- Opowiadanie: Loocikowski - Przyjaciel z twojej głowy

Przyjaciel z twojej głowy

Tekst pierwotnie był przeznaczony na konkurs Poznań fantastyczny, ale się nie przebił. Po czasie zabrałem się za niego ponownie, poprawiłem błędy i zmieniłem parę rzeczy.  Coś mi w nim dalej nie pasuje, wydaje mi się za bardzo szkolny, ale mimo to mam ochotę go upublicznić.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Przyjaciel z twojej głowy

Znowu śnili mu się ludzie w łańcuchach.

 Hubert Wasoń podążał przez Poznań we śnie, jak zawsze nie zdając sobie sprawy z tego, co się dzieje. Wszędzie w zasięgu jego wzroku działy się straszne rzeczy.

Miłe i przyjazne osiedla, jak te z ulicy Chrobrego zmieniły się w okratowane obozy, przetrzymujące w swoim wnętrzu przerażonych ludzi. Wokół całego Poznania rósł ogromny mur z dziwnej, półprzezroczystej materii. Na dachach co wyższych budynków zamontowane były urządzenia emitujące gęsty, czarny dym. Mieszkańcy miasta, zdezorientowani i wystraszeni do granic możliwości przemykali się ciasnymi uliczkami od jednej kryjówki do drugiej.

Najstraszniejsi byli ci, którym nie udało się ukryć.

Wychudzone ciała spętane ciężkimi łańcuchami posuwały się jedno za drugim w kolejce po lichą strawę i przydział całodziennych robót. Wszystko było precyzyjnie nadzorowane przez dziwne, istoty, przypominające z wyglądu mrówki, ale dużo większe i chodzące na dwóch nogach.

Hubert Wasoń właśnie zobaczył jedną z nich i w tym momencie zdał sobie sprawę, że to sen i nic nie może się mu stać. Odprężył się momentalnie, mimo że wiedział iż tam dokąd zmierza nie będzie przyjemnie. Śniło mu się to nie pierwszy raz.

 Za chwilę trafi do zbudowanej z przepychem i wygodami siedziby tego, który rzucił Poznań na kolana, wprowadzając w życie swoją wypaczoną ideologię, popartą sporą dozą technicznego geniuszu. Potem ten straszny człowiek zabije go, a Hubert się obudzi jak zawsze.

Tak przynajmniej mu się wydawało.

Ogromne, czarne drzwi rozwarły się powoli i jak zwykle oczom chłopaka ukazał się ON, siedzący na rzeźbionym tronie, otulony szczelnie purpurowym płaszczem wysoki człowiek o złym spojrzeniu.

Tym razem jednak nie zabił Huberta, a jedynie wyminął go i klepnął przyjaźnie w ramię dłonią o długich, białych palcach. Następnie zniknął za czarnymi drzwiami, które zamknęły się za nim bez żadnego dźwięku.

Hubert został w pułapce, ponieważ piękna sala tronowa, w której zawsze przychodziło mu dokonać żywota, okazała się nagle marnym lochem bez okien i bez możliwości wyjścia.

Normalnie spanikowałby i pewnie załatwił sobie kolejny paraliż senny, ale było coś, co wstrząsnęło nim o wiele bardziej i sprawiło, że się obudził.

Zaskoczyłem się we śnie! Zaskoczyłem się we śnie! Dałem się zaskoczyć we śnie! – Pomyślał i w jednej chwili obudził się w przepoconym łóżku, gdzieś na Jeżycach.

 – Dałem się zaskoczyć w swoim własnym śnie! – powiedział na głos, bardzo poruszony swoim nowym odkryciem. – Skoro to JA śnię, to kto mnie zaskoczył? – Pomyślał i natychmiast zapisał to w zeszycie, który miał na nocnym stoliku, na ślepo, w kompletnych ciemnościach. Gdy skończył, od razu zasnął i przespał resztę nocy bez żadnych przygód.

 

*

Poranek był szary i deszczowy. Idealna pogoda na poniedziałek i powrót do gimnazjalnego piekła.

Hubert wstał, ubrał się i wykonał poranną toaletę, jak zwykle na tyle niedbale, że w oczach wciąż miał zebrany przez noc piasek.

Miskę płatków, która czekała na niego na kuchennym stole pochłonął tak szybko, jak to tylko możliwe, byle przypadkiem nie natknąć się  na ojca.

Matka Huberta obserwowała to z niepokojem, jak również fakt, że jej syn w wieku czternastu lat miał już pierwsze siwe włosy na skroniach, ale nie odezwała się ani słowem. Wprawdzie Piotr nigdy nie podniósł ręki na nią ani na swojego potomka, ale zdążyła się już przekonać, że psychiczne razy bolą o wiele bardziej niż jakikolwiek cios.

Jedynym momentem, w którym syn państwa Wasoniów zmienił coś w swoim porannym rytuale, było spojrzenie na zeszyt do języka polskiego (jego znienawidzonego przedmiotu) i na nabazgrane na pierwszej stronie słowa: „Skoro to JA śnię, to kto mnie zaskoczył?”. Zmartwił się lekko, ale nic sobie nie przypomniał.

Zamazał dziwną wiadomość flamastrem, wrzucił zeszyt do torby i udał się pieszo do szkoły.

 

*

 

– Patrzcie, idzie znowu ta niedojda! – Adam „Kosa” Kosiński wskazał wysokiego, garbiącego się chłopaka w nieciekawych ciuchach. – Ej, Wasoń wiesz która jest godzina?

– Godzina tortur – mruknął pod nosem Hubert.

– Godzina toooortur! – krzyknął Kosa, łapiąc Huberta w nelsona. – Co nam dzisiaj przyniosłeś niedojdo?

Grupa wyrostków zebrała się ciaśniejszym kręgiem, tak żeby z zewnątrz nie można było zobaczyć, co robią.

– Nic nie mam naprawdę! Puść mnie Adam bo spóźnimy się na lekcje.

– Dla ciebie pan Adam – powiedział Kosa i uderzył swoją ofiarę w brzuch, krótko bez zamachu, ale to wystarczyło, żeby wybić Hubertowi powietrze z płuc.

– Ej patrz! – Jeden z osiłków wyjął z tylnej kieszeni Huberta pięciozłotówkę.

– No proszę. – Kosa zrobił poważną minę. – A już byłem prawie pewny, że oduczyliśmy cię kłamać.

– Ja… – zaczął Hubert, ale nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo kolejny cios znowu na chwilę pozbawił go oddechu.

– Do następnego razu frajerze – powiedział Kosa i wepchnął Wasonia w kałużę.

Później Hubert mówił każdemu, kto dziwnie patrzył na jego ubłocone ciuchy, że sam się potknął i wpadł do wody, ale większość uczniów i tak domyślała się prawdy.

W końcu Hubert Wasoń od zawsze był ofiarą.

*

Dzień wlókł się niemiłosiernie, ale w końcu Hubert mógł wrócić do domu, gdzie czekała na niego mama z gorącą zupą pomidorową. Nienawidził tej zupy, którą czuć było tanimi pomidorami z puszki i kostką rosołową, ale nie powiedział ani słowa.

Ojciec uwielbiał pomidorową.

– Widzę, że pobrudziłeś się w szkole – powiedział Piotr Wasoń w przerwie między jedną łyżką a drugą. – Niczego nie szanujesz. Ile razy ci z matką mówimy, żebyś trochę bardziej doceniał, to co masz i wziął się za siebie. Nie jesteś już przecież dzieckiem.

Na szczęście zadzwonił telefon. Oczywiście z pracy.

– Tak Mareczku? – powiedział tata zupełnie odmienionym głosem. – No to świetnie, wypuść dwa samochody na wtorek, a na następne ja już dogram cenę. Wiesz, że było mi ciężko dogadać się z tymi…

Hubert wyłączył się. Jego ojciec będzie teraz rozmawiał przynajmniej przez pół godziny, niezależnie od tego po co do niego zadzwoniono. O swoim synu i tym, co zrobił, zapomni do czasu następnej zbrodni typu: nie wypastowane buty, bałagan w pokoju, nadmierne wychudzenie czy blada cera.

Talerze po paskudnej pomidorowej trafił do zlewu. Matka postawiła na stole parujące jeszcze żeberka i chleb. Hubert nienawidził żeberek, ale jego tata je uwielbiał.

Rad nierad nałożył sobie jak najmniejszą porcję.

 

*

 

Kolejny sen.

Hubert ponownie kroczył ulicami Poznania podporządkowanego człowiekowi w purpurowym płaszczu. Wokół pola siłowego, izolującego miasto od reszty świata zebrało się wojsko z ciężkim sprzętem próbujące bezskutecznie sforsować barierę.

W pewnej chwili Hubert znalazł się przed budynkiem swojego gimnazjum, a raczej tym, co z niego zostało.

 Chłopiec zobaczył, że uczniowie wyposażeni w ciężkie młoty i łomy demolują budynek, z którego zostało już raptem kilka ścian. Słychać tylko stukot metalu o kamień, brzęk łańcuchów i ciężkie oddechy.

Inna grupa więźniów zbiera powstały w wyniku rozbiórki surowiec i transportuje go na pusty plac, gdzie pracuje ostatnia grupa. Ci za pomocą prostych narzędzi formują wzniesienie, na którym z zebranych cegieł i gruzu budują pomnik Człowieka w Purpurze.

Wśród niewolników Hubert Wasoń widzi słaniającego się na nogach Adama Kosińskiego, z plecami pokiereszowanymi przez bat nadzorcy o owadziej fizjonomii.

Mrówka strażniczka zauważa Huberta i podnosi w jego stronę jedno z odnóży, jednocześnie opuszczając głowę.

 

*

 

Przez cały następny dzień Hubert Wasoń słyszał dziwne, niezidentyfikowane brzęczenie, jakby ktoś z tyłu głowy przywiązał mu wielkiego trzmiela. Poszedł z tym nawet do higienistki, ale kiedy ta chciała zadzwonić do jego rodziców, dał sobie spokój, powiedział, że wszystko jest w porządku i spieszy się na zajęcia.

Na lekcji języka polskiego jak zwykle odpłynął, pozwalając swoim myślom biec swobodnie. Był dobrym uczniem, a jeśli chodzi o przedmioty ścisłe, można powiedzieć, że niemal wybitnym, ale na polskim czy historii po prostu nie potrafił się skupić.

Pani Kuczkowska analizowała treny Kochanowskiego, a Hubert analizował swój wczorajszy sen, który pamiętał zaskakująco dokładnie. Przy okazji przypomniał sobie również poprzedni, gdy tylko wyjął swój pomazany flamastrem zeszyt.

W jaki sposób mógł dać się zaskoczyć wytworowi swojej głowy? Wiedział, że to nic specjalnego i wielu ludzi miewa takie sny, ale mimo wszystko niezmiernie go to intrygowało. Chciał zgłębić ten temat, ale nie miał żadnego pomysłu jak zacząć.

Z pomocą przyszedł Internet. Hubert Wasoń wyjął pod stołem komórkę (czego nigdy nie robił, nawet na polskim) i odszukał ciekawy artykuł o świadomym śnieniu, kiedy nagle…

– Wasoń co ty tam robisz? – Pani Kuczalska potrafiła być bardzo groźna nawet a może, zwłaszcza wtedy, gdy nie podnosiła głosu.

– Nic takiego proszę pani. Przepraszam.

– To, że jesteś zdolny, nie zwalnia cię jeszcze z obowiązku uważania na lekcji. Przypominam ci, że jak na razie, jeśli chodzi o mój przedmiot, masz ledwo ocenę dostateczną.

Brzęczenie osiągnęło punkt kulminacyjny.

– NO I CO Z TEGO?! – krzyknął Hubert, po czym wybiegł z sali wśród salw śmiechu, trzymając się za głowę.

 

*

 

– Oczywiście rozumiemy. Jak najbardziej… – Piotr Wasoń mówił spokojnym głosem, ale minę miał surową. – Tak, tak, takie zachowanie jest karygodne. Dziękuje bardzo za telefon. Do widzenia.

Ojciec powoli odwrócił się w kierunku Huberta, któremu mimowolnie zadrżały kolana.

– Wracam do domu z pracy, zmęczony tak, że nawet jeść mi się nie chcę. Telefon za telefonem. Dzisiaj miałem dwie reklamacje, a tu jeszcze ty. Co się z tobą do cholery dzieje? Nie możesz chociaż spróbować być normalnym człowiekiem? Wyjdź czasami z domu, poznaj jakąś dziewczynę, a przede wszystkim nie rób z siebie i naszej rodziny pośmiewiska przed całą szkołą. Jak mogłeś nakrzyczeć na nauczycielkę?

Oczy ojca coraz szybciej zmieniały swoje naturalne położenie, wybałuszając się niebezpiecznie.

– Bolała mnie głowa i…

– Bolała go głowa, słyszałaś? – Piotr Wasoń spojrzał na żonę. – Człowieku jesteś już prawie dorosły. Niedługo będziesz sam na siebie zarabiał. Chcesz szefowi w robocie powiedzieć, że zawaliłeś, bo bolała cię głowa? Ja nie mam żadnego wykształcenia, jestem chłop po zawodówce, ale byłem w stanie ciężką pracą awansować na stanowisko handlowca. Nigdy nie musiałem być dla nikogo niegrzeczny, a zwłaszcza dla starszych. W twoim wieku pracowałem już jako młodociany robotnik w lasach państwowych i przynosiłem rodzicom pensję do domu. Ty chcesz iść na studia, a nawet nie…

Zadzwonił telefon.

– Tak Mareczku? – Ojciec rozpromienił się momentalnie. Przemiana była tak szybka, że Hubert przecierałby oczy ze zdumienia, gdyby nie to, że widział ją już setki razy. – Tak pamiętam, że ma imieniny. To po ile się zrzucamy, bo ja…

Telefon oznaczał, że rozmowa jest skończona, przynajmniej na razie. Hubert z ulgą zaczął wspinać się na piętro.

– Bardzo się na tobie zawiodłam – powiedziała matka cichym głosem z kąta. Nie wiedzieć czemu te kilka słów zabolało Huberta bardziej niż cały monolog ojca. – Będziesz przychodził po lekcjach do pani Kuczkowskiej, na jej kółko teatralne i pisał karne wypracowania, aż ona uzna, że zrozumiałeś swój błąd. Idź już do swojego pokoju i bądź grzeczny.

 

*

 

Próby świadomego śnienia przynosiły mizerne efekty. Za każdym razem, gdy Hubert orientował się, że śni, doświadczał bardzo nieprzyjemnego paraliżu sennego i budził się zlany potem.

Brzęczenie w głowie nie ustawało, ale chłopiec nauczył się je ignorować. Bał się o nim komukolwiek powiedzieć. Po ostatnim zdarzeniu z panią Kuczkowską inni uczniowie zaczęli ukradkiem pokazywać go palcami i jeśli kiedykolwiek miał jakąś szansę na dłuższą znajomość, to zaprzepaścił je wszystkie bezpowrotnie.

Nawykły do samotności włóczył się na przerwach po szkolnych korytarzach, nie wiedząc o tym, że im mniej czasu spędza z innymi ludźmi, tym bardziej dziwaczeje. Całkowicie przestał dbać o swój wygląd (w piątek ojciec niemal siłą zaciągnął go do fryzjera), a dojrzewanie dawało o sobie znać z całą mocą. Na trądzik nie było rady, już dawno się o tym przekonał, a rosnący mu pod nosem wąsik, zamiast dodawać powagi sprawiał, że Hubert wyglądał jeszcze dziwniej.

Kulminacyjnym momentem korytarzowych przechadzek Huberta było spotkanie pod męską toaletą dwóch dziewczyn z równoległej klasy Lili i Ewy. Lila była piękna i Hubert wiedział, że nie ma u niej żadnych szans, a Ewa… Ewa była aniołem, który miał na tyle dużo miłosierdzia dla rasy ludzkiej, że raczył zstąpić na ziemię. Przy spoglądaniu na nią Hubertowi nie raz poczuł dziwny dreszcz w dole pleców i na tym się kończyło, ponieważ chłopiec nigdy się do niej nie odezwał. Na samą myśl o rozmawianiu z tym pozaziemskim cudem czuł, że miękną mu nogi.

W tym momencie między Hubertem a Ewą zadziałał pewien rodzaj sprzężenia. Kiedy on myślał o swoich mięknących nogach, ona podstawiła mu swoją tak, że upadł na twarz,  tłukąc sobie okulary i obijając nos.

– Uważaj, jak chodzisz dziwaku. – Te słowa płynęły z ust jego anioła i Hubert nie mógł się nadziwić jak mógł być tak zaślepiony jej urodą, że nie dostrzegał paskudnego charakteru dziewczyny. Pomyślał, że żeby odzyskać wzrok musiał najpierw stłuc okulary i wybuchnął niekontrolowanym śmiechem.

– Z czego się śmiejesz frajerze? – Lila cofnęła się pod ścianę, ale Ewa była wyraźnie wzburzona (nawet wtedy wyglądała pięknie). – Mam ci jeszcze dokopać na dokładkę?

Hubert tylko machnął na nie ręką, dusząc się ze śmiechu i zniknął za drzwiami męskiej toalety.

 

*

 

Hubert Wasoń nigdy nie lubił swojego odbicia i unikał spoglądania w lustro, jednak tym razem przeszedł sam siebie.

Okulary były do wyrzucenia, na lewym policzku widniało niewielkie rozcięcie, a czoło miał całe czerwone z powbijanymi w nie drobinami brudu. Najgorszy był nos, lekko przesunięty, czerwony i obficie krwawiący z obu dziurek.

Chłopiec pochylił się nad umywalką i przyłożył sobie zwilżoną chusteczkę na kark, tak jak uczyli go na przysposobieniu obronnym. Szum wody mieszał się z szumem w jego głowie,  dając wrażenie zwielokrotnienia.

Właśnie wtedy, gdy wydawało się, że sięgnął dna pobity przez dziewczynę, w której się podkochiwał, Hubert Wasoń coś poczuł. Przy akompaniamencie kapiącej z niego krwi chłopiec usłyszał GŁOS w swojej głowie. Były to tylko dwa zdania, ale miały wkrótce przewrócić jego życie do góry nogami.

– Czy możesz mnie wypuścić? Spotkajmy się w snach.

 

*

 

Trudno powiedzieć co Piotr Wasoń przyjął gorzej. To, że ma syna łamagę, który potyka się o własne nogi (gdyby Hubert wydał Ewę, to tak jakby sam prosił się o lanie od  połowy męskiej populacji gimnazjum walczącej o jej względy) czy to, że trzeba kupić nowe okulary. Nie, żeby brakowało mu pieniędzy. To, co zarabiał w połączeniu z pensją jego żony przedszkolanki dawały mu duże możliwości do gromadzenia oszczędności. Jednak Piotr Wasoń pochodził ze wsi z rodziny, w której nigdy nie było niczego za dużo i wszystko musiał dzielić z rodzeństwem.

Cały czas miał w pamięci podstawówkę i kozaki odziedziczone po starszej siostrze, przerobione na oficerki, w których musiał chodzić do szkoły i nie zamierzał do tego wracać.

– Nie martw się tato, mam dużo oszczędności. Wystarczy mi na nowe okulary. Już pora, żebym sam płacił za swoje błędy. – Hubert patrzył na niego błagalnie.

Piotr Wasoń po raz pierwszy w życiu został pozytywnie zaskoczony przez swojego syna. Nie chcąc się zbytnio rozczulać klepnął go tylko w ramię i poszedł do kuchni, gdzie czekał już na niego rozdzwoniony telefon.

 

*

 

Wieczór wlókł się w niemiłosiernie na odrabianiu lekcji z matematyki, fizyki i chemii (dwadzieścia minut na trzy przedmioty) i języka polskiego (okrągła godzina). Hubert cieszył się, że udało mu się tak łatwo uspokoić ojca, chociaż wiedział, że przyjdzie mu za to (dosłownie) zapłacić. Nie chciał ryzykować kolejnej kłótni i utrudniać sobie tego, na czym bardzo mu zależało.

Zasypiania.

Tym razem trafił do Poznania-Raju i nigdy już później nie zachwycił się tak bardzo pięknem czy to na jawie, czy we śnie.

Każdy budynek, każda najmniejsza nawet budka zostały wykonane z nieznanego mu wcześniej gatunku marmuru, który mienił się różnymi odcieniami barw zależnie od tego, pod jakim kątem padało światło.

Miasto tonęło w zieleni. Wiele miejsc przebudowano. Zniknęły ronda i trawniki, a na ich miejscu kwitły połacie zawilców, maciejki i innych kwiatów.

Przez Stary Rynek przepływała przeniesiona ze swojego starego koryta Warta, nad którą, na głównym placu przechodził most w postaci dwóch splecionych ze sobą, posrebrzanych koziołków. Cały Poznań otoczony był złotą poświatą oddzielającą go od reszty świata, szarego i nieciekawego. Po drugiej stronie tego dziwnego pola siłowego stłoczeni byli ludzie, obszarpani i chorzy przypatrujący się miastu-cudowi z uwielbieniem.

Hubert widział to wszystko z lotu ptaka, jak również inne dzielnice całkowicie odmienione. Rynek jeżycki wyglądał jak plac targowy rodem z baśni z kramami pełnymi świeżego jedzenia, pachnących przypraw i miękkich tkanin. W miejscu dawnej jezdni, po której poruszał się autobus linii 64, biegła aleja wysadzona jesionami, w cieniu których uśmiechnięci ludzie rozkładali kolorowe koce i oddawali się wypoczynkowi.

W pewnym momencie Hubert zaczął powoli opadać, kierując się w stronę Zamku na Świętym Marcinie, jeszcze wspanialszego niż w rzeczywistości.

Przed bramą czekał na niego chłopiec ubrany w białe szaty zaskakująco do niego podobny.

– Witaj! W końcu się spotkaliśmy, chociaż długo mnie ignorowałeś – zawołał młodzieniec, uśmiechając się, a siła tego uśmiechu byłaby w stanie złamać niejedno niewieście serce.

– Ja? Ja ciebie nawet nie znam – powiedział Hubert niepewny czego oczekiwać po swoim nowym znajomym.

– Oczywiście, że mnie znasz. Jestem twoim ukrytym talentem. Twoimi możliwościami, które trzymasz zamknięte w umyśle pod kluczem. Naprawdę nie zdawałeś sobie sprawy z tego, że tu jestem? No cóż, będziemy musieli nadrobić zaległości, ale najpierw wypijmy!

Chłopiec w bieli klasnął w dłonie i z zamku wyszły Lila i Ewa trzymające dzbanek i dwie szklanki. Obie dziewczyny były całkowicie nagie. Ewa wręczyła Hubertowi napój, patrząc przy tym na niego jak na bóstwo. Hubert nie wiedział co powiedzieć, ale na szczęście jego nowy kompan wyręczył go.

– No to za spotkanie i za wolność – powiedział młodzieniec, po czym obaj wychylili zawartość swoich pucharów do dna. Hubert zorientował się, że po raz pierwszy w życiu spróbował wina i widział nagą kobietę i to wszystko we śnie. Zatrważająco realistycznym śnie.

– Smakuje ci? – Chłopiec zakołysał resztką płynu w naczyniu. – Winogrady mają w końcu nazwę pasującą do tego, co faktycznie tam się znajduję. – Puścił do niego oko.

– Dlaczego mnie tu ściągnąłeś? – zapytał Hubert, który w ciągu kilku chwil zdążył polubić tego młodzieńca. Prawdę mówiąc, nie dało się go nie lubić.

– Wiesz, tak sobie pomyślałem, że mógłbyś tutaj na mnie poczekać. Przyjemne miejsce ci wybrałem prawda? – zapytał, wskazując na Ewę, która właśnie próbowała zerwać owoc z rosnącej przy zamku  jabłoni, wyprężając się przy tym w górę.

– Taaak. – Wzrok Huberta prześlizgiwał się tu i tam. – A ty co będziesz wtedy robił?

– Wyjdę trochę na zewnątrz, rozprostować kości. Poznań-Eden to wspaniałe miejsce, ale ja chętnie bym od niego trochę odpoczął, zmienił otoczenie. Podobno to bardzo zdrowe.

– No nie wiem – powiedział Hubert. – A jak mnie tu zostawisz i już się nie obudzę?

– W żadnym wypadku. – Chłopiec ściągnął brwi udając oburzenie czym wywołał kolejny uśmiech na twarzy Huberta. – Właściwie to bardzo chętnie ci pomogę, z problemami, które masz. Ludzie nie bardzo cię szanują, a powinni prawda? Mógłbym to zmienić, daj mi tylko szansę.

Scena zmieniła się i Hubert zobaczył, że stoi przed czarnymi, drewnianymi drzwiami, takimi samymi jak z pierwszego snu, które prowadzą do zamurowanego pomieszczenia.

Po drugiej stronie drzwi, przez niewielką szczelinę (może dziurę, z której wypadł sęk pod wpływem czasu lub czyjejś mozolnej pracy) widział tego samego chłopca w białych szatach, z którym rozmawiał przed chwilą, a za jego plecami kawałek Poznańskiego raju (tym razem okrąglak obłożony szczerozłotymi płytami).

Życie nauczyło Huberta ostrożności, zwłaszcza w kontaktach z innymi ludźmi, toteż z początku chciał zdecydowanie odwrócić się i odejść. Już prawie to zrobił, gdy przypomniała mu się Ewa podająca napój i patrząca na niego z uwielbieniem.

– No dobrze – powiedział po dłuższej chwili. – Na początek zobaczymy jak sobie poradzimy we dwoje.

Hubert otworzył drzwi po swojej stronie na tyle szeroko, że chłopiec mógł przecisnąć przez szparę jedynie dłoń, którą natychmiast położył na ramieniu Huberta.

– Nie pożałujesz – powiedział młodzieniec, uśmiechając się pogodnie. – Budźmy się już! – krzyknął wesoło i Hubert Wasoń wrócił z nim z krainy snów do swojego małego pokoju w bloku, gdzieś na Jeżycach.

Już nie był sam.

 

*

 

W normalny dzień szkolny od poniedziałku do piątku Hubert wstawał zwykle w okolicach siódmej trzydzieści, jadł szybkie śniadanie, ubierał się w biegu i szedł półprzytomny do szkoły.

Dziś o godzinie piątej, zanim jeszcze słońce zdążyło pokazać się zza horyzontu, Hubert Wasoń był już po dwóch kawach i w połowie trzeciej serii pompek. Bardzo przeszkadzało mu jego słabe i wątłe ciało i zamierzał uporać się z nim jak najszybciej.

Trenował do godziny siódmej, po czym zjadł jajecznicę na bekonie, wziął z portfela matki stuzłotowy banknot (i tak nigdy się nie doliczała) oraz resztę swoich oszczędności i wyszedł.

Z pierwszych trzech lekcji napisał sobie zwolnienie tak perfekcyjnie podrobione, że wyglądało jak kalka pisma jego matki. Czas ten Hubert wykorzystał na wypożyczenie kilku książek z biblioteki publicznej, głównie o zaawansowanej fizyce i chemii, ale znalazły się też takie pozycje jak „Sztuka Wojny”, „Karate-do” i „Jeet-Kun-Do Metoda Walki”.

Po wyjściu z biblioteki udało mu się nabyć kilka pozornie niemających ze sobą związku odczynników chemicznych. Ostatnim przystankiem Huberta przed powrotem do szkoły był sklep odzieżowy.

 

*

 

Pojawienie się nowego ucznia w gimnazjum zawsze wywoływało wielkie poruszenie i zaciekawienie. Co jednak, jeśli do szkoły wkracza dobrze znany chłopiec, ale całkowicie odmieniony?

Hubert Wasoń kroczył dumnie korytarzem, wyprostowany, spokojny i pewny siebie, z czającym się na twarzy uśmiechem. Ubrany był w dżinsy o zwężonych nogawkach, czarną koszulkę i takież tenisówki.

Szybko został zauważony.

– Te, ofiara! Coś się tak wystroił?

To krzyczał Adam Kosiński jak zwykle otoczony przez swoją bandę.

Hubert podszedł do niego i po raz pierwszy w życiu spojrzał na Adama z góry, a co ważniejsze patrzył prosto w oczy.

Czuł na ramieniu przyjazną dłoń.

– Co się tak patrzysz? – zapytał Adam, wyraźnie tracąc rezon. Nie spodziewał się, że jego prywatny chłopiec do bicia może być taki wysoki, kiedy się wyprostuje. Nie spodziewał się, że w ogóle do niego podejdzie.

– Za tydzień o tej samej porze spotkasz się ze mną za szkołą i będziesz miał szansę pokazać, jaki jesteś twardy. – Hubert nie podnosił głosu, ale wszyscy znajdujący się na korytarzu uczniowie słyszeli, o czym mówi. – Do tego czasu nie wchodź mi w drogę.

Hubert splunął osłupiałemu Adamowi pod nogi, po czym odszedł jak gdyby nigdy nic, pogwizdując wesołą melodię.

– Dobra, dobra, zobaczymy – powiedział Adam, ale bardzo cicho.

 

*

 

Po kilku miesiącach pomocy „przyjaciela” Hubert z kozła ofiarnego i lokalnej niedorajdy zmienił się w miejscowego bożka, którego jedni wielbili, a inni unikali jak ognia.

Wystarczyło kilka rozkwaszonych nosów i podbitych oczu (oraz jedna złamana ręka niejakiego „Kosy”), żeby Hubert zyskał sławę człowieka, z którym nie warto zadzierać.

Intensywne treningi sprawiły, że jego ciało nabrało masy i kształtów dobrze rozwijającego się, młodego mężczyzny.

Szkolne bójki zostały mu wybaczone przez dyrektora gimnazjum, dzięki kilku ambitnym projektom konkursowym (głównie z dziedziny fizyki i chemii), które Hubert zgłaszał, podnosząc prestiż dotąd mało znanej szkoły.

Największym zaskoczeniem dla chłopca była reakcja ojca na jego przemianę.

Kiedy Piotr Wasoń po raz pierwszy otrzymał telefon z wiadomością, że jego syn pobił ucznia ze starszej klasy, uścisnął dłoń Huberta i powiedział: „cieszę się, że w końcu bierzesz sprawy we własne ręce”. Od tamtego czasu ich stosunki poprawiły się na tyle, że Hubert w końcu zaczął się czuć w domu jak u siebie, a nawet potrafił wymusić pewne zmiany (żegnajcie żeberka i pomidorowa z kostki). Kilka razy słyszał, jak jego ojciec przez telefon mówił do swoich znajomych: „Tak, tak, to mój syn. Geniusz i rozrabiaka z Jeżyc”.

Tylko mama Huberta była smutna i jeszcze cichsza niż zwykle. Trudno się temu dziwić.

Matki zawsze pierwsze wyczuwają, kiedy ich dzieciom grozi coś złego.

 

*

 

Sny o Poznaniu i tajemniczym chłopcu przestały się pojawiać już od dłuższego czasu, dlatego Hubert zdziwił się, kiedy po raz kolejny wylądował na Świętym Marcinie.

– Witaj! – zawołał młodzieniec, ubrany jak zawsze w nieskazitelną biel. – Dawno się nie widzieliśmy.

– Tak. – W krainie snów, pozbawiony protekcji swojego towarzysza Hubert znowu był nieśmiały i małomówny. – Stało się coś? – zapytał, bojąc się, że znowu będzie musiał zostać sam i wszystko wróci na stare tory.

– Nic takiego – chłopiec kręcił powoli młynka kciukami. – Po prostu chciałbym chociaż na chwilę wyjść sam do realnego świata, zabawić się trochę po tej całej pracy, którą razem wykonaliśmy, żeby przywrócić ci reputację.

– No dobrze, ale zostawisz mnie tutaj, w tym pięknym świecie i wrócisz prawda?

– Oczywiście. Zajmie mi to z godzinę, może dwie. – Młodzieniec wyraźnie się ucieszył. – No to bierzmy się za to! – powiedział i zaklaskał w dłonie.

Natychmiast znaleźli się w miejscu z jednymi drzwiami i nieskończonymi murami. Hubert ze zdziwieniem zauważył, że drzwi są otwarte, a jego towarzysz stoi w progu, jakby czekał na pozwolenie.

– Proszę bardzo, droga wolna – powiedział Hubert, odsuwając się lekko.

Chłopiec zrobił pierwszy krok, przeciągając postawienie stopy, jakby bał się stanąć w nieznanym sobie miejscu. W końcu przemógł się i wyszedł cały, uśmiechając się przy tym serdecznie.

– Teraz twoja kolej, musisz tu na chwilę wejść. Nic się nie martw, to nie potrwa długo.

Hubert Wasoń stanął przed drzwiami, widząc za nimi panoramę Poznańskiego raju.

– Ewa chyba już na ciebie czeka – powiedział młodzieniec, oblizując lekko wargi.

Hubert przekroczył próg.

Drzwi zatrzasnęły się za nim momentalnie z hukiem, który obudziłby nawet umarłego. Iluzja Poznania znikła. Hubert znajdował się w celi. W małej klitce z czterem ścianami (noszącymi wyraźne ślady po paznokciach), bez żadnych okien czy mebla. Było tylko jedno miejsce, przez które sączyło się światło i mógł wyjrzeć na zewnątrz.

W dziurze po sęku pojawiło się oko, o tęczówce zabarwionej na czerwono. Po chwili postać odsunęła się nieco i Hubert mógł zobaczyć to, co dobrowolnie wypuścił na świat.

Zaczął krzyczeć.

Istota była wysoka i smukła, z budowy przypominała człowieka, który przez lata nosił na plecach ogromny ciężar. Skórę miała bladą i pokrytą liszajami, a spomiędzy warg wystawały długie kły.

Potwór spojrzał w stronę swojego więźnia i nałożył na siebie purpurowy płaszcz, z kieszeni którego wyjął kawałek drewna. Z uśmiechem na ustach zatkał nim jedyną szczelinę izolując Huberta całkowicie i permanentnie.

Chłopiec został sam skulony na zimnej posadzce. W kompletnej ciemności.

Nie miał siły płakać.

 

*

 

Rzucenie Poznania na kolana zajęło Nowemu Hubertowi równe siedem lat. Na początku tworzył jedynie projekty, podstawy swojej ideologii, którą chciał objawić ludziom i przeprowadzał niewielkie eksperymenty. Później zbierał fundusze, głównie dzięki bardzo ryzykownej grze na giełdzie i trafionym inwestycjom. W wieku osiemnastu lat udało mu się w pełni opanować naturę pola siłowego, stworzyć coś na kształt prawie nieskończonego źródła energii i zbudować prymitywną (jak dla niego) maszynę, za pomocą której mógł w ograniczonym stopniu wpływać na innych ludzi.

Dzięki swoim urządzeniom Hubert-Potwór mógł pracować w spokoju i pomnażać swój majątek. Z czasem zaczął wynajmować niewielkie hale i magazyny gdzie testował swoje bardziej destruktywne projekty jak bomba magnetyczna, usypiacz czy mrówczy strażnicy.

W końcu, gdy uznał, że jest gotowy, człowiek, którego imienia już dawno zapomniano, otoczył Poznań nieprzenikalną barierą i rozpoczął w nim rządy absolutne, wprowadzając tyranię i szykując się na podbój kolejnych miast.

Prawdziwy Hubert Wasoń był zamknięty, gdzieś głęboko we własnym umyśle, a jego najgorsze koszmary miały się wkrótce spełnić.

Koniec

Komentarze

Jakoś przeczytałam, choć bardzo zła interpunkcja, mnogość zbędnych zaimków i liczne usterki skutecznie utrudniały lekturę.

Opowiadanie nie zdołało mnie, niestety, niczym zainteresować. Spotkałam już wiele historii o chłopcu, prześladowanym przez rówieśników i którego nie rozumie nawet ojciec.

Fantastyka, którą sprowadziłeś do opisania snów bohatera, zupełnie do mnie nie przemówiła.

 

byle przy­pad­kiem nie na­tknąć się  na swo­je­go ojca. – Zbędny zaimek. Mała szansa, by przy śniadaniu natknął się na cudzego ojca.

 

Je­dy­nym mo­men­tem, w któ­rym syn pań­stwa Wa­so­niów wstrzy­mał się w swoim po­ran­nym ry­tu­ale, było spoj­rze­nie na swój ze­szyt do ję­zy­ka pol­skie­go… – Raczej: Je­dy­nym mo­men­tem, w któ­rym syn pań­stwa Wa­so­niów zmienił coś w po­ran­nym ry­tu­ale, było spoj­rze­nie na ze­szyt do ję­zy­ka pol­skie­go…

Zbędne zaimki.

 

– Bo­la­ła go głowa, sły­sza­łaś? – Piotr Wasoń spoj­rzał na swoją żonę. – Zbędny zaimek.

Czy istniała możliwość, by w opisanej sytuacji Piotr zwracał się do cudzej żony?

 

Po ostat­nim zda­rze­niu z panią Kucz­kow­ską lu­dzie za­czę­li ukrad­kiem po­ka­zy­wać go pal­ca­mi i jeśli kie­dy­kol­wiek miał jakąś szan­sę na dłuż­szą zna­jo­mość, to za­prze­pa­ścił je wszyst­kie bez­pow­rot­nie. – Jacy ludzie i gdzie wytykali Huberta? O jakiej znajomości jest mowa w zdaniu?

 

Kul­mi­na­cyj­nym mo­men­tem ko­ry­ta­rzo­wych pa­tro­li Hu­ber­ta… – Dlaczego Hubert patrolował korytarze?

 

Przy spo­glą­da­niu na nią Hu­ber­to­wi nie raz ode­zwał się dziw­ny dreszcz w dole ple­ców…– Dreszcze nie odzywają się.

Proponuje: Spoglądając na nią, Hu­ber­t nie raz poczuł dziw­ny dreszcz w dole ple­ców

 

W akom­pa­nia­men­cie ciek­ną­cej z niego krwi chło­piec usły­szał GŁOS w swo­jej gło­wie. – Krew cieknie z nosa bezgłośnie. Na czym polegał akompaniament krwi?

 

Jed­nak Piotr wasoń po­cho­dził ze wsi… – Jed­nak Piotr Wasoń po­cho­dził ze wsi

 

a na ich miej­scu kwi­tły ko­lo­nie za­wil­ców, ma­cie­jek i in­nych kwia­tów. – Kwiaty nie kwitną w koloniach. W czasie, gdy kwitną zawilce, nie kwitnie jeszcze maciejka. Choć rozumiem, że we śnie wszystko się może zdarzyć.

Proponuję: …a na ich miej­scu kwi­tły połacie za­wil­ców, ma­cie­jki i in­nych kwia­tów.

 

lu­dzie, ob­szar­pa­ni i cho­rzy przy­pa­tru­ją­cy się mia­stu-cu­dzie z uwiel­bie­niem. – …lu­dzie, ob­szar­pa­ni i cho­rzy, z uwielbieniem przy­pa­tru­ją­cy się mia­stu-cu­dowi.

 

Rynek je­życ­ki wy­glą­dał jak plac tar­go­wy rodem z baśni z kra­ma­mi i stra­ga­na­mi peł­ny­mi po brze­gi świe­że­go je­dze­nia… – Kram i stragan to synonimy. Jakoś nie widzę kramu z brzegami.

Może: Rynek je­życ­ki wy­glą­dał jak plac tar­go­wy rodem z baśni, z kra­ma­mi peł­ny­mi świe­żego je­dze­nia

 

roz­cią­ga­ła się je­sio­no­wa aleja, przy któ­rej uśmiech­nię­ci lu­dzie roz­kła­da­li ko­lo­ro­we koce i od­da­wa­li się wy­po­czyn­ko­wi w cie­niu. – A może: …biegła aleja wysadzona jesionami, w cieniu których uśmiech­nię­ci lu­dzie roz­kła­da­li ko­lo­ro­we koce i od­da­wa­li się wy­po­czyn­ko­wi.

 

w ciągu tych kilku chwil zdą­żył po­lu­bić tego mło­dzień­ca. – Brzmi to nie najlepiej.

Wystarczy: …w ciągu kilku chwil zdą­żył po­lu­bić mło­dzień­ca.

 

– Wiesz, tak sobie po­my­śla­łem, że mógł­byś sobie tutaj na mnie po­cze­kać. – Drugi zaimek jest zbędny.

 

Zycie na­uczy­ło Hu­be­ta ostroż­no­ści… – Literówki.

 

przy­po­mnia­ła mu się Ewa po­da­ją­ca mu napój i pa­trzą­ca na niego z uwiel­bie­niem. – Nadmiar zaimków.

 

Hu­bert wsta­wał zwy­kle w oko­li­cach siód­mej czter­dzie­ści, jadł szyb­kie śnia­da­nie, ubie­rał się w biegu i szedł pół­przy­tom­ny do szko­ły. – Zakładam, że lekcje zaczynały się o ósmej. Zdążał na nie?

 

Ka­ra­te – do” i „Je – Kun – Do Me­to­da Walki”. – Z tego co wiem, to raczej: Ka­ra­te-doJeet Kune Do – Me­to­da walki.

 

z cza­ją­cym się na jego twa­rzy uśmie­chem. – …z cza­ją­cym się na twa­rzy uśmie­chem.

 

Ubra­ny był w je­an­sy o zwę­żo­nych no­gaw­kach… – Ubra­ny był w dżinsy o zwę­żo­nych no­gaw­kach

Używamy pisowni spolszczonej.

 

(że­gnaj­cie że­ber­ka i po­mi­do­ro­wo z kost­ki).(że­gnaj­cie że­ber­ka i po­mi­do­ro­wa z kost­ki).

 

Na­tych­miast zna­leź­li się w miej­scu z jedną parą drzwi i nie­skoń­czo­ny­mi mu­ra­mi. – Raczej: Na­tych­miast zna­leź­li się w miej­scu z jednymi drzwiami i nie­skoń­czo­ny­mi mu­ra­mi.

Jedna para drzwi może też sugerować, że drzwi było dwoje.

 

W małej klit­ce z czte­rem ścia­na­mi (no­szą­cy­mi wy­raź­ne ślady po pa­znok­ciach), bez żad­nych okien… – Skoro w celi nie ma okien i nic nie wspominasz o jakimkolwiek oświetleniu, to jak zobaczył wyraźne ślady na ścianach?

 

grze na gieł­dzie i tra­fio­nym in­we­sty­cją. – …grze na gieł­dzie i tra­fio­nym in­we­sty­cjom.

 

W wieku 18 lat… – Raczej: W wieku osiemnastu lat

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Nie wciągnęło.

Być może dlatego, że nie potrafiłam kibicować bohaterowi. Z jednej strony ofiara, z drugiej marzenia ma raczej prymitywne. A przecież to nie jest głupi chłopak, uczy się całkiem nieźle.

Mam wrażenie, że Poznań stanowi tu tylko dekoracje. Bez problemów dałoby się przenieść akcję do jakiegokolwiek innego miasta. Ale nie wiem, czy jury się tym kieruje.

Sporo literówek jak na konkursowy, wielokrotnie poprawiany, tekst.

Babska logika rządzi!

Zdziwiłbym się gdyby ktoś chciał kibicować bohaterowi, jak dla mnie jest dosyć odpychający i taki miał być.

Chłopak wprawdzie uczył się nieźle, ale w jego wieku przy buzujących hormonach naprawdę nie myśli się o fizyce kwantowej tylko o innych rzeczach, sam jeszcze pamiętam jak to było ;)

Z literówkami i interpunkcją jakoś tam walczę, ale na razie efekty mierne.

Historia faktycznie nie jest wybitnie oryginalna w sensie relacji chłopiec-rówieśnicy-ojciec, ale tak samo jest wiele książek o smokach, elfach i czarodziejach i są całkiem poczytne, także to niekoniecznie musi być złe, może akurat u mnie się nie sprawdziło.

 

EDIT Poprawione.

 

Odpychający jest. Do tego stopnia, że przebywanie w jego głowie, oglądanie świata jego oczyma, wnikanie w sny, męczy. Przynajmniej mnie męczyło. Taki efekt chciałeś osiągnąć?

Babska logika rządzi!

Tak. Chyba każdy piszący chce żeby jego teksty wywoływały w czytelniku emocje, niekoniecznie zawsze pozytywne. Przedstawienie kogoś nieprzyjemnego i odpychającego jest dla mnie tak samo ciekawe jak kogoś czarującego. Nie podoba mi się to, że prawie zawsze tworzy się bohaterów pod ten sam schemat tak, żeby czytelnik zaprzyjaźnił się z nimi i im kibicował. Fakt nie czyta się tego łatwo i przyjemnie, ale nie zawsze tak musi być :)

Opowiadanie niestety też nie wciągnęło – nie mój typ. Z jednej strony bohater, którego los mi totalnie wisi (pisałeś, że to chciałeś osiągnąć – gratuluję sukcesu :) Z drugiej fantastyka ogranicza się do snów. Choć powiem szczerze, że końcowy moment “transformacji” bardzo fajnie oddał ostatni sen. Te dwa ostatnie fragmenty fajnie się skomponowały w mojej głowie.

Techniczne aspekty tekstu wymieniły Reg i Finkla. Ja tylko dodam, że mnie te wszystkie literówki i przecinki zmęczyły, a niestety historia nie zdołała wynagrodzić tego trudu.

Podsumowując: jest co najwyżej przeciętnie. I bezfajerwerkowo :(

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytałem Przyjaciela dawno temu i w codziennym rozgardiaszu zapomniałem skomentować.

Nie wiem, jak blisko jesteś związany z Poznaniem, ale w tekście odgrywa on niewielką rolę, akcja mogłaby rozgrywać się w jakimkolwiek innym polskim lub zagranicznym mieście (dokładnie tak, jak napisała Finkla).

Chciałem też zapytać, czy oglądałeś film Insidious (Naznaczony) z 2010 r.? Nie jestem koneserem horrorów, ale doceniam pomysł zawarty w scenariuszu. Twoje opowiadanie – a zwłaszcza zakończenie – przypomniało mi o nim na tyle wyraźnie, że chciałem się upewnić, czy tworzyłeś “pod wpływem”, czy to zupełny przypadek : ).

Po kilku umiarkowanie pozytywnych komentarzach nie będę udawał, że było idealnie, ale chciałem trochę podnieść na duchu. Pamiętam, że opowiadanie czytałem z ciekawością i choć nawiązuje ono do pewnych utartych motywów, pomyślałem, że mógłbym jeszcze sięgnąć po tekst tego autora ;).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nowa Fantastyka