- Opowiadanie: Zigi - Ashwar: Czasy Magii cz.I

Ashwar: Czasy Magii cz.I

Oceny

Ashwar: Czasy Magii cz.I

Mistrzyni Mignamu

*

– Szybciej, dziewczyno.

Kanna Vilgerstanv przyspieszyła kroku, prowadzona przez najbardziej znienawidzoną nauczycielkę w Akademii Magii. Pięknie, warknęła w myślach, chcąc wyrzucić z siebie nadmiar frustracji i zdenerwowania. Znowu musi się we wszystko wtrącać. Mogłaby dać sobie spokój!

Hanna Bilhah jeszcze bardziej przyspieszyła, jakby właśnie usłyszała myśli młodej adeptki. Kanna zirytowana zachowaniem nauczycielki zaczęła biec, zwalniając co dwa stąpnięcia i znów przyspieszając. Było to dla niej najgorsze możliwe tempo, szybkie, ale jednocześnie nie na tyle, żeby iść równym krokiem. Zaczęły wchodzić po schodach, Kanna przeskakiwała po dwa, narzekając cicho pod nosem i starając się powstrzymać złość.

Nienawidziła tego miejsca. Mieszkała w Akademii Magii prawie całe życie, ale nie potrafiła pokochać tych murów. A Akademię w Wyros mogło się kochać lub nienawidzić. Nikt nie pozostawał obojętny, niektórzy nawet podejmowali decyzję zbyt szybko i pochopnie. Kanna, patrząc na Hannę Bilhah, wiedziała, że ta kobieta w przeszłości dokonała złego wyboru. Niektórzy mylą nienawiść z miłością i kończą tak jak ona – jako osoby zaślepione, nie potrafiące dostrzec świata poza tymi ceglanymi murami.

Po chwili dotarły na miejsce; do gabinetu Arcymistrzyni Magii – Satyly Themerghan. Hanna Bilhah uderzyła mocno dwa razy w czarne dębowe drzwi i, nie czekając na zaproszenie, nacisnęła klamkę, pchając je lekko. Od razu usłyszały krzyki. Najwyraźniej trafiły w sam środek kłótni. Hanna Bilhah uśmiechnęła się przebiegle. Kanna słyszała, że wiele lat temu poróżniła się z Arcymistrzynią i od tamtej pory utrzymywały wrogie stosunki.

– To czysty idiotyzm! Musiałabym być szalona, żeby to poprzeć! – Kanna natychmiast schowała się za Bilhah. Nigdy wcześniej nie słyszała Arcymistrzyni tak zezłoszczonej. – A ty… Ty! Powinnaś się w końcu opamiętać i dorosnąć, zamiast zachowywać się…

– No? Jak niby? Ty, Satyla, powinnaś po prostu przyznać, że się boisz, zamiast nadmuchiwać niczym Marge. Wielkie przedsięwzięcia nigdy nie były w twoim stylu. – Kobieta, w przeciwieństwie do Arcymistrzyni, wydawała się opanowana. Jej głos był miękki i spokojny.

– Racja – odparła zimno Arcymistrzyni – były w twoim stylu i z tego, co pamiętam, nigdy nie przyniosły nam nic dobrego! – Uniosła głos, uderzając otwartą dłonią w biurko.

Obie kobiety wydawały się nie dostrzegać niespodziewanych gości, stały naprzeciw siebie, a Bilhah uśmiechała się lekko i milczała, nie chcąc powiadomić o swojej obecności. Kanna pomyślała, że gdyby teraz umknęła, nauczycielka nawet by tego nie spostrzegła. Wolała jednak nie ryzykować. Wpatrywała się piękną szkarłatną szatę nieznanej kobiety, ze srebrnymi naszyciami i fałdowanym materiałem u spodu. Dwa złote naszycia tuż nad prawym nadgarstkiem oznaczały przynależność do Kręgu Magów.

– Nie przyniosły nic dobrego tobie, siostrunio…

– Miałaś mnie tak nie nazywać!

– Ty chyba nie rozumiesz, o co toczy się gra. Tu nie chodzi tylko o ambicje… – Kobieta przerwała, kiedy dłoń Arcymistrzyni uniosła się gwałtownie. Kanna poczuła chłód w okolicach karku, wzdrygnęła się i cofnęła o krok. Włosy Hanny Bilhah wydawały się na krótki moment stanąć dęba.

– Hanna! – zawołała z udawaną radością Satyla, dostrzegając ją. Okrążyła wielkie mahoniowe biurko i zatrzymała się na czerwonym dywanie pośrodku gabinetu. Stanęła obok kobiety, która pokręciła głową, odwróciła się prędko i wbiła spojrzenie w portret poprzedniego Arcymistrza. – Jak wiele słyszałaś? – zapytała cicho, ale nawet Kanna potrafiła wyczuć groźbę kryjącą się za tymi słowami.

– Niewiele – odparła. – Nie na tyle, żeby zrozumieć… – przerwała nagle.

Szczęka Bilhah zacisnęła się w tej samej chwili, co pięść Arcymistrzyni. Kobieta zaczęła się trząść, Kanna odskoczyła w bok i pisnęła, zakrywając usta dłońmi. Kiedy jej oczy spotkały się z zimnym spojrzeniem największej czarodziejki w królestwie, przez chwilę myślała, że i ją trafi podobna klątwa. Nic takiego się nie stało. Satyla wypuściła współpracownicę z magicznego uścisku.

– Nigdy więcej – zwróciła się do Bilhah, już nie ukrywając wrogości – nie podsłuchuj moich rozmów. Zrozumiałaś?

– T-tak, zrozumiałam.

– To świetnie! Z czym do mnie przychodzisz? Kanna znów coś narozrabiała?

– Tak. Ona…

– Niech zgadnę, znów prowadziła eksperymenty na terenie biblioteki? A może czytała zakazane księgi? Nie? Czyżby niedozwolone kontakty między uczniami? – Arcymistrzyni zmierzyła Kannę wzrokiem. – Jest już w tym wieku…

– Próbowała uciec z terenu akademii – wtrąciła szybko, prostując się i uśmiechając, niemal z dumną. Kanna przeklęła ją w myślach. O ile wymienione wcześniej przewinienia były poddawane surowej karze, tak kara za ucieczkę była sto razy gorsza. Adeptka po prostu nie mogła porzucić nauki i odejść. W najgorszym przypadku zostałaby okrzyknięta apostatką. W najlepszym… Cóż, Kanna wolała tego nie powtarzać.

Arcymistrzyni westchnęła i przeczesała dłonią swoje złociste włosy.

– Rozumiem. Możesz odejść, Hanno.

Znienawidzona Hanna Bilhah z wahaniem odwróciła się na pięcie i odeszła bez słowa. Kanna opuściła głowę, schowała ręce za plecami i błagała w myślach, by kara nie była tak ostra jak poprzednia. Tak naprawdę nie chciała uciec. Wiedziała, że nie może, a zaklęcie, którym starała się otworzyć bramę, nie zadziałało w najmniejszym stopniu. Jednak teraz była pewna, że jeśli miałaby zaklęty mignam, mogłoby się udać. Za pierwszą próbą ucieczki dostała półroczny szlaban, zakaz swobodnego używania magii, zabrano jej pokój i spała w kwaterach służby. Najgorsze było jednak to, że musiała przez cały ten czas milczeć i w tym celu sama Arcymistrzyni zmuszona była rzucić na nią urok. Były to jej najgorsze dni w Akademii.

– Wejdź. – Kanna natychmiast wykonała polecenie, nieco zbyt pospiesznie. Denerwowała się i czuła, że obie kobiety stojące w gabinecie widzą to. Na krótką chwilę spojrzała w stronę wielkiego okna, za którym widać było dzielnicę portową. Chciała kiedyś zobaczyć morze z bliska, zanurzyć się w nim i dowiedzieć, czy woda naprawdę jest słona.

– Siadaj – rzekła Arcymistrzyni Satyla, wracając na swoje miejsce.

Tajemnicza kobieta stanęła w rogu gabinetu i przyglądała się szklanym kulom, obracając je w dłoniach i przystawiając aż do nosa. Wokół jej oczu były charakterystyczne tatuaże przypominające kościste skrzydła ptaka. Jej jasne włosy miały niemalże złoty połysk. Nagle gwałtownie odsunęła kulę od twarzy, robiąc zdziwioną minę.

– Z czego one są? – zapytała, marszcząc nos.

– Ze szkła.

– A czym wypełnione? Wodą? Nieee, to chyba jakiś gęsty płyn.

– Żaden płyn… To egzystencjalna pustka.

– Bardzo śmieszne.

Kiedy kobiety skończyły krótką wymianę zdań, Kanna postanowiła się odezwać:

– Mistrzyni, ja…

– Próbowałaś uciec, słyszałam – przerwała jej, opierając się ciężko o fotel. Kanna uznała to za zły znak. – Pamiętasz ostatni raz? Nie chciałabym karać cię ponownie…

– Zakazy… Nakazy… Rozkazy… To wszystko tylko ogranicza młode umysły, ty powinnaś wiedzieć to najlepiej – odezwała się kobieta znudzonym, leniwym głosem, nie patrząc na Arcymistrzynię. – Siedzenie wiele lat w tym stęchłym budynku nazywanym szkołą magii, to obraza dla samej sztuki Władania. Jak te dzieci mają ją poznać, jeśli nie mogą eksperymentować?

– Nie ty ustalasz zasady, Alyosho! I nie przerywaj mi, rozmawiam z uczennicą, a to ważniejsze niż twoje widzimisię.

– Yhym…

– Kanno – znów zwróciła się do dziewczyny – na ten moment nie mam zamiaru cię karać. Wrócimy do tego tematu jutro, obecnie nie mam na to sił. Może nie wiesz, ale stojąca w rogu kobieta to moja siostra, Alyosha Themerghan, mistrzyni władania mignamem.

Dziewczyna otworzyła szeroko oczy, spojrzała w stronę kobiety i szybko musiała powstrzymać zdziwienie, kiedy spotkała się z chłodnym zielonym spojrzeniem. Czytała o Alyoshy Themerghan, w wielu dziedzinach magii zasłynęła nawet bardziej niż jakikolwiek Arcymistrz. Zrewolucjonizowała magię mignamem, kamieniami szlachetnymi używanymi przez wojowników jako utwardzenie zbroi lub oręża. Teraz mignam stał się dostępny również dla magów jako katalizator zaklęć. Było to światowe osiągnięcie, ponieważ magia stała się dzięki temu potężniejsza niż kiedykolwiek, a szkoły magii wypełniły się uczniami właśnie dzięki tym lekko emanującym niebieskim światłem kamieniom.

– Jak się nazywasz, dziewczyno? – spytała Alyosha. Jej spojrzenie nieco złagodniało.

– Kanna.

– To wiem. Pytam, z jakiego majętnego rodu pochodzisz.

– Vilgerstanv.

– Słucham?

– Nazywa się Kanna Vilgerstanv – odpowiedziała jej Satyla. – Nie słyszałaś?

– Słyszałam, ale… ile masz lat?

– Szesnaście.

– Szesnaście – powtórzyła powoli, na chwilę wpadając w zamyślenie. – Czy twoja matka żyje?

– Zmarła przy porodzie.

– Rozumiem… Zastanawia mnie, dlaczego o tobie nie wiedziałam. Ród Vilgerstanv jest dość szanowany w królestwie. Masz jakieś doświadczenie w dziedzinie magii?

– Praktykuje magię od czwartego roku życia.

– Korzystałaś kiedyś z mignamu?

– Raz – przyznała.

– Ile stref opanowałaś?

– Cztery. Znam jednak kilka zaklęć z piątej strefy i potrafię ich prawidłowo użyć – rzekła. Zaklęcia dzieliły się na strefy, każda była oddzielną dziedziną magii, a Kanna, jako jedyna adeptka czwartej strefy, mogła się pochwalić znajomością piątej. Samo to, że szesnastoletnia adeptka potrafi rzucić klątwę piątej strefy, było niemałym osiągnięciem, ale w porównaniu z całkowitym panowaniem znaczyło bardzo niewiele. Było jak upicie pierwszego łyku wody z wielkiego dzbana.

– Aly, mogłabyś przestać wypytywać moją uczennicę?

– Nie. – Alyosha Themerghan odłożyła szklaną kulę na szufladę i ruszyła w stronę dziewczyny, nie spuszczając z niej wzroku. Jej oczy były poważne, poruszała się z gracją, lekkim krokiem. Kanna zdziwiła się, kiedy mistrzyni mignamu stanęła za nią i oparła dłonie na jej ramionach. Arcymistrzyni wpatrywała się to w dziewczynę, to w siostrę. Kanna wbiła spojrzenie w księgi na biurku, starając się pojąć sytuację.

Co się właściwie dzieje? – spytała samą siebie, ale nie potrafiła wymyślić żadnej sensownej odpowiedzi. Obie kobiety spoglądały po sobie, jakby prowadziły niewerbalną rozmowę. Miała wrażenie, że znalazła się między młotem, szykującym się do potężnego uderzenia. a kowadłem. W pewnym momencie Alyosha nieco mocniej zacisnęła palce. Kanna czuła ucisk na ramionach, ale nie bolesny.

Chcę stąd wyjść, myślała szybko. Chcę stąd wyjść. Daleko. Teraz. Chcę stąd wyjść! Błagam, na Światło, chcą stąd już iść!

– Wyczuwam w niej ogromny potencjał – oświadczyła Alyosha. – Chcę ją.

Satyla patrzyła na nią w niezrozumieniu przez dłuższą chwilę.

– Że co? Czego znowu chcesz?

– Dziewczynę. – Położyła jedną dłoń na czarnych włosach Kanny, jakby tłumaczyła dziecku, o co jej dokładnie chodzi. – Zabieram ją ze sobą.

Młot uderzył o kowadło z większą siłą, niż Kanna mogła się spodziewać. Wyjście. Czy jej modlitwy w końcu zostały wysłuchane i dane będzie jej poznać świat poza Akademią? Nie wiedziała. Przerażało ją to, a jednocześnie radowało jak nic innego. „Zabieram ją”. Te dwa słowa z sekundy na sekundę stały się ciężkie, jakby właśnie sama musiała unieść młot i wykuć na kowadle swoje własne przeznaczenie. Kanna nie wierzyła w przeznaczenie, nie mogła znieść myśli, że coś kieruje jej losem, pcha do chwili zapisanej na kartach niebios, jak zwykli mówić kapłani. Jednak teraz chciała wierzyć. Nieważne było, że nie znała Alyoshy, chciała odejść. Natychmiast.

Arcymistrzyni Satyla zacisnęła palce na nosie i wzięła głęboki, uspokajający oddech. Wypuszczała powietrze bardzo powoli, ostrożnie, jakby powstrzymywała wybuch wściekłości. Kanna przełknęła ślinę, a Alyosha ścisnęła jej ramiona jeszcze mocnej.

– Chcesz… zabrać moją uczennicę?

– Nie! Gdzież bym śmiała. Zabieram swoją uczennicę. Od tej chwili biorę ją pod swoją pieczę – rzekła.

– Nie pozwolę…

– Powołuję się na trzecie prawo Mistrzyni – powiedziała szybko, nie pozwalając siostrze dokończyć. – Biorę tę dziewczynę jako uczennicę i będą przekazywać jej swoją wiedzę. Szach mat – zaśmiała się.

– Ja ci dam szach mat. Kanno, czy mogłabyś zaczekać przed gabinetem?

Kanna z trudem wstała na nogi. Kolana miała jak z waty, czuła się, jakby szła po grubej warstwie żelu. Obie kobiety odprowadzały ją wzrokiem, a zanim zamknęła drzwi, miała wrażenie, że słyszy wybuch złości Arcymistrzyni.

Wszystko ucichło. Kanna wzięła szybki oddech, oparła się o ścianę i już nie ukrywała przerażenia. Wszystkie emocje natychmiast wyszły na wierzch. Nadal słyszała te słowa.

„Zabieram ją”.

Czekała już prawie pół godziny, zdążyła ochłonąć i wszystko przemyśleć. Siedziała pod ścianą, wpatrywała się w obraz sędziwego starca, jednego ze starych Arcymistrzów, podrzucając okruch mignamu. Właśnie, mignam, najdroższy kamień szlachetny z – prawie – nieograniczonymi możliwościami w dziedzinie magii. Raz czarowała za jego pomocą, użyła zwykłego zaklęcia powstrzymania wiatru, ale z kryształem mignamu, zamiast zatrzymać go w promieniu trzech metrów, usunęła wiatr na terenie całej akademii. Było bezwietrznie, a upał panował nawet w cieniu. Wtedy właśnie wpadła na pomysł wykorzystania kamienia do ucieczki. Okruch jednak był zbyt słaby, potrzebowała bryły albo kuli. Koniec końców i tak nie wiedziała, skąd może zdobyć mignam potężniejszy niż ten wielkości paznokcia, który uparcie ściskała w dłoni.

Jeśli mnie zapytają, pomyślała zdecydowana, powiem, że chcę odejść. W końcu się uwolnię z tego więzienia. Chcę poznać świat. Nie będę tak głupia jak Bilhah, nie zostanę tutaj na zawsze!

W końcu drzwi się otworzyły, Kanna zerwała się na równe nogi. Arcymistrzyni stała z burzą złotych włosów na głowie, jakby trafiło w nie zaklęcie piorunu. Alyosha Themeghan obok, w podobnym stanie. Nie chcę wiedzieć, co się tam wydarzyło, pomyślała przerażona.

– Idź się spakować – poleciła Satyla. – I to szybko, od tej chwili nie jesteś uczennicą mojej Akademii.

Mimo iż Kanna bardzo chciała odejść, te słowa wywołały ukłucie żalu. Na szczęście tylko na krótką chwilę. Spojrzała pytająco na Alyoshę, a kiedy ta skinęła zezwalająco głową, pobiegła przez korytarz. Nie przejmowała się, co pomyślą, powiedzą czy zrobią. Obchodziło ją tylko zabranie najważniejszych rzeczy i odejście.

– Tak! – krzyknęła radośnie, zbiegając ze schodów, nie mogąc się już powstrzymać.

* * *

Stała przed głównym wejściem akademii i znowu czekała. Nareszcie mogła odejść. Czuła, jak wiatr wolności porywa jej czarne włosy. Słońce wyszło zza chmur, a odgłosy miasta ją wołały. Chciała je w końcu zobaczyć z bliska, wejść do sklepu, spróbować miejskiego jedzenia, wejść na statek, a później po kolana do Jeziora Giganta.

Jej przyjaciele zostali w środku. Nie czekali z nią na zewnątrz, żeby pomachać, kiedy przekroczy bramę. Chyba dlatego, że nie utrzymywała z nimi przyjaznych stosunków od czasu jej pierwszej próby ucieczki. Kiedy przekazała im radosną wieść, ucieszyli się, ale słyszała też zawód w ich głosach. Z pewnością chcieliby znaleźć się na jej miejscu, wiedziała to aż nazbyt dobrze. Od kiedy pamiętała, z akademii odeszła tylko czwórka uczniów i wszyscy byli starsi od niej. Nie mogła uwierzyć we własne szczęście, brakowało tylko…

– A co ty robisz poza szkołą? – rozległ się nieoczekiwanie znajomy głos, którego miała nadzieję już nie słyszeć.

– Mistrzyni Bilhah! – powiedziała głośno, uradowana. Kanna pomyślała, że to pierwszy raz w życiu, kiedy odezwała się tak wesoło do tej kobiety. – Jakże miło panią widzieć. Już ostatni raz, całe szczęście.

– Słucham? – zapytała zszokowana zachowaniem adeptki. – Co przez to rozumiesz, dziewucho?! I jak ty się zwracasz do Mistrzyni?! Wracaj natychmiast do Akademii albo do końca życia będziesz żałować, że Arcymistrzyni Satyla nie rzuciła na ciebie zaklęcia milczenia! Ale już!

Kanna niemal płakała ze śmiechu, widząc wściekłą minę kobiety. Cofnęła się o krok, nieudolnie udając przerażenie, bo jej twarz była czerwona od powstrzymywanego chichotu.

– I tutaj panią zaskoczę – powiedziała, chichocząc cicho. – Nie wrócę, uciekam. I mam szczerą nadzieję, że już nigdy pani nie spotkam. Ani żadnej tak wrednej kobiety!

Po tych słowach szybko przerzuciła swoją torbę przez ramię i ruszyła biegiem w stronę bramy. Bilhah stała chwilę oszołomiona, a następnie w jej ręce pojawił się kryształ mignamu. Kanna przyspieszyła, przez krótką chwilę żałowała tej jawnej prowokacji, ale mogła już nie mieć takiej okazji. Niebieska wiązka zaklęcia wystrzeliła w jej stronę, ale nie była zbyt celna i Kanna nie musiała nawet jej unikać. Drugie było takie samo, trzecie również. Zdawało się, jakby wokół niej stała niewidzialna bariera, która odstraszała klątwy. W końcu znienawidzona Bilhah ruszyła za nią biegiem.

– Ty smarkulo! Jak tylko cię dorwę, to cię nawet… – Potknęła się nagle, rąbnęła twarzą o równo ostrzyżony trawnik. Kanna zatrzymała się gwałtownie, przerażenie na moment odebrało jej oddech, a kobieta podniosła twarz z ziemi. Z jej nosa kapała krew, twarz wyrażała większe szaleństwo niż kiedykolwiek wcześniej.

– Ty… Ty szmato – warknęła cicho pod nosem, ale na tyle głośno, by Kanna mogła dosłyszeć. Zaczęła się podnosić, zaciskając palce na krwawiącym nosie. – Ty mała…

Znowu nie dokończyła, bo jakaś niewidzialna siła przycisnęła ją do ziemi niczym but nadeptujący na robaka.

– Jak ją nazwałaś? – ciche pytanie, wypowiedziane stalowym głosem Alyoshy Themerghan podchodzącej do czarodziejki, sprawiło, że Kanna znieruchomiała. – Z pewnością jesteś świadoma, Bilhah, że obrażanie uczennicy to jak obrażenie jej mistrza, prawda? Zgadnij, kto jest jej mistrzem? – Kobieta otworzyła usta, ale nie wydała żadnego dźwięku. – Właśnie. Ja. Obraź mnie jeszcze raz, a przygniotę cię czymś więcej niż grawitacją.

Alyosha anulowała zaklęcie, Bilhah wydała z siebie dźwięk, jakby brakło jej powietrza i podniosła się na kolana. Mistrzyni mignamu podeszła do Kanny wolnym krokiem, obracając w dłoni pulsujący słabym światłem kryształ. Widocznie był już bardzo wyczerpany.

– Nie jestem przeciwna odrobinie zabawy i rozrywki – powiedziała tak cicho, by Bilhah nie mogła nic usłyszeć. – Wiem też, że rozpiera cię radość, ale czarodziejka winna znać umiar. Musi potrafić się opanować i odnaleźć w najróżniejszych sytuacjach. I pamiętaj, nie szybkość biegu jest naszą bronią, lecz słowa. A te, odpowiednio dobrane, potrafią sprawić równie wielką frajdę.

Kanna pochyliła pokornie głowę i starała się nie patrzeć na Mistrzynię. Kiwnęła tylko głową na znak, że zrozumiała.

– Odpowiednia reakcja. Jak na początkującą. Chodźmy, nim noc nas zastanie.

Kiedy mijały bramę, Hanna Bilhah wpatrywała się w nie zazdrośnie. One nie odwracały się za siebie, nie patrzyły w tył, brnęły do przodu. Wtedy też Hanna Bilhah przetarła krew z twarzy, rozumiejąc, że również nie może cały czas trwać w jednym punkcie. Że już czas wrócić na ścieżkę, z której dawno temu zboczyła. Spojrzała na szkołę, wstała z ociąganiem i niechętnym krokiem ruszyła w jej stronę.

*

Pierwszy Skok

*

Zatrzymały się, kiedy tylko minęły bramę akademii.

– Coś się stało?

– Nie – odpowiedziała niepewnie, rozglądając się na boki. Widziała zarys wielkiego miasta, wysokie i niskie budynki, statki w oddali i tłumy ludzi. Nigdy nie widziała tylu w jednym miejscu. – Ja nigdy…

– Nigdy nie byłaś za bramą. Nie powiem ci, że rozumiem. Nigdy nie byłam w takim więzieniu. Świat jest wielki, ale przywykniesz. Jednak teraz chodź, muszę załatwić kilka spraw w mieście, a później wyruszamy.

Kanna kiwnęła sztywno głową i podążyła za swoją nową mistrzynią. Nadal nie mogła w to uwierzyć, wszystko zdawało się takie nierealne.

Spojrzała na pierwsze budynki. Widziała już je, ale z daleka. Z bliska były jeszcze piękniejsze. Nie można było porównać ich do budynku akademii, ale nadal sprawiały ogromne wrażenie. Zrobione z białej, czerwonej, niebieskiej i czarnej cegły. Niektóre były wielobarwne. W nieco dalszej części miasta kolory były już tak różnorodne, że nawet kostka chodnikowa zmieniała barwę co kilka ulic. Wszystko wydawało się żyć, ludzie tłoczyli się po ulicach, powozy jeździły w tę i z powrotem, zwierzęta plątały się po bocznych alejkach, było pięknie. W powietrzu unosił się miły zapach, którego Kanna nie rozpoznawała. Istna sielanka. Akademia była surowa, tylko wnętrze biblioteki posiadało inne barwy niż czerwień i srebro, ale to zdawało się niczym w porównaniu z miastem Wyros. Może dlatego nazywano je Magicznym Miastem?

– Mistrzyni? – odezwała się w końcu, zbierając w sobie odwagę.

– O co chodzi?

– Dlaczego jest tu tak…

– Kolorowo? Cóż, nie mam pojęcia, ale zbiera mi się na wymioty. Zdecydowanie przesadzili z natężeniem barw. Nie martw się, zaraz miniemy tę dzielnicę i wejdziemy do normalniejszej części miasta.

Nie minęło pięć minut od tych słów, a kolory zniknęły. Znalazły się między budynkami z czerwonej i szarej cegły, widocznie brudnej i obdrapanej. Wcześniej panował ruch i poruszenie, tutaj był spokój.

Zatrzymały się pod sklepem zielarza, którego szyld był w połowie pokryty czarną farbą i wyglądał, jakby ktoś przerwał w połowie malowania. Alyosha kazała Kannie zaczekać i wróciła po kilku chwilach. Tak samo było z innymi sklepami. Po pięciu przestała już liczyć, czekała, ale nie długo, bo Alyosha Themerghan od początku wiedziała, czego chce. I natychmiast to dostawała.

Kanna przyglądała się ludziom. Obserwowała, co robią, jak się zachowują i rozmawiają. Posługiwali się wieloma językami, różnymi dialektami, a akcent cudzoziemców przypominał głos ludzi, którzy próbowali popisywać się słowami, tworzyli z nich werbalne dzieła sztuki. Najbardziej jednak dziwili ją Tar'roshakowie, którzy nie byli ludźmi. Charakteryzowali się ciemną, niemal czarną skórą, gdzieniegdzie pokrytą łuskami, byli wzrostu przeciętnego, dobrze zbudowanego człowieka. Ich twarze, choć bardzo ludzkie, różniły się: oczy nie posiadały białek, pod nimi rozciągały się chude pasy włosów, które zapuszczali i spinali za szyją, niczym łańcuch lub ozdobę, a uszy prawie całkowicie przylegały do głowy. Było ich bardzo niewielu. Ich ojczyzną mieściła się w Tu-Umce i na Martwych Ziemiach, gdzie, według przeczytanych przez Kannę ksiąg, przenieśli się po inwazji Alwhardu na południe.

Widziała też kilku rdzennych preleńczyków z północy, niewielką grupę mężczyzn, którym nikt w mieście nie dorównywał wzrostem. Kanna, przechodząc obok jednego, miała wrażenie, że ten jest, co najmniej trzy razy wyższy od niej. Ich skóra była kredowa, oczy szare ze stalowym pobłyskiem, a włosy białe, całkowicie pozbawione pigmentu. Nie dziwiła się, tak naprawdę miała nadzieję ich zobaczyć. W końcu do królestwa Prel można było dostać się na trzy sposoby: północną granicą, wschodnią pod górami lub przez Jezioro Giganta. Trzecia była najlepszą możliwością w stanie wojny i choć dwa lata temu królestwa Alwhardu i Prelu zawarły pokój, Kanna pamiętała wojenne okręty, jakby było to zaledwie wczoraj.

W portowej części miasta śmierdziało rybą, stęchlizną i potem, ale mimo odoru wszyscy wydawali się ożywieni. Kanna powstrzymała chęć zaciśnięcia nosa. Spojrzała tylko na swoją mistrzynię, a ta, widząc zachowanie swojej uczennicy, powiedziała, że są już blisko. Weszły do niewielkiej, zatłoczonej gospody. Tutaj natomiast śmierdziało dymem z fajek i alkoholem, ale było bardzo schludnie i czysto. Ludzie siedzieli spokojnie przy stołach. Alyosha wymieniła kilka słów z barmanem, a później poszła na górę. Kanna pobiegła za nią po chwili, bo zapatrzyła się jak dwóch chłopców, niewiele młodszych od niej samej, grało w karty, dokładając do puli kolejne brązowe monety. W Akademii hazard był zakazany, a adepci musieli przestrzegać nakazów. Regulamin był tam czymś, co wpajano od najmłodszych lat. Kanna na szczęście zachowała nieco własnego rozumu, by nie do końca trzymać się reguł.

Miała pokój razem z Alyoshą, było tam tylko jedno duże łóżko, biurko pod oknem, dwie szafki i solidna skrzynia. Kolor ścian przypominał kolor piasku. Kanna zastanawiała się, czy mistrzyni mignamu przybyła tutaj w poszukiwaniu uczennicy czy zabrała ją całkowitym przypadkiem.

Słońce zachodziło powoli, na niebie wzbierały się ciemne chmury. Jezioro Giganta z okna gospody wydawało się jeszcze większe niż z gabinetu Arcymistrzyni. Wraz z tą myślą przypomniała sobie, że tylko z nią się nie pożegnała. Ściągnęła torbę, rzuciła ją pod okno i westchnęła ciężko. Stała tak jakiś czas, wpatrując się w horyzont, na którym już pojawiały się pierwsze gwiazdy.

– Idziesz? – spytała Alyosha. Kanna wyrwała się z zamyślania i spojrzała na nią ze zdziwieniem.

– Słucham?

– Kąpiel. Woda stygnie, a nie przygotują nam drugiej. Chodź już.

Kanna otworzyła szeroko oczy. Był to najdziwniejszy dzień jej życia. Najpierw próbowała uciec, a raczej sprawdzić siłę zabezpieczeń i została przyłapana, później mistrzyni mignamu wzięła ją pod swoje skrzydła, ujrzała więcej ludzi niż przez całe swoje życie, a teraz miała się z nią kąpać w jednej balii? W Akademii nigdy nic podobnego nie miało miejsca. Czuła się dziwnie zdezorientowana wiedząc, że wspólnie będą brały kąpiel. Zastanawiała się, czy może odmówić.

– Nie będę na ciebie czekać – powiedziała Alyosha, znikając za drzwiami.

Kanna przez chwilę nie wiedziała, co zrobić. W końcu zebrała w sobie całą swoją pewność siebie i poszła.

* * *

Siedziały w kąpieli prawie godzinę, bala była ogromna. Woda nadal pozostawała gorąca, ponieważ starsza czarodziejka, co chwila podgrzewała ją zaklęciem. Kanna wzdychała raz na jakiś czas z gorąca. Chciała wyjść, ale było jej zbyt przyjemnie. Jeszcze nigdy nie siedziała tak długo w ciepłej wodzie. Przyglądała się Alyoshy. Z pewnością była najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziała. Ciekawiło ją czy to dzięki magii, czy to natura była dla niej łaskawa. I ile ma dokładnie lat? Słyszała, że niektóre czarodziejki za pomocą zaklęć i eliksirów utrzymując swoje piękno przez dziesięciolecia. Zazdrościła jej tego.

Mistrzyni mignamu nagle wycelowała w nią palcem i wyszeptała jakieś słowa. Kanna nie zrozumiała. Błysnęło blade światło.

– Co pani zrobiła? – zapytała, patrząc po sobie, szukając jakichś zmian.

– Skóra zaczęła ci się marszczyć – oparła po prostu. – Kobieta musi dbać o swoje piękno, woda, w nadmiarze, je niszczy.

Kanna nie do końca rozumiała, jak woda może zniszczyć piękno, ale nie pytała. Bardziej interesowała ją inna kwestia, nad którą wcześniej nie myślała. Co miała teraz robić? Decyzja została podjęta nagle, nikt jej nie powiedział, jakie niesie ze sobą konsekwencje. Co właściwie robi uczennica mistrzyni mignamu? To, co w Akademii? Ślęczy nad książkami i uczy się panowania nad strefami zaklęć? A może coś bardziej zaawansowanego? Nie miała pojęcia. Ciekawiła się też, czy wszystkie inne uczennice wielkich czarodziejek zostały wybrane w podobny sposób. Pewnie nie, pomyślała, podciągając kolana pod brodę.

Woda powoli robiła się chłodna. Alyosha przestała ją podgrzewać i Kanna zrozumiała, że za moment będą wychodzić.

– Postaraj się dziś wyspać – powiedziała mistrzyni, przeczesując palcami włosy i zmywając z nich pianę. – Jutro się zmęczysz. Czeka nas ciężki dzień.

– Zmęczę? – spytała, zanim ugryzła się w język.

Alyosha wydawała się znudzona, zanurzyła się bardziej w wodzie i westchnęła. Po chwili zanurzyła się niżej, pod wodę, i wypuściła powietrze z ust, tworząc bąbelki.

– Tak – odpowiedziała po wynurzeniu, ponownie zrzucając pianę z włosów. – Wyruszamy na północ. Mam tam kilka spraw do załatwienia. Muszę się spotkać ze starym przyjacielem.

– Rozumiem.

– Wszyscy tylko tak mówią… – szepnęła i zamilkła na moment, jakby próbowała powstrzymać się od mówienia dalej, a później powiedziała, bardziej do siebie niż do Kanny: – Cóż, zostawmy to teraz. Kanno, twoje paznokcie u palców są nieco zbyt długie jak na twój wiek

Kanna uśmiechnęła się słabo, chowając dłonie pod wodę. Zbyt wiele myśli zaprzątało jej umysł dzisiejszego dnia, nie chciała dodatkowo wspominać swoich niedoskonałości.

– Dlaczego wzięła mnie pani na uczennicę? – zapytała. Chciała to zrobić wcześniej, jednak nie miała okazji.

– Przeczucie – odparła, odchylając głowę w tył. – Pewnie myślisz, że mamy jakieś wymagania, że wybieramy tylko tych, którzy coś osiągnęli, wykształcili się w wielu dziedzinach, opanowali połowę stref i potrafią czarować mignamem. Nie. Gdyby tak było, nasi uczniowie byliby zbyt starzy, a przede wszystkim byliby już wykształceni. Dlatego prawie wszyscy kierujemy się przeczuciem, wybierając młodych adeptów, pełnych życia i pasji. Nazywaj to sobie, jak chcesz. Wiedz jednak, że nie przyjmujemy na naukę głupców.

Kanna na to nie odpowiedziała. Z doświadczenia widziała, żeby nie zadawać mistrzyniom wiele pytań, ale postanowiła zadać jeszcze jedno.

– A na jakie prawo się pani wtedy pani powołała?

Alyosha uśmiechnęła się, spojrzała na nią, a później zaśmiała się głośno i szczerze.

– Prawo mistrzyni? Nie żartuj, nie ma żadnego takiego prawa. My po prostu robimy i bierzemy to, co chcemy. A teraz czas wychodzić. Co za dużo to nie zdrowo.

* * *

Następnego dnia Kanna obudziła się rano. Słońce raziło ją w oczy, czuła się zmęczona i głodna. Kiedy o tym pomyślała, wczoraj na kolacje przez stres nic nie zjadła. Teraz żałowała. Zaburczało jej w brzuchu, kiedy wstawała.

– Lepiej nic teraz nie jedz – usłyszała – mam nadzieję, że jesteś spakowana.

– Tak, jestem.

– Świetnie, zatem wyruszamy natychmiast.

– Na północ?

– Bardzo daleko na północ. Czarne Miasto – rzekła. Później podeszłą do torby leżącej na biurku i wyciągnęła z niej mignam wielkości pięści. Kanna nigdy nie widziała tak wielkiego, w Akademii miała dostęp tylko do okruchów. Musiał kosztować fortunę. – Skakałaś kiedyś przez portal?

– Nie, nigdy – odparła zszokowana. Nie mogła uwierzyć, że zobaczy Czarne Miasto, stolicę królestwa Alwhardu! Brakowało jej słów i nie potrafiła zebrać myśli.

– Świetnie – sapnęła. – W takim razie szybka instrukcja. Wstrzymaj oddech, złącz dłonie, skul się i wskocz w portal. To chyba tyle. Ty pierwsza, to działa tylko w jedną stronę, a ja nie mogę skoczyć przed tobą. Gdyby coś poszło nie tak, muszę cię wyciągnąć.

Kanna obserwowała, jak Alyosha rzuca mignam na podłogę, a ten rozpływa się i formuje w coś na wzór tafli wody. Wyglądało jak drzwi stworzone z cieczy. Kanna podeszła niepewnie do portalu, pierwszy raz w życiu widziała coś takiego, a w księgach, które czytała, były o tym tylko wzmianki. Złączyła dłonie, skuliła się i wstrzymała oddech wedle instrukcji. Była przerażona i jednocześnie podekscytowana. Spojrzała na kobietę, a ta kiwnęła zachęcająco głową. Skoczyła bez wahania.

Świat zniknął, przez krótki moment znalazła się w ciemnościach, czuła, że wiruje, jakby była liściem w środku huraganu, aż w końcu coś ją wyniosło. Momentalnie nastał spokój i znalazła się w powietrzu, nad ziemią, widziała bezchmurne niebo. Była to krótka chwila, po której przyszedł ból pleców i ciemność. Uderzyła o ziemię, jęknęła, dłonie się rozłączyły, a ciało samo wyprostowało. Czuła paraliżujący ból, miała ochotę się skulić, ale zdawało jej się, że nie mogła poruszyć nawet małymi palcami. Patrzyła w niebo, na lecące po nim czarne ptaki. Ktoś klepnął ją po policzku. To była Alyosha.

– Żyjesz, dziewczyno?

Zdołała tylko kiwnąć głową.

– Świetnie. Gratuluję pierwszego przeniesienia. Tylko dwie na pięć osób to przeżywa, możesz być z siebie dumna. A teraz na nogi.

Kanna miała wrażenie, że jej ciało zostało zbudowane z drewna, a ona była wystruganą figurą. Wszystko ją bolało, ciężko się oddychało, a świat nadal lekko się kołysał i był niewyraźny. Nie miała nawet siły myśleć nad słowami mistrzyni. Czuła dreszcze przechodzące po całym ciele, z każdą chwilą było gorzej.

– Ja… źle się czuję – powiedziała cicho.

– Tylko mi tutaj pawia nie puszczaj, młoda damo – rzekła, chwytając Kannę za łokieć, bo ta zachwiała się lekko. – Zaraz ci się poprawi.

Mijały ciągnące się w nieskończoność minuty, ale Kannie się nie poprawiało. Nie wiedziała nawet, kiedy znalazła się w tawernie na przedmieściach. Jedz, mówiła jej Aloshya, więc jadła. Rozpoznała ziemniaki, później był sufit. Zdziwiła się, czas jej umykał, sceny zmieniały się, co kilka mrugnięć. Za oknem panowała ciemność, Kanna miała wrażenie, że Alyosha przenosiła się z miejsca na miejsce, raz siedziała na krześle i coś mamrotała, a raz chodziła nerwowo po pokoju. Niekiedy obraz był całkowicie zamazany. Unosiła lekko głowę, żeby spojrzeć, ale zawsze zaraz po tym zasypiała.

***

Kanna miała wysoką gorączkę, Alyosha robiła wszystko, co mogła, aby zatrzymać chorobę. Zbijała ją zaklęciami, a kiedy to nie skutkowało, używała tradycyjnych metod.

Alosha Themerghan nie była kobietą, która opiekowała się innymi ludźmi. Zwyczajnie nie lubiła tego, ale wzięła odpowiedzialność za tę dziewczynę. Nie mogła pozwolić sobie na jej stratę. Zwłaszcza, że nosiła nazwisko Vilgerstanv. Opiekowała się nią bez ustanku przez całe dwa dni. Obmywała jej ciało, dbała i leczyła, aż w końcu, po trzech dniach, dziewczynie zaczęło się poprawiać. Alyosha odetchnęła. Gorączka w końcu zaczęła odpuszczać, niczym zwierzę, które z początku warczy i ryczy, aż z czasem się nudzi i odchodzi w swoją stronę.

* * *

Kanna obudziła się nad ranem, otworzyła powoli oczy i rozejrzała się po pokoju. Był duży, ze stołem pełnym ksiąg, ziół i pustych fiolek. Mimo zasłoniętych zasłon w pomieszczeniu było jasno. Zauważyła jarzący się na niebiesko kryształ mignamu, unoszący się pod sufitem. Drugi leżał obok poduszki, już lekko wygaszony, prawie wyczerpany. Zastanawiała się, gdzie teraz jest. Pokój był inny, ale ściany również miały kolor piasku. Przez jeden krótki moment myślała, że znalazła się w jakimś domku, na jakiejś plaży. Zaraz jednak usłyszała denerwujące krzyki za oknem, chyba kłótnie, ale nie miała ochoty wstać i spojrzeć. Odgłosy miasta z każdą chwilą zdawały się nasilać i rozbijać jej czaszkę od środka.

Podparła się na łokciach i wtedy ktoś otworzył drzwi. Weszła przez nie Alyosha. Nie nosiła już pięknej szaty, teraz miała na sobie zwyczajny ubiór; ciasne czarne spodnie, białą koszulę, a na niej szmaragdowy płaszcz, pasujący jej do oczu. Nie tylko to zmieniła, kolor włosów też się nie zgadzał, były czarne, rozpuszczone i kręciły się. Całkowite przeciwieństwo tych prostych i niemal złotych. Gdyby nie charakterystyczne tatuaże wokół oczu, Kanna nie rozpoznałaby jej.

– Obudziłaś się. To dobrze – powiedziała, wchodząc szybko do środka i ściągając z dłoni rękawiczki. Kanna mrugnęła, czując tępy ból z tyłu głowy. Wydawało jej się, że było to najdłuższe mrugnięcie w jej krótkim życiu. Mistrzyni usiadła na krześle obok okna. Jej mina wyrażała żal, smutek i zmartwienie. – To… Ten portal… To było bardzo niebezpieczne. – Jej głos był pełny troski. – Przepraszam, że cię na to naraziłam. Najwidoczniej twoje ciało nie było jeszcze przygotowane na taki szok.

Nastała krótka chwila milczenia. Kanna starała się zebrać rozbiegane myśli.

– Gdzie… – spróbowała powiedzieć, ale jej głos był ochrypły. Zamilkła, czując suchotę w gardle.

– Nie gadaj, tylko siedź. Schorowana na nic mi się nie przydasz. Poczekamy, aż wyzdrowiejesz, a później załatwimy wszystkie inne sprawy. Jeśli to cię pocieszy, to tylko pierwszy skok działa tak destrukcyjnie na organizm, później stanie się to naturalne. Jeszcze kilka dni i będziesz skakała bez obaw.

Kanna kiwnęła głową. Naprawdę nie chciała tego powtarzać. „Dwie na pięć osób to przeżywa” – przemknęło jej przez głowę wspomnienie tamtej chwili. No tak, portal, przeniosłam się, pomyślała szybko.

To wariactwo. Kompletne wariactwo.

Koniec

Komentarze

Bardzo sympatyczny początek opowieści i całkiem nieźle napisany.  Nie ustrzegłeś się jednak od błędów, literówek i innych drobiazgów.

Gdzieś tam napisałeś “wstała na nogi” – te nogi raczej zbędne, bo jeśli była człowiekiem, a przecież była, to nie wstawała na ręce ani inne odnóża czy macki.

 Mignęła mi gdzieś bala zamiast balia. No i zdecydowanie za często używasz zaimków, z pewnością nie wszystkie “jej” były konieczne – przejrzyj tekst pod tym kątem i postaraj się trochę ich wyeliminować.

Co do samej fabuły – jest dość schematycznie, ale ja lubię taki rodzaj fantasy. Kwestia tego, co i jak będzie działo się później. W każdym razie czytało się całkiem nieźle.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik dzięki za komentarz i fajnie, że Ci się podobało. Może z początku jest schematycznie, ale w późniejszych częściach postaram się od schematu odbić. Przejrzę też tekst i poprawię to, co uda mi się wyłapać.

Całkiem przyjemnie się czytało. Jest trochę schematycznie, taka historia (a przynajmniej początek) raczej nie przebiłaby się spośród wielu podobnych tekstów, ale to znaczy, że źle się czyta. Wykonanie na pewno powyżej średniej, biorąc pod uwagę zamieszczane tu fragmenty dłuższych historii. Bohaterka całkiem sympatyczna, niezbyt oryginalna, ale z gatunku tych, które się zna i lubi. Myślę, że we fragmencie, gdzie wchodzą do miasta, ekspozycja świata jest troszkę za duża, lepiej to rozłożyć, a czytelnik lepiej spamięta.

Opowiadanie całkiem poprawne, jednak  zabrakło mi oryginalności.

Czas Magii, niestety, nie wywarł na mnie takiego wrażenia jak Szczur z Navaru. Fragment wydał mi się dość szablonowy, treść raczej przewidywalna. Może kolejne części okażą się ciekawsze.

Czytało się nawet nieźle, ale, co mówię z przykrością, wykonanie pozostawia sporo do życzenia. Mimo licznych usterek nie zrobiłam łapanki, bo zauważyłam, że i tak nie poprawiasz wskazanych błędów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka