- Opowiadanie: Anelis - Prawda ukryta w oczach

Prawda ukryta w oczach

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Prawda ukryta w oczach

Siedziałam na schodach, obserwując zmysłowy taniec trzech driad. Z kuszącym uśmiechem na ustach przywoływały odważnych mężczyzn powolnymi ruchami rąk. Gałęzie rozłożystego drzewa rzucały cienie na ich twarze, co nadawało pannom tajemniczego uroku. Na polanę wskoczył nagle młody woj. Zza jego ramienia wystawał kołczan wypełniony strzałami, a w dłoni pewnie trzymał łuk. Młodzian mrugnął wesoło do zgromadzonych i oparł broń o pień. Następnie z błyskiem w oku wyciągnął rękę do najbliższej, a zarazem najniższej driady. Panny, zaprzestawszy tańca, patrzyły na przybyłego z ciekawością. Najniższa z wahaniem podała wojowi swoją dłoń. Ten ucałował ją delikatnie, a następnie gwałtownie przyciągnął dziewczynę do siebie. Jego ręce spoczęły na jej talii. Moment później młodzian podniósł driadę do góry i zakręcił się wraz z nią. Jasne włosy przetykane zielonym nićmi rozwiały się zjawiskowo pod wpływem ruchu. Publiczność nagrodziła całą scenę brawami i okrzykami. Właściwie dominowały głosowe oznaki uznania, jako że większość zebranych w dłoniach trzymała smartfony lub aparaty fotograficzne i z zaangażowaniem uwieczniała każdy moment, odkąd na leśną polanę wkroczyły trzy skąpo ubrane driady.

W tym roku w jednej z konwentowych hal stanęły trzy scenografie, które zgodnie z przewidywaniami cieszyły się sporym zainteresowaniem cosplayerów, jak i fotografów. Obok leśnej polany wprowadzał mroczny nastrój ciemny loch wypełniony niepokojącymi oparami oraz szkieletami wyskakującymi z najniewinniej wyglądającego kąta. Jeszcze dalej znajdowała się wizja futurystycznego miasta, przy której akurat zebrało się kilkoro fanów Gwiezdnych Wojen. Wysoki, szczupły chłopak w brązowym płaszczu rycerza Jedi uniósł właśnie swój plastikowy miecz świetlny, udając, że szykuje się do walki. Cosplayer miał bardzo jasne włosy rozwichrzone tak, jakby dopiero co spędził godzinę na porywistym wietrze. Stojący obok brunet w ciemnym stroju starł się z nim w inscenizowanym pojedynku. Błękitne ostrze spotykało się raz po raz z czerwonym. Parę osób dopingowało walczących ze śmiechem. W pewnym momencie mroczny rycerz wyciągnął dłoń w geście duszenia. Jasnowłosy chłopak dramatycznie złapał się za szyję, wypuszczając broń. Przez dłuższą chwilę udawał rozpaczliwą walkę o życie, aż osunął się na podłogę. Jego przeciwnik dumnie ukłonił się widzom, po czym pomógł wstać koledze. Przybili sobie piątkę.

Blondyn uniósł głowę, a nasze spojrzenia się spotkały. W przenikliwych oczach nieznajomego zdawały się wirować odcienie szarości. Poczułam się nieswojo. Pospiesznie odwróciłam wzrok, lecz tamten chyba wciąż na mnie patrzył. Wstałam zdecydowanie i ruszyłam schodami na górę. Wkrótce skryłam się w tłumie konwentowiczów podziwiających cuda oferowane tu na różnych stoiskach. Uczucie zagrożenia zniknęło, gdy szłam wśród fantastycznych barw oraz w szumie setek rozmów. Zerkałam na kolorowe koszulki, kubki i inne gadżety z symbolami znanymi z filmów czy gier. Oryginalna biżuteria kusząco odbijała światło. Sprzedawczyni w wiedźmiej sukni nadawała niepokojącego klimatu straganowi pełnemu tajemniczo wyglądających fiolek. Zaraz obok liczne zębatki zdobiły skórzane bransoletki, notesy czy torby. Zresztą warto było patrzeć na sam zebrany tłum. Właśnie minął mnie pstrokato ubrany błazen. W następnej chwili musiałam odsunąć się, by przepuścić grupkę przyjaciół w obszarpanych, post-apokaliptycznych strojach, trzymających wielkie wyrzutnie oraz strzelby. Obejrzałam się za nimi z zaciekawieniem. Na tyle kurtki jednego z nich zobaczyłam naszywkę przedstawiającą kufel pełen piwa.

Gdy znów się odwróciłam, prawie wpadłam na trzy driady, które wcześniej widziałam.

– Hej! – odezwała się wesoło jedna z nich. – Wspólne zdjęcie?

– Masz super włosy – dodała druga. – To peruka czy farba?

Uśmiechnęłam się, nieco zaskoczona tym spotkaniem. Owszem, pod względem przebrania pasowałyśmy do siebie. Wszystkie cztery nosiłyśmy eteryczne, zwiewne spódnice oraz krótkie bluzki – bardziej biustonosze właściwie.

– Tajemnica – odparłam tylko, na co tamte ze zrozumieniem pokiwały głowami.

Ustawiłyśmy się razem, a towarzyszący driadom chłopak zrobił nam kilka zdjęć. Odwrócił następnie aparat wyświetlaczem do nas, byśmy mogły zerknąć na efekt. Trzy driady miały o wiele okazalsze stroje niż mój, wzbogacone o drobne, lecz istotne dodatki takie jak opaski na głowę czy skórzane bransolety. Ich włosy za to nie mogły się równać z moimi, wręcz płomiennymi pasmami, które zdawały się lśnić własnym blaskiem.

– Super, dzięki! Wrzucimy to do sieci.

– Nie ma sprawy. Również dziękuję. – Skinęłam im głową.

– Driady muszą trzymać się razem, co nie?

Położyły swoje dłonie jedna na drugiej, a ja ze śmiechem do nich dołączyłam. Kątem oka dostrzegłam, że ich kolega skorzystał z okazji, by zrobić jeszcze parę zdjęć.

– Musimy lecieć, do zobaczenia! – oznajmiła ta pierwsza.

Pomachałam im na pożegnanie, a po chwili zniknęły w tłumie. Leniwie podeszłam do barierki, by spojrzeć w dół, gdzie tłoczyło się jeszcze więcej stoisk. Postacie z różnych uniwersów mijały się w alejkach. Przesunęłam wzrok poza targi do trzech scenografii. Przed leśną polaną stał tamten jasnowłosy chłopak i rozmawiał z dziewczyną w zbroi mandaloriańskiej. Hełm trzymała pod pachą, więc nic nie zakrywało krótkich, soczyście zielonych włosów. Nagle dziewczyna rozejrzała się. Cofnęłam się gwałtownie, przekonana, że próbuje mnie wypatrzeć. Zganiłam się w myślach. Dlaczego tak wariowałam? Zwykli konwentowicze. Niby dlaczego mieliby się mną interesować?

Ruszyłam znów dalej. Nagle – mimo szumu rozmów, okrzyków, nakładających się dźwięków kroków i ogólnego zgiełku – usłyszałam delikatne dzwonienie. Znieruchomiałam. Parę osób musiało gwałtownie skręcić, by mnie wyminąć, ale uniknęłam nieprzyjemnych słów. Mój wzrok wręcz został przyciągnięty do stoiska z biżuterią. Na wieszaczku wisiała bransoletka z maleńkich miedzianych listków nanizanych na gruby rzemień. To one dzwoniły. Ktoś musiał je potrącić, a teraz uderzały jeszcze o siebie nawzajem. Stałam, nie mogąc odwrócić spojrzenia, póki listki nie przestały się poruszać. Jak zaczarowana, podeszłam do stoiska i kupiłam bransoletkę. Gdy znalazła się na moim nadgarstku, urok wcale nie przestał działać. Nie mogłam zebrać myśli. Obraz rozmazywał mi się przed oczami, a wszystkie dźwięki zdawały się dochodzić z oddali. Nie zamierzałam jednak zdejmować bransoletki. Wypełniał mnie żar. Mimo wiele odsłaniającego stroju zrobiło mi się gorąco, aż zapragnęłam zrzucić z siebie wszystko.

Potrząsnęłam głową. Odetchnęłam głęboko raz, potem drugi. Ochłonęłam wystarczająco dopiero po kilku łykach zimnego napoju z żelkowymi bąbelkami, który sprzedawali zaraz obok. Sącząc go przez rurkę, opuściłam halę, by przespacerować się na świeżym powietrzu. Chwilę temu, gdy tak dziwnie się poczułam, musiało zachodzić słońce. Teraz robiło się coraz ciemniej, lecz wcale nie brakowało konwentowiczów. Na niewielkim placu szykował się do pokazu zespół wykonujący akrobacje z ogniem. Uderzył mnie zapach dymu. Płomienie migotały w narastającym mroku. Na twarzy poczułam gorący oddech. Barierka uderzyła mnie w pierś. Otrząsnęłam się, nagle zdając sobie sprawę, że zupełnie nieświadomie przeszłam spory kawałek drogi i znalazłam się tuż obok rozpalonego ogniska odgrodzonego barierkami. Cofnęłam się pospiesznie, a płomienie jakby przygasły zawiedzione. Niedaleko dwóch chłopaków ćwiczyło układ z łańcuchami zapalonymi na końcach. Całą siłą woli odwróciłam wzrok.

Udałam się w przeciwnym kierunku, byle szybciej, byle wrócić do normalności. Z jednej z dużych hal dobiegła mnie głośna muzyka. Uznałam, że mogę spędzić wieczór na koncercie. Gdy się zbliżyłam, przekonałam się, że piosenki nawiązują do starych czasów. Zajęłam miejsce z tyłu, słuchając o wiłach kuszących mężczyzn w Noc Kupały. Zdołałam chwilowo zapomnieć o dziwnych przypadkach tego dnia, lecz nie trwało to długo. Wkrótce spostrzegłam niedaleko rosłego chłopaka. Czarna koszulka ze srebrnym wilkiem ciasno opinała nieźle zbudowaną klatkę piersiową. Nieznajomy patrzył prosto na mnie. Dzikość w jego oczach sprawiła, że instynktownie wbiłam się głębiej w plastikowe krzesło. W efekcie straciłam równowagę i wywróciłam się do tyłu. Boleśnie trafiłam łokciem o podłogę, lecz szczęśliwie nic więcej nie ucierpiało. Siedząca obok dziewczyna z troską pomogła mi wstać i upewniła się, że wszystko w porządku. Podziękowałam, zapewniając, że jestem cała. Obity łokieć w końcu się zagoi. Gdy spojrzałam znów na chłopaka w czarnej koszulce, ten obserwował koncert. Westchnęłam ciężko. Naprawdę wariowałam.

Uznałam, że lepiej po prostu zakończyć ten dzień. Niezbyt późna pora pomoże mi chociaż ominąć największe kolejki pod prysznic. Nie pomyliłam się w tych rachunkach i już godzinę później, świeża i pachnąca, wracałam na swoje legowisko w wielkiej hali noclegowej. Na moim śpiworze leżała szara karteczka. Podniosłam ją ze zdziwieniem. Czarnym atramentem wypisano skandynawskie runy. Znałam ich kilka wersji i żadna nie pasowała do tego tekstu, lecz na bazie podobieństwa udało mi się odszyfrować wiadomość: „Wiem, kim jesteś. Przyjdź na plac zabaw rycerskich.”. Przeklęłam pod nosem. Ten dziwny dzień miał się skończyć! Ze złością podarłam karteczkę i usatysfakcjonowana obserwowałam opadające szare kawałeczki przypominające popiół. Moment później uświadomiłam sobie, że nie powinnam śmiecić. Z mniejszym entuzjazmem zebrałam więc resztki kartki i wyrzuciłam do kosza. No i koniec. Teraz wystarczy spokojnie się wyspać, a jutrzejszy dzień powita mnie normalnością.

Ułożyłam się wygodnie w śpiworze. Nie dość, że jeszcze nie wyłączono świateł, po hali niósł się szum mieszających się głosów, na który nakładało się stukanie nielicznych naczyń oraz szelesty śpiworów. Z rzadka ktoś krzyknął coś głośno lub potwornie fałszując, wykonał jakąś przyśpiewkę. Dominował jednak ten jednostajny szum, z którego nie dało się wychwycić żadnych słów. Gdy zmieniałam pozycję, zadzwoniły miedziane listki na bransoletce, która wciąż zdobiła moją dłoń. W dalszym ciągu nie chciałam jej zdejmować.

Część świateł została w końcu zgaszona, a konwentowicze zaczęli zachowywać się nieco ciszej. Szum zdawał się wręcz kołysanką, która uspokajała niepokorne, szalejące myśli. W szumie rozległ się szept: „ognica – złośnica”. Przewróciłam się na drugi bok, delikatnie podzwaniając bransoletką. „Ognica – złośnica” – rozbrzmiało znowu. Zacisnęłam powieki ze złudną nadzieją, że to odpędzi omamy nawet słuchowe. „Lepiej się jej strzeż” – zanuciło coś tuż przy moim uchu. Otworzyłam oczy. Leżałam sama. Karimatę dalej chłopak z dziewczyną cichutko dzielili się herbatą z termosu i wątpiłam, by to oni robili mi głupie dowcipy. Przymknęłam znów powieki. Leżałam jeszcze trochę nerwowo, aż udało mi się uspokoić i zatonąć w sen.

 

Ognica – złośnica!

Płomienna obietnica.

Nocna tajemnica.

Lepiej się jej strzeż!

 

W oczach tańczą dziko płomienie,

Co skażą cię na potępienie.

Dobrze wie, jak taniec jej działa,

Spowita w ognisty blask cała.

 

Biegnie, gdy zachodzące słońce barwi czerwienią cały las. Trawa i mech łaskoczą jej bose stopy. Ogniste włosy sypią iskry w narastającym mroku. Szczupłe ciało osłania lniana, przetarta koszula sięgająca ledwie połowy uda. Ale dziewczyna nie czuje chłodu. Wzywa ją żar pierwszego zachodu słońca po przebudzeniu.

Rozpościera ręce. Migoczą płomyki tańczące na jej palcach. Wilgotne powietrze wciska się do jej płuc, lecz wydostaje się ogrzane. Biegnie, nie czując zmęczenia. Słońce zaszło. W ciemności lśnią jej włosy i drobne iskry przeskakujące po ciele.

 

Ognica – złośnica!

 

Powstrzyma psoty oraz szkody

Napitek i coś do osłody,

By schowała się na rok cały,

Przyszła tylko na Nocy Kupały.

 

Płomienie strzelają pod samo niebo upstrzone gwiazdami. Na trawie leżą częściowo opróżnione butelki z gorzałką i misy pełne okruszków po słodkich ciastkach. Pot lśni na nagich ciałach dziewcząt tańczących wokół ogniska w rytm muzyki lasu i ognia. Wirują, pieszczotliwym gestem głaszcząc płomienie. Goreją ich zamglone oczy.

 

Ognica – złośnica!

 

Jeśli zwiedziesz się jej urodzie

I choć raz o słońca zachodzie

Ust jej gorących posmakujesz,

Już się nigdy nie uratujesz.

 

Wymyka się z bezpiecznego schronienia, w którym powinna zostać do najgorętszej nocy. Biegnie lekko, cicho. Gałęzie zdają się od niej oddalać, jakby obawiały się żaru. Gdy słońce chyli się ku zachodowi, dociera na małą polankę nad jeziorem. Wpada w objęcia czekającego tam młodzieńca. Kręcą się razem i obejmują. Gdy młodzieniec próbuje ją pocałować, dziewczyna odsuwa się gwałtownie.

– Jeszcze nie – przypomina mu cicho, wskazując na zachodzące słońce.

Ten jednak próbuje pochwycić dziewczynę, aby sięgnąć jej ust. Nie potrafi dopiąć swego, aż nie obejmie ich czerń nocy. Dopiero wtedy całują się czule, potem namiętnie. Jego dłonie błądzą po jej gorącym ciele. Jej oczy błyszczą w mroku. Młodzieniec przerywa na chwilę.

– Mam coś dla ciebie – szepcze jej do ucha.

Nakłada jej na rękę bransoletkę z miedzianych listków. Dziewczyna potrząsa dłonią, wywołując delikatnie dzwonienie. Uśmiecha się radośnie i całuje znów chłopaka.

– Kocham cię – mówią do siebie w tym samym momencie.

 

Ognica – złośnica!

 

Jeśli nie zatańczysz z nią w nocy,

Ujrzysz siłę żarliwej mocy.

Ognista duma urażona

I na nic zda się twa obrona.

 

Wymyka się na polanę przy jeziorze. Nikt na nią nie czeka. Stoi, aż zachodzące słońce nie zniknie za horyzontem, lecz nadal jest sama. Rusza biegiem przez las. Miedziane listki podzwaniają na jej nadgarstku. Ukryta przez mrok, dociera do wioski. Z jednej z chat dobiega dziecięcy śpiew: „Nocna tajemnica. Lepiej się jej strzeż!”. Krzywi się, ale nie zatrzymuje. Bezszelestnie obiega wioskę, wypatrując młodzieńca.

Nagle czuje szept ognia. Słyszy go. Wzywa ją. Skręca gwałtownie. Wolniejszym krokiem idzie za głosem. Wkrótce między krzewami dostrzega ledwie widoczny poblask latarenki. Zbliża się ostrożnie. Nad brzegiem rzeczki widzi młodzieńca i wioskową pannę. Całują się namiętnie. Jego dłoń wciska się pod jej sukienkę.

Krzew koło dziewczyny zapala się z głośnym trzaskiem. Młodzieniec i panna odrywają się od siebie. Przerażony młodzieniec patrzy na dziewczynę, odsuwając pannę do tyłu.

– Nie denerwuj się… – mamrocze, lecz przerywa na widok płomieni wspinających się od palców po rękach dziewczyny.

Jej oczy goreją. Kolejny krzew zajmuje się od iskier wyrzucanych przez falujące dziko włosy. Młodzieniec chwyta pannę za rękę i ucieka za rzekę. Dziewczyna go nie ściga, nie musi. Jego latarenka wybucha rozwścieczonym ogniem.

 

Ognica – złośnica!

Płomienna obietnica.

Nocna tajemnica.

Lepiej się jej strzeż!

 

Obudziłam się gwałtownie, rozpalona snem. Przetarłam spocone czoło. Nie cierpiałam tych koszmarów. Najwyraźniej za dużo się wczoraj działo i stąd niespokojna noc. Zapatrzyłam się w wysoki sufit hali. Zdałam sobie sprawę, że nie słyszę żadnych rozmów. Najwyraźniej nadeszła ta magiczna chwila, gdy wszyscy konwentowicze usnęli. Echo niosło jedynie równe oddechy, pochrapywania oraz szelesty śpiworów. Senne obrazy rozwiewały się stopniowo, aż pozwoliły mi zdrzemnąć się jeszcze trochę.

Rano powitał mnie znów zwyczajny szum. Jadłam bułkę z dużą ilością kremu czekoladowego, obserwując innych pożywiających się konwentowiczów, nieszczęśników stojących w kolejce pod prysznic oraz cosplayerów nakładających czasem dość skomplikowane stroje. Czułam się rozluźniona i radosna, póki mój wzrok nie padł na parę szarych skrawków papieru, które musiałam wczoraj przeoczyć. Przypomniał mi się tajemniczy napis. Spróbowałam szybko wypchnąć go z myśli, lecz nie okazało się to łatwym zadaniem.

Dzisiaj nie miałam ochoty rzucać się w oczy, więc włożyłam zwykłe bojówki i bluzę. Włosy wciąż mogły przyciągać wzrok charakterystycznym kolorem, lecz ostatecznie wiele dziewczyn tutaj miało pasma o dziwnej barwie. Złapałam je gumką, by przynajmniej zajmowały mniej miejsca. Wykrzesując z siebie entuzjazm na nowy dzień, wyszłam z hali na ciepłe, wiosenne powietrze. Przed południem zagościłam na kilku prelekcjach, lecz po głowie wciąż krążył mi obraz znalezionej wczoraj kartki. W końcu się poddałam i udałam na plac zabaw rycerskich. Znajdował się tutaj przede wszystkim tor przeszkód nawiązujący do średniowiecza, lecz organizatorzy postarali się także o dodatkowe atrakcje takie jak równoważnia, na której dwóch śmiałków okładało się workami z pierzem. Dominował śmiech i głośne okrzyki dopingujące tych, którzy postanowili skorzystać z przygotowanych wyzwań.

Rozejrzałam się, nie wiedząc, czego powinnam szukać. Przy kępie klimatycznego siana spostrzegłam zielonowłosą cosplayerkę w zbroi mandaloriańskiej, rosłego chłopaka w nieco innej niż wczoraj czarnej koszulce z wilczym symbolem oraz urokliwą blondynkę delikatną niczym pojedyncze źdźbło zboża. Rozmawiali o czymś z ożywieniem. Pospiesznie wycofałam się gdzieś w głąb tłumu, by na wszelki wypadek zniknąć im z oczu.

Jakby prowadziło mnie przeznaczenie, już moment później stanęłam przed grubym słupem, na którym prócz plakatów fantastycznych inicjatyw znajdowała się znajomo wyglądająca szara kartka. Podobne runy kryły równie niejasną wiadomość: „Znam twoją tajemnicę. Przyjdź do prawego skrzydła hali trzeciej.”. Westchnęłam ciężko. Nie wiedziałam, co się działo, ale postanowiłam pójść tym tropem. Rozejrzałam się z niepokojem, lecz w tej chwili nikt nie zdawał się mnie obserwować. Wcisnąwszy dłonie do kieszeni bluzy, ruszyłam do hali trzeciej. Niedługo później zeszłam po schodach do prawej, nieco ukrytej części, którą przy odrobinie dobrej woli można nazwać „skrzydłem”. Powitał mnie pusty korytarz oraz samotne drzwi do sali prelekcyjnej. Nad klamką przyklejono spory napis: „Nie przeszkadzać! Trwa LARP!”. Zbliżyłam się do powieszonej obok rozpiski punktów programu odbywających się w tym miejscu. Gdy przeczytałam „Wiem, kim jesteś – LARP w klimacie skandynawskich kryminałów”, dostałam ataku histerycznego śmiechu. Te kartki zapraszały na grę fabularną. Zapewne komuś po prostu wypadł egzemplarz przy moim śpiworze. A ja głupia się tym przejęłam. Z szerokim uśmiechem na twarzy opuściłam halę i udałam się wesoło po świeżutkie, jeszcze ciepłe, słodkie ciastka.

Resztę dnia spędziłam, radośnie biegając po terenie konwentu i siedząc na co ciekawszych wykładach. Już pod wieczór trafiłam na prelekcję poświęconą tematowi Nocy Kupały w popkulturze. Zajęłam miejsce nieco z tyłu. Kolejne krzesła zapełniały się przybywającymi konwentowiczami. Gdy akurat zerkałam na wejście, ujrzałam chłopaka z rozczochranymi, jasnymi włosami. Podobnie jak wczoraj, miał na sobie brązowy płaszcz Jedi, lecz spod niego wystawały zwykłe dżinsy oraz koszulka. Brakowało również miecza świetlnego. Poczułam ukłucie niepokoju. Przerażenie nadeszło, gdy chłopak usiadł bezpośrednie przy mnie. Odetchnęłam powoli. Przecież nie miałam powodów do obaw.

Dwie prelegentki wprowadziły beztroski nastrój, który udzielił się także mnie. Szczególnie, że chłopak obok śmiał się sympatycznie i czasem rzucał żartobliwe uwagi. Gdy wykład się skończył, razem wyszliśmy z budynku. Właśnie zaczynało zachodzić słońce. Mimo chłodu zrobiło mi się gorąco, więc zdjęłam bluzę i zawiązałam ją w pasie. Roześmiałam się, gdy mój towarzysz opowiedział kolejny głupi dowcip nawiązujący do Nocy Kupały.

– Jestem Świemił – oznajmił nagle, wyciągając do mnie rękę. – A ty… – Zerknął na mój konwentowy identyfikator zawieszony przy pasie – Myla?

– To skrót… w pewnym sensie – mruknęłam, nieco onieśmielona.

– Miło mi cię poznać, Myla – rzekł wesoło.

Jego uśmiech sprawił, że dobry humor powrócił.

– Ciebie również – odparłam uprzejmie, ściskając jego dłoń. – Więc… gdzie podziałeś swój miecz? – zagaiłam.

– Ach, zostawiłem w hali… to znaczy… – Odchrząknął. – W świątyni Jedi, oczywiście – dokończył głosem pełnym powagi.

– Oczywiście – przytaknęłam z rozbawieniem.

Szliśmy leniwym krokiem między halami. Słońce jeszcze zachodziło, choć w środku miasta nie czuło się tego szczególnie.

– A gdzie ty zostawiłaś swój uroczy strój? – zrewanżował się Świemił.

– Ten jest… wygodniejszy – wymamrotałam, znów tracąc rezon.

– Ale w tamtym wyglądałaś ślicznie… Co nie znaczy, że teraz nie wyglądasz ślicznie – poprawił się szybko żartobliwym tonem.

Nawet nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Spuściłam wzrok, a w następnej chwili poczułam na ustach smak jego warg. Czerwień zachodzącego słońca rozgorzała w mojej piersi. Włosy ożyły, sypiąc iskry. Na moment moja pierwotna natura przejęła pełnię kontroli, rozkoszując się pocałunkiem, lecz zaraz przerażenie zdominowało wszystko inne. Panicznie odepchnęłam od siebie chłopaka, choć wiedziałam, że już na to za późno. Lękliwie spojrzałam na jego twarz, gotowa na widok czarnych, pustych oczy. Naprawdę nie chciałam odebrać życia tego chłopaka poprzez uczynienie z niego niewolnika moich życzeń. Nigdy dla nikogo tego nie chciałam. Tymczasem ukazały mi się oczy wypełnione powietrznym wirem, a usta uśmiechały się bezczelnie. Mimowolnie cofnęłam się o krok. Chciałam coś powiedzieć, lecz ostatecznie żadne słowo nie przeszło mi przez gardło.

– Nie bądź zła – poprosił głosem, któremu trudno było się oprzeć. – Musiałem się upewnić, że moje podejrzenia są słuszne. Poza tym… nigdy nie miałem okazji pocałować ognicy.

– Ale… Ty… – wydukałam i znowu zamilkłam.

– Tak. – Skinął głową. – Musiałem to zrobić teraz, żeby wywołać u ciebie odpowiednią reakcję. Nie sądziłem, że tak cię to przerazi. Sądziłem, że niewolenie chłopców to dla was nic nadzwyczajnego.

– Nie robię tego – wycedziłam ostro.

– Dobra, dobra – zgodził się ugodowo. – Ale bez obaw. Na mnie nie zadziała.

Przyjrzałam mu się podejrzliwie. Uśmiechnął się szerzej, a nagle mocny wicher uderzył mnie w twarz i wyrwał spod gumki płomienne kosmyki.

– Gdy ja jestem na konwencie, możesz być spokojna, że nie zacznie padać w nieodpowiednim momencie – rzucił znacząco. – Chodź, poznasz resztę. Rozluźnisz się. Jest tu fajne miejsce niedaleko.

Nim zdążyłam odpowiedzieć, bezceremonialnie złapał moją dłoń i pociągnął mnie za sobą. Nawet z tym nie walczyłam. Dałam się poprowadzić poza obręb konwentu, aż do pobliskiego baru. W półmroku nadawały klimatu fantazyjnie ułożone lampki oraz świeczki. Przy stołach siedziało sporo konwentowiczów popijających piwo i drinki. Unoszący się w powietrzu dym przemieszany z zapachem alkoholu przywoływał wspomnienia.

Świemił stanął przed jednym ze stołów i przyciągnął mnie bliżej.

– To Myla – przedstawił mnie zebranemu towarzystwu.

Ujrzałam znajomą dziewczynę o krótkich, soczyście zielonych włosach, która zastąpiła zbroję krótką sukienką w liściasty wzór. Obok siedziała blada blondynka – ją również już widziałam. W tym ciemnym pomieszczeniu jej jasna cera zdawała się wręcz chorobliwa. Odczucie to potęgowała jeszcze biała koszula z kaszubskim wzorem. Z uszu dziewczyny zwisały kolczyki w kształcie kłosów zbóż. Przy stole nie zabrakło rosłego chłopaka o aurze dzikości, z wilczym symbolem. Teraz doszłam do wniosku, że ten symbol mógł nawiązywać nie tylko do pewnego białowłosego wojownika.

Uśmiechnęłam się nieśmiało. Powietrze między nami zadrgało, gdy pozwoliliśmy sobie na ujawnienie choć odrobiny naszych skrytych natur. W półmroku nikt nie zwrócił uwagi na osobliwe oczy pięciorga konwentowiczów.

Koniec

Komentarze

Być może jest to związane z moim konwentowym nieobyciem, ale przez pewien czas zastanawiałem się, dlaczego dziewczyna jest kompletnie sama na tym konwencie… W końcu i na to pytanie znalazła się odpowiedź ;)

Do plusów tekstu z pewnością należy fajne tło, które, choć zdaje się oczywiste, jest jednak rzadko wykorzystywane w literaturze (ja przynajmniej nie czytałem żadnej opowieści, która “działaby się” na konwencie). Udał Ci się też środkowy segment – opis snu, który przedzielony wierszykiem, z “rwaną narracją” zyskał na oniryźmie i, przede wszystkim, dynamice.

Warsztat niezły, choć zdarza Ci się dziwna składnia. Coś tam wkleję z łapanki, ale zadbaj o prawidłową, naturalną kolejność słów.

 

Minusów też niestety trochę jest. Przede wszystkim, to opowiadanie to wydmuszka. Poza zarysem pomysłu i kilkoma scenami z romansu, brak tu fabuły. Jest raczej wprowadzenie – dopiero teraz, gdy demony spotkały się przy stole, znalazłaś sobie płaszczyznę na budowę fabuły – jakie są ich cele? Dlaczego spotkały się na konwencie? To było uzgodnione, czy przypadek? I tak dalej.

Opko jest też dość mocno przegadane (opisałaś chyba każdy oddech Myli – co Ty, Anelis, w Dostojewskiego się bawisz? ;P ) i kreacja bohaterki raczej słaba. Nie stworzyłaś jej wyrazistej osobowości, a mogłaś, chociażby zamiast opisu tego, jak pakuje się do śpiwora ;)

Tytuł ładny, Count lubi.

 

Tyle ode mnie, na koniec parę wskazówek:

W tym roku w jednej z konwentowych hal stanęły trzy scenografie, które zgodnie z przewidywaniami cieszyły się sporym zainteresowaniem cosplayerów, jak i fotografów.

Trochę dziwnie to zapisałaś. Albo stosujesz konstrukcję tak-jak (”tak cosplayerów, jak i fotografów”), albo wywalasz jak wyżej.

Obok leśnej polany wprowadzał mroczny nastrój ciemny loch wypełniony niepokojącymi oparami

Zdanie do przebudowy. Idzie się w nim pogubić niczym w labiryncie Minotaura ;D

Parę osób musiało gwałtownie skręcić, by mnie wyminąć, ale uniknęłam nieprzyjemnych słów.

Może “zignorowałam”? Bo uniknąć mogłaby co najwyżej kuksańców ;)

Wkrótce spostrzegłam niedaleko rosłego chłopaka.

Jaki to jest “niedaleko rosły”? :D To jeden z tych przypadków, gdy szwankuje składnia zdań.

Obity łokieć w końcu się zagoi.

Goi się zwykle rana – w tym przypadku rozumiem, że był tylko siniak, albo rąbnęła się w nerw łokciowy – trochę poboli, ale przestanie.

„Wiem, kim jesteś. Przyjdź na plac zabaw rycerskich.”.

Znam twoją tajemnicę. Przyjdź do prawego skrzydła hali trzeciej.”.

Te “drugie” kropki nie są potrzebne, a wręcz są błędne ;)

Ułożyłam się wygodnie w śpiworze. Nie dość, że jeszcze nie wyłączono świateł, po hali niósł się szum mieszających się głosów, na który nakładało się stukanie nielicznych naczyń oraz szelesty śpiworów.

Powtórzenie.

Zacisnęłam powieki ze złudną nadzieją, że to odpędzi omamy nawet słuchowe.

Znów składnia. “odpędzi nawet” albo jeszcze inaczej, zgrabniej.

Jeśli zwiedziesz się jej urodzie

“Jeśli dasz się zwieść jej urodzie” Może tak? To nie powinno zakłócić rytmu, a powinno być bardziej “po polskiemu”.

Młodzieniec chwyta pannę za rękę i ucieka za rzekę.

“Uciekają”? No, chyba że ją porwał i przerzucił przez ramię ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Właściwie mogłabym podpisać się pod komentarzem Hrabiego. Konwent to ciekawe miejsce akcji, nieznane mi ani z literatury, ani z realu. Tak słyszałam, że ludzie się tam często przebierają.

Z fabułą cienko – łazi dziewczynina, ogląda różne atrakcje, trochę się boi, a na końcu ktoś jej kradnie całusa. Tyle tylko, że są wśród nas różne stwory tylko podobne do Homo sapiens. A czego innego spodziewać się po stronie poświęconej fantastyce?

Babska logika rządzi!

Dziękuję za uwagi :)

Dodatkowym elementem opowiadania miało być to, że wszystkie istoty prócz głównej bohaterki są demonami słowiańskimi (prócz głównej bohaterki, ponieważ w założeniach opowiadanie miało być na konkurs, gdzie należało wymyślić nowego słowiańskiego demona). Niestety, mitologia słowiańska jest słabo znana. Byłam ciekawa, czy może tutaj ktoś byłby w stanie rozpoznać je wszystkie.

A co do warsztatu, składnia to taka moja pięta achillesowa. Ciągle staram się zwracać na to uwagę, a mimo to zawsze znajdzie się parę miejsc, które przegapiłam ja i moja beta.

Tak podejrzewałam, że to z myślą o Smoko powstawało. ;-)

Babska logika rządzi!

No cóż, pomysł był, ale marne wykonanie sprawiło, że opowiadanie niespecjalnie mi się spodobało, szczególnie że niezbyt zajmujący opis pobytu na konwencie bardziej przypomina pamiętnik nastolatki niż relację istoty, którą na koniec okazała się być Myla.

 

Parę osób do­pin­go­wa­ło wal­czą­cych ze śmie­chem. – Dlaczego dopingowani walczyli ze śmiechem?

 

Zaraz obok licz­ne zę­bat­ki zdo­bi­ły skó­rza­ne bran­so­let­ki, no­te­sy czy torby. – Dlaczego bransoletki, notesy i torby były ozdobione elementami jakichś mechanizmów?

 

grup­kę przy­ja­ciół w ob­szar­pa­nych, post-apo­ka­lip­tycz­nych stro­jach… – …grup­kę przy­ja­ciół w ob­szar­pa­nych, postapo­ka­lip­tycz­nych stro­jach

 

by spoj­rzeć w dół, gdzie tło­czy­ło się jesz­cze wię­cej sto­isk. – Wiem, że ludzie mogą się tłoczyć, ale nie mam pojęcia, jak tłoczą się stoiska.

 

Prze­su­nę­łam wzrok poza targi do trzech sce­no­gra­fii. – Czy dobrze rozumiem, że trwały tam targi do trzech scenografii?

 

bran­so­let­ka z ma­leń­kich mie­dzia­nych list­ków na­ni­za­nych na gruby rze­mień. – Nie bardzo umiem sobie wyobrazić maleńkie elementy nanizane na gruby rzemień.

 

po kilku ły­kach zim­ne­go na­po­ju z żel­ko­wy­mi bą­bel­ka­mi, który sprze­da­wa­li zaraz obok. – …który sprze­da­wa­li tuż obok.

 

Z rzad­ka ktoś krzyk­nął coś gło­śno… – Masło maślane. Czy można krzyczeć cicho?

 

Wzywa żar pierw­sze­go za­cho­du słoń­ca po prze­bu­dze­niu. Roz­po­ście­ra ręce. Mi­go­czą pło­my­ki tań­czą­ce na jej pal­cach. Wil­got­ne po­wie­trze wci­ska się do jej płuc, lecz wy­do­sta­je się ogrza­ne. Bie­gnie, nie czu­jąc zmę­cze­nia. Słoń­ce za­szło. W ciem­no­ści lśnią jej włosy i drob­ne iskry prze­ska­ku­ją­ce po ciele. – Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

Jego dło­nie błą­dzą po jej go­rą­cym ciele. Jej oczy błysz­czą w mroku. Mło­dzie­niec prze­ry­wa na chwi­lę.

– Mam coś dla cie­bie – szep­cze jej do ucha.

Na­kła­da jej na rękę bran­so­let­kę z mie­dzia­nych list­ków. –Jeszcze jeden przykład nadmiaru zaimków.

 

Stoi, aż za­cho­dzą­ce słoń­ce nie znik­nie za ho­ry­zon­tem… – Raczej: Stoi, aż za­cho­dzą­ce słoń­ce znik­nie za ho­ry­zon­tem

 

Do­mi­no­wał śmiech i gło­śne okrzy­ki do­pin­gu­ją­ce tych… – Kolejne masło maślane.

 

Przy kępie kli­ma­tycz­ne­go siana spo­strze­głam… – Na czym polega klimatyczność siana?

Trawa może rosnąć w kępach, ale czy można mówić o kępie siana?

 

Lę­kli­wie spoj­rza­łam na jego twarz, go­to­wa na widok czar­nych, pu­stych oczy. – Literówka.

 

– Dobra, dobra – zgo­dził się ugo­do­wo. – Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobał mi się pomysł zarówno osadzenia akcji na konwencie, jak i to, że bohaterka nie była człowiekiem. Choć dość szybko się tego domyśliłem, zastosowałaś kilka wybiegów sprawiających, że niemal do końca miałem wątpliwości. Moim zdaniem tekst jest za długi – przez większość czasu nie za wiele się dzieje, a czytelnik musi przedzierać się przez kolejne opisy. Dodatkowo postaci są za mało wyraziste, mitologia słowiańska jest rzeczywiście słabo znana (może dlatego, że w ogóle mało o religii Słowian wiadomo), ale większość osób ma jakieś podstawowe skojarzenia, z tekstu zaś nie dało się za bardzo odczytać, kto jakim jest demonem. Wydaje mi się też, że lepiej można było wykorzystać tę niejednoznaczność co jest tylko cosplayem, a co prawdą, szczególnie w obliczu “zagubienia” bohaterki, która sama będąc istotą nadprzyrodzoną może podejrzewać istnienie podobnych sobie stworzeń.

Ładny i ciekawy zarys, ale zgadzam się z przedpiścami, że to za mało na pełną historię. Zabrakło jakiegoś kopa. Myla ma potencjał, który, uważam, zmarnowałaś, robiąc z niej taką nieśmiałą, płoniącą się gąskę, którą być nie powinna. Ma ogień w naturze, ale jeśli nie chce uwodzić i krzywdzić chłopaków, to można było pokazać jej wewnętrzną walkę. Obecność innych demonów też można było zaakcentować lepiej, dodając nieco więcej niepokoju, niż tylko rzucane na Mylę spojrzenia. 

Sen z piosenką na plus. Miejsce akcji na konwencie też. 

Nie wiem już, w którym momencie, ale przyszło mi na myśl, że opowiadanie pewnie było dla Smokopolitana i wychodzi, że się nie pomyliłam :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mam generalnie takie same odczucia jak Hrabia. Mogę się podpisać pod każdym zdaniem obiema rękami. Od siebie dodam jedynie, że czytało mi się niezgorzej i płynnie :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka