- Opowiadanie: Szymon Teżewski - Kacapska wiśnia

Kacapska wiśnia

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Kacapska wiśnia

Ka­cap­skie wi­śnie róż­nią się tro­chę od tych zwy­czaj­nych. Drze­wa są jakby tro­chę skar­ło­wa­cia­łe i doj­rze­wa­ją wcze­śniej, a owoce są mniej­sze, ja­śniej­sze i bar­dziej kwa­śne. No i oczy­wi­ście, jak sama nazwa wska­zu­je, wzię­te są od ka­ca­pów z Ga­bo­wych Grą­dów, więc ich przod­ko­wie przy­wę­dro­wa­li gdzieś z da­le­kiej Rosji. Ka­ca­pów też.

 

Jedno z ta­kich drzew rosło zaraz przy pło­cie Pół­to­ra­ków, nie­da­le­ko kur­ni­ka. Było stare, z pół­no­cy już tro­chę uschnię­te. Po­wo­li prze­sta­wa­ło owo­co­wać. Jed­nak naj­dziw­niej­sze w nim było to, że ponoć miało w sobie nie­zwy­kłą moc. I nie cho­dzi tutaj o to, że dobre z niego były różdż­ki, bo nie róż­ni­ły się one wiele od tych z in­nych wiśni. Ra­czej o to, że lu­dzie po­wia­da­li, że dzię­ki tej wła­śnie wiśni młode dziew­czy­ny po­zby­wa­ły się kie­dyś nie­chcia­nych i nie­pla­no­wa­nych dzie­ci…

Naj­star­sze babki twier­dzi­ły, że w tym celu trze­ba było pod­kraść się do niej o pół­no­cy, zjeść odro­bi­nę ży­wi­cy z jej pnia i wy­po­wie­dzieć ja­kieś słowa, o któ­rych już nie mó­wi­ły tak chęt­nie. Po­dob­nie jak o tym, że je­że­li się udało, to sym­bo­licz­nie na­le­ża­ło pod­lać ją ko­lej­nej nocy odro­bi­ną ró­żo­wej krwi po po­ro­nie­niu.

Niby nikt w te hi­sto­rie do końca nie wie­rzył, a jed­nak Pół­to­ra­ko­wie drze­wa nie wy­ci­na­li, mó­wiąc, że jak za pło­tem to ro­śnie na mie­dzy i nie jest wła­ści­wie ich. Rosła więc sobie ka­cap­ska wi­śnia jak i przed kil­ku­dzie­się­cio­ma laty. Spo­koj­nie, z rzad­ka tylko sze­lesz­cząc coraz bar­dziej zbrą­zo­wia­ły­mi li­ść­mi, po­mię­dzy któ­ry­mi cho­wa­ły się jesz­cze ob­ra­ne przez szpa­ki wi­śnie. Bo tylko szpa­ki chcia­ły z niej jeść.

Cała hi­sto­ria za­czę­ła się cał­kiem nie­da­le­ko od tej wiśni. Do­kład­niej mó­wiąc za kur­ni­kiem, gdzie było kilka wa­rzyw­nych grzą­dek. Była cie­pła, późna wio­sna. Kasia na­to­miast była jesz­cze młoda i, po­wie­dzieć można, głu­pia. Za­pach tra­wek przy­jem­nie usy­piał, więc dziew­czy­na po chwi­li pie­le­nia przy­sia­dła, a już mo­ment póź­niej nie­win­nie drze­ma­ła. Prze­bu­dzi­ła się i po­czu­ła, że coś trzy­ma ją za nogę… Nie otwie­ra­ła oczu, bo dotyk ten wcale jej nie prze­ra­żał, a wręcz spra­wiał dziw­ną przy­jem­ność. Ręka prze­su­wa­ła się coraz wyżej, druga na­to­miast ob­ję­ła Kasię. Za­pach wio­sny ude­rzył jej chyba do głowy, ale w końcu kto mógł­by ją zo­ba­czyć za kur­ni­kiem…

Nie­zna­jo­my za­czął skła­dać krót­kie po­ca­łun­ki na jej szyi. De­li­kat­nie otwo­rzy­ła lewe oko i zo­ba­czy­ła ja­kie­goś ru­do­wło­se­go chło­pa­ka. W do­dat­ku, jak na pierw­szy rzut oka, bar­dzo przy­stoj­ne­go ru­do­wło­se­go chło­pa­ka. Zbli­żył się do jej ust, a ona nie była w sta­nie nie od­wza­jem­nić tak na­mięt­ne­go po­ca­łun­ku. "Zresz­tą", my­śla­ła sobie, "to pew­nie tylko bar­dzo re­ali­stycz­ny sen". Ostat­nio mie­wa­ła po­dob­ne, w końcu była do­ra­sta­ją­cą ko­bie­tą. A poza tym w oko­li­cy nie było żad­nych ru­dziel­ców – skąd więc ten miał­by się tu rap­tem zja­wić? Tak, to mu­siał być sen

 

Do­pie­ro po dwóch mie­sią­cach Kasia stwier­dzi­ła, że to wcale nie mu­siał być sen. Prze­sta­ła mie­siącz­ko­wać i kil­ku­krot­nie wy­mio­to­wa­ła.

Mu­sia­ła coś z tym zro­bić. Była w końcu zbyt młoda na dziec­ko. I jaki by chciał potem cho­wać cudze? Wstyd, wstyd i jesz­cze raz wstyd… Było tylko jedno roz­wią­za­nie. Babka.

Kasia sły­sza­ła wiele hi­sto­rii o tej ta­jem­ni­czej ko­bie­cie. Kil­ku­krot­nie wi­dzia­ła ją nawet gdzieś w lesie, albo na łące. Za­wsze zbie­ra­ją­cą ja­kieś traw­ki. Mó­wio­no o niej sporo, zwłasz­cza dłu­gi­mi zi­mo­wy­mi wie­czo­ra­mi przy cie­ple do­mo­we­go pieca. Jed­nak poza domem ro­bio­no to dużo rza­dziej, mniej chęt­nie i z re­gu­ły szep­tem.

Dziew­czy­na przy­go­to­wa­ła więc mały pa­ku­nek: kilka jajek, które zna­la­zła przed mamą, spory kubek jagód, ka­wa­łek bab­ci­ne­go pie­ro­ga. Wsta­ła skoro świt i po­szła do lasu, gdzie mie­ści­ła się chata Babki. Gdy była już w po­bli­żu zdała sobie spra­wę, że samo wej­ście do babki jest zry­tu­ali­zo­wa­ne – tym­cza­sem ona zu­peł­nie nie miała po­ję­cia jak to się robi. Czy puka się sie­dem razy, czy może naj­pierw puka w okien­ko, albo czy ko­szy­czek na­le­ży zo­sta­wić w sieni, czy też może wziąć ze sobą? Zro­bi­ło się jej głu­pio, a ta nie­pew­ność tylko po­bu­dzi­ła lęk, z któ­rym szła tu od po­cząt­ku. Jak to po­wie­dzieć babce, skoro nawet księ­dzu bała się po­wie­dzieć? W końcu za­wsze się pil­no­wa­ła. Nawet gdy Wik­tor, który się jej w końcu po­do­bał, za­czął ją przy­tu­lać nad rzeką… Do ni­cze­go nie do­szło – po­tra­fi­ła więc od­mó­wić. Tym­cza­sem co miała po­wie­dzieć? Że za­szła w ciążę we śnie, przez przy­pa­dek? Nikt o zdro­wych zmy­słach by jej nie uwie­rzył… Usia­dła więc przy lipie i za­czę­ła ci­chut­ko pła­kać.

 

Babka mu­sia­ła się bar­dzo zdzi­wić. Wra­ca­ła wła­śnie z całym ko­szy­kiem ziół, które jak co roku zbie­ra­ła na mie­dzach wła­śnie tego sierp­nio­we­go dnia, a potem prze­cho­wy­wa­ła na od­dziel­nej półce, jako "szcze­gól­nie silne". W każ­dym razie teraz usły­sza­ła płacz, który do­bie­gał ze stro­ny sta­rej lipy. Ktoś naj­wy­raź­niej sie­dział scho­wa­ny po dru­giej stro­nie jej ol­brzy­mie­go pnia.

– Po­wiedz mi lipko, kto tam tak pła­cze? Czego chce?

 

Ktoś de­li­kat­nie po­pu­kał pła­czą­cą Kasię w ramię. Była pra­wie pewna, że to ten ru­dzie­lec zza kur­ni­ka. Scho­wa­ła więc głowę głę­biej, otu­la­jąc ją ra­mio­na­mi.

– Idź stąd le­piej. Dość mi na­ro­bi­łeś… – wy­szep­ta­ła.

– Coś się stało Kasi? – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta o tro­chę pi­skli­wym gło­sie. – Chce czego?

Pierw­szy raz usły­sza­ła wtedy głos Babki. Nie był wcale tak prze­ra­ża­ją­cy jak zwy­kła to sobie wy­obra­żać. Żeby być szcze­rym – był cał­kiem przy­jem­ny. Tro­chę pi­skli­wy, ale bar­dzo me­lo­dyj­ny. Mimo to Kasia nie mogła wy­krztu­sić z sie­bie słowa. Pła­ka­ła coraz gło­śniej.

– Mówi, nie boi się mnie. Co jej ten chło­piec zro­bił?

Dziew­czy­na zdzi­wi­ła się, prze­sta­ła pła­kać i aż pod­nio­sła głowę. Czyż­by Babka wi­dzia­ła ją wtedy za kur­ni­kiem? A może się tego jakąś dia­bel­ską sztu­ką do­wie­dzia­ła…

– No powie, bo ina­czej to nic nie za­ra­dzim.

– Dziec­ko – po­wie­dzia­ła Kasia pa­trząc przed sie­bie i sta­ra­jąc się unik­nąć wzro­ku sta­rusz­ki. – Co mi robić?

– To nie takie pro­ste, chodź­my do chaty to po­ga­da­my jak ko­bie­ta z ko­bie­tą. – Babka po­da­ła Kasi rękę i po­drep­ta­ły razem do nie­wiel­kiej drew­nia­nej chat­ki.

 

– Czyli rudy był i we śnie zba­ła­mu­cił? – spy­ta­ła sta­rusz­ka z dziw­nym bły­skiem w oku. – U nas nie ma ru­dych, a przy­naj­mniej ja dawno nie wi­dzia­ła… – do­da­ła jakby do sie­bie.

– Rudy, jak Boga ko­cham rudy!

– A to z kolei nie­do­brze mi się widzi. Po­zwo­li, że się za­py­tam jesz­cze… – tutaj gło­śno chrząk­nę­ła i prze­łknę­ła – Złego co ro­bi­ła wtedy?

– Wtedy – zmie­sza­ła się Kasia – wtedy to ja aku­rat od­po­czy­wa­łam, bo pie­le­nie jakoś nie szło…

– Czyli ty z le­ni­stwa na mie­dzy po­snę­ła?

– No… Tak to można po­wie­dzieć – dziew­czy­na na chwi­lę urwa­ła, szu­ka­jąc ja­kie­goś do­bre­go za­koń­cze­nia – ale na drugi dzień już całe po­pie­li­łam!

– Idź do domu i jutro przyjdź. Muszę po­my­śleć. A ko­szy­czek weź, przy­da się tobie, bo teraz jeść mu­sisz do­brze.

 

I na drugi dzień Kasia znowu wy­bra­ła się do Babki. Tym razem w cał­ko­wi­cie do­brym hu­mo­rze i bez stra­chu. Ta sa­mot­na ko­bie­ta wcale nie wy­glą­da­ła na groź­ną, nie ga­da­ła od rze­czy. Wy­da­wa­ło się nawet, że nie są jej obo­jęt­ne losy Kasi i jej bę­kar­ta. A i dzień był przy­jem­ny i sło­necz­ny. Lekki wia­te­rek zda­wał się bawić ka­si­ny­mi wło­sa­mi w ko­lo­rze żyta.

Babka jed­nak już na przy­wi­ta­nie zga­si­ła jej zapał i ra­dość.

– Czego teraz dziew­czy­ny war­ko­czy nie wiążą, tylko cho­dzą jak anie­li­ce, a potem się dzi­wią, że je kto zru­szył!

Nie wró­ży­ło to do­brze dal­szej roz­mo­wie. Sta­rusz­ka zda­wa­ła się być bar­dzo zde­ner­wo­wa­na. Tylko czemu mia­ła­by być zła w tak pięk­ny dzień? Od­po­wiedź oka­za­ła się gor­sza niż kto­kol­wiek mógł­by prze­wi­dy­wać…

– To czar­ci bę­kart – po­wie­dzia­ła Babka wska­zu­jąc za­krzy­wio­nym pal­cem na brzuch Kasi. – Dia­beł ci go zro­bił.

To z pew­no­ścią nie było de­li­kat­ne z jej stro­ny. Teraz mu­sia­ła za to za­pła­cić cucąc Kasię przy po­mo­cy ja­kie­goś wo­recz­ka z zio­ła­mi. My­śla­ła nad całą spra­wą pra­wie do rana i w końcu do­szła do wnio­sku, że to mu­siał być czart. Nie zda­rzy­ło się to od kil­ku­dzie­się­ciu lat… Ale wszyst­ko wska­zy­wa­ło, że się nie my­li­ła.

Tylko czemu aku­rat teraz? I czemu wła­śnie Kasia?

Tylko w jeden spo­sób Babka mogła po­znać od­po­wiedź na te nur­tu­ją­ce ja py­ta­nia. Do­rwać tego pie­kiel­ne­go ru­dziel­ca i wy­cią­gnąć z niego co się da. Po­trze­bo­wa­ła do tego przy­nę­ty, i to naj­le­piej bar­dzo mło­dej przy­nę­ty. Sta­rusz­ka za­wsze wy­zna­wa­ła za­sa­dę, że cel uświę­ca środ­ki. Tak więc tym razem plan był bar­dzo pro­sty – upro­wa­dzić jakąś dziew­czy­nę z pola, po­ło­żyć za kur­ni­kiem i cze­kać na czar­ta. Oczy­wi­ście wcze­śniej ją uśpiw­szy, żeby się zbyt­nio nie wierz­ga­ła. Uło­ży­ła więc Kasię na szla­ba­nie, za­mknę­ła jej dło­nią oczę­ta i wy­mru­cza­ła coś pod nosem, a dziew­czy­na mo­men­tal­nie za­snę­ła.

Babka wy­szła na po­dwór­ko i za­gwiz­da­ła przez zęby na Burka. W końcu mu­sia­ła też mieć przy­nę­tę na przy­nę­tę. Całe szczę­ście nie mu­sia­ła długo szu­kać, bo aku­rat ciem­no­wło­sa Żyw­no­wian­ka zbie­ra­ła cał­kiem nie­da­le­ko ja­go­dy, za­pew­ne nie wie­dząc, że tak nie­bez­piecz­nie zbli­ży­ła się do sa­mot­nej chat­ki. Burek pod­biegł do niej i za­czął się łasić, dziew­czyn­ka schy­li­ła się, żeby go po­gła­skać, a Babka chwiej­nym kro­kiem za­kra­dła się od tyłu trzy­ma­jąc po­tęż­ny konar. Za­mach. Jeden celny cios w po­ty­li­cę i dziew­czyn­ka była po­rząd­nie ogłu­szo­na.

– Babka ją zabić chcie­li? – za­szu­mia­ły prze­stra­szo­ne sosny.

– Nie, uśpić. Ale za­mo­wę za­po­mnia­ła.

 

Młoda Żyw­no­wian­ka była bar­dzo ładną dziew­czy­ną. Ciem­ne krę­co­ne włosy, nie­bie­skie oczy i pro­ste zęby. Sku­si­ła­by się więk­szość chło­pa­ków, a co do­pie­ro czart! Babka przy­cza­iła się przy wę­dzar­ni i cze­ka­ła. Dia­beł się jed­nak nie zja­wiał i nie zja­wiał. Aż wresz­cie zza kur­ni­ka wy­chy­lił się ko­gu­cik, który w mgnie­niu oka stał się ru­do­wło­sym mło­dzień­cem. Uklęk­nął przy dziew­czy­nie i po­ca­ło­wał ją w szyję. Na to tylko Babka cze­ka­ła. Wy­sko­czy­ła zza wę­dzar­ni jak kot i za­rdze­wia­łym nożem przy­bi­ła mu stopę do ziemi. Dia­beł prze­raź­li­wie za­wisz­czał.

– Nie ru­szaj się czar­ci synu, bo i mam wodę na cie­bie – po­wie­dzia­ła Babka dość spo­koj­nie.

– Czego chcesz sta­ru­cho! Puść mnie! – ję­czał dia­beł. – Przy­nio­sę monet w gar­nusz­ku. Nie chce bab­cia monet? Gar­nu­szek cały!

– Ty głupi, albo nie od nas – skwi­to­wa­ła go.

– Bo?

– Tra­fi­łeś na jedną z tych co w desz­czu tań­czą. – Mó­wiąc to wy­krzy­wi­ła usta w iro­nicz­nym uśmie­chu. – I ko­gu­ci­ków się nie boję. Tak więc mów jak ci na imię.

– Kaduk. Kaduk ze Sło­necz­nej Po­la­ny.

– I cie­bie Kaduk aż zza Ba­lin­ki tutaj przy­wiać mu­sia­ło… Po­wiedz ty mi czego Kasię zbrzu­cha­cił!

– Bo co!

– O i się tra­fił śmia­ły bie­sik – od­po­wie­dzia­ła Babka gło­sem jakim mówi się za­zwy­czaj do ma­łe­go kota. – A wiesz ty jak ja za ro­so­łem prze­pa­dam? I myślę, że mi Pół­to­ra­ki tego ko­gu­ta co piać nie chce od­da­dzą bez py­ta­nia…

– Temu ka­ca­po­wi chcia­łem pomóc. Le­ni­wy jest, stra­szyć nie chce, a głod­ny jak wilk. A już dziew­ki pod wi­śnię z pła­czem same nie przy­cho­dzą.

 

Babka za­czę­ła roz­my­ślać. To zda­wa­ło się nawet trzy­mać kupy. Przed laty Pół­to­ra­ko­wie po­sa­dzi­li ka­cap­ską wi­śnię, żeby za­zna­czyć gdzie po­cho­wa­li mar­twe dziec­ko Eu­ge­nii. Ina­czej się wtedy nie dało, bo czasy były i dla ży­wych nie­bez­piecz­ne. Lu­dzie wy­my­śli­li sobie zaraz, że tam do wiśni tylko przyjść trze­ba i z niej ży­wi­cy zjeść odro­bi­nę, a potem się po­ło­żyć pod nią i dziec­ka nie bę­dzie.

I tak się ponoć dzia­ło.

Babka wie­lo­krot­nie pró­bo­wa­ła spraw­dzić czy jakaś masz­ka­ra w wiśni nie za­miesz­ka­ła, ale w końcu stwier­dzi­ła, że to naj­wy­raź­niej ko­lej­na plot­ka. Mogła się jed­nak mylić. Zda­rzy­ło się jej to prze­cież nie jeden raz w życiu. Mogło to więc być ko­lej­ne dia­bel­stwo, któ­re­mu się Babkę udało oszu­kać. Żadne jed­nak nie oszu­ki­wa­ło jej przez tyle lat!

 

– Puści mnie Babka! – ję­czał Kaduk dalej. – Przez pół roku będę jako kogut sie­dział i nic nie broił! Ze­wsząd mnie gnali – za­czął się żalić – a tu mi do­brze, jeść bym miał, a i kurki ni­cze­go sobie.

Babka po­sta­no­wi­ła się nad Ka­du­kiem zli­to­wać. A przy oka­zji wy­ko­rzy­stać go do ścię­cia tej pie­kiel­nej wiśni – w końcu je­że­li coś w niej rze­czy­wi­ście sie­dzia­ło, to nie było to za­da­nie bez­piecz­ne.

Zna­chor­ka wzię­ła więc Ka­du­ka pod rękę i za­pu­ka­ła do Pół­to­ra­ków. Otwo­rzył jej stary To­masz i od­ru­cho­wo się prze­że­gnał.

– Wszel­ki duch Pana Boga chwa­li! – krzyk­nął jesz­cze To­masz dla bez­pie­czeń­stwa, a Kaduk wy­prę­żył się, wierz­gnął, ale nie zawył. – Czego chce­cie Babko?

– Wi­śnie waszą trze­ba ściąć To­ma­szu. Sucha już, jeść z niej nie jecie. Żad­ne­go z niej po­żyt­ku, a mnie się zda po­piół na le­kar­stwa.

– Taka ona nasza… Na mie­dzy ro­śnie. A i ja już, bar­dzo mi przy­kro, za stary je­stem i siły nie mam żeby z sie­kie­rą latać – po­smut­niał męż­czy­zna i za­pa­trzył się w dal. – Zresz­tą. Jak Babka mówi, że trze­ba wi­śnię spa­lić, to ja Babce wie­rzę i mnie nic do tego. Żeby mi tylko jakiś czort do cha­łu­py nie wlazł.

– A mi tylko o po­zwo­leń­stwo cho­dzi – mó­wiąc to babka od­wró­ci­ła się w stro­nę Ka­du­ka i prze­raź­li­wie sze­ro­ko otwo­rzy­ła jedno oko – ten chło­pak sam ze­tnie.

 

Przed zmro­kiem ogni­sko z wiśni, dla pew­no­ści za­pa­lo­ne na kar­czu, po­wo­li już do­ga­sa­ło. Kaduk wy­ja­dał z niego ostat­nie pie­czo­ne ziem­nia­ki. Był z sie­bie za­do­wo­lo­ny. Spo­koj­ny i pewny sie­bie, bo wszyst­ko to­czy­ło się po jego myśli. Wtedy Babka ni stąd, ni zowąd po­wie­dzia­ła:

– Oszu­ka­łeś mnie Kaduk. W tej ka­cap­skiej wiśni nic nie sie­dzia­ło.

Czart upu­ścił go­rą­ce­go ziem­nia­ka na zie­mię. Za­marł w bez­ru­chu. Prze­łknął ślinę i wy­krztu­sił:

– Tak po praw­dzie… To ina­czej było. Kasia mi się spodo­ba­ła.

– Tobie to się ko­kosz­ka po­win­na spodo­bać. – sta­rusz­ka za­śmia­ła się, jakby był to naj­ge­nial­niej­szy dow­cip.

– Nie śmiej­cie się Babku! Taka praw­da. Już ja dawno cho­dzi­łem za nią, pa­trzy­łem. To nie szło się nie za­ko­chać.

– Kasi to mo­żesz po­wie­dzieć. Uwie­rzy­ła­by może…

– Myśli Babka, że po­wi­nie­nem? – oży­wił się Kaduk. – Może ona by chcia­ła mnie?

– Ona może by chcia­ła i pew­nie by uwie­rzy­ła nawet… – Rap­tem Zna­chor­ka szyb­kim ru­chem prze­bi­ła za­rdze­wia­łym nożem Ka­du­ko­wą stopę. Tym razem lewą. Struż­ka smoły wy­pły­nę­ła na trawę. – …tylko ja ci nie wie­rzę.

 

Sy­tu­acja była nie­cie­ka­wa. Babka do­my­śli­ła się szczę­śli­wie, że Kaduk chciał ją oszu­kać. Je­że­li na­praw­dę byłby za­ko­cha­ny w Kasi… Oczy­wi­ście o ile czar­ty za­ko­cha­ne być mogą. A co do tego Babka nie była pewna…. Nie ru­szył­by Żyw­no­wian­ki. To go zdra­dzi­ło.

Jed­nak było już za późno, żeby Kasia mogła się dziec­ka bez­piecz­nie po­zbyć. Zna­chor­ka oba­wia­ła się, że Kaduk chciał sobie w ten spo­sób spło­dzić syna. Albo, co gor­sza, zjeść płód w któ­rymś mo­men­cie. Pal go licho. Dziec­ko mu­sia­ło zo­stać.

Kasia no­si­ła więc przez resz­tę czasu coraz więk­szy brzuch. I bar­dzo czę­sto pła­ka­ła. Był to w końcu wstyd nie tylko dla niej, ale i dla całej ro­dzi­ny. W do­dat­ku wy­szło na jaw, że cho­dzi­ła po coś do Babki. Za­czę­ły więc krą­żyć plot­ki. Dziec­ko, które miało się na­ro­dzić jesz­cze przed wyj­ściem na świat po­strze­ga­ne było jako złe. A co do­pie­ro gdyby dziew­czy­na po­wie­dzia­ła komuś kto je naj­pew­niej zmaj­stro­wał!

Kaduk za­miesz­kał tym­cza­so­wo w ko­mór­ce u Babki. Zda­wał się być za­do­wo­lo­ny z tego, że bę­dzie miał dziec­ko. Zmon­to­wał nawet dę­bo­we łó­żecz­ko. Sta­rusz­ka mu­sia­ła go trzy­mać bli­sko sie­bie, żeby nie wy­rzą­dził żad­nej krzyw­dy dziec­ku i Kasi. Praw­do­po­dob­nie nawet nie wi­dział jej już ani razu po całym zaj­ściu…

Za to bar­dzo czę­sto cie­szył się, że w końcu bę­dzie miał swoje, jak twier­dził, pierw­sze dziec­ko. Był może tro­chę lu­bież­ny i naj­wi­docz­niej nie mógł się oprzeć wi­do­ko­wi mło­dych dziew­czyn, ale w tej swo­jej ra­do­ści wy­da­wał się być na­praw­dę szcze­ry.

Czę­sto z nudów kradł gdzieś ja­kieś sma­ko­ły­ki, umiesz­czał we wła­sno­ręcz­nie zro­bio­nym wi­kli­no­wym ko­szycz­ku i kazał Babce za­nieść je Kasi. Z tym, że Babka zro­bić tego nie mogła. Przy­szła matka i tak miała już z nią pro­ble­my.

 

Wresz­cie mi­nę­ło dzie­więć mie­się­cy od spo­tka­nia za kur­ni­kiem. Był pięk­ny ma­jo­wy po­ra­nek. Babka wy­szła na po­dwó­rze, spoj­rza­ła na wschód, wzię­ła głę­bo­ki od­dech i po­wie­dzia­ła:

– To dzi­siaj.

Kaduk za­czął ska­kać jak po­ra­żo­ny. Na ten dzień cze­kał w końcu bar­dzo długo. Na­ło­żył więc jakiś dziu­ra­wy ka­pe­lusz, który pew­nie ukradł ja­kie­muś stra­cho­wi, oraz cał­kiem ładne skó­rza­ne buty. Szko­da, że nie do pary.

– Babka obie­ca­ła, że wie­czo­rem pój­dzie­my i zo­ba­czy­my! – śmiał się na całe gar­dło. – Ja pa­mię­tam!

Poród nie był jed­nak szczę­śli­wy. W ostat­niej chwi­li zde­cy­do­wa­no się za­wo­łać babkę, ale było już za późno. Kasia była naj­wi­docz­niej jesz­cze za młoda na bycie matką. Zmar­ła przy po­ro­dzie.

Nikt jed­nak nie winił za to Zna­chor­ki, bo wszy­scy wi­dzie­li jak bar­dzo się sta­ra­ła. A nie­któ­rzy twier­dzi­li, że wi­dzie­li nawet łzy po­mię­dzy jej zmarszcz­ka­mi.

Był za to pro­blem z dziec­kiem, które szczę­śli­wie udało się sta­rusz­ce ura­to­wać. Z miej­sca uzna­ne zo­sta­ło za prze­klę­te i nikt nie chciał się do niego przy­znać. I tak miało szczę­ście, bo jesz­cze kil­ka­dzie­siąt lat temu szyb­ciej wy­lą­do­wa­ło­by na dnie stud­ni niż w domu dziec­ka. Gdy Babka po­sta­no­wi­ła je przy­gar­nąć, nikt spe­cjal­nie nie opo­no­wał.

 

– Kaduk. To jest ten twój ba­chor – po­wie­dzia­ła Zna­chor­ka do czar­ta, który cier­pli­wie cze­kał na nią trze­ci dzień na po­lnym ka­mie­niu, za który za­bro­ni­ła mu wy­cho­dzić. – Kasia nie wy­trzy­ma­ła.

– Nie… wy­trzy­ma­ła?

– Nie żyje. Za to córkę masz, cie­szysz się?

Kaduk zbli­żył się do sta­rusz­ki i ostroż­nie roz­chy­lił koce. Le­d­wie przy­twar­te ja­go­do­we oczy… Ró­żo­we po­licz­ki. Roz­bra­ja­ją­cy uśmiech ma­leń­kie­go czło­wie­ka.

– To nie moje. Czar­cie dziec­ko po­win­no mieć czar­ne włosy przy uro­dze­niu.

– Wiem Kaduk, idź już ty le­piej na tą swoją Sło­necz­ną Po­la­nę.

Dia­beł spu­ścił głowę i od­szedł, chli­piąc ci­chut­ko.

 

Babka na­to­miast usia­dła na ka­mie­niu. Praw­dę mó­wiąc to dziec­ko było dla niej zisz­cze­niem ma­rzeń, któ­rych sama nie mogła zre­ali­zo­wać. I choć zda­rzy­ło się to tak późno… Za­wsze to le­piej, niż gdyby miała odejść. Wie­dzia­ła, że bano się jej, a młod­si nie wie­rzy­li cza­sem nawet w jej ist­nie­nie. Była jed­nak po­trzeb­na jak nikt inny. A może jak każdy, nawet wio­sko­wy głu­pek, miała swoje okre­ślo­ne miej­sce i za­da­nie. Nie była prze­cież wiecz­na, ktoś mu­siał je po niej zająć.

Babka prze­tar­ła rę­ka­wem twarz, zbli­ży­ła usta do głów­ki dziec­ka i szep­nę­ła:

– To nas twoja mama oszu­ka­ła…

 

Koniec

Komentarze

Zacznę od łyżki dziegdziu:
"Zawsze zbierającą jakieś trawki."- chyba nie muszę pisać, czemu mnie to zdanie ubawiło. Proponuję zmienić na zioła.
Babcia mówi jak ten kurdupel z Star Wars. Według mnie psuje to trochę klimat. Może nie jestem specjalistą, ale na gwarę mi to nie wygląda.
A poza tym bardzo fajne i klimatyczne opowiadanie. Na dodatek zostałem zaskoczony puentą, co dość rzadko się zdarza. Dałbym 5 (gdybym mógł).

Niezłe, niezłe. Gdzieniegdzie interpunkcja kuleje, ale poza tym - dobre opowiadanie. Według mnie babka mówi odpowiednio, reszta postaci raczej też, czasami zdania są może trochę wybite z rytmu. 

No, panie Szymonie, jeśli ma to być pana debiut na łonie tego szacownego portalu, to… ja mówię wszem i wobec: oby więcej było takich debiutów! Dobrym rytmem i stylem napisane. Jakieś drobne potknięcia, ale to każdemu może się zdarzyć. Trochę ludowości, trochę baśniowości, no i przed wszystkim polskie, swojskie klimaty, a nie jakieś tam „made in usa”. A i temat ciekawy, niesztampowy, z dobrym wyczuciem klimatu. Fabuła nie naciągana, dobry rytm narracji, wartko się to czytało i z dużą przyjemnością. Na dobry początek daję 5 bez absolutnie żadnego wahania. Ciekaw jestem, co będzie dalej…

...always look on the bright side of life ; )

Trzy razy któś mnie od tego opowiadania odciągnął. W końcu udało mi się przeczytać i jestem całkowicie usatysfakcjonowany. Chyba nie muszę już uzasadniać oceny - 5.

Kolejny bzdet z rodzaju "Opowieści z remizy".

Niestety, próba ubrania pseudoludowego podania w szaty metafizyki nie powiodła się.

Ani to zabawne, ani śmieszne, może tylko miejscami odbierające apetyt...

Bardzo dobre opowiadanie. Oby więcej takich.
Mocne 5.

Jakby komuś spodobała się postać Babki, to zapraszam do przeczytania innych opowiadań: Żytnia, oraz O Babce, zwanej Znachorką (dość leciwe).

Dziękuję za wszystkie miłe słowa. To budujące, jak człowiek wie, że ktoś go jednak przeczytał. Mam jeszcze w arsenale zupełnie inne rzeczy, również nie "opowieści z remizy", więc przy odrobinie szczęścia może nawet arktur1 odzyska apetyt ;)

Nie podoba mi się treść utworu. Pod względem językowym opowiadanie ma wysoki poziom. Pozdro.

Nie podoba mi się treść utworu. Pod względem językowym opowiadanie ma wysoki poziom.

Ja bym powiedział, że jeśli już, to na odwrót... ale cóż, gdzie dwóch polaków, tam trzy zdania ;)

Kojarzyło mi się z Babunią Jagódką Brzezińskiej, ale koniec pozytywnie mnie zaskoczył. Piątka ode mnie.

Przeczytałam pozostałe dwa opowiadania. Jestem pod wrażeniem. Pomijając pewną nierówność tekstową w "O babce...", opowiadania są świetne, ciekawe, bardzo przyjemnie się je czyta i chętnie przeczytałoby się jeszcze więcej. Nie wiem, co autor ma w zanadrzu oprócz "opowieści z remizy" ale mnie same te opowieści starczą do pełnej satysfakcji z czytania.

A ja bym wolał jednak coś innego. Czasami człowiek popada w pewną manierę– pisze tylko w jednym stylu, tym który mu najbardziej odpowiada. To niebezpieczna tendencja, szczególnie jeśli pojawia się u osób uzdolnionych pisarsko. Jednorodność tematyczna może przyciągać, ale może też nużyć. Ja wolałbym coś z zupełnie innej beczki. Wtedy dopiero, będę „wiedział”, na co szanownego autora naprawdę stać.

...always look on the bright side of life ; )

Przyjemne. Tematycznie bardzo w moich klimatach - ludowość, baśniowość, wioskowośc, babkowość i diabelskość ;) To lubię. Styl raczej prosty, ale przyjemny, bez większych zgrzytów, płynnie i w rytmie. Faktycznie budzi skojarzenia z Babunia Jagódką, ale chyba każda babka będzie się już tak kojarzyć ;)
Spodobałm i się sposób rozpoczęcia opowiadania - taki encyklopedyczny, podręcznikowy. Wydaje mi się, że autorzy dość rzadko rozpoczynają swoje historie w ten sposób. To wzbudza zainteresowanie.
Ogólnie, opowiadanie moim zdaniem conajmniej dobre :) 

Znowu nie wyraziłam się jasno - nie chcę ograniczać autora. Chwalę jedynie to, co już znam i odnoszę się do jednego z wcześniejszych komentarzy.

A mi się język Babki spodobał. :-)

Babska logika rządzi!

Mnie spodobał się nie tylko język Babki, ale całe opowiadanie. Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością.

Zastanawiam się tylko, co w zdaniu: Uło­ży­ła więc Kasię na szla­ba­nie, za­mknę­ła jej dło­nią oczę­ta… znaczy: ułożyć kogoś na szlabanie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka