- Opowiadanie: Cerleg - Photostory

Photostory

Napisane jako fanfik, ale nie trzeba znać świata, żeby zrozumieć, o czym mowa w tekście.

 

(niedługo zwolnię tempo publikowania, słowo).

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Photostory

To było jedno z tych zapomnianych miasteczek na Środkowym Zachodzie, w których słowo „przyszłość” dawało zero punktów w scrabble. Zresztą i tak nikt nie grał.

Jerry Jenkins przyjechał do tej dziury trochę w interesach, a trochę dlatego, że się zgubił i nie wiedział, jak wrócić na autostradę. W jego branży zamartwianie się najczęściej oznaczało jednak jeszcze większe kłopoty, dlatego zamiast tego zajął się analizowaniem możliwości. A zarobić można przecież wszędzie. Zarówno pieniądze, jak i w mordę.

W barze „Moje Uszanowanie”, do którego Jerry otrzepując się z kurzu wszedł przez skrzypiące drzwi prosto z głównej ulicy, było pustawo. Smutny facet przysiadł się bez zaproszenia, zanim jeszcze Jenkins zdążył zamówić pierwszą lufę. Przedstawił się jako Kaktus, po czym dodał – oficjalnym tonem, lecz bez większego przekonania – że jego obowiązkiem, honorem i przyjemnością jest witać w Ryder wszystkich nowoprzybyłych.

Ryder, KS. Populacja: 638. Miasto rodzinne mistrza stanu w zapasach (zatarte nazwisko) z (zatarta data). Ad Astra per Aspera. Serdecznie (nieczytelne). Zostańcie z nami na dłużej. Towarzystwo Historyczne zaprasza na (ułamana reszta tekstu).

Jerry czuł się już wystarczająco przywitany przez tablicę tuż przed pierwszymi zabudowaniami, więc zamówił Kaktusowi coś na odpieprz się pan, ale gość okazał się całkiem do rzeczy, zwłaszcza, gdy wspomniał o miejscowych zapasach konserw i dodał coś o panienkach, które miały pojawić się wieczorem. Jerry pomyślał, że w końcu nic go nie goni, biznes nóg nie dostanie, a nuż w barze coś się urodzi. Do tego za następną kolejkę zapłacił Kaktus, więc dalej już jakoś poszło.

Facet był przyzwoitym słuchaczem. Przytakiwał w odpowiednich momentach, czasem – przeważnie w uprzejmych słowach – nie zgadzał się z czymś, a z rzadka nawet dodawał kilka słów od siebie, jednak wszystko we właściwych proporcjach. Picie szło gładko, a Jerry, profesjonalista w każdym calu, robił to, co potrafił najlepiej: czarował rozmówcę i oceniał go szczegół po szczególe.

Kaktus okazał się jednak niezłą zagadką, nawet dla takiego profesjonalisty w każdym calu, a poskładanie wszystkich elementów do kupy zajęło kilkanaście zdań i dwa podniesienia głosu. Koleś mówił mało, z północnym akcentem. Nowy Jork? Być może, w każdym razie na pewno nie Miami. Gęba poczciwa, kwadratowa, trochę pulchna, gładko ogolona i mocno spalona słońcem. Szczęka cofnięta, oczy zmęczone, nos prosty. Proszę, proszę, wszystkie zęby. Łysina i od czoła i od środka głowy. No, ale te zaniedbane dłonie, palce jak małe kiełbaski, które Jerry jadł w Wichita. Brr, strach pomyśleć z czego były zrobione. Wiek – nie mniej niż czterdzieści lat, znaczy: gość przedwojenny, choć do Kansas mógł trafić już w czasach Migracji. Wykształcenie? Jakieś na pewno, ale za mało danych, by dokładnie ocenić. Czysta koszula w kratę, połatana na łokciach sztruksowa marynarka, wytarte dżinsy – wszystko dobrze utrzymane i nawet nie znoszone. Jednak nie, żeby zaraz pierwsza klasa, o nie. Na nogach buty wojskowe, ale to akurat mogło być dziełem przypadku.

Mimo wszystko przeciętny gość, stwierdził Jerry. Dobry klient.

Najpierw rozmawiali o szeroko pojętym stylu. A na ten temat Jerry mógł długo.

– Wyobraź sobie coś takiego: wchodzi koleś. O, przez te drzwi, nie potrzebujemy żadnych innych. Wielki, łysy Cheerokee, na oko będzie z sześć stóp siedem, sześć stóp osiem, jak nie więcej. Musi się schylić, żeby nie pieprznąć łbem o framugę. Czarna skórzana kurtka Hells Angels, tych prawdziwych, wiesz, nie szczeniaków z Pensylwanii. Mokasyny na nogach, za pasem nóż jak od rzeźnika, pewnie z nim chodzi na niedźwiedzie. Nic nie mówi, rozgląda się tylko po sali, jakby jedynym jego problemem było to, że dawno nikomu nie skuł mordy. A gdy już połowa gości ma mokro w gaciach, indianiec mówi: "Pomóżcie, zepsuł mi się motoł, kułwa mać!". Widzisz to?

– U nas nie ma niedźwiedzi, Jerry.

– Nie w tym rzecz. Chodzi o pieprzone sprzeczne komunikaty. Indianiec, a na harleyu. Twardziel, a sepleni. Łysy, choć w skórze. I jeszcze nie umie sobie sam naprawić motocykla. Tragedia. Albo coś takiego: zamiast dzikusa taka lala, blond włosy… a może wolisz rude?

– Czarne mogą być?

– Oczywiście, że mogą. Długie, czarne jak skrzydła kruka włosy. Wysoka, nogi pod szyję, opięta na ciele koszula z dekoltem, cycki, że Boże słodki. Ruchy miękkie, pełne gracji, jak kotka jakaś, albo lepiej – pantera. Widziałeś kiedyś taką panterę? Gapią się na nią wszyscy faceci i większość babek w knajpie. Siada przy barze, szeptem zamawia podwójną tequilę. Nogę na nogę zakłada tak, że masz ochotę się roztopić. Na razie okej?

– Nie narzekam.

– No. A kto się pierwszy zbiera i zagaduje do pięknej nieznajomej? Oczywiście Kaktus, Główny Witający Tego Zadupia, bez obrazy. Mówisz, że coś tam, a ona odpowiada. – Jerry zacisnął sobie nos palcami. – "No  bo kurwa jadę, a ten kurwa ćwok, zajeżdża mi drogę jak kutas jakiś, chuj mu w dupę, skurwysynowi". – Odpuścił palce. – Głos nie jak pantera, tylko jak kaczka. Teraz rozumiesz?

– Rozumiem. Myślisz, że warto sobie głowę zawracać przekleństwami?

– Ja nie o tym, Kaktus. Ale skoro chcesz, może być i o tym.

W ten sposób zgadało się o rzucaniu mięsem. Na ten temat już obaj mieli trochę do powiedzenia.

– Kurrrrwa mać!

– Nie, nie, nie. Posłuchaj siebie, Kaktus. To są ważne rzeczy, a ty się popisujesz jak piętnastolatek. Musisz tak od niechcenia. Ale świadomie, pod kontrolą. Żeby nie było jak przecinek. Musi być tak… – Jerry zrobił ruch, jakby chciał strząsnąć coś z ręki. – No wiesz. W dobrym stylu.

– Pierdol się.

– O właśnie, lepiej. Trzeba ćwiczyć, to z czasem przychodzi. Ludzie zwracają uwagę na takie rzeczy, zdziwiłbyś się, jak bardzo. Na przykład słowo “rozpiździaj”, tu już naprawdę wszystko zależy od ciebie. Możesz wygrać stawkę, albo przegrać w drugim kroku.

– Za dużo przeklinasz, Jerry.

– Ja tylko dobieram formę do treści. Gdybym chciał, mógłbym nie przeklinać.

Pewnie, że bym mógł, dodał w myślach. W końcu z tego się utrzymuję.

A jeszcze później zgadało się o Molochu. Jerry wychodził z założenia, że każda barowa gadka musi w końcu trafić na tę minę. Fatum zapomnianego narodu, tłumaczył sobie, a żeby się nie dać, sam łapał byka za jaja.

– A co sądzisz o “na wszystkie bestie Molocha!”? Nie jest zbyt pompatyczne?

Wtedy w barze “Moje Uszanowanie” ucichło po raz pierwszy. Goście przerwali rozmowy, a kilku z nich spojrzało na Jenkinsa bez sympatii. Kaktus spochmurniał, rysy na moment mu się wyostrzyły, zmrużył oczy w gniewnym grymasie. „Nie rozmawiamy tu o tym” – mówiło Jerry’emu wszystko dokoła. Niestety, kilka chwil za późno.

Zaskoczony taką reakcją Jerry szybko zadał to samo pytanie barmanowi. Oczywiście nic z tego nie wyszło.

– Moloch sroloch, będzie wiosna. Ja tylko sprzedaję wódę.

Ale przynajmniej udało się zmienić temat rozmowy – a gdy przed nimi znowu postawiono pełne szklanki, Jerry już prawie zapomniał o niezręcznej ciszy sprzed kilku chwil. Tym bardziej, że niemal w tym samym momencie na stołku obok usiadła Mary Jane i natychmiast stała się najważniejszą postacią na scenie.

O tym, że nazywa się Mary Jane dowiedzieli się niemal od razu.

– Cześć, jestem Mary Jane. – Ale Kaktus już ją znał, bo nie podniósł wzroku znad szklanki.

– Cześć, Mary Jane. Jak leci?

Zignorowała go, patrząc na Jerry'ego. A Jerry patrzył na nią, choć tylko z ciekawością. Nie było bowiem czym się zachwycać. Ani przeciętną twarzą, ani spłowiałymi włosami, ani małymi, zmrużonymi oczkami, a najmniej już figurą – o ile można było ją ocenić w półmroku. Na pewno nie jest to jedna z dziwek, o których wspominał Kaktus, z żalem pomyślał Jerry. A jeśli tak, to pierwszy raz w życiu widzę kurwę w poplamionych ogrodniczkach.

Ale uśmiechała się ładnie.

– A ty się jakoś nazywasz, przystojniaku? – zapytała w końcu.

– Jerry. Jerry Jenkins.

– A po co nazwisko? Będę do ciebie mówiła Jay.

– Wolałbym Jerry, mimo wszystko. Może być bez nazwiska.

– Wszystko jedno – skrzywiła się, po czym zupełnie przestała się nim interesować. – Mam dla ciebie to badziewie do kombajnu, Kaktus. Wpadnij wieczorem, tylko weź jakiś wózek, bo ciężkie jak jasna cholera.

– A nie możemy już teraz? – Kaktus wyraźnie się ożywił. Jerry (dwie gafy w pięć minut! Co się dzieje?!) przez chwilę czuł się jak niezbyt uporczywa plama na kołnierzyku tuż po praniu. Do tej pory wszyscy w barze go obserwowali, wprost albo ukradkiem, a teraz znikł. Na szczęście to wrażenie nie trwało dłużej niż dziesięć sekund.

– Teraz to ja idę do Mamy Langin, złotko. Wpadnij wieczorem. – Mary Jane wstała i wyszła bez żadnego do widzenia, pa, czy chociaż pocałujcie mnie w dupę.

Sprzeczne komunikaty, pomyślał Jerry, zdając sobie sprawę, że w ciągu ostatniej minuty dwukrotnie zmieniał zdanie o Mary Jane.

Kokieteryjna pizda.

Przez chwilę jeszcze milczeli, sącząc kukurydziane świństwo udające jacka danielsa. W końcu Kaktus zapytał:

– A ty co sprzedajesz, Jerry?

W pierwszej chwili Jenkins chciał się nawet obruszyć, ale siedział w barze "Moje Uszanowanie" niewiele ponad godzinę, nie mógł więc oczekiwać, że będą go brali za kogoś więcej, niż akwizytora, którym przecież był. Zamiast stroić fochy, uśmiechnął się szeroko i powiedział:

– Wspomnienia. Sprzedaję wspomnienia.

– I co? – zainteresował się Kaktus. – Towar schodzi?

– Zależy gdzie.

Kaktus się zadumał.

– U nas powinno ci dobrze pójść.

Nie wyjaśnił jednak czemu.

– No nie wiem. – Jerry nie dał się przekonać. – Zresztą ja stąd spadam, Kaktus, najszybciej jak się da. Kupię tylko jakąś mapę, trochę benzyny i już mnie nie ma.

I rzeczywiście tak planował – a dokładniej: właśnie doszedł do wniosku, że to najlepszy pomysł. Nawet jeśli w tej dziurze był popyt, czego rzeczywiście nie można wykluczyć, to rynek szybko się nasyci. A za tydzień, dwa, Jerry wiedział aż za dobrze, dużo trudniej będzie wyjechać. Specyfika biznesu. Spierdalam jak nic.

A tak naprawdę chodziło mu o to, że nie potrafił się w Ryder z nikim dogadać na swoich warunkach.

– Sprzedaj mi coś, Jerry.

– Nie stać cię. – W głosie Jenkinsa była już oschłość, konsekwencja podjętej właśnie decyzji. Kaktus jednak nie dawał za wygraną.

– Pijesz ze mną, kumpla udajesz, a teraz się wypinasz. Co to za zachowanie?

– Ty mi nie wchodź na honor, dobra? Pewnie jeszcze chcesz jakąś zniżkę?!

Za głośno. Kaktus wstał, nawet barman się zainteresował.

– Co ty sobie myślisz, co?! Że ja jestem dziad jakiś?! Pokazuj co masz, natychmiast!

Jerry rozejrzał się przestraszony. Tego się nie spodziewał, choć obaj mieli trochę w czubie. Znowu wszyscy patrzyli na nich. Za dużo i za szybko wypiłem. Żeby teraz tylko czegoś nie zepsuć.

– Siadaj Kaktus, postawię ci jeszcze jednego – powiedział pojednawczo. Kaktus usiadł, fuknął, ale też się uspokajał. – Urodziłeś się przed wojną? – zapytał Jerry, choć znał odpowiedź.

– Tak, dlaczego?

– Jeśli masz coś ode mnie kupić… – Jerry uśmiechnął się, podnosząc z podłogi swoją teczkę. – Muszę wiedzieć takie rzeczy.

Otworzył neseser, wyciągnął z niego pierwsze zdjęcie i położył na blacie. Kaktus, jeszcze nie do końca wolny od gniewu, zapytał:

– Co to?

Ze zdjęcia uśmiechała się kobieta. Mogła mieć czterdzieści lat, może troszkę więcej. Stała przed domem, oparta o kosiarkę do trawy, ubrana w krótkie spodnie, koszulkę na ramiączkach i chustkę na głowie. Wyglądała na zmęczoną, choć zadowoloną, na chwilę tylko oderwana od pracy fanaberią fotografa.

– Jak to co? – Jerry zaczął swoją robotę. – Własnej matki nie poznajesz?

– Ja nie mam matki. – Kaktus był rozczarowany, ale Jerry już się rozkręcał. Znów rozdawał karty.

– Każdy ma matkę, Kaktus, ty się swojej nie wypieraj. Sam przecież robiłeś to zdjęcie.

– Co ty chrzanisz?

– Dwa tygodnie przed wojną. Dwa tygodnie przed pierdolonym Molochem.

Kaktus wziął zdjęcie do ręki i przyjrzał mu się uważniej. Dom w tle miał niebieskie ściany, a cała scena zalana była słońcem. Lekko prześwietlone zdjęcie na pewno pochodziło sprzed wojny.

– Nic nie pamiętam – powiedział.

– Spróbuj ruszyć tą swoją mózgownicą, to nic trudnego. – Ton Jerry'ego był protekcjonalny, lecz przyjacielski. Ton starszego brata. – Koniec wakacji, właśnie wróciłeś z obozu. W domu stoi jeszcze nierozpakowany plecak, mama powiedziała, że zaraz do ciebie przyjdzie, tylko skończy kosić ten kawałek trawnika obok klonu, tam gdzie zawsze najbardziej trzeba się namęczyć, bo przeszkadzają wystające korzenie. Pierwsze co zrobiłeś, to wyciągnąłeś aparat, który wygrałeś na zawodach – co to było? Czterysta zmiennym? – i pobiegłeś do niej pochwalić się i zrobić zdjęcie. Jak możesz tego nie pamiętać?

– Jak Boga kocham, nie pamiętam. – Kaktus wciąż gapił się na zdjęcie.

– Potem był obiad, na indyka przyszła cała rodzina, a ty pokazywałeś wszystkim aparat i puchar, robiłeś setki zdjęć, aż skończyło się miejsce na karcie. Potem całą noc spędziłeś przy komputerze, próbując wydrukować to, co napstrykałeś, ale wciąż coś się chrzaniło i tak naprawdę udało się tylko to jedno. – Jerry zamilkł na chwilę. – I co?

– Nie wiem, to chyba nie to. Masz coś innego?

– Nasz klient, nasz pan – uśmiechnął się Jerry i skinął na barmana, a gdy ten przyszedł, zapytał: – Masz tu, szefie, jakiś czysty obrus?

Barman niemal wybuchnął śmiechem po takim pytaniu. Na szczęście szybko znalazł się w miarę czysty ręcznik, który Jerry starannie rozłożył na kontuarze. Z teczki wyjął tym razem złożoną na cztery płachtę kredowego papieru. Położył ją na ręczniku, po czym zaczął powoli i ostrożnie rozkładać. Zdjęcie kobiety z kosiarką wciąż leżało obok.

Plakat był zniszczony, na zgięciach wzmocniony prowizorycznie taśmą. W trzech miejscach miał dziury jak od brzytwy, również starannie podklejone. Lewego górnego rogu w ogóle nie było. Całość jednak robiła wrażenie – ręcznik niemal okazał się za mały.

– Patrz, Kaktus. Widziałeś coś takiego? Nie dotykaj… tylko tu gdzie taśma, kruszy się w palcach. Boskie, prawda?

– O co chodzi z tymi chustkami na głowie?

Rzeczywiście, pomyślał Jerry. Dziwne, nie zwróciłem na to uwagi. Trzeba będzie przemyśleć kolejność prezentacji.

– Nie, czemu? – zapytał na głos i spojrzał jeszcze raz na plakat. Kaktus zrobił to samo.

Cztery blondynki ze starannie splecionymi warkoczami, owszem, w kolorowych chustkach na głowach i białych bluzkach. Nie patrzyły wprost, tylko gdzieś w bok, poza zdjęcie. Wyglądały, jakby szeptem plotkowały między sobą o czymś, co dzieje się poza kadrem. Wszystkie cztery miały rzęsy grubo pomalowane tuszem, czy czymś tam, czym maluje się rzęsy – wraz z czarną obwódką sprawiało to, że ich oczy były nienaturalnie wielkie. I sztuczne. Cały ich makijaż przywodził na myśl raczej laleczki, niż żywe postaci.

– „Zobacz! One płyną! To niesamowite! To zaprzeczenie prawom grawitacji!” – Kaktus powoli i z trudem przeczytał napis na plakacie. – „To absolutna harmonia muzyki i tańca podkreślona nieprzeciętną urodą i talentem artystek. Zespół występuje w 60-osobowej zawodowej grupie tanecznej. Zachwycisz się…”.

– A żebyś wiedział. W Nowym Jorku pisali, że ich taniec to, tu cytat, „czysta poezja”. – Jerry wyraźnie powiedział nazwę miasta, ale żadnej szczególnej reakcji Kaktusa nie odnotował. – Można się zakochać prawda?

– Ale co to do cholery jest?

– Ty mi powiedz.

– Wygląda na jakiś ruski balet. – Kaktus nie odrywał wzroku od plakatu.

– Dokładnie. Spójrz na tę dziewczynę. Tę najbardziej z prawej. O właśnie. – Jerry niemal musiał pokazać palcem.

Obaj spojrzeli – trzy pozostałe kobiety były jak z plastiku, po sekundzie widziałeś już wszystko, co warte było zobaczenia. Natomiast czwarta – czwarta była sztuczna aż do granic możliwości, ale przez to i dzięki rozchylonym ustom, zarumienionym policzkom i prostemu, zgrabnie zadartemu noskowi po prostu…

– To działa, prawda?

Kaktus pokiwał głową.

– Balet z Moskwy miał przyjechać w niedzielę, na jeden występ. – Ciepły i cichy głos Jerry’ego nie dawał chwili wytchnienia. – Dopiero w piątek kupiłeś wejściówkę, z ostatniego rzutu. Plakaty wisiały w całym mieście, a ojciec Weber od dwóch tygodni wściekał się podczas kazań, że miasto mu zaśmiecają. Ale ludzie się uparli, jeśli jakieś sowieckie lafiryndy mogą tańczyć w Nowym Jorku, to czemu nie u nas?

– No właśnie, czemu?

– Ja też nie mógłbym się doczekać. Żeby zobaczyć tę dziewczynę, jak się rusza, jak tańczy, żeby na własne oczy przekonać się, że nie jest z fabryki, tylko z krwi i kości, że istnieje na tym świecie ktoś taki. Że to nie oszustwo, żaden sprzeczny komunikat. Spójrz na nią, Kaktus, to prawdziwy cud. Na plakacie…

– Nie widziałem jej – wyszeptał Kaktus. Atmosfera była niemal intymna.

– Nikt nie widział. Po tym, jak odwołali loty z Chicago z powodu, cholera jasna, mgły, dziewczyny kontynuowały tournee dalej, w Nowej Anglii, w New Hampshire, gdzieś tam. Żaden to dla nich biznes opóźniać trasę na jeden występ u was… – Jerry zawiesił głos, ale Kaktus nie dopowiedział końcówki zdania. To, skąd pochodził wciąż było zagadką, ale już nie tak istotną, jak na początku. Patrzył na plakat z tęsknotą w oczach. Nie, nie na plakat. Na czwartą dziewczynę.

– A chłopaki Webera w godzinę wyczyścili miasto. Wchodzili na słupy, jeden po plecach drugiego, zrywali plakaty, nic się nie dało zrobić. Nikt się tak nie umiał zorganizować. Za dychę kupiłeś od nich jeden, który się uchował. Do schowania pod łóżko, pod materac.

Kaktus był jak plastelina, już niemal płakał. W końcu tylko przetarł oczy pulchnymi jak kiełbaski z Wichita palcami i zapytał o cenę. Jerry westchnął.

– Hm – mruknął do siebie, jednocześnie delikatnie składając plakat z powrotem na cztery części. – Hm, hm, hm.

Kaktus patrzył na niego z niedowierzaniem. Wzrok już mu nieco błądził, w końcu byli w trakcie czwartej, czy piątej kolejki. Jerry’emu też trochę szumiało, ale był przyzwyczajony. Taka robota.

W końcu skończył rytuał składania i, cały czas mrucząc pod nosem, schował złożony plakat do nesesera.

– Kaktus, nie zrozum mnie źle. – Z hukiem zamknął teczkę i zatrzasnął zamki. – W Topece facet dawał mi za ten plakat dziesięć galonów ropy. Dziesięć! I to nie byle jakiej, ale z przedwojennych zbiorników. Wiesz co mam na myśli. A nie sprzedałem mu tego baletu.

– Ale w takim razie po co…

– Żebyś widział jakie są możliwości. To po prostu jest tyle warte. Wiem, że to nie Topeka, ale musiałbym wziąć od ciebie te sześć, siedem galonów. Żeby nie dopłacać do interesu. Nic osobistego.

Kaktus opróżnił jednym haustem swoją szklankę. Przetarł usta rękawem, otrząsnął się i bez słowa wstał, po czym chwiejnym krokiem ruszył w kierunku drzwi. Jerry nawet nie drgnął, uśmiechnął się tylko, gdy jego dotychczasowy rozmówca w połowie sali zawrócił i usiadł z powrotem przy barze.

– Mam trzy galony. I akumulator. Do kombajnu, ale może ci się przyda. Co za to dostanę?

– Za akumulator nic, zatrzymaj go sobie. A za trzy galony…

Mam cię, myślał Jerry z szelmowskim uśmiechem – był zadowolony, choć bardziej z siebie, niż z zarobku.

Teczka wróciła na blat, z którego barman właśnie sprzątnął ręcznik. Jerry otworzył ją tak, żeby przed Kaktusem zasłonić dłonie przerzucające bałagan w środku. Z pliku kopert, schowanego między papierami i obwiązanego sznurkiem wyciągnął jedną. Zajrzał do niej dyskretnie, upewniając się co do zawartości i w końcu wyciągnął jedno zdjęcie. Po raz trzeci zamknął teczkę.

– Przepraszam za jakość, ale to nie moja wina – powiedział, rzucając zdjęcie na blat.

Kaktus uniósł brew. Po raz trzeci tego wieczora ustawiał się w pozycji sceptyka. Na razie dwa razy utrzymał się na niej nie dłużej niż minutę.

– Co to za… – zaczął rozczarowanym głosem.

Na zdjęciu skąpanym w pomarańczowo-rudym świetle uwagę przede wszystkim przykuwała butelka stojąca na stole przykrytym białym i wyprasowanym obrusem. Tuż za butelką leżały elegancko ułożone serwetki, a na drugim planie, na półce pod ceglaną ścianą stały kwiaty i – przede wszystkim – rząd zapalonych świec. Łuki stropu również zrobione były z surowej cegły.

Jerry wiedział, że kolory zdjęcie zawdzięcza świecom, ale przypuszczał, że Kaktus nie ma o tym pojęcia.

– Nie wiem. Co jest w butelce? – zapytał.

– Białe wino? – pytaniem odpowiedział Kaktus.

– Skoro tak mówisz.

Obaj zamilkli na chwilę.

Moja robota się skończyła, myślał Jerry. Co Kaktus zrobi z tą butelką, tymi świecami, cegłami na ścianach i białym obrusem – nie mam pojęcia. Jest już poza zasięgiem. A ja muszę za coś wrócić do cywilizacji. Cywilizacji, ha, ha, ha.

O czym myślał Kaktus w tej chwili, patrząc na zdjęcie – nie wiedział nikt na świecie. Nie sposób było się domyśleć, nawet gdy łzy poleciały mu po policzkach.

 

****************

 

Następnego dnia rano Jerry stał przy swoim jeepie i próbował wszystko poukładać w bagażniku. Próbował już trzech kombinacji i dopiero czwarta wyglądała obiecująco.

Noc spędził na strychu baru „Moje Uszanowanie” – na twardym materacu, przykryty zawszonym kocem. Szczękał zębami z zimna, ale w końcu zasnął. Rano nie czuł się ani trochę bardziej wypoczęty. Całe miasto mnie wygania, myślał, próbując naciągnąć ścięgna w karku. Uciekaj, Jenkins, nic tu po tobie.

Kupił jeszcze małą skrzynkę konserw – nie miał pojęcia, skąd w Ryder wzięły się wojskowe puszki, ale narzekać nie miał zamiaru, zwłaszcza, że kosztowały go połowę tego, ile zapłaciłby w Topece. Kaktusa od rozstania wieczorem poprzedniego dnia nie spotkał ani razu, podobnie zresztą jak obiecanych panienek. Widocznie nie było jego obowiązkiem honorem, ani przyjemnością żegnać wszystkich wyjeżdżających z miasta. No chyba, że sprawa miała charakter osobisty.

Dobra, nie zbliżam się do rozwiązania problemu. Konserwy idą na lewo, kanister jeden do środka, kanister drugi obok pierwszego, papiery tu… i… niech to szlag… o, weszło… tu, walizka za siedzenie, worek na wierzch, a teczka ze mną do…

– Kurwa mać.

Zdjęcia rozsypały się po ziemi. Jerry szybko zaczął je zbierać, szybciej nawet niż nakazywałby rozsądek, ryzykował zniszczenie pojedynczych egzemplarzy. Nie patrzył na to, co przedstawiają, tylko wrzucał je hurtem z powrotem do teczki. Plakat na szczęście został w bocznej kieszeni.

Ostatnie zdjęcie, które podniósł z pyłu – to było zdjęcie z butelką i świecami. Jerry wstał z klęczek i otrzepując kolana przyglądał mu się przez chwilę.

Zaręczyny? Stypa? Libacja kumpli z wojska? I czy aby na pewno wino? W domu? W piwnicy? W jakiejś rezydencji na Rhode Island? A może w Europie? W studio filmowym pod L.A.? Kaktus, ty frajerze.

Schował zdjęcie do teczki, uprzednio ocierając je rękawem koszuli z kurzu. Nie, nie Kaktus. Jerry, ty największy frajerze ze wszystkich frajerów na tym porąbanym świecie.

– Dokąd pan jedzie? – usłyszał dziwny męski głos za plecami.

– Nie twój zasrany interes – powiedział zanim się jeszcze odwrócił. A potem odebrało mu mowę.

Facet był ogromny. Wieku, rasy, czy czegokolwiek innego nie sposób było odgadnąć, a i płci Jerry raczej domyślał się po szerokości barków i barwie głosu, niż rzeczywiście był jej pewien – bo twarz kolesia była jedną, wielką oparzeliną, grube blizny przeorały ją od czoła aż po szyję. W trzech miejscach rany wyglądały zarówno na świeże, jak i na stare i zaniedbane. Żywe mięso, tam gdzie skóra się nie zrosła, odbijało promienie porannego słońca. Facet nie miał uszu, nosa w zasadzie też nie, żadnego zarostu, ani brwi. Gałki oczne z trudem można było dostrzec między fałdami skóry.

Zdjął kapelusz – na głowie nie miał ani jednego włosa – i ten ruch wyrwał Jerry’ego z odrętwienia. Na tyle, że w końcu dostrzegł srebrną gwiazdę przypiętą do kurki lotniczej.

– Więc – Blizna odezwał się jeszcze raz. – Dokąd pan jedzie?

– Chciałbym… – Jerry  musiał odchrząknąć. – Chcę dojechać do Topeki.

Blizna pokiwał głową.

– Co pan ma w bagażniku?

– Nic ciekawego, rzeczy.

Czy ja naprawdę musiałem tu zostać aż tak długo? Nie mogłem wyjechać zanim ten pajac się obudzi? Zaraz zwymiotuję.

– Mógłbym zajrzeć do środka?

Jerry tylko zszedł mu z drogi, cały czas trzymając w ręku neseser, sprzeciw jakoś nie przyszedł mu do głowy. Bardziej martwił się tym, jak nie patrzeć na faceta tak, żeby ten nie zorientował się, że Jerry na niego nie patrzy.

Blizna zajrzał do samochodu. Obmacał worek, opukał kanistry, wreszcie zwrócił uwagę na metalowe skrzynki. Odwrócił się do Jerry’ego, a ten spuścił wzrok.

– Co jest w skrzynkach?

– Jedzenie.

– We wszystkich trzech?

– Nie, nie. W jednej.

– A w dwóch pozostałych?

– Rzeczy.

– Mógłby pan otworzyć? – słowa Blizny były uprzejme. W przeciwieństwie do tonu, jakim je wypowiadał, sposobu w jaki trzymał kapelusz i w ogóle wszystkiego innego.

– Wolałbym… – to „wolałbym” zużyło wszystkie siły Jerry’ego, nie skończył zdania i doskoczył do samochodu, nawet szczęśliwy, że może na chwilę odwrócić wzrok bez wyrzutów sumienia. Otworzył obie skrzynki, celebrując ten moment w nieskończoność.

– Proszę. Same papiery.

Blizna zajrzał do środka. Pogrzebał trochę w skrzynkach, przerzucając zdjęcia, wycinki gazet, czasopism, inne papiery i całą resztę towaru. Jerry skrzyżował palce i w myślach odmówił modlitwę dziękczynną, gdy Blizna zamknął metalowe wieka. Nie trzeba będzie mu nic sprzedawać. Ani nikomu w tym mieście. Za chwilę będę mógł jechać. Przed siebie. Gdziekolwiek. Byle dalej od Ryder.

Choć z drugiej strony oznaczało to ponowne oglądanie jego twarzy.

– Wie pan jak dojechać do autostrady? – zapytał Blizna.

– No… tam i…

– A to by pan pojechał. W drugą stronę. Tam. – Pokazał ręką w na wschód, tam gdzie tuż nad horyzontem wisiało już słońce. – Jakieś dwadzieścia mil do wzgórz, w lewo i wzdłuż nich kolejne pięć, szerokim łukiem. Można próbować w linii prostej, ale tak będzie miał pan najlepszą drogę.

– Dziękuję.

– Proszę uważać na siebie. Niech Bóg ma pana w opiece – powiedział Blizna, założył na głowę czarny kapelusz, po czym odwrócił się na pięcie i zostawił kierowcę samego.

Jerry rzucił teczkę na siedzenie pasażera, uruchomił silnik – zapalił za pierwszym razem – i ruszył, wzniecając za sobą tumany kurzu. Wszystko dwa razy gwałtowniej niż zwykle. Wszystko lekko drżącymi rękami.

Po dziesięciu metrach jednak się zatrzymał. A co mi tam. To jak z dziurą w zębie. Zawsze sprawdzasz językiem, czy boli. Jakbyś nie wiedział.

Wychylił się przez okno i krzyknął głośno. Blizna odwrócił się powoli.

– Hej, szeryfie! – Jerry niemal się uśmiechał, bo nie widział twarzy gościa. – Uratowałem to wasze parszywe miasto! Uratowałem od niepamięci! Słyszy pan?! Ja to zrobiłem!

I nie czekając na odpowiedź schował się z powrotem do jeepa, usiadł wygodnie. Po chwili namysłu włączył przyczepiony do podsufitki licznik Geigera, wziął głęboki oddech i pojechał spokojnie przed siebie nie patrząc w lusterko, w stronę słońca, które wisiało nad horyzontem.

 

****************

 

Szeryf Hartwell nie czekał, aż opadnie kurz, tylko od razu ruszył do miejsca, które nazywał biurem.

Budynek stał przy głównej ulicy, niedaleko baru „Moje Uszanowanie” – choć oczywiście w Ryder wszędzie było niedaleko, nawet do farmy Basaneza, który lubił trzymać się „na uboczu”. Na piętrze Hartwell miał swoje prywatne pomieszczenia, gdzie nigdy nikogo nie wpuszczał, a na parterze kuchnię, zaplecze, małą celę i pokój biurowy. Właśnie tam czekał na niego młody Alstott. Chłopak zerwał się na równe nogi z drewnianej ławy, gdy szeryf wszedł do środka. Hartwell skinął mu głową i od razu poszedł na górę. W sypialni usiadł na łóżku, stękając z wysiłku wyciągnął spod materaca metalową kasetkę. Otworzył ją kluczem, który wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki. Ze środka wyciągnął kartonowe pudełko.

Zamknął oczy, prawie nie oddychając. Przez chwilę siedział bez ruchu. W końcu zebrał niezbędną energię – a miał jej ostatnio coraz mniej – ociężale zwlekł się z łóżka i poczłapał na dół. Kapelusz został w sypialni.

Bez słowa podał pudełko Alstottowi, razem z kluczykami do samochodu.

– Weźmiesz mój samochód. Facet pojechał w stronę Greens. Zabierz ze sobą jednego chłopaków, Ellis powinien już być na nogach.

– Tak jest! – Alstott stanął na baczność.

– I teraz tak: kanistry zawieziesz do magazynu. Klucze są u Mary Jane. Pamiętaj Alstott: oba kanistry, sprawdzę. – Szeryf Hartwell podszedł do biurka i z szuflady wyciągnął puszkę tytoniu do żucia. Położył odrobinę na języku. Przez chwilę miał ochotę sypnąć więcej, ale przypomniał sobie, ile zapasu jeszcze zostało w piwnicy. – Oba. Skrzynka z żarciem od Coopera, poznasz po narysowanych gwiazdach, nie bój się, zapłacona, jest dla ciebie i Ellisa. Dwie pozostałe skrzynie przywozisz od razu do mnie. Od razu, rozumiesz? I nie otwierasz.

– Tak jest, sir! – Alstott, wciąż na baczność, patrzył smutno na puszkę tytoniu, ale żadnej propozycji nie otrzymał.

– Resztę zostawiasz na miejscu i podpalasz. Razem z ciałem. Nie zużyj całej benzyny. Leć.

Alstott chwycił swój kapelusz i już miał wychodzić, gdy Hartwell zatrzymał go gestem ręki.

– Szesnaście naboi, Alstott – powiedział, pokazując na kartonowe pudełko w rękach chłopaka. – Po powrocie opowiesz mi historię każdego z tych, których będzie brakować. Ze szczegółami. Bez błazeństw mi tam.

– Tak jest! – po raz trzeci powiedział Alstott i wybiegł z biura.

Szeryf uchylił firankę i wyjrzał jeszcze przez okno za uciekającym chłopakiem, po czym bez niepokoju odwrócił się na pięcie i przeszedł na zaplecze. Żaluzje były opuszczone, niewiele światła wpadało przez północno-zachodnie okna.

– Dobrze zrobiłeś, Kaktus, że przyszedłeś do mnie – powiedział, podchodząc do szafek zawieszonych na ścianie. – Właśnie tak, jak powinieneś. Nie będzie żaden łobuz robił z nas idiotów.

Kaktus siedział skulony na krześle, przyciskając ręce do piersi. Wzrok wbił w ziemię. Nie kołysał się, ale wyglądał, jakby za chwilę miał zacząć.

Hartwell wyciągnął dwie szklanki i butelkę whiskey. Nalał na półtora palca do obu.

– Nie martw się. O takich rzeczach właśnie mi powinieneś mówić – powiedział, podając Kaktusowi szklankę.

Kaktus podniósł głowę. Oczy miał podkrążone i przekrwione. Wyglądał jak umierający ze starości szakal. W końcu wyciągnął rękę w stronę szeryfa, ale nie wziął szklanki.

– A co z tym?

Hartwell wziął od niego zdjęcie, przytrzymując je między małym, a serdecznym palcem. Rzucił tylko okiem, po czym oddał je Kaktusowi, razem ze szklanką.

– To twoja matka, Kaktus, na twoim zdjęciu. Nie mój zasrany interes.

Koniec

Komentarze

Cerlegu, wyjustuj tekst. W obecnej, tak poszatkowanej formie czyta się fatalnie. 

Jak przeczytam, to napiszę opinię. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Done.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

W barze „Moje uszanowanie”, do którego Jerry(+,) otrzepując się z kurzu(+,) wszedł przez skrzypiące drzwi prosto z głównej ulicy, było pustawo,  smutny facet przysiadł się bez zaproszenia, zanim jeszcze Jenkins zdążył zamówić pierwszą lufę. – Od słowa smutny zaczęłabym nowe zdanie – to jest według mnie za długie. 

 

Picie szło gładko, a Jerry, profesjonalista w każdym calu, robił to, co potrafił najlepiej: czarował rozmówcę i oceniał go szczegół po szczególe.

Kaktus okazał się jednak niezłą zagadką, nawet dla takiego profesjonalisty w każdym calu, a poskładanie wszystkich elementów do kupy zajęło kilkanaście zdań i dwa podniesienia głosu.

Za blisko siebie te dwa słowa. 

 

Oczywiście Kaktus, Główny Witający Tego Zadupia. bez obrazy – nie wiem, czy to miały być dwa zdania i bez powinno być wielką literą, czy jedno i zamiast kropki miał być przecinek.

 

Na przykład słowo “rozpiździaj|”, tu już naprawdę wszystko zależy od ciebie. – jakaś kreska się zaplątała

 

Na początek – osobiście bardzo nie lubię anglojęzycznych tytułów – za to ode mnie gigantyczny minus. Przydałby się też tag “wulgaryzmy”.

Nie mam pojęcia, co to za apokalipsa i co to za świat po niej. Sprzedaż wspomnień jest ciekawym pomysłem, ale brakuje mi do niej tła, czyli co się wydarzyło przed Molochem i czym on był. I skąd Jerry brał te zdjęcia i plakaty. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mnie się pomysł na sprzedawanie wspomnień spodobał. Ale zgadzam się ze Śniącą – nie zaszkodziłoby więcej wyjaśnień na temat opisywanego świata.

Przecinkologia kuleje. Na przykład wołacze, Cerlegu, oddzielamy przecinkami od reszty zdania.

Babska logika rządzi!

Choć nie miałabym nic przeciw temu, aby opisana historia była dłuższa i nieco więcej mówiła o świecie, w którym się dzieje, to akceptuję obecną jej postać, albowiem wszystko układa się tutaj w całkiem niezłą i zajmują opowieść, a przeczytanie jej dostarczyło mi sporo przyjemności.

Mam nadzieję, Cerlegu, że sprawisz, aby usterki zniknęły, bo nie chciałabym musieć odkliknąć Biblioteki. ;)

 

W barze „Moje usza­no­wa­nie… – W barze „Moje Usza­no­wa­nie

 

sztruk­so­wa ma­ry­nar­ka, wy­tar­te je­an­sy… – …sztruk­so­wa ma­ry­nar­ka, wy­tar­te dżinsy

Używamy pisowni spolszczonej.

 

In­dia­niec, a na har­ley’u.In­dia­niec, a na har­leyu.

 

szep­tem za­ma­wia po­dwój­ną te­qu­il­lę. – …szep­tem za­ma­wia po­dwój­ną te­qu­ilę.

 

Pew­nie, że bym mógł, dodał w my­ślach. W końcu z tego się utrzy­mu­ję. – Myśli zapisuje się nieco inaczej. Sugeruję, abyś zajrzał tutaj: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

ku­ku­ry­dzia­ne świń­stwo uda­ją­ce Jacka Da­niel­sa. – …ku­ku­ry­dzia­ne świń­stwo uda­ją­ce jacka da­niel­sa.

Nazwy trunków zapisujemy małymi literami.

 

„To ab­so­lut­na har­mo­nia mu­zy­ki i tańca pod­kre­ślo­ną nie­prze­cięt­ną urodą… – Literówka.

 

Do kom­baj­nu, ale może Ci się przy­da.Do kom­baj­nu, ale może ci się przy­da.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

uwagę przede wszyst­kim przy­ku­wa­ła bu­tel­ka sto­ją­cą na stole… – Literówka.

 

bia­łym i wy­pra­so­wa­nym w kant ob­ru­sem. – Obrusów nie prasuje się w kant.

 

wrzu­cał je hur­tem do z po­wro­tem do tecz­ki. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

nad ho­ry­zon­tem wi­sia­ło już słoń­ce . – Zbędna spacja przed kropką.

 

Po­ło­żył sobie odro­bi­nę na ję­zy­ku. Przez chwi­lę miał ocho­tę syp­nąć wię­cej, ale przy­po­mniał sobie… – Powtórzenie.

 

Ża­lu­zje były za­sło­nię­te, nie­wie­le świa­tła wpa­da­ło przez pół­noc­no-za­chod­nie okna.Ża­lu­zje były opuszczone

Żaluzji się nie zasłania, to opuszczone żaluzje zasłaniają okno.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mocno polegasz na tym, że czytający poznają, że całość dzieje się w świecie sławetnej Neuroshimy – przydałoby się o tym słowo na wstępie ;) Jak widzę w komentarzach powyżej, nie każdy od razu kojarzy Molocha (jeśli oczywiście wie, co to zacz jest) ;) A niestety jak się przekonuję – w opowiadaniach jako czytelnicy chcemy wiedzieć, o co chodzi. Puszczanie oka tylko do wybranych to trudna sztuka, ale tutaj trochę nie wyszła.

Jednak poza tym historia jest bardzo, ale to bardzo klimatyczna. Przypomniała mi te kilka emocjonujących sesji rpg w tym uniwersum. Ksywki, podejście do życia, motyw sprzedaży wspomnień – no po prostu bajka. Choć ciekawe, że facet nie miał w asortymencie Tornado, przecież to generator wspomnień numer jeden w tym świecie ;)

Pierwszy opis oraz cały dialog w barze przypadły mi do gustu. Ujęło mnie też zakończenie, takie mocno prawdopodobne w tym świecie. Choć nie wiem, czemu szeryf chce palić ciało – w tym uniwersum nikt na to nie patrzy. Ale też grałem raczej w rdzawą wersję świata, czasem w stalową, więc mieliśmy mroczniej i ciężej niż inni ;)

Technicznie nic mi nie przeszkadzało płynnie czytać.

Podsumowując: bardzo klimatyczna opowieść z uniwersum Neuroshimy, nawet słyszałem fajerwerki w opisie i dialogach :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki, NoWhereMan, już wiem, z czym kojarzył mi się Moloch. Tyle, że ja nigdy w żadne RPG nie grałam, tylko w planszówki. A że przy planszówkach nie zwracałam też nigdy uwagi na otoczkę świata, bo interesowały mnie same rozgrywki, to nic o uniwersum nie wiem. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Pomysł ze sprzedażą wspomnień bardzo ciekawy. Świetnie wykreowana postać sprzedawcy Jerry’ego. Widać, że to fachowiec, taki, który “wszystko sprzeda”. Ale świat został zbyt oględnie przedstawiony, za mało o nim wiemy. Co do błędów, zauważyłem czasem źle użyte słowa, np. napisałeś, że Jerry chciał naciągnąć mięśnie, ale chyba miałeś na myśli rozciągnąć. Nazwa baru powinna być zapisana bez cudzysłowie. Przeszkadza mi tu anglojęzyczny tytuł. Świetnie został napisany dialog o wulgaryzmach – taki w stylu Quentina Tarantino :) Opowiadanie jest napisane fajnym stylem, miło się czytało. Zręczne napisane opisy, które pozwalały na wyobrażenie sobie akcji.  Tradycyjny klimat brudnego baru zachowany ;)  Dobra historia z dobrym zakończeniem. 

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Moloch to taki stary bóg. A co robi w tym growym uniwersum?

Babska logika rządzi!

Moloch to w Neuroshimie nazwa supersieci komputerowej, która zbuntowała się i wywołała wojnę nuklearną. Tak, to zżynka z Terminatora, ale też Neuroshima to jeden wielki miks różnych wersji postapokalipsy. Główne skrzypce grają tam motywy z Terminatora (nawet od biedy można znaleźć także podróże w czasie poprzez narkotyk zwany Tornado), Mad Maksa (gangi penetrujące pustkowia) oraz walki z mutantami (tutaj wysyłanymi właśnie przez Molocha). To jeden wielki tygiel pomysłów, całkiem zgrabnie połączonych, choć o ograniczonym zasięgu.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

W punktach :)

  1. W przedmowie uprzedzam, że to fanfik i pisane było z założenia dla ludzi znających Neuroshimę, ale w międzyczasie Trzewik zwinął biznes i zostałem jak ch… z tym opowiadaniem, parafrazując Himmilisbacha. Zakładałem, że to opowiadanie się czyta, nawet bez znajomości świata. Inna sprawa, że ja w ogóle nie lubię wyjaśnionych światów w opowiadaniach (w ogóle, nie tylko swoich), choć najczęściej sam mam jew głowie jak piszę (ale też różnie, są zdaje się dwie szkoły, otwocka i dukajowa :)). Sam wolę sobie świat dopowiadać, czytając, na podstawie wskazówek, a nie dostać na tacy. To oczywiście jest stopniowalne i czasem rzeczywiście tych niedookreśleń jest za dużo, akurat w tym tekście to kwestia genezy, ale wiem, że bywa różnie.
  1. W ogóle pisanie w świecie gry to chyba jakaś chałtura, nie? :) Niektóre obszary mojego mózgu jednak wciąż mają 12 lat i są fanami książek Williama Kinga i tych jego Zabójców Wszystkiego Co Się Rusza I Ucieka Zbyt Wolno (czyli książek w świecie Warhammera) i jak pisałem Photostory (pierwotnie Neuroshima Photostory) to myślałem o tym, jako o hołdzie złożonym temu dwunastolatkowi.
  1. Za wszystkie uwagi bardzo serdecznie dziękuję, mam tylko wątpliwość @regulatorzy do zapisu myśli, w tym linku jest przecież napisane, że można różnie. To dlaczego nie tak?

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

PS. A w ogóle to czy gdzieś jest wyjaśnione, o co chodzi z poczekalnią i biblioteką? Nigdzie nie mogę znaleźć.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Poszukaj tutaj.

Babska logika rządzi!

@Finkla

Dzięki, ja jednak jestem wykluczony cyfrowo

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Nie rozumiem. Łączysz się z netem przez urządzenie, które nie pozwala Ci kliknąć na link (no to spróbuj później, z czegoś innego) czy cyferki na profilu na razie nie pozwalają na bibliotekowanie (czas minie, już Twoja w tym głowa, żeby skomentować wystarczająco wiele opowiadań)?

Babska logika rządzi!

@Finkla

NIe, po prostu głupio, że sam tego nie mogłem znaleźć i trzeba mnie za rączkę :)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

A, spoko, miejsce z poradnikami nie rzuca się w oczy. Ja za to w życiu nie słyszałam o Neuroshimie…

Babska logika rządzi!

Zakładałem, że to opowiadanie się czyta, nawet bez znajomości świata.

Czyta się, czyta. 

 

Sam wolę sobie świat dopowiadać, czytając, na podstawie wskazówek, a nie dostać na tacy. To oczywiście jest stopniowalne i czasem rzeczywiście tych niedookreśleń jest za dużo, akurat w tym tekście to kwestia genezy, ale wiem, że bywa różnie.

Ja lubię, gdy wyobraźnia pracuje, ale musi mieć na czym. Sama cudzego świata sobie tworzyć nie lubię. I właśnie – wskazówek musi być odpowiednia ilość (pewnie dla każdego czytelnika inna). Dla mnie tego tła, tego świata – czyli wskazówek, tu było trochę mało. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

@śniąca

Rozumiem i się zgadzam. Tutaj tylko tłumaczę to genezą tekstu.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Tekst jest dobry, nawet bardzo dobry. Tylko te sprzedawanie wspomnień zupełnie do mnie nie przemówiło, nie łapię, dlaczego ktoś miałby kupować obrazki jako substytuty własnych zdjęć, czy wspomnień. Ludzie przecież znają się, tam gdzie mieszkają, mogą wspominać, opowiadać sobie przeszłość, ale prawdziwą, choć pewnie z każdym rokiem coraz bardziej koloryzowaną. Kupować ulotki, plakaty i udawać, że to czy tamto się widziało? I jeszcze gorzej, że znam tego kogoś ze zdjęcia? No nie, zupełnie tego nie kupuję.

Z łatwością za to posługujesz się słowem i za to duży plus.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

W żadne gry komputerowe nigdy nie grywam, ale to akurat zupełnie nie jest mi do szczęścia potrzebne, by czytać takie opowiadania jak Twoje. 

Podoba mi się, jak opisujesz miejsca, ludzi i ich zachowania. To od razy wrzuca mnie w ten świat. Tylko troszkę czułam się zagubiona, ale tag “postapo” zakotwiczył mnie w Twoim świecie.

Dorzucam ostatniego klika bibliotecznego, mając nadzieję, że dałeś fragment reprezentatywny.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

juhu!

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Uniwersum nie znam i wcale mi to w lekturze nie przeszkadzało. Zresztą wystarczyłoby zastąpić słowo “Moloch” innym określeniem apokalipsy i tekst byłby samodzielny. Chyba, że utrata pamięci jest kluczowym motywem “Neuroshimy” – oświećcie mnie, proszę.

Tak, czy owak jestem pod wrażeniem dialogów, zwłaszcza fragment o spójności stylu – rzeczywiście tarantinowski. Nie łapię natomiast, czemu Kaktus ostatecznie nie nabył zdjęcia z butelką. 

Nie słuchaj Cerleg tego, co niektórzy mówią o tytule, że niezasadnie jest anglojęzyczny. Opowiadanie osadzone jest w Stanach, a nawet styl pisarski wzorowany jest na klasycznej literaturze amerykańskiej, więc brzmiący z angielska tytuł pasuje. Zresztą angielskie słowo photostory nie ma jednosłownego odpowiednika po polsku, zatem trzeba przyjąć, że jest równocześnie polskim słowem.

Przechodząc do meritum. 

Jerry w swoim opisie Kaktusa mówi, że ma wszystkie zęby. Żeby stwierdzić, czy ktoś ma wszystkie zęby, trzeba przeprowadzić badania dentystyczne. By tak od razu zobaczyć, czy ktoś ma np siódemki albo ósemki, trzeba mieć rentgena w oczach. Czy w świecie Neuroshimy wszyscy tak mają, czy też Jerry widział tylko, iż Kaktus ma wszystkie zęby na przedzie?

Również w opisie Kaktusa jest wzmianka, że miał koszulę z łatami na łokciach, ale WSZYSTKIE ciuchy nie znoszone. No to jak?

Pod koniec opowiadania szeryf ociężale zwlekł się z łóżka. Zawsze mi się wydawało, że zwlec z łóżka, to może ktoś, kto, jak sama nazwa wskazuje, wcześniej na nim leżał. Szeryf tylko na nim siedział. Nie mógł po prostu ociężale wstać? Ponadto ociężałe zwlekanie się do dla mnie masło maślane. Czy zwlekanie się może być np energiczne.

Podobnie jak Cobold nie kumam, czemu Kaktus nie kupił zdjęcia z butelką, skoro go tak wzruszyło. Ważniejsze jest dla mnie jednak, jakie to zdjęcie w samej końcówce pokazuje Kaktus szeryfowi. Przecież nie mogło być to zdjęcie domniemanej matki z kosiarką, bo z treści opowiadania wynika, iż ,Kaktus go od Jerrego nie wziął. 

W sumie to nie trybię całej końcówki. Dlaczego w końcu szeryf kazał zlikwidować Jerrego? To był motyw rabunkowy, czy też jakaś forma kary za sprzedawanie wspomnień?

Ogólnie to naprawdę fajnie się czytało. Zwłaszcza ze względu na styl. Nawiązujesz do najlepszej tradycji dziś już klasycznej literatury amerykańskiej. Wcale nie dlatego, że opowiadanie dzieje się w Stanach, tylko właśnie z uwagi na styl. Nie wiem, czy jesteś tego świadom. W każdym razie to nie jest zarzut, lecz wyrazy uznania.

Aha, pisanie opowiadań, czy nawet powieści, w oparciu o wymyślone przez kogoś innego światy wcale nie musi być chałturą. Weźmy Metro 2033.

Fotoopowieść. A jeśli nie, to można wymyślić pewnie setkę innych, ciekawych tytułów po polsku. 

 

kaktus miał marynarkę z łatami na rękawach – to taki styl ciucha, nie musi być znoszony. 

 

A ja kupuję to, że ostatecznie wziął zdjęcie “matki”, chociaż nie jest to napisane wprost. Moze nawet lepiej, że nie wprost.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

…mam tylko wątpliwość @regulatorzy do zapisu myśli, w tym linku jest przecież napisane, że można różnie. To dlaczego nie tak?

Ano, dlatego, Cerlegu, że myśli postaci, podobnie jak dialogi, powinny być w jakiś sposób wyróżnione i zapisane tak aby czytelnik nie miał wątpliwości, że poznaje właśnie myśli bohatera, a nie kolejny fragment narracji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie ma takiego słowa fotoopowieść. Setka innych wymyślonych tytułów, też będzie nie po polsku, jeżeli tylko jednym słowem chcielibyśmy powiedzieć photostory. Słowem tytuł jest OK.

Stylowe ciuchy? Myślałem, że to świat postapo, a nie galeria handlowasmiley.

@regulatorzy No dobra, ale ja rozumiem, z tego co piszesz, że to jest jednak uznaniowe. Poza tym: “Monologów niewypowiedzianych można też nie wyróżniać w żaden sposób w stosunku do reszty narracji” – https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/;10328 – tu jest napisane, że można tak, jak ja piszę.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Drogi Cerlegu, dla kogo piszesz? Jeśli dla siebie, zawsze możesz zostawić jak chcesz. Jeśli jednak dla innych, pokusiłbym się o wyróżnienie myśli, aby czytelnikowi było łatwiej. Jestem za wprowadzaniem wszystkiego, co ułatwi czytelnikowi lekturę mojej prozy.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Mjacku, nie pisałam, że tytuł musi być jednowyrazowy. Sprzeczać się nie będę, bo i nie ma o co. Każdy z nas ma swój gust. W moim nie leżą między innymi obcojęzyczne tytuły. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

@Darcon, ja tylko zwracam uwagę, że poradnia językowa PWN wskazuje taki zapis, jako prawidłowy – tak się wdałem w tę dyskusję, bo do tej pory, również na poziomie wydawnictw, nikt tego nie wskazał jako błąd, a piszę tak od dawna. W tym sensie – jasne, że piszę dla czytelników i rozumiem, że różni lubią różnie (podobnie zresztą jak redaktorzy) i naprawdę do tej pory woleli tak. Więc chcę zrozumieć naturę uwagi. Większość uwag @regulatorzy jest w punkt, zgadzam się z nimi i czytam z zaciekawieniem także pod innymi tekstami, bo się dzięki temu uczę, ale tutaj IMHO nie mamy do czynienia z błędem, tylko ze stylem.

Jest też zawsze ostateczny argument – powiedzcie Cormackowi, że się inaczej pisze :)

A na marginesie – IMHO tekst oprócz tego, że czytelnik czyta, to czytelnik też ogląda, dlatego pomysły typu “myśli kursywą” mnie odpychają, bo się robi śmietnik. Myśli w cudzysłowie – dla mnie akceptowalne. W tym tekście zrobiłem tak, ale na pewno są teksty, w których napisałbym inaczej (jak rozumiem, naczelna zasada jest taka, żeby w jednym tekście było spójnie).

@śniąca, mjacek7235, dziwna sprawa, zgadzam się z Wami obojgiem. Sam uważam, że ten tytuł jest po prostu słaby, ale ja jestem słaby w tytuły, to zawsze wolę zostawić redaktorowi/wydawcy (jeśli jakiś jest).

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Cerlegu, wszak nie napisałam, że popełniłeś błąd.

Sygnalizuję tylko, że kiedy czytam i natykam się na zapis myśli bohatera, a ten niczym nie różni się od reszty tekstu, zostaję wytrącona z rytmu, bo muszę ustalić, co właśnie czytam. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy OK, zrozumiałem Twoją uwagę jako wskazanie błędu. Ale myślę, że już się rozumiemy doskonale. Przy okazji – ja tu jestem od niedawna na forum, ale to jest jakaś tytaniczna praca, którą wykonujesz, jestem pod wrażeniem i bardzo Ci za to dziękuję.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Cerlegu, bardzo Ci dziękuję za tak dobre o mnie mniemanie. Jest mi niezwykle miło. ;D

Dodam jeszcze, że wszystkie uwagi, które zostawiam pod opowiadaniami – wyjąwszy ewidentne błędy – to tylko i wyłącznie sugestie. Cieszę się, jeśli autor zechce z nich skorzystać, rozumiem, gdy będzie wolał pozostać przy własnej wersji. 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@mjacek z literaturą amerykańską to chyba jednak przypadek, bo choć uwielbiam, to tutaj nie miałem takiego zamiaru, żeby się do niej odnosić. Zresztą, co to jest klasyczna literatura amerykańska, Faulkner, Steinbeck, Vonnegut, Kerouac, Lee, Foster? Mam jakiś pogląd na wspólny mianownik, ale to na pewno nie ma wiele wspólnego z Photostory.

Co do szczegółów: zęby – ok, chodziło o to, że na froncie. marynarka – tak jak pisała śniąca, zwlekanie – “ociężale” rzeczywiście trzeba wywalić, ale wydaje mi się, że z pozycji siedzącej też można”.

 

Natomiast z dużego obrazka – wolałbym nie tłumaczyć, czemu szeryf zrobił to, co zrobił, zostawiam to czytelnikowi. Po co w ogóle ludziom wspomnienia w świecie post apo? Zaś co do zdjęcia – między końcem pierwszej sceny, a początkiem drugiej na pewno się jeszcze wiele rzeczy wydarzyło, które czytelnik musi sobie dopowiedzieć. Ja oczywiście mam swoje wyobrażenie, ale ponieważ nie piszę, to nie chcę robić przypisu do opowiadania, tekst jest skończony i jest go tyle, ile jest.

 

Dzięki za miłe słowa, cieszę się, że się podobało.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Powracam po długiej przerwie.

 

Całkiem niezłe. Nie znam, co prawda, Neuroshimy – moloch, jak dla mnie, to taka jaszczurka – i trochę brakuje mi bardziej szczegółowych wyjaśnień. Przecinkologia też miejscami jeszcze szwankuje. Ale styl i historia – bardzo przyjemne. Widzę potencjał :)

 

Pozdrawiam!

 

Precz z sygnaturkami.

Daje się odczuć w tekście, że jesteśmy wrzuceni w już skonstruowany świat i lepiej coś o nim wiedzieć. Jak dla mnie, to wrażenie jest o wiele za silne. Ale rozumiem skąd się wziął tekst, a przeciw fanfikom nie jestem. Myślę, że na tym polu, Twoja propozycja się wyróżnia, ale cóż, nie jest to dla mnie.

Również nie znam świata i trochę brakowało mi wyjaśnienia pewnych rzeczy, ale czytało się przyjemnie, a pomysł całkiem intrygujący. Nieźle napisana scena w barze.

Zatrzymało mnie to powtórzenie: 

Picie szło gładko, a Jerry, profesjonalista w każdym calu, robił to, co potrafił najlepiej: czarował rozmówcę i oceniał go szczegół po szczególe.

Kaktus okazał się jednak niezłą zagadką, nawet dla takiego profesjonalisty w każdym calu, a poskładanie wszystkich elementów do kupy zajęło kilkanaście zdań i dwa podniesienia głosu.

Ogólnie podobało mi się. Ciekawy pomysł ze sprzedażą wspomnień. Dobrze się czytało.

@Anet

ale wiesz, że to celowe? (ja nie mówię, że to dobre)

 

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Aaaaa, myślałam, że niedopatrzenie ;)

Nowa Fantastyka