- Opowiadanie: kam_mod - Ostatnia noc Lipin

Ostatnia noc Lipin

Opowiadanie trafiło do Creatio Fantastica TUTAJ.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

funthesystem, CountPrimagen

Oceny

Ostatnia noc Lipin

Spotkaliśmy się koło dziewiątej, ale dobrze nam się rozmawiało i kiedy wybiła pierwsza w nocy, a kelnerka zaczęła sprzątać, żadne z nas nie miało ochoty iść do domu.

– Chodźmy na stację – zaproponował Wojtek. – Kupmy jeszcze po piwie w monopolowym i tam wypijemy.

Wahałam się.

– No weź – dodał Wojtek ze szczerym oburzeniem. – Chyba nie masz mnie już dość? Come on!

– Mów do mnie po polsku – skarciłam go. – Wiem dobrze, co studiujesz, nie musisz się chwalić.

– Nie chwalę się! – Na jego twarzy pojawiło się zdziwienie. – Ale no posłuchaj, mamy wakacje, widzimy się pierwszy raz od pół roku. Mamy co nadrabiać, nie?

Zgodziłam się z tym.

– To co?

– Chodźmy na stację – powiedziałam wreszcie.

Szliśmy może kwadrans, zanim zostawiliśmy Lipiny za naszymi plecami. Obejrzałam się na nie jeszcze raz czy dwa, kiedy Wojtek nawijał z entuzjazmem o jakiejś postaci z filmów o superbohaterach, ale niezbyt mnie to obchodziło i wcale go nie słuchałam. Miasto spało głęboko, pogrążone w czarno-szarym półmroku. Uliczne lampy były już od dawna wyłączone. Domy nagle stały się obce, ich kontury były wrogie, schowane częściowo za drzewami. Księżyc stał wysoko, a gwiazdy gęsto go otaczały, widoczne jak rzadko kiedy. Piękna to była noc, ostatnia noc Lipin.

– Naprawdę powinniśmy obejrzeć ten film – ciągnął Wojtek.

Przytaknęłam.

Stacja była oddalona od Lipin. Droga na nią szła prosto, równolegle do wsi, oddzielona szerokim pasem zboża. Wiatr przeczesywał je palcami i nawet w mroku widziałam, jak kłosy falują to z jednej, to z drugiej strony. Po obu stronach drogi, którą szliśmy, rosły krzewy, ale poza tym otaczała nas pusta, otwarta przestrzeń. Dopiero bliżej stacji postawiono jeszcze kilka domków, a w żadnym z nich nie paliło się światło.

– I Wonder Woman powinna ci się spodobać – dodał. – Trochę mi ją przypominasz z wyglądu.

Jedynym źródłem światła była latarka w telefonie Wojtka, która kołysała się przy każdym ruchu. Góra – dół – góra – dół – góra – dół, tak jak jego ramię.

– Nie wiem, kim jest Wonder Woman i nie mam pojęcia, jak ona wygląda – stwierdziłam z niesmakiem. – Strasznie tu ponuro.

Wzięłam go pod ramię, tak na wszelki wypadek.

– No, i już po północy – dodał Wojtek konspiracyjnym głosem. – Wszystkie duchy już się obudziły i grasują teraz wokół nas.

– Nie żartuj sobie ze mnie!

– Wyobraź sobie, ktoś mógłby iść kilka kroków za nami i nawet byśmy nie wiedzieli.

Obejrzałam się za siebie. Pusto. Chyba.

– Nie mów takich rzeczy! – Uszczypnęłam go w ramię.

Wojtek roześmiał się, ale chwilę później usłyszeliśmy wyraźnie, jak coś przebiegło obok nas, szeleszcząc w krzakach. W milczeniu poświecił komórką w stronę pobocza.

– Usłyszał nas – powiedział z markotną miną. – Usłyszał i skoczył w krzaki, żebyśmy go nie zobaczyli.

– Tak, w te pokrzywy – dodałam z przekonaniem. – Biedny upiór.

Minęliśmy kilka ostatnich domów, które oddzielały nas od stacji. Panowała cisza. Weszliśmy na pierwszy peron i zeskoczyliśmy z niego wprost na tory, w kolejny, głębszy odcień czerni.

– Idealne miejsce na piknik – powiedziałam, stając na jednej z szyn, wyślizganej i srebrnej z wierzchu. Natychmiast straciłam równowagę i zleciałam na kamienny podkład.

Wojtek wyminął mnie i jako pierwszy wspiął się na kolejny peron. Podeszłam do niego, a wtedy wyciągnął rękę i pomógł mi się wspiąć. Wreszcie usiedliśmy razem na szarym peronie, który nadal był nagrzany od słońca.

– Jak przyjemnie – powiedziałam, przyciskając dłonie do chropowatej powierzchni.

Wojtek wyciągnął dwie butelki piwa.

W jednym z domów za stacją zapaliło się światło, jedyny jasny punkt, jaki był widoczny z naszego miejsca. Podmuch wiatru przyniósł zapach sosen. Za stacją rozciągał się las, który zlewał się nam teraz w jedno. Wzrok nas zawodził, ale pozostałe zmysły nadrabiały braki. Słyszeliśmy wyraźnie, jak las szumiał przy najmniejszym porywie wiatru. Od czasu do czasu docierało do nas pohukiwanie sowy. I było jeszcze coś… coś w powietrzu. Nawet teraz, o pierwszej w nocy, czuło się energię, jaka zbierała się w ciągu dnia.

– Dobra, toast – powiedział Wojtek, podając mi otwartą butelkę piwa.

– Za przyszły rok! – rzuciłam bez namysłu.

– Za przyszły rok – zgodził się. I jak przystało na przyszłego anglistę, dodał: – Cheers!

Stuknęliśmy się i upiliśmy trochę.

– Jak książka twojego taty? – przypomniało mi się.

– Rośnie z dnia na dzień – roześmiał się. – Już teraz dochodzi do pięciuset stron, a mówi, że to dopiero początek. I że jakby miał porządnie opisać historię Lipin, to musiałby napisać trzy razy tyle. W kółko odkrywa coś nowego i potem przez tydzień chodzi i o tym nawija.

– Fajnie!

– Daj spokój. Jak się za mocno rozkręca, to idę do swojego pokoju. Zwykle nie zauważa.

Roześmiałam się.

– Ale mama to już wariuje od słuchania o jednym i tym samym. Słuchaj, parę dni temu odkrył, gdzie w Lipinach był jakiś bardzo stary cmentarz. O rany, buzia mu się nie zamykała.

– Gdzie był? – spytałam z żywym zainteresowaniem.

– Gdzieś naprzeciw remizy strażackiej. Nie wiem. Co za różnica, i tak od dawna nie ma po tym śladu.

Zamieniliśmy jeszcze kilka leniwych zdań, rozkoszując się atmosferą. To było niesamowite uczucie, siedzieć tutaj, w cieple i w ciemności, i być otoczonym ze wszystkich stron żywymi istotami, których nie było widać.

Skończył opowiadać o jakimś wykładowcy i na chwilę zapadła między nami cisza, kiedy zajął się opróżnianiem butelki.

– Las jest coraz głośniejszy – powiedziałam. – Słyszysz?

Wojtek milczał. Przez chwilę oboje się wsłuchiwaliśmy.

– Szumi – powiedziałam znacząco.

– Jest lato – wzruszył ramionami. – Normalne, że las szumi. Produkuje małe zajączki.

Zachichotałam. Położyłam się na peronie i Wojtek bez zastanowienia zrobił to samo. Przez chwilę w milczeniu patrzyliśmy w niebo.

– Brakuje mi gwiazd w mieście – powiedziałam. – Tam ich nigdy nie widać.

– I niebo jest różowe – dodał. – Wiem. Jest inaczej.

Minęło kilka kolejnych, spokojnych minut, zanim Wojtek zagadnął:

– Słyszysz? Las cichnie.

Milczałam. Przekręciłam głowę tak, żeby widzieć dworcowy zegar. Wybiła trzecia. Usiadłam i przeciągnęłam się.

– Ale zleciało.

– Mówiłem, że będzie fajnie.

Może nie było to zbyt istotne, co robiliśmy, ale to były ostatnie, sielankowe minuty, kiedy jeszcze mogliśmy docenić szumiący las czy peron nagrzany słońcem.

Bo właśnie wtedy od strony Lipin rozległ się wysoki, zawodzący dźwięk, czy może raczej buczenie, które zaczęło przybierać na sile. Słyszeliśmy, jak melodia wchodzi na coraz wyższe tony i dzięki temu zatacza coraz szersze kręgi, obejmując swoim zasięgiem już nie tylko same Lipiny ale i całą okolicę.

– Syrena alarmowa? – spytałam.

Wojtek przytaknął. Jej brzmienie, mimo odległości, świdrowało nasze uszy.

– Nigdy nie lubiłam tego dźwięku – powiedziałam, obejmując kolana dłońmi. – Miałam wrażenie, że zwiastuje coś złego.

– Raczej przynosi pomoc – powiedział pocieszająco Wojtek. – Zobaczmy, ile czasu zajmie, zanim usłyszymy wóz strażacki. Jest trzecia dziesięć. Ile im dajesz?

– Pięć minut?

– Daj im wstać i dojechać. Dziesięć.

– Okej, zobaczymy – przyjęłam zakład.

Nadal trzymałam w ręku butelkę z końcówką piwa. Syrena nadal nie przestawała wyć, rezonując echem, które dochodziło do najdalszych miejsc. Pomoc, pomyślałam stanowczo. Pożar? Chyba tak, cóż by innego?

Dziwnie się siedziało na dworcu, wyobrażając sobie poruszenie, jakie musiało panować w jednostce strażackiej.

– Ale muszą się uwijać – mruknęłam. – Biedni, tak się budzić w środku nocy.

Dopiłam resztę piwa, które smakowało okropnie. Spod domu Witkowskich z piskiem opon ruszył samochód.

– O, to pewnie Kacper – stwierdził.

Zerknęłam na dworcowy zegar i widziałam, że wzrok Wojtka podążył za moim. Wskazówki przesuwały się zdecydowanie zbyt wolno. Minuta, dwie, trzy… Syrena nie cichła.

– Wydawało mi się, że to tylko chwilę trwa? – spytałam. – Tak wiesz, żeby wszyscy usłyszeli?

Wojtek wzruszył ramionami.

– To chyba coś znaczy, jeśli alarm trwa dłużej – mruknął z zamyśleniem Wojtek. – Kiedyś w liceum czytałem… trzy minuty to chyba zagrożenie atomowe?

Zrobiłam wielkie oczy, ale się nie odezwałam. Minęło kilka kolejnych minut.

– Um, Wojtek? – Przerwałam ciszę. Chłopak oderwał wzrok od zegara i spojrzał na mnie. – Co jest gorsze od bomby atomowej?

Namyślił się.

– Może coś im się zacięło.

Kiedy odliczyliśmy pełen kwadrans, a dźwięk syreny nadal rozchodził się po okolicy, widziałam już, że coś było nie w porządku i nie była to kwestia czegoś tak prozaicznego jak pożar.

– Dziwne, że któryś z sąsiadów nie poszedł ich opieprzyć – stwierdził Wojtek. – Przecież naprzeciwko straży pożarnej mieszka Michalski. No kto jak kto, ale on zawsze jest pierwszy, żeby urządzić awanturę.

– Chodźmy do domu – powiedziałam po chwili milczenia.

– Zostało nam pół godziny do wschodu słońca!

– Zobaczymy go po drodze. Chodź, ja się boję.

Wyrzuciłam puste butelki do kosza i razem zeszliśmy z peronu. Wojtek przekonywał mnie, że totalnie nie ma się czego bać, że to tylko awaria systemu albo jakaś inna głupota.

– Tak czy inaczej pewnie już pół Lipin jest na nogach – stwierdziłam. – Ta syrena mogłaby obudzić nawet zmarłego.

Wojtek zachichotał, ale skarciłam go spojrzeniem.

– Moi rodzice nie będą zachwyceni, kiedy zobaczą, że jeszcze nie wróciłam do domu.

Z każdym kolejnym krokiem było coraz jaśniej, a wycie syreny stawało się coraz wyraźniejsze.

Wciąż jeszcze dużo czasu pozostawało do wschodu słońca, ale pojawiały się już jego pierwsze oznaki. Noc ustępowała miejsca płaskiej szarości, która dopiero miała nabrać głębi. Nad polami wkrótce zacznie się unosić mgła. Zostawiliśmy las za plecami, ale mimo to słyszałam, jak pierwsze ptaki wznosiły trel. Ziewnęłam. To byłby idealny poranek… A niekończące się brzmienie syreny stanowiło upiorny kontrast. Nie dajcie się zwieść, ostrzegała. Tu nie jest bezpiecznie.

Wyszliśmy na główną drogę prowadzącą do Lipin i poczułam się trochę pewniej. Byliśmy teraz bliżej ludzi. Z pewnością nie mogło nam się stać nic złego, prawda? Mimowolnie zwolniliśmy, widząc jakąś kobietę idącą z naprzeciwka.

– O, widzisz – mruknął Wojtek. – I tyle, jeśli chodzi o spokój. Zawsze można liczyć na starsze panie chodzące do kościoła.

– Kościół jest w drugą stronę.

– Wracające.

Przyglądałam się jej uważnie, z każdą chwilą dostrzegając coraz więcej szczegółów. Musiała mieć koło sześćdziesiątki. Była ubrana od góry do dołu na czarno, a wokół nadgarstka miała opleciony różaniec, który zwisał swobodnie. Szła powoli, wręcz człapiąc, a jej czarne pantofle postukiwały przy każdym kroku. Wyglądała znajomo, ale nie potrafiłam powiedzieć skąd. Kiedy się zbliżyliśmy, mogłam wreszcie przyjrzeć się jej twarzy. Miała błękitne, nieprzytomne oczy. Nie widziała ani nas, ani drogi przed sobą.

– Dzień dobry. – Skłoniliśmy się z Wojtkiem niemal jednocześnie, ale nie zareagowała.

Minęła nas, a wtedy poczuliśmy wyraźnie ciągnący się za nią smród zgnilizny.

– Ci starzy ludzie zawsze dziwnie pachną, nie? – stwierdził Wojtek.

Obejrzałam się za kobietą.

– Wyglądała znajomo – powiedziałam niepewnie. I wtedy to do mnie dotarło. – Wiem! Wygląda jak koleżanka mojej mamy, pani Majchrzak. Wygląda, ale… No, w zeszłą środę był jej pogrzeb. Jest martwa.

– Więc to nie ona.

Zmarszczyłam brwi z powątpiewaniem.

– Ech, pewnie ma jakąś siostrę czy coś. – Wzruszyłam ramionami. Koleżanki mojej mamy nigdy zbytnio mnie nie interesowały.

Wojtek obejrzał na nią i znów spojrzał na mnie.

– Ale to by miało sens – dodałam mimowolnie. – Spójrz tylko na nią. Czarna suknia. Różaniec. Ona wygląda, jakby wyszła prosto z trumny.

– Wygląda całkiem czysto jak na kogoś, kto właśnie przedarł się przez dwa metry ziemi – skomentował Wojtek. – Daj spokój. Te wszystkie baby zawsze się tak stroją.

– Spytam mamy po powrocie – powiedziałam bez przekonania.

Spojrzeliśmy oboje w stronę Lipin. Niemal w każdym domu paliło się już światło, ludzie byli ciekawi, co się stało. Wieś nadal pogrążona była w szarości, ale nad główną ulicą unosiła się złota łuna, jakby od pożaru. Wtedy jeszcze miałam nadzieję, że to zwykły ogień. No bo co innego – w naszych nudnych Lipinach?

– Ciekaw jestem, kto za to odpowiada – mówił tymczasem Wojtek. – Straż? Ktoś tam zasnął? Ta syrena powinna już dawno się urwać. Mam wrażenie, że komuś się nieźle oberwie za wyrywanie ludzi ze snu o tej porze.

– Może to błaganie o pomoc – zasugerowałam i oboje poczuliśmy, jak atmosfera oklapła.

– Jesteś największą optymistką Lipin, wiesz o tym? – skwitował to Wojtek.

Tymczasem na horyzoncie pojawiła się kolejna sylwetka. Obejrzałam się za siebie. Pani Majchrzak zniknęła nam już z oczu. Ten ktoś, raczej starszy mężczyzna, zbliżał się do nas, idąc tak samo jak ona – człapiąc i szurając butami.

– Wojtek, on nie ma ręki – powiedziałam rzeczowo, kiedy się zbliżył.

– Widzę. Hm, co powiesz na to, żebyśmy przeszli na drugą stronę?

Wyszliśmy na środek ulicy i przystanęliśmy, kiedy podszedł bliżej. Jego twarz, mocno wysuszona i sczerniała, ale trzymająca się całkiem nieźle, wykrzywiła się na nasz widok. W przeciwieństwie do kobiety, on z pewnością nas dostrzegał. Wyglądał, jakby przez dłuższy czas grzebał się w ziemi, jego jasnoszary garnitur był wybrudzony, pokryty plamami. Zatrzymał się i spojrzał na nas. Otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Zamknął je i spróbował jeszcze raz. Zaskrzeczał. Wyglądał jakby miał w środku mechanizm, ale nie wiedział, jak go uruchomić.

Ruszył w naszą stronę, a my wtedy gwałtownie się cofnęliśmy. Pewnie zaraz zaczęlibyśmy uciekać, ale zanim o tym pomyśleliśmy, rozległy się strzały. Jego ciało zatrząsnęło się od uderzeń, po czym upadło na ulicę. Poczułam, jak zapach śrutu miesza się z odorem rozpadu.

– Ty, patrz. – Wojtek szturchnął mnie. Od strony stacji nadchodził jakiś mężczyzna. Był koło pięćdziesiątki, szczupły, ze szpakowatymi włosami i ciemną brodą. W dłoni trzymał opuszczoną w dół wiatrówkę.

Musieliśmy wyglądać jak skończeni idioci, gapiąc się tak na niego, bo pokręcił głową na nasz widok.

– Tata Kacpra – wyrwało się Wojtkowi. – To znaczy, pan Witkowski. Dzień dobry.

– Dzień dobry. – Dygnęłam grzecznie nad podziurawionym ciałem, z którego nie wypłynęła ani kropelka krwi.

– Czy wyście do cna zgłupieli, dzieciaki? – zdenerwował się, podchodząc do nas. – Wy za czym tutaj? Szukacie wrażeń?!

– Próbowaliśmy się dowiedzieć, co się stało – wtrąciłam, zanim Wojtek zdążył się odezwać. – Skąd ta syrena.

Witkowski odetchnął głęboko.

– Kacper do mnie zadzwonił – wyjaśnił. – Wiecie pewno, co powiedział. Powiedział, że trupy wstały z cmentarza i rozlazły się po całych Lipinach.

Uniosłam brwi. Filmy filmami, ale takie rzeczy się przecież nie zdarzały. Nie naprawdę.

– Super – powiedział jednocześnie Wojtek ze szczerym zachwytem. – Apokalipsa zombie!

– Idiota – jęknęłam, chowając twarz w dłoniach. – Idiota!

Witkowski musiał w duchu zgodzić się ze mną, bo kontynuował, zwracając się już bezpośrednio do mnie.

– Byłbym mu nie uwierzył, ale zobaczyłem Jankę Majchrzakową pod domem, a na własne oczy widziałem, jak ją chowali. Kacper mi powiedział, że mam zostać w domu. A potem słyszę tylko krzyki i łomot, i koniec połączenia. Nie odbiera już. – Zmarkotniał. – No to stwierdziłem, że przejdę się mu pomóc. Mam w plecaku piłę spalinową i wszystkie noże z kuchni, ale wiatrówka, jasna sprawa, jest najskuteczniejsza. Mogę wam dać po nożu – dodał po namyśle.

Wojtek wpatrywał się w niego z zachwytem.

– Ech, dzieciaki – westchnął. – Idźcie do domu i przygotujcie rodziców na to, co się dzieje. Żadnego pożytku z was tutaj nie będzie.

Ruszył przed siebie. Spojrzeliśmy na siebie z Wojtkiem. Widziałam, jak mu oczy błyszczały.

– Dom – powiedziałam stanowczo.

Zgodził się potulnie.

– Dobra, szefie. Proszę pana! – zawołał i oboje podbiegliśmy do Witkowskiego. – Możemy iść z panem do remizy? A dalej do domu pójdziemy sami.

– I może nam pan dać te noże? – dodałam.

Spojrzał na nas z powątpiewaniem.

– Nie będę was pilnował.

– Poradzimy sobie – zapewnił go Wojtek.

Nie był chyba zbyt przekonany, ale sięgnął do plecaka. Dostaliśmy noże i ruszyliśmy w stronę remizy, z której echem niosła się syrena. Wojtek i pan Witkowski poszli przodem.

Zadzwoniłam do rodziców i poinformowałam ich o tym, gdzie jestem.

– Skarbie, zostań w remizie albo u Wojtka – powiedziała mama, dysząc głośno od biegu. – Połowa naszej ulicy się pali. Pomagamy gasić dom Petrykowskich.

Pożegnałam się z nimi. Byłam rozdarta. Pierwszy raz jak żyję w Lipinach działo się coś bardziej ekscytującego niż wiejska dyskoteka, na której tulipanami naparzały się łyse karczki. Chciałam być tego częścią, ale bałam się i o siebie, i o rodziców.

Zaśmiałam się cicho. Czy to nie było zabawne? Oto szłam główną ulicą Lipin z nożem kuchennym w ręku, gotowa polować na gustownie ubrane trupy.

Wojtek odwrócił się do mnie, ale jego wzrok powędrował dalej.

– Ty, zobacz.

Nasz pierwszy zakatrupiony trup wstał, otrzepał marynarkę i zaczął wlec się za nami. Przyśpieszyłam kroku i zrównałam się z nimi.

Byliśmy coraz bliżej centrum. W zasięgu wzroku zaczęło pojawiać się coraz więcej zmarłych. Chodzili niemrawo, kompletnie niczym nie zainteresowani, jak lunatycy. Część z nich miała otwarte oczy i patrzyła przed siebie pustym, nic nie widzącym wzrokiem. Niektórzy z nich wyglądali jak śpiące ciała prowadzone na niewidzialnych sznurkach, z przechyloną głową i rozchylonymi ustami.

Pierwszą grupkę strażaków spotkaliśmy parę minut później. Podpalali trupy, a następnie pilnowali tych chodzących pochodni, póki nie padały na ziemię. Wszędzie w zasięgu wzroku leżały dogorywające, bezkształtne kadłuby. Czasem któryś z nich wstawał i ruszał dalej mimo ognia i siekiery wbitej w głowę.

– Schowajcie się w remizie – powiedział jeden ze strażaków, podchodząc do nas. – Omijajcie je szerokim łukiem. Są bardzo silne.

– Poczekaj! – Witkowski złapał go za pokryty sadzą kombinezon. – Czy ogień je zabija?

Mężczyzna pokręcił głową.

Trup w szarej marynarce zbliżył się do nas i przystanął, jakby obserwując pogorzelisko. Minęliśmy go i poszliśmy dalej, prosto do remizy. W środku nie zastaliśmy nikogo. Osobiście trochę się zdziwiłam. Remiza była teraz, biorąc pod uwagę okoliczności, najbezpieczniejszym miejscem w całych Lipinach.

Zatrzymałam się w progu i obejrzałam się za siebie. Działka naprzeciwko remizy była gruntownie rozkopana. Zmarszczyłam brwi.

– Syn Michalskiego się buduje – wyjaśnił Witkowski, popychając mnie do przodu. Posłusznie ruszyłam przed siebie. Na piętrze spotkaliśmy starszego mężczyznę, siedzącego za sprzętem służącym do komunikacji. Prosił o pomoc. Słuchaliśmy go przez chwilę, ale kiedy trzeci raz powtórzył to samo, straciłam zainteresowanie.

Podeszłam do okna. Trup w szarej marynarce ominął strażaków i przystanął na ulicy między remizą a placem budowy. Nie wiem czemu, ale trochę mnie to martwiło – nie rozglądał się, nie szedł dalej, nic, tylko stał.

Wyglądał, jakby czekał.

– Mamy trzech zabitych strażaków na tę chwilę – powiedział dyżurny do mikrofonu. Witkowski natychmiast podbiegł do niego i zażądał nazwisk. Skinęłam ręką na Wojtka. Kiedy podszedł do okna, pokazałam mu naszego kolegę.

– Przyszedł za nami – poskarżyłam się.

– Mamy własnego zombie pieska – zażartował. – Nie zwracaj na niego uwagi. Jesteśmy tutaj bezpieczni.

– Dzieciaki!

Obejrzałam się za siebie. Witkowski wydobył już od dyżurnego najważniejsze informacje i teraz szedł w naszą stronę.

– Z Kacprem wszystko w porządku – poinformował nas. – Jego grupa jest gdzieś na Słonecznej, idę tam teraz. Nie ruszajcie się stąd, dobra?

– W razie czego zabijemy każde zombie, jakie tu przyjdzie – powiedział Wojtek, prężąc pierś do przodu.

Spojrzałam z wahaniem na Witkowskiego.

– Uważa pan na siebie, dobrze? – poprosiłam.

Skinął głową.

Kiedy wyszedł, stanęliśmy w oknie i odprowadziliśmy go wzrokiem. Nasz nowy martwy kolega nawet nie drgnął. Spojrzałam jeszcze raz na plac budowy. Wydawało mi się, że dostrzegłam jakiś ruch, jakby ktoś krążył między niedokończonymi ścianami, ale gdy mrugnęłam, wrażenie zniknęło. Nagle za domami mocno zajaśniało i wyglądało to tak, jakby gdzieś w oddali ze znaczną siłą coś wybuchło. To nie była moja okolica, ale i tak spróbowałam dodzwonić się do rodziców. Nikt nie odebrał.

Po chwili dyżurny skończył wreszcie nadawać i schował twarz w dłoniach.

– Przepraszam – odezwał się Wojtek, podchodząc bliżej. – Nie da się nic zrobić z tą syreną?

Dyżurny spojrzał na niego ze zdziwieniem.

– To jest specjalnie – powiedział. – Żeby wszyscy wiedzieli, że mają się pakować i uciekać. Połowa Lipin stoi w ogniu.

Wyjrzałam przez okno. Nasz kolega się nie ruszał. Stał mniej więcej na naszej wysokości i patrzył prosto przed siebie… na co? Na ścianę? Co dokładnie było pod nami?

– Lada moment będą tu jednostki ze wszystkich sąsiednich miast – wyjaśnił dyżurny. – Ale zajmie im to chwilę.

– Nigdzie oprócz Lipin coś takiego się nie wydarzyło? – spytał Wojtek z niedowierzaniem.

Kolega w szarej marynarce zrobił krok do przodu. I jeszcze jeden.

– Tylko tutaj – wyjaśnił dyżurny. Razem zaczęli się zastanawiać, co takiego specjalnego było w Lipinach.

Kolejny krok.

– Słyszałem, że nasz cmentarz jest najstarszy w okolicy – powiedział dyżurny w zamyśleniu.

Idioci. Problem nie leżał w naszym cmentarzu, przynajmniej nie w tym, z którego teraz korzystaliśmy. Problem leżał znacznie bliżej, po drugiej stronie ulicy.

– Ciekawe, czy reszta zombie też się podniesie – zastanawiał się Wojtek.

– To nie są zombie – wymamrotałam, ale chyba mnie nie usłyszeli.

Martwy kolega zrobił jeszcze kilka kroków i zniknął mi z oczu.

– Co tam jest, pod nami? – Pokazałam palcem kierunek, o który mi chodziło. – Tam nie ma żadnych drzwi, prawda?

– Jest wyjście awaryjne – powiedział dyżurny. – Ale…

Ledwie skończył mówić, usłyszeliśmy ciężkie kroki na schodach.

– Ale jest zamknięte na kłódkę – dokończył.

Rzuciliśmy się z Wojtkiem do drzwi. Ja je zatrzasnęłam, a on zaczął przepychać kanapę, żeby je zablokować. Dyżurny w tym czasie zaczął nadawać prośbę o pomoc do znajdujących się najbliżej strażaków. Pomogłam Wojtkowi zastawiać drzwi. Kiedy skończyliśmy z kanapą, zabraliśmy się za komodę.

– Pss, czekajcie. – Dyżurny uniósł dłoń. – Ucichło.

Zamarliśmy. Faktycznie, dźwięk ustał. W ciszy było słychać tylko nasze przyśpieszone oddechy.

– Uff – sapnęłam.

Wojtek opadł na kanapę.

– Co miałaś na myśli mówiąc, że to nie zombie? – spytał.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, z głośnym trzaskiem pięść przebiła drzwi kawałek nad głową Wojtka. Wrzasnęłam. Chłopak zerwał się z miejsca i stanął obok mnie.

– Komoda – zakomenderował.

Podczas gdy my powoli ją przesuwaliśmy, dyżurny spanikowanym głosem powtarzał kolejne prośby o pomoc. Wreszcie podnieśliśmy mebel i postawiliśmy go na kanapie, zasłaniając wyrwaną dziurę. Wojtek oparł się o nią. Nasz martwy kolega dalej uderzał pięściami o drzwi. Wydawał przy tym z siebie jakieś niesprecyzowane dźwięki, coś pomiędzy szlochem i jękiem.

– Utknęliśmy tu – powiedział ponuro dyżurny. – Z tego pomieszczenia nie ma żadnego wyjścia.

– Okno – podsunęłam, podbiegając do jednego z nich. Otworzyłam je i wyjrzałam. Drugie piętro i beton na dole. To będzie bolało.

Rozejrzałam się po okolicy. Nastał ostatni świt dla Lipin, jakich znaliśmy. Już nad niemal całą wsią unosiła się gorejąca zorza.

– Nie panikujcie – rzucił Wojtek, który podskakiwał do przodu przy każdym uderzeniu. – Pomoc nadchodzi.

– Czemu jest taki agresywny? – spytałam, podchodząc do niego. – Nie był taki wcześniej.

Chłopak spróbował wzruszyć ramionami. Tymczasem dyżurny otworzył na oścież okno i najwyraźniej przygotowywał się już do skoku.

– Nie masz wrażenia, że on ostukuje drzwi? – spytałam. Dźwięk z każdym uderzeniem jakby się przesuwał, dopóki nie trafił… Bingo. W drzwiach przy samym zawiasie, w jedynym miejscu niezasłoniętym przez komodę, pojawiła się sczerniała pięść.

– Przebił drzwi – poinformowałam Wojtka.

– Domyśliłem się.

Ręka zniknęła.

– Już są! – wykrzyknął dyżurny z okna. – Pomocy!

Truposz włożył do dziury palce i zacisnął je na drewnie. Szarpnął nimi i fragment drzwi odszedł jak plaster od skóry. W powstałej dziurze pokazała się jego twarz.

– Po-wi-cie Mi-cha-sk-skmu – wycharczał powoli.

Za jego plecami rozległ się tupot stóp.

– Że-by prze-sał.

Zaczął charczeć, a fala gorąca odrzuciła nas od drzwi. W korytarzu rozległy się jakieś krzyki.

– Spokojnie, możecie już wyjść – zawołał ktoś.

Szybko odepchnęliśmy meble. Kiedy Wojtek otworzył drzwi na oścież, nasz trup dogasał już na podłodze z siekierą, która rozłupała mu głowę na części. Spomiędzy kawałków czaszki wypływał przegniły, ciemnoszary mózg. Nad nim stało trzech strażaków.

– Jesteście uratowani! – oświadczył dumnie jeden z nich, a dyżurny rzucił mu się w ramiona.

Koniec

Komentarze

Jeśli chodzi o warsztat, jest to poprawne opowiadanie. Zdarzają się jednak powtórzenia, opisujesz też wiele wspólnych czynności, które trochę irytują, mają też niewielki wpływ na fabułę

Ruszył w naszą stronę, a my wtedy gwałtownie się cofnęliśmy. Pewnie zaraz zaczęlibyśmy uciekać, ale zanim o tym pomyśleliśmy, rozległy się strzały.

czy

Wyszliśmy na główną drogę prowadzącą do Lipin i poczułam się trochę pewniej. Byliśmy teraz bliżej ludzi. Z pewnością nie mogło nam się stać nic złego, prawda? Mimowolnie zwolniliśmy, widząc jakąś kobietę idącą z naprzeciwka.

Często w dialogach używasz słów powiedziałam, powiedział. Można ich czasem używać, nie przeczę, ale ich nadużywanie świadczy o braku pomysłu na płynny dialog. Chociaż same dialogi nie są złe.

To zamknięte opowiadanie i dlatego przeszkadzał mi całkowity brak opisu wyglądu bohaterów, znamy tylko ich imiona, nie wróć, znamy tylko Wojtka, bo o głównej bohaterce nie wiemy nic, nawet imię lub pseudonim jest tajemnicą.

Cała historia trąca naiwnością. Pali się pół małej wioski, a bohaterowie tego nie widzą? Dlaczego się pali, kto podpalił? Jaki w ogóle ten pożar ma związek z resztą fabuły i zombie? Poza tym w bardzo szybkim tempie następuje rozpoznanie zagrożenia (zombie), akceptacja tego zagrożenia (nikt nie szaleje, nikt nie wrzeszczy, nikt nie ucieka) i natychmiastowe wręcz podjęcie walki (wiatrówki i siekiery), wydaje mi się to mało realne.

Myślę, że skupiłaś się na pomyśle pary młodych ludzi rzuconych na spotkanie z zombie, ale zabrakło determinacji żeby to porządnie przemyśleć i wykończyć.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Hej Darcon!

Faktycznie zbyt mało w opowiadanie wsadziłam – powinno zostać rozbudowane. Wolałam skupić się jednak na tej dwójce, myślę że ciężko na ich podstawie oceniać reakcje wszystkich mieszkańców wioski. Myślę, że uciekania i wrzasków też tam było od groma. Natomiast zgadzam się, że pewnie parę tysięcy słów więcej pomogłoby lepiej osadzić akcję.

W wolnej chwili przejrzę dialogi i powyrzucam zbędne didaskalia.

Dzięki :)

Przykro mi to pisać, ale opowiadanie nie podoba mi się. Jest, moim zdaniem, pozbawione sensu. Na tle pożaru i bezradnych strażaków pojawiają się zombie. Skąd się wzięli? Czy trupy powstały, bo Michalski budował dom na starym cmentarzu? Skąd w takim razie ożywiona Majchrzakowa, która zmarła przed tygodniem? Nic mi się tu kupy nie trzyma i do samego końca nic się nie wyjaśnia.  

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Ulicz­ne lampy były już od dawna wy­łą­czo­ne. Domy nagle stały się obce, ich kon­tu­ry były wro­gie, scho­wa­ne czę­ścio­wo za drze­wa­mi. Księ­życ stał wy­so­ko, a gwiaz­dy gęsto go ota­cza­ły, wi­docz­ne jak rzad­ko kiedy. Pięk­na to była noc… – Byłoza. Powtórzenie.

 

– Strasz­nie tu p – ???

 

Obej­rza­łam się za sie­bie. Pusto. – Masło maślane. Czy mogła obejrzeć się przed siebie?

Proponuję: Obej­rza­łam się. Pusto. Lub: Spojrzałam za sie­bie. Pusto.

To masło maślane pojawia się jeszcze kilkakrotnie w dalszej części opowiadania.

 

jako pierw­szy wspiął się na ko­lej­ny peron. Po­de­szłam do niego, a wtedy wy­cią­gnął rękę i po­mógł mi się wspiąć. – Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu: …i po­mógł mi się wdrapać.

 

Nawet teraz, o pierw­szej w nocy, czuło się ener­gię, jaka zbie­ra­ła się w ciągu dnia. – …ener­gię, która zbie­ra­ła się w ciągu dnia.

 

– Ale mama to już wa­riu­je od słu­cha­nia o jed­nym i tym samym. Słu­chaj, parę dni temu… – Czy to celowe powtórzenie?

 

Co za róż­ni­ca, i tak od dawna nie ma po tym śladu.Co za róż­ni­ca, i tak od dawna nie ma po nim śladu.

 

– Jest lato – wzru­szył ra­mio­na­mi.– Jest lato.Wzru­szył ra­mio­na­mi.

 

Kiedy od­li­czy­li­śmy pełen kwa­drans, a dźwięk sy­re­ny nadal roz­cho­dził się po oko­li­cy, wi­dzia­łam już, że coś było nie w po­rząd­ku… – Pewnie miało być: …wi­edzia­łam już, że coś było nie w po­rząd­ku

 

sły­sza­łam, jak pierw­sze ptaki wzno­si­ły trel. – Skoro ptaki, to: …sły­sza­łam, jak pierw­sze ptaki wzno­si­ły trele.

 

Wy­glą­da­ła zna­jo­mo, ale nie po­tra­fi­łam po­wie­dzieć skąd. – Czy można wyglądać znajomo skądś?

Proponuję: Wy­glą­da­ła zna­jo­mo, ale nie po­tra­fi­łam po­wie­dzieć skąd ją znam/ gdzie ją widziałam.

 

Woj­tek obej­rzał na nią i znów spoj­rzał na mnie. – Powtórzenie.

Proponuję: Woj­tek oglądnął się na nią i znów spoj­rzał na mnie. Lub: Woj­tek obej­rzał się na nią i znów popatrzył na mnie.

 

Jego ciało za­trzą­snę­ło się od ude­rzeń… – Jego ciało za­trzęsło się od ude­rzeń

 

Po­czu­łam, jak za­pach śrutu mie­sza się z odo­rem roz­pa­du. – Wyczuła woń śrutu?

 

W dłoni trzy­mał opusz­czo­ną w dół wia­trów­kę. – Masło maślne. Czy coś może być opuszczone w górę?

 

Nasz pierw­szy za­ka­tru­pio­ny trup wstał… – Czy to celowe powtórzenie?

 

prze­chy­lo­ną głową i roz­chy­lo­ny­mi usta­mi. – Nie brzmi to najlepiej.

 

– W razie czego za­bi­je­my każde zom­bie, jakie tu przyj­dzie… – – W razie czego za­bi­je­my każdego zom­bie, który tu przyj­dzie

 

Na­stał ostat­ni świt dla Lipin, ja­kich zna­li­śmy. – Na­stał ostat­ni świt dla Lipin, ja­kie zna­li­śmy.

 

– Czemu jest taki agre­syw­ny? – spy­ta­łam, pod­cho­dząc do niego. – Ze zdania wynika, że bohaterka podeszła do dobijającego się.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, reg! Tak, w zamyśle – duszom ze starego cmentarza naruszono spokój, więc zdecydowały się wstąpić w puste ciała i przetłumaczyć mieszkańcom wioski, żeby przestali majstrować. Tylko z mówieniem wystąpiły pewne problemy. Zaraz się zabieram za poprawki. Mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej :)

Życzę powodzenia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie podobało mi się bardzo aż do zakończenia…

 

Podoba mi się sposób, w jaki opisujesz codzienność. Na początku opowiadanie robi wrażenie obyczajowego, potem niespiesznie wprowadzasz elementy grozy, zabarwione lekkim humorem. Absurd całej sytuacji i brak jakichś bardzo żywiołowych reakcji bohaterów mi nie przeszkadzał. Lubię takie senno-absurdalne klimaty ;).

 

Od momentu dotarcia do wioski było już gorzej. Opowiadanie robi się mocno chaotyczne, a absurd zmierza w stronę bezsensu. Zakończenie – właściwie humoreska, tylko niezbyt śmieszna :( I szwankowała mi logika. Zanim przeczytałam komentarz Reg i Twój, myślałam, że zmarli powstali bo alarm wył i wył, a alarm wył i wył, bo zmarli powstali, co nie miało za wiele sensu.

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

dogsdumpling, dziękuję! Bardzo mi miło, że ci się podobało nawet częściowo. Jeśli chodzi o zakończenie, rozumiem, że nie poszło tak, jak chciałam. Być może należało iść w stronę totalnego absurdu – póki co powinnam chyba opanować realistyczne opowiadania. Trudna rzecz, ta logika.

Myślę, że opowiadaniu najbardziej zaszkodziło to, że nie do końca wiadomo, jakie miało być: obyczajowe, straszne, absurdalne, śmieszne? Gdyby połączyć dowolnie tylko dwa elementy, myślę, że wyszłoby mniej chaotycznie, a gdybyś np. postawiła na porządne wystraszenie czytelnika, to i nielogiczności byłoby łatwiej przełknąć.

A jeszcze co do logiki, połączenie jej z zombie to raczej nie jest łatwa sztuka ;) Chętnie przeczytałabym jakieś bardziej realistyczne opowiadanie Twojego autorstwa :)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Logika przychodzi z doświadczeniem, jak już się tak nie ekscytujesz, tym co napisałeś/aś. Łatwiej wtedy wychwycić błędy i dziury w tekście. Szczęściarze ci, którzy od początku potrafią patrzeć z dystansem, na to, co napisali. Większość jednak podnieca się jak cholera :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Z doświadczeniem też, ale myślę, że leżakowanie bardzo pomaga. Po przecięciu pępowiny łatwiej spojrzeć na tekst bez emocji ;)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

A jeszcze co do logiki, połączenie jej z zombie to raczej nie jest łatwa sztuka ;) Chętnie przeczytałabym jakieś bardziej realistyczne opowiadanie Twojego autorstwa :)

Dzięki! Postaram się jeszcze kiedyś coś wrzucić.

Z doświadczeniem też, ale myślę, że leżakowanie bardzo pomaga.

Kiedy ten tekst ma dwa lata… Podniecenie chyba już dawno opadło. :(

Mam bardzo podobne wrażenia jak dogsdumpling – mimo wielu niedociągnięć (z kwestii fabularnych najbardziej razi niemalże stoicki spokój postaci – przykładowo strażacy dokładnie wiedzą, co mają robić, jakby powstanie zmarłych było równie pospolite jak pożar… który zresztą też się pojawia, ale zupełnie bez wyjaśnienia) opowiadanie podobało mi się aż do zakończenia. Również przed przeczytaniem komentarzy nie zrozumiałem przyczyny pojawienia się umarłych. Ale udało ci się dobrze zbudować klimat i napięcie, miłą odmianą było też to, że zombie nie rzucali się bezrozumnie na kogo popadnie, jak i to, że apokalipsa była lokalna. Może motyw zombie-z-cmentarza nie jest nowy, ale w moim odczuciu nie tak oklepany, jak zombie-zaraźliwy-wirus, więc w tym też dostrzegam plus.

Przeczytałem bez przykrości, ale temat zombie i młodych ludzi jest dla mnie mocno wyeksploatowany. Błędy jakoś specjalnie nie przeszkadzały, większość pewnie już wygładziłaś (tylko tutaj masz niedokończone zdanie na początku: “– Strasznie tu p”).

Podsumowując: jest okej, ale bez fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Czytałem już w Creatio, w którym nota bene byliśmy sąsiadami jeśli chodzi o opowiadania. Najbardziej podobał mi się początek tego tekstu, czyli warstwa obyczajowa życia w niewielkim miasteczku. Wyprawy na stacje po alkohol przypomniały mi czasy moich wakacji kilka lat temu.

Zajrzałem, zwabiony plakietką “horror”. Teraz zastanawiam się czy to oznaczenie jest pomyłką, czy chwytem marketingowym. ;P

Opowiadanie można podzielić na dwie części. Jedna trwa do włączenia syreny, druga – któż by zgadł – od jej włączenia. Pierwszą część oceniam bardzo dobrze, dialogi są naturalne i jako całość, to letnie, alkoholizowane spotkanie dwójki znajomych wydaje mi się udanie przedstawione. Sympatyczna, powolna akcja z obietnicą na więcej.

I trafił to szlag.

 Cała część z zombie, pożarami wydaje się mało wiarygodna, do tego ani nie ma tutaj horroru, ani jakiegoś napięcia, akcji… Z jednej strony mamy zombie, z drugiej jakieś pożary (ale skąd te pożary? I dlaczego bohaterowie ich nie widzą?), no dobra. I wszyscy zdają się przyjmować to “ach, znowu jakaś katastrofa. Niedobrze, lecz no cóż, takie życie”. Jako horror to się nie broni – bo sam fakt, że pojawiły się zombie to za mało. Jako przygodówka też nie – żadnego napięcia, akcja też średnia. Może jako humoreska, ale wtedy trzeba by podkręcić absurd sytuacji (totalna katastrofa i stoicki spokój bohaterów).

Szczerze i bez żadnej złośliwości proponowałbym Ci taki eksperyment – wykasuj wszystko od syreny, zastanów się co byś chciała, żeby wyszło z tego tekstu i napisz jeszcze raz. ;)

Podsumowując, narobiłaś mi smaku na smakowity tekst, a skończyło się bardzo średnio. 

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Droga do niej, a nie na nią. Chodzi o stację kolejową. 

Pozdrówka.

NoWhereMan, dzięki! “Okej” to już coś – będę pracować, żeby fajerwerki też były.

 

belhaj, tak, ja też napisałam pierwszą część na faktach – być może dlatego była lepsza od drugiej.

 

Elanar, zdaje się, że “horror” oznacza obecność zjawisk nadprzyrodzonych. Tak przynajmniej gdzieś kiedyś wyczytałam, gdy na filmwebie dyskutowano szeroko, dlaczego Zmierzch jest oznaczony w ten sposób.

Szczerze i bez żadnej złośliwości proponowałbym Ci taki eksperyment – wykasuj wszystko od syreny, zastanów się co byś chciała, żeby wyszło z tego tekstu i napisz jeszcze raz. ;)

I tak zrobię.

 

Roger, dzięki!

Przeczytałem do końca. To już podkreślano, że w sumie opowieść jest dwuczęściowa. Pierwsza część po postu obyczajowa, druga – taki klasyczny horror, oparty na bardzo znanym pomyśle. W sumie całość jest nieźle napisana, a akcja idzie płynnie. Opowiadanie należało językowo co nieco doszlifować, jest na przykład za dużo Lipin, a za mało zamiennych określeń tejże miejscowości.

Jeden duży minus, ale on przydarza się prawie wszystkim tego rodzaju horrorom – czemu zmarli wstali z grobów? Wstali, i już. Brak wyjaśnienia. Trochę, a nawet mocno, to naciągane. Coś trzeba było jednak wymyślić. 

Na tej stacji to nie było przejść z peronu na peron z obniżeniem krawędzi peronu? Chyba jednak były, bo to normalność od dawien dawna. Ale, powiedzmy, zadupie, było tak, jak za Kongresówki.

I dlaczego ostatnia noc Lipin? Z tekstu wynika, że miejscowość  ocalała,

Niezły w sumie tekst, ale po dopracowaniu byłby niewątpliwie znacznie lepszy.

Pozdrówka.

Jak już przeczytałam, to się wypowiem, chociaż mój komentarz będzie zapewne kompilacją pozostałych. 

Pierwsza część jest jak najbardziej ok. Letnia noc, dwoje młodych ludzi, klimat. Fajnie się czytało.

A potem powstały ciała i przestałam cokolwiek rozumieć. To, że nie wiedziałam, dlaczego powstali, w sumie mi nie przeszkadzało. Opowiadania grozy mają to do siebie, że zagrożenie nie musi (a często nawet nie powinno) zostać całkowicie wyjaśnione. Przeczytałam Twoje wyjaśnienie i, kurczę, za cholerę bym na to nie wpadła.

Mam wrażenie, że miejscowi zachowują niewiarygodny spokój w sytuacji, w jakiej się znaleźli. 15 minut wcześniej zorientowali się, że są zombiaki, a samoobrona zorganizowana została błyskawicznie i całkiem sprawnie. Pali się pół wiochy (czy tam małego miasteczka) a główni bohaterowie tego nie dostrzegają. Zakończenie zostawiło mnie z głupią miną. Ale jak? Już koniec? Uratowani? Czy przypadkiem chwilę temu nie było inwazji zombie? Czy uratowani przed jednym zombiakiem? Więc może za wcześnie na rzucanie się sobie w ramiona?

Dzisiaj chyba trochę zbyt krytyczna jestem :P Z drugiej strony pamiętam, że tuż po przeczytaniu opowiadania również byłam nieco sceptycznie nastawiona. Ale przeczytałam bez przykrości :) I w sumie nie wiem, co mogłabym powiedzieć o tekście, co jeszcze nie zostało powiedziane. Ale spróbuję ;) W końcu trzeba wykorzystać krytyczny nastrój… ;)

 

Miało być krytycznie, ale zacznę od tego, że po kilku dniach wciąż pamiętam tekst całkiem nieźle. Czyli próbę czasu przeszedł, może nie wzorowo, ale też nie najgorzej. I pochwała należy się za to, że na początku czuć taki swojski klimat wioski :)

 

Z bohaterką to się rozminęłyśmy. Nie potrafiłam jej polubić. Nie mogłam i już.

 

Nie wiem, kim jest Wonder Woman i nie mam pojęcia, jak ona wygląda – stwierdziłam z niesmakiem. – Strasznie tu p

Na przykład coś takiego. Mogę zrozumieć, że jakaś nastolatka w obecnych czasach nie wie kim jest Wonder Woman. Chociaż ciężko w to uwierzyć, to jednak rozumiem, że może nie mieć o takich rzeczach pojęcia. Tylko wtedy dlaczego zachowuje się w taki nadęty sposób. Przerywa koledze, karci go mówiąc, że dobrze wie, co on studiuje i mówi (jakby decydowała) wreszcie ( co wskazuje, że kazała Wojtkowi czekać na odpowiedź całkiem sporo) dokąd idą. Gdyby to były żarty to w porządku, sarkastyczne poczucie humoru trafia w mój gust. Ale bohaterka była zupełnie poważna. A ja, czytając takie wypowiedzi, natychmiast wyobrażam sobie wyniosłą, antypatyczną minę :(

 

– Jak książka twojego taty? – przypomniało mi się.

 

A tutaj na przykład mamy to przypomniało się. I już wiem, że bohaterka molem książkowym nie jest. Ale nie wszyscy muszą, jasne. Nie wszyscy też muszą dbać o swoich przyjaciół, znajomych i w ogóle mieć w sobie odrobinę empatii. Ale to chyba jasne, że wolimy tych, którzy są życzliwi i troszczą się o innych. To “przypomniało mi się” raczej nie mówi o dziewczynie jako o kimś, kogo interesuje życie jej znajomych.

 

– Dzień dobry. – Dygnęłam grzecznie nad podziurawionym ciałem, z którego nie wypłynęła ani kropelka krwi.

Wcześniej jeszcze było, że bohaterka powiedziała do Wojtka, że się boi. To mi nie pasowało do zapatrzonej w siebie dziewczyny. Podobnie to u góry. Może nawet mogłaby mnie ona kupić takimi rzeczami, bo uwielbiam pełne sprzeczności postacie. Niestety, tutaj miałam wrażenie sztuczności tych gestów i słów. Możliwe, że zabrakło opisów jakichś gestów, przemyśleń, wahania. Możliwe, że było za dużo o to grzecznie, taka fałszywa skromność.

 

– Wojtek, on nie ma ręki – powiedziałam rzeczowo, kiedy się zbliżył.

– Widzę. Hm, co powiesz na to, żebyśmy przeszli na drugą stronę?

Tego też nie kupuję :( I w ogóle spokoju miejscowych, i takiego szybkiego zakończenia akcji. Przy tej syrenie myślałam, że może coś bardziej skręci w stronę Dziewiątej Syreny, ale szybko odstąpiłam od tego pomysłu. Tamten tekst zrobił na mnie ogromne wrażenie i chciałam uniknąć porównań. Może i szkoda. Może idąc za sugestią Elanara, mogłabyś napisać coś, co chętnie zestawię sobie z tamtym tekstem ;) Bo generalnie czytało się płynnie :)

 

Głównie to się nad bohaterką pastwiłam. Mam nadzieję, że nad Tobą już nie tak bardzo :D

Czy za wadą tekstu będzie to, że nie polubiłem bohatera? Nie jestem przekonany.

A może i jest.

Nie wiem, nie wypowiem się.

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Nie, ale, że został wykreowany w nieprzekonywujący sposób już raczej tak. Bo w końcu im lepszy bohater, tym większe przywiązanie czytelnika do tekstu i tym większy angaż emocjonalny w tenże tekst. Poza tym umiejętność tworzenia postaci ma znaczenie przy pisaniu i przekłada się na jakość tekstu. A przynajmniej ja tak uważam :)

Spod domu Witkowskich z piskiem opon ruszył samochód.

– O, to pewnie Kacper – stwierdził.

Samochód stwierdził?

– Um, Wojtek? – Przerwałam ciszę.

Jaką ciszę, skoro ciągle wyła syrena? I niezależnie, co przerwała, didaskalia powinny się tutaj zacząć z małej litery.

– Idiota – jęknęłam, chowając twarz w dłoniach. – Idiota!

Jak dla mnie zbyt dramatyczna reakcja. Oczekiwałbym, że narratorka co najwyżej burknie “idiota”, ale żeby od razu ukrywać twarz w dłoniach? 

wiejska dyskoteka, na której tulipanami naparzały się łyse karczki.

Łyse karczki to raczej kojarzą mi się z miastowymi osiedlami, a nie wioskami. 

Razem zaczęli się zastanawiać, co takiego specjalnego było w Lipinach.

http://sjp.pwn.pl/sjp/zastanowi%C4%87_si%C4%99;2544147 chyba raczej “zaczęli zastanawiać się na głos”.

A mnie się nawet spodobało. Początkowa scena fajnie oddała nastrój ulatującej młodości. Potem zrobiło się intrygująco, choć pojawienie się zombie było dość groteskowe. Trochę chyba Ci się wymknęło spod kontroli to wszystko ze strażakami, jakby zbyt pospiesznie – może pisałaś pod limit? Myślę, że największym minusem tekstu jest to, że trudno określić, co w ogóle chciałaś osiągnąć tą historią? Co przekazać, jakie emocje wzbudzić? 

Wybitne dzieło to nie jest, ale przeczytałem bezboleśnie, a właściwie z przyjemnością. Chyba przypadł mi do gustu pomysł apokalipsy w wioskowej wersji, bo umiejscowiłem to sobie we wioskach, które znam i lubię :)

I zastanawiam się, czy narratorka i Wojtek to para czy przyjaciele? 

Nie przeczytałam przedmowy i zastanawiałam się, skąd ja to znam – no z Creatio właśnie. I znów pozwolę sobie skopiować opinię z wątku Pochwal się:

W Lipinach, całkiem klimatycznych, zabrakło mi pewnego elementu – dziewczyna stwierdza, że to nie zombie, ale nie wyjaśnia dlaczego. Wprawdzie chłopak zadaje takie pytanie, ale nie ma na nie odpowiedzi i nikt się o nią nie upomina. Z jednej strony łapię, co Autorka miała na myśli, ale z drugiej jednak mnie to uwiera.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hmmm. Przeczytałam. Ja należę do tych nielicznych, którym część przed syreną słabiej leży – zwyczajna obyczajówka, ciągnie się i ciągnie. Tag “horror”, więc wiadomo, że coś ich musi napaść. Ale dlaczego mam tak długo na to czekać?

Potem wreszcie coś się zaczyna dziać. Ale jak dla mnie, za mało wyjaśniasz. Z tekstu nie bardzo wynika, że trupy wstały, bo im ktoś zaczął nad czachami wykopki. W sumie co za facet… Napotkał na jakieś stare nagrobki i nic? A jeśli jeszcze nie napotkał, to czemu się szanowne truposzczaki tak obruszyły? Chyba że to pochówki całunowe były… No ale nawet to nie wyjaśnia, dlaczego Majchrzakowa też wstała. No i nie tłumaczysz, kim oni są, jeśli nie klasycznymi zombiakami. Dziewczyna niby w filmach nie oblatana, ale gatunki żywych trupów zna… Jeśli naprawdę chciały się porozumieć, to można i bez gadania – choćby napis z patyczków i kamyków. I dlaczego szopka zaczęła się w nocy? Właściciel działki wtedy prowadził prace budowlane?

No, coś za dużo wątpliwości.

– Strasznie tu p

Strasznie tu Ci coś tekst zeżarło.

Babska logika rządzi!

Kochani!

Przepraszam, że tak późno wróciłam na forum – dziękuję wam wszystkim za komentarze! Każdy z nich dużo wnosi i choć nie odniosę się do wszystkich uwag – pisząc dalej (lub poprawiając tę historię) – będę o was myśleć. Dziękuję.

 

Fun, dzięki za klika!

Lenah, wcale się nie pastwiłaś. Bardzo dobrze nakreśliłaś, jaki miałaś problem z bohaterką.

 

śniąca – pamiętałam o twoim komentarzu z wątku Pochwal się i uznałam go za zasadny, więc przed wrzuceniem opowiadania tutaj wyedytowałam końcówkę i pozbyłam się części, na którą zwróciłaś uwagę.

 

A wiecie co jeszcze? Chyba z fantastyką nie idzie mi tak dobrze, jak bym chciała. Następnym razem uderzę w obyczajówki. Tylko forum szkoda, bo gdzie ja to potem wrzucę :(

A wiecie co jeszcze? Chyba z fantastyką nie idzie mi tak dobrze, jak bym chciała. Następnym razem uderzę w obyczajówki. Tylko forum szkoda, bo gdzie ja to potem wrzucę :(

Wrzucaj tutaj, najwyżej Finkla pomarudzi, ale ja chętnie przeczytam :)

Ogólnie rzecz biorąc raczej mi się nie podobało. Chociaż napisane jest w porządku, czyta się nieźle. A czytałoby się jeszcze lepiej, gdybyś tak drobiazgowo nie opisywała niektórych czynności (szczególnie mocno odczułem to na początku).

Gorzej z resztą :) Po pierwsze, nieco irytujący był Wojtek i wylewające się z niego żarciki. Ja rozumiem, że chłopak był wyluzowany, ale za którymś razem to zaczęło przeszkadzać.

Po drugie, opowiadanie zdziwiło mnie swoim absurdem, ponieważ na początku nic na ten absurd nie wskazywało. A potem zdziwiło lekką niekonsekwencją tego absurdu. Mam zresztą wrażenie, że tekst miał być dla śmiechu, a przyznam, że niespecjalnie śmiesznie wyszło.

Po trzecie, być może właśnie fakt, że opowiadanie nie mogło się zdecydować, jakie chce być, wpłynął na to, że wydało mi się dziurawe z punktu widzenia spójności. Panika, pożar, żywe trupy – a rodzice do swoich dzieci nie dzwonią? Nie martwią się? Żywy trup przebity śrutem, a nasi bohaterowie przechodzą nad tym do porządku dziennego, jakby to było mało istotne zdarzenie. No dobrze, narratorka parę razy mówi nam, że się boi, martwi, ale gdyby nam tego nie powiedziała, to bym nie zauważył, bo tego nie widać.

Szkoda, bo myślę, że gdybyś nieco inaczej rozegrała powyższe, to zapewne tekst przypadłby mi do gustu – bo zakończenie akurat było moim zdaniem trafione i zabawne :)

 

EDYCJA:

A tak na marginesie, to mogłabyś jednak poprawić błędy, skoro już zostały wytknięte :< Minęło naprawdę sporo czasu od momentu, kiedy ktoś po raz pierwszy wspomniał o “– Strasznie tu p”, a ono nadal tam jest.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Berylu, dzięki za niespodziewaną wizytę i przeczytanie. Przyjęłam uwagi i postaram się przyszłe prace analizować pod ich kątem.

Błędy poprawię, choć nie wiem jeszcze, kiedy. Zwlekałam z ich poprawianiem, bo chciałam iść za sugestią, by wywalić drugą połowę i napisać od nowa, ale… Od paru miesięcy nie napisałam ani słowa. Wiem, muszę się ruszyć i przebrnąć przez ten tekst jeszcze raz.

No i jeszcze raz dzięki za wizytę. Nie sądziłam, że jeszcze ktokolwiek zajrzy do starego tekstu, który na zawsze umarł w odmętach poczekalni ;)

Stare teksty nie umierają, tylko hibernują. ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałam, ale inne twoje teksty podobały mi się bardziej ;)

Całkiem przyjemna opowiastka, choć nie ukrywam, że zdarzały się słabsze momenty.

Obyczajowy początek nie stanowił mocnego haka, ale, sam w sobie, podobał mi się. Szczególnie opisy – są oszczędne, a zarazem trafne i takie… ładne. Dobrze budowały immersję opka :)

Zmiany perspektywy między sielskim początkiem a poważniejszym rozwinięciem opowiadania dokonałaś dość zgrabnie, choć późniejsze wydarzenia trochę zawodzą pod względem dramaturgii. To już zresztą wiesz od dawna. Mnie również trochę brakło wyjaśnień.

Zakończenie natomiast na plus. Ostatnie słowa zombie pieska rzucają trochę światła na całą sprawę ;)

Warsztatowo nieźle. Zdarza się trochę powtórzeń, ale pal je licho, teraz piszesz już lepiej :)

 

Od Counta stempel jakości. To dość klasyczna opowiastka, ale można spędzić przy niej kilka miłych chwil, a ładne opisy sprawiają, że momentami posępny dźwięk syreny ogarniętych zgrozą Lipin rozbrzmiewa w umyśle :)

 

Trzym się ciepło, sojuszniczko.

 

Nasz pierwszy zakatrupiony trup wstał

Kammo! <3 ;D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Och, hrabio, dlaczego :(

 

Czekaj, zabiorę Ci się za Folzję, a nie żaden Wizg, jak ty tak do mnie…

 

Za pozytywny komentarz dziękuję, choć skoro sam przyznałeś, że nie jesteś już obiektywny… :P

 

A zakatrupionego trupa popełniłam z pełną premedytacją! Chyba. :D

Och, hrabio, dlaczego :(

Eee, dlaczego przeczytałem? Bo miałem ochotę :D

 

Sam przyznałem? Jestem tak bardzo subiektywny, jak tylko potrafię, sojuszniczko! Ale w swej subiektywności, mam nadzieję, wiarygodny :)

Zakatrupiony trup bardzo mi się spodobał, dlatego zaznaczyłem.

 

A Folzji nie umniejszaj, bo to świetne opowiadanie, tylko że ma 30 tysi znaków za dużo i tragiczną interpunkcję :P

 

Więcej wiary w siebie, Kammo!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nowa Fantastyka