- Opowiadanie: funthesystem - Modlitwa do Archimedesa

Modlitwa do Archimedesa

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Modlitwa do Archimedesa

Bóg znowu nie odpowiedział, natomiast Archimedes był aż za bardzo gadatliwy. Mówił o młodych ludziach, o dojeniu krów, o Bieszczadach, o spotkaniu w cztery oczy z wilkiem i o tym, jak wszyscy chowali się w sianie, gdy armia przechodziła. Stanisław zaś milczał, bo od chwili powieszenia Archimedesa na ścianie nie mógł wydobyć z siebie ani słowa.

Jedną z rzeczy, którymi zadziwiła go samotność, było tempo spożywania posiłków – jesz szybciej, kiedy nie masz z kim rozmawiać. Kiełbasa na gorąco i wczorajsza bułka zniknęły z talerza błyskawicznie, a choć wypełniły żołądek, nie dały poczucia smakowej satysfakcji. Archimedes odbierał nie tylko mowę i okradał nie tylko ludzi.

Stanisław odłożył sztućce i siedział jeszcze chwilę przy stole, jakby chciał, by na śniadanie przypadło tyle samo czasu co dawniej. Telewizor szumiał, jednak płynące z niego słowa były niezrozumiałe. Natomiast natarczywy głos Archimedesa nie pozwalał się zignorować.

– …albo jak się jeździło do sąsiednich wiosek, żeby dziewuchy zapoznawać – mówił ni to wiszący, ni to tonący człowiek z obrazu. – Wtedy to języka w gębie nie szło zapomnieć. Jakich to rzeczy człowiek nie obiecywał! Że wróci, że kocha, że zapamięta. Nie to, co dzisiaj…

Boże, niech on się zamknie, pomyślał starzec. Próbował już wielu rzeczy, by malowidło zamilkło, a kiedy własne pomysły zawiodły, skupił się na błaganiu Boga.  

Modlitwa znowu nie została wysłuchana.

Emeryt westchnął, wstał od stołu i zaniósł brudny talerz do zlewu. Odkręcił kurek do oporu, by szum wody choć trochę zagłuszył słowa Archimedesa. Obraz miał jednak mocny głos, dokładnie taki, jak Stanisław dwadzieścia, trzydzieści lat temu.

– …mówiło się co ślina na język przyniesie. Czasem chłopaki tak kłamali, że z uszu im dymiło jak z kominów. Ale czasem który patrzał głęboko w oczy, a dziewuchom od tej szczerości miękły… Hej, co robisz, staruchu?! 

Mimo protestów emeryt zdjął malowidło ze ściany. Wisielec-topielec próbował go przekonać, by przestał. Powtarzali ten rytuał codziennie, od kiedy Stanisław wprowadził się do nowego, ciasnego mieszkania i nieopatrznie zainteresował się pustym miejscem na ścianie – niezabrudzonym, wysokim na metr, a szerokim na pół, prostokątem. Wśród rupieci po poprzednim właścicielu znalazł wtedy zawinięty w plastikowe worki obraz.

Dzieło przedstawiało stojącego na wodzie, nagiego mężczyznę z szubieniczną pętlą na szyi, postać niezdecydowaną między powieszeniem a utonięciem. Nie był to widok, który chciałoby się na co dzień oglądać. Stanisław postanowił sprzedać znalezisko na targu, ale wpierw sprawdził, czy drewniane ramy pasują do niezabrudzonego prostokąta na ścianie. Pasowały. Staruszek przyglądał się chwilę tej dekadenckiej – w jego mniemaniu – sztuce, po czym sięgnął, by ją zdjąć. Właśnie wtedy obraz przemówił, dając początek codziennym rytuałom.

– Powieś mnie – powiedział teraz Archimedes, tak samo, jak kilka tygodni wcześniej. – Powieś mnie z powrotem.

Tym razem Stanisław nie odpowiedziałby, nawet gdyby mógł. Zaniósł malowidło do przedpokoju, wcisnął w głąb szafy i nakrył kilkoma płaszczami. Gdy wracał do pokoju, odprowadzały go stłumione złorzeczenia.

Usiadł przed telewizorem i utkwił wzrok w ekranie. Widział, że kolory i kształty się zmieniają, słyszał, jak głosy mówią, lecz nic z tego nie rozumiał. Mógł jeszcze wziąć książkę lub gazetę – rozpoznałby litery i słowa, jednak nie dotarłby do niego ich sens. Wszystko przez Archimedesa, przez ten przeklęty obraz.

Po chwili Stanisław poszedł umyć protezy zębowe. Następnie wziął leki, zmierzył ciśnienie i zajął się ścieraniem kurzu. W starym domu było tyle do zrobienia, że najczęściej nie robił nic, natomiast w nowym, ciasnym mieszkaniu – którego domem nie nazywał – potrafił się ze wszystkim uporać tak szybko, że już o jedenastej wracał przed telewizor. Czasem myślał, że starość to przede wszystkim rytuały, zwyczaje i nawyki, które pewnego dnia po prostu ustają. Od takich rozważań oderwał go teraz głos Archimedesa:

 – Masz ostatnią szansę, żeby mnie stąd wyciągnąć!

Starzec słyszał tę groźbę wielokrotnie i wiedział, że tamten nie żartuje. Mimo to nie ruszył się z miejsca. Obraz zaczął mówić: o rzeczach, których nikt, oprócz Stanisława, nie mógł wiedzieć; o sprawach, które wypadałoby ukryć w szafie, a następnie tę szafę spalić; o ludziach, którym powinno się w końcu odpowiedzieć. W pewnym momencie emeryt nie wytrzymał. Zerwał się na nogi i otworzył usta do krzyku, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk. To sprawiło, że cały gniew uleciał.

Po chwili Archimedes wisiał na swoim miejscu. Gadał od rzeczy. Stanisław zaczął szykować się do wyjścia.

 

***

 

– Cześć, tato – powiedział Jacek.

Stanisław skinął synowi głową i utkwił wzrok gdzieś za oknem kawiarni. Tydzień temu w tym samym miejscu i w tym samym czasie uśmiechał się szeroko, jednak tym razem jego ulubiona wnuczka, Zosia, nie przyszła. Brak tej wesołej, wiercącej się na schorowanych kolanach dziadka istotki mógł oznaczać jedno – Jacek chciał poważnie porozmawiać.

– Jak się dzisiaj czujesz?

Staruszek kiwnął głową, że dobrze. Syn zadał to pytanie tylko po to, by mieć pretekst do stracenia nerwów i przejścia do rzeczy.

– Słuchaj, co to ma znaczyć z tym milczeniem? To jakiś bunt?

Od kiedy Stanisławowi odebrało mowę, Jacek odzywał się coraz śmielej, a z jego słów z każdym tygodniem ubywało szacunku.

– Też jest mi ciężko, wiesz? Nie tylko ty kogoś straciłeś.

Odpowiedziało mu jedynie spojrzenie, z którego nie potrafił nic wyczytać.

– To przez nowe mieszkanie? – dopytywał. – Jak ci się nie podoba, możemy zmienić.

Emeryt pokręcił głową. Potem wskazał na usta i wzruszył ramionami, by dać do zrozumienia, że naprawdę nie może mówić. Syn wyjął z kieszeni marynarki długopis, sięgnął po serwetkę i podsunął ojcu. Stanisław nie chciał nawet spróbować. Po utracie mowy kilkukrotnie podchodził do pisania listu, ale to, co wychodziło spod jego ręki, nie było literami. Archimedes okradł go ze wszystkich słów.

– O co ci chodzi? – dociekał poirytowany Jacek. – Czego ode mnie, od nas, oczekujesz? Czego chcesz?

Staruszek nie odpowiedział. Syn westchnął.

– Niestety, do lekarzy specjalistów są kilkumiesięczne kolejki. Ale ty pewnie z lekarzem też nie będziesz chciał rozmawiać, prawda? Chcesz w ogóle z kimkolwiek rozmawiać? Ze mną chyba nie.

Stanisław spuścił głowę. Mógłby dać znak, że chce, ale jak miałby wytłumaczyć, dlaczego nie może, dlaczego nie potrafi?

Czasem chciał zabrać Jacka i postawić go przed Archimedesem. Obraz pozbawiłby mężczyznę zdolności wysławiania się, tak jak pozbawiał jedzenie smaku, telewizję sensu, a zwierzęta i rośliny – chęci do życia. Wtedy obaj, ojciec i syn, mogliby tkwić bezczynnie, w oczekiwaniu na nie-wiadomo-co i na wiadomo-co. A Archimedes przemawiałby ich wspólnym głosem. Mówiłby o młodszych ludziach, o samochodach, o małym śląskim miasteczku, o rozmowach przez telefon i o tym, jak nie mogli się wyspać przez kilka miesięcy po narodzinach Zosi. Stanisław zastanawiał się, czy we dwóch byłoby im ciężej, czy lżej?

– Nie to nie – powiedział Jacek. – Nie będę tu siedział bez słowa i patrzył na starego człowieka z wiecznym grymasem na twarzy. – Wstał i już miał odejść, kiedy naszła go jeszcze jedna refleksja. – Wiesz co, tato? Może to nieładnie, że tak po paru minutach odchodzę. Ale zanim sobie coś pomyślisz, popatrz w lustro i zapytaj sam siebie, czy chciałbyś z kimś takim rozmawiać.

Gdybym tylko mógł mówić, pomyślał Stanisław, nie zadałbym żadnego pytania.

 

***

 

Dotychczas wmawiał sobie, że nie spalił Archimedesa, by nie uwolnić ukrytego w obrazie demona. W głębi duszy traktował go jako karę za grzechy – karę, której odbycie zapewni mu Zbawienie. A wysłuchiwanie niekończącego się monologu przez ostatnie tygodnie lub miesiące życia nie mogło równać się z wizją wiecznego cierpienia w Piekle.

Poza tym gadające malowidło miało też swoją zaletę – odzywało się do staruszka częściej niż rodzina. Gdyby wyrzucił je na śmietnik z powodu natarczywości, co powinien zrobić ze zdystansowanymi bliskimi?

Jednak tego dnia coś się w Stanisławie zmieniło. A przecież rytuał przebiegał jak zawsze. Przebudzenie koło piątej. Modlitwa, by koszmar mówiącego obrazu się skończył. Rozczarowanie. Posiłek, gniew, higiena, akceptacja, wyjście, posiłek, gniew, higiena, wybaczenie, posiłek, znużenie, higiena, modlitwa, zwątpienie, sen. W soboty dochodziły jeszcze spotkania z rodziną, a w niedziele – z Bogiem.

Tym razem nie zdenerwował się po obiedzie. Wsłuchał się w słowa Archimedesa, co więcej – spojrzał na niego. Tamten nie był zbyt ruchliwy, jakby jedno fałszywe drgnięcie mogło sprawić, że straci cudowną możliwość stania na wodzie i albo się powiesi, albo utonie. Tylko jego usta się poruszały. Stanisław pamiętał, jak stało się to po raz pierwszy. Namalowany człowiek kazał spojrzeć na tytuł na odwrocie, a potem dodał: tak masz mnie nazywać.

Archimedes. Niedorzeczność tego imienia przekonała staruszka, że to nie halucynacje, że obraz naprawdę jest zaczarowany. Emeryt mgliście kojarzył, że tak samo nazywał się jakiś grecki uczony. Więcej informacji uzyskał dopiero w miejskiej bibliotece. Książki, które nie dostały się pod klątwę malowidła, były dla niego zrozumiałe, jednak niemłody wzrok i tak szybko się męczył.

Stanisław na koniec życia dowiedział się, że to, o czym w pewien sposób od zawsze wiedział, jest opisane prawem owego Archimedesa: na ciało zanurzone w płynie działa skierowana do góry siła, która jest równa wartości ciężaru wypartego przez to ciało płynu. Innymi słowy: im większy człowiek wskoczy do wody, tym bardziej ochlapie wszystkich dookoła.

Albo: im większy ciężar doświadczeń zebrałeś, tym mocniej wpłynąłeś na świat.

Stanisław stanął przed obrazem. Tamten chwilę gderał, potem umilkł na kilka sekund, w końcu zapytał:

– Co ty knujesz?

Starzec nie odpowiedział. Sam się zastanawiał, co się z nim dzieje. Sięgał wstecz, do drobnych wydarzeń tego dnia, ale nic nie wybijało się ponad normalność. Ale coś przecież musiało. Przecież w tym wieku człowiekiem nie kierują impulsy. Są tylko rytuały, zwyczaje, nawyki, a potem… potem tego nie ma.

– Czemu mnie nie zdejmiesz jak zawsze? – dociekał Archimedes. – Jeśli myślisz o pozbyciu się mnie, lepiej wybij to sobie z głowy. Chyba nie chcesz być na wieki potępiony?

Starzec nie odpowiedział. Wspominał słowa z dzisiejszego dnia: te, które padły, i te niewypowiedziane. Wspominał puste kolana, na których w minione soboty siedziała wnuczka. Wspominał wizję siebie i syna, obu milczących. I wiedział już, że chce, by im obu było lżej.

– Zdaję sobie sprawę, że nie możesz mówić, ale daj mi jakiś znak – zirytował się obraz, a Stanisław odniósł wrażenie, że do głosu dochodzi też prawdziwa natura niesamowitego przedmiotu.

Nie odpowiedział.

Uklęknął. I wciąż milcząc, mówił tak, jak mówi się do Boga.

 

***

 

Bóg może by odpowiedział, ale na pewno uprzedził go Archimedes, wysłuchując modlitwy Stanisława.

– Dziękuję – powiedział staruszek, po czym szybko, jakby miał zaraz stracić szansę, dodał: – Ty cholerny draniu.

Od razu poczuł się lepiej.

Obraz nie odpowiedział. Nagi mężczyzna wciąż ni to wisiał, ni to tonął. Wiecznie niezdecydowany. Stanisław chwycił za drewniane ramy i zdjął malowidło. Wpakował je do worka na śmieci, a następnie wcisnął w głąb szafy. Żaden głos nie protestował. Starzec mamrotał pod nosem, by nacieszyć się brzmieniem wypowiadanych przez siebie słów. Nie zdawał sobie tak do końca sprawy, co się przed chwilą wydarzyło – choć na pewno rytualny ciąg dnia został zakłócony.

Kilka minut później był w drodze do syna. Wysiadł z autobusu dwie przecznice od domu, z którym łączyło go wiele wspomnień, głównie związanych z opiekowaniem się Zosią.

Rodzinę zastał w ogródku, gdzie robili grilla.

– Dzień dobry – powiedział uprzejmie, podchodząc do stołu.

Nikt nie zwrócił na niego uwagi.

– Zmówiliście się przeciwko mnie, tak?

Jacek obracał mięso nad żarem, jego żona nalewała mrożoną herbatę do szklanek, a Zosia wspinała się na drzewo.

– Tak czy inaczej… przepraszam. To nie moja wina, że się nie odzywałem. Chciałem wam powiedzieć, a szczególnie tobie, Jacku…

Wyrzucił z siebie wszystko, co powinien. Jeszcze nigdy słowa z jego ust nie płynęły tak łatwo. A z każdym kolejnym zdaniem czuł, jak robi mu się coraz lżej na duszy. Przypomniał sobie dziewuchy z sąsiednich wiosek, o których mówił rano Archimedes – w końcu obraz opierał się na skradzionych wspomnieniach. I teraz też Stanisław zapewniał rodzinę: że zapamięta, że kocha, że wróci.

Nie odpowiedzieli.

Jacek nałożył mięso, żona zawołała Zosię, wszyscy troje zasiedli do stołu. Miejsca dla dziadka nie było. Stanisław tkwił tam chwilę, niewidzialny i niesłyszalny; prawda o śmierci docierała do niego powoli, lecz on nie chciał jej słuchać. W końcu drgnął i ruszył do domu syna. Musiał sprawdzić jedną rzecz.  

Po chwili stanął przed lustrem. Widział wychudzonego, pomarszczonego człowieka. Dostrzegł grymas, który trwał tak długo, że wrył się już w rysy twarzy. Przypomniał sobie swoją myśl: gdyby mógł mówić, nie zadałby żadnego pytania. Zatem co by powiedział?

– Mnie będzie ciężko, ale im będzie lżej.

Odbicie nie odpowiedziało, nawet nie poruszyło ustami. Utkwiło w nim pusty, martwy wzrok.

– Albo na odwrót – dodał Stanisław, po czym się odwrócił.

Kiedy odchodził, targały nim ciężkość i lekkość, a on tkwił pomiędzy, wiecznie niezdecydowany jak Archimedes z obrazu: ni to wisząc, ni to tonąc, ni to unosząc się, ni to opadając. 

Koniec

Komentarze

Napisałeś dwa różne opowiadania pod tym samym tytułem?

Myślałem, że to pomyłka, ale jeśli to celowy zamysł autora, to dobrze. Wrażenia z tekstu zamieszczę najwcześniej jutro.

Świetny pomysł, bardzo kreatywne wykorzystanie przysłowia.

Sama historia jakoś mniej mi się spodobała, zbyt smutna jest. Jakoś nie mam nastroju na refleksje.

Babska logika rządzi!

Jak mi się podoba ostatnie zdanie!

 

SPOJLER:

Nabrałeś mnie, Fun. Myślałem, że Archimedes to będzie taki Alzheimer.

Potwierdza się natomiast stara reguła, że w dobrym opowiadaniu musi ktoś umrzeć. Choć jeśli dobrze zrozumiałem, to kto naprawdę umiera jest rzeczą względną. I za tę refleksję masz ode mnie kolejne piwo do kolekcji.

Finklo, myślałem, że pierwsze akapity będą wystarczającym ostrzeżeniem, że jest refleksyjnie…

Dzięki za komentarz i klika :)

 

Coboldzie, jak tak dalej pójdzie, zrobisz ze mnie alkoholika :D 

Dzięki!

Tekst bardzo mi się spodobał, i nie przeszkadza mi jego smutny nastrój. Ciekawe podejście do przysłowia, bardzo przyjemna, refleksyjna lektura. Powodzenia w konkursie.

No popatrz, a mnie pierwsze akapity wciągnęły. Ta wizja gadającego obrazu niezła. ;-)

Babska logika rządzi!

Katiu, cieszę się, że się podobało :)

 

Finklo, zawsze staram się wciągnąć pierwszymi akapitami. Jakby kiedyś nie wyszło, koniecznie daj znać. 

Melduję, że przeczytałam ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Tylko, jak to nominować do piórka, żeby się nie pomieszało z tym drugim? Nominować oba?

Pomyślę.

 

EDIT:

Ponieważ opowiadanie komplementarne sugeruje autorską wersję interpretacji, pozwolę sobie opisać wersję własną, apokryficzną, która moim zdaniem również kryje się między wierszami  i daje się obronić. Nie wiem, Fun, czy coś takiego chodziło Ci po głowie, ale jeżeli gotowe opowiadanie potrafi zaskoczyć własnego twórcę, to to jest właśnie magia literatury.

 

??? SPOJLERY ???

Wymyśliłem sobie w trakcie czytania, że tą osobą której odejście zmieniło wszystko w życiu całej rodziny może być Zosia. Dziadek z chorobą Alzheimera nie dopuszcza do siebie informacji o jej śmierci, choć odczuwa, że coś jest nie tak. Metafizyczne czary-mary związane z likwidacją obrazu doprowadzają do tego, że Jacek (też w żałobie) i jego żona dołączają do Zosi w grillowym raju, a Stanisław, biorąc na siebie ciężar wspomnień ich wszystkich, zostaje po tej stronie. I w tym sensie, nie ma znaczenia kto tak naprawdę umarł, skoro wszyscy gdzieś żyją, tylko tą osamotnioną osobą staje się Stanisław,  w miejsce Zosi.

Przy nominowaniu podaje się link. Ale fakt, Fun, nieco upierdliwy pomysł pod tym względem.

Babska logika rządzi!

Jose, meldunek przyjęty ;) Dzięki za klika. 

 

Coboldzie, ciekawa interpretacja, ale gdybym to miał na myśli, napisałbym opowiadanie inaczej ;)

Przecież napisałeś. Sam tego nie wymyśliłbym ;)

Przeczytałam :)

Przykro mi Funie, a i głupio poniekąd, bo dotychczas komentującym podobało się, a ja jestem zmuszona wyznać, że chyba nie zrozumiałam. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Iluzjo, cieszę się i czekam na resztę Jury :)

 

Reg, ale zupełnie nic? Napisz proszę coś więcej, bo z takiego komentarza nie potrafię wyciągnąć wniosków na przyszłość :(

No wystaw sobie, Funie, że naprawdę mam problem. :(

Rozumiem, że Stanisław wszedł w posiadanie osobliwego obrazu. Wiem, że relacja między dziadkiem Stanisławem a obrazem jest zgoła odmienna od tej w przysłowiu. Jasne jest także, że rodzina Stanisława źle przyjmuje jego milczenie. I na tym kończy się moja zdolność pojmowania, bo nie mogę poradzić sobie z Archimedesem – dlaczego przedstawiony na obrazie niepowieszony i stojący na wodzie tak się nazywa i czemu utrudnia życie Stanisławowi? Dlaczego opowiada mu przypadki z jego życia?

Końcowa scena, kiedy Stanisław/ duch Stanisława zastaje bliskich przy grillu, ostatecznie wszystko zamąciła.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmm, pierwsze pytanie, Fun – dlaczego Archimedes, a nie, kurna, Sokrates? Chodzi o alegoryczne znaczenie jego prawa, o ten fragment?

Innymi słowy: im większy człowiek wskoczy do wody, tym bardziej ochlapie wszystkich dookoła.

Albo: im większy ciężar doświadczeń zebrałeś, tym mocniej wpłynąłeś na świat.

Jeśli tak, to rozumiem, że ma to wpływ na “prawdziwe” znaczenie tekstu.

 

Zosia też wydaje mi się ważna, choć w tej wersji wydaje mi się bardziej jasne, że Stanisław coś zrozumiał, do czegoś doszedł i, pogodzony z tym, zmarł. Ewentualnie nie zaznał spokoju, skoro jako zjawa poszedł spotkać się z rodzinką :P

I co z tym grymasem? Chodzi o jakąś karę za narzekanie, ponuractwo, “niecieszenie się” życiem? Czy w tym kierunku myśleć? Stanisław zaakceptował Archimedesa, pomodlił się do niego i tym samym obraz odwdzięczył się, dając mu spełnienie?

Mam wrażenie, że kilka tropów więcej (podanych bardziej wprost), pozwoliłoby mi pojąć sens modlitwy #1, jednak… mam mętlik w głowie. I na razie tyle.

 

Napisałem Ci w ten sposób, żebyś miał jakiś punkt odniesienia, jakąś wskazówkę, cokolwiek. Napisałem, choć szczerze mówiąc, eksponowanie niewiedzy na tym portalu spotkało mnie już z pewnym drwiącym odzewem w stylu “jak można tego nie wiedzieć”. Może dlatego tak mało tutaj komentarzy, a tylko Cobold podjął dyskusję? Cholera wie.

To takie uzewnętrznienie ze strony Counta – tylko dla towarzysza broni ;)

 

Samo opowiadanie (biorąc pod uwagę odbiór człeka niemyślącego wystarczająco sprawnie :P) podobało mi się bardziej, choć odnoszę silne wrażenie, że gdybym czytał w odwrotnej kolejności, mógłbym mieć odmienne zdanie. Logika zachowań Stanisława jak kulała tam, tak kuleje i tutaj, ale rozumiem, że na co innego stawiałeś w obydwu tekstach.

Wydaje mi się, że z połączenia ich w jeden (taki na 20 tys) powstałby dużo strawniejszy kawałek literatury. Ale może się mylę – niby czytałem, ale nie znam treści XD

 

Smutno mi trochę przy tych tekstach, bo w moim odczuciu, z “funthesystema” zostało tylko to białe niebo ponad miastem… Ale uszy do góry – to dlatego, że wolę Twoje lżejsze teksty ;)

Do następnego ponownie podejdę z wiarą i entuzjazmem – w końcu w relacjach “towarzyszy broni” przede wszystkim powinno rządzić ZAUFANIE ;D

 

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przeczytałam obydwa teksty i o ile moim zdaniem tamten jest ok, to ten jest  świetny. Lepiej napisany (niektóre zdania rewelacyjne), bardziej melancholijny, niedopowiedziany na sto procent.

Generalnie – jestem pod wrażeniem. :)

Count, Reg, ktokolwiek następny – mogę posłużyć wyjaśnieniem na priv, jeśli chcecie. Wiem, że tekst powinien się bronić sam, ale my wszyscy tutaj powinniśmy się uczyć. I nie tylko jako piszący, ale też czytelnicy, komentujący i pomagający innym piszącym. Może jak dowiecie się, co autor miał na myśli, to w przyszłości zrozumiecie trudniejszy tekst i będziecie mogli czerpać przyjemność z lektury? Albo będziecie potrafili lepiej doradzić, znając sposoby zostawiania przez autora wskazówek? A ja dowiem się, jak pisać, by był i wilk syty, i owca cała ;)

 

Count, zarzuty muszę przełknąć, ale z jednym się nie zgodzę – zachowanie Stanisława jest adekwatne do jego osoby i sytuacji. Chyba nie muszę tłumaczyć, że prawdziwi ludzie nie są książkowymi bohaterami, którzy będą działali racjonalnie, według schematów. A starsi ludzie szczególnie. 

Na pocieszenie dodam, że lżejsze teksty jeszcze będą, choć nie tak często, bo rzadziej mam nastrój i trudniej się je pisze. Jeden już niedługo ujrzy światło dzienne w Silmarisie :)

 

Ocha, dziękuję. Już zaczynałem wątpić. I w siebie, i w czytelników ;)

To ja chętnie przygarnę wyjaśnienia, jakbyś był tak miły :D

 

Może jak dowiecie się, co autor miał na myśli, to w przyszłości zrozumiecie trudniejszy tekst i będziecie mogli czerpać przyjemność z lektury?

Widzisz, Fun, to wszystko są złożone kwestie… Tak szczerze, to ja nie lubię za wiele myśleć przy czytaniu. Mam tego wiele w innych dziedzinach życia i akurat gdy siadam z książką, to wolę się zrelaksować i odprężyć.

I tak się składa, że czytając książki/zbiory opowiadań NIGDY nie miałem trudności ze zrozumienie. To dotyczy tylko portalu… Przypadek? Dobór lektur? Różnie można to sobie tłumaczyć…

 

Ostatnio, jak napisałem tego drabble’a – Ubóstwo – wysłałem go kilku osobom i wiesz co? Niektórzy nie rozumieli. A nie wysyłałem tego tępakom, tylko wykształconym ludziom. W efekcie dodałem kilka słów, ująłem gdzie indziej, wysłałem Akanirowi i co? Niektórzy pisali, że jeszcze przed połową domyślili się wszystkiego…

Dobra, ukrócę ten słowotok, ale przemyśl sobie to wszystko. Pisanie przede wszystkim musi nam dawać satysfakcję, ale jeśli chcesz być szerzej czytany, to raczej nie tędy droga…

 

Oczywiście piszę czysto subiektywnie – nikt mi nie dał cynku ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Pisanie przede wszystkim musi nam dawać satysfakcję, ale jeśli chcesz być szerzej czytany, to raczej nie tędy droga…

To, że parę osób nie zrozumiało opowiadania znaczy, że idę złą drogą? 

Ech panowie. Zaczynacie takie interesujące rozmowy, że zamiast o tekście to muszę poklepać nieco o komentarzu (wybacz Fun).

 

Wszystko się rozbija o to czego się szuka w literaturze i tego, co chce się dać czytelnikowi; rozrywki i tzw. “czytalności” (coś ala grywalność ;) ), jak Count (słuszna uwaga odnosząca się do obrazu rynku wydawniczego), albo wielopłaszczyznowego pola dla wyobraźni czytelników i możliwości interpretacji, jaką przygotował nam Fun.

 

Jedno i drugie nie jest niczym złym. Obie drogi są dobre. Za to na pewno nie takie same ;)

Mam nadzieję,  że komentuję właściwe opowiadanie, ale komentarz Darcona o tym, że to pierwsze opowiadanie Funa, które mu się nie spodobało było pod tamtym, więc chyba dobrze trafiłam. Bo ja też, z dużą przykrością,  muszę powiedzieć,  że to pierwszy tekst Funa, który mi się nie spodobał :( Mówię o tym, tak dla ścisłości,  nie o tamtym :D Zamieszanie z tymi tytułami;)

 

Mnie się wydaje właśnie,  że Fun zazwyczaj pisze takie zrozumiałe dla czytelnika historie, przy których można na chwilę się zatrzymać i pomyśleć,  może nawet można o nich powiedzieć,  że są “ciężkie “, ale w taki literacko dopuszczalny sposób,  który wzbudza emocje, a nie wprowadza myśli na jakieś zapętlone, męczące tory niezrozumienia. Nie mówię,  że ten tutaj był jakoś szczególnie męczący,  bo nie dlatego nie przypadł mi do gustu ;) Chociaż fakt, moim zdaniem jest inny od tego co zazwyczaj piszesz.

 

Myślę, że poszlak tu dużo,  ale wyjaśnień mało. W sensie, że mamy obraz, Archimedesa, czczą gadaninę wnuczkę, starość,  modlitwę, doświadczenia życia,  żale i tęsknoty, i parę innych rzeczy.  I to wszystko w 13k znakach podane w, moim zdaniem, lekko zbyt dramatycznej otoczce :( Bo to wszystko są rzeczy normalne (patrzę na ten tag realizm magiczny ;)), smutne, ale normalne, a chwilami miałam wrażenie takiego nadpowiedzenia, że teraz jest przygnębiająco. Na przykład kiedy starszy człowiek, owi o nawykach i rytualach, a potem jest ten dramatyczny wielokropek albo raczej – wykrzyknik refleksyjności:P Tutaj nie potrzebowałam wyjaśnień,  żeby uzmysłowić sobie tragizm sytuacji, przekaż tego, że najpierw rzeczywistość kształtuje zwyczaje, a na starość zwyczaje kształtują rzeczywistość itp. mądrości, które w tym rzeczywiście ładnym zdaniu nieco zepsuł ten wielokropek. Za to potrzebowałam wyjaśnień w innych miejscach :(

 

Może wrócę jeszcze do tego niezrozumienia. Znaczy, nie wiem, czy mogę to tak nazwać.  Dla mnie to kwestia bardziej niepewności,  czy zrozumiałam. Nawet zrobiłam sobie własną interpretację, która pewnie ni w ząb nie pokrywa się z Twoja, a i pewnie z moją, gdybym została przymuszona do interpretowania w myśl zamysłu autora. Ale nie zostałam, więc pozwolę sobie zainterpretować i ostrzec przed spoilerami;)

 

Otóż,  według mnie ten obraz jest swego rodzaju alegorią czyścca. Stanisław niósł że sobą wielki ciężar za życia,  który można by uznać za grzechy, ciążące jemu albo jego bliskim 

 

Mnie będzie ciężko, ale im będzie lżej.

Odbicie nie odpowiedziało, nawet nie poruszyło ustami. Utkwiło w nim pusty, martwy wzrok.

– Albo na odwrót – dodał Stanisław, po czym się odwrócił.

Jak to z grzechami – nieważne w kogo są wymierzone, nigdy się nie dowiemy czy bardziej gryzą sumienie winowajcy czy ofiarę. No więc ten obraz jest takim czyśccem przez który przechodzi Stanisław. Nie może odezwać się do swojej rodziny, wytłumaczyć im, dlaczego zrobił,  co zrobił i inne takie. A kiedy wreszcie może,  kiedy jego modlitwy zostają wysłuchane  (nie chce się już bardziej zagłębiać w te modlitwy, bo niedługo mój komentarz będzie miał 13k, a miał być taki krótki:( ) i znajduje siły,  żeby wyrzucić obraz, i odzyskuje mowę, okazuje się,  że oni nie słuchają. Nie tęsknią,  już im nie zależy. Dlatego chociaż Stanisław prosi o przebaczenie, nie otrzymuje go, bo oni go zwyczajnie nie słyszą. A jest coś takiego, że dopóki grzechy na ziemi nie zostaną wybaczone/ ich zgubne działanie nie zostanie starter,  dusza zostaje w czyśccu.  Tak więc bez tego wysłuchania,  wybaczenia, dusza Stanisława pozostaje w czyśccu, pomiędzy:

 

 

Kiedy odchodził, targały nim ciężkość i lekkość, a on tkwił pomiędzy, wiecznie niezdecydowany jak Archimedes z obrazu: ni to wisząc, ni to tonąc, ni to unosząc się, ni to opadając. 

Uff, to już chyba koniekoniec Może jeszcze dzisiaj nabazgram coś pod drugim :D Mam tylko nadzieję,  że to nie będzie podobny tasiemiec:D

Interesujące, bardzo interesujące.

Niech więc nie siedzi dłużej w poczekalni.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Blacktomie, słusznie prawisz o różnorodności dróg. 

 

Lenah, dzięki za obszerny komentarz. Dobrze, że coś Ci się w końcu nie spodobało, żebym nie musiał wątpić w Twoją bezkrytyczność ;) Cieszy mnie uwaga o wielokropku – fajnie, że czytelnicy zwracają też uwagę na takie rzeczy. Zbyt dramatycznie? Przyjmuję do wiadomości. Miało być dramatycznie, a czasem człowiek przegnie. 

Nie pierwszy raz cudza interpretacja mojego tekstu  – całkiem sensowna – mnie zaskakuje. Jak już napisałem powyżej, jeśli interesuje Cię mój zamysł, chętnie wyjaśnię na privie :)

 

Emelkali, dzięki za wizytę i klika :)

Jak już napisałem powyżej, jeśli interesuje Cię mój zamysł, chętnie wyjaśnię na privie :)

O, to ja poproszę :)

Stwierdziłam, że przed skomentowaniem przeczytam oba teksty. I o ile osobno każdy zrobił na mnie pewne wrażenie (ten większe), to jeśli mam je rozpatrywać, jako dwa spojrzenia na jedną historię, to się pogubiłam. A może to nie jest jedna historia, tylko dwie alternatywne? 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dwa różne opowiadania, z których każde powinno się samo bronić. 

Jeśli tak, to jak dla mnie się bronią. Jednak jest jedno “ale”. Oba mają tych samych bohaterów, co niejako automatycznie nasuwa skojarzenie, że są jakoś połączone i przez to właśnie się pogubiłam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Fajnie, że się bronią. A pogubienie jest zrozumiałe, bo namieszałem ;)

Dzięki za wizytę (wizyty) i klika przy tamtym! 

Piszę komentarz po zapoznaniu się z dwoma tekstami.

Ten chyba bardziej mi odpowiada z powodu posępności, która bardziej do mnie przemawia. Zafrapowały mnie przeżycia głównego bohatera.

Po chwili Stanisław poszedł umyć protezy zębowe.

Jakoś rozbawiło mnie to zdanie. Niby wiem, że protezy mogą zastępować różne narządy, ale z osobami w pewnym wieku akurat ta kojarzy (mi) się najszybciej ;)

Ciekawy tekst.

Fun, nie wiem, jaki był Twój zamysł, ale ja tu widzę przede wszystkim taki obrazek obyczajowy. Starszy człowiek mieszkający sam, z dużą ilością wolnego czasu, pogarszającym się stanem zdrowia i prawdopodobnie z niego wynikającymi drobnymi urojeniami.

Podobało mi się :)

Najpierw chciałem napisać “sztuczna szczęka”, ale potem miałem chwilę zawahania, jak to się profesjonalnie nazywa ;)

Obrazek obyczajowy był moim zamysłem, cała reszta to tylko perspektywa. Fajnie, że się podobało :)

Szalenie mi się podobało. Tekst ma w sobie takiego posępnego ducha, charakterystycznego dla latynoamerykańskiego realizmu magicznego. Uważam, że chociaż sama otoczka obyczajowa jest, zdawałoby się, zwykła, to przez dobre zagranie jej elementami (główny konflikt, perspektywa staruszka),  struny emocji są wprawione w ruch naturalnie, nie wymuszenie. 

Może to nieładnie, że tak po paru minutach odchodzę. Ale zanim sobie coś pomyślisz, popatrz w lustro i zapytaj sam siebie, czy chciałbyś z kimś takim rozmawiać.

Całość tak dobrze zagrała, że przy tym dialogu, a konkretnie przy tej kwestii, aż coś zabolało i zgrzytnęło mi w środku.

Napisane bardzo sprawnie, a co do ostatecznej interpretacji, to osobiście w trakcie czytania zmieniałam front parę razy i ostatecznie pozostałam z kilkoma przemyśleniami, które zostawię dla siebie ;) Uważam, że można z tego tekstu wiele wyciągnąć również na potrzeby czysto subiektywnej i spersonalizowanej interpretacji, za co kolejny plus. 

 

Hej. Kilka słów :)

 

Bardzo trudno interpretować opowiadanie, których rekwizyty, postaci oraz wykreowane tło zostało już użyte w innym opowiadaniu. Dlaczego? Bo trzeba zapomnieć o poprzednim tekście. Ale jak to zrobić, kiedy poprzednik tak celnie trafił w gusta czytającego? No, nie da się. Przynajmniej nie do końca…

I właśnie to jest problem tego tekstu, a w zasadzie mój problem z tym tekstem. Przeczytanie tego opowiadania jako drugiego w kolejności zaowocowało tym, że (odwołując się do malarstwa) nie byłem wstanie zamalować poprzedniego obrazu; nowy jest zbyt transparentny przez co nieczytelny. Ale to tylko świadczy o jakości poprzedniego opowiadania :)

 

Niemniej jednak spróbuję.

Sytuacja analogiczna do poprzedniej. Stanisław po stracie żony, zawieszony między życiem, a śmiercią chce już tylko jednego – aby to się skończyło, aby mógł umrzeć. Bezskutecznie modli się do Boga, ale jak to często bywa w życiu, modlitwy zostają bez odpowiedzi. W końcu sam odpowiada na swoją modlitwę.

 

Zgaduję, że wykrzywiona twarz to twarz wisielca, ale pewności nie mam. Aż chciałoby się, aby to uklęknięcie na końcu przedostatniego rozdziału, było niczym innym jak zawiśnięciem na nisko zawieszonym pasku… Ale to chyba byłaby już moja własna nadinterpretacja – opowiadanie po mojemu ;)

 

Tym razem rola mówiącego obrazu jest nieco inna. To w zasadzie nieustanne przypominanie przeszłości tego, co było, a już nie wróci, tego jaki miał wpływ na świat/szczególnie, że to o czym sobie przypomina to rzeczy błahe, nieważne, które kiedyś niosły przyjemność, dziś jedynie rzucają posępny cień…

 

Historię wieńczy dogmat nieodwracalności czynów. Stanisław wybrał i straci wpływ na rzeczy, na które wpływ jeszcze miał. I na zawsze zawisł w swoim niezdecydowaniu. Szkoda, gdyby tylko mógł zebrać się w sobie… No ale tak bywa. Wygrana z własną naturą/samym sobą to największe zwycięstwo jakie może odnieść człowiek :)

Morał historii jest taki by szanse/możliwości wykorzystywać – doświadczać i przez to wpływać na świat. Do samego końca.

 

Ciekawy jestem jak tym razem trafiłem z interpretacją :)

Tramindesko, cieszę się, że przełamałaś nieśmiałość! Posępny duch czasem towarzyszy moim opowiadaniom i muszę uważać, żeby się zbytnio nie rozpanoszył. 

Fajnie też, że chciało Ci się pointerpretować nawet dla samej siebie. Dzięki za wizytę :)

 

 

Blacktomie, dzięki za kolejny obszerny komentarz :) Interpretacja w zasadzie trafna, z wyjątkiem tej twarzy wisielca w lustrze. Właściwie chodziło mi o to, że Stanisław widzi siebie jako trupa. A co do tego wieszania się na pasku – bardziej ku samobójstwie przemawiałoby drugie opowiadanie. Tutaj raczej mamy pogodzenie się z własnym losem i naturalną śmierć w pokorze. 

Tam się utopił tu powiesił, ależby to było adekwatne do obrazu, nie ;)

Pozdrawiam :)

 

Edit.

Wiem, wiem to lepiej oddaje bezczynność Stanisława :)

Wciągnęło mocno, ale wciągajć potrafisz, fun. Nie rozumiem jednak tego tekstu – mea culpa. 

 

Nie Twoja wina, Blackburnie. Na pocieszenie powiem, że staram się właśnie napisać coś zrozumiałego i wciągającego jednocześnie. 

Miło mi, że wpadłeś. 

Czyta się sprawnie, jednak jakoś mnie nie przekonało. Mamy dużo opowieści o dziadku, który być może umiera i obraz, który do niego gada jego własnymi wspomnieniami – choć nie wiemy dlaczego.

Niby jest historia, ale nie ma żadnego uzasadnienia – takie absurdy według mnie lepiej przyjmują się w opowiadaniach humorystycznych.

Dzięki za opinię, Natanie :)

Sprawnie się czytało, motywy milczącego człowieka, gadatliwego obrazu i odcięcia od bliskich są przepięknie przeplecione. Podoba mi się też motyw z wytłumaczeniem imienia obrazu oraz zastosowania prawa Archimedesa do ludzkich losów. Posępność całej sytuacji dodatkowo doskonale podkreślona ostatnią sceną oraz puentą.

Podsumowując: kto wystrzelał cały zapas fajerwerków z magazynu? ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Podsumowując: kto wystrzelał cały zapas fajerwerków z magazynu? ;)

 

Dzięki za wizytę, NoWhereManie :)

.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Przeczytałem oba opowiadania. Komentarz pod drugim.

Namalowany człowiek kazał spojrzeć na tytuł na odwrocie, a potem dodał: tak masz mnie nazywać.

Ważne: w poprzednim tekście Archimedes kazał spojrzeć na podpis w rogu, ale nie na odwrocie. To jest niekonsekwencja, jeśli oba teksty są połączone, napraw to czym prędzej!

 

A jeżeli nie jest, to ten mi się nie podoba. W momencie, w którym zobaczyłem, że drugi Twój tekst ma ten sam tytuł starałem się go domyślnie traktować jako niepowiązany z poprzednim, który czytałem. A w takim wypadku, tutaj jest trochę za mało informacji, za mało emocjonalnej głębi. Nie jestem w stanie utożsamić się z postaciami, których nie znam [znaczy znam, ale udaję, że nie znam xD].

Przysłowia nie grają już tutaj roli, przez co tekst jest dużo bardziej zwykły i jego forma jest mniej interesująca. Jeżeli mam go traktować jako uzupełnienie poprzedniego, to jest trochę lepiej, ale z dodatkowych informacji, które miałyby jakiekolwiek znaczenie dla fabuły całości dowiaduję się tylko, że drugie spotkanie jednak odbyło się [przyznam, zaciekawiło mnie to i miałem pytać w komentarzu, ale stwierdziłem, że skoro nic o tym nie napisałeś, no to niech tak będzie]. Ta informacja mogłaby się znaleźć w głównym tekście, ale z drugiej strony nie jest na tyle ważna, żeby koniecznie musiała się tam znaleźć.

Jeżeli miałbym traktować ten tekst, jako odrębny od swojego imiennika, to nie ma tu w sumie nic porywającego, a nawet trochę wieje nudą.

Jeżeli jest to niejako DLC, do tekstu “przysłowiowego”, to jest to DLC niepotrzebne, a może nawet trochę psujące odbiór jego zakończenia. Trochę jakbyś nie wiedział na co się zdecydować i wybrał obie opcje, z czego ta jest wyraźnie słabsza.

No nieźle.

Niestety, to dwa różne opowiadania z podobnymi elementami. Dzięki za opinię :)

Nadrabiam:

 

Ciekawy pomysł z odwróceniem powiedzenia. Opisane gładko, jednak przyznam, że nie poruszyło we mnie żadnej emocji. Przeczytałam z zainteresowaniem, ale nie zapamiętam, jak to się mówi. Technicznie bez zarzutu.

 

(Wybacz, że tak lakonicznie, ale przeczytałam oba Twoje opowiadania jedno po drugim i na swój sposób zlały mi się w jedno – trudno jakoś spróbować ocenić je oddzielnie, zwłaszcza po czasie, jaki minął od mojej wizyty tutaj.)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

No i jak obiecałem, jestem :)

Rzeczywiście, smutne opowiadanie nam stworzyłeś. Powiedziałbym więcej: melancholijne. Oczywiście nie zmienia to faktu, że to nadal kawał świetnej literackiej roboty. Jest dobrze, tylko tak… niewesoło.

 

Tak czy inaczej, lecę do wersji drugiej!

Jai guru de va!

(Jeszcze nie przeczytałem drugiego, ani komentarzy)

Dla mnie Archimedes to taki wyrzut sumienia. Wszystkie niepozałatwiane sprawy, wszystkie niedotrzymane obietnice, zawiedzione kochanki i niespełnione kochania. (Prawie) Wszystko to co trzyma nas na ziemi, a jednocześnie zbliża nas do Boga. Wszystko to czego się wstydzimy i o czym nie mówimy innym. Upchnięte w braku słów. Co oddala nas od bliskich.

Bardzo ładne opowiadanie z optymistycznym (moim zdaniem) przesłaniem.

Swoją drogą mam wrażenie, że Stanisław chciał się trochę odgryźć za brak zrozumienia ze strony syna – co sugerują słowa “na odwrót”.

Za ten tekst, masz u mnie głos za lipiec.

(teraz biorę się za drugie opowiadanie, komentarzy nie będę tu czytał bo mi zaburzą wizję :)

F.S

Podoba mi się Twoja interpretacja, jest bardzo bliska mojej. Cieszę się, że zajrzałeś. Dzięki za Twój głos :)

Bardzo mi się spodobało, choć przez chwilę nie byłam do końca pewna, czy wszystko zrozumiałam. Ale ostatecznie wydaje mi się to plusem, bo zaprosiłeś mnie do refleksji, głębszego wniknięcia w tekst. A jak do tego dorzucimy sporą czytelniczą przyjemność, wynikającą z doskonałej gry powiedzeniem, stanowiącej podstawę nietuzinkowego pomysłu i bardzo przyjemną narrację – płynną, nastrojową – to pytanie czego chcieć więcej :) 

Cieszę się, że przyjęłaś “zaproszenie”, Werweno. Dzięki za opinię :)

Wspaniały pomysł na połączenie przysłowia z fantastyką. Oryginalny. To mnie przekonało do tekstu.

Bohater nie jest nikim nadzwyczajnym, ale pewnie o to chodziło, żeby każdy Czytelnik mógł zobaczyć w nim jakąś cząstkę siebie.

Zakończenie raczej smutne, ale pewnie nie można mieć wszystkiego.

Jestem na TAK.

Babska logika rządzi!

To mnie zaskoczyłaś, Finklo. Dzięki, miło mi :)

Dobry początek, nawet bardzo dobry. Ale końcówka bardzo nijaki. Niby robi się człowiekowi smutno, ale smutek szybki ulatuje i w efekcie niewiele po nim zostaje. Nie mogę powiedzieć, że tekst zupełnie mi się nie podoba, ale żal niewykorzystanego potencjału. Motyw gadaja ego obrazu świetny, watek obyczajowy jak to u ciebie profeska i ťlko ten finał:/

Tylko nie "Tęcza"!

Urzekło mnie wykorzystanie prawa Archimedesa. Lubię takie zdania, jak to o doświadczeniu i wpływie na świat, bo ze mną zostają i wpływają na moje życiowe filozofie.

Zgrabnie to wszystko zamknąłeś w krótką, wciągającą i pouczającą historię. Pewna przyziemność ubrana jest tu w eteryczne szaty, a wszystko zamknięte w dobrze wykonanym zadaniu konkursowym. Przez to człowiek czuje, jakby brał udział w czymś jednocześnie całkowicie zwyczajnym, jak i olśniewającym. Do tego odnoszę wrażenie, że pisanie takich tekstów przychodzi ci naturalnie, lekko –zarówno forma, jak i refleksja – i to wpływa na zadowolenie odbiorcy. Nie zauważyłam potknięć. Mam nadzieję, że zwięźle uzasadniłam swoje tak.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dzięki za uzasadnienie :) Cieszy mnie pierwszy “tak” od Ciebie, Naz, brakowało mi go do kolekcji :D

Jakoś tak się złożyło, że Twoje opowiadania czytałem nie wedle chronologii, a podłóg listy. Czyli ten tekst okazał się w moim zestawieniu drugim i ostatnim. Ale jeśli myślę o nim coś innego niż o wersji humorystycznej, to zasadniczo niewiele. Ale za to różnice są istotne. Po pierwsze, ta opowieść lepiej mi siadła. W ogóle mi się w sumie podobała. Wciąż bardziej jako forma artystycznego wyrazu niż z treści, niemniej jednak. Ale że to treść tutaj wiedzie – a przynajmniej powinna wieść – prym, to słów o niej kilka:

Znów, jak dla mnie, cokolwiek przekombinowane to wszystko. Brakuje mi, w obu tekstach zresztą, wyjaśnień co do Archimedesa, jego historii i rzeczywistej roli. Interpretacja Stanisława, w świetle późniejszych zdarzeń, zdaje się mieć jakiś sens, ale to wciąż nie tłumaczy, „dlaczego?”. A ja nie lubię nie wiedzieć. I nie, nie chodzi o to, że to magia bez magicznego słowa „magia”, tylko o coś, co nadawałoby temu wszystkiemu głębszy sens niż „miał dziadek pecha” czy też „Stało się i już”. Nie satysfakcjonuje mnie taki koncept zupełnie. Zakończenie, prawdę mówiąc, też niespecjalnie, bo niby wiadomo, co się stało, ale jakoś tak znów nie wiem, dlaczego to się stało. Czy to modlitwa do Archimedesa była przyczyną, czy już to wcześniejsze „coś się zmieniło”. Jeśli modlitwa, to w sumie o co (bo wersja: „jebać, najwyżej trafię do piekła” jest, jak dla mnie nie do przyjęcia, bo zupełnie brak w niej konsekwencji), i dlaczego została wysłuchana? Generalnie sporo tu niedomówień, co jest cholernie irytujące i psuje odbiór. Z drugiej jednak strony właśnie dlatego, że irytuje, jest też dobre, bo raz, że opowiadanie (opowiadania) zapada w pamięć, dwa, że zamiast satysfakcji z lektury otrzymałem intelektualne wyzwanie, co też jest w jakiś sposób satysfakcjonujące. I sprawdza się jako rozrywka.

 

Peace!

Odnośnie korelacji tapetowego przysłowia z opowiadaniem, to wydaje mi się tutaj cokolwiek… albo zbyt przekombinowana (anagram porzekadła), albo zbyt dosłowna (scena w ogródku Jacka). Ale, generalnie, bardzo ciekawe ujęcie tematu. Za klimat też plusik. No i – że się powtórzę – podoba mi się, jak malujesz słowami.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Lakonicznie, bo z telefonu: dzięki za oba komentarze, krytykę przyjmuję i rozważam, z pochwał się cieszę (czekam nad komentarz pod innym moim 'malowidłem' ;)).

Byda nad dwoma. Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Funie – moim zdaniem to jedno z lepszych opowiadań konkursowych. Dlaczego? Jest inne, jest świeże, ma w sobie to “coś”. Świetnie połączyłeś wątki fantastyczne z psychologicznymi i społecznymi. Zmusiłeś mnie do refleksji, a kilka zdań naprawdę mnie urzekło. Bohaterowie bardzo prawdziwi, relacje rodzinne tak realistyczne, że autentycznie zrobiło mi się żal i przykro.

Nie przeszkadzał mi brak wyjaśnień co do Archimedesa, jego pochodzenia i przeznaczenia. Mam wrażenie, że choć niby odgrywał on pierwsze skrzypce w opowiadaniu, to tak naprawdę miał być jedynie tłem. 

Finał historii też bardzo przypadł mi do gustu, nie spodziewałam się tego. Duży plus, w dodatku pięknie ubrany w słowa.

Ogólnie – warsztatowo świetnie, fabularnie świetnie, jestem bardzo usatysfakcjonowana.

A komentarz jest krótki, bo nie mam się do czego przyczepić :D Gdybym miała, byłby dłuższy, więc sam sobie jesteś winien za napisanie tak dobrego opowiadania :P

Oj tam od razu sam sobie winien… Wy mnie sprowokowaliście! :D 

Cieszę się, że Ci się spodobało, i dziękuję za komentarz :)

Kto pod kim dołki kopie… ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka