- Opowiadanie: Peter Grey - Upadłe Miasto

Upadłe Miasto

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Upadłe Miasto

‭ UPADŁE  MIASTO

 

 

Wiosna była chłodna, raczej deszczowa tego roku. Lato właśnie się zaczęło – i miało być podobne. Rośliny zazieleniły się i rosły obficie. Zwłaszcza jedna z nich rozpleniła się bujnie, lecz nikt nie potrafił powiedzieć co to za gatunek.‭ ‬Minął jakiś czas od wygasnięcia tajemniczego wirusa, który doprowadził do unicestwienia sporej liczby populacji ludzkiej na świecie. Podejrzewano atak biologiczny, lecz nie udało się zlokalizować, kto był agresorem, ponieważ każdy kontynent został zainfekowany mniej więcej w tym samym czasie, a źródeł było zbyt wiele.

‭ W połowie wymarłe i splądrowane miasto zaczęło popadać w ruinę. Brakowało rąk do pracy. Po zamieszkach i wojnach gangów, sterty śmieci oraz spalone auta zalegały na ulicach. Roboty sprzatające nie radziły sobie, gdyż same w większości wymagały gruntownego remontu, lub co najmniej przeglądu. Pełna niegdyś życia i dynamiki aglomeracja, dziś była tylko cieniem samej siebie, sprzed kryzysu.

 Odzwierciedleniem opłakanego stanu ducha tej zdziesiątkowanej obecnie metropolii, były nieliczne, wynędzniałe postacie przemykajace w pośpiechu zaniedbanymi ulicami.

 Max miał wrażenie,‭ ‬że w jego przypadku sam fakt otwarcia oczu – nie wystarczy do tego,‭ ‬żeby się w pełni obudzić. Tu był potrzebny silniejszy bodziec. Chlasnął się, więc w twarz‭ i z‬musił,‭ ‬by zwlec umęczone alkoholem ciało z pomiętej pościeli.‭ ‬Poczłapał poprzez stertę puszek po piwie i‭ ‬przyduszonych petów walających się po podłodze. Jego ruchy były automatyczne, podświadome, niczym ruchy zaprogramowanego robota.‭ ‬Potykając się i przeklinając,‭ ‬stanął przy oknie. Zapalił papierosa‭ ‬-‭ ‬ostatniego w paczce.‭ ‬Zerknął przez szybę.‭ Z‬obaczył swoich sąsiadów, jedynych w najbliższej okolicy. Rodzina zamieszkiwała ten sam budynek,‭ ‬ale rzadko ich widywał.‭ ‬Chyba własnie wracali z zakupów.‭ ‬Przygarbiony człowieczek pomagał‭ ‬żonie dźwigać tobołki z zakupami.‭ ‬Pracował w jednej z ostatnich działających jeszcze fabryk i chyba‭ ‬robił tam za popychadło.‭ ‬Mieli małą córkę,‭ ‬która teraz szła grzecznie obok nich w starej sukience. Ona Również pomagała taszczyć siatki.‭ 

Pobliski targ, to jedyne miejsce w okolicy,‭ ‬gdzie można było nabyć zaopatrzenie.‭ ‬Ostatnio trudno było znaleźć coś więcej niż podstawowe produkty niezbędne do przeżycia. Najdroższe towary pochodziły sprzed pandemii.‭ ‬Markety i sieci handlowe z półkami uginającymi się od towarów były już tylko hasłami z przeszłości. Coraz bardziej odległym wspomnieniem minionego świata.‭ ‬Dawne hale sprzedaży i magazyny stały puste,‭ ‬lub dawały schronienie‭ ‬ćpunom.‭ ‬Menele ogrzewali się w nich przy ogniskach palonych najczęściej ze‭ ‬śmieci, co często wywoływało pożary, które rzadko były gaszone. Smród spalenizny często wyczuwalny był w całym mieście.

Wielu mieszkańców radziło sobie z brakiem zaopatrzenia w ten sposób,‭ ‬że zajmowali sąsiednie,‭ ‬opuszczone działki, tam zakładali ogrody i uprawiali rośliny,‭ ‬które następnie odsprzedawali właśnie na targu. Część warzyw i owoców sami spożywali.‭ ‬Odkąd gangi rozpanoszyły się w okolicy,‭ ‬żywność bardzo podrożała.‭ ‬Złodziejom nie wystarczało,‭ ‬że kradli uprawy.‭ ‬Często też niszczyli to, czego nie zdołali zabrać.‭ ‬Pod ich kontrolą odbywała się znaczna część wszelkiej sprzedaży.‭ ‬Haracze wymuszane od handlarzy były wyższe,‭ ‬gdy ceny produktów rosły,‭ ‬a działo się tak,‭ ‬gdy towaru w obrocie było niewiele,‭ ‬o co skrupulatnie dbali członkowie gangów. Władze miejskie były słabe i skorumpowane. Ich wpływ był praktycznie bez znaczenia.

 

Max zwrócił uwagę na dziwną roślinność, która jakby się nieco rozrosła przez ostatnie kilka dni. Była wszędzie. Pięła się po murach, pełzała po chodnikach i placach, powoli pożerając całe miasto. Nikt nie wiedział co to, za roślina i skąd się wzięła. Jej zielone pędy, dzisiaj jakby nieco zmieniły kolor na bardziej niebieskawy z odcieniami żółtego.

-‭ ‬Muszę skoczyć po fajki‭ ‬-‭ ‬mruknął do siebie odwracając wzrok od rośliny.‭ O‬dpowiedział niedbałym machnięciem na pozdrowienie dziewczynki,‭ ‬która zauważyła go stojącego w oknie. Czuł się zmęczony i wypalony.‭ ‬Był w takim stanie od dwóch tygodni,‭ ‬to znaczy odkąd zostawiła go‭ ‬żona.‭ ‬Opuściła miasto‭ ‬z jakimś nowo poznanym dupkiem.‭ ‬Nie układało im się ostatnio i sam nie był pewien,‭ ‬czy pił jeszcze z rozpaczy,‭ ‬czy też może‭ ‬świętował jej odejście.‭ ‬Maks‭ ‬łapał każdą dorywczą pracę jaką mógł znaleźć w tych ciężkich czasach, żeby utrzymać ich oboje. Pomagał przy zbiorach, pracował na stacji benzynowej. Dostawy paliwa, były jednak nieregularne i stacja w końcu upadła. Starał trzymać się też z dala od gangów i kłopotów, co miała mu za złe żona.‭ ‬Zanim odeszła oznajmiła:‭ „‬Jestem po prostu zmęczona tą nudną egzystencją.‭ ‬Potrzebuję silniejszych bodźców,‭ ‬więcej adrenaliny kochanie.‭ ‬Od ciebie tego już raczej nie dostanę. Gdybys wstapił do któregoś z tych gangów, nie musielibyśmy tak tyrać i coś by się przynajmniej działo!‭ ‬Życzę ci jednak jak najlepiej‭”‬.

 Dziwne słowa z ust kobiety, która nigdy nie zhańbiła się pracą. Zimna suka. Szkoda, że zaraza jej nie wzięła razem z tym jej kochasiem. Nie‭ ‬łatwo było jednak zapomnieć wszystkie wspólne chwile,‭ ‬gdy było dobrze.

 Podszedł do pękniętego lustra.‭ N‬ie od razu rozpoznał swe własne odbicie i to nie tylko dlatego,‭ ‬że szyba była strasznie brudna.‭ ‬Menel,‭ ‬który podejrzliwie spoglądał spode‭ ‬łba szarymi,‭ ‬małymi oczkami,‭ ‬miał rozczochrane, od dawna niestrzyżone włosy,‭ ‬wielodniowy zarost oraz pomiętego papierosa w kąciku ust.‭ ‬Tak kończą wrażliwi faceci‭ – ‬pomyślał,‭ ‬gdy już nieco przyzwyczaił się do własnego widoku.‭ ‬Chcesz mieć dobrze w‭ ‬życiu,‭ ‬musisz być skurwielem bez serca.‭ ‬Taka jest smutna prawda.‭ ‬Inaczej,‭ ‬świat cię zniszczy. Rozdepcze jak karalucha,‭ ‬ale najpierw przeżuje,‭ ‬wypluje, jeszcze raz‭ ‬połknie i wyrzyga.‭ T‬ak kilka razy.‭ ‬Dopóki będzie w tobie jakieś życie. Chociaż… Może bez przesady.

– Weź się w garść chłopie! …Oto nadszedł kolejny, wspaniały dzień, na tym parszywym, zaplutym padole!

 

Miasto ulegało powolnej,‭ ‬lecz nieuchronnej degradacji.‭ ‬Sterty‭ ‬śmieci zalegały ulice.‭ ‬Nieremontowane budynki prześcigały się w konkursie na najszybciej rozpadającą się ruinę.‭ ‬Miały czym konkurować,‭ ‬ponieważ spękane‭ ‬ściany,‭ ‬sypiący się tynk‭ ‬oraz wielkość dziur w elewacjach robiły wrażenie.‭ ‬Uroku dodawało tylko nieco zieleni wyrastającej z popękanego asfaltu i chodnika.

 Pordzewiała karoseria auta wtapiała się dość spójnie w scenerię dogorywającej aglomeracji.‭ ‬Trzymając kierownicę jedną ręką,‭ ‬sięgnął do schowka po piwo. Jak łatwo mógł przewidzieć – też się skończyło. Znalazł tylko pustą butelkę, którą natychmiast wyrzucił przez okno z jadącego samochodu.

-‭ ‬Nie jest dobrze!‭ ‬No, nie jest kurwa dobrze,‭ – ‬powiedział na głos.‭ – Nie ma‬ się co przejmować,‭ ‬nie tylko ja mam przesrane w tym mieście. Ta pokrzepiająca myśl rozchmurzyła go nieco.‭ ‬Zwyczaj mówienia do siebie, może zdradzać pewne problemy natury psychicznej,‭ ‬lecz Maks należał do ludzi mających takie rzeczy w dupie.‭ ‬Jechał zatem wolno‭ ‬przed siebie mijając kolejne opuszczone biurowce,‭ ‬kamienice oraz niszczejące, luksusowe niegdyś apartamentowce. Można by rzec, że ich cena rynkowa leciała na łeb, na szyję z każdą minutą, lub jak by to powiedział Max: „leciała na ryj z każdą śmierdzącą chwilą“, „agonia i zagłada“.‭ ‬W końcu dotarł do centrum.‭ ‬W drodze napotykał sporadycznie przechodniów.‭ ‬Wielu miało smutne,‭ ‬lub obojętne twarze,‭ ‬zmęczone walką o przetrwanie.‭ ‬Prawdopodobnie każdy z nich stracił kogoś bliskiego w czasie pandemii,‭ albo‬ przez zamieszanie wywołane późniejszym kryzysem. Nie było‭ ‬łatwo‭ ‬żyć w tym‭ ‬świecie.‭ Królowały r‬ozpacz i desperacja z jednej strony,‭ ‬a przemoc i bezkarność z drugiej.

Napotykał także twarze zacięte,‭ ‬bez cienia refleksji i współczucia.‭ ‬Przestępcy,‭ ‬psychopaci,‭ ‬szumowiny wszelkiej maści.‭ ‬To oni tak naprawdę rządzili na ulicach miejskiej dżungli.

‭  W trakcie jazdy, natrafiał na wraki samochodów, niektóre pozostawione bez ładu na drodze. Nie zawsze zdążył wymanewrować unikajac kolizji. Czasem uderzał w nie, zaliczając kolejne wgniecenia w i tak już mocno poobijanej karoserii pojazdu.

-‭ ‬Och,‭ ‬jak ja kocham to miasto.‭ ‬Zwłaszcza teraz,‭ ‬gdy stało się tu tak cicho.‭ ‬Żadnych korków,‭ ‬ani głośnych tłumów na ulicach‭ – ‬rzekł.‭ „‬Przydałoby się tu jednak trochę posprzątać‭” ‬dodał w myślach, uderzajac kolejny wrak ustawiony, tym razem przez jakiegoś dowcipnisia w poprzek jezdni.‭ Nabił sobie guza z tej okazji waląc głową w kierownicę.

‭– Cholerny świat!

Zatrzymał wóz w wąskiej uliczce pod czerwonym neonem z napisem‭ „B‬ar‭ ‬24h. Jedyny taki w mieście‭”‬. Wewnątrz panował półmrok. W jednym z rogów zauważył trzech oprychów z gangu Ulwara. Był to jeden z bardziej znaczących i krwawych gangów w okolicy. Max zreflektował się: „Zdaje się, że to własnie ich terytorium“.‭ ‬Torturowali jakiegoś nieszczęśnika dla zabawy,‭ ‬popychając go kijami do gry w bilard.‭ ‬Lokal ewidentnie wyglądał, jak tania speluna, którą w istocie był.‭ ‬Posiadał kontuar,‭ ‬do którego można było przysiąść się z trzech stron. 

 Zbliżył się do barmana – znudzonego,‭ ‬wytatuowanego osobnika,‭ ‬którego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Robił wrażenie nieskalanego głębszą refleksją.

– Zamawiasz coś? – mruknął tamten beznamiętnie. 

-‭ ‬Daj mi tylko fajki.‭ – Max r‬zucił kilka monet na blat baru.

Nieopodal pośród innych gości siedziała całkiem‭ ‬ładna kobieta.‭ ‬Nie pasowała do tego miejsca.‭ ‬Dopijała właśnie tanią,‭ ‬syntetyczną namiastkę kawy.‭ ‬Widać było,‭ ‬że zbiera się już do wyjścia.‭ ‬Spojrzała gapiącemu się na nią Maksowi prosto w oczy.‭ ‬Trwało to, jakiś ułamek sekundy.‭ ‬Niewinne i‭ ‬łagodne spojrzenie.‭ Pomyślał, że t‬ak mogłaby patrzeć tylko osoba o czystym sumieniu.

Zauważył coś jeszcze.‭ ‬W drugim końcu sali‭ ‬-‭ ‬dwóch zbirów,‭ tych co‬ przed chwilą poszturchiwało biedaka, również zwrócili uwagę na wychodzącą dziewczynę.‭ ‬Ruszyli z baru krótką chwilę po niej.‭ ‬Maksa tknęło przeczucie. Chwycił papierosy i opuścił lokal.

Nie mylił się.‭ ‬Zbiry podążały za nieświadomą niczego kobietą.‭ ‬Starał się pozostać niezauważony,‭ ‬jednocześnie zmniejszając dystans dzielący go od zwierzyny i myśliwych.

-‭ ‬Co tam knujecie‭ ‬łobuzy…‭ G‬wałcik‭? – ‬pomyślał.‭ ‬Nie miał pojęcia co zrobi,‭ ‬gdy sytuacja zacznie się komplikować.‭ ‬Zadrzeć z jednym członkiem,‭ ‬to tak jak zadrzeć z całym gangiem.‭ ‬Do tej pory schodził im z drogi i nie wdawał się w‭ ‬żadne interesy z tego typu ludźmi.‭ ‬Kolesie na pewno mają spluwy,‭ ‬więc nie ma dużych szans w ewentualnym starciu.‭ ‬Tymczasem obaj potencjalni napastnicy zbliżyli się już dostatecznie do swej ofiary.‭ ‬Kobieta zauważyła w końcu,‭ ‬że jest‭ ‬śledzona,‭ ‬lecz było za późno na ucieczkę.‭ ‬Maks dostrzegł rozpacz i strach w oczach kobiety,‭ ‬gdy jeden z drabów chwycił ją za ramię i pchnął w stronę wielkiego‭ ‬żelbetowego filara podpierającego wiadukt, pod którym się znaleźli.‭ ‬Okolica wyglądała na opustoszałą.‭ ‬Wiedziała,‭ ‬że nikt nie odpowie na jej krzyki,‭ ‬więc milczała, nerwowo przestępując z nogi na nogę i‭ ‬cofając się do momentu, gdy zimny beton dotknął jej pleców.

 

 Ciekawski chłopiec zainteresował się tajemniczą rośliną, oblegającą miasto. Postanowił przyjżeć jej się z bliska. Tymczasem w drugim końcu miasta pewien poważny naukowiec zdawał się być zaniepokojony nieznaną formą biologiczną, ekspansywnie rozrastającą się w okolicy. Postanowił pobrać próbki do badań. Chwilę po tym jak naciął roślinę, poczuł, że nie może oddychać. Delikatna mgiełka uwolniona przez roślinę została wchłonięta do jego płuc, parząc je od wewnątrz. Chłopca natomiast znaleziono martwego na drugi dzień. Całą twarz i część klatki piersiowej miał pokryte bąblami.  W ręku trzymał fragment rośliny.

 

-‭ ‬Dokąd to laleczko?‭ – ‬odezwał się jeden z dryblasów i poczuła odór, jego dawno niemytego ciała

-‭ ‬Oj mówię ci‭ ‬Łysy,‭ ‬z tą się ostro zabawimy‭ – powiedział‬ drugi trzymając sie za krocze i taksując wzrokiem figurę osaczonej kobiety.

– Chodź no tu suko! – Wysyczał Łysy i lubieżnie się uśmiechając, zaczął rozpinać spodnie.

Tymczasem, jakieś dwadziescia metrów dalej stary kloszard, przebudzony zamieszaniem pod filarami wstał ze swego legowiska. Ostrożnie ruszył w stronę skąd dochodziły odgłosy. Pomyślał, że mogą to być jego kompani, którzy będą mieli ze sobą coś mocniejszego, gdyż poczuł, że nieznośnie trzeźwieje.

 Obleśny uśmiech ciągle tkwił jeszcze na twarzy Łysego,‭ ‬gdy płyta chodnikowa z dużym impetem wylądowała z tyłu na jego czaszce.‭ ‬Uderzenie zwaliło z nóg napastnika, lecz Maks nie wypuścił jeszcze z rąk zaimprowizowanej broni .‭ ‬Natychmiast po tym,‭ ‬ta sama płyta zmierzała już w kierunku drugiego zbira.‭ ‬Ten próbował zasłonić cios unosząc rękę.‭ ‬Zaskoczenie, było jednak skuteczne.‭ ‬Dało się słyszeć trzask‭ ‬łamanych kości,‭ ‬gdy betonowy prefabrykat opadał raz, za razem na drugiego z niedoszłych gwałcicieli. Ten w końcu przewrócił się, a Max zadawał kolejne potężne ciosy, miażdżąc mu głowę na krwawą papkę.‭ Zbir leżał teraz‬ blisko swego powalonego wczesniej kolegi,‭ ‬broczac obficie czerwoną mieszaniną krwi z resztkami mózgu. Właściwie, to w miejsce głowy, miał wcisniętą groteskowo płytkę chodnikową.

Dziewczyna zaczęła szlochać.‭ ‬Maks pośpiesznie przeszukał oba ciała.‭ ‬Miał rację‭ – ‬byli uzbrojeni.‭ ‬Dwie sztuki pistoletów i amunicja mogą sie przydać.

-‭ ‬Lepiej spieprzajmy stąd,‭ ‬zanim ktoś nas zobaczy‭! – ‬Rozdygotana dziewczyna stała jak wryta, nie reagując na słowa wybawcy,‭ ‬więc szarpnął ją nieomal wyrywając ramię ze stawu.‭ 

– No rusz się! – Nie opierała się. Biegli teraz razem,‭ ‬oddalając się z feralnego miejsca.

 Kloszard znalazł się dostatecznie blisko, lecz zamiast kumpli, ujrzał scenę brutalnego mordu. Na szczęście schował się w porę za filarem i nie został dostrzeżony.

– Teraz, to już muszę się na pewno napić! Całe szczęście, że bar jest blisko.

 

Chwilę później, jadąc bocznymi uliczkami, kluczyli po zakamarkach.‭ ‬Maks starał się przemknąć przez miasto jak najszybciej. Tym razem omijał każdy napotkany wrak,‭ ‬byle nie zwracać na siebie niepotrzebnie uwagi.‭ ‬Pierwszy raz kogoś zabił.‭ ‬Dziwiło go,‭ ‬że nie miał‭ ‬żadnych wyrzutów sumienia w związku z tym.‭ ‬Młoda kobieta,‭ ‬którą uratował przed niechybnym gwałtem nadal milczała.‭ ‬Obawiał się, jak mogła odebrać całą tę brutalną scenę. Na szczęście była tylko widzem.‭ ‬Na jej oczach dokonano krwawego zabójstwa.‭ ‬Kto wie, co mogło spotkać ją. Gwałt mógł być tylko wstępem.

-‭ ‬Jest pani cała‭? – ‬Uznał, że warto zapytać, chociaż biegała całkiem szybko, a‭ ‬wyglądała, aż nader zdrowo. Z‭apewne stało sie to przyczyną jej kłopotów. Powiedzmy, że była łasym kąskiem, dla zboków. Nie dał tym facetom ‬żadnej szansy,‭ ‬żeby ją skrzywdzili.‭ ‬Dobrze,‭ ‬że nie usłyszeli, jak skrada się do nich w cieniu filarów z tym kawałkiem betonu.‭ ‬Działał bez wahania i bez skrupułów.‭ Był to j‬edyny możliwy sposób przeprowadzenia ataku na uzbrojonych napastników.

-‭ ‬Nie jestem pewna,‭ ‬co się właściwie wydarzyło‭? Wszystko działo się, tak nagle – ‬odezwała się wreszcie.

-‭ ‬Zdaje się,‭ ‬że właśnie uratowałem panią przed‭ ‬czymś bolesnym i bardzo niehigienicznym‭ – ‬odpowiedział skromnie.‭ – ‬Co pani robiła zupełnie sama w tej okolicy?‭ To nie są bezpieczne czasy.

-‭ ‬Mieszkam niedaleko…‭  ‬Umówiłam się ze znajomą,‭ ‬ale nie przyszła…‭ ‬Coś jej wypadło,‭ więc‬ po prostu chciałam się napić kawy…

Kobieta starała się ukryć zdenerwowanie, lecz łzy spłynęły po jej policzkach.

-‭ Szli za panią z baru. ‬Musiałem improwizować. ‬Inaczej nie mielibyśmy‭ ‬żadnych szans. To‭ z‬łodzieje, gwałciciele, handlarze ludźmi i mordercy.‭ ‬Nie miałem wielkiego wyboru…‭ – ‬Popatrzyła łagodnymi oczyma. Chyba zrozumiała.‭ 

-‭ Istnieje duż‬a szansa – kontynuował, – że zabiliby cię,‭ ‬ale najpierw…‭ ‬No wiesz… Zabawiliby się‭… No, b‬yć może później sprzedaliby cię do jakiegoś burdelu.‭ Chyba dobrze, że im pokrzyżowałem plany, co?

Przytaknęła. Dobrze, bo jeszcze trochę i pomyślałby, że to jej koledzy po prostu postanowili sobie pożartować, spłatać figla koleżance. Na szczęście, to byli prawdziwi gwałciciele, więc ze spokojnym sumieniem mógł dokonać rzezi. Krwawej łaźni. Masakrycznego zabójstwa.

 Czuł się dziwnie. Miał ją tylko przekonać, że to on jest „ten dobry“. Okazało sie jednak trudniejsze niż poczatkowo przypuszczał.‭ O‬bserwowała brutalną jatkę i to jego zasługa. Niezłe pierwsze wrażenie. Na ogół nie zależało mu na tym, co inni o nim myślą, teraz jednak było inaczej.‭ ‬Pewnie był w jej oczach nie lepszy od tych lumpów,‭ ‬którzy ją napadli.‭ ‬I być może miała trochę racji. Czuł pewnego rodzaju satysfakcję, że rozkwasił tym zasrańcom mordy.‭ ‬Świat zawsze był w‭ ‬łapach szaleńców.‭ ‬Może i sam Bóg jest socjopatą‭? Należy wierzyć, że tak nie jest.

-‭ ‬Dziękuję za pomoc‭ ‬-‭ ‬powiedziała.

-‭ ‬Miejmy nadzieje, że nikt nas nie widział. ‭Zrobiłem, co musiałem. S‬zczęście, że wszedłem do tego baru – odparł.‭ – ‬Anioł stróż do wynajęcia, ale tylko na pół etatu.‭ ‬To niezdrowe i stresujące zajęcie, cha, cha.

Zdobyła się na coś w rodzaju uśmiechu. Chyba lepiej stać sie komikiem, w jej oczach, niż psycholem mordującym ludzi czym popadnie.

Sytuacja nie do końca była wesoła.‭ J‬eden z drani mógł przeżyć. Gdy upadł po pierwszym ciosie, Maks przestał sie nim „zajmować“. Wiedział jak wygląda dziewczyna.‭ ‬Będzie chciał dowiedzieć się,‭ ‬kto mu załatwił‭ ‬ból głowy i zabił kumpla.‭ ‬Istniała niewielka szansa,‭ ‬że doznał trwałej amnezji w wyniku potężnego ciosu w‭ ‬łeb betonową płyta chodnikową. Taka teoria.

To jednak za mało,‭ ‬by czuć się bezpiecznie.‭ „‬Powinienem tam wrócić i dokończyć dzieła‭“ ‬-‭ ‬pomyślał.‭ „‬Najpierw jednak zawiozę ją do mnie.‭ ‬Tam będzie bezpieczna.‭ ‬Nie może teraz wrócić do siebie,‭ ‬to za blisko tego miejsca.“. Jeśli tamten przeżył, będzie nieciekawie.

-‭ ‬Jak masz na imię‭?

-‭ ‬Mam na imię Anna.

-‭ ‬Miło cie poznać Anno. Jestem Maks.‭ ‬Szkoda,‭ ‬że  poznajemy się w takich okolicznościach.‭ ‬Wiesz co,‭ ‬mam jeszcze w domu prawdziwą kawę‭? Być może, ostatnią paczkę w całym mieście. – Zdał sobie sprawę, że zabrzmiało to, jak tani podryw.

-‭ Chyba wystarczy mi na dzisiaj wrażeń. ‬Wolałabym wrócic do domu.‭ J‬uż raczej nie potrzebuję dzisiaj kofeiny.

Nie takiej odpowiedzi oczekiwał,‭ ‬więc kontynuował:

-‭ ‬Nie powinnaś na razie wracać do domu. Zdaje się, że popełniłem błąd nie zabijając pierwszego z tych gnoi.‭ ‬Ci bandyci działają w twojej okolicy i‭ ł‬atwo moga cię namierzyć.‭ ‬Muszę tam wrócić i dokończyć dzieła.

-‭ ‬Nie‭! ‬Wystarczy już zabijania! – Dziewczyna zabrzmiała zdecydowanie, ale Maks nie poddawał się.

-‭ ‬Jeśli tego nie zrobię,‭ ‬znajdą ciebie i dokończą, co zaczęli ich kumple.‭ ‬Policja cie nie ochroni.‭ ‬Dbaja tylko o własne tyłki.‭ ‬Siedzą zamknieci na komisariatach, jak w obleganych twierdzach.‭ O‬dpierają tylko kolejne ataki i zamachy na posterunki. Jestem gotów założyć się, że biorą w łapę.‭ ‬Są przepracowani i desperacko potrzebuja ludzi.‭ ‬Sprawdzę tylko,‭ ‬czy tamten‭ ‬żyje…

-‭ ‬Powiedziałam,‭ ‬nie‭! ‬Jeśli stanie się tak,‭ ‬że mam zginąć, to‭ ‬niech tak będzie, ale nikogo więcej nie zabijaj z mojego powodu.‭ ‬W tym‭ ‬świecie i tak nie ma chyba miejsca dla ludzi takich jak ja.

-‭ Chyba nie mówisz poważnie? Trzeba zawsze walczyć do końca. Nie pozwólmy tym skurwysynom całkowicie zawładnąć ulicami i przyszłością tego, co zostało z naszego świata.

-‭ ‬Ja nie jestem typem wojownika. Nie potrafię walczyć…‭ ‬Może lepiej jedźmy do ciebie.‭  ‬Zmieniłam zdanie co do tej kawy.

 I tak, byli już prawie na miejscu.

 Podobno związki zawarte w ekstremalnych sytuacjach,‭ ‬oparte na gwałtownych emocjach,‭ ‬nie mają racji bytu w dłuższej perspektywie. Czas pokaże – pomyślał.

 

Maks mieszkał w jednym z pofabrycznych budynków dawnego kombinatu.‭ ‬Solidnie wykonana‭ i‬ndustrialna zabudowa i wiekie,‭ ‬puste pomieszczenia miały w sobie coś, na wzór dawnych zamkowych komnat.‭ ‬Wysokie,‭ ‬pełne przeciągów i wiecznie niedogrzane,‭ ‬za to monumentalne.‭ ‬Wyraźne‭ ‬ślady użytkowania, otarcia,‭ ‬obdrapana‭ ‬farba – tworzyły klimat odpowiedni dla loftu.

-‭ ‬Oto moje skromne mieszkanko‭ ‬-‭ ‬rzekł.‭ ‬-‭ ‬Trochę tu bałagan,‭ ‬za co z góry przepraszam.‭ ‬Ostatnio‭ nie było mi lekko, a do pedantycznych nie należę.

-‭ W‬szyscy przeżywamy trudne momenty‭ ‬-‭ ‬odpowiedziała prawie wpadajac na karton wypełniony jakimiś rzeczami.

-‭ Czekaj, w‬łączę ekspres do kawy – powiedział kopiąc pudło w kąt.

 

Ulwar był czterdziestoparoletnim, wysokim zbirem, potrafiącym wzbudzać strach wśród swoich podwładnych samym spojrzeniem. Siedemdziesiąt pięć kilogramów wagi to niewiele, lecz szef gangu posiadał również wyjątkowo wredny charakter. Ci, co go znali, schodzili mu z drogi, zwłaszcza gdy był w nastroju takim jak teraz. Był rozgarnięty, jak na przecietnego bandytę. Zdradzał także cechy kompletnego socjopaty.

– Gdzie ich znaleźliście? – zapytał bawiąc się starą wersją klasycznego karabinu AK 47.

– Pod wiaduktem, niedaleko baru. Gabriel nie przeżył. Resztki jego mózgu, zaczęły już wpieprzać szczury, gdy go znaleźliśmy – powiedział chłopak w dżinsowej kamizelce, z emblematami klubu motocyklowego.

– A ten drugi, jak mu tam…?

– Łysy – odparł młody motocyklista.

– No własnie? Pamięta coś? Wie kto to mógł zrobić? – Ulwar nawet nie udawał troski. Chciał jedynie zmazać plamę na honorze gangu. Wszyscy dobrze wiedzieli, że bractwo nie puści płazem ataku na jednego ze swoich. Tutaj chodziło o coś więcej, niż życie jednego bandyty. Chodziło o respekt, a to dla gangstera, pewnego rodzaju prestiż. Nikt nie może bezkarnie atakować, a tym bardziej zabijać członków największego gangu w mieście. Niewiele osób z otoczenia szefa zasługiwało na jego szacunek. Wiekszość tej zbieraniny, to pospolici kryminaliści bez charakteru, silni tylko w grupie. Nie przedstawiali dla niego żadnej wartości jako indywidualności. Mięso armatnie. Wiedział, że nie można na nich polegać, a tym bardziej im ufać. Gang był tym, co ich jednoczyło i nadawało sens ich bezproduktywnej, często również bezmyślnej egzystencji. Czuli siłę w grupie. Gardzili słabością. I to wszystko.

– Odzyskał przytomnosć, ale jest naćpany morfiną. Gadał jednak coś o jakiejś dziwce. Łysy ma twardy łeb, chociaż pusty w środku.

– Dobra. Dowiedz się czegoś wiecej, jak idiota oprzytomnieje. W międzyczasie, zabierz kogoś do tego baru i zadajcie kilka pytań. Bez odpowiedzi nie wracaj.

 

 W całym mieście zawrzało, gdy kolejne osoby próbujące pozbyć się tajemniczej rośliny ze swoich posesji, zostały poszkodowane. Wiele z nich ze skutkiem śmiertelnym. Mieszkańcy wkrótce wiedzieli już, że do pnącza lepiej się nie zbliżać. Na pewno nie wolno go dotykać, ani tym bardziej uszkadzać. Roślina posiadała niewidoczny system obronny, wysokiej skuteczności. Efektem jego działania, były rozległe poparzenia chemiczne, przypominające użycie sarinu.

 Owoce wyglądały trochę jak spłaszczone dynie, lecz dyniami nie były na pewno. Stopniowo przybywało ich i robiły się coraz większe. Mogły rosnąć swobodnie.

 

– I co, dobra kawa? – Maks stał i niepewnie gapił się na swą gościnię. Zastanawiał się chwilę nad tym, że spadł na niego trudny obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa nieszczęsnej kobiecie w chwili, gdy uderzył pierwszego z bandziorów. Postanowił wywiązać sie ze swojej rycerskiej powinności do końca odzywajac się:

– Pomimo tego, że oboje jesteśmy samotni i czuję pewien potencjał… Na przyszłość… Widzę to w twoim spojrzeniu… Nie, nie… Daj mi skończyć. Ekhem… No, to romanse musimy niestety sobie darowac na tym etapie znajomosci, gdyż jestes w wielkim niebezpieczeństwie i zamierzam podjać kroki…

 Anna zrobiła wielkie oczy i popatrzyła z troską na swego gospodarza, nie przerywajac mu jednak, ponieważ była wyjatkowo małomówna – jak na kobietę.

– …W zwiazku z tym musimy cię wyprawić z miasta i to jak najszybciej. Czy posiadasz jakaś rodzinę, znajomych u których mogłabyś sie zatrzymać?

– Tak mam rodzinę na wsi. Zamierzałam ich odwiedzić jak…

– Świetnie! Więc postanowione. Dziś możesz przespać sie u mnie. Możesz wziąć mój samochód, gdy jutro napełnię bak paliwem. Zostaw mi adres, auto odbiorę później.

– Zabijasz typa, miażdżysz mu głowę kawałkiem betonu na krwawą miazgę, zadzierając z najpotężniejszym gangiem, a to ja mam uciekać z miasta… Ale okej… – Pokiwała głową ze zrozumieniem – W porządku. Tak będzie chyba najrozsądniej.

– I weź ze sobą to. – Wręczył jej jeden z pistoletów zabranych pod wiaduktem. – Ja mam drugi.

 

Kilka motocykli zaparkowało naprzeciw „baru 24h – jedynego takiego w mieście“. Do środka weszło trzech oprychów. Jeden z nich miał zabandażowaną głowę.

– Niedawno zamordowano naszego kolegę. Niedaleko stąd. Szukamy pewnej informacji. Dobrze zapłacimy każdemu, kto nam pomoże ją uzyskać! Była tu pewna kobieta…

Kloszard wstał od stolika.

– O jakich pieniądzach rozmawiamy…?

 

Minęło kilka dni od incydentu pod wiaduktem i wyjazdu Anny. Obyło się bez czułych pożegnań. Po prostu dwoje obcych sobie ludzi rozeszło się każde w swoją stronę. Maks trochę żałował, że nie pojechał razem z nią. Zrozumiał jednak, że nie chce wykorzystywać sytuacji. Uratowana z opresji kobieta mogła czuć wdzięczność do swego wybawcy, a uczucie to według niego nacechowane mogło być pewnym przymusem. Ludzie wdzięczni, to w pewnym sensie dłużnicy, starający się spłacić swój dług. Oczywiście wszystko zależy od kontekstu. W każdym razie Maks postanowił przemyśleć sobie wszystko na spokojnie i obserwować jak rozwinie się sytuacja. Nie wiedział jeszcze, jaki poważny błąd popełnia, pozostając w mieście.

 

 Dziecko sąsiadów stało w kącie z zaciśniętymi ustami, tuląc starego pluszowego misia. Łzy spływały dziewczynce po policzkach, ale nie wydawała z siebie żadnego dźwięku w czasie, kiedy dwóch motocyklistów okładało pięściami jej ojca przypartego do ściany.

– Wiemy, że ta dziwka była tutaj, gdzieś w tym budynku! Kto tu jeszcze mieszka?! – Krzyczał pierwszy.

– Nie zmuszaj nas żebyśmy skrzywdzili twoja rodzinę? – powiedział drugi przykładając dziecku pistolet do głowy.

– Zostawcie nas! Czego wy chcecie? Ta kobieta wyjechała parę dni temu – zareagowała matka dziewczynki.

– Wyjechała?! A możesz łaskawie powiedzieć nam dokąd wyjechała?

– Jego zapytajcie! – Kobieta wskazała w stronę uchylonych drzwi.

 W drzwiach stał Maks z bronią w ręku wycelowaną w gangsterów.

– Dosyć tego! Zostawcie tych ludzi. To mnie szukacie. Zaprowadźcie mnie do waszego szefa.

 

Po dotarciu do kwatery gangu Ulwara, Maksowi wytłumaczono, iż bedzie mógł zobaczyć się z szefem pod warunkiem, że odda broń. Przystał na to, aczkolwiek niechętnie. Chwile później poprowadzono go tak, jak obiecano – wprost do paszczy lwa.

 Poza samym bossem, w pokoju znajdowało się czterech ochroniarzy, lecz na znak dany przez szefa, wycofali sie pod ściany.

– Proszę, proszę! Tego sie nie spodziewałem! – Ulwar wygladał na ubawionego – Albo jesteś bardzo odważny, albo bardzo głupi przychodząc tutaj dobrowolnie.

Maks stał nieruchomo nie mówiac ani słowa. Uśmiechał się tylko głupkowato, ziewając czasami. Próba zastraszenia się nie powiodła.

Tymczasem zbir kontynuował:

– Zabiłeś jednego z moich ludzi. W bardzo brutalny sposób. Takie rzeczy nie uchodzą płazem. Co prawda podobał mi się twój styl, nie ukrywam. Istnieją, jednak pewne zasady, niepisane reguły w świecie przestępczym, czyli w naszym świecie. Ty te reguły złamałeś. W tej chwili interesuje mnie tylko jedna rzecz. Dlaczego?

– Z uzasadnionych przyczyn. Twoje pieski próbowały dokonać gwałtu na tej kobiecie, a ja jej pomogłem, jak tylko umiałem.

– Szczerość! Bardzo ładnie. Dawno już nikt nie był ze mną tak szczery. Ten facet, któremu rozpieprzyłeś mózg, miał wielu kumpli. Niektórzy z nich są nawet w tym pokoju – w tym momencie gangster zniżył głos, aby dodać swej wypowiedzi więcej dramatyzmu. – Dlaczego nie miałbym oddać cię w ich ręce?

– Zrobisz co będziesz chciał, ale z tego co widzę, otaczaja cię troglodyci, krętacze, ludzie bez wyobraźni, bez polotu. Mam wrażenie, że potrzebujesz w swoim otoczeniu kogoś ogarniętego, działajacego z

pobudek  bardziej racjonalnych, niż podstawowe zwierzęce instynkty, którymi kieruje się wiekszość tych bydląt, nazywanych przez ciebie gangiem.

W pomieszczeniu przez moment zapadła grobowa cisza. W końcu gospodarz odezwał się:

– To debile, wiem. Lubię cię. Dlatego masz nie jedną, a dwie opcje do wyboru. Pierwsza opcja jest taka, że przyłączysz się do nas, jako lojalny towarzysz, wierny wykonawca moich rozkazów. Drugą opcję znasz. Przyjdź jutro, albo znajdziemy cię sami. I chyba nie muszę mówić, co sie stanie w przypadku, gdy to my bedziemy musieli przywlec tutaj twoją dupę?

– Tak rozumiem. Pa, pa.

Wychodzac Maks prawie zderzył się z Łysym, któremu ostatnio dokuczały bóle głowy. Wszyscy w melinie wiedzieli, kim jest Maks. Wiedzieli też, że na osobiste polecenie Ulwara, nikt nie może tknąć mordercy ich kumpla do odwołania. Szef miał plany co do gościa. Od dawna szukał zastępcy, kogoś komu powierzyłby część odpowiedzialności za interesy. Łysy wraz z trzema rosłymi towarzyszami postanowił nie czekać na pozwolenie szefa i zignorował ten zakaz. 

– Pamiętasz mnie? Pamiętasz Gabriela, którego zajebałeś?! – Dopadli Maksa w ciemnym zaułku. Pomimo próby obrony, uległ przewadze napastników. Broń, którą mu zabrano przed spotkaniem z Ulwarem, już do niego nie wróciła. Tłukli go i kopali dopóki jeden z napastników nie krzyknął:

– Dobra, wystarczy! Nie chcecie sie chyba narazić na gniew szefa.

Odpuścili, ale niechętnie.

 

Boleśnie poobijany, lecz ciągle żywy próbował wstać na nogi. Co najmniej jedno, lub dwa żebra miał złamane. Widział jak odchodzą. Krew z rozciętego łuku brwiowego zalewała mu oczy, jednak nie na tyle, aby przeoczyć scenę, jakiej był świadkiem chwilę później. Gdy bandyci oddalili się nieco, z kilku stron na raz, z dachów i ciemnych zakamarków wyskoczyło na nich kilka stworzeń wielkości psa. Kreatury nie wydawały żadnego dźwięku, oprócz stukotu kościstych odnóży o podłoże. Nie tak dawni napastnicy, sami stali się ofiarami. Ich urwane krzyki nie trwały długo ze względu na silnie jadowitą ślinę atakujących potworów. Toksyna zabijała błyskawicznie.

Maks uznał, że lepiej oddalić się jak najszybciej z tego miejsca. Postanowił tylko przyjrzeć się jeszcze dziwnym dyniopodobnym owocom tego obcego mu, inwazyjnego pnącza. Urosły naprawdę wielkie. Wciąż nie było wiadomo, czym jest i skąd pochodzi roślina. Wtem, jedno z nich pękło i ujrzał wewnątrz jakiś ruch. Coś próbowało wydostać sie ze środka, jak pisklę z jaja. Skorupa owocu odpadła i zobaczył stworzenie jak z koszmarów. Dokładnie takie same zaatakowały przed chwilą Łysego wraz z kompanami. Długie, ostre zęby osadzone w spłaszczonym ryju ociekały żółtozieloną substancją. Wygiety grzbiet jak u przestraszonego kota z kreskówki i brak oczu. Tyle zapamietał, gdyż zaraz po tym, oddalił się od bestii oraz owocującej rośliny w pośpiechu.

 

 

 

 Stał samotnie na kamiennym moście. Dookoła rozposcierał sie widok na parkowe drzewa, nad wierzchołkami których widniała panorama miasta. Odległe budynki oświetlone zachodzącym słońcem, stały nieruchome ciemniejąc z każdą chwilą. Maks lubił magię zachodów słońca, grę światła i barw, zanim nastąpi całkowita ciemność. Śmierć dnia, narodziny nocy. Pomyślał, że to już chyba ostatni zachód, który ogląda w tym mieście. zastanawiał się, czy Anna jest bezpieczna? Czy dotarła do rodziny?

Czas się stąd wynieść. W pobliżu nie było nikogo. Gdzieś w oddali dało sie słyszeć tylko urwany krzyk jakiegoś nieszczęśnika. Zbłąkany pies wałęsał się bez celu. Podbiegł do Maksa merdając ogonem, licząc pewnie na jakiś smakołyk. Człowiek spojrzał na zwierzaka pętającego się u nóg mówiąc:

– To będzie dla nas długa noc piesku. 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Nie przemówiło do mnie.

Opisy wydają się takie statyczne – przedstawiasz, co się działo w mieście, ale jakby z dużej odległości, bez angażowania się. Końcówka trochę od czapy.

Z przecinkami faktycznie jest problem. Na przykład wołacze, Peterze, oddzielamy od reszty zdania.

Do tego miejscami byłoza i niewyrobiony styl. Taki sztywny.

Minął jakiś czas od wygasnięcia tajemniczego wirusa, który doprowadził do unicestwienia sporej liczby populacji ludzkiej na świecie.

Przykład dziwacznej konstrukcji. To ile populacji zostało unicestwionych? Można to było ująć zręczniej. Przy okazji literówka.

dziś była tylko cieniem samej siebie, z przed kryzysu.

Sprzed.

Babska logika rządzi!

Finkla, dziękuję za poświęcony czas i uwagi. Wezmę je sobie do serca. Jestem trochę sztywny, choć nie całkiem – to fakt :). Styl mam bardzo niewyrobiony. Byłozy za dużo. Co do zakończenia, to mnie się podoba, ale może jeszcze zmienię zdanie. 

Jeszcze o roślinkach od czasu do czasu wspominasz, ale już błyskawicznie rosnące i dojrzewające dynie to musi być straszliwa mutacja (nie wiem, czy takie tempo jest fizycznie możliwe, skąd nagle tyle energii?), zwierzątka to już ostra jazda. I nic nie wyjaśniasz – dlaczego bohater przeżył, skąd pies…

Babska logika rządzi!

Finkla, musi być trochę niedopowiedzeń. Pozostawmy czytelnikowi miejsce na jego wyobraźnię. Roślinki są z kosmosu. To prawdopodobnie efekt użycia broni biologicznej przez  obcych… Ale niewiadomo ;) Xenomorph, przeobrażajacy się w ciagu kilku godzin w dorosłą postać – to jest tempo. Moje są malutkie. Kurdupelki takie. Czyż nie fajne połączenie swiata roslin i zwierząt? Zwierzaki rosną,podobnie zresztą jak larwy much w czereśniach. Owoce są zainfekowane od środka. Bohater  miał szczęście. Przeżył, ale jego życie wisi na włosku. Gdy zaczynałem pisać to opowiadanie, chciałem uśmiercić bohatera. Pomyślałem, że wystarczy postawić go  w sytuacji nieodwracalnej. To znaczy i tak umrze, chyba że zdarzy się cud i uda mu się umknąć ludziom i potworkom. Zginie na sto procent Finkla. 

Sprostowanie – moje zwierzaki nie rosną w czereśniach. znowu byka strzeliłem

Właściwie czytało mi się nieźle, i mimo że rzeczywiście miejscami widać niewyrobiony styl, to czuć też zadatki całkiem lekkiego pióra :) 

Początek przytłacza opisami. Nie są może nudne, ale całkiem zwyczajne jeśli chodzi o klimat postapo i w związku z tym nic w nich nie przykuwa do tekstu. Przydałoby się dać szybciej nieco akcji – zwłaszcza, że fabuła tekstu tak naprawdę na akcji się opiera.

Fajnie wypadła scena, w której bohater usiłuje wytłumaczyć wybawionej dziewczynie, że nie jest zbirem. W tym fragmencie nawet nieźle wyszły Ci dialogi. Ale generalnie przydałoby się wziąć pod lupę niektóre z wypowiedzi bohaterów, bo czasami brzmią sztywno. O, np tutaj:

 

-‭ Te draby, szli za panią z baru. ‬Musiałem improwizować. Wyszło akurat w taki właśnie sposób.‭ ‬Szybko i bezwzględnie, ale skutecznie.‭ ‬Inaczej nie mielibyśmy‭ ‬żadnych szans. To‭ z‬łodzieje, gwałciciele, handlarze ludźmi i mordercy.‭ ‬Z nimi żadne dyskusje nie kończą sie dobrze.‭ Terroryzują całą tutejszą społeczność. ‬

 

Przecież dziewczyna tez należy do tej społeczności, więc ten kawałek akurat brzmi totalnie nienaturalnie.

 

Zgadzam się z Finklą, że zakończenie od czapy. Jakieś jest, ale w zasadzie ani nie domyka fabuły, ani nic nie wyjaśnia.

Werwena – Dzięki za poświęcenie chwili i za uwagi. Z pewnoscią przemyślę je sobie. Rzeczywiście zacytowany fragment brzmi nieciekawie. Popracuję nad sztywniactwem. Cieszę się, że są też jakieś plusy :)

Heja!

Mam wrażenie, że Twoje opowiadanie jest fajnie napisane – zwłaszcza z początku, a jednak brakuje w nim opisów metropolii.  Pojawia się wiele niedopowiedzeń, np. Max uderzając płytami musiał być naprawdę silny i mieć sporą celność trafiając wrogów, skąd gang posiadał AK-47 i kto załatwiał naboje :) czy obcy byli inteligentni, czy można było nawiązać kontakt?

Wielkie miasto, tudzież metropolia powinno posiadać wielkie budowle. Mało opisów, zbyt wiele pustosłowia.

Co do stylu, interpunkcji to są na dobrym poziomie – fabuła prowadzi czytelnika do przodu, sam mam z tym spore problemy i myślę, że przed tobą wielka kariera

Koniec życia, ale nie miłość

Czytając, nie miałam wrażenia uczestniczenia w zdarzeniach, a raczej obserwowałam wszystko z boku i to, co widziałam, niespecjalnie przypadło mi do gustu.

Zastanawia mnie, że jak na tak wielką katastrofę, w mieście żyje się niemal normalnie – w zrujnowanych domach jest prąd, ludzie mają auta i paliwo do nich, uprawiają warzywa i owoce, bywają w barach, chodzą na zakupy…

Dość karkołomny wydaje mi się pomysł na trujące rośliny, owocujące zwierzętami. Przyjmuję do wiadomości, że dynie to zrzut z kosmosu, ale nie wiem w jakim stało się to celu. Podejrzewam, że ludność niebawem wymrze, otruta, a ocalałych zagryzą właśnie wyklute zwierzęta.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia. Poza wskazanymi błędami i usterkami, w opowiadaniu jest nieprzeciętnie dużo literówek, tak dużo, że zrezygnowałam z ich wypisywania.

Mam nadzieję, Peterze, że Twoje kolejne opowiadania będą ciekawsze i znacznie lepiej napisane.

 

Za­pa­lił pa­pie­ro­sa - ostat­nie­go w pacz­ce. – Zamiast dywizu powinna być półpauza.

 

Chyba wła­snie wra­ca­li z za­ku­pów. Przy­gar­bio­ny czło­wie­czek po­ma­gał żonie dźwi­gać to­boł­ki z za­ku­pa­mi. – Literówka. Powtórzenie.

 

Ona Rów­nież po­ma­ga­ła tasz­czyć siat­ki. – Dlaczego wielka litera?

 

co czę­sto wy­wo­ły­wa­ło po­ża­ry, które rzad­ko były ga­szo­ne. Smród spa­le­ni­zny czę­sto wy­czu­wal­ny był… – Powtórzenia.

 

- Muszę sko­czyć po fajki - mruk­nął… – Zamiast dywizów powinny być półpauzy. Ten błąd pojawia się wielokrotnie w całym opowiadaniu.

 

Nie łatwo było jed­nak za­po­mnieć… – Niełatwo było jed­nak za­po­mnieć

 

– Weź się w garść chło­pie! …Oto nad­szedł ko­lej­ny, wspa­nia­ły dzień, na tym par­szy­wym, za­plu­tym pa­do­le! – Dlaczego w zdaniu jest wielokropek?

 

No, nie jest kurwa do­brze, po­wie­dział na głos.No, nie jest, kurwa, do­brze po­wie­dział na głos.

Przed półpauzą nie stawia się przecinka.

 

Kró­lo­wa­ły rozpacz i de­spe­ra­cja z jed­nej stro­ny… – Rozpaczdesperacja to synonimy.

 

Nabił sobie guza z tej oka­zji waląc głową w kie­row­ni­cę. – Nie wydaje mi się, aby o nabiciu sobie guza można powiedzieć, że stało się to z jakiejś okazji.

 

trzech opry­chów z gangu Ulwa­ra. Był to jeden z bar­dziej zna­czą­cych i krwa­wych gan­gów w oko­li­cy. – Powtórzenie.

 

dwóch zbi­rów, tych co przed chwi­lą po­sztur­chi­wa­ło bie­da­ka, rów­nież zwró­ci­li uwagę… – …dwóch zbi­rów, tych którzy przed chwi­lą po­sztur­chi­wa­li bie­da­ka, rów­nież zwró­ci­ło uwagę

 

- Co tam knu­je­cie ło­bu­zy Gwał­cik? po­my­ślał. – Myśli zapisuje się nieco inaczej niż dialogi. Może przyda się podpowiedź: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Po­sta­no­wił przyj­żeć jej się z bli­ska.Po­sta­no­wił przyj­rzeć jej się z bli­ska.

 

– Chodź no tu suko! – Wy­sy­czał Łysy… – – Chodź no tu suko! – wy­sy­czał Łysy

 

nie wy­pu­ścił jesz­cze z rąk za­im­pro­wi­zo­wa­nej broni . – Zbędna spacja przed kropką.

 

Ten pró­bo­wał za­sło­nić cios uno­sząc rękę. – Czy można zasłonić cios?

Proponuję: Ten pró­bo­wał złagodzić cios, uno­sząc rękę. Lub: Ten, uno­sząc rękę, próbował zasłonić się przed ciosem.

 

Po­wiedz­my, że była łasym ką­skiem, dla zbo­ków. – Po­wiedz­my, że była łakomym ką­skiem dla zbo­ków.

 

to za bli­sko tego miej­sca.. – Pierwsza kropka jest zbędna.

 

prze­oczyć scenę, ja­kiej był świad­kiem chwi­lę póź­niej. – …prze­oczyć scenę, której był świad­kiem chwi­lę póź­niej.

 

z kilku stron na raz, z da­chów i ciem­nych za­ka­mar­ków… – …z kilku stron naraz, z da­chów i ciem­nych za­ka­mar­ków

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mariner79 :D Cieszę się, że wyczułeś klimat. Fajnie, że zechciałeś przeczytać i skomentować. Są różne płyty używane do kładzenia chodników. Te, których używał Maks były niezbyt duże, taka połówka sześciokątnej. Dobrze leży w rękach. AK47 to najpopularniejszy karabin na świecie i nietrudno go zdobyć. Co do obcych, to są na drugim, a nawet trzecim planie. Stanowią nieodgadnione zagrożenie. Dlatego sami obcy nie pojawiają się w opowiadaniu (potworki z dyniowatych owoców są prawdopodobnie tylko bronią biologiczną) Ich niecne plany skryte są przed ludzkością. Na pewno nie będą przyjazne :). Pozostawiam wyobraźni czytelnika, to jak wyglądają, w jakim stopniu ich agresja jest celowa. Być może motywy kosmitów przechodzą zdolność pojmowania człowieka. Przyznaje, że starałem się pisać skrótowo, dlatego nie wdawałem sie w szczegółowe opisy. Muszę w związku z tym popracować nad cierpliwością.

Dziękuję regulatorzy. Co do zdystansowanej narracji, bo chyba o to chodzi, to Finkla ma podobne odczucia do Twoich. Nie wiem czy to “naprawialne” u mnie. Literówek jest wiele. Może przez to, że  za małej czcionki używałem i nie zawsze widzę ogonki. Pisałem też w edytorze, który nie podkreślał mi błędów, więc mam wymówkę :P. 

“Przyjmuję do wiadomości, że dynie to zrzut z kosmosu, ale nie wiem w jakim stało się to celu. Podejrzewam, że ludność niebawem wymrze, otruta, a ocalałych zagryzą właśnie wyklute zwierzęta.”

Dokładnie. Ja też nie wiem w jakim celu, bo to tajemnica obcych i raczej nie dane będzie ją poznać przed unicestwieniem ludzkości, oczywiście jeśli taki jest plan.

Z początku opowiadanie miało być dystopią. Pomyślałem, że gdy wprowadzę element postapo, będzie mi się łatwiej pisało. Pomyliłem się.

Dywizy, półpauzy, pauzy, myślniki. Dla mnie to zaskoczenie. Dzięki za zwrócenie mi na to uwagi. Do tej pory myślałem, że myślnik, to myślnik i koniec, a tu nie :D. Wydaje mi się, że pisanie na trzech różnych komputerach (w tym jeden niemieckojęzyczny), mogło mieć związek z różnymi długościami kreseczek wpisywanymi w tekst. Na klawiaturze jest tylko jedna opcja. Nie wiedziałem że długość ma takie znaczenie, ale wielu rzeczy jeszcze nie wiem.

Również życzyłbym sobie lepiej napisanych opowiadań w przyszłości. Nie aspiruję do ambitnych dzieł, wystarczy mi, że nauczę się poprawnie klecić tanie opowiastki z klimatem. Do poczytania wieczorem.

Dziemkujem

Tutejszy edytor nie serwuje myślników. Niekiedy pozwala zaimportować z jakiegoś dokumentu, ale to już inna bajka.

Zasadniczo, jeżeli wpiszesz ciąg “spacja, kreska (ten zwyczajny minus na klawiaturze), spacja”, edytor automatycznie przerabia wpisaną kreskę (dywiz) na półpauzę. Word też tak robi. Nie wiem, jak niemieckojęzyczny, ale podejrzewam, że też. Za to jeśli pominiesz którąś spację, względnie będziesz coś tam poprawiał, usuwał itp., to automat nie zadziała.

Po prostu zwróć uwagę, jak to się dzieje, obczaj gada, wyrób sobie właściwe nawyki. Proste, nie? ;-)

Babska logika rządzi!

Peterze, jeśli w czymkolwiek pomogłam, ogromnie się cieszę. :)

 

Li­te­ró­wek jest wiele. Może przez to, że  za małej czcion­ki uży­wa­łem i nie za­wsze widzę ogon­ki. Pi­sa­łem też w edy­to­rze, który nie pod­kre­ślał mi błę­dów, więc mam wy­mów­kę :P.

Moim zdaniem to nie jest wymówka, to raczej utrudnianie sobie pracy i rzucanie kłód przed oczy czytelników. :(

 

Dy­wi­zy, pół­pau­zy, pauzy, myśl­ni­ki. Dla mnie to za­sko­cze­nie. […] Nie wie­dzia­łem że dłu­gość ma takie zna­cze­nie, ale wielu rze­czy jesz­cze nie wiem.

Jestem zaskoczona Twoim zaskoczeniem i niewiedzą co do znaczenia długości, bo wydawało mi się, że to jednak cecha dość istotna… Mam nadzieję, że życie, skoro nie zrobiło tego do tej pory, niebawem zweryfikuje Twoje wiadomości w tej materii. ;)

 

Nie aspi­ru­ję do am­bit­nych dzieł, wy­star­czy mi, że na­uczę się po­praw­nie kle­cić tanie opo­wiast­ki z kli­ma­tem.

Martwi mnie, Peterze, Twój brak chęci do tworzenia dzieł wyrastających ponad klecenie tanich opowiastek, choćby i z klimatem. Mam nadzieję, że z czasem zrewidujesz swoje ambicje. Powodzenia. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przyzwoity warsztat, pomysł na świat po apokalipsie może nie jakoś specjalnie nowatorski, ale w miarę realistyczny. To jednak wszystko co mogę powiedzieć dobrego. Sporo niedomówień, zostało mało ludzi, ale niby jakoś żyją, pracują, może tylko przestępczość jest większa. I w tą przestępczość wchodzi kobieta i pije sobie drinka w barze, dosłownie czekając na gwałt. Banalne to mocno, ratunek i porzucony przez żonę główny bohater także. Związek z roślinami żaden, jakby dwie różne historie z dwóch opowiadań. Zakończenie bez zakończenia. Całość jak fragment, a nie samodzielnie opowiadanie.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki Finkla. Wydaje się bardziej proste niż wklepywanie: alt+0151 = pauza oraz alt+0150 półpauza, które to sposoby wyguglałem. Spróbuję :–) 

Twoja pomoc regulatorzy, jest nieoceniona i znacząca. Za rzucanie kłód pokornie przepraszam. Widzę, że muszę bardziej się postarać. 

Co do Twego zaskoczenia moim zaskoczeniem i niewiedzą na temat znaczenia pewnych parametrów, zastanawiam się, ile takich zaskoczeń jeszcze przede mną… :) ? Jestem gotów przyjąć każdą naukę.

Powiedzmy, że o ambitnych dziełach pomyślę, gdy już uda mi się opanować przynajmniej podstawowe umiejętności, niezbędne przy pisaniu. Mam jednak wrażenie, że jeśli napiszę coś ambitnego, to będzie raczej wypadek przy pracy, niż cel zamierzony.

Życie zweryfikuje i to :) 

Darconie, zgadzam się z Tobą, że jest nieco banalnie. Z początku chodziło mi bardziej o stworzenie świata dystopijnego, niż postapo stąd ludzie “jakoś żyją”.  Kobieta w knajpie piła kawę, nie drinka, więc nie była taka znowu łatwa ;)

Gdyby mój bohater miał większy związek z roślinami (prawdopodobnie bronią biologiczna obcych), to zaliczyłby szybki zgon. Chyba, że chodzi o niewyjaśnione pojawienie się i pochodzenie pnączy. Tutaj wchodzi punkt widzenia bohaterów. Nikt tak naprawdę nie wie, czym są owe rośliny, a gdy próbuje się dowiedzieć, kończy w agonii. Nie wiemy, czy ta “broń” jest wykorzystywana świadomie, przez istoty inteligentne. Sama w sobie jest groźna i bezobsługowa.

Jeśli chodzi o zakończenie, to najwyraźniej lubię pozostawiać więcej pytań, niż odpowiedzi. Chyba mam taką tendencję :)

Dziękuję za poświęcenie czasu oraz za weryfikację i uwagi, które przeanalizuję.

Peterze, pięknie dziękuję za uznanie. :)

 

Co do Twego za­sko­cze­nia moim za­sko­cze­niem i nie­wie­dzą na temat zna­cze­nia pew­nych pa­ra­me­trów, za­sta­na­wiam się, ile ta­kich za­sko­czeń jesz­cze przede mną… :) ? Je­stem gotów przy­jąć każdą naukę.

Cóż, mogę tylko życzyć, by to, co będzie Cię ewentualnie zaskakiwać, zaskakiwało miło.

Sugeruję też, abyś, poza deklarowaniem przyjmowania nauk, zaczął osobiście zgłębiać temat. ;)

 

Mam jed­nak wra­że­nie, że jeśli na­pi­szę coś am­bit­ne­go, to bę­dzie ra­czej wy­pa­dek przy pracy, niż cel za­mie­rzo­ny.

Wobec takiego podejścia do sprawy, powinnam Ci życzyć wielu wypadków przy pracy. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej. Coś ode mnie :)

 

Roboty sprzatające nie radziły sobie, gdyż same w większości wymagały gruntownego remontu, lub co najmniej przeglądu.

 Odzwierciedleniem opłakanego stanu ducha tej zdziesiątkowanej obecnie metropolii, były nieliczne, wynędzniałe postacie przemykajace w pośpiechu zaniedbanymi ulicami.

Chyba własnie wracali z zakupów. Przygarbiony człowieczek pomagał żonie dźwigać tobołki z zakupami.

– literówki… W tym momencie rezygnuję z ich wskazywania. Musisz przejrzeć tekst pod tym kątem, jest ich mnóstwo :)

 

Pracował w jednej z ostatnich działających jeszcze fabryk i chyba robił tam za popychadło.

– słowo zapychacz, które rzadko kiedy jest potrzebne a jedynie osłabia siłę przekazu. Narrator staje się bez jajeczny, nieprzekonany o swojej wiedzy. Jeżeli taki jest rys psychologiczny postaci to ok, jeżeli nie to trzeba się takich osłabiaczy pozbywać.

 

Nieopodal pośród innych gości siedziała całkiem ładna kobieta.

– kolejny osłabiacz przekazu.

Nie pasowała do tego miejsca. Dopijała właśnie tanią, syntetyczną namiastkę kawy.

– czy wyprodukowanie syntetyku nie jest droższe do prawdziwej kawy w upadającym świecie? Kiedyś z biedy szukało się naturalnych zastępników – kawa zbożowa ;)

 

– Teraz, to już muszę się na pewno napić! Całe szczęście, że bar jest blisko.

– kloszardzi to raczej nie bywalcy barów… Takich się tam nie wpuszcza. No i słowo kloszard – archaiczne ;)

Największy problem w tym tekście to brak naturalności bohaterów. To samo się tyczy ich emocji. Im mniej zrozumiałych emocji generuje bohater/postacie, tym mniej jesteś w stanie wzbudzić w czytelniku. Taka niepisana zasada – czytelnik szuka punktów wspólnych, utożsamia się z postaciami. Jeżeli postać zachowuje się nienaturalnie, czytelnik nigdy go nie zaakceptuje, bo nie będzie wstanie odnieść go do własnej rzeczywistości, do reakcji ludzi jakie zna.

 

Oczywiście nie chodzi o to, aby nazywać uczucia i wszędzie, gdzie się da doklejać informacje typu: „Byłem smutny” (to też Ci się zdarza). To reakcje i sposób wypowiedzi, jak i to co narrator wygłasza musi na to wskazywać.

Np. opisując córkę mogłeś mimochodem wrzucić kilka słów, które powiedziałyby czytelnikowi jak bohater postrzega swoje dziecko. Z opisu wynika, że idzie grzecznie obok nich i niesie siatki. A jakbyś dodał chociaż jedno przemyślenie bohatera np. „Uśmiechnął się w duchu. Tak podobna do matki.” To już czytelnik zaczyna domyślać się w jakim stanie emocjonalnym jest bohater.  

 

Jestem po prostu zmęczona tą nudną egzystencją. Potrzebuję silniejszych bodźców, więcej adrenaliny kochanie.

To zdanie na przykład wskazuje na niewłaściwą formę przekazu. Powinno być emocjonujące. Kobieta jest rozgoryczona, zawiedziona i nie ma już siły dalej tak żyć. W normalnej sytuacji nikt nie używałby słów egzystencja, bodźce, adrenalina (generalnie używasz słów nieadekwatnych do sytuacji – nazbyt formalnych).

„Mam już tego dość! Zrozum, ta przytłaczająca nuda, ta szarość wysysa ze mnie życie. Dlaczego nic z tym nie zrobisz? Dlaczego nie wstąpisz do gangu, aby coś zmienić? Jesteś słabym miernotą, który nie potrafi zadbać o rodzinę. Wybacz mi, ale nie mogę tak dalej…”

Lepiej, nie? Konkretne emocje ;)

 

Oglądając jakikolwiek film przyjrzyj się jak bohaterowie budują zdania, jakich słów używają – prostych i dosadnych. To pomoże, zapewniam:)

Pomoże również przy dialogach, bo to jak formułują myśli bohaterowie też zdaje się mocno naciągane, statyczne i pozbawione adekwatności do danej sytuacji. W pewnym momencie zacząłem podejrzewać, że bohater jest socjopatą ;)

– Zdaje się, że właśnie uratowałem panią przed czymś bolesnym i bardzo niehigienicznym

– Istnieje duża szansa – kontynuował, – że zabiliby cię, ale najpierw… No wiesz… Zabawiliby się… No, być może później sprzedaliby cię do jakiegoś burdelu. Chyba dobrze, że im pokrzyżowałem plany, co?

– jakby potrzebował pewność czy dobrze zrobił…

 

Co do samego pomysłu i fabuły… Traktuję to opowiadanie, jako ćwiczenie w tematyce posapo – tak wprawka pisarska:)

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny:)

Regulatorko, dzięki raz jeszcze :)

Blacktom, dzięki za przeczytanie mojego tekstu i uwagi. Co do syntetycznej kawy, to akcja opowiadania dzieje się w jakiejś bliżej nie określonej przyszłości. Za kilkadziesiąt lat może zabraknąć kawy, więc laska pije, to co jest dostępne.

Jeśli chodzi o emocjonalność żony Maksa, to zimne suki takie jak ona ich nie okazują. Są różne kobiety. Chciałem też uniknąć typowej przaśności, rodem z telenoweli. To dystopia, również pod względem emocjonalnym ;)

Ok. Takie wytłumaczenia jestem w stanie zaakceptować. Najważniejsze, że to nie przypadkowe rozwiązanie kwestii i sprawę przemyślałeś, nie idąc na łatwiznę w myśl zasady, że w przyszłości i psy tyłkami też mogą szczekać – bo kto mi udowodni, że nie ;)

 

Pozdrawiam i do następnego czwartkowego dyżuru :)

Nowa Fantastyka