- Opowiadanie: belhaj - Widmowa muzyka

Widmowa muzyka

Opowiadanie ukazało się w kwartalniku Creatio Fantastica. W numerze w całości poświęconym prozie Samotnika z Providence. 

Mam nadzieję, że się spodoba :)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Widmowa muzyka

Nie jest wcale martwym to, co drzemie wiekami,

Nawet śmierć umiera z dziwnymi eonami

fragment Necronomiconu

 

 

Pomimo zmęczenia spowodowanego wielogodzinną podróżą cieszyłem się, że w końcu dotarłem do Arkham. Już zmierzchało, więc prosto z dworca, zgodnie ze wskazówkami wuja Bradleya, udałem się na leżącą niedaleko Sentinel Street. Tam odnalazłem kamienicę należącą do Garetha Wormgate’a. Olbrzymi, ceglany, dwupiętrowy budynek o zdobionej fasadzie, górował nad mniejszymi domkami mieszczącymi się w okolicy.

Właściciela zastałem na wejściowych schodach, zajętego rozmową z młodą, niezwykle urodziwą damą. Przedstawiłem się i wręczyłem mu list, który otrzymałem od wuja.

– Ach, to ty jesteś bratankiem Bradleya. Pokój jest gotowy, chociaż spodziewałem się ciebie trochę później. Semestr zaczyna się dopiero we wrześniu.

– Przyjechałem wcześniej – wydukałem onieśmielony obecnością kobiety. – Chcę poznać miasto i okolicę, oswoić się z nowym miejscem przed rozpoczęciem nauki.

– Rozumiem. Ale nie będę mógł dotrzymać ci towarzystwa. Wyjeżdżamy z Carol do Bostonu. Gdzie moje maniery? – żachnął się mężczyzna. – Pozwól, że ci przedstawię. To Carol Lafferty, moja narzeczona.

Kobieta dygnęła dystyngowanie i posłała mi olśniewający uśmiech. Chcąc ukryć rumieniec, pochyliłem się i zgodnie z obyczajem pocałowałem ją w rękę.

– Miło mi poznać. Nazywam się Clint Wilcox.

– Wejdźmy do środka. Robi się już ciemno, pewnie też zgłodniałeś po podróży. Zjemy coś i opowiesz, co słychać u mojego starego druha Bradleya.

 

***

 

Pozostałą część wieczoru spędziliśmy zajadając pyszne ciasto dyniowe, pijąc aromatyczną herbatę oraz rozmawiając. Gareth Wormgate wspominał czasy, kiedy służył w wojsku z moim wujem oraz opowiadał o prowadzonym przez siebie interesie. Handlował przeróżnymi towarami, od dzieł sztuki po futra. Wyjeżdżał właśnie do Bostonu, aby dopilnować najnowszego transportu płynącego z Europy.

Kamienica w Arkham, w której miałem mieszkać, była jedną z jego licznych nieruchomości. Na parterze znajdowała się apteka oraz niewielka cukiernia prowadzona przez starsze małżeństwo o nazwisku Higgins. Oprócz mnie nikt nie wynajmował w tej chwili pokoju. Pan Wormgate spodziewał się kolejnych lokatorów dopiero we wrześniu, kiedy studenci rozpoczną naukę na Uniwersytecie Miskatonic.

– Co zamierza pan studiować? – spytała panna Carol, podchodząc z dzbankiem pełnym herbaty. – Może dolewkę?

– Nie dziękuję. Wybrałem antropologię.

– Różne rzeczy opowiadają o tutejszym uniwersytecie – wtrącił pan Gareth zapalając papierosa. – Profesorowie są uznawani za niezłych świrów.

– Niektóre wydziały mają najlepszą kadrę pedagogiczną w całych Stanach – odpowiedziałem. – Dlatego też zdecydowałem się na Arkham.

Podziękowałem za kolację, a pan Wormgate zaprowadził mnie do pokoju. Znajdował się na pierwszym piętrze kamienicy. Oprócz łóżka, szafy, biurka i niewielkiego stolika nie było w nim nic więcej. Niewielkie okno wychodziło na Sentinel Street.

– Rozgość się. Wyjeżdżamy wczesnym rankiem, więc pewnie się już nie zobaczymy. Wrócimy za około miesiąc, kiedy rok szkolny rozpocznie się na dobre. Gdybyś miał jakichś znajomych na studiach pytających o stancję, wysyłaj ich do pana Higginsa, dopóki nie wrócę. A poza tym czuj się jak u siebie. Toaleta znajduje się na piętrze, kuchnia na parterze, korzystaj do woli.

Wręczyłem panu Garethowi kopertę z czynszem za najbliższe pół roku oraz jeszcze raz podziękowałem. Kiedy wyszedł, rozejrzałem się po pokoju. Wyglądał całkiem przytulnie. Postawiłem walizkę pod ścianą, postanawiając rozpakować się rano. Otworzyłem okno, noc była ciepła i bezchmurna. Rozebrałem się i położyłem na łóżku. Skrzypnęło pod moim ciężarem, ale było miękkie i wygodne. Usypiając, usłyszałem cichą muzykę. Byłem zbyt zmęczony, żeby się zastanawiać nad jej źródłem. Znużony podróżą zamknąłem oczy i po chwili zasnąłem.

 

***

 

Kiedy się obudziłem słońce stało już wysoko na niebie. Przemyłem twarz, ubrałem się i zszedłem na dół. Pan Wormgate oraz panna Lafferty już wyjechali, w kuchni zastałem jedynie starszą panią. Jak się domyśliłem była to właścicielka cukierni, pani Higgins. Przedstawiłem się i opowiedziałem o celu przybycia. Staruszka początkowo obserwowała mnie podejrzliwie, ale po chwili uśmiechnęła się i poczęstowała świeżo upieczonymi, maślanymi bułkami. Zawołała również męża. Pan Higgins, mimo podeszłego wieku, był postawnym mężczyzną o wciąż ciemnych, przyprószonych delikatną siwizną, włosach. Mocno uścisnął moją dłoń i powitał w Arkham. Popijając kawę, opowiedział mi o miejscach, które warto odwiedzić w mieście, a kiedy jego małżonka wyszła na chwilę do cukierni, zaprosił na kieliszek czegoś mocniejszego. Podziękowałem i obiecałem, że wpadnę wieczorem.

Opuściłem kamienicę i wyruszyłem na obchód miasta. Najpierw, zgodnie ze wskazówkami pana Higginsa, udałem się w stronę uniwersytetu. Jego gmach był olbrzymi, otoczony mniejszymi budynkami kampusu. Nie mogłem doczekać się już rozpoczęcia studiów. Na razie szkoła była zamknięta, trwały jeszcze wakacje. Jedynymi osobami, jakie widziałem na jej terenie, byli ogrodnicy i konserwatorzy prowadzący prace porządkowe.

Następnie przeszedłem się Main Street, pełną sklepików, kramów i stoisk. Zauważyłem między innymi jadłodajnię, do której zamierzałem wstąpić w drodze powrotnej. Zostawiając za sobą pełną zgiełku ulicę, skręciłem na północ ku rubieżom Arkham. Przeszedłem kilkaset metrów i dotarłem do rzeki Miskatonic, od której nazwę wziął mieszczący się w mieście uniwersytet. Przespacerowałem się wzdłuż jej brzegu, docierając do wschodnich rogatek miasta i dzielnicy zwanej French Hill. Pan Higgins dobrze wytłumaczył mi drogę. Dotarłem prosto do kolejnego celu wycieczki: pochodzącego jeszcze z siedemnastego wieku kościoła baptystów. Podziwiając piękne zdobienia budowli, wszedłem do środka i zmówiłem krótką modlitwę.

Kiedy wyszedłem, niebo zasnuły ciemne deszczowe chmury. Spojrzałem na zegarek, było po szesnastej. Postanowiłem wrócić na Main Street, bo mój żołądek domagał się posiłku. W jadłodajni, którą wcześniej mijałem, serwowali dzisiaj żeberka w polewie miodowej. Zamówiłem sobie jeszcze herbatę. Spożywając posiłek, pobieżnie przejrzałem leżący na stoliku numer Advertisera, lokalnego dziennika.

Najedzony wyszedłem z lokalu i pospieszyłem w stronę Sentinel Street. Chmury były coraz ciemniejsze. Kiedy byłem w połowie drogi, niedaleko cmentarza, zaczął padać deszcz. Początkowo niewielka mżawka przeradzała się w coraz większą ulewę. Nie miałem ze sobą parasola, więc zacząłem biec w stronę kamienicy.

Zmęczony i przemoczony dotarłem do schodów akurat kiedy pan Higgins zamykał aptekę. Zawołał mnie do środka i zaprosił na zaplecze. Sięgnął do jednej z rozlicznych szafek i wyjął z niej butelkę whiskey.

– To cię rozgrzeje – powiedział, rozlewając trunek do szklanek.

Skończyło się na tym, że wypiliśmy całą butelkę. W tym czasie pan Higgins wspominał swoją młodości oraz życie w Arkham. Opowiadał o historii i dziwnych wydarzeniach mających miejsce w pobliskim Innsmouth i Dunwich. Policja podejrzewała, że w okolicach miasta działa jakaś sekta, czcząca nieznanych, pogańskich bożków. Sięgając po kolejną butelkę, stwierdził, że w czasach jego młodości władze szybciej zrobiłyby z tym porządek. Teraz muszą liczyć się z opinią publiczną. Jakiś czas temu do Arkham przybył pewien dziennikarz z Bostonu badający sprawę kultu. Ponoć przepadł bez wieści na bagnach okalających Dunwich, a ciała do dzisiaj nie odnaleziono.

 Dalszą część opowieści przerwało przybycie pani Higgins. Staruszka zrugała męża, za rozpijanie młodzieży, szybko zabrała butelkę i kazała mi wracać do pokoju. Odchodząc, słyszałem jak pokrzykuje na męża, próbującego jej tłumaczyć, że chciał przywitać nowego lokatora, aby ten nie czuł się samotny. Uśmiechnąłem się pod nosem i stanąłem przy schodach prowadzących na piętro. Whiskey uderzyła mi do głowy o wiele bardziej, niż myślałem. Przytrzymując się barierki, powolnym krokiem dotarłem do mieszkania. Spojrzałem w górę. Zdawało mi się, że z drugiego piętra dochodzą dźwięki dziwnej melodii. Według tego, co mówił pan Higgins, nikt tam nie mieszał, więc pomyślałem, że to skutek uboczny wypitego alkoholu. Poczułem, jakby coś próbowało wślizgnąć mi się do umysłu. Dziwny, nienaturalny zew ciągnął mnie na piętro. Zakręciło mi się w głowie, potknąłem się i upadłem. Muzyka ucichła. Niezgrabnie stanąłem na nogi. Kiedy wszedłem do pokoju, zamknąłem drzwi, padłem na łóżko i zasnąłem w ubraniu.

 

***

 

Na suficie pojawiła się plama pleśni. Początkowo niewielka zaczęła się rozrastać, wypuszczając swoiste macki. Oplatały pokój, wchodząc na ściany i podłogę. Nie mogłem ruszyć się z łóżka, traciłem władzę w rękach i nogach. Mogłem tylko patrzeć, jak pleśń spowija mieszkanie tworząc przedziwne, abstrakcyjne wzory. Poczułem dotyk na nodze. Coś lepkiego i oślizgłego otarło się o moją stopę. Chciałem ją podkulić, ale ciało nadal odmawiało posłuszeństwa. Bezskutecznie próbowałem się szamotać i krzyczeć, jednak z moich ust nie wydobywał się żaden dźwięk.

Spojrzałem w okno w nadziej, że świt i wschodzące słońce rozgoni pleśniopodobne monstrum, które zalęgło się w pokoju. To co ujrzałem, wywołało zimne dreszcze. Na zewnątrz rozciągał się widok na ociekające wodą miasto z zielonego kamienia. Tak olbrzymie, że jego rozmiary przekraczały wszelkie wyobrażenie. Ściany i wrota pełne były płaskorzeźb i posągów przedstawiających nieznane istoty o monstrualnych i przerażających kształtach.

Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagi fhtagn

Usłyszałem chór ochrypłych głosów, intonujących ohydną frazę, w nieznanym języku. Ponownie zadrżałem. Macki oplatały moje ręce i nogi, a jedna z nich otarła się o szyję. Kolejny raz chciałem krzyknąć. Kiedy otworzyłem usta, wilgotna odnoga wdarła się do mojego gardła. Zakrztusiłem się i próbowałem ją wypluć. Wchodziła coraz głębiej, drażniąc gardło i przełyk. Miotałem się po łóżku, wijąc się i skamląc.

Cthulhu fhtagn

rozległo się w mojej głowie. Macka cofnęła się, a ja w końcu złapałem oddech.

 

***

 

Obudziło mnie pragnienie i ból głowy. Spojrzałem na sufit, ale wyglądał tak samo jak w dniu, w którym przyjechałem. Żadnych plam pleśni ani macek. Przetarłem twarz, próbując odgonić wspomnienie śnionego nocą koszmaru. Powoli zaczynały do mnie docierać wydarzenia wczorajszego wieczora. Wypity alkohol wyraźnie mi zaszkodził. W głowie nadal szumiało i dudniło, a w gardle czułem suchość. Do tego zaczął mnie boleć brzuch. Postanowiłem wstać i napić się wody, ale kiedy tylko przyjąłem pozycję pionową, poczułem wzbierające mdłości. Wybiegłem z pokoju i czym prędzej wparowałem do łazienki. Zdążyłem dopaść do stojącej na podłodze miski i zwymiotowałem. Dość długo trwało, zanim doszedłem do siebie. Miałem wrażenie, że oprócz wypitej whiskey, zwróciłem również zjedzone na obiad żeberka, a nawet maślane bułki, którymi pani Higgins poczęstowała mnie rano.

Poczułem się odrobinę lepiej. Umyłem miskę, potem twarz i wróciłem do siebie. Przebrałem się w świeże ubrania i postanowiłem zejść na dół, by przeprosić panią Higgins za wczorajsze zachowanie. Staruszka siedziała w kuchni i kiedy zobaczyła, jak wchodzę, spojrzała na mnie pochmurnym wzrokiem. Po chwili jednak się uśmiechnęła i zaproponowała śniadanie. Podziękowałem, ponieważ nie miałem apetytu, tym bardziej po porannych żołądkowych rewolucjach.

Pani Higgins się nie gniewała. Wiedziała, że jej mąż lubi sobie pogawędzić, a przy tym wypić coś mocniejszego. Widząc moją udręczoną minę, zaparzyła mi rumianku, który, jak stwierdziła, zawsze pomagał na kaca jej ojcu. Pana Higginsa nigdzie nie było widać, najwyraźniej panował dzisiaj spory ruch w aptece.

Byłem bez sił, więc postanowiłem zostać w domu. Kiedy wróciłem na górę, nadal nie czułem się dobrze, więc poleżałem i poczytałem jedną z lektur, które zabrałem ze sobą z Bostonu.

Na dworze znowu zaczęło padać. Odłożyłem książkę, zapaliłem naftową lampkę stojącą na stoliku i zjadłem suszoną kiełbasę, która została mi jeszcze z podróży. Odczekałem chwilę, bojąc się jak żołądek zareaguje na pierwszy tego dnia posiłek. Obyło się bez bólu brzucha i nudności. Kac już minął, chociaż nadal czułem się osłabiony.

 Z walizki wyjąłem notes, pióro oraz kałamarz. Napisałem list do matki, w którym opisałem, jak mi się mieszka, jak wygląda miasto oraz że wszystko w porządku i nie mogę doczekać się rozpoczęcia zajęć. Następny list zaadresowałem do wuja Bradleya. Kolejny raz podziękowałem za poręczenia dla pana Wormgate’a, opisałem nasze spotkanie i to, że udał się w interesach do Bostonu. Wyciągnąłem trzecią kartkę papieru i zacząłem pisać następną korespondencję. Tym razem skierowana była do panny Megan Gednay, mojej sąsiadki, a zarazem pierwszej i jedynej dziewczyny, z którą się całowałem. Napisałem, że tęsknię i żałuję, że nie zdecydowała się na studia na tym samym uniwersytecie. Że liczę dni rozłąki i wyraziłem nadzieję, że ona również za mną tęskni.

Następnie zmiąłem kartkę i rzuciłem w kąt pokoju. Podszedłem do okna i otworzyłem je, mimo padającego deszczu. Nawet nie zauważyłem, kiedy zrobiło się ciemno. Piaszczyste ulice Arkham zamieniły się w błoto. Tworzyły się olbrzymie kałuże, woda nie nadążała spływać rynsztokami. Wziąłem parę głębokich wdechów i cofnąłem się do pokoju, zamykając okno.

Zdawało mi się, że znowu słyszę muzykę dobiegającą z wyższego piętra. Nie potrafiłem sprecyzować, na jakim instrumencie mogła być grana. Dźwięki były dziwnie chaotyczne, a zarazem melodyjne. Napawały grozą, a jednocześnie tajemniczą melancholią. Powoli podszedłem do drzwi, otworzyłem je i wyjrzałem na korytarz. Muzyka dobiegała z drugiego piętra, ale z tego, co mówił pan Wormgate, nikt tam nie mieszkał. Chciałem podejść do schodów, ale melodia w jednej chwili urwała się, a ja usłyszałem dziwne chlupnięcie. Spojrzałem pod nogi i cofnąłem się przerażony. Na korytarzu i schodach znajdowała się dziwna, zielona, śluzowata substancja, w którą wdepnąłem lewą nogą. Kleista maź przywarła do mojego buta. Cofnąłem się i zamknąłem drzwi. W irracjonalnym odruchu spojrzałem na sufit, w obawie, że pojawiła się na nim odrażająca plama pleśni z mojego snu. Nic tam jednak nie było.

Czyżby jakieś zwierzę dostało się do kamienicy, szukając schronienia przed deszczem? Oczyściłem but, rozmyślając nad tym dziwnym zjawiskiem. Była późna pora, więc starsze małżeństwo już spało. Postanowiłem następnego dnia porozmawiać z panem Higginsem.

 

***

 

Wstałem rano i wyszedłem z pokoju. Na korytarzu nie było już śladu po zielonej mazi, na podłodze miejscami widać było jedynie biały nalot. Wymieniłem poranne uprzejmości z panią Higgins, podziękowałem za śniadanie i czym prędzej udałem się do apteki. Pan Higgins ustawiał właśnie buteleczki z lekami w jednej z rozlicznych szuflad. Nie wydawał się być zdziwiony moim pytaniem. Stwierdził, że dość często zdarza mu się widywać wspomnianą przeze mnie substancję, szczególnie w okresie wzmożonych deszczy. Staruszek podejrzewał, że to robota szopów gnieżdżących się w pobliskim lesie. Długotrwałe opady zalewają ich siedliska, a zwierzęta szukają schronienia w mieście. Musiały jakoś dostać się do kamienicy. Stwierdził, że on i pan Wormgate znajdowali kilka razy martwe stworzenia na piętrze, parterze i w piwnicy.

Na moje pytanie odnośnie muzyki dobiegającej z drugiego piętra wzruszył ramionami i roześmiał się rubasznie.

– Pewnie whisky jeszcze cię nie puściła, młodzieńcze. Ja też miewam czasem słuchowe omamy, szczególnie, kiedy mówi coś do mnie moja małżonka. – Po ojcowsku poklepał mnie po ramieniu. – Na piętrze od dłuższego czasu nikt nie mieszka. Parę lat temu jeden z lokatorów, również student z uniwersytetu Miskatonic, niechcący zaprószył ogień. Dwa znajdujące się tam pokoje stanęły w płomieniach. Na szczęście pożar nie naruszył konstrukcji budynku, ale od tamtej pory pan Wormgate nie wynajmuje nikomu piętra. Ciągle wspomina o remoncie, jednak ta kamienica to nie jedyna jego nieruchomość w Arkham, a poza tym inne interesy pochłaniają go o wiele bardziej niż wynajmowanie stancji. Co dziwniejsze, ciała chłopaka nigdy nie odnaleziono, jakby je coś wessało. Choć moja teoria jest taka, że spłonęło razem z pokojem. Później okazało się, że był uzależniony od opium. Na uczelni bredził coś o jakiś mackowatych stworach i pradawnych monstrach, które próbowały wniknąć w jego umysł. Stąd też spora liczba mieszkańców Arkham jest sceptycznie nastawiona do uniwersytetu. W mieście często dochodzi do różnych incydentów z ich udziałem. Lubię cię, Clint. Wyglądasz na spokojnego chłopaka, więc kiedy zaczniesz edukację nie daj się w nic wciągnąć.

Podziękowałem za wyjaśnienia i postanowiłem wyjść do miasta, aby wysłać napisane wczorajszego dnia listy. Pogoda odrobinę się poprawiła, nie padało już, ale niebo nadal zasnute było ciemnymi chmurami. Skryte za nimi słońce, nie dawało zbyt wiele ciepła. Do tego wiał nieprzyjemny, zimny wiatr. Przez to i na ulicach Arkham było dość pusto i ponuro. Szybko udałem się do urzędu pocztowego i nadałem korespondencję do matki i wuja Bradleya. Niedokończony list do Megan podarłem i wyrzuciłem jeszcze przed wyjściem.

Następnie udałem się do odwiedzonej już przeze mnie wcześniej jadłodajni na Main Street. Była jeszcze pora śniadaniowa, więc zamówiłem sobie porcję naleśników z syropem klonowym oraz kawę. Sięgnąłem po leżący na stoliku najnowszy numer Advertisera. Dziennik, oprócz nielicznych wydarzeń sportowych, politycznych oraz reklam, zawierał ciekawy artykuł dotyczący wydarzeń dziejących się w pobliskim Dunwich. Otóż od jakiegoś czasu coś pożerało tam krowy oraz inne zwierzęta. Autor artykułu podejrzewał watahę wygłodniałych wilków, która najprawdopodobniej pojawiła się w okolicy.

Zjadłem i postanowiłem chwilę pospacerować po mieście. Wędrowałem spokojnymi ulicami, z rzadka mijając nielicznych przechodniów. Mimo połowy sierpnia, pogoda zmusiła mieszkańców do pozostania w domach. Wiatr był coraz silniejszy, z czasem zaczęła padać lekka mżawka. Aby uniknąć kolejnego zmoczenia przez deszcz, czym prędzej skierowałem swoje kroki ku kamienicy.

Tym razem nie było ulewy, a chmury powoli zaczęły się rozwiewać. Kiedy dotarłem na Sentinel Street, zza obłoków nieśmiało zaczęło wyglądać słońce, przyjemnie rozgrzewając powietrze. Zrobiło się cieplej, więc zdjąłem płaszcz i przewiesiłem go sobie przez ramię.

 Postanowiłem przyjrzeć się kamienicy. Większość okien wychodziła na Sentinel Street. Na pierwszym piętrze znajdowały się cztery pokojowe i jedno z łazienki. Na drugim zauważyłem tylko dwa okna. Jedno zabito deskami, a okiennice były okopcone. Pożar faktycznie zostawił ślady na kamienicy, wcześniej nie zwróciłem na to uwagi. Drugie okno wyglądało na nietknięte, znajdowało się bliżej szczytu budynku. Wydawało mi się, że dostrzegłem w pokoju jakiś ruch. W środku coś przemknęło, choć nie trwało to dłużej niż mrugnięcie okiem. Czy ktoś tam mieszkał? Czy to stamtąd dochodziła tajemnicza, widmowa muzyka? Wpatrywałem się jeszcze jakiś czas, ale już nic się nie działo. Wieczorem postanowiłem sprawdzić, co znajduje się na drugim piętrze.

 

***

 

Po powrocie porozmawiałem jeszcze chwilę z panem Higginsem. Ponownie zapraszał na kieliszek whisky. Grzecznie odmówiłem i udałem się do kuchni, gdzie jego małżonka uraczyła mnie pysznym jabłecznikiem i aromatyczną herbatą. Kiedy starsze małżeństwo w końcu udało się do domu, ja poszedłem do swojego pokoju.

Postanowiłem poczekać do wieczora. Do chwili kiedy z piętra dobiegną mnie jednocześnie fascynujące i ogarniające trwogą dźwięki muzyki. Z walizki wyjąłem nóż, który jeszcze w dzieciństwie dostałem od ojca. Niewielki scyzoryk, którego ostatni raz używałem podczas naszego wspólnego biwaku nad jeziorem Ponkapoag, na południe od Bostonu. Pasował bardziej do rąk dziecka, ale mając go ze sobą, czułem się pewniej.

Zapaliłem lampę naftową i czekałem. Ściemniło się, na zewnątrz znowu zaczął padać deszcz. Krople dudniły o okiennice w przedziwnym stacatto. Zniecierpliwiony chodziłem po pokoju, aż w końcu ją usłyszałem.

Była o wiele głośniejsza niż poprzedniego wieczoru. Wznosiła się i falowała, gubiąc rytm, by po chwili przejść w harmonijny, tęskny dźwięk. Mamiła i przyzywała mnie. Ostrożnie uchyliłem drzwi, muzyka na chwilę ścichła. Ale zaraz wróciła do poprzedniej, nęcącej tonacji. Starając się stąpać cicho i ostrożnie, wszedłem na schody. Dawno nieużywane zaskrzypiały pod moim ciężarem. Pokonywałem kolejne stopnie, dopiero po chwili orientując się, że pełno na nich tej zielonej, galaretowatej mazi, którą widziałem wczoraj.

Ostrożnie wszedłem na górę, próbując zlokalizować źródło dźwięku. Na piętrze znajdowało się dwoje drzwi. Muzyka dochodziła zza tych znajdujących się po prawej stronie korytarza, a więc w miejscu gdzie okna pokoju wychodziły na Sentinel Street, te które dzisiaj oglądałem. Mocniej zacisnąłem dłoń na rękojeści nożyka, czułem pot spływający mi po czole i plecach.

Z każdym kolejnym krokiem muzyka była coraz głośniejsza. Wydawało mi się, że słyszę w niej radośniejsze, weselsze dźwięki. Była szybsza i bardziej skoczna. Podchodząc bliżej drzwi, usłyszałem również tajemnicze bulgotanie i skrobanie dochodzące zza ściany. Czyżby pan Higgins miał rację, że zaległy się tu jakieś szopy?  To tłumaczyłoby skrobanie, ale skąd, do licha, dochodzi ta melodia?

Stałem już przed drzwiami. Muzyka i chrobotanie ucichło. Z wnętrza pokoju zaczęły dochodzić do mnie monotonne i bełkotliwe głosy powtarzające:

Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagi fhtagn

Cthulhu fhtagn

Cthulhu fhtagn

Chciałem wracać na dół. Działo się tu coś dziwnego i niepojętego. Nie powinienem tam wchodzić. Jednak głos w moim umyśle nakazywał mi otworzyć drzwi. Szeptał, że za nimi czeka coś, co zawsze chciałem zobaczyć. Co odmieni moje spojrzenie na otaczający świat. Bełkotliwe słowa wypełniały mi umysł i plątały myśli. Podszedłem bliżej i złapałem za klamkę.

Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagi fhtagn

Cthulhu fhtagn

Cthulhu fhtagn

W ostatniej chwili się zawahałem. Chciałem zbiec na dół, wybiec z kamienicy, uciec z Arkham. Byle dalej stąd, od tego miejsca. Od widmowej muzyki i mącącej rozum śpiewnej frazy dochodzącej z pokoju.

Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagi fhtagn

Cthulhu fhtagn

Cthulhu fhtagn

Jednak otworzyłem drzwi i zamarłem. W środku znajdował się ogromny, bezkształtny, biały, polipowaty stwór. Pełen macek, podobny do ośmiornicy łeb istoty wpatrywał się we mnie błyszczącymi ślepiami. Umysł wypełniła mi wizja starożytnego, kamiennego miasta. Pełnego monolitów i grobowców, skrytego na niedostępnym dnie oceanu.

R’lyeh.

R’lyeh.

Cthulhu fhtagn

 

Rozległo się w mojej głowie. Widziałem, jak miasto powoli wynurza się z morskich odmętów, ukazując swój ogrom. Z jego wnętrza wyłaniały się pokryte pleśnią kształty o ogromnych nietoperzowych skrzydłach. Wzbiły się w powietrze i rozpierzchły we wszystkich kierunkach.

Macki oplatały mnie, a ja nie mogłem się ruszyć. Straciłem czucie, mogąc jedynie wpatrywać się w ogromną istotę znajdującą się w pokoju. Wydawało mi się, że stwór zaczyna puchnąć i powiększać objętość. Miałem wrażenie, że budynek drży, a ściany zaczynają pękać.

 Nie czułem fizycznego bólu, jedynie wdzierające się w umysł oślizgłe obrazy pradawnych stworów i bóstw, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Które właśnie wydostały się ze swojego więzienia.

Zobaczyłem skalistą plażę, na którą z morskich głębin wychodziły przedziwne istoty. Dominował wśród nich kolor szarozielony, ich ciała były oślizgłe i lśniące. Grzbiety pokrywały łuski, głowy przypominały ryby z wielkimi, wyłupiastymi oczami. Po bokach szyi widniały skrzela, poruszające się w rytm oddechów, a długie szpony połączone były błoną pławną. Korowód przedziwnych rybo ludzi wydawał się nie mieć końca. Ich marszowi towarzyszył złowieszczy rechot, ujadanie i inne nieartykułowane dźwięki.

Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagi fhtagn

Cthulhu fhtagn

Cthulhu fhtagn

Czułem wdzierającą się do mego umysłu pradawną siłę, której nie mogłem się oprzeć. Chłonąłem przekazywaną wiedzę, nie mogąc uwierzyć w rzeczy przede mną odkrywane. Trwało to kilka minut. Całkowicie oddałem się rozgorączkowanej ekstazie ukazywanych mi obrazów. Po chwili wszystko się skończyło, a ja zemdlałem.

 

***

 

 Ocknąłem się na podłodze, tuż za progiem pokoju na piętrze. Wstałem i rozejrzałem się. Wnętrze pomieszczenia było puste, od lat w nim nie sprzątano, a nieliczne meble pokrywały grube warstwy kurzu. Panował dziwny, rybi zapach i zaduch dawno nie wietrzonego miejsca. Mój umysł był klarowny i rozjaśniony, choć chwile zajęło mi poukładanie sobie wydarzeń i wizji jakich byłem świadkiem. Teraz zrozumiałem, czemu muzyka mnie wabiła. Miałem przygotować ludzi na nadejście Przedwiecznych Bóstw, które właśnie przebudziły się z wieloletniego uśpienia. Zostałem akolitą, mającym głosić światu ich powrót. 

Koniec

Komentarze

To pierwsze opowiadanie w stylu Lovecrafta, które mi się spodobało. Głównie za sprawą klimatu i napięcia, i tego, że pomimo dużej przewagi narracji nad dialogami nie było nudy :) A myślę, że w moim przypadku zaplusowało też wyeksponowanie morskiego miasta zamiast macek i tym podobnych potworków. Co prawda, pojawił się tam taki jeden polipowaty twór. On mi się nie spodobał :P Uważam, że horrorom w większości przypadków dobrze robi pozostawienie niektórych rzeczy tajemnicą. Na szczęście szybko zajęłam umysł wizjami miasta, które tak ładnie roztoczyłeś przed czytelnikiem :)

 

Sen i te sceny, kiedy zmierza do pokoju najbardziej mi się spodobały. Trzymają w napięciu ;) Może zabrakło kilku zdań przy jego motywacji, ale to taka duża subiektywność, bo generalnie to mnie kupiła ta chęć poznania źródła muzyki. A tak poza tym, to scenografia miasteczka (tego normalnego) też niezła. Przebijała z tego wszystkiego taka małomiasteczkowość . I niebezpieczeństwo zastygłe w nieruchomym suchym powietrzu :D

 

Rzuciło mi się w oczy dosyć częste -łem i się. I myślę, że nie mam więcej uwag godnych wygłoszenia :D Bo może coś, co mi się nie spodobało, to jakaś mistyczna zasada tekstów lovecraftowskich :P

 

Zdawało mi się, że z drugiego piętra dochodzą dźwięki dziwnej melodii. Według tego, co mówił pan Higgins, nikt tam nie mieszał, więc pomyślałem, że to skutek uboczny wypitego alkoholu. Poczułem, jakby coś próbowało wślizgnąć mi się do umysłu. Dziwny, nienaturalny zew ciągnął mnie na piętro.

Powtórzenie i chyba literówka :P

Dzięki za przeczytanie i opinię, lenah. Fajnie, że się podobało i trzymało w napięciu. O to chodziło :)

Ciekawe i dobrze napisane opowiadanie, takie własnie w lovercraftoiwskim klimacie. Jak na konkurs – idealne. Ładnie poprowadzona narracja, wszystkie wątki pozamykane i wyjaśnione. Trochę końcówka jest zbyt pośpieszna, chyba należało wyjaśnianie tajemnicy stopniować, ale na pewno obowiązywał limit znaków, a to ogranicza.

Kompozycyjnie także dobrze, może w paru miejscach przydałyby się nieznaczne cięcia.

Dobry język  narracji, czytało się bardzo dobrze, fabuła rozwija się płynnie. I Intryguje… Najlepszy jest rozdział, w którym zamroczony whisky bohater widzi oplatające go macki. Mocne i dobrze napisane.

Więcej niż udane opowiadanie, w pełni zasługujące na bibliotekę.

Pozdrówka

Roger dzięki za odwiedziny, opinię i klika. Cieszę się, że tekst się podobał :)

Nie ma za co. Teraz dopiero doczytałem, ze to nie był konkurs, tylko po prostu numer poświęcony  Lovercraftowi.  Ale to nie zmieniło ani sposobu oglądu przeze mnie tekstu, ani jego wysokiej oceny. 

Talie teksty wcale nie pisze się łatwo… Czyta się łatwo, jeżeli, jak w tym przypadku, został dobrze i starannie napisany. 

Pozdrówka.

Podoba mi się.

Narrację prowadzisz dość sucho i beznamiętnie, jak na pierwszoosobową relację, ale to nie jest zarzut. Przypomina to styl Lovecrafta. Fakt, bez jego odjechanych konstrukcyjnie zdań i rokokokowych ornamentów, lecz nie sądzę, by chodziło ci o kopiowanie stylu, a raczej utrzymanie konkretnego klimatu.

A klimat jest. Ładnie zbudowany opisami zwykłych zajęć, spacerami po miasteczku, sennymi koszmarami, a wreszcie wyprawą na drugie piętro kamienicy. Plusem jest to, że 

 

BĘDZIE SPOJLER:

 

Nikomu nic się nie stało, skończyło się na samym straszeniu. Gore zepsułby nastrój. 

Minus – dość, niestety, duży – zakończenie. Jak napisał Roger – za szybko. Ot, zobaczył paskudę, zrozumiał i tyle. Wolałabym więcej wizji, więcej koszmaru, więcej grozy.

I jeszcze jedno. Akcja dzieje się jakoś w pierwszej połowie dwudziestego wieku. Niespecjalnie pasuje mi, że ktoś mówi "Niektóre wydziały mają najlepszą katedrę pedagogiczną w całych Stanach." W tamtych czasach pojęcie Stanów jako jednolitego państwa nie bardzo jeszcze funkcjonowało w świadomości ichniego społeczeństwa. Przeciętny Amerykanim nie powiedziałby "w calych Stanach", nawet, jeśli rzeczywiście miałby na myśli cały kraj. Raczej "najlepszą na Wschodnim Wybrzeżu", albo "najlepszą na Północy", czy nawet "najlepszą stąd do San Francisco"

Aha, tak samo: "Profesorowie uznawani są za niezłych świrów". Wiem, że nie stylizujesz dialogów (nie ma takiej potrzeby), ale akurat to zgrzyta. Lepiej może: "Profesorowie uchodzą za niezwykle ekscentrycznych."

Ale to drobiazgi.

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki za przeczytanie, thargone. Cieszę się, że udało się zbudować klimat, o to mi dokładnie chodziło. Nie planowałem makabry, ani gore, starałem się budować napięcie w inny sposób. Pierwotnie opowiadanie kończyło się inaczej, ale postawiłem ostatecznie na takie otwarte zakończenie.

Rogerze, to nie był konkurs, limit też był chyba do 40000 znaków, ale nie chciałem zbytnio rozciągać opowieści.

Opowiadanie jest dobrze napisane, jednak przez długi czas nie dzieje się nic poza… konsumpcją. Bohater ciągle je, pije herbatkę, alkohol, chodzi po mieście i znowu je. Opisy są sprawne, ale trochę mnie znużyły, w moim odczuciu nie do końca dobrze rozłożyłeś napięcie, przez co mi również końcówka wydawała się zbyt pośpieszona, za to środek zbyt wolny. Finał taki sobie. Najbardziej podobała mi się scena z pleśnią na suficie.

NIghter dzięki za przeczytanie. Chciałem opisać codzienność bohatera, w którą wkrada się coś niezwykłego. Stąd dość powolne opisy jego zajęć, rozmów i posiłków. Jak widać nie do końca się udało.

Podobało się, szczególnie klimat.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki, Basiu za odwiedziny :)

Tekst porządnie napisany, czytało się płynnie, choć początek mocno się dłuży. Sporo tam konsumpcji i opisów Arkham. Fakt faktem klimatycznych, ale jako czytelnik mocniej nastawiony na akcję, trochę za nudno. Tym niemniej końcówka mocno to wynagradza, a samo zakończenie ładnie współgra z całym uniwersum mitów Cthulhu.

Podsumowując: jest okej, ale też bez wielkich fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zacny lovecraftowy klimat. Podobało się i wciąż podoba. Gratki za publikację w CF. :)

Nawiązania do Lovecrafta liczne, najbardziej kojarzyło mi się z “Muzyką Ericha Zanna”.

W odróżnieniu od pierwowzoru, nie budujesz piramidy przymiotników i puenta nie jest oczywista już w jednej trzeciej tekstu.

Z oryginalnością szału nie ma, ale wiadomo, że przy zadanej tematyce trudno uciec od ciulhowej mitologii.

Jak na horror, to nawet, nawet.

Babska logika rządzi!

Przykro mi, ale nie dołączę do grona zadowolonych z lektury. Opowiadanie zdało mi się monotonne i bardzo nużące, nie udzielił mi się, niestety, nastrój grozy, a polipowaty stwór z mackami nie był żadnym zaskoczeniem.

Jednakowoż cieszę się Belhaju, że Widmowa muzyka została zaprezentowana w kwartalniku. Życzę Ci jeszcze wielu coraz lepszych publikacji. ;)

 

uda­łem się na le­żą­cą nie­da­le­ko Sen­ti­nel Stre­et. Tam od­na­la­złem ka­mie­ni­cę na­le­żą­cą do Ga­re­tha Worm­ga­te’a. – Nie brzmi to najlepiej.

 

Ol­brzy­mi, ce­gla­ny, dwu­pię­tro­wy bu­dy­nek o zdo­bio­nej fa­sa­dzie… – Na czym polega olbrzymiość dwupiętrowej kamienicy?

 

Gdzie moje ma­nie­ry? – żach­nął się męż­czy­zna. – Po­zwól, że ci przed­sta­wię. To Carol Laf­fer­ty, moja na­rze­czo­na. – Rzeczywiście, Ga­re­th Worm­ga­te chyba nie miał dobrych manier, bo zachował się niewłaściwie. Powinien przedstawić przybysza swojej narzeczonej.

 

Pro­fe­so­ro­wie są uzna­wa­ni za nie­złych świ­rów. – Nie wydaje mi się, aby to określenie było używane w czasach, w których dzieje się opowiadanie.

 

Wrę­czy­łem panu Ga­re­tho­wi ko­per­tę z czyn­szem za naj­bliż­sze pół roku oraz jesz­cze raz po­dzię­ko­wa­łem. – Brzmi jak powtórzenie.

 

Pan Worm­ga­te oraz panna Laf­fer­ty już wy­je­cha­li, w kuch­ni za­sta­łem je­dy­nie star­szą panią. Jak się do­my­śli­łem była to wła­ści­ciel­ka cu­kier­ni, pani Hig­gins. – Powtórzenia.

 

Nie mo­głem do­cze­kać się już roz­po­czę­cia stu­diów. Na razie szko­ła była za­mknię­ta… – Raczej: Na razie uczelnia była za­mknię­ta…

 

Prze­sze­dłem kil­ka­set me­trów i do­tar­łem do rzeki Mi­ska­to­nic, od któ­rej nazwę wziął miesz­czą­cy się w mie­ście uni­wer­sy­tet. Prze­spa­ce­ro­wa­łem się wzdłuż jej brze­gu, do­cie­ra­jąc do wschod­nich ro­ga­tek mia­sta i dziel­ni­cy zwa­nej French Hill. Pan Hig­gins do­brze wy­tłu­ma­czył mi drogę. Do­tar­łem pro­sto… – Powtórzenia.

 

Po­dzi­wia­jąc pięk­ne zdo­bie­nia bu­dow­li, wsze­dłem do środ­ka i zmó­wi­łem krót­ką mo­dli­twę.

Kiedy wy­sze­dłem, niebo… – Powtórzenie.

 

Prze­bra­łem się w świe­że ubra­nia i po­sta­no­wi­łem zejść na dół… – Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. To, co wkładamy na siebie, to ubranie.

 

kiedy zo­ba­czy­ła, jak wcho­dzę, spoj­rza­ła na mnie po­chmur­nym wzro­kiem. – A jak wchodził?

Skoro zobaczyła że wchodzi, to chyba już nie musiała spoglądać.

Proponuję: …kiedy zo­ba­czy­ła, że wcho­dzę, wzrok jej spochmurniał.

 

Na­pi­sa­łem list do matki, w któ­rym opi­sa­łem, jak mi się miesz­ka… – Powtórzenie.

 

Wy­cią­gną­łem trze­cią kart­kę pa­pie­ru i za­czą­łem pisać na­stęp­ną ko­re­spon­den­cję. – Nie wydaje mi się, aby korespondencję można pisać.

usły­sza­łem dziw­ne chlup­nię­cie. Spoj­rza­łem pod nogi i cof­ną­łem się prze­ra­żo­ny. Na ko­ry­ta­rzu i scho­dach znaj­do­wa­ła się dziw­na, zie­lo­na… – Powtórzenie.

 

Na pię­trze znaj­do­wa­ło się dwoje drzwi. Mu­zy­ka do­cho­dzi­ła zza tych znaj­du­ją­cych się po pra­wej stro­nie ko­ry­ta­rza, a więc w miej­scu gdzie okna po­ko­ju wy­cho­dzi­ły… – Ze tego wynika, że drzwi znajdowały się tam gdzie okna pokoju, co wydaje mi się raczej mało możliwe.

 

Mu­zy­ka i chro­bo­ta­nie uci­chło. – Piszesz o muzyce i chrobotaniu, wiec: Mu­zy­ka i chro­bo­ta­nie uci­chły.

 

Chcia­łem zbiec na dół, wy­biec z ka­mie­ni­cy, uciec z Ar­kham. – Powtórzenie.

 

stwo­rów i bóstw, o któ­rych ist­nie­niu nie mia­ł po­ję­cia. Które wła­śnie wy­do­sta­ły się ze swo­je­go wię­zie­nia. Zo­ba­czy­łem ska­li­stą plażę, na którą z mor­skich głę­bin… – Powtórzenia.

 

Mój umysł był kla­row­ny i roz­ja­śnio­ny, choć chwi­le za­ję­ło mi po­ukła­da­nie… – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki wszystkim za przeczytanie i komentarze :) 

NoWhere akcji faktycznie nie ma za wiele, opowieść przyspiesza dopiero w końcówce. Jednak był to celowy zabieg.

Blackburn dzięki, fajnie że się podobało :)

Skoro nawet Finkla pochwaliła horror to znaczy, że jest dobrze :)

Reg, szkoda, że nie podeszło. Skoro Lovecraft to musiały pojawić się macki, stąd pewnie brak zaskoczenia. Mimo to dzięki za przeczytanie. Do wskazanych błędów odniosę się później, bo wczoraj troszkę przybrowarzyłem i dzisiaj rano nie myślę zbyt jasno.

Znaczy browar był ciemny… ;-)

Belhaju, nie ciesz się tak – niedawno skończyłam brnąć przez cegłę Lovecrafta. W porównaniu z tymi nudami wszystko wydaje się cymesem. ;-)

Babska logika rządzi!

Ha był jasny, po prostu o kilka za dużo… Osobiście lubię Lovecrafta i jego narracja nigdy mi nie przeszkadzała. Zresztą King poszedł podobną drogą.

Krótko, bo krótko podsumowałam już tekst w wątku Pochwal się: Klimacik jest i chociaż widzę zamiar, to i tak żal, że tekst urwany jest w najciekawszym momencie. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Pamiętam Twoją opinię, Olu. Pierwotnie kończyło się bardziej drastycznie, ostatecznie pokusiłem się o niewielkiego cliffhangera :)

Fajne :)

Cieszę się, Anet :)

Sprawny język i klimatyczny nastrój. Dobrze zbudowana historia, ale prowadzona w zbyt różnym tempie. Z jednej strony zbyt skrótowe scenki, jak rozmowa z gospodarzem na werandzie, czy ze staruszkiem przy butelce whiskey, a z drugiej strony dłużyzny charakteryzujące się słowami “przyszedłem, wyszedłem, postanowiłem”. Czytając z przyjemnością dobry warsztat, sugeruję popracować nad czymś poważniejszym.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki, Darcon :)

Co masz na myśli mówiąc o czymś poważniejszym?

Pomysł. To taki horror, ale z przymrużeniem oka. Czyli historia poważana, ale jednocześnie niepoważna. Mógłbym ją porównać do “Siedmiu Wspaniałych” w wersji amerykańskiej. Zawsze uważałem, nadal uważam za dobry film, ale później widziałem “Bez przebaczenia” Eastwooda i musiałem przewartościować, co to jest naprawdę dobry western.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Lovecraftowa konwencja zobowiązywała, ale inne bardziej autorskie rzeczy powstały (sprawdź mój profil, parę mam nadzieję ciekawych tekstów tam jest) oraz powstają. 

Podobał mi się klimat i chyba nie mam nic przeciwko Lovecraftowemu stylowi opowiadania :) Przyjemna lektura. I lubię horrory :)

Katia, fajnie że się podobało :)

Z Lovecrafta czytałem dotychczas jedynie Zew Cthulu oraz Króla w Żółci i szczerze powiedziawszy, to opowiadanie jest lepsze niż jakiekolwiek, które przeczytałem w drugim z tytułów. Napisane sprawnie, choć miejscami troszkę niezręcznie (serie zdań w stylu "wstałem", "poszedłem", "zrobiłem" dość toporne) ale poza tym – ciekawy klimat, interesująca fabuła, nawet pomimo krótkości, dobrze napisany główny bohater. No i co najważniejsze – elementy horrorowe faktycznie straszą. Czytając Twoje opowiadanie czułem miejscami prawdziwy niepokój, co w przypadku horrorowej prozy, zwłaszcza ze stajni Lovecrafta, zdarza mi się naprawdę rzadko. Motyw z mrocznymi drzwiami wykorzystany w tej krótkiej formie do perfekcji. Podsumowując, jestem pod wrażeniem. Kawał dobrej roboty, belhaju.

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

Gnoomie wielkie dzięki za przeczytanie i miłe słowa. Cieszę się, że wszystko gra czyli klimat, straszenie i fabuła :)

 

Gnoomie, a czy autorem Króla w Żółci nie był przypadkiem Chambers? : >

 

Garść drobiazgów:

 

momentami nadużywałeś czasownika być

pan Higgins wspominał swoją młodości

literówka

Staruszka zrugała męża, za rozpijanie młodzieży

niepotrzebny przecinek

nikt tam nie mieszał, więc pomyślałem, że to skutek uboczny wypitego alkoholu

wiadomo, mieszanie szkodzi ;D

Spojrzałem w okno w nadziej, że świt

literówka

Początkowo niewielka zaczęła się rozrastać

chyba przecinek byłby ok

coś o jakiś mackowatych stworach

jakichś

Stąd też spora liczba mieszkańców Arkham jest sceptycznie nastawiona do uniwersytetu. W mieście często dochodzi do różnych incydentów z ich udziałem.

gdyby zamiast słowa “uniwersytetu” było słowo studentów, miałoby więcej sensu (podejrzewam, że coś zmieniałeś)

 

ogromny, bezkształtny, biały, polipowaty stwór.

troszkę za dużo przymiotników

 

Raczej ryboludzie, ewentualnie rybo-ludzie, rybo ludzie raczej nie. Tak mi się przynajmniej wydaje.

 

Najlepszy był dla mnie opis wdzierających się w umysł oślizgłych obrazów. Czułem bardzo mocny klimat oryginalnego Lovecrafta, ze wszystkimi wadami tegoż – tj. nie za dużo akcji, straszenie rzeczami, które nie wydają się aż takie straszne (przynajmniej odkąd obejrzałem odcienek South Parku, w którym Cartman latał na Cthulhu ;)) ). Zakończenie bez fajerwerków.

Serdecznie gratuluję publikacji : ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki, że zajrzałeś Nevazie. Cartman latający na Cthulhu? Muszę to zobaczyć :)

Seria 14 odcinek 12, około dziewiętnastej minuty. Jeśli masz czas i chęć to polecam cały cykl odcinków o superbohaterach : ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Z czasem bywa różnie, w serialach mam spore zaległości – a teraz na horyzoncie parę ciekawych premier. Ale dzięki za info :)

O, a ja tu jeszcze nie zostawiłam komentarza!

Z opowiadaniem miałam problem, bo nie jestem fanką Lovecrafta, ale to już wiesz. Niemniej czuć było klimat, a sama historia była pięknie napisana. Bardzo się cieszę, że znaleźliśmy się razem w jednym numerze i mam nadzieję, że będę cię mogła częściej czytać :)

Kam dzięki za komentarz i odwiedziny :) ja również mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zagościmy razem na jakiś łamach – może w NF ;) a co do nowych publikacji to będzie można mnie znaleźć w nowej Histerii. Premiera już jutro :)

O, gratulacje! :)

Dziękuję :) a jak u Ciebie? Jakieś nowe projekty?

Nic nowego, nic ciekawego :( Nawet jak coś wysyłam, to zero odzewu. Teraz mam dwa tygodnie wolnego, to może coś zadziałam.

W razie czego służę beta :)

Oj, dziękuję! Jak ci czegoś trzeba, to też chętnie pomogę :)

Coś będę miał, ale odezwę się jak doszlifuje :)

Co tu dużo gadać – jeden z najlepszych Lovecraftowskich fanfików jakie czytałem. Wobec takich klimatów jestem całkowicie bezbronny i podobają mi się bezwarunkowo. 

Sprawnie napisany. Idealnie dobrany język. Mnóstwo smaczków. Lubię to. 

Dzięki za dobre słowo, fajnie, że się podobało :)

Nevazie, masz rację. Miałem raczej na myśli całe stworzone przez niego uniwersum, aniżeli konkretne publikacje spod jego ręki. Niezręcznie się wysłowiłem. Mea culpa.

PS: Daruj slowpokizm.

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

Nowa Fantastyka