorszym co mogło się przydarzyć młodej damie.

Obraz z największą ostrożnością i uwagą przewieziono do willi Backlebloonów, gdzie dziedziczka miała się mu przyjrzeć i namyślić nad zakupem. Nie doszło jednak nawet do namysłu, gdyż w chwili, gdy Alfred ściągnął płótno, młoda Backlebloom od razu wykrzyknęła zachwycone “Tak!” i posłała kogoś po pieniądze.

-Jestem przekonana, że Pański obraz będzie największą ozdobą najbliższego balu… Oczywiście, może się Pan czuć zaproszony!

Stanowczo nie dystyngowana, za to jakże entuzjastyczna…

Alfred opuścił dworek dziedziczki, dziękując i śląc wyrazy szacunku. Zostawił Augusta i Lilianne samych sobie, wpatrzonych w obraz oparty o ścianę. Czyżby August aż tak szybko otarł zimne łzy po rozstaniu z Roselynn?

August znalazł mu kupca w przeciągu zaledwie kilku dni. Gdy już okazało się, że panna Backlebloom poszukuje pretekstu, by zorganizować kolejny bal, dwójka od razu skierowała swoje kroki do jej domu. Ramę kupili na koszt Augusta, który zaoferował się nie żądać zwrotu pieniędzy, za który to gest, Alfred był mu niezwykle wdzięczny.

Gdy jednak wracał do domu, czuł, że coś jest nie tak, że czegoś brakuje… Alfred wiedział, że zostawił coś w tamtym domu, jednak było to coś więcej niż tylko obraz. Była to cząstka jego samego.

Gdy zasypiał tego dnia, do snu ułożył go jedwabisty szept szkarłatnych ust, a koc, którym się przykrył, zdawał się być niczym długie, czerwone włosy.

 

 

 

 

 

Następnego dnia, Alfreda obudziło pukanie do drzwi. Gdy rozespany wstał, aby je otworzyć, powitała go uśmiechnięta twarz Augusta. Jego kołnierzyk był delikatnie przekrzywiony, a na mankiecie koszuli znajdowała się czerwona smuga, on jednak zdawał się tego nie zauważać. Tryskał entuzjazmem.

-Alfredzie, przyjacielu. Panienka Backlebloom uznała, że tak wspaniały artysta jak ty nie będzie mieszkał i żył tak jak do tej pory! Idziemy na zakupy, przyjacielu!

I tak, reszta dnia upłynęła im na beztroskim wydawaniu fortuny młodej mecenaski. Mieszkanie, ubrania, jedzenie, służba, ale co najważniejsze – farby. Farby i nowe płótna. Gdy przyjechał, wraz z wszystkimi zakupami, do nowego domu, od razu nałożył płótno na sztalugę.

Gdy jednak siedział przed nową sztalugą, na nowym krześle, z nowym pędzlem w ręku, nie potrafił go unieść. Nie mógł przyłożyć go do płótna.

Gdzieś za plecami Alfreda rozległ się cichy chichot. Mężczyzna nie odwrócił się. Patrzył tylko na białą materię przed nim.

Oczyma wyobraźni, widział na niej rudą kobietę z obrazu, jak tańczy, szybkimi, pierwotnymi ruchami, dziko rzucając się po materiale, próbując go przebić, wyrwać się z niego.

Tego dnia nie zasypiał sam.

 

August otworzył oczy, by ujrzeć piękną Lilianne leżącą tuż obok niego. Nagą.

Dziewczyna nadal słodko spała, jego jednak obudziło ciche wołanie. Czyżby służba miała do niego jakiś interes? Malarz wstał z łóżka i nałożył satynowy szlafrok. Głos, cichy, ale rozbrzmiewający echem wśród zawiłych korytarzy dworu, dobiegał z przestronnego pokoju balowego. Na ścianach zawieszone były obrazy, wszelkich barw i wymiarów, pokrywając pomieszczenie barwną mozaiką. Niemrawe światło poranka wpadało przez przeszklony dach, podzielony grubymi, drewnianymi belkami, wycinanymi w niewidoczne z dołu płaskorzeźby, sama jednak świadomość ich istnienia dodawała konstrukcji gracji. Nad potężnym, zagrodzonym żelaznym płotkiem kominkiem znajdowało się miejsce honorowe, dla najznamienitszego klejnotu w zbiorach.

Tam właśnie wisiał obraz Alfreda.

Przyjdź, zdawały się szeptać wargi kobiety, przyjdź do mnie, patrz na mnie, kochaj mnie, oblej mnie słodkim ichorem wiary.

August podszedł bezwiednie do obrazu, nie zwracając uwagi na ostro zwieńczone krawędzie ogrodzenia, które szarpały mu skórę. Gdy pojawiły się pierwsze szkarłatne krople krwi, barwiące cienką tkaninę ubrania w czerwone kwiaty, August dotknął powierzchni obrazu, szorstkiej, poznaczonej ledwo zauważalnymi bliznami pociągnięć pędzla. Kobieta z obrazu poruszyła się, by złapać go za rękę.

Tak, dokładnie tak, kochany.

-Galatea. Moja Galatea. – powiedział, zrzuciwszy szlafrok.

Szepty wzmagały się z każdą chwilą, aż były na tyle głośne, by zagłuszyć okrzyki i jęki, mężczyzny.

 

Alfred przechadzał się brzegiem rzeki, przyglądając się mewom, pikującym po resztki, unoszące się na powierzchni błotnistej wody. Ptaki nurkowały w powietrzu, tnąc wiatr swoimi skrzydłami, tylko po to, aby czubkiem dzioba uchwycić coś, czego mężczyzna nawet nie dostrzegał, drobne kawałki, skutecznie rozdrobnione przez rzekę i to co w niej mieszkało.

Obok niego przechodzili ludzie, w codziennym pędzie obietnic i zobowiązań. Każdy z nich miał własne życie, każdy miał własną historię, każdy miał w sobie coś niezwykłego. Coś co go wyróżniało. Kelner w kafejce na rogu miał niezwykłe poczucie humoru, gdy cały czas rzucał żarty do swoich kolegów. Kobieta z wielkim psem miała w sobie niezwykłą radość z życia, a jej pies był jej wierny ponad wszystko. Starszy dżentelmen na ławce po lewej czytał swoją gazetę szybciej niż ktokolwiek inny by potrafił.

Każdy z nich miał duszę.

Czy można oddać duszę, zastanawiał się Alfred. Słyszał, będąc dzieckiem, jak opiekunka straszyła jego siostrę, że przyjdzie po nią Szatan i ukradnie jej co ma najcenniejszego. Siostra przytulała wtedy mocniej swoją lalkę i mówiła, że jej nie odda. Z perspektywy czasu to nieporozumienie wydawało się całkiem zabawne, Alfred wątpił jednak, by sam Lucyfer pofatygował się do jego siostry.

Ale czy duszę można oddać?

O tym też słyszał – ludzie oddający duszę diabłu, w zamian za bogactwa, za wieczne życie, za szczęście… Czyż to wszystko nie było warte duszy? Tego poczucia humoru, radości z życia, prędkiego czytania? Siebie?

Za co ja oddałem duszę?

Alfred od razu skarcił się za tą myśl. On tylko… nie miał weny. Ale gdy postawił ostatnią plamę farby, poczuł przecież, że coś traci. Jakby złożył w tym obrazie całego… siebie.

Mewy skrzeczały, wyrywając sobie jedzenie. Starszy pan przewrócił stronę w gazecie. Potem znowu. I znowu, i znowu, i znowu…

 

Augusta znalazł jeden ze służących. Zgorszony, posłał po pokojówki, aby zabrały go do jednego z pokojów i wezwały lekarza. Malarz leżał więc, bełkocząc coś pod nosem, z bandażami na udach, zapewne błogo nieświadomy swojego otoczenia.

Tymczasem słodka Lilianne siedziała naprzeciw obrazu, jej najnowszego nabytku. Fotel dostawiono jej na życzenie, aby mogła bez zmęczenia lub niewygód przyglądać się dziełu. Tak naprawdę, dziewczyna nigdy do końca nie lubiła sztuki. Uważała jednak, że sztuka przynosi prestiż, a jeśli odpowiednio się trafi – nawet majątek. Skończyło się więc na tym, gdyż nie miała żadnego innego pomysłu, jak mogłaby pomnożyć, a przynajmniej dodać coś do fortuny rodziców. Część, całkiem spora, jeśli mamy być szczerzy, obrazów, trafiała więc do kupców, nieraz nawet i z dalekich kolonii.

Ten jednak był inny – Lilianne nie wiedziała czy chodziło tu o sposób w jaki był namalowany, rodzaj farby, kolorystykę, światłocień… Ten obraz był inny.

Nagle, gdy Lilianne już miała wstać, kątem oka dostrzegła coś, jakby ruch, na obrazie.

Odwróciła się, ale wszystko było dokładnie tak samo jak przed chwilą… prawda?

Kobieta, albo dziewczyna – jej wiek był trudny do określenia, na obrazie miała twarz skierowaną w bok, lecz spoglądała z ukosa na widza.

Lilienne zauważyła już przy zakupie, że oczy obrazu zdają się śledzić odbiorcę.

Zimne, wymagające oczy.

I wtedy to usłyszała – szepty, jakby delikatny trzepot skrzydeł tysiąca motyli, dochodzące od strony obrazu.

Sprowadź ich do mnie, słyszała Lilienne. Sprowadź ich wszystkich.

 

Krawiec zdawał się albo nie mieć nic ciekawszego do roboty, albo na prawdę był oddany swojej pracy, bo od dwóch godzin nie chciał wypuścić Alfreda spod miarki. Muślin, jedwab, aksamit – żaden z nich zdawał się nie zadowalać krawca. Alfred już jakiś czas temu oddał mu pełną kontrolę i wolność w ubieraniu go, nie był bowiem w stanie nadążyć za natłokiem pytań i kwestii do rozwiązania, o które pytał go rzemieślnik.

Nie zajmowany więc niczym, poza sporadycznymi ukłuciami igły, malarz znów zaczął myśleć.

Myślenie, sporadycznie jedynie wychodziło mu na dobre…

Co działo się teraz z jego obrazem? Czy Lilianne dobrze ją traktowała… Ale… Ale skąd w ogóle tak myśl? Dlaczego miałoby mnie to obchodzić, pytał sam siebie. A poza tym – “ją”? Od kiedy to obraz stał się “nią”?

To co się z nim działo nie było normalne, dobrze o tym wiedział. Nie miał zamiaru się temu poddawać, jednak sposób w jaki na obraz zareagował August, a nawet Panna Lilianne, sprawiał, że czuł się doceniany jak jeszcze nigdy dotąd. Już w momencie gdy postawił pierwszą kreskę szkicu, czuł, że oto tworzy swoje największe dzieło, kwintesencję i podsumowanie całego swojego życia. Gdy jednak skończył, wiedział już, i przerażało go to, że nie stworzy niczego lepszego, większego, piękniejszego. Że to koniec. Że to było jego ostatnie dzieło i że w momencie, w którym je skończył, wylał z siebie ostatnią kroplę inspiracji i weny, jaka mu pozostała.

Z drugiej jednak strony, sposób w jaki wszyscy reagowali na obraz… to nie było naturalne – jeszcze nigdy nie widział, by ktokolwiek aż tak zachwycił się sztuką, największego nawet formatu. Lecz czy nadal był to zachwyt czy już uwielbienie, Alfred nie był w stanie stwierdzić.

Z rozmyślań wyrwał go krawiec. Nareszcie skończył.

 

I oto nadszedł wielki dzień, choć, jeśli być dokładnym, wielka noc, albowiem bal, wystawiany przez pannę Backlebloom odbywał się w późnych godzinach wieczornych. Przygotowania trwały już od wielu dni, jednak z samego ranka, aż wrzało od służby i dostawców. Wieczorem, z kolei, zawrzało od gości, zjeżdżających się do, nagle wydawałoby się, skromnego dworu Backlebloomów.

Kobiety i mężczyźni, starzy i młodzi, wszyscy byli zaproszeni na to wydarzenie towarzyskie. Schodzili się w swoich najlepszych strojach, błyszcząc złotem, perłami i subtelnym połyskiem jedwabiu, odbijającego światło księżyca, który przyglądał się wszystkiemu, swym bladym obliczem obejmując miasto. Naszyjniki, bransolety, monokulary, laski, wachlarze – wszelkie możliwe akcesoria przewijały się w tłumie gości. Wtedy to właśnie zjawił się Alfred. Spóźniony, gdyż wśród jego starych przyzwyczajeń, nadal znajdowała się niechęć do dorożek, których kierowcy żądali niebotycznych sum, za najkrótsze nawet kursy.

Gdy więc malarz przekroczył próg, bal już dawno się rozpoczął.

Być może słowo “bal” nie było najlepszym określeniem tego co się tam działo…

Muzycy, jak przystało na profesjonalistów, nie zważając na to co działo się na sali kontynuowali swoją pracę, przygrywając tej koszmarnej uroczystości przeciągłymi dźwiękami skrzypiec, wiolonczeli, fortepianu i kontrabasu.

A na sali… Alfred nie potrafił uwierzyć w to co widział. Cała sala balowa stała się mieszaniną nagich ciał i ekstatycznych okrzyków. Wszyscy przybyli oddawali się każdemu rodzajowi rozpusty, jaki ludzkość miała odwagę wymyślić. Dopiero po dłuższej chwili udało mu się dostrzec gospodarz tych bachanaliów, która, ku uciesze kilku mężczyzn, zabawiała się z jakąś nieznaną Alfredowi szlachcianką.

Wtedy dopiero dostrzegł w tym tłumie pewien koncentryczny wzór. Wszyscy łączyli się z orgiastyczną nieświadomością, dookoła jednej pojedynczej osoby, kobiety.

Rama portretu wiszącego nad kominkiem była pusta.

Było w niej płótno, na nim jednak, znajdowało się tylko tło obrazu, nie było zaś pierwszoplanowej postaci. Bowiem wokół niej właśnie gromadzili się uczestnicy przyjęcia.

Pomiędzy okrzykami, jękami i groteskowymi tonami smyczków, Alfred dosłyszał jej śmiech.

Jakże piękny był to śmiech.

I wtedy, niczym w koszmarnym, choć w pewien zwyrodniały sposób pięknym śnie, ich spojrzenia się spotkały. Ona spojrzała na niego, on na nią. Tyle, że ona wiedziała o nim już wszystko.

Niczym Mojżesz przez ludzkie morze, kobieta przeszła przez tłum, który się przed nią rozstępywał, jakby twór jakim stał się ogół uczestników tego czegoś, wykształcił w sobie pewną nadrzędną, kierującą nim świadomość.

A może to ona nim kierowała?

Gdy stanęli naprzeciw siebie, twarzą w twarz, Alfred nie potrafił się powstrzymać od podziwiania jej urody. Stworzył ją tak piękną… sam nie potrafił się sobie nadziwić. Wyszła spod jego palców, a teraz stała przed nim, w całej swojej glorii.

Była tak żywa, tak prawdziwa…

-Witaj, ojcze. Witaj na moim balu.

Ojcze. Jak dziwnie brzmiało to w ustach portretu…

-Choć, pozwól, że usiądziemy.

Kobieta zaprowadziła go do jednego z kilkunastu nakrytych do kolacji stołów. Cała zastawa była niezwykle ozdobna i bez wątpienia srebrna. Gdy siadał, odsunęła mu krzesło, a potem dopiero sama usiadła.

-Musimy coś sobie wyjaśnić. Mam pewne plany, których możesz stać się częścią. Uczyniłeś mnie tak piękną, tak idealną… że śmiertelnicy uwierzyli, iż naprawdę jestem idealna. Obdarzyli mnie czymś wspaniałym i niezwykłym – czystą wiarą, największą mocą, jaką mogli mi oddać. To co teraz robią, robią dla mnie, ta sala stała się moim ołtarzem ofiarnym. – odczekała kilka chwil, zanim dotrze do niego sens jej słów – Jestem boginią, czy tego chcesz czy nie, rozumiesz?

Alfred wpatrywał się w jej oczy. Spędził nad nimi wiele godzin, oddając każdy fragment tęczówki, w najdrobniejszych, wyobrażonych detalach… każdą najmniejszą plamkę farby, każdy detal, każdy cień.

Powoli pokręcił głową.

-Co mam przez to rozumieć? – powoli uśmiechnęła się, jakby nie panowała jeszcze nad swoim ciałem.

-To ja Cię stworzyłem…

-Oh, ależ tak, wiem o tym. I właśnie dlatego mam dla Ciebie propozycję. Stałbyś się moim papieżem, moim prorokiem… – przybliżyła usta do jego szyi – …moim Jezusem… – trwała przez chwilę w tej zmysłowej pozie, jakby pozwalając by Alfred się tym nacieszył lub może sama się tym napawając.

-Czyż to nie piękne, kiedy uczeń przerasta mistrza? – jej uśmiech poszerzył się jeszcze, stając się nieludzkim grymasem – Dzieło twórcę? Stałam się tym czym jestem właśnie dzięki Tobie i chcę Cię wynagrodzić.

Wtedy właśnie, a może nawet i przedtem, lecz teraz dopiero zdał to sobie w pełni, dotarło do niego, że to co stworzył nie było dobre. Nie mógł dopuścić, żeby dokonało się, czegokolwiek chciała ta istota, stworzona jego talentem i jego duszą, cokolwiek planowała.

Słyszał przecież historie o tych, którzy oddali duszę. Żadna z nich nie kończyła się dobrze.

-Nie… nie rozumiesz mnie.

-Proszę? – uśmiechnęła się drapieżnie ukazując doskonałe zęby.

-To ja Cię stworzyłem… więc i ja Cię zniszczę. – nim dotarło do niej co powiedział, złapał ze stolika, przy którym siedzieli, błyszczący nóż i ciął na wysokości jej gardła. Metal przeszedł gładko, niczym przez płótno, a gdy rana się otwarła, wylała się z niej nie krew, a czerwona, gęsta farba.

Kobieta rzęziła, jakby chcąc coś powiedzieć, spazmatycznymi ruchami próbowała sięgnąć do gardła Alfreda, ten jednak odsunął się z obrzydzeniem.

Padła na podłogę, przewracając krzesło, gdzie wykrwawiała się farbą, w przedśmiertnym tańcu drgawek.

Cały tłum na sali zastygł w bezruchu, kierując swoje spojrzenia na malarza.

Chwilę później, z dzikim, stadnym, zwierzęcym okrzykiem, rzucili się na niego, wgryzając się w jego ciało zębami i szarpiąc je paznokciami. Wszyscy działali kierowani poczuciem nieziemskiej straty, jakby ktoś wyłupił im oczy, dzięki którym mogli ujrzeć świat, takim jakim jest.

Alfred nie krzyczał, przynajmniej taką miał nadzieję. Myślał jedynie, czy uratował tym swoją duszę, czy zasłużył tym na zbawienie? A może wręcz przeciwnie, ten właśnie czyn zgubi go i skarze na wieczne męki w otchłaniach piekła.

Taka była bowiem kara, za zabicie boga.

 

Koniec

Komentarze

Jest dosyć ciekawy koncept uniwersum, a ogólna fabuła ma nawet coś, co przykuło moją uwagę. Niestety tekst jest technicznie słabo napisany: dialogi mają niepoprawny zapis, raz nawet Alfred zamienia się w Alberta. Potem ciągle myli mi się z Augustem, bo jako postacie niczym się dla mnie szczególnie nie różnią. Do tego liczne powtórzenia (choćby “byłoza” w pierwszym akapicie). To wszystko sprawiło, że koniec końców przeczytałem opowiadanie z wielkim trudem.

Poniżej kilka linków do porad:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Cos o betowaniu: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Nie rezygnuj, analizuj błędy, a na pewno będziesz w przyszłości zadowolony :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Technicznie słabo. Złe formatowanie, a przede wszystkim zwrotów do drugiej osoby w opowiadaniu nie piszemy z wielkiej litery. 

 Co do treści, to jest bardzo dobrze. Fabuła wyjątkowo podobała mi się . Zakończenie przywiodło mi na myśl powieść “Pachnidło: Historia pewnego mordercy”. Ciekawe przedstawienie wykonania magnum opus, a potem wypalenia artystycznego. Sam opis obrazu intrygował. Świetna historia od początku do końca. 

Co do tytułu, to nie widzę zbytniego nawiązania do treści i możnaby go zmienić. Ale to już tylko moja subiektywna opinia. 

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Tekstów o niezwykłych obrazach już trochę było, ale udało Ci się znaleźć kolejny ciekawy korytarzyk w tej budowli. Mnie też końcówka mocno skojarzyła się z “Pachnidłem” (orgia, jej sprawca, wszyscy nagle zaczynają się interesować człowiekiem). Pomysł na fabułę fajny.

Niestety, skrzywdzony wykonaniem.

Brak spacji przy myślnikach, kulejąca interpunkcja, zły zapis dialogów, niekiedy nawet ortografy…

Aha, lepiej nadawać postaciom imiona na różne litery. Mnie też August mylił się z Alfredem.

Co u Ciebie słychać, druchu?

Ojjjj. Paskudny ortograf. Ty, twój, pan itp. w dialogach piszemy małą literą. Tylko w listach dużą.

-Ah… Roselynn…

Po polsku “ach”.

zdążyła przepuścić już całkiem sporą sumę z aktyw ich małego imperium handlowego.

Aktywów.

Dopiero po dłuższej chwili udało mu się dostrzec gospodarz tych bachanaliów,

Istnieje słowo “gospodyni”.

Babska logika rządzi!

Hej :)

 

Darowałem sobie wytykanie błędów technicznych (sam tyle robię, że czasem nie wypada). Skorzystaj koniecznie z linków NWM, a zapewniam, że będzie z tym lepiej :)

Chociaż zaimkozę Ci wypomnę. To rzecz, której najłatwiej się pozbyć, wystarczy usuwać zaimki ;)

 

Zgrabnie poprowadziłeś narrację i ewidentnie masz umiejętność tworzenia postaci, a to naprawdę cenne. Opisy też są niczego sobie :)

 

No to przejdźmy do sedna. „Pachnidło” Suskinda, to miałem przed oczami, gdy talent Alferda uosobiony w postaci kobiety z obrazu zawładną gośćmi. I to samo, gdy tłum go rozszarpał… Wiadomo różnice są – tam karła rozdarto na strzępy z pragnienia/miłości, a Alfreda z wściekłości, ale sceny/rozwiązania fabularne nazbyt zbliżone…

 

I jeszcze jedno skojarzenie – „Szał” Podkowińskiego… Pocięty obraz nożem. Chociaż w tym wypadku, chodziło o niezrozumienie wartości dzieła przez odbiorców, którzy nie dojrzeli do jego zrozumienia – coś wręcz odwrotnego niż u Alfreda, gdzie bardziej doszukiwałbym się paraboli na artystę skończonego – stworzył coś czemu już nie dorówna, jego życie traci sens i jedyny sposób, aby to osiągnąć to zniszczyć artystyczne nemezis. Pewnie to czuł Snerg – Wiśniewski, gdy nie mógł dorównać swojemu „Robotowi”, tyle tylko on zniszczyć swojego dzieła już nie mógł…

 

Nie mniej jednak ostatnie zdanie – oksymoron, bardzo dobre :) 

 

Oby tak dalej, tylko mniej schematycznie i lepiej technicznie, a będzie dobrze. Bardzo dobrze ;)

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny

O zaletach wypowiedzieli się już wcześniej komentujący, ja również je dostrzegłam i wyznam, że czytałam z zaciekawieniem. Żałuję tylko, że nie mogłam całej uwagi skupić na lekturze, bo nie pozwoliło na to nie najlepsze wykonanie.

 

prze­są­cza­ła się przez skórę, spły­wa­łą wzdłuż pal­ców… – Literówka.

 

To było dzie­ło. Dzie­ło jego życia. Stało przed nim i spo­glą­da­ło na swo­je­go twór­cę kry­tycz­nie, a on nie miał po­ję­cia czy byłoniego za­do­wo­lo­ne. Było jed­nak pięk­ne, nie­wąt­pli­wie pięk­ne. – Nadmiar zaimków. Byłoza. Czy wszystkie powtórzenia są celowe?

 

sie­dzą­cą na czymś co mogło być rów­nie do­brze tro­nem, jak i sofą. – Nie umiem zwizualizować sobie tronu podobnego do sofy.

 

spo­glą­dać i wy­ra­żać swoją opi­nię.

-Je­steś pięk­na. – wy­ra­ził swoją opi­nię Al­fred. – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Ten błąd pojawia się wielokrotnie w całym opowiadaniu.

Zbędna kropka po wypowiedzi. Powtórzenie.

 

Al­fred usiadł na drew­nia­nym […] Al­bert był czło­wie­kiem uta­len­to­wa­nym ale sztu­ka nie była nie­ste­ty biz­ne­sem zy­skow­nym. Od kilku dni, Al­fred był nie­ustan­nie za­ję­ty pro­ce­sem twór­czym… – Kim jest Albert?

 

noce nie spra­wia­ły pro­ble­mu, jad­nak zimą… – Literówka.

 

po­my­lić można było chyba tylko z ziew­nię­ciem w puzon. – Chyba miało być: …zadęciem/ dęciem w puzon.

 

Wy­glą­dał z resz­tą do­kład­nie tak… – Wy­glą­dał zresz­tą do­kład­nie tak

 

Był­byś ła­skaw po­sta­wić mnie na ziemi? – Zakładam, że scena rozgrywa się w pokoju, więc: Był­byś ła­skaw po­sta­wić mnie na podłodze?

 

No więc mają us iebie w dwor­ku… – No więc mają u siebie w dwor­ku

 

– … po­pro­si­li, abym na­ma­lo­wał im por­tre­ty… – Zbędna spacja po wielokropku.

 

każe mi jesz­cze na­ma­lo­wać po­ko­jów­kę… – …każe mi jesz­cze na­ma­lo­wać po­ko­jów­kę

 

Ro­se­lynn była na­rze­czo­ną Au­gu­sta od ptrzech mie­się­cy. – Literówka.

 

pa­da­ją­ce przez dziu­ra­wy dach spra­wia­ło takie wra­że­nie. A ten szept… wiatr czę­sto gwiz­dał w dziu­ra­wym dachu. – Powtórzenie.

 

Wo­dził głod­nym spoj­rze­niem po krzy­wi­znach jej ciała, po jej krwa­wo ru­dych wło­sach, ale co naj­waż­niej­sze, jej oczach. Jej hip­no­ty­zu­ją­co sza­fi­ro­wych oczach. – …krwa­woru­dych wło­sach

Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

-Je­stem prze­ko­na­na, że Pań­ski obraz bę­dzie naj­więk­szą ozdo­bą naj­bliż­sze­go balu… Oczy­wi­ście, może się Pan czuć za­pro­szo­ny!– Je­stem prze­ko­na­na, że pań­ski obraz bę­dzie naj­więk­szą ozdo­bą naj­bliż­sze­go balu… Oczy­wi­ście, może się pan czuć za­pro­szo­ny!

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Pa­trzył tylko na białą ma­te­rię przed nim.Pa­trzył tylko na białą ma­te­rię przed sobą.

 

Każdy z nich miał wła­sne życie, każdy miał wła­sną hi­sto­rię, każdy miał w sobie coś nie­zwy­kłe­go. Coś co go wy­róż­nia­ło. Kel­ner w ka­fej­ce na rogu miał nie­zwy­kłe po­czu­cie hu­mo­ru, gdy cały czas rzu­cał żarty do swo­ich ko­le­gów. Ko­bie­ta z wiel­kim psem miała w sobie nie­zwy­kłą ra­dość z życia, a jej pies był jej wier­ny ponad wszyst­ko. Star­szy dżen­tel­men na ławce po lewej czy­tał swoją ga­ze­tę szyb­ciej niż kto­kol­wiek inny by po­tra­fił.

Każdy z nich miał duszę. – Przykład miałozy.

 

Nagle, gdy Li­lian­ne już miała wstać […] Li­lien­ne za­uwa­ży­ła już przy za­ku­pie… – Zdarza Ci się różnie pisać imię dziewczyny.

 

albo na praw­dę był od­da­ny swo­jej pracy… – …albo napraw­dę był od­da­ny swo­jej pracy

 

Al­fred już jakiś czas temu oddał mu pełną kon­tro­lę i wol­ność w ubie­ra­niu go… – …w ubie­ra­niu siebie

 

za na­tło­kiem pytań i kwe­stii do roz­wią­za­nia, o które pytał go rze­mieśl­nik. – Nie brzmi to najlepiej.

 

a nawet Panna Li­lian­ne… – Dlaczego wielka litera?

 

że oto two­rzy swoje naj­więk­sze dzie­ło, kwin­te­sen­cję i pod­su­mo­wa­nie ca­łe­go swo­je­go życia. – Czy oba zaimki są konieczne. Czy mógł tworzyć cudze dzieło, cudzego życia?

 

Gdy jed­nak skoń­czył, wie­dział już, i prze­ra­ża­ło go to, że nie stwo­rzy ni­cze­go lep­sze­go, więk­sze­go, pięk­niej­sze­go. Że to ko­niec. Że to było jego ostat­nie dzie­ło i że w mo­men­cie, w któ­rym je skoń­czył… – Powtórzenia.

 

al­bo­wiem bal, wy­sta­wia­ny przez pannę Bac­kle­blo­om… – Bal może być wystawny, ale balu nie można wystawić.

al­bo­wiem bal wy­da­ny przez pannę Bac­kle­blo­om

 

błysz­cząc zło­tem, per­ła­mi i sub­tel­nym po­ły­skiem je­dwa­biu… – Perły nie błyszczą.

 

Na­szyj­ni­ki, bran­so­le­ty, mo­no­ku­la­ry, laski, wa­chla­rze – wszel­kie moż­li­we ak­ce­so­ria prze­wi­ja­ły się w tłu­mie gości. – Nie wydaje mi się możliwe, aby jakiekolwiek akcesoria mogły przewijać się wśród gości.

Podejrzewam, że miało być: Na­szyj­ni­ki, bran­so­le­ty, mo­nokle, laski, wa­chla­rze wszel­kie możliwe precjoza ozdabiały tłu­m gości.

 

…nie­chęć do do­ro­żek, któ­rych kie­row­cy… – …nie­chęć do do­ro­żek, któ­rych fiakrzy

Dorożkami nie powozili kierowcy.

 

…ko­bie­ta prze­szła przez tłum, który się przed nią roz­stę­py­wał… – …który się przed nią roz­stę­po­wał

 

-Choć, po­zwól, że usią­dzie­my.– Chodź, po­zwól, że usią­dzie­my.

 

w naj­drob­niej­szych, wy­obra­żo­nych de­ta­lach… każdą naj­mniej­szą plam­kę farby, każdy detal, każdy cień. – Nie brzmi to najlepiej.

 

-To ja Cię stwo­rzy­łem… – To ja cię stwo­rzy­łem

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

-Oh, ależ tak, wiem o tym.– Och, ależ tak, wiem o tym.

 

tej zmy­sło­wej pozie, jakby po­zwa­la­jąc by Al­fred się tym na­cie­szył lub może sama się tym na­pa­wa­jąc. – Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

więc i ja Cię znisz­czę. – nim do­tar­ło do niej co po­wie­dział… – …więc i ja cię znisz­czę. – Nim do­tar­ło do niej co po­wie­dział

Postawiwszy kropkę, nowe zdanie rozpoczynamy wielką literą.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nadal jest tu mnóstwo usterek. Alfred z Augustem i mnie się mylili. Trochę za mało wyraziści, a imiona zbyt podobne. Ale z wymienionymi plusami tez się zgadzam – przeczytałam całość z zainteresowaniem, fabuła przykuwa uwagę a narracja, jeśli przymknąć oko na babole, jest całkiem płynna. Natomiast samo zakończenie wydało mi się nieco zbyt skrótowe, nie wybrzmiało. Z jakiegoś powodu poskąpiłeś w nim opisowości, która bardzo fajnie barwi większą część tekstu, i przez to, według mnie, wypadło płasko i nie wzbudziło we mnie praktycznie żadnych emocji.

Pomysł jest, ale wykonanie za nim nie nadąża :(

Przynoszę radość

Nowa Fantastyka