- Opowiadanie: MPJ 78 - Legendy brokowskie - Kapitan z Mazura

Legendy brokowskie - Kapitan z Mazura

Ob­ra­zek pod spodem jest efek­tem mojej ra­do­snej dłu­ba­ni­ny w Gim­pie. Zdję­cie wraku “Ma­zu­ra” jest mo­je­go au­tor­stwa, je­dy­nie parę mu­sia­łem skom­bi­no­wać z sieci. Mam na­dzie­ję, że jakby co, to ci lu­dzie się nie ob­ra­żą. 

 

Pierwsza fotka to Mazur w całej okazałości, zrobiono ją w roku 1905. 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Legendy brokowskie - Kapitan z Mazura

„Mazur” był cał­kiem zgrab­nym rzecz­nym pa­row­cem pa­sa­żer­skim. Warto to pod­kre­ślić, al­bo­wiem zbu­do­wa­no go w cza­sach, kiedy z mórz i rzek zni­ka­ły już ma­je­sta­tycz­ne ża­glow­ce, a za­stę­pu­ją­ce je pierw­sze po­ko­le­nie stat­ków na­pę­dza­nych parą, zwane pod­ów­czas pa­ro­pły­wa­mi, nie wy­pra­co­wa­ło jesz­cze swego ka­no­nu pięk­na. Przy­po­mi­na­ło ra­czej po­twor­ki z pracowni Fran­ken­ste­ina świad­czą­ce o tym, że ro­mans sil­ni­ka z ka­dłu­bem nie od razu prze­bie­gał har­mo­nij­nie.

 

 

Na­le­żał do płoc­kie­go przed­się­bior­stwa że­glu­go­we­go, któ­re­go wła­ści­cie­lem był pan Ju­lian Gór­nic­ki. Czło­wiek ten był za­rów­no spraw­nym bi­zne­sme­nem, jak i am­bit­nym kon­struk­to­rem. Na po­chyl­niach, bę­dą­cej jego wła­sno­ścią płoc­kiej stocz­ni stat­ki czę­sto były mo­der­ni­zo­wa­ne, zwięk­sza­jąc przy oka­zji swą dłu­gość i pod­no­sząc stan­dard wy­po­sa­że­nia.

Od roku pań­skie­go ty­siąc osiem­set dzie­więć­dzie­sią­te­go pią­te­go „Mazur” kur­so­wał po Wiśle od Kra­ko­wa po Gdańsk, nie­kie­dy Bu­giem do Piń­ska, a dalej Pry­pe­cią i Dnie­prem aż do Cher­so­nia nad Mo­rzem Czar­nym. Od roku ty­siąc dzie­więć­set dzie­sią­te­go jed­nost­ką do­wo­dził ka­pi­tan Jan Flis. W fir­mie chwa­lo­no go za nie­zwy­kłe zdol­no­ści na­wi­ga­cyj­ne. Nikt nie po­tra­fił le­piej od niego la­wi­ro­wać po­mię­dzy ła­cha­mi pia­chu, omi­jać zdra­dli­we pły­ci­zny, wy­szu­ki­wać trasę nawet nocą. Ma­ry­na­rze ce­ni­li swego ka­pi­ta­na. Jego nie­zwy­kły ta­lent spra­wiał, iż mieli lżej­szą pracę. Trze­ba zaś wie­dzieć, iż pod in­ny­mi ka­pi­ta­na­mi, latem czę­sto nie tyle pły­wa­li na stat­ku, co mo­zol­nie prze­ko­py­wa­li się przez pły­ci­zny.

Pierw­sza wojna świa­to­wa zmie­ni­ła wiele. Skoń­czył się rejsy do Gdań­ska i Kra­ko­wa. „Ma­zu­ra” zmo­bi­li­zo­wa­no. Na po­kła­dzie oprócz sta­łej za­ło­gi po­ja­wi­ło się kil­ku­na­stu ro­syj­skich żoł­nie­rzy. Do­tych­cza­so­we­go ka­pi­ta­na, de facto, zde­gra­do­wa­no do roli pierw­sze­go ofi­ce­ra, a do­wo­dze­nie objął nie­ja­ki Kon­stan­ty Alek­san­dro­wicz Le­bie­diew. Flis dba­jąc o dobro stat­ku i ar­ma­to­ra chciał Ro­sja­ni­na le­piej po­znać. Przy suto za­kra­pia­nej ko­la­cji zadał mu py­ta­nie.

– Kon­stan­ty Alek­san­dro­wi­czu, a gdzie ty wcze­śniej pły­wa­łeś?

– Don, Dniepr, Amur, Bał­tyk, z Ro­że­stwien­skim nawet pod Cu­szi­mą byłem.

– Wal­czy­łeś z Ja­poń­czy­ka­mi? – Ze zdu­mie­niem wy­szep­tał Jan.

– A wal­czy­łem. Wię­cej ci po­wiem w ta­jem­ni­cy, tylko przy­rzek­nij, że ni­ko­mu nie po­wtó­rzysz.

– Przy­się­gam na moje od­da­nie ca­ro­wi. – Flis po­ło­żył dwa palce pra­wej ręki na por­tre­cie Mi­ko­ła­ja II. 

– Gdyby mnie ad­mi­rał Zi­no­wij Ro­że­stwien­ski po­słu­chał, to byśmy ki­taj­ców po­bi­li w try miga.

– Jakże to?

– Ja mu ska­zał „Ko­man­dir Zi­no­wij ty się z ki­taj­ca­mi nie strze­laj. Fale są, okrę­ta­mi buja, utra­fić trud­no. Daj roz­kaz do szar­ży. Wpad­nie­my na Ja­poń­ców, prze­sko­czy­my na ich po­kła­dy, wy­tnie­my szasz­ka­mi, po­dziu­ra­wi­my ba­gne­ta­mi”. On mi na to: „Star­szy lejt­nan­cie Le­bie­diew po­mysł macie dobry, ale tu ka­pi­ta­ny mówią, że w zwy­cza­ju jest naj­pierw z armat strze­lać i my tak zro­bi­my”.

– Co ty po­wiesz! – Jan pod­niósł głos.

– Ja wtedy do ad­mi­ra­ła ska­zał, „Ad­mi­ra­le daj mi jeden pan­cer­nik, ja sam za­ata­ku­ję. Wpad­nę z abor­da­żem na po­kład ich fla­gow­ca, zła­pię ad­mi­ra­ła Togo i każę mu pod­dać flotę”.

– Nie dali ci tego pan­cer­ni­ka? – Flis sta­rał się być do­myśl­ny.

– Pan­cer­ni­ka nie do­sta­łem, ale krą­żow­nik, to już tak. Nasz ad­mi­rał ska­zał „Pan­cer­ni­ka dać ci nie mogę, ale ty Le­bie­diew bierz „Au­ro­rę” i przy­wieź mi tu Togo”. Inny to by zre­zy­gno­wał, krą­żow­ni­kiem ata­ko­wać pan­cer­nik, ale ja nie. Wzią­łem sza­lu­pę i płynę na „Au­ro­rę”. Ja­poń­ce strze­la­ją, po­ci­ski pa­da­ją, bach! bach! bach! – Kon­stan­ty dla efek­tu tłukł pię­ścią w stół. – Ja mię­dzy wy­bu­cha­mi ma­new­ru­ję, raz w prawo, raz w lewo. – Ro­sja­nin ręką za­czął po­ka­zy­wać, jak ma­new­ro­wał trak­tu­jąc puste bu­tel­ki ni­czym fon­tan­ny wody”. Ja pa­trzę, a Au­ro­ra ucie­ka z pola bitwy. Za­wró­ci­łem i płynę do ataku na fla­gow­ca ki­taj­ców…

 

Flis grzecz­nie wy­słu­chał dal­szej czę­ści opo­wie­ści Le­bie­die­wa. O wdar­ciu się z Na­gan­tem w dłoni na ja­poń­ski pan­cer­nik Mi­ka­sa, wzię­ciu do nie­wo­li Togo „i aku­rat wtedy nasza flota się pod­da­ła”, uciecz­ce sza­lu­pą do Wła­dy­wo­sto­ku. Tra­cił złu­dze­nia, co do tego, ja­kie­go to wilka mor­skie­go dano mu na do­wód­cę. Ro­sja­nin szyb­ko po­twier­dził naj­gor­sze przy­pusz­cze­nia. Z ma­pa­mi nie ra­dził sobie naj­le­piej, ale za to świet­nie orien­to­wał się w lo­ka­li­za­cji bur­de­li na war­szaw­skiej Pra­dze. Sa­mo­dziel­nie nie po­tra­fił od­naj­do­wać rzecz­nych głębi, po któ­rych można by spo­koj­nie pły­nąć, za to w każ­dej miej­sco­wo­ści, do ja­kiej za­wi­ta­li bez­błęd­nie od­naj­dy­wał spe­lun­ki ofe­ru­ją­ce tani, choć­by i podły al­ko­hol. Do­wo­dze­nie w jego wy­ko­na­niu po­le­ga­ło na cho­dze­niu po po­kła­dzie z dum­nie za­dar­tą głową, gło­śnym wy­krzy­ki­wa­niu ko­mend oraz uzu­peł­nia­niu ich o dłu­gie i skom­pli­ko­wa­ne prze­kleń­stwa, w któ­rych czę­sto gęsto pa­da­ły „bla­dzie”, „joby” i „suki”.

Po­czą­tek wojny wi­ta­ny był przez ludzi en­tu­zja­stycz­nie. Z pew­nym za­że­no­wa­niem Jan pa­trzył jak war­sza­wian­ki rzu­ca­ją kwia­ty ma­sze­ru­ją­cym na front Ko­za­kom. Zda­wa­ły się nie pa­mię­tać, iż te same jed­nost­ki jesz­cze kilka lat temu szar­żo­wa­ły pod­czas de­mon­stra­cji za­bi­ja­jąc war­sza­wia­ków.

Nie trze­ba było mie­sią­ca, aby na­stro­je ludz­kie zmie­ni­ły się dia­me­tral­nie. Ro­syj­skie woj­sko zo­sta­ło po­bi­te pod Tan­nen­ber­giem. „Mazur” woził po­cząt­ko­wo za­opa­trze­nie dla ro­syj­skiej 2 Armii ge­ne­ra­ła Alek­san­dra Sam­so­no­wa. Po jej klę­sce zmie­nił się cha­rak­ter rej­sów. Pa­ro­wiec nie od­by­wał już krót­kich kur­sów po Wiśle, ale z Płoc­ka, Mo­dli­na, War­sza­wy wy­wo­ził Bu­giem i Pry­pe­cią na wschód ro­dzi­ny car­skich urzęd­ni­ków i woj­sko­wych.

Flis lubił te kursy. Dzię­ki nim mógł czę­sto za­wi­jać do Broku, gdzie miał na­rze­czo­ną. Ta­jem­ni­cą ka­pi­ta­na było, iż to wła­śnie jej za­wdzię­czał swoje nad­zwy­czaj­ne osią­gnię­cia w na­wi­go­wa­niu po buż­nych i wi­śla­nych pły­ci­znach. Jak to moż­li­we? Bo­żen­na choć wy­glą­da­ła jak ładna młoda dziew­czy­na, tak na­praw­dę była brze­gin­ką, spo­krew­nio­ną z ru­sał­ka­mi, pra­sło­wiań­ską, ma­gicz­ną isto­tą opie­ku­ją­cą się rze­ka­mi i stru­mie­nia­mi. Licz­ne jej krew­niacz­ki i przy­ja­ciół­ki trak­to­wa­ły ka­pi­ta­na jak człon­ka ro­dzi­ny i dys­kret­nie wska­zy­wa­ły naj­lep­szy szlak.

Pod ko­niec paź­dzier­ni­ka roku ty­siąc dzie­więć­set czter­na­ste­go, pa­ro­wiec bun­kro­wał w Broku wę­giel, Flis stał na na­brze­żu. Obok niego była Bo­żen­na.

– Je­steś smut­ny?

– To ostat­ni rejs w tym roku, mam do­pły­nąć do Mo­dli­na na re­mont i daj Boże zi­mo­wa­nie. Ty nie­dłu­go za­pad­niesz w sen do wio­sny. Na świe­cie trwa wojna, front raz zbli­ża się do Wisły, to od­da­la, boję się tego, co może się stać.

– Wró­cisz do mnie na wio­snę – od­rze­kła po­waż­nie brze­gin­ka.

– Naj­chęt­niej, to bym po tym po­wro­cie zo­stał tu z tobą na za­wsze.

– Zo­ba­czy­my, może tak bę­dzie.

 

Wio­sną roku ty­siąc dzie­więć­set pięt­na­ste­go „Mazur” wię­cej czasu spę­dzał w mo­dliń­skim por­cie, niż pły­wał. Sta­tek był gotów do rej­sów. Zimą prze­szedł prze­gląd i re­mon­ty spra­co­wa­nych me­cha­ni­zmów, otrzy­mał uzbro­je­nie, na dzio­bie za­mon­to­wa­no mu ce­ka­em, bra­ko­wa­ło jed­nak węgla. Rosja nie ra­dzi­ła sobie z wy­ekwi­po­wa­niem ol­brzy­miej armii, a na do­da­tek od maja po­no­si­ła klę­ski na fron­cie. W po­ło­wie lipca roz­po­czę­ło się po­prze­dzo­ne sil­nym przy­go­to­wa­niem ar­ty­le­ryj­skim po­tęż­ne na­tar­cie 12 Armii Nie­miec­kiej gen. Mak­sy­mi­lia­na von Gal­l­wit­za na Prza­snysz. W Mo­dli­nie za­pa­no­wał chaos. Ktoś w wy­so­kich szta­bach ra­czył w końcu do­strzec, iż za chwi­lę zgro­ma­dzo­na tam flota rzecz­na, może zo­stać od­cię­ta i zdo­by­ta przez Niem­ców. Padł roz­kaz ewa­ku­acji do Brze­ścia. Dla Flisa ozna­czał on tylko jedno, po dro­dze za­wi­nie do Broku i spo­tka Bo­żen­nę.

Stat­ki miały wresz­cie wy­ru­szyć na wschód. Pro­blem w tym, że choć na­ka­za­no ewa­ku­ację, to nie do­star­czo­no węgla do ma­szyn pa­ro­wych. Tego co był, star­czy­ło za­le­d­wie dla dzie­wię­ciu jed­no­stek. Za­owo­co­wa­ło to pew­ny­mi nie­ty­po­wy­mi roz­wią­za­nia­mi.

– Ko­man­dir Le­bie­diew co oni robią? – Jan wska­zał trzy małe jed­nost­ki, które na hol pod­cze­pio­no do „Ma­zu­ra”.

– Wy­ko­nu­ją roz­kaz ewa­ku­acji – od­rzekł Ro­sja­nin.

– Kon­stan­ty Alek­san­dro­wi­czu, my mamy pełno ludzi na po­kła­dzie, za to bar­dzo mało węgla. Z tymi trze­ma ba­lia­mi na holu, nie star­czy go na do­pły­nię­cie do Brze­ścia.

– Ot pol­skij bun­towsz­czik się w was ka­pi­ta­nie od­zy­wa. Jest roz­kaz, to się go wy­ko­nu­je, a nie dys­ku­tu­je.

– Toż ja wła­śnie chcę go wy­ko­nać, ale jak wę­giel się skoń­czy to nie do­pły­nie­my tam gdzie on nam na­ka­zu­je.

– Za­pa­sy uzu­peł­ni się po dro­dze. Ru­szaj­my! – Tu padły dłu­gie i so­czy­ste prze­kleń­stwa.

– Tak jest.

 

Ar­ma­da do­tar­ła do Wy­szko­wa po dniu że­glu­gi. Uzu­peł­nie­nie pa­li­wa do ko­tłów oka­za­ło się może nie tyle skom­pli­ko­wa­ne, co cza­so­chłon­ne. Węgla od­na­le­zio­no nie­wie­le, ra­to­wa­no się czym po­pa­dło, kon­fi­sko­wa­nym miej­sco­wym drze­wem opa­ło­wym, de­ska­mi z roz­bie­ra­nych szop, pło­ta­mi, a nawet ja­kimś drew­nia­nym domem. Na­stro­jów nie po­pra­wiał od­głos dział do­cho­dzą­cy z pół­no­cy oraz wie­ści o Niem­cach, któ­rzy ponoć już do­tar­li do Bugu. Przed świ­tem po­sła­no na roz­po­zna­nie jeden z mniej­szych stat­ków. Zgod­nie z roz­ka­zem, miał za­wró­cić gdyby dal­sza droga była za­blo­ko­wa­na przez wroga. Choć Jan na­le­gał na po­śpiech, cze­ka­no aż do po­łu­dnia, do­pie­ro wów­czas pro­wa­dzo­na przez „Ma­zu­ra” ar­ma­da ru­szy­ła.

 

Był już wie­czór, jak oce­niał Flis do Broku zo­stał im jakiś kwa­drans że­glu­gi. Nagle za stat­ka­mi wy­strze­lił w górę gej­zer wody. Przy­tłu­mio­ny grzmot, świad­czył o tym, iż ucie­ka­ją­ce pa­row­ce na­mie­rzy­ła nie­miec­ka ar­ty­le­ria.

– Cała na­przód! – Flis wy­krzy­czał ko­men­dę.

– Od­ciąć hole! – Le­bie­diew nie tylko dał ko­men­dę, ale i sam sza­blą po­czął rąbać jedną z lin.

– Kon­stan­ty, co ty ro­bisz! Oni nie mają na­pę­du! Jak ode­tnie­my hol, to Niem­cy ich wy­bi­ją!

– W Wy­szko­wie za­ła­do­wa­li drew­no. Roz­pa­lą kotły i sami po­pły­ną.

– Nawet jak to zro­bią na­tych­miast, kilka go­dzin zaj­mie im osią­gnie­cie od­po­wied­nie­go ci­śnie­nia pary.

– Czort z nimi! – Jak na za­wo­ła­nie ko­lej­ny po­cisk ro­ze­rwał się na po­łu­dnio­wym brze­gu rzeki w po­ło­wie pły­ną­cej ko­lum­ny.

– Ma­szy­ny stop!

– Bladź! Co ty wy­pra­wiasz!

– Utrud­niam im tra­fie­nie nas. – Ko­lej­ny po­cisk pod­niósł fon­tan­nę wody przed dzio­bem.

– Płyń do brze­gu zanim się wstrze­la­ją, mu­si­my ucie­kać ze stat­ku.

– Damy radę.

 

Ko­lum­na po­rwa­ła się, każdy ka­pi­tan sta­rał się ra­to­wać na wła­sną rękę. Szyb­sze stat­ki sta­ra­ły się wy­prze­dzić te wol­niej­sze. Ho­lo­wa­ne jed­nost­ki opusz­cza­no w pa­ni­ce kie­ru­jąc się na po­łu­dnio­wy brzeg. Któ­ryś pa­ro­wiec wszedł na mie­li­znę. Z brze­gu otwo­rzył ogień nie­miec­ki ce­ka­em. „Mazur” nie miał żad­ne­go opan­ce­rze­nia, nawet sta­no­wi­sko dzio­bo­we­go ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go nie było ni­czym osło­nię­te. Le­bie­diew pła­sko roz­cią­gnię­ty na po­kła­dzie nie po­niósł w tym ostrza­le żad­nych ob­ra­żeń. Flis był przy kole ste­ro­wym, na gór­nym po­kła­dzie. Tra­fio­ny osu­nął się zmie­nia­jąc kurs. Ko­lej­ne po­ci­ski eks­plo­do­wa­ły w rzece po­mię­dzy stat­ka­mi.

– Ka­pi­tan jest ranny! – krzy­czał jeden z ma­ry­na­rzy.

– Bladź! Opu­ścić sta­tek – dał roz­kaz Le­bie­diew i sam pierw­szy wy­sko­czył za burtę, na poły bro­dząc na poły pły­nąc w stro­nę po­łu­dnio­we­go brze­gu rzeki.

– Ka­pi­ta­nie co ro­bi­my? – spy­tał ma­ry­narz.

– Mu­si­my za­to­pić „Ma­zu­ra”. Otwo­rzy­cie za­wo­ry denne i ra­tuj­cie się, ja skie­ru­je go na głę­bię na środ­ku Buga.

– Ka­pi­ta­nie, za­bie­rze­my pana.

– Nie. Ra­tuj­cie sie­bie. To mój okręt ja już tu zo­sta­nę. – Z ust Jana cie­kła cien­ka struż­ka krwi.

 

„Mazur” po­grą­żał się w rzece, ale nad­bu­dów­ka cią­gle wy­sta­wa­ła ponad wodę. No cóż, Bug latem nigdy nie był rzeką spe­cjal­nie głę­bo­ką. Ranny Flis usły­szał, jak ktoś wcho­dzi na po­kład. Uznał, że to Niem­cy zaj­mu­ją i spraw­dza­ją za­to­pio­ny okręt. Za­miast nich po­ja­wi­ła się Bo­żen­na.

– Witaj ko­cha­na – wy­szep­tał.

– Wró­ci­łeś. – Gła­ska­ła go po twa­rzy.

– Wró­ci­łem, i już tu zo­sta­nę. Szko­da, że nie mogę być dłu­żej z tobą. – Po po­licz­ku po­cie­kła mu łza.

– Mo­żesz być ze mną na wieki, jeśli tylko chcesz.

– Chcę.

Brze­gin­ka po­cią­gnę­ła go do wody i zni­kli. Czy speł­ni­ła swoją obiet­ni­cę? Wiem je­dy­nie, że „Ma­zu­ra” ni­ko­mu nie udało się pod­nieść z dna, choć po­zo­sta­łe za­to­pio­ne tego dnia okrę­ty Niem­cy zdo­ła­li wy­cią­gnąć i uru­cho­mić jesz­cze tego sa­me­go roku. Naj­wi­docz­niej ka­pi­tan nie chce ni­ko­mu oddać swo­je­go okrę­tu. Jeśli się do­brze przyj­rzeć latem w wie­czor­nym słoń­cu, na wraku, można do­strzec prze­zro­czy­ste syl­wet­ki dwóch osób. Po­dob­no to brze­gin­ka i jej uko­cha­ny od­wie­dza­ją „Ma­zu­ra”.

 

Koniec

Komentarze

Rosjanin ręką zaczął pokazywać, jak manewrował traktując puste butelki niczym fontanny wody”. – zaplątał Ci się cudzysłów

 

12 Armii niemieckiej – dwunastej armii niemieckiej albo konsekwentnie 12. Armii Niemieckiej (tak samo jak 2. Armii Wojska Polskiego – mimo że to przymiotnik to jet to jednak nazwa własna) – swoją drogą Gallwitz był Wrocławianinem :)

 

Bardzo ładna opowieść. Fajnie poprowadzona od szczegółów historycznych po romantyczną historię miłosną (choć może trochę za krótką, ale to legenda ;). Spodobało się. Coraz lepiej Ci wychodzą te legendy.  

F.S

Ładna legenda. Trochę romansidłem zajeżdża, ale może być.

Trochę się gubiłam w czasie. Wybuchła wojna, rosyjski kapitan zdążył odwiedzić każdą knajpę nad Wisłą i kilkoma innymi rzekami, a potem dowiaduję się, że jest jesień 1914… Ale ja nie mam pojęcia, jak długo powinny trwać wszystkie opisane przez Ciebie podróże. Tylko wyglądało to na znacznie dłuższą przygodę.

Technicznie jest całkiem nieźle, nawet złe przecinki mi się w oczy nie rzucały. Nie poznaję Kolegi!

Przypominało raczej potworki made in Frankenstein

Na pewno in? Przypomina mi to sytuację z jakiegoś wyjazdu wakacyjnego, kiedy znajomy próbował namówić mnie do konsumpcji pulpecików słowami “made in moja żona”. ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo, będę bronić MPJ 78 – Frankenstein to Ząbkowice Śląskie.

F.S

Romansidła chyba jeszcze nie ćwiczyłem :D 

 

Co do długości podróży to tego typu parowiec wyciskał około 14 km/h. Ile więc trwała podróż?

 

Zgodnie z obowiązującym w 1854 r. rozkładem rejsów statek wypływający z Warszawy o godz. 6:00 do przystani w Płocku zawijał między godziną 12:00 a 13:00, do Ciechocinka zaś około 17:00 w tym samym dniu. Rejsy powrotne trwały dłużej. Z Płocka wypływał statek o godz. 8:30, a do portu w Warszawie przybywał między godz. 18:30 a 19:30.”  (http://www.zegluga.wroclaw.pl/articles.php?article_id=509) 

 

Tak na oko z Modlina do Broku powinien dopłynąć góra w dwa dni, do Brześcia powiedzmy dotarłby za kolejne 2-3 dni. 

Ponadto Konstanty Aleksandrowicz Lebiediew to gieroj jakich mało, skoro on szalupą atakował pod Cuszima japońskie pancerniki, to zawitanie do wszystkich możliwych knajp podczas takich rejsów nie byłoby żadnym wyzwaniem wink

 

Szarża szalupowa niezła… Gdyby jeszcze miał chociaż colta, historia potoczyłaby się inaczej… ;-) Ale o knajpach to już nie on opowiadał. Dobra, dobra, Twój tekst.

Babska logika rządzi!

Tym razem ładnie splotłeś wydarzenia historyczne z wątkiem miłosnym, nie zapominając o miejscowej mitoligii.

Gdybyż tak jeszcze zapałowi, z jakim piszesz brokowskie legendy, towarzyszyła dbałość o ich wykonanie…

 

Czło­wiek ten był za­rów­no spraw­nym bi­zme­sme­nem… – Literówka.

 

Przy suto za­kra­pia­nej ko­la­cji Zadał mu py­ta­nie. – Dlaczego w środku zdania jest wielka litera?

 

– Wal­czy­łeś z Ja­poń­czy­ka­mi? – ze zdu­mie­niem wy­szep­tał Jan.– Wal­czy­łeś z Ja­poń­czy­ka­mi? – Ze zdu­mie­niem wy­szep­tał Jan.

 

wy­tnie­my szasz­ka­mi, po­dziu­ra­wi­my ba­gne­ta­mi.” – Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

Ten błąd pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

Z pew­nym za­że­no­wa­niem Jan pa­trzył jak War­sza­wian­ki rzu­ca­ją kwia­tyZ pew­nym za­że­no­wa­niem Jan pa­trzył jak war­sza­wian­ki rzu­ca­ją kwia­ty

 

szar­żo­wa­ły pod­czas de­mon­stra­cji za­bi­ja­jąc War­sza­wia­ków. – …szar­żo­wa­ły pod­czas de­mon­stra­cji, za­bi­ja­jąc war­sza­wia­ków.

 

Po ko­niec paź­dzier­ni­ka roku ty­siąc dzie­więć­set czter­na­ste­go… – Literówka.

 

Ruszajmy! – tu padły długie i soczyste przekleństwa.Ruszajmy! – Tu padły długie i soczyste przekleństwa.

 

ja skie­ru­je go na głę­bie na środ­ku Buga. – Literówka.

 

Wró­ci­łem, i już tu zo­sta­nę. Szko­da, że mogę być dłu­żej z tobą. – Czy na pewno żałował, że będzie dłużej z dziewczyną?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo ładna historia, z ciekawym historycznym tłem i nadnaturalnym romansem. Przeczytałem szybko i płynnie, choć pewne zgrzyty techniczne się zdarzały.

made in Frankenstein

Jeśli już to “made by Frankenstein” – to wszak nazwisko doktora, który stworzył potwora.  Do tego ta angielska wstawka mocno razi. Zamieniłbym na coś innego, bardziej pasującego do narracji.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Poprawki naniosłem w tym zgubione “nie” z “Szkoda że nie mogę być dłużej…”  ;) 

 

Zamieniłem też “made in” na “z pracowni” faktycznie tak lepiej brzmi 

 

Nadal średnio:

Przypominało raczej potworki z pracowni Frankenstein

Pracownia Frankensteina.

Babska logika rządzi!

już jest ;) 

“Nikt nie potrafił lepiej od niego lawirować pomiędzy łachami piachu, omijać zdradliwe płycizny, wyszukiwać trasę nawet nocą.” – Wydaje mi się, że tu powinien być dopełniacz. Nikt nie potrafił lepiej omijać płycizn i wyszukiwać trasy.

 

“On mi na to[+:-.] „Starszy lejtnancie Lebiediew pomysł macie dobry…”

 

“Admirale daj mi jeden pancernik, ja sam zaatakuje.” – zaatakuję

 

“…zaopatrzenie dla rosyjskiej 2 Armii generała Aleksandra Samsonowa.” – Drugiej Armii (i dalej odpowiednio).

 

Jakoś niestety nie przemówiła do mnie ta historia. Czegoś mi tu brakuje, by całość nabrała “duszy”. Główny bohater wydaje mi się mało wyraźny, a przez to nie przejęłam się zbytnio jego losem. Opis ucieczki/walki z kolei jest za mało dynamiczny. Całkiem fajnie jest za to wpleciony niewielki akcent fantastyczny.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Znacznie lepiej niż poprzednio. Czytało się dobrze, opowieść o kapitanie zahaczyła jakoś o moje serducho. Tylko nadal zostało Ci sporo drobnych błędów. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

joseheim w przypadku 2 Armii Samsonowa muszę nieśmiało zaprotestować. Przy opowiadaniu “Bombonierka” dostałem po uszach za pisanie nazw historycznych jednostek wojskowych w sposób jaki sugerujesz.

Przeczytałam w zeszłym tygodniu i jakoś zabrakło mi czasu na komentarz. Pewnie nie będzie więc wnikliwie, ale z perspektywy czasu, a to dobra perspektywa jest ;) 

Tekst wciąż pamiętam, podobnie odczucia towarzyszące czytaniu: zaciekawienie, przyjemne skojarzenie ze słuchaniem podobnych legend na szkolnych i rodzinnych wycieczkach, lekki dystans – chyba właściwy takiej konwencji, gdzie bohater rzeczywiście jest bardziej Bohaterem, niż człowiekiem, że tak powiem, pełnowymiarowym. 

Ogólnie – podobało mi się, niech więc zasili biblioteczne regały :)

Ciekawe. Nie znam tej legendy, a Ty mi ją bardzo ładnie opowiedziałeś.

W sumie od momentu, kiedy brzeginka mówi, że być może zostaną razem na zawsze, wiadomo, że kapitan niekoniecznie żywy, ale kompletnie mi to nie przeszkadza. Mamy trochę historii, trochę romansu, trochę fantastyki – fajnie to połączyłeś.

Czytało mi się dobrze, dodatkowy plus ;)

Podobało mi się :)

 

 

Nowa Fantastyka