- Opowiadanie: Petraszka - Na prąd!

Na prąd!

Pierwsze pisarskie zmagania :) Jeżeli nie trzyma się kupy, to za bardzo nie krzyczcie!

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Finkla, Użytkownicy III, Użytkownicy IV

Oceny

Na prąd!

Upiłem się, choć nie wypiłem zbyt dużo. Wiem. To kłamstwo mężów wracających do domu o trzeciej nad ranem. Jednak byłem sam. W piwnicy cytadeli degustowałem ostatnie butelki miodowego, kraftowego piwa. W końcu niedawno nastąpiła apokalipsa. Trochę inna, niż wszyscy myśleli. Nie było czterech jeźdźców, ani robactwa. Za to pierdolnęło porządnie i prąd diabli wzięli.

 

Pierdolnęło. A co mam powiedzieć? Zrobiło się wielkie bum? Usłyszałem huk? Żadne z tych słów nie odda hałasu, który niemal rozerwał mi bębenki w uszach. Siedziałem wtedy przy kompie i ciorałem w strzelankę. Właśnie wbijałem na bombsajd, aż tu nagle… Nastała apokalipsa. Wtedy ją olałem. Naiwnie pomyślałem, że wysadziło w bloku korki i poszedłem spać. Wcześniej rozwaliłem klawiaturę o ścianę. Pamiętałem również, by zwyzywać sąsiadów do ósmego pokolenia wstecz. Jednak mimo całej swojej wściekłości, spałem jak dziecko. Cuda zaczęły się dopiero, gdy się obudziłem.

 

Podłoga płynęła. Szlag trafił zamrażarkę i lodówkę, przez co w całym mieszkaniu unosił się zapach mięsa i pasztetów. Składowałem wszystko przez lata, gdy babcia na każde święta dawała mi kolejne porcje. Bo przecież kiedyś się przyda! Zrobiłem z babcinych zapasów istnego Tetrisa, który teraz nagle obrócił się przeciwko mnie. Człapałem skórzanymi ciapciami po podłodze. Wspomnienie ich miękkiego chlupotu nadal przyprawia mnie o mdłości. Wtedy jednak jeszcze nie rozumiałem powagi sytuacji.

 

Ktoś zapukał do drzwi. Zerknąłem na zegarek. Zbliżało się południe. I wtedy dopiero zrozumiałem, że coś jest cholernie nie tak. I to tak na serio. Wokół panowała śmiertelna cisza. Żadnego samochodu. Żadnych ploteczek sąsiadki spod trójki. Poczułem niemiły dreszcz na plecach i niemal zeszczałem się w gacie, gdy pukanie nie ustępowało. Ale przecież musiałem je otworzyć. Byłem i jestem facetem, nie? Podszedłem do drzwi, usiłując wytłumaczyć sobie, że przecież nic mi nie grozi. Przez judasza zobaczyłem małą dziewczynkę z pluszowym misiem w dłoni. Bez zastanowienia otworzyłem drzwi.

– Misiu mówi, że pozostało nas niewiele na ziemi – szepnęła, kołysząc się na piętach i miętosząc haftowaną sukienkę. Mogliśmy być ostatnią parą naszej cywilizacji. Uch… Do tej pory brzydzę się tym, o czym pomyślałem. Tak, czy inaczej panowała dziwna atmosfera. Cholera! Ostatni raz, taka cisza panowała w poranek po juwenaliach! Z tym, że od dobrych kilku lat, nie mieszkałem już na studenckim osiedlu.

– Niewielu, to znaczy ilu? – zapytałem, opierając się nieco luźniej o futrynę drzwi. Suma sumarum, dziewczynka z misiem nie powinna wbić mi kosy pod żebra.

– Misiu mówi, że zobaczysz, jak dotrzesz do cytadeli. ONA tam na ciebie czeka.

– Ona, to znaczy…

– Misiu mówi, żebyś się zamknął i spakował rzeczy. I weź mi kocyk – powiedziała ostatecznie, przechodząc obok mnie. Rozsiadła się wygodnie w moim ulubionym fotelu, czekając aż się spakuję.

Najpierw zamrugałem, a potem parsknąłem śmiechem. Uznałem, że to jakaś  zabawa w dobrze ukrytą kamerę i, kiedy tylko wyjdę z domu z dzieciakiem, ktoś mnie zatrzyma. Przy okazji wrzaśnie do ucha: MAMY CIĘ! a tłum radośnie zachichota. Tak. Tak na pewno będzie.

Co więc powinienem ze sobą wziąć?

 

W całej mojej gamingowej karierze raczej zajmowałem się strzelankami. Dopiero ostatnio widziałem jedną grę z gatunku post-apo. Bohaterowie brali do schronu puszki zupy pomidorowej i bukłaki z wodą. Poszedłem do kuchni. Miałem kilka puszek Żywca, chipsy paprykowe, dwie puszki tuńczyka… Musiało wystarczyć. Zawsze przekładałem zakupy na kolejny dzień. Skąd miałem wiedzieć, że nadejdzie pieprzona apokalipsa?

 

Chociaż w zasadzie nadal nie miałem pojęcia, co się stało na zewnątrz. Podejrzewałem, że pierdolnęło w elektrownię w Bełchatowie. Może też w kilka innych. Ruscy od wielu lat planowali taki nalot i mieli wycelowane swoje wyrzutnie rakietowe dokładnie w strategiczne miejsca dające energię. Cóż, wtedy nie mielibyśmy apokalipsy, a normalną wojnę. Z drugiej strony wciąż zastanawiałem się, kim jest ta ONA. No i niby dlaczego inni ludzie siedzą w jakiejś cytadeli? Może tam będę miał szansę pośmiania się z innymi w tym show robienia ze mnie psychola?

 

Wróciłem do pokoju ze spakowanym plecakiem, a także z śmierdzącym papierosami kocem. Ze zdziwieniem zerkałem na małą torebkę dziewczynki, na której wyrysowany był Kubuś Puchatek. Co ona niby tam zmieściła? Łóżeczko dla misia?

– U siebie w domu masz jeszcze jakieś jedzenie? – zapytałem. Paczka chipsów i piwo mogły nie wystarczyć dla naszej dwójki.

– Nie mam domu – odpowiedziała. Uderzyło mnie to, że odkąd stanęła u mnie w progu, ani razu się nie uśmiechnęła. Nachyliła się jednak nad misiem, jakby nasłuchiwała.

– Misiu mówi, że jesteś palant i imbecyl. Ale mówi też, że będziemy szli jeden dzień, więc twoja tłusta dupa skorzysta na braku jedzenia – wyrecytowała. Zastanawiałem się, skąd bierze takie teksty. Pamiętam, że mój siostrzeniec oglądał jakieś poryte bajki. Ale żeby aż tak?

– A powiesz chociaż jak masz na imię…? – “…dziwna schizofreniczna dziewczynko, otrzymująca informacje od pluszowego misia będącego alfą i omegą?” – dodałem w myślach, rozglądając się, czy powinienem jeszcze coś ze sobą wziąć.

– Asia – odpowiedziała, po czym pociągnęła mnie za rękę do wyjścia.

 

Zastanawiałem się, czy w ogóle muszę wychodzić z domu. Jednak zaraz potem przypomniałem sobie, że internet diabli wzięli i i tak nie mam nic lepszego do roboty. A nuż ktoś mi zapłaci za to pospolite ruszenie.

 

Na ulicach nie było żywego ducha. Wszystko wyglądało, jakby czas zatrzymał się w miejscu. Szum gałęzi wwiercał mi się w mózg, łamiąc wszechobecną ciszę. Idąc we wskazywanym przez dziewczynkę kierunku, podświadomie szukałem ciemniejszych plam na ziemi. Słyszałem, że w Hiroszimie, po wybuchu atomówki, po ludziach pozostawały na chodnikach tak zwane wieczne cienie. Z drugiej strony, gdyby to była bomba atomowa, nic nie stałoby na swoim miejscu. Prawdopodobnie zniknęłoby wszystko w zasięgu wielu kilometrów.

 

Szliśmy w kierunku lasu rosnącego za miastem. Dobrze znałem te okolice, jednak wciąż miałem się na baczności. Nie widziałem w końcu żadnych kamer ani podśmiewających się tłumów.

– Asiu, czy ty w ogóle wiesz, dokąd idziesz? – zapytałem, bo dziewczynka ciągnęła mnie w najgorsze chaszcze.

– Misiu wskazuje mi drogę – ucięła krótko.

– Może zatrzymamy się na chwilkę? Musieliśmy zrobić co najmniej dwa kilometry. Powinnaś coś zjeść.

– Misiu mówi, że nie, bo ochlejesz się piwska i będziesz śmierdział.

– O Jezu… – wymamrotałem – …a ty nie umiesz mówić? Wszystko musi mówić misiu?

– Misiu mówi, że nie mam o czym z tobą rozmawiać.

 

Zdębiałem. Nie wiem dlaczego, ale miałem cholerną ochotę wziąć tego misia i wyrzucić w cholerę. W końcu mogłem wrócić z tym dzieckiem do domu, wykarmić je, wychować i stworzyć zaczątki nowej cywilizacji, nie? Zanim jednak przystąpiłem do realizacji mojego genialnego pomysłu, zauważyłem dym. Z własnego doświadczenia wiedziałem, że dym rzadko kiedy powstaje sam z siebie. Czyli tam musieli być jacyś ludzie.

 

Podbiegłem dalej, zostawiając na moment Asię samą. Do moich nozdrzy dotarł zapach pieczonego mięsiwa. Zlizałem ślinę cieknącą po podbródku, widząc królika albo zająca, który piekł się na prymitywnym ruszcie nad ogniem. Chwyciłem za gorący patyk z nadzieją na pierwszy ciepły obiad od kilku dni. Cóż, wbijanie kolejnych leveli nie sprzyja odpowiedniej diecie… I wtedy ktoś zdzielił mnie przez plecy.

 

W pierwszym momencie myślałem, że dostałem metalowym prętem. Zwinąłem się na ziemi kaszląc, dysząc i będąc pewnym swojego kalectwa na resztę życia. Po chwili zdołałem się obrócić, by chociaż na moment spojrzeć na twarz prześladowcy. Ojczulek w habicie wyglądał, jakby chciał mnie zatłuc drewnianą pałką na śmierć.

– Na Boga, oszczędź! – wydyszałem, zdobywając się na refleks w doborze słów.

– Bóg nie chroni złodziei! – odparł ojczulek, zamierzając się na mnie po raz drugi.

– Ale jest nieskory do gniewu i bardzo łaskawy, chyba… nie wiem, co za Biblię czytałeś, ale ja pewnie inną i oszczędź mnie, bo jestem głodny, a królik tak ładnie pachniał i chciałem go zjeść! – wyplułem z siebie z prędkością karabinu maszynowego, nie będąc nawet pewnym, czy sens słów do niego dotarł. Tak czy inaczej podziałało. Zakonnik był tak zdziwiony moim wywodem, że opuścił kij.

– Cóż… znasz pisma… może faktycznie coś z ciebie będzie. Pomożesz mi w ewangelizacji nowego świata.

– A dostanę za to kawałek królika?

– To jest zając, gamoniu. Dostaniesz, dostaniesz. Musisz mieć siłę, żeby nawracać niewierne owieczki w naszych ostatnich chwilach. Antychryst nadszedł!

 

Dosiadłem się do mięsa, mlaszcząc i zupełnie olewając tłuszcz, który lał mi się po rękach i koszulce. I wszystko poszłoby dobrze, gdyby nie to, że zapomniałem o cholernym dziecku. Przyszła sama, a jak. Patrzyła tymi swoimi beznamiętnymi oczkami na księdza i powiedziała:

– Misiu mówi, że on nie zasługuje, by dołączyć do cytadeli.

 

Zakrztusiłem się kolejnym kęsem mięsa, bo chciałem jak najszybciej wytłumaczyć fakt porzucenia Asi dla kawałka ciepłego żarcia.

– Tak myślisz, Asiu? – zapytał zakonnik, stając nade mną. Oceniał mnie wzrokiem, byłem tego pewien. – A co powie na ten temat ONA. Co jeżeli pośrednik się myli?

– Misiu mówi, że ONA kocha misie. Zrozumie, jak go tutaj zabijemy.

– To nie po chrześcijańsku – odparł ojciec, kręcąc przecząco głową. Oddamy go pod sąd i później zobaczymy, co z niego będzie.

Ostatnie co zobaczyłem, to kij, który spadał dokładnie między moje oczy.

 

***

Pamiętam, że kiedyś powiedziałem ojcu, że mam migrenę. Odpowiedział, że migrenę może mieć królowa angielska, a mnie co najwyżej napierdala łeb. Gdy się obudziłem, napierdalał jeszcze bardziej niż wtedy. Żart z brodą, ale moją sytuację oddawał idealnie. Zaśmiałem się przez łzy, bo za nic nie mogłem wyostrzyć wzroku. Pomacałem czoło. Nie było tak źle. W końcu zawsze marzyłem, by zostać jednorożcem.

 

Siedziałem w kamiennym pomieszczeniu. Gdy tylko udało mi się wyostrzyć wzrok, zauważyłem ustawione pod ścianą butelki piwa. To musiała być piwnica, w jakimś zamku. W końcu nie każda budowla miała w podziemiach więzienie. Dorwałem się do piwa… i tak oto docieramy do momentu, kiedy nawaliłem się jak świnia, ostatnimi butelkami regionalnego przysmaku. Bo skoro nie ma prądu, to i fabryki musiał szlag trafić. Kiedy wytrzeźwiałem, zauważyłem, że drzwi piwnicy są otwarte. Na potwornym kacu wychyliłem się na korytarz, żeby poszukać czegoś, co nawodni przesuszone po prywatnej imprezie gardło.

 

Wspiąłem się po schodach, mrużąc oczy, nadal potwornie wrażliwe na światło. Na parterze zauważyłem ludzi zgromadzonych przy przeszklonej tablicy.

– Subskrybuj! Bądź moim followersem!

– A skomentujesz mi focię?

– Nie, najpierw moją! Tylko musimy się pospieszyć, bo ONA za dziesięć minut zamknie tablicę.

Przetarłem oczy ze zdumienia.

– Co to jest? – mruknąłem, próbując przebić się przez tłum. Nikt jednak mi na to nie pozwalał.

– Jak to co? Portal społecznościowy.

– Uwaga! Wpis z największą ilością lajków zostanie zaniesiony przez posłańca do innej części Polski! – ogłosił mężczyzna wyglądający na żołnierza.

Tłum zawrzał. A ja dopiero wtedy zauważyłem, że to nie jest zwykła, korkowa tablica. Wyglądała jak multimedialny wyświetlacz. To oznaczało, że muszą mieć…

 

W tym momencie wszystkie światła w zamku zgasły. Tłum wydał zawiedzione westchnienie i rozszedł się po zamku. Żołnierz postukał mnie po ramieniu.

– Nowy. ONA chce cię widzieć.

– No w końcu! – powiedziałem, lecz natychmiast zamilkłem, czując groźne spojrzenie mundurowego.

– Nie cieszyłbym się tak na twoim miejscu. Władczyni cytadeli jest bezwzględna.

 

Prowadził mnie krętymi schodami wieży. W czasie drogi zdążyłem przemyśleć kilka rzeczy. Przede wszystkim nie wszyscy ludzie na świecie wyginęli. To oznaczało, że istnieje jakaś szansa na odbudowę cywilizacji… I ten prąd! Tylko czemu był wydzielany czasowo? I co to za farsa z podróbką Facebooka?

 

Stanąłem pod drzwiami, wciąż ciekaw władczyni. Z przyzwyczajenia poprawiłem rękaw t-shirtu. Cóż, nie prezentowałem się jak typowy casanova. Byłem cholernie przepocony, brudny i cuchnęło ode mnie piwskiem. “Dlaczego zostawili w piwnicy aż tyle butelek?” – zapytałem siebie. “Dlaczego musiałeś je wszystkie na raz wychlać?” – odpowiedział złośliwy głosik w mojej głowie.

 

Na krześle przy biurku siedziała dziewczynka niewiele młodsza od Asi. Odwróciła się do żołnierza, trzymając kurczowo w dłoni pluszowego misia. To był duży miś. Przypominał wielkością lampkę nocną, którą zobaczyłem kątem oka przy dziecięcym łóżeczku.

– Jeśśśtem władcinią ośtatniej citadeli – powiedziała piskliwym głosikiem, a ja całą siłą woli powstrzymałem się od śmiechu. Widząc wyraz mojej twarzy, żołnierz trącił mnie kolbą karabinu w plecy.

– Psieeemawiają psieze mnie siiiiśtkie pokolenia cialownic! – dodała, starając się brzmieć bardzo władczo. – Babcia powiedziała mi, zie umieś pośługiwać sie blonią. Będzieś moim oblońcom! – podsumowała i podbiegła do mnie, obejmując ją wpół.

– Zialaz po tym jak sie umyjeś – powiedziała po chwili zatykając nos.

– Ym… – odpowiedziałem, próbując zebrać myśli. – No cóż… Bronią? No tak. Umiem posługiwać się bronią – przytaknąłem, krzyżując palce za plecami. Strzelanie w grach w końcu chyba też się liczy. – Ale… Może powiesz mi, co tu się właściwie stało. Skąd ja się tu wziąłem i dlaczego w moim mieście nie ma żywego ducha?

– Źlobimy misiom helbatkę i siiiiśtko ci opowiem! – odpowiedziała. Kiwnęła rączką na żołnierza, dając mu znak, że może odejść.

 

Usiedliśmy przy stoliku wraz z jej misiem i kilkoma mniejszymi maskotkami. Miałem ciary na plecach, bo byłem pewien, że wszystkie pary szklanych oczu się na mnie gapią.

– Moi lodzice nie mieli dla mnie ciasu! I inni lodzice dla swoich dzieciów tez nie! – powiedziała ze smutkiem w głosie. – Bo ciągle siedzieli psy telefonach. To zablałam im telefony. I komputly. I siiiiiśtko! Babcia powiedziała, ze tak będzie fajnie.

– Ale jednak macie tu prąd – zawahałem się, bo już nie byłem niczego pewien.

– Mamy pląd, zeby kontlolować ludzi! – odpowiedziała, jakby to było oczywiste.

– A twoja babcia? Gdzie ona jest? – zapytałam, starając się być miły.

– Tutaj! – odpowiedziała, wskazując mi na misia.

– Nie wiedziałem, czy powinienem się przywitać, czy zignorować szaleństwo dziewczynki. Nie chciałem tracić głowy… ani innych części ciała.

 

– Źlobiliśmy wielkie buuuum i głupi ludzie poźnikali. Babcia dała mi zaklęcie i zostali tylko ci fajni. I źbudujemy fajniejsy śfiat. Na nowo. Z tych fajnych ludziów – powiedziała, jakby opowiadała mi o pogodzie.

– Ale wiesz, że prąd jest czasami przydatny? – zapytałem, w momencie paniki. Chciałem wrócić do swoich gier. W tym byłem najlepszy. Niby co mam robić innego w życiu?!

– Na przykład w szpitalach i w sklepach. Żebyś miała lody, no i w ogóle zabawki, nie?

– Kiedyś ludzie zyli bez plądu i tez było fajnie. A jak jest potsebny to daję go ludziom. Jak będzies gzecnym wojownikiem, to tobie tes tam godzinke dziennie – obiecała.

– Mogę się nie zgodzić?

– Mozes. Ale wtedy zniknies jak inne głupie ludzie!

 

Przez dalszy ciąg misiowej herbatki milczałem, popijając niewidzialną ciecz z miniaturowych kubeczków. Ktoś musiał mocno wyprać dziewczynce mózg. Sam nie wierzyłem w to, że nasza cywilizacja będzie w stanie przetrwać bez prądu. Ale dopóki dziecko było takie małe, chyba nic nie mogliśmy poradzić. Nie pozostawało mi nic innego, jak zostać jej obrońcą.

 

Minęło pięć lat, a ja obserwowałem powolny upadek świata. Ludzie zabijali się o produkty ze sklepów. Próbowali uczyć się hodowli i uprawy roli, jednak i tak cierpieliśmy głód. Coraz dalsze wyprawy do supermarketów również kończyły się fiaskiem. Kolejni ocaleńcy uciekali z cytadeli, szukając lepszego życia gdzie indziej. Reszta ginęła pod wpływem chorób, których nie potrafiliśmy wyleczyć. ONA wysyłała coraz więcej posłańców z misiami w świat, szukając osób wartych przygarnięcia do swojej kolekcji. A może do kolekcji jej babci?

 

Ja nie uciekłem, zostałem. Jestem żołnierzem obraniającym cytadelę. ‘Na honor!’ – salutuję przed władczynią ostatniej cytadeli, prężąc się pod wytartym mundurem. ‘Na prąd!’ – myślę w duchu, bo żyję tylko dzięki temu, że dostałem od niej komputer. Żyję tylko dla tej jednej godziny dziennie, kiedy mogę wbić na bombsajd i rozpierdolić kilku terrorystów.

 

 

Koniec

Komentarze

Dziwne opowiadanie. Wykonane nawet-nawet, przeczytałem bez przykrości, ale tak ciężko mi się połapać, czego właściwie byłem świadkiem w tym tekście. Nie wiem, czy tu raczej nie wpłynęłaś gdzieniegdzie w absurd, ale ze mnie za słaby klasyfikator, by to oceniać. Tym niemniej – było przyzwoicie.

Technicznie parę błędów widziałem, ale lepsi ode mnie niech się wypowiedzą.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję! :) “było przyzwoicie” to dla mnie już bardzo dużo! Tekst był pisany z myślą o konkursie “Ostatnia Cytadela”. Wrzucony tutaj, bo pomyślałam, że Wy będziecie najlepiej wiedzieć, co nie śmiga.

Jest jakiś pomysł. Dziwaczny, więc można uznać za oryginalny.

Ale trochę mi się to wszystko nie trzyma kupy. Zaklęcie miało usunąć głupich ludzi? Jakim cudem bohater przetrwał? Dlaczego władczyni utożsamia babcię z misiem? Coś szybko Asia znalazła bohatera (małe dzieci chyba potrzebują sporo snu?). Władczyni sepleni jak naprawdę malutka dziewczynka. Bo ja wiem, trzyletnia? Taki brzdąc chyba nie ma prawa ogarnąć rządzenia światem, nawet za pomocą misia. Chyba że to absurd, ale na taki pełnoprawny absurdzik to ten tekst nie wygląda.

Eeee, tak szybko to się lodówka ani zamrażarka nie rozmrożą. No i raczej nie ma tam aż tyle lodu, żeby zalać całą chałupę. Ot, wielka kałuża w kuchni.

Napisane faktycznie całkiem porządnie.

Babska logika rządzi!

Czemu wszystkie akapity są oddzielone? Podoba mi się krytyka dzisiejszego świata i wpływu internetu na społeczeństwo. Ale główny bohater to człowiek, który zgodnie z ideologią  Babci i dziewczynki powinien zniknąć.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Język jest ok, choć osobiście szybko poczułem przesyt potocyzmami. Odniosłem natomiast wrażenie, że całe opowiadanie to jedno, wielkie deus ex machina: bohater został wybrańcem bez żadnego szczególnego powodu (bo przecież miłośników strzelanek z pewnością jest całe mnóstwo), przychodzi do niego równie przypadkowa dziewczynka, której jedynym celem istnienia jest zaprowadzenie bohatera do cytadeli, po drodze spotykają księdza, który zupełnie bez przyczyny po prostu sobie siedzi i piecze królika, a na koniec dociera do kolejnej, równie przypadkowej dziewczynki, sterowanej (dlaczego?) przez pokolenia czarownic (skąd się wzięły, kim są?), która z wyjątkowo błahych powodów usunęła “stary” świat (jak? dlaczego akurat teraz?). Potem mija pięć lat i bohater zostaje w sumie tylko dlatego, że musi, bo tak mu nakazuje fabu… babcia, znaczy się. Dobra, celowo trochę przesadzam, formuła opowiadania, zwłaszcza niedługiego, nawet powinna pozostawiać pewne rzeczy niewyjaśnionymi, ale tutaj było tego za dużo.

No tak, jeszcze nie do końca mam wyczucie z tym, że rzeczy, które są oczywiste dla mnie, niekoniecznie są oczywiste dla innych. Dzięki za uwagi! :)

W tym momencie wszystkie światła w zamku zgasły. Tłum wydał zawiedzione westchnienie i rozszedł się po zamku.

Powtórzenie.

 

podsumowała i podbiegła do mnie, obejmując ją wpół.

Do czego odnosi się “ją”? Wydaje się być zbędne.

 

Ale pocieszne opowiadanie. :D Perspektywa osoby “martwej w środku” siłą rzeczy skręca tekst w stronę pasty, ale to tylko dodało, według mnie, smaczku. Absurd przyjemny i nieprzesadzony, wykonanie porządne. Fajny tekst. ;)

Pozdrawiam!

Dzięki! :D Fajnie, że Ci się spodobało!

Bardzo dobrze się czytało. Klimat bardzo dziwny, i właśnie za to duży plus. Bohater zachowuje się jak przygłupek, ale co tam, misię. Niezła historyjka. :)

Od pojawienia się Asi opowieść zaczęła być intrygująca, ale po dotarciu bohaterów do celu i spotkaniu z NIĄ wszystko się posypało i przestało być zajmująco. Zrobiło się absurdalnie, wręcz nonsensownie i, niestety, nie mogę powiedzieć, że lektura była satysfakcjonująca.

Wykonanie niezłe, ale trafiają się usterki.

 

Suma su­ma­rum, dziew­czyn­ka z mi­siem… – Summa su­mma­rum, dziew­czyn­ka z mi­siem

 

I weź mi kocyk – po­wie­dzia­ła osta­tecz­nie, prze­cho­dząc obok mnie. Roz­sia­dła się wy­god­nie w moim ulu­bio­nym fo­te­lu… – Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

a tłum ra­do­śnie za­chi­cho­ta. – …a tłum ra­do­śnie za­chi­cho­cze.

 

jedną grę z ga­tun­ku post-apo. – …jedną grę z ga­tun­ku postapo.

 

Mia­łem kilka pu­szek Żywca… – Mia­łem kilka pu­szek żywca

Nazwy napojów zapisujemy małymi literami.

 

przy­po­mnia­łem sobie, że in­ter­net dia­bli wzię­li… – …przy­po­mnia­łem sobie, że In­ter­net dia­bli wzię­li

 

Szum ga­łę­zi wwier­cał mi się w mózg, ła­miąc wszech­obec­ną ciszę. – Skoro szumiały gałęzie, cisza nie była wszechobecna.

 

Z przy­zwy­cza­je­nia po­pra­wi­łem rękaw t-shir­tu.Z przy­zwy­cza­je­nia po­pra­wi­łem rękaw T-shir­tu.

 

– A twoja bab­cia? Gdzie ona jest – za­py­ta­łam, sta­ra­jąc się być miły. – Literówka.

 

Tutaj! – od­po­wie­dzia­ła, wska­zu­jąc mi na misia.Tutaj! – od­po­wie­dzia­ła, wska­zu­jąc na misia.

 

Z tych faj­nych lu­dziów – po­wie­dzia­ła, jakby opo­wia­da­ła mi o po­go­dzie. – Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wszystkie uwagi! :D I szczególne dzięki za punkty do biblioteki :)

 

regulatorzy – również dzięki za wskazanie wszystkich błędów! Zaskoczyłaś mnie tylko tym “żywcem”, bo myślałam, że to nazwa własna… “żywcem” z małej kojarzy mi się z tymi małymi, żywymi rybkami rzucanymi przez wędkarzy na zanętę ;)

Żadne z tych słów nie odda hałasu, który niemal rozerwał mi bębenki w uszach.

Ciężko mi kupić fakt, że hałas prawie rozerwał mu bębenki w uszach, a on po portu poszedł spać, nie interesując się problemem dłużej.

W całej mojej gamingowej karierze raczej zajmowałem się strzelankami. Dopiero ostatnio widziałem jedną grę z gatunku post-apo.

Nie wierzę. Nie ma takich graczy, którzy by o żadnym postapo nie słyszeli.

Cóż, wbijanie kolejnych leveli nie sprzyja odpowiedniej diecie… I wtedy ktoś zdzielił mnie przez plecy.

 

W pierwszym momencie myślałem, że dostałem metalowym prętem. Zwinąłem się na ziemi kaszląc, dysząc i będąc pewnym swojego kalectwa na resztę życia.

Próbowałem sobie jakoś uzasadnić te przerwy pomiędzy kolejnymi akapitami, ale w tym przypadku już nie dałem rady. Nie wiem, skąd ta praktyka, ale sugeruję się tego pozbyć.

– podsumowała i podbiegła do mnie, obejmując wpół.

Kogo, babcię? Co, jak?

– Nie wiedziałem, czy powinienem się przywitać, czy zignorować szaleństwo dziewczynki. Nie chciałem tracić głowy… ani innych części ciała.

To chyba nie jest kwestia wypowiadana przez głównego bohatera, tylko raczej jego myśli, nie? Błąd w zapisie dialogu. I zaraz po tym znowu ten dodatkowy enter, znowu zupełnie bez sensu.

– Ale wiesz, że prąd jest czasami przydatny? – zapytałem, w momencie paniki. Chciałem wrócić do swoich gier. W tym byłem najlepszy. Niby co mam robić innego w życiu?!

– Na przykład w szpitalach i w sklepach. Żebyś miała lody, no i w ogóle zabawki, nie?

To domyślam się, że mówi ta sama postać, więc nie powinno być od nowej linijki.

 

Nie przekonuje mnie, że cała społeczność cytadeli mogła utworzyć się w czasie snu głównego bohatera i to mi najmocniej zgrzyta w całym tekście.

Napisane całkiem sprawnie, nie licząc momentami błędnego zapisu dialogów i tych nieszczęsnych przerw między fragmentami [bardzo mnie to drażni, czy mogłabyś to uzasadnić/wytłumaczyć w jakiś sposób?].

Dlaczego ksiądz jest na usługach wiedźmy?

Lubie nietypowe postapokalipsy, lubię tez absurd. Podobało mi się zakończenie i mroczna perspektywa długofalowych efektów zaklęcia. Bohater w sumie bardzo mało wiarygodny, ale w takiej konwencji mogę przymknąć na to oko.

Edit: A, no i na bombsajt to się wbija raczej w grach online, to z kim on grał jak mu dziewczynka pozwalała?

No nieźle.

Przeczytałem z przyjemnością, chociaż czym dalej, tym trochę mniej. Lubię tematy post-apo, ty dodatkowo wplatasz w to teraźniejsze problemy, jak zbytnie przywiązanie do komputerów, gier, smartfonów i portali społecznościowych, które są niepokojące. Tylko robisz to trochę niewprawnie, najlepiej będzie cię zacytować, choć tego nie lubię:

No tak, jeszcze nie do końca mam wyczucie z tym, że rzeczy, które są oczywiste dla mnie, niekoniecznie są oczywiste dla innych

To nie chodzi o wyczucie, musisz zdać sobie sprawę, czym się różni czytelnik od autora. Czytelnik poznaje historię strona po stronie, autor ma ją całą w głowie, tyle że musi całą przelać na papier, a często stosuje skróty myślowe, które niestety rozumie tylko on :)

Wracając do opowiadania. W post-apo najważniejsze są dla mnie dwie rzeczy, wiarygodny świat i logika. Twój świat nawet ujdzie, choć ledwie go zarysowałaś, nie mam uwag co do ilości ludzi, księdza czy małych dziewczynek, pomysł autorki akceptuję, ale trzeba tych bohaterów udokumentować, uwiarygodnić. Tego tutaj brak.

Staram się nie rozbierać opowiadań na czynniki pierwsze, ale pomyślałem, że pomogę ci z logicznymi powiązaniami.

  1. Chłopak wstaje na drugi dzień i wszystko się dzieje, tu teraz i od razu. Niczemu zbytnio się nie dziwi, akceptuje wszystko i idzie za małą dziewczynką. A gdybyś tak zaczęła akcję po kilku tygodniach od Apokalipsy? Wiele rzeczy byłoby bardziej wiarygodnych, jego strach, chęć kontaktu z drugim człowiek, radość na widok drugiego człowieka, chociażby małej dziewczynki. Wiarygodny były też ksiądz, który teraz już na drugi dzień poluje na zające, oprawia je i zjada jak najlepszy myśliwy, teraz wypada on wręcz śmiesznie.
  2. Dlaczego mała dziewczyna wiodła go do drugiej małej dziewczynki? Powiązanie wiekiem, płcią, czy może misiem? Brak jasności dlaczego tak, a nie inaczej, równie dobrze mogła to być starucha albo jakiś dziadek. Małe bohaterki niewiarygodne i nieudokumentowane.
  3. Dlaczego taka mała dziewczynka jest właśnie NIĄ, a nie inna? Tak jak wyżej, brak wiarygodności.
  4. I dlaczego właśnie ten chłopak, a nie inny? Teraz mamy klasyczny scenariusz Hoolyglutowy, Will Smith budzi się i ratuje w myśliwcu cały świat w “Dniu Niepodległości”, Tom Cruise idzie ulicą i za chwilę ratuje, do tego całkiem przypadkowo cały świat w “Wojnie Światów”. Tak jak twój bohater, trzask prask i jest strażnikiem numer jeden :)

Mam nadzieję, że moje uwagi ci się przydadzą. I jeszcze jedno, popraw to:

Pamiętam, że kiedyś powiedziałem ojcu, że mam migrenę. Odpowiedział, że migrenę może mieć królowa angielska, a mnie co najwyżej napierdala łeb.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nowa Fantastyka