- Opowiadanie: funthesystem - Modlitwa do Archimedesa

Modlitwa do Archimedesa

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Modlitwa do Archimedesa

Przeznaczenie jest jak pijany Święty Mikołaj – idziesz sobie przez życie, aż tu nagle bach! dostajesz czymś w głowę, patrzysz, a to prezent, który ma się do ciebie jak piernik do wiatraka. Podnosisz go i bierzesz, boś, człowieku, głupi jak but.

Na przykład taki pan Stanisław, lat siedemdziesiąt dziewięć, świeżo upieczony wdowiec, ojciec (nie pierwszej świeżości), dziadek (świeżości pośredniej). Wprowadził się do nowego mieszkania i znalazł dar od losu w wannie, rozebrał, powiesił. A nasz pijany Święty Mikołaj tylko czknął, beknął i polazł w cholerę, zostawiając biednego staruszka na pastwę – nie owijając w bawełnę – Archimedesa.

Z tego Archimedesa też był kawał dziada. Niezbyt urodziwy – chyba że ktoś gustuje w obrazach nagich mężczyzn ze stryczkiem na szyi i wodą pod stopami. Ktokolwiek go namalował, talentu nie miał. Ewentualnie lubił wypić przed chwyceniem za pędzel. A co najgorsze, ten Archimedes-dziad, wisielec-topielec, odebrał Stanisławowi mowę. Dosłownie.

Stał więc staruszek przed zawieszonym na próbę obrazem i poruszał ustami jak gadatliwy karaś. Pamiętał, że ryby i dzieci głosu nie mają; różni ludzie ostrzegali też, że z wiekiem się dziecinnieje – ale aż tak, żeby własnego języka w gębie zapomnieć?

Niezręczną ciszę przerwał mężczyzna z obrazu:

– Dzień dobry. Dziękuję, że mnie powiesiłeś.

Przy tych słowach wąska kreska farby, która miała być ustami, zafalowała. Poza tym nic na malowidle się nie poruszyło.

A głos brzmiał znajomo.

– Nazywam się Archimedes – oznajmił obraz. – Co zresztą widnieje w dokumentach.

Smuga będąca ręką drgnęła, wskazując na lewy dolny róg. Stanisław zmrużył oczy, zbliżył twarz, przeczytał, poruszając bezgłośnie wargami: „ARCHIMEDES”. Potem wyprostował się – grymas bólu, gdy w krzyżu strzeliło – i spojrzał spode łba na gadające dzieło sztuki.

– Ale nie ten Archimedes.

Do staruszka powoli docierało, skąd zna ten głos.

– Ale ty tego Archimedesa pewnie też nie znasz. Czy znasz? Taki grecki mądrala.

Stanisław pokręcił głową.

– Ci dzisiejsi emeryci – westchnął obraz. – Czego was uczą w tych kościołach? Prawo Archimedesa, drogi gospodarzu, to przecież dekalog fizyki. Ciało zanurzone w cieczy traci na ciężarze tyle, ile waży wyparta przez nie ciecz. Jakoś tak to szło.

Gospodarz nie miał nastroju na lekcję hydrostatyki. Co więcej, rozpoznał głos – sam brzmiał bardzo podobnie jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat wcześniej. Ten fakt mu się nie spodobał; Stanisław uznał, że traci zmysły. Chwycił za drewniane ramy, zdjął obraz i zaczął pakować go z powrotem do plastikowego czarnego worka, z zamiarem odłożenia nie do wanny, lecz do kontenera na podwórku. Już prawie wychodził z mieszkania, gdy Archimedes zawył:

– Nie możesz mnie wyrzucić!

Staruszek przystanął.

– Jeśli mnie wyrzucisz, umrzesz – zagroził obraz.

Brzmiało to jak zmyślone na poczekaniu kłamstwo. Jednak Stanisław przypomniał sobie słowa, które usłyszał jeszcze przed wojną, w Bieszczadach, zanim wyjechał na zachód: w każdym kłamstwie kryje się ziarno prawdy. Emeryt czuł, że śmierć czeka za rogiem, mimo to nie zamierzał igrać z ogniem, dopóki nie załatwi paru spraw.

Archimedes zaś wyczuł, że zostaje.

– Powieś mnie z powrotem – rozkazał.

Stanisław wyjął go z plastikowego worka i położył palec na ustach.

– Mam być cicho? Nie ma mowy, gospodarzu. Wystarczy, że ty milczysz.

Starzec wskazał na swoje wargi.

– Mam cię pocałować?

Potrząsnął głową i pokręcił palcem obok ust.

– Wyjąć i umyć sztuczną szczękę? – rżnął głupa Archimedes. – Dobra, wystarczy już tych śmiechów-chichów. Powieś mnie i daj spokój, bo męczący się robisz.

Stanisław westchnął i spełnił polecenie, licząc, że wtedy Archimedes choć na chwilę umilknie. Jednak on gadał. Gadał, gadał i gadał. Staruszek wrócił do swoich zajęć, prosząc w duchu Boga, by mówiący obraz okazał się tylko złudzeniem.  

 

***

 

Zaszła pomyłka. Przeznaczenie wcale nie polazło w cholerę – ono udało się po kolejną flaszkę i chwiejnym krokiem wróciło, by dorzucić biednemu staruszkowi jeszcze trochę dodatków do głównego prezentu.

Okazało się, że obraz pozbawiał nie tylko mowy, ale także wszelkich sposobów porozumiewania się słowami, w tym pisania. Archimedes okradał też inne rzeczy: jedzenie, które znalazło się w zasięgu jego wzroku, traciło smak; stojący obok telewizor pokazywał niezrozumiałe kolory i kształty; litery w książkach zamieniały się miejscami; rośliny w doniczkach więdły. Stanisław zwabił nawet na parapet gołębia (na wróbla był zbyt powolny), chwycił go w garść i podsunął wisielcowi-topielcowi.

– …dawniej to się polowało na kuropatwy – opowiadał Archimedes. – Musiał być człowiek wtenczas sprawny, bo to szybkie skurczybyki były…

Tymczasem przestraszony ptak pod wpływem mocy obrazu przestał gruchać, a Stanisław poprzysiągł sobie, że nie wpuści tu nikogo, choćby się paliło. Tak więc kiedy w sobotę, w samo południe, przyszli do niego syn Jacek i wnuczka Zosia, nie pozwolił im nawet zajrzeć. Przetrzymał gości na klatce schodowej, ubrał się, po czym w milczeniu poprowadził rodzinę do ulubionej kawiarni.

– Tatusiu, czemu dziadek się nie odzywa? – zapytała szeptem Zosia.

– Sam chciałbym to wiedzieć – westchnął Jacek. – Tato? Może chociaż z Zosią porozmawiasz?

Stanisław tylko wskazał na usta i rozłożył bezradnie ramiona.

– Udaje Greka – skwitował Jacek.

– Jakiego Greka? – zainteresowała się dziewczynka.

– Arystotelesa czy innego Diogenesa… Sam chciałbym wiedzieć, co on sobie ubzdurał. Tato?

Stanisław – już nieco doinformowany, jeśli chodzi o dorobek kultury antycznej – chciał mruknąć, że raczej Archimedesa, co byłoby tak samo ni z gruszki, ni z pietruszki, jak filozofowie Jacka. Nie mógł jednak wydobyć z siebie głosu, a jak wiadomo nie jest człowiekowi łatwo, gdy musi stłumić w sobie żart, nawet ten słaby…

A jeszcze trudniej jest, gdy tłamsi w sobie poważne sprawy, choć wolałby je wyrzucić.

W kawiarni Stanisław zajął miejsce przy stoliku, Zosia wgramoliła mu się na kolana – zabolały – a Jacek poszedł złożyć zamówienie. Dziewczynka otworzyła usta, by powiedzieć coś do dziadka, jednak on położył palec na ustach. Mała natychmiast zrozumiała. Siedzieli we dwoje, w milczeniu, uśmiechnięci, ona dyndała nogami, a on zaciskał zęby i nie dawał nic po sobie poznać.

Wrócił Jacek.

– Jeśli naprawdę ci coś jest – powiedział – trzeba z tym pójść do lekarza.

– Przecież dziadek nie zrobił nic złego! – Zosia stanęła w obronie staruszka. – A nawet jeśli, nie trzeba go od razu wysyłać do lekarza.

Obaj mężczyźni się zaśmiali – z taką różnicą, że z ust starszego nie wydobył się żaden dźwięk. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Stanisław tak bardzo chciał powiedzieć synowi parę prostych, oczywistych rzeczy. Powinien był już zrobić to dawno temu, jednak pewne słowa przechodzą przez gardło z trudem, jakby jakiś inny Archimedes próbował je ściągnąć z powrotem w głąb człowieka. Staruszek powtarzał sobie, że co się odwlecze, to nie uciecze.

Ale to było tylko porzekadło. Przekonał się o tym na własnej skórze kilka tygodni wcześniej, gdy umarła Marysia, a on został sam, ze słowami, które utkwiły w pół drogi do wypowiedzenia.

Stanisław postukał w tarczę zegarka, wskazał na kawiarnię, w której byli, po czym pokazał siedem palców.

– Siedem minut? Godzin? – zgadywał Jacek.

Emeryt westchnął. Co jak co, ale słowa się przydają. Spróbował w inny sposób przekazać, że spotkają się w tym samym miejscu i o tej samej godzinie za tydzień. Jednocześnie modlił się do Boga, by ten zdjął z niego klątwę Archimedesa.

Modlitwę usłyszało przeznaczenie, nasz pijany Święty Mikołaj. Chciało zapewnić, że na wszystko będzie czas, że co się odwlecze, to nie uciecze… Ale w pół zdania zasnęło, zmorzone alkoholowymi ekscesami. Taki już jego los.

Stanisław musiał wziąć sprawy we własne ręce. Nie było jednak nikogo, kto by mu o tym powiedział. Poza Archimedesem.

 

***

 

Obraz wisiał i gadał – Stanisław trwał i milczał.

Zegar w sercu tykał – pijany Święty Mikołaj chrapał.

I wydawałoby się, że wszystko było tak jak dawniej. Staruszek tradycyjnie budził się o piątej rano, jadł trzy posiłki dziennie, brał leki, mierzył sobie ciśnienie, chodził na cmentarz i do Biedronki, a na koniec dnia zasypiał w trakcie zmawiania pacierza (modlił się na leżąco, bo kolana już nie takie jak kiedyś). O ile niezdolność do wysłowienia się mógł jeszcze znieść, to paplanina Archimedesa z każdym dniem coraz bardziej zachodziła mu za skórę.

– …nic mu się nie powiedziało, bo co się miało powiedzieć…

– …żyło się w krainie Dzisiaj, gdzie najważniejsze było, żeby mieć co do garnka włożyć, a kraina Jutro była miejscem dla rzeczy, których nie widać i nie słychać, a o których co niektóre darmozjady mogą gadać i gadać, i gadać…

– …a jak się tego wilka spotkało, to w oczy mu się spojrzało, a w głowie pustka; zamiast myśli, co z nim zrobić, to tylko jakieś głupie powiedzonka, nosił wilk, nie wywołuj, człowiek człowiekowi…

Stanisław co najmniej dwa razy dziennie próbował zdjąć obraz, ale wtedy Archimedes stawał się jeszcze gorszy, więc staruszek odpuszczał. Wychodził na dwór albo ustawiał maksymalny dźwięk w telewizorze, choć płynące z niego słowa zmieniały się za sprawą klątwy w bełkot; czasem nawet emeryt napuszczał wody do wanny, kładł się w niej, wstrzymywał oddech i zanurzał głowę, byle tylko nie słyszeć nieustannego monologu. Ale w myślach wciąż rozbrzmiewało echo: nosił wilk, nosił wilk, nosił wilk…

I Stanisław zastanawiał się, czy znajdzie w sobie jeszcze siłę, by ponieść wilka.

 

***

 

Trzeba być kowalem własnego losu, mawiają, ale tylko idiota kuje żelazo, kiedy to już dawno wystygło. A Stanisławowi, jak wielu starszym ludziom, często było zimno i to niekoniecznie za sprawą cięcia kosztów ogrzewania przez spółdzielnię mieszkaniową. Czuł, jak się ochładza, jak kamienieje, jak staje się coraz cięższy – choć przecież jeszcze oddychał, a ciśnieniomierz pokazywał, że serce pompuje krew. Staruszek myślał sobie: gdyby mnie tak wrzucić do rzeki, poszedłbym na dno jak kowadło.

– …pojechało się z ojcem nad Solinę – gadał Archimedes. – Reszta rodzeństwa była w wodzie, więc siedziało się tylko z ojcem na brzegu. Widziało się, że staruszek chce coś powiedzieć; widziało się, że pobladł i policzki wciągnął… Ale Bóg jeden wie, czy to nie były oznaki zbliżającej się…

Bóg wie, ale nie powie, pomyślał gorzko Stanisław. Za to Archimedes… powiedział, co wiedział.

Staruszek odłożył talerz do zlewu i stanął przed obrazem.

– Znowu będziemy się szarpać? – zapytał wisielec-topielec. – Ty będziesz mnie zdejmował, a ja będę…

Stanisław miał już dość nieustannej paplaniny malowidła. Znosił ją od kilku tygodni, ale teraz miarka się przebrała. Musiał coś zrobić, by odzyskać mowę i powiedzieć bliskim co trzeba.

Zdjął obraz, zaniósł do łazienki, postawił na pralce, po czym zaczął napuszczać wody do wanny.

– Co robisz, gospodarzu?

Stanisław wyjął obraz z drewnianej ramy.

– Nawet mi się nie waż! Zginiesz, jeśli mi coś zrobisz!

Przeżegnał się. Potem zanurzył dolny brzeg płótna w wodzie, wskazał na siebie i wykonał gest mówienia.

– Tak, ty zginiesz. Natychmiast przestań mnie topić!

Woda w wannie powoli pokrywała się z wodą z obrazu. Farba rozpuszczała się, barwy znikały. Po chwili zaczęły się rozpływać nogi Archimedesa. Wisielec bezskutecznie próbował je podkurczyć. Tonął. Smugi jego ciała rozmywały się centymetr po centymetrze.

– Będziesz tego żałował – wysyczał na koniec, a tym razem jego głos brzmiał zupełnie obco.

Stanisław wepchnął cały obraz pod wodę i czekał, aż farba całkiem się rozpuści. Następnie wyjął korek, a zabarwiony płyn z rozcieńczoną klątwą spłynął rurami. Staruszek zostawił płótno obok sedesu, umył ręce, spojrzał w lustro. Najpierw wydusił z siebie pojedynczą sylabę, potem sklecił całe zdanie:

– A idź, pierunie, do diabła.

Dłużej nie zwlekając, poszedł do rodziny.

 

***

 

Mówi się, że to, co ma wisieć, nie utonie.

Ale był sobie kiedyś kat, trzeźwy, za to głupi jak but. Pomyliły mu się rozkazy i niedoszłego wisielca utopił w fosie. O tym się już nie mówi.

Tyle, jeśli chodzi o moc przysłów. Sprawdzają się, dopóki się sprawdzają.

Na przykład taka Zosia, lat kilka, wesoła dziewczynka o jasnych włosach. Kiedy po pogrzebie dziadka wróciła z rodzicami do domu, jej ojciec usiadł na fotelu, a ona wgramoliła mu się na kolana. Widziała po nim, że chce coś powiedzieć, ale tłumi to w sobie. Dorośli tak czasem mają. A dzieci (i ryby) głosu nie mają, więc powtarzają po innych: słowa brzydkie i słowa ładne, słowa z przedszkola i słowa z telewizji, słowa z jawy i słowa ze snów.

– Pamiętasz, jak dziadek przestał się odzywać?

Ojciec skinął głową. Bał się otworzyć usta, by nie wypłynęło z nich to, co wolał zachować dla siebie. 

– A pamiętasz, jak siedziałam mu na kolanach, a ty poszedłeś kupić ciasto?

Pamiętał.

– Powiedział mi wtedy na ucho, dlaczego się nie odzywa. Mówił, że nas wszystkich bardzo kocha i że chce, żebyśmy byli szczęśliwi. I że nie odzywa się, bo nie chce palnąć na koniec jakiegoś głupstwa. Dodał jeszcze, że mowa jest srebrem, a milczenie złotem, puścił do mnie oko, a potem ty przyszedłeś i już się więcej nie odzywał. Aha, i był z ciebie bardzo dumny.

Choć dziewczynka mówiła swoim głosikiem i swoimi słowami, Jacek nie mógł pozbyć się wrażenia, że Zosia brzmi jak jej dziadek. Cóż, najwyraźniej niedaleko pada jabłko od jabłoni. Przytulił córkę i siedzieli tak, milcząc, wspominając. A z każdą chwilą wspólnej ciszy robiło im się lżej na duchu. 

Koniec

Komentarze

Modlitwa?! No dobra, niech Ci będzie… Zmówiłem przed spaniem paciorek, wypada się kłaść, ale może jeszcze napiszę tu kilka słów ;)

 

Ciekawy tekst i znów coś nowego w Twoim repertuarze, Fun. Narracja bardzo mi się podobała. Jest dojrzała, świadoma i na swój sposób niepowtarzalna. Niektóre zdania zahaczające o filozofię – z jednej strony kusiło mnie, by się zatrzymać i zastanowić, z drugiej – chęć czytania dalej zwyciężyła ;)

Stężenie przysłów trochę za duże, choć po Coboldzie i Natareli mogę mieć po prostu dosyć na dzisiaj…

Treść – albo banalna, albo umyka mi jej refleksyjność. Oceniając dosłownie, jednak trochę zawodzi. Starszy gość dostaje obraz od Mikołaja, ten go wkurza (i jeszcze zabiera mu głos!), wreszcie ten się wkurza i go niszczy, jak na upierdliwy wizerunek Archimedesa przystało. Dziwi mnie, że Stanisław nie porozumiewał się skinięciami/mrugnięciami – jest dużo sposobów na przekazanie odpowiedzi tak/nie.

Pod względem refleksyjnym… Muszę się zastanowić. Może to zrobię, choć przyznam, że nie w guście Counta takie zagrywki :/

Napisane super, bohater też całkiem niezły jak na tak skromną kreację… No nic, jak wymyślę coś ciekawego, to jeszcze Cię odwiedzę ;)

 

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Stanisław postukał w tarczę zegarka, wskazał na kawiarnię, w której byli, po czym pokazał siedem palców.

Ja bym to jednak traktował jako powtórzenie.

 

Cudowny warsztat, samo się czyta! Archimedes też cudowny. Łatwo mogłeś zanudzić jego wywodami o niczym, ale sprawiały wrażenie przemyślanych, wyważonych, błyskotliwych. Przyjemnie się przez nie płynęło, choć sama postać przyjemnie nie wypadła. I chociaż tekścik taki niespieszny, nudnawy, to zakończenie i puenta wyglądają bardzo fajnie.

Nie rozumiem tylko dlaczego dziadek uwierzył Arystotelesowi na słowo, że gdy coś mu zrobi, to umrze. Przecież stracił mowę, a nawet nie spróbował choćby uszkodzić płótna, by sprawdzić, czy jakoś to na niego wpłynie.

Hmmm. Fajny pomysł, ale właściwie ten sam, co w poprzednim opowiadaniu. Dlaczego wstawiłeś dwa tak podobne? Miałam nadzieję, że będą się jakoś uzupełniać, stworzą dyptyk, a tu to samo przedstawienie, tylko dekoracje nieco odmienne.

Prawo Archimedesa, drogi gospodarzu, to przecież dekalog fizyki.

Zgrzytnął mi ten dekalog, zabrakło dziesiątki. A przecież to greckie słowo, aż się narzuca.

Babska logika rządzi!

Hrabio, dzięki za komentarz! Dobrze mieć towarzysza broni, który nie oszczędzi słów krytyki. 

Dziwi mnie, że Stanisław nie porozumiewał się skinięciami/mrugnięciami – jest dużo sposobów na przekazanie odpowiedzi tak/nie.

Ostatnio ktoś nawet wymyślił tyłkowego Morse’a… ;) Ale moim zdaniem starszemu człowiekowi po prostu by się nie chciało. 

 

Jasna Strona, powtórzenie, a jakże. I tak musiałem wyplenić z tekstu trochę błędów z zamiennym użyciem wskazał/pokazał. 

Dlaczego uwierzył na słowo? Myślę, że to kwestia charakteru. Bohater powieści i filmu na pewno przeprowadziłby szereg testów, natomiast Stanisław ograniczył się do próby na gołębiu i uznał, że lepiej nie zadzierać. 

Dzięki za dobre słowa :)

 

Finklo, jak zawsze dzięki za komentarz :D

Nie zgodzę się, że to samo przedstawienie, tylko dekoracje inne. Każde z opowiadań jest oparte na czterech różnych scenach. I na inne przysłowia starałem się położyć nacisk. Jak wyszło, to już inna sprawa. 

Hm, co byś z tym dekalogiem zrobiła? Wsadziłem go dość umownie, skoro to mówi obraz, a nie narrator, uznając, że czytelnik bez zgrzytu załapie, że to jedno z dziesięciu przykazań. 

A więc tak to sobie wykombinowałeś!

Ciekawe, ciekawe… Choć myślę, że należałaby się czytelnikom jakaś wskazówka, np. dodanie słowa „Dyptyk” w tytułach. Decyzję o jednolitym tytule, pozbawionym nawet numeracji rozumiem, ale uważam za zbyt ryzykowną. Roboczo uznajmy, że to jest drugie.

Pierwsze podobało mi się bardziej. Bo było pierwsze. Poza tym dorobiłem sobie do niego wyrafinowaną interpretację, która upada po przeczytaniu drugiego. Ale do biblioteki powinny trafić oba – są nierozdzielne.

Nie będę kadził, że napisane świetnie, bo o tym wiesz. Fajny litemotiv ze Św. Mikołajem, choć zamiast „piernik do wiatraka” dałbym „but do butonierki” – miałbyś trzy buty w jednym akapicie ;)

Ładne wyznanie Zosi.

Mówiłem Ci już kiedyś, że powinieneś mniej pisać? Nie byłoby problemu z wyborem między Twoimi tekstami, a i zazdrość kolegów byłaby trochę mniejsza ;)

Bez wskazówek. Poza tym to taki ironiczny przytyk do mdłych, niewyróżniających się tytułów. 

Fajnie, że “drugie” jakoś strasznie nie odstaje. Ciekaw jestem, co powiedzą czytelnicy, którzy najpierw przeczytali powyższe. 

Mniej pisać? Przecież od czasu średnich “Lodów” prawie nic nie wrzucałem. 

Hm, co byś z tym dekalogiem zrobiła?

Zamieniłabym na “podstawy”. Albo napisała, że wchodzi w skład (czy jakoś podobnie). Toż jedno prawo nie tworzy całego dekalogu.

Babska logika rządzi!

Melduję, że przeczytałam ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Hm, co byś z tym dekalogiem zrobiła?

Fundament, kanon, elementarz?

Jose, meldunek ponownie przyjęty :)

 

Finklo, Coboldzie – będzie kanon, ale to już po tym, jak jurki przeczytają. 

Bez wskazówek.

Upartyś. A gdyby (w przyszłości) to się miało ukazać na papierze (przyszłości), to też byś nie dał żadnego wyjaśnienia, wstępu, przypisu?

 

Poza tym to taki ironiczny przytyk do mdłych, niewyróżniających się tytułów.

Mhm… Przyjmuję. A ja myślałem, że do Użytkowników, którzy wrzucają w jeden wieczór kilkanaście rozdziałów książki, po 100K każdy ;)

 

A powiedz, Fun, jaki autorski zamysł stoi za odmiennym przedstawieniem sceny rozstania się z obrazem w obu opowieściach? Bo mam swoją interpretację, ale te, jak widać, są trochę karkołomne.

W narracji Archimedesa słyszę echa “Sierot” Huberta Fryca. Świadome?

Inspirowałeś się jakimś konkretnym obrazem?

A gdyby (w przyszłości) to się miało ukazać na papierze (przyszłości), to też byś nie dał żadnego wyjaśnienia, wstępu, przypisu?

Po to robię eksperyment, żeby wiedzieć. Sprawdzam, czy czytelnikowi może dostarczyć satysfakcji lektura nieco innej historii opartej na tych samych motywach. I sprawdzam siebie, czy potrafię tak napisać. 

A powiedz, Fun, jaki autorski zamysł stoi za odmiennym przedstawieniem sceny rozstania się z obrazem w obu opowieściach?

Bo to tak naprawdę dwie różne opowieści. Tytuł każdej nawiązuje do tych scen, które najbardziej się różnią. SPOILER!!! Po pierwsze każda “modlitwa” nawiązuje do danego przysłowia. Po drugie pokazuję dwa całkowicie odmienne podejścia i dlatego, moim zdaniem, obie “Modlitwy” mają jakieś podstawy, by się bronić. Razem i osobno. Nie chcę więcej pisać, bo liczę, że jeszcze pojawi się kilku czytelników ;)

W narracji Archimedesa słyszę echa “Sierot” Huberta Fryca. Świadome?

Pamiętałem, że w “Lodzie” Dukaja tak było, ale po prostu potrzebowałem sposobu, by bezosobowo to opisać. 

Inspirowałeś się jakimś konkretnym obrazem?

Nie. W zasadzie najpierw miało być tylko “Gadał dziad…”, ale potem w głowie się pojawił ni z gruszki, ni z pietruszki Archimedes. I jakoś przypasował. 

Bo to tak naprawdę dwie różne opowieści.

Oj, coś unikasz odpowiedzialności. A nie zastanawiałeś się, co ci kazało najbardziej zróżnicować akurat tę scenę? Jeśli wolisz, możemy rozmowę przerzucić na priva.

Ja miałam wrażenie, że cokolwiek Stanisław by nie zrobił, i tak miał przerąbane. Taka grecka tragedia.

Babska logika rządzi!

W końcu coś Funa, co mi nie podeszło. Rozumiem zamysł, nie mam zastrzeżeń co do warsztatu, ale zabrakło mi dramatu w dramacie.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Kolejny ninja, który czyta opowiadania i nie komentuje? :D

Cóż, dzięki za lekturę, szkoda, że nie podeszło. Może więcej dramatu znajdziesz w drugiej “Modlitwie”?

Ok., ninja powraca.

Czytałem oba opowiadania, ale jestem podobnego zdania jak Finkla, dlatego wypowiedziałem się pod jednym. Gdzie zabrakło mi dramatu w dramacie? W przewidywalnych, w typowych, czy wręcz sztampowych sytuacjach i zwrotach. Naturalną rzeczą jest, że w podeszłym wieku trudniej jest porozumieć się ze społeczeństwem i bliskimi (patrz młodsze pokolenie), naturalna jest próba kontaktu dojrzałego życiowo i psychologicznie syna, ze starszym już ojcem. Mogła to być równie dobrze córka i matka, syn i matka itd. Sposób postępowania jest bardzo podobny, tak normalnie, w życiu. Oczywistym jest zaś wręcz, że rodzice są dumni z własnych dzieci, pokażcie mi takiego, który nie jest, więc słowa wnuczki “dziadek był z ciebie bardzo dumny” to już sztampa pełną gębą.

Napisałeś Funie opowiadania o życiowych sprawach i dylematach podeszłego wieku. Ktoś się z kimś nie może porozumieć, ktoś kogoś stracił, ktoś kogoś kocha, ktoś o kogoś się martwi. Ani Stanisław, ani Jarek, ani Zosia nie mając nic, żadnego pierwiastka X, który wyróżniłby ich od dziesiątków tysięcy innych dziadków, ojców i wnuczek. Ot szarość życia…

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

To nieco powierzchowna interpretacja. Patrzysz na opowiadania pod kątem przysłów, a nie tytułu, który powinien być główną wskazówką, jak odbierać każdy z tekstów. 

Hej, Czytelnik ma prawo patrzeć z tego kąta, w którym mu akurat wygodnie. ;-)

Babska logika rządzi!

Ale to nie dotyczyło Czytelnika, tylko tego, jak ja próbuję dotrzeć do odbiorcy.

Tytuł nie służy tylko do identyfikacji opowiadania, ale też do tego, by powiedzieć, o czym przede wszystkim jest historia. Gdybym skupił się na tym, że “Ktoś się z kimś nie może porozumieć, ktoś kogoś stracił, ktoś kogoś kocha, ktoś o kogoś się martwi.”, dałbym tytuł “Starość Stanisława” ;)

I nie bez powodu tytuł dotyczy też tego, co najbardziej różni oba opowiadania. A jakby ktoś wątpił w sens tego wszystkiego, mogę wysłać na priva wyjaśnienie.  Aczkolwiek uważam, że wszystko jest tu zrozumiałe, w tym to, że niektórych po prostu nie przekonałem :)

Przeczytałam :)

 

Ufff! Już wszystkie :)

 

W pierwszej chwili miałam wrażenie, że dodałeś opowiadania w niewłaściwej kolejności. Jednak wrażenie to dość szybko uleciało.

Choć tutaj jasno wykładasz, jakim sposobem Archimedes trafił do Stanisława, a i cała historia jest bardziej zrozumiała, to odnoszę wrażenie, że mimo pozornie wielu elementów łączących obie Modlitwy do Archimedesa, mam do czynienia z dwoma odrębnymi opowiadaniami.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bo to są dwa odrębne opowiadania. 

Tak czy inaczej, dzięki za wizytę :)

 

Chyba jestem osamotniona w preferowaniu tego tekstu? Po prostu, jakoś tak do mnie przemówił. Ale zupełnie inaczej niż do pana Stanisława, bo całkiem sympatycznie :) Niby tag humor, ale jednak lepiej się sprawdził w relacjonowaniu pewnych wydarzeń dotyczących staruszka. Wydaje mi się, że te żarciki dodały takiej goryczy temu wszystkiemu i, wbrew pozorom, powagi. Trochę tak jakbym patrzyła na świat oczami starego człowieka, którego spotkało wiele przykrych rzeczy, ale mimo wszystko potrafi jeszcze żartować, tak zwyczajnie. I te wszystkie, czasami głębokie zdania, nabierają lekkości przy takiej wesołości, łatwiej je przełknąć. I tak w ogóle wydaje mi się, że w tym opowiadaniu najlepiej balansujesz między żartobliwością, a powagą.

 

Ale krótki komentarz. To przez brak krytyki :D

A ja tutaj widzę inspirację :)

Podobny obraz

To i mniej interesujące i IMO niepotrzebne. Psuje smak po poprzedniej “Modlitwie…’

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Lenah, osamotniona nie jesteś, MrB był jak na razie tylko tutaj :P

Cieszę się, że ten bardziej przypadł do gustu i dzięki za nominację do biblioteki :)

A za kadr z “Przyjaciół” masz plusa. Dobrze, że sobie tego nie przypomniałem w trakcie pisania, bo nie wyszłoby zbyt poważnie :D

 

Emelkali, byłem świadom ryzyka. Miło, że przeczytałaś oba opowiadania :)

Fun poszedłeś chyba krok dalej z przysłowiami niż Twoja konkurencja. Tekst jest nimi nasycony. Sprytnie, niemal misternie nimi ozdobiony :)

 

Moim zdaniem to opowiadanie przede wszystkim o mocy słów – tych niewypowiedzianych. Tych słów, które nigdy nie miały szans paść zagłuszane nieustannym trajkotem niepotrzebnego i bezwartościowego codziennego bełkotu. Kilku słów najważniejszych, które znaczą więcej niż wszystkie inne wypowiedziane, a nawet wykrzyczane. Tych słów, po których można nie mówić już nic.

 

Stanisław zawieszony na granicy życia i śmierci, niczym Archimedes na obrazie, którym w rzeczywistości jest wizualizację jego samego (skazany, nieważne co zrobi na końcu drogi jest śmierć), przeżywa odejście żony i mierzy się z bolesną prawdą, że tracimy okazje, codziennie tracimy okazję, aby powiedzieć coś co warto powiedzieć, przy czym wszystko inne jest milczeniem. Później zostaje tylko żal niewykorzystanej sytuacji. Potem te ważne słowa już nie znaczą nic.

 

W ostatniej scenie zanurza obraz w wodzie – niszczy obraz. Można to odebrać jako symboliczne pokazanie samobójstwa.

Jedna uwaga. Obraz jest malowany na płótnie. Generalnie używa się do tego farb akrylowych lub olejnych, a one nie rozpuszczają się w wodzie (akryl po wyschnięciu). Jedno wyjście z sytuacji, jakie mógłbym wymyślić, żeby uratować logikę wydarzeń to, to że niewprawny artysta użył gwaszu (plakatówek) ;)

 

Jest tutaj sporo humorku i Twojej lekkości narracyjnej, ale dla mnie to temat jak najbardziej poważny niosący duży ładunek emocjonalny. Tylko zastanawiam się, czy faktycznie o to Ci chodziło, czy to było celem?

 

Ilu czytelników tyle interpretacji… Może coś w tym jest, co pisze Count, że za bardzo gmatwamy? Może trzeba pomyśleć o jakimś konkursie, w którym teksty byłyby totalnie pozbawione niedomówień/ograniczony pod względem interpretacji? Taka tam praktyka przed wypłynięciem na wydawniczy rynek ;)

 

Ps. Oczywiście podtrzymuję zdanie o różnorodności dróg w literaturze :)

Blacktom, wszystko, na co zwróciłeś uwagę, było w mojej głowie w czasie pisania :) Moc słów, zawieszenie między życiem a śmiercią – o to także chodziło. 

Co do topienia obrazu – wiedziałem, że tak to nie działa. Ale licentia poetica chyba mnie usprawiedliwia. 

Z tym konkursem na tekst z jasnym przekazem to dobry pomysł jest. Przy kolejnych opowiadaniach na pewno pomyślę o czymś zrozumiałym dla wszystkich ;)

Pewnie będę w mniejszości, ale ten tekst bardziej do mnie trafił – jest lepszy :)

KLIK!

Niby ta sama historia, ale ton całkowicie zmieniony. Bronią się teksty jako oddzielne, bo jednak są dwie różne perspektywy. Jak wspomniałam pod poprzednim tekstem – ten posępny bardziej do mnie przemówił, ale scena topienia obrazu była dramatyczna i też uderzyła w ten lubiany przeze mnie ponury ton.

Fajnie, że się bronią, i cieszę się, że doceniłaś posępność ;) 

I jeszcze chcę dać kolejnego plusika za świetne oddanie problemów starszego wieku. Zinterpretowałam Twój tekst w stronę rozwoju problemów z demencją. Naprawdę klasa :)

Bardzo fajny tekst. Przeczytałam go jako drugi, więc wiedziałam mniej więcej, czego się mogę spodziewać, ale dla mnie to mogą być dwa odrębne opowiadania.

Ciekawe, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Cieszę się, dzięki. A który bardziej przypasował? 

Tamten.

Znam tylko pięć liter ;)

Mam takie zastrzeżenia;

  1. Na początku opowiadania staruszek zostaje zostawiony na pastwę Archimedesa. Można zostawić kogoś WYŁĄCZNIE na pastwę losu. Można się pastwić nad kimkolwiek, czymkolwiek, ale słowo pastwa łączy się tylko ze słowem los. Inaczej jest nie po polsku, aczkolwiek oczywiście rozumiem, co chciałeś powiedzieć.
  2. Diogenes i Arystoteles to nie kultura hellenistyczna. Początek tej kultury wyznacza śmierć Aleksandra Macedońskiego, a obydwaj panowie filozofowali wcześniej.
  3. Mowa jest, gdzieś po koniec opowiadania, o jakiejś wodzie z obrazu. Jaka z obrazu może być woda?  

Ogólne wrażenia:

Porządnie napisane, lecz dla mnie zasadniczo niezrozumiałe.  Za dużo przysłów i metaforyki. Jeżeli to ma być o starczej demencji, nie rozumiem co ma do tego Archimedes i Święty Mikołaj. Nic nie wiadomo, jakoby Archimedes przechodził demencję. Był filozofem przyrody, czyli, tłumacząc to na dzisiejsze, naukowcem, nie filozofem. Myślał zdecydowanie ściśle. Nie kumam, czemu akurat jego wybrałeś na postać ględzącą od rzeczy z obrazu. Archimedes się nie powiesił, ani nie utopił.  Został zabity przez rzymskiego legionistę podczas oblężenia Syrakuz. Czy istnieje jakiż znany obraz wiszącego na stryczku Archimedesa? Czy to staruszkowi tak pomieszało się w głowie? Ale dlaczego widział właśnie Archimedesa? Czy to tylko dlatego, że znalazł obraz w wannie?

W sumie to doceniam, że miałeś ambicje powiedzieć coś ważnego. Tylko mi to umknęło. Może po prostu jestem za głupismiley.

Dziękuję za konkretną krytykę :)

Odnośnie pierwszego – wydaje mi się, że w swoim opowiadaniu mam prawo ingerować w związki frazeologiczne, stąd “pastwa Archimedesa”. 

Z drugim głupia wpadka. Myślałem, że hellenistyczna = grecka. Nie sprawdziłem, mój błąd. 

Co do trzeciego – chodzi o to, że powinno być “woda NA obrazie”? 

A jeśli chodzi o ogólne wrażenia, to po prostu szukałeś racjonalności tam, gdzie ja jej nie chciałem. Powołuję się na realizm magiczny, w którym element fantastyczny nie musi zostać wyjaśniony. Jedni tego szukają w fantastyce, drudzy wolą coś bardziej logicznego. Ale! Obecność Archimedesa w powyższym odnosi się głównie do prawa Archimedesa, jednak jest to najtrudniejsza metafora, której zrozumienie nie jest potrzebne do satysfakcji z lektury. 

Jeszcze raz dzięki.

Ok, poprzedni komentarz był stonowany, to teraz nie będę się ograniczał.

To opowiadanie jest po prostu złe. Nie mogłem pozbyć się przekonania, że po napisaniu poprzedniego opowiadania pomyślałeś sobie – a teraz napiszę to samo tylko inaczej i powsadzam do niego tyle przysłów, żeby oczarować jury i wygrać.

Każde opowiadanie można napisać na milion różnych sposobów – jednak gdyby np. King wydał tysiąc stronicową książkę dając dziesięć opowiadań z tą samą fabułą to raczej nikt by tego nie przeczytał, a tym bardziej nie kupił. Według mnie gdy autor ma pomysł, to może napisać milion wersji tego samego, lecz wybrać powinien jedną wersję i ją pokazać światu.

Jak dla mnie to opowiadanie to tylko wydmuszka poprzedniego pomysłu. Mam nadzieję, że nie obrazisz się na mnie za mocne słowa.

Mocne słowa zawsze w cenie, więc się nie obrażam.

Szkoda tylko, że nie napisałeś, co jest złego w tekście, bo skrytykowałeś sam pomysł na stworzenie dwóch różnych opowiadań o tym samym tytule. Bo to są dwie różne historie i każda z nich mówi co innego. 

Każde opowiadanie można napisać na milion różnych sposobów – jednak gdyby np. King wydał tysiąc stronicową książkę dając dziesięć opowiadań z tą samą fabułą to raczej nikt by tego nie przeczytał, a tym bardziej nie kupił. Według mnie gdy autor ma pomysł, to może napisać milion wersji tego samego, lecz wybrać powinien jedną wersję i ją pokazać światu.

I do miliona, i do dziesięciu mi trochę brakuje :D 

Dlaczego powinienem wybrać którąś z wersji, skoro są czytelnicy, którym obie przypadły do gustu? 

Trudno traktować mi tych opowiadań jako dwóch osobnych historii. Jedyną znaczącą różnicą jest los obrazu. W związku z tym przez połowę opowiadania czytałem to samo, napisane innymi słowami.

Niespójne wydaje się zakończenie, w którym Zosia mówi, co powiedział jej dziadek – czemu w tym jednym przypadku mógł przemówić, a w innych nie?

Bohaterowie też nie wydają się charakterystyczni – co już chyba ktoś zauważył, w którymś z poprzednich komentarzy. Rodzina jakich wiele.

I w sumie dalej nie wiemy skąd się wziął ten obraz i Archimedes – to demon, jakaś magia ożywiająca coś nieżywego, czy coś jeszcze innego?

Na plus w porównaniu do poprzedniego była chęć działania przez głównego bohatera, a nie czekanie na koniec. Jednak w tym przypadku tytuł opowiadania wydaje się kompletnie nietrafiony – wszak bohater ani razu nie klęka przed obrazem.

To tyle jeśli chodzi o jakieś konkretne uwagi.

Niespójne wydaje się zakończenie, w którym Zosia mówi, co powiedział jej dziadek – czemu w tym jednym przypadku mógł przemówić, a w innych nie?

Naprawdę tak trudno się domyślić, że skoro “A dzieci (i ryby) głosu nie mają, więc powtarzają po innych: słowa brzydkie i słowa ładne, słowa z przedszkola i słowa z telewizji, słowa z jawy i słowa ze snów.”, to tak naprawdę dziadek się nie odezwał? 

I w sumie dalej nie wiemy skąd się wziął ten obraz i Archimedes – to demon, jakaś magia ożywiająca coś nieżywego, czy coś jeszcze innego?

Wszystko wiemy. Archimedes był już w mieszkaniu (można się domyślić, że po poprzednim właścicielu). I to ani demon, ani magia, tylko gadający obraz. Jesteśmy na portalu z fantastyką. Czy jak w tekście fantastycznym nie ma słów-kluczy typu: elfy, duchy, ufo, statki kosmiczne, czary, diabeł, anioł, wampir, smok – to już trudno zrozumieć istnienie innego elementu fantastycznego? Jak to jest, że hasło “magia” pozwala nam brać na wiarę wszystko, a jak opisuje się coś, co można by spokojnie uznać za efekt działania magii – ale nie używa się tego cudownego słowa – to nagle czytelnik się gubi, nie rozumie, potrzebuje wyjaśnień? Czy gdyby ten obraz z klątwą sprzedała wiedźma Cyganka, bo Stanisław był dla niej opryskliwy – czy wtedy opowiadanie by coś zyskało, miało więcej sensu? Nie pytam ani retorycznie, ani złośliwie. Chcę podyskutować. 

I za uwagi dziękuję. 

Wiesz, uważam, że trochę by zyskało na sensie. Może niekoniecznie w tym znaczeniu, o które (chyba) pytasz, ale w bajkach zło zostaje ukarane. A tu ten obraz spada na dziadka jak grom z jasnego nieba i nikt nie kuma, co się stało.

No, niesprawiedliwa ta bajka – bohater ani nie mógł uniknąć złego losu (bo i skąd miał wiedzieć?), ani się w żaden sposób obronić…

Babska logika rządzi!

Właśnie miałem odpisać, ale w sumie Finkla napisała co i mi chodziło po głowie. Nie pozostaje mi nic innego jak pod Jej zdaniem się podpisać.

To mi zalatuje nieco schematami. W tym kontekście swoją historię widzę tak: starość → śmierć żony → przeprowadzka → znalezienie obrazu → wyciągnięcie na wierzch problemów, które były od dawna. Niesprawiedliwe? Skąd miał wiedzieć? No właśnie o to chodzi, że odwlekał załatwienie spraw. Gdyby wcześniej to zrobił, teraz nie miałby takiego problemu na głowie. Ale co ma wisieć nie utonie, więc koniec końców jakoś mu się udało. Przynajmniej w powyższym przypadku. Druga historia jest bardziej pesymistyczna. 

 

Edit: Chętnie bym się dowiedział, co sądzicie o tych “słowach-kluczach”. Jak widzicie bez nich fantastykę? 

Znaczy, powinien wcześniej zabić żonę? ;-)

Hmmm. To dziadek w tej wersji nie umarł?

Słowa-klucze ułatwiają odbiór, ustawiają odbiorcę na właściwych torach. Bez tego można się wykoleić (acz nie trzeba – jeśli inne elementy wystarczająco wcześnie zasugerują, o co biega).

Babska logika rządzi!

Nie żenić się ;)

Umarł, umarł. Udało mu się w takim sensie, że słowa, które powinny być wypowiedziane, zostały wypowiedziane. Nie jego ustami, lecz Zosi.

Kiedyś widziałem listę 20 najczęściej używanych słów w metalowych utworach. Ciekaw jestem, czy istnieje coś takiego dla fantastyki.  

Zapewne “nie”, “się”, a potem długo, długo nic. ;-)

Babska logika rządzi!

“Karczma”?

“Smok”? Diabli wiedzą… Ale faktycznie – lista typowo fantastycznych słówek mogłaby być ciekawa.

Babska logika rządzi!

Albo właśnie najczęstszych motywów, jak wymieniłem powyżej. Ale może tworzenie fantastyki bez tego zestawu byłoby jak pisanie kryminałów bez słów “śmierć”, “krew”, “trup”, “policjant”? 

Kwestia spojrzenia. A takich analogi to bym się nie doszukiwał. Ja tam nie miałem problemu z zaakceptowaniem tego opowiadania jako fantastyczne i odnalezienia w nim właściwego przekazu :)

Motyw przedstawienia wydarzeń z poprzedniego tekstu od niejako drugiej strony, z zupełnie innym spojrzeniem narratora – super. Wręcz nie wyobrażam sobie, by je czytać oddzielnie, z pominięciem któregoś ;)

Bardzo fajnie zarysowałeś postać Archimedesa, przypadły do gustu także te powiedzenia z dopowiedzeniami na początku każdej części. Ale najmocniej działa kompozycja z drugim tekstem. Rewers i awers jednej monety. Tam – tragedia, tutaj – komedia. Pięknie ujęty dramat Stanisława. I zarazem łączą się w trzecie przysłowie: “punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.” Albo raczej zawiśnięcia.

Podsumowując: cholera, drugi magazyn wyleciał w powietrze ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Drugi?

Cieszę się, że całość się komponuje. Dzięki :)

.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Przeczytałem oba, jedno za drugim. Pewnie gdybym zmienił kolejność, ocena byłaby trochę inna.

Ogólnie dobrze napisane, interesujący pomysł. Pierwszy tekst wydał mi się równiejszy. Przy drugim miałem w pewnej części powtórkę z rozrywki i pewnie dlatego podczas lektury oceniłem je nieco niżej. A potem przyszło świetne zakończenie, lepsze niż w pierwszym, i oceny obu tekstów się wyrównały.

Ech, ten Cień, nie dość, że krzyczy, to jeszcze kropki nienawiści… Zygfrydzie, dzięki za podwójną wizytę :)

Jakoś tak to szło.

Dzięki za to zdanie, bo już miałem sprawdzać definicje ciężaru itp… ;]

Archimedes okradał też inne rzeczy:

Rozumiem kontekst, mimo to okradanie rzeczy brzmi niezręcznie.

Stanisław postukał w tarczę zegarka, wskazał na kawiarnię, w której byli, po czym pokazał siedem palców.

Halo, czy wyżej nie było mówione, że w żaden sposób nie może się komunikować?

– …nic mu się nie powiedziało, bo co się miało powiedzieć…

Ale super heart Gadka-szmatka to mój ulubiony styl wypowiedzi :D

Sprawdzają się, dopóki się sprawdzają.

Jak wyżej :D A → A, moja ulubiona implikacja.

 

Tekst, według mnie, zawiera odrobinę za duże stężenie przysłów. We większości przypadków operujesz nimi całkiem zręcznie, ale niektóre z nich wydają się wymuszone.

Tyle, jeśli chodzi o wady :D

Bardzo oryginalne połączenie melancholii i absurdu, narracja prowadzona w zabawny a jednocześnie subtelny sposób, udane zabawy słowem, a przy tym wartościowa refleksja na temat przemijania. Z jednej strony miałem podczas lektury obawy dotyczące zakończenia [czy nie zepsujesz], z drugiej przewidziałem zakończenie, które by mnie satysfakcjonowało i własnie takie dostałem, więc chyba nie mogę narzekać.

Bardzo przyjemny tekst.

No nieźle.

Z tymi palcami to mnie masz. Cieszę się, że ten tekst bardziej przypasował :)

Nadrabiam:

 

Jak już napisałam, oba opowiadania mi się na swój sposób zlały. Są do siebie dość podobne, więc choć to bardzo interesujący zabieg, że napisałeś dwie opowieści na jednym pomyśle, to wydaje mi się, że w kontekście konkursu to akurat takie sobie posunięcie. Żadne z opowiadań nie jest wyraźnie lepsze od drugiego, są na podobnym, równym poziomie, tak treściowo jak i językowo, trudno było uwzględnić je przy punktacji.

Technicznie w porządku, trochę absurdu, melancholijno-posępny klimat jest… Ale jakoś jednak to nie mój klimat, przynajmniej w tym przypadku.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dwie pieczenie na jednym ogniu okazały się strzałem w stopę… ;)

Dzięki za oba komentarze :)

Ta oto wersyja podoba mi się bardziej. Niby to samo, a jednak nie do końca. Jakoś tak… żwawiej ;)

Do dwóch razy, jak widać, też sztuka! :)

Jai guru de va!

Dzięki za obie wizyty :) I fajnie, że nie wszyscy faworyzują starszego brata. 

Nie ma co tamto bardziej do mnie przemówiło. Tutaj narracja jakby lżejsza, problem i przesłanie mniej ukryte. I ta śmierć, mi się tu nie podoba.

Niet, choć tekst świetnie napisany.

F.S

Trudno. Loży i tak się nie upiecze, bo Blacktom nominował.

Dzięki, że zajrzałeś i tutaj :)

Loża już Cię chyba będzie miała dość za te trzy nominowane opowiadania w samym lipcu. :D

Ale oni w ciągu najbliższych dni chyba i tak będą mieli dość, bo naliczyłem tych nominacji z 15.

A co Fun winien? Sam przecież nie nominował… ;-)

Babska logika rządzi!

Ale napisał tak, żeby nominowali :D

MrB – rozruszają stare kości :D

F.S

Teraz to podpadłeś! Wiesz, że w Loży mamy dużą przewagę bab?

Babska logika rządzi!

Loża już Cię chyba będzie miała dość za te trzy nominowane opowiadania w samym lipcu. :D

Bo ja tak żebrzę: dej no, kierowniku/kierowniczko, piórko, no dej. 

Ale jakby (jakimś cudem, czyt. łapówką) dali, to się nie odwalę tak łatwo, bo mam w zanadrzu dwa kolejne teksty. 

jakimś cudem, czyt. łapówką

Tylko nie pisz, że znowu zgubiłeś numery kont… ;-)

Babska logika rządzi!

Nie zgubiłem. Myślisz, że za czyje pieniądze Cień i Naz balują teraz na Woodstocku? 

Zresztą, jak to Gary mówi, i tak jesteśmy Kółeczkiem Wzajemnej Adoracji :)

Gary mówi o TWA, ale KWA to bardziej uroczy skrót. :D

 

Ups!

Jaki Ty masz, Finklo, pikne oczy!

:D

F.S

To po prostu tekst, którym Loża powinna się zainteresować (szacun dla Reg, Finkli, no i joseheim – żeby wszyscy mieli takie zawzięcie…). Ja tylko postarałem się, żeby szacowne grono tekstu nie przegapiło ;)

TWA jest nie do wyeliminowania. Jesteśmy zwierzyną stadną… Byle tylko znaleźć się we właściwej grupie ;p

Myślę, że my jesteśmy Kółeczkiem. Towarzystwo to zbiór tysięcy czytelników i pisarzy, dzięki którym ta wstrętna, przystępna i przyjemna literatura jest popularna. 

Hmm, kurczę, będę porównywać do opowiadania-bliźniaka, bo chyba inaczej się nie da. Generalnie tamto bardziej przypadło mi do gustu, choć tutaj spodobała mi się bardziej czytelna inicjatywa Stanisława i w ogóle ta scena utopienia niedoszłego  topielca :) Zakończenie nacechowane raczej optymistycznie wywołało uśmiech, jednak generalnie nadało całości nieco moralizatorskiego wydźwięku, i to już podobało mi się mniej. Ogólnie w tym tekście widzę więcej humoru, lekkości, ale też i mniej subtelności – choćby w tym jak przedstawiasz klątwę. Tutaj po prostu wymieniłeś co Archimedes zabrał bohaterowi, podczas gdy w drugim tekście to pokazałeś, i to było świetne. Trudno mi powiedzieć, jak odebrałabym to opowiadanie, gdybym nie przeczytała tamtego, ale skoro przeczytałam, to to odebrałam jako ciekawe i przyjemne, ale nie powalające ;)

Sorry, Winnetou, jestem na NIE.

Tutaj już zabrakło mi tego świeżego pomysłu, bo tekst oparty na czymś bardzo podobnym czytałam już chwilę wcześniej.

A zakończenie też dołujące. Tym bardziej, że bohater nie ma żadnego dobrego wyjścia. Gorzej niż w tragedii greckiej – żadnym bogom nie podpadł, a i tak przerąbane.

Możliwe, że to wszystko trzeba było potraktować metaforycznie. Ale to nie ze mną te teksty, Fun. Ja prawie wszystko traktuję dosłownie.

Babska logika rządzi!

Dziękuję obu Paniom za opinie :)

Cholera, odnoszę wrażenie, że jakby splwsx jakoś dobrze te teksty w jeden to wyszło by lepiej. Tekst o wisielcu i kacie po prostu świetny. Ale początek już nie taki mocny. Końcówka sensowna, ale jakaś taka karykaturalna. Nie wyszło za dobrze to mówienie wnuczki dziadkowym stylem. Jutro postaram się o skladniejszy komentarz bo padła mi bateria w laptopie i pisze z telefonu.

Tylko nie "Tęcza"!

Cholera, odnoszę wrażenie, że jakby splwsx jakoś dobrze te teksty w jeden to wyszło by lepiej.

Nie Ty jedna mi to mówisz :P

Dzięki za oba komentarze. Mam tylko pytanie: skąd myśl, że wnuczka mówiła dziadkowym stylem?

To mnie nie kupiło. Początki podrozdzialików brzmiały mi niestety banalnie. Złączenie w jednym tekście Archimedesa, Arystotelesa i Diogenesa jest dla mnie niepojęte. Tak mi się wydawało, jakby opowiadanie płynęło – bardzo zgrabnie i przyjemnie w formie – dla samego gadania, za którym nie nadążała treść ani puenta. Czemu nie zmieniłeś tego hellenistycznego dorobku, skoro wytknięty? Opowiadanie odebrałam jak odgrzany kotlet – a wiadomo, odgrzany jest mniej smaczny. Nie sądzę, żeby kolejność zmieniła to wrażenie. Podepnę się pod uwagę Werweny o pokazaniu pojawiających się braków w jednym opowiadaniu i wymienieniu w drugim. Ale najbardziej uwierały mnie te pierwsze zdania, ten Święty Mikołaj i to IMO tandetne filozofowanie ;<

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

To istnieje coś takiego jak tandetna filozofia? :P Dzięki za komentarz, krytykę biorę na klatę.

„Kropki nienawiści”? No cóż, chyba każdy ocenia je wedle własnej miary.

 

A przechodząc do meritum – co wcale nie jest łatwe – muszę wyznać, że nie odnalazłem się w Twoich opowiadaniach. Ani w jednym, ani w drugim.

W „Co ma wisieć…” prócz tego, że wiele rzeczy pozostaje dla mnie niejasne, nie podobał mi się humor – nie generalnie i nie zawsze, ale w wielu miejscach taki jakiś taki… przekombinowany, jakby na siłę, byle opowiadanie miało wydźwięk – i zdecydowany przesyt porzekadeł. Generalnie każde jedno ładnie i z sensem w miarę wplotłeś w opowieść, ale całość wywołała efekt przeżarcia, co nie jest przyjemne.

Podpisuję się też pod zarzutem o nielogiczność zakończenia, w którym Zosia przekazuje ojcu to, co chciał przekazać dziadek. I, odpowiadając na pytanie, które zadałeś w jednym z postów: tak, naprawdę po tym fragmencie o dzieciach, rybach i powtarzaniu bardzo trudno jest się domyślić, że Zosia duplikuje coś, czego w sumie nawet nie usłyszała. Co więcej, takie rozwiązanie sprawy podoba mi się jeszcze mniej niż pomysł, że Stachu jednak coś do wnuczki wyszeptał, bo to cholerny imperatyw narracyjny, w dodatku zupełnie bez pomysłu, jak zrobić to z sensem. Finał miał być taki, że Stanisław, lat siedemdziesiąt dziewięć i tak dalej, wreszcie przekazuje najbliższym to, co przekazać chciał. W końcu co ma wisieć… niechaj wisi. Bo tak chciał autor.

Ergo, treść, nawet jeśli prowadzi do w miarę zrozumiałego przesłania, zdecydowanie jak dla mnie przekombinowana, poplątana i niejasna, by mogła się podobać. Zamieszanie z tytułami i podobieństwami treści obu opowiadań też sprawy nie ułatwia i nie pomaga – przynajmniej jeśli o mnie chodzi – żadnemu z tekstów.

Od strony artystycznej natomiast są te opowiadania bardzo przyjemne dla zmysłów i wrodzonego poczucia estetyki, co chwali się mocno, głośno i szczerze. To, jak dogadałeś się z przysłowiem, które wziąłeś na tapetę (tudzież płótno), również mnie satysfakcjonuje.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Mnie spodobał się pomysł – wydaje mi się, że potrafiłeś wstawić go w ramy klimatu, który naprawdę potrafiłem odczuć. Może to z powodu mieszkania z dziadkami, których starość nie uchodzi mojej uwadze, ale potrafiłem zrozumieć, wczuć się w bohatera. Być może końcówka faktycznie mogłaby być bardziej przemyślana – tj. aby nie było zastanawiania komentatorów – jednak, może to źle, ale wybaczam autorowi!

I mnie, odwrotnie jak PsychoRybce, spodobał się i humor, i ilość wykorzystanych porzekadeł :-)

Mee!

Dzięki za opinię. Ale komentarza PsychoRybki tu nie widzę…

Przyznaję, to są dwa osobne opowiadania. Jednak oparte na tym samym pomyśle. Na początku, gdy zobaczyłam tytuł, to sądziłam, że po prostu coś się poknociło na stronie lub Ty coś pomieszałeś i dodałeś ten sam tekst dwa razy. Po przeczytaniu pierwszych zdań z obu opek wiedziałam już, że tak nie jest, ale potem treść mi się mieszała i zlewała, właśnie przez to, że oparte są o ten sam koncept.

Co samo w sobie nie jest złe, traktuję to jako pewnego rodzaju eksperyment albo “łyt martetindowy” ;) Uwagę przyciągnąłeś na pewno (i to nie tylko moją), zamieszania tytułami narobiłeś, czy o to chodziło, nie wiem, ale jakiś efekt był. 

Co do samego opowiadania – mi także, podobnie jak wielu użytkownikom portalu, do gustu bardziej przypadło to pierwsze. Dlaczego? Ma pewien niepowtarzalny klimat, jest bardziej refleksyjne, głębsze. W tym pojawiło się więcej humoru, ale nie jestem pewna czy wyszło to tekstowi na dobre. Mam wrażenie, że chciałeś uzyskać taki słodko-gorzki efekt, ale mi jakoś nie podeszło. Być może jest to efekt tego, że najpierw przeczytałam tamtego Archimedesa, potem dopiero tego, więc w porównaniu do ciężkości klimatu poprzednika, tu było trochę… no groteskowo. Humor sam w sobie fajny, podobał mi się, ale nie pasuje do “wagi” tematu.

Poza tym jest ok, bohaterowie wiarygodni, tutaj trochę “fajniejszy” Archimedes wyszedł, ale też poświęciłeś mu więcej uwagi. Podobała mi się bardzo empatyczna postawa małej Zosi, tylko nie wiem, czy jest prawdopodobna, skoro dziewczynka ma lat “kilka” i wszystkim bliskim gramoli się na kolana. Nie wiem czy nie obdarowałeś jej zbytnią dojrzałością, no ale w sumie nie wiem ile to jest “kilka” lat :)

Warsztatowo bez zarzutu, gdzieś mi mignęło jakieś powtórzenie, ale to drobnostki. Jestem zadowolona, ale poprzednie opowiadanie według mnie lepsze.

Co samo w sobie nie jest złe, traktuję to jako pewnego rodzaju eksperyment albo “łyt martetindowy” ;) Uwagę przyciągnąłeś na pewno (i to nie tylko moją), zamieszania tytułami narobiłeś, czy o to chodziło, nie wiem, ale jakiś efekt był. 

Chyba chodziło o wszystko naraz :D No i nowością była dla mnie możliwość napisania dwóch opowiadań na jeden konkurs. 

Dziękuję za komentarz :)

Hej, ale to nie musiały być dwa bardzo podobne! ;-)

Babska logika rządzi!

Była nawet bardzo krótka myśl, żeby wrzucić dwa identyczne opowiadania tylko z różnymi przysłowiami w przedmowach :D

I dopisek “Znajdź dziesięć szczegółów”? ;-)

Babska logika rządzi!

Oj,to byś pojechał po bandzie ;)

Nie starczyło mi głupoty odwagi ;)

Nowa Fantastyka