- Opowiadanie: Merrin - Dom Między Wszędzie i Nigdzie

Dom Między Wszędzie i Nigdzie

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dom Między Wszędzie i Nigdzie

I

Dzień, kiedy Teruyo skończyła dziesięć lat, a jej świat rozpadł się jak domek z liści, nie zaskoczył dziewczynki tak, jak można by się spodziewać. Już od jakiegoś czasu odczytywała sygnały. Czujny, wyczekujący wzrok ojczyma. Dziwny głód w oczach matki. Aluzje i wzmianki o mieście oferującym „perspektywy”. Zupełnie to samo działo się przed zniknięciem Mei, która pewnej nocy po prostu przestała być częścią składową ich życia. W myśl milczącej umowy od tego czasu nie mówiło się o niej, jakby podziwiana starsza siostra stała się raptem brzydkim sekretem, który należało skrywać przed obcymi. Potem przez jakiś czas żyło im się nieco lżej, ale teraz pieniądze najwyraźniej się kończyły. Znów jadali głównie ryż i ryby. Czasem bataty kradzione pod osłoną nocy z poletek zamożniejszych wieśniaków.

Dziewczynka domyślała się więc, że wkrótce i ona, jak Mei, wyruszy „do miasta”.

W chacie na brzegu Chinit nie zwykło się świętować urodzin, dlatego nawet nie zdawała sobie z faktu, że równo przed dekadą pojawiła się na świecie, dopóki pewnego ranka matka nie zakomunikowała tego pomiędzy licznymi „pośpiesz się” i „bądź cicho”.

– Kończysz dziś dziesięć lat, jesteś już duża – oznajmiła, kiedy jej córka zgodnie z poleceniem wkładała wystrzępioną odzież. – Twoim obowiązkiem jest pomagać rodzinie.

„Obowiązek” był słowem, którego dzieci znad Chinit uczyły się wcześniej niż własnego imienia. Każdy miał obowiązek służyć wspólnemu dobru najlepiej, jak umiał. Prawda zawarta w słowach matki była oczywista jak to, że słońce co rano wstawało na wschodzie, więc dziewczynka zdwoiła wysiłki, chociaż powieki same jej opadały, a nieposłuszna sukienka dłuższą chwilę nie chciała dać się założyć.

Kiedy wymykały się z chaty, wszyscy inni jeszcze spali. Na dworze wciąż panowała ciemność, a życie nad Chinit było zbyt ciężkie, by ktokolwiek miał siłę i ochotę bez potrzeby skracać sobie chwile wytchnienia. Drobne ciało dziewczynki również buntowało się przeciwko odebraniu mu części wypoczynku. Ziewanie i tarcie oczu niewiele pomogło. Nawet poranny chłód nie rozproszył otępienia – dygotała, zęby jej dzwoniły, ale wcale nie robiła się od tego bardziej przytomna. W dodatku ciągle się potykała, zupełnie jakby ścieżka prowadząca do przystani, przez tyle lat przyjazna, nagle straciła dla niej sympatię i złośliwie podtykała pod bose stopy dziury i kamienie.

– Pośpiesz się!

Posłusznie przyśpieszyła kroku i po chwili boleśnie uderzyła paluchem o twardą nierówność na drodze. Dzielnie stłumiła jęk. Dzieci znad Chinit nie mazgaiły się z błahych powodów. Nawet z poważnych mazgaiły się rzadko. Kiedy każdy twój dzień od świtu do nocy wypełnia rozpaczliwa walka o byt, litość, współczucie i użalanie się nad sobą są luksusem, na który cię nie stać. Tak mawiał zamorski misjonarz, żółty, chorujący na żołądek staruszek, wegetujący od kilku lat w chatynce na skraju wioski i spędzający dnie na piciu sake, a noce na płaczu i modlitwach. Na początku próbował nauczać i nawracać, gadał coś o miłosierdziu, grzechach, piekle. Szybko przekonał się jednak, że ludzie znad Chinit, choć o miłosierdziu nic nie wiedzieli, na piekle znali się jak mało kto. Najmroczniejsze nawet biblijne wizje nie umywały się do tego, z czym na co dzień musieli się zmagać.

Misjonarz i jego dziwne zwyczaje pomogły dziewczynce oderwać myśli od pulsującego bólem palca. Wkrótce na wschodzie niebo pojaśniało i wędrówka stała się dużo mniej uciążliwa, mimo że matka ciągle maszerowała w takim tempie, że trzeba było prawie biec, by za nią nadążyć. Nie obejrzała się przy tym ani razu. Dziewczynce, mimo że zaczynała być zmęczona, nie przyszło do głowy żądać przerwy na odpoczynek. Tego się po prostu nie robiło.

Słońce stało już wysoko na niebie i było bardzo ciepło, kiedy dotarły do przystani i po uiszczeniu stosownej opłaty u bardzo chudego i bardzo brudnego przewoźnika wsiadły na prom. Dopiero teraz do Teruyo zaczęło docierać, że to podróż w jedną stronę i prawdopodobnie nie wróci do domu ani dziś, ani – być może – nigdy. Mimo to bała się tylko trochę. O ciężkiej pracy i głodzie wiedziała wszystko, stanowiły integralną część jej egzystencji i jeśli nawet były demonami, to oswojonymi. Cóż jeszcze mogło ją spotkać w mieście? Klątwy? Wyzwiska? Bicie? O nich też wiedziała całkiem sporo. Stawiając stopę na drugim brzegu Chinit, czuła niemal radość. Miała oto zobaczyć wspaniałości miasta, które do tej pory znała jedynie z opowieści: świątynie i place, ogromny targ i najważniejsze – pałac królewski. Miała o królach i ich pałacach wyobrażenie raczej mgliste, oparte głównie na cudownych obrazkach w książce z bajkami, którą kiedyś pokazał jej ów misjonarz zza morza. Opowiedział przy tym wspaniałą historię o dziewczynie, która zgubiła but, dzięki czemu piękny książę odnalazł ją i wyrwał z nędzy. Potem Teruyo przez kilka tygodni wyobrażała sobie, co by było, gdyby kiedyś i ona poznała cudownego księcia i zamieszkała w wielkim, kolorowym domu.

– Mamo… – Kwestia pałacu w końcu zrobiła się tak paląca, że postanowiła przerwać milczenie, które od rana unosiło się nad nimi niczym trujące opary. – Mamo, czy zobaczymy króla?

Matka nie krzyknęła, nie ofuknęła jej ani nie kazała zamilknąć. Po prostu szła przed siebie. Zupełnie jakby nie słyszała.

Dziewczynka nie odezwała się więcej.

 

*

Miasto było ogromne, ludne i ogłupiająco wręcz hałaśliwe. Od momentu, kiedy rzężący i kolebiący się na wybojach autobus wypluł pasażerów na odrapanym dworcu, zmysły Teruyo nieustannie atakowała armia kolorów, dźwięków i zapachów. W końcu rozbolała ją głowa. Najchętniej przysiadłaby gdzieś w cieniu, chociaż na chwilę, ale matka pędziła, jakby goniło ją stado demonów. Największym rozczarowaniem był jednak pałac królewski – a raczej jego brak.

„Może już go minęłyśmy, a ja po prostu nie umiałam się zorientować” – pomyślała w pewnej chwili i ogarnęło ją zniechęcenie. Co jak co, ale siedziba władcy powinna się chyba czymś wyróżniać. Cóż to za pałac, którego nie da się wypatrzyć wśród świątyń, barów, sklepów i domów zwykłych obywateli?

– To tutaj – odezwała się matka, przystając przed schludnym, pomalowanym na żółto budynkiem, jak na miejskie standardy niewielkim, lecz ogromnym w oczach dziecka znad Chinit. Ku zdumieniu córki, poświęciła chwilę na przeczesanie palcami jej ciemnych włosów i wygładzenie lichej sukienczyny, która okazała tym zabiegom czarną niewdzięczność i dalej wyglądała jak znoszony łach odziedziczony po starszej siostrze. Co zresztą odpowiadało prawdzie.

– Bądź grzeczną dziewczynką i nic nie mów.

Była więc grzeczną dziewczynką. Milczała, gdy pieniądze przechodziły z rąk do rąk i oficjalnie stawała się własnością Wielmożnego Amphana. I kiedy matka, nie poświęciwszy jej ani jednego spojrzenia, znikała za frontowymi drzwiami. Nie krzyknęła na widok ciasnej klitki w piwnicy, która odtąd miała być jej domem. Nie otworzyła ust, gdy kilka godzin później gruby biznesmen z przemysłowej dzielnicy nazywał ją małą laleczką i maltretował dziecięce ciało w poszukiwaniu rozkoszy, powodzenia i zdrowia.

Dziewczynka miała kiedyś lalkę, którą zrobiła dla niej Mei, wiedziała więc, że lalki nie płaczą i nie krzyczą, nawet kiedy łamie się im drewniane nogi i wyrywa niciane włosy. Patrzą tylko na człowieka pustymi oczami z guzików. Nie sposób dociec, co dzieje się w wypchanej szmatkami lalczynej głowie.

Zresztą i tak nikogo to nie obchodzi.

II

 

 Om Yamãya Namah!

 

 Niezliczoną ilość razy wzywano go imionami pięknymi i budzącymi grozę i równie często przeklinano. Widział i słyszał wszystko. I przez cały ten czas ludzkie prośby i przekleństwa obchodziły go równie wiele – i równie mało – co krzyk umierającego ptaka lub bezgłośna śmierć tęczowoskrzydłego motyla.

Yamã, Pan Przodków, któremu okrucieństwo było równie obce jak litość, a wizja miłości tak samo obojętna jak widmo nienawiści, po prostu trwał. Wszystkie te palące jak ogień emocje – strach, ból, cierpienie i radość, rozpacz i triumf, którymi tętniła przestrzeń za oknami, którymi samsara kipiała i burzyła się jak wywar w kotle czarownicy, znaczyły dlań tyle, co kurz na wietrze. Dom między Wszędzie i Nigdzie wiecznie pozostawał taki sam. Cichy. Spokojny. Obojętny.

Po drugiej stronie zasłony jego szalona siostra sypała dobrodziejstwami i klątwami, przy czym tych ostatnich było równie wiele, jak tych pierwszych mało, ale większość istot i tak kurczowo trzymała się życia, jakby smakowanie całej gamy cierpień – od drobnych niedogodności po straszliwe męczarnie – było czymś bezcennym. Ci, którzy decydowali się dobrowolnie przekroczyć progi Bar-do, stanowili nieliczną grupkę desperatów. Nie do niego należał ich los, pozwalał więc, by błądzili wśród własnych koszmarów, dopóki szaleństwo samsary nie pochłonęło ich na powrót. 

Raz na kilka mileniów pozwalał sobie na łaskawość. Nie z dobroci serca – tej nie znał – ale zwyczajnie, dla kaprysu. Udzielał gościny jednej jedynej udręczonej istocie wędrującej ku kolejnemu wcieleniu. Był to straszliwy dar, a choć konsekwencje nigdy nie spędzały ofiarodawcy snu z powiek – choćby dlatego, że nie wiedział, czym jest sen – czasem zastanawiał się, czy nie strącić nieszczęśnika do czeluści, dając tym samym cień szansy na wyrwanie się z kręgu życia i umierania. Ale jakoś nie mógł się na to zdobyć. Przyzwyczaił się. Przyzwyczajenie jest drugą naturą wszystkich istot.

Nawet bogów.

Dom trwał zatopiony w bezczasie jak komar w bursztynie, z rzadka odwiedzany przez smutnego wędrowca, który przynosił ze sobą cień przeżytych dni jak nikły zapach dawno umarłych kwiatów. I mimo że mieszkaniec Domu świetnie wiedział, że w końcu się zjawi – czasem szybko, innym razem przewędrowawszy po stokroć wszystkie kręgi samsary – i tak zawsze go zaskakiwało, gdy pojawiał się pierwszy znak, a wzrok śmiertelnika przebijał zasłonę między światami.

Tym razem oczy należały do małej, bladej i zabiedzonej dziewczynki, a jej wyjątkowość potrafił dostrzec wyłącznie on. Nie umiał odgadnąć, co widzieli śmiertelnicy, ale na pewno nie osobę potrafiącą sięgnąć wzrokiem dalej niż ktokolwiek. Ostatnim razem, gdy taka rzecz miała miejsce, człowiek który jej dokonał, stał się ojcem Buddha Dharma.

Dziewczynka nie była księciem-filozofem, nie miała więc raczej szansy zostać Oświeconą i porywać tłumów, zdradzając im tajemnice wieczności, w gruncie rzeczy pozostające tajemnicami tym bardziej, im usilniej ubierało się je w słowa. Jej los nie interesował nikogo, może z wyjątkiem innej dziewczynki, która pewnego dnia przyszła do piwnicy i próbowała zmusić ją do zjedzenia odrobiny ryżu. Gospodarz Domu patrzył na to z niezadowoleniem (choć mogło mu się tylko wydawać, w przeciwieństwie do swej siostry nie miał wprawy w przeżywaniu, było domeną świata po drugiej stronie zasłony). Teraz niemal nie spuszczał oka z wynędzniałej dziewczynki, która również patrzyła na niego w tych cennych chwilach, kiedy wychodził ostatni klient, a ona zostawała sam na sam ze strachem i rozpaczą.

 

III

Strach, strach, strach.

Był z nią przez cały czas. Rezydował w piwnicy, rozwalony na brudnym łóżku i pożerał duszę kęs za kęsem, gdy tylko spojrzała w jego stronę. Dziewczynka za nic nie ułożyłaby się dobrowolnie u jego boku. Wolała kulić się w kącie na postrzępionym kocu przez te kilka godzin, kiedy łaskawie pozostawiano ją w spokoju.

Na początku nie było tak źle. Schowała się we własnej głowie, gdzie strach nie mógł jej znaleźć. To było dobre miejsce. Godzinami rozmawiała z Mei, ze swoją starą lalką, a nawet z misjonarzem, którego w dawnym życiu ledwo znała. Jego wymyślony odpowiednik, gdy już zagościł w jej głowie, okazał się strasznie gadatliwy. Miało to swoje plusy. Kiedy mówił, nie czuło się razów ani smrodu gości Wielmożnego Amphana, dla których „masz być miła i robić, co ci każą, bo inaczej pożałujesz, że twoje psie życie nie skończyło się w dniu urodzin”. Rany nie bolały, a głód był ledwo majakiem krążącym poza granicami świadomości. Dzięki Mei, lalce i śmiesznemu, wiecznie nietrzeźwemu staruszkowi o dziwacznym akcencie strach pozostawał bladym fantomem z którego milczącej obecności ledwie zdawała sobie sprawę.

Dom zobaczyła niedługo po tym, jak zemdlała z osłabienia i bólu, a ludzie Wielmożnego Amphana siłą nakarmili ją ryżem i wlali w gardło jakiś piekący napój. Przedtem nie omieszkali wydzielić porcji uderzeń i kopniaków, więc po przymusowym posiłku jej stan nie tylko się nie poprawił, ale znacznie pogorszył. Mimo to korowód twarzy i ciał trwał nieprzerwanie niemal do świtu. Potem, kiedy była pewna, że umiera i poczuła z tego powodu ulgę, piwnica na chwilę przestała istnieć, a ona zaglądała przez okno do domu z mgły i dymu. Przy kominku, w bujanym fotelu siedział mężczyzna o twarzy ciemnej jak nocne niebo nad Chinit i przepastnych czarnych oczach.

Nieznajomy jej nie przeraził, mimo że te oczy nie mogły należeć do człowieka. Kimkolwiek był i cokolwiek swoją obecnością zwiastował, nie mogło to być straszniejsze od świata poza granicami głowy. Uśmiechnęłaby się, gdyby nadal pamiętała, jak się to robi. Zamiast tego wyciągnęła rękę i palcami pogładziła nieopisanie zimną szybę szepczącą o poranku, który przyniesie wyzwolenie.

Tylko że szyba kłamała.

Bo poranek przyniósł coś zupełnie innego.

 

*

– Teruyo! Teruyo, obudź się! Popatrz na mnie!

W pewnym sensie obecność siostry, jej głos i drobne ręce, niecierpliwie przebiegające po twarzy i włosach były najgorszą pozycją na wydłużającej się w zastraszającym tempie liście przeżytych okropności. Prawdziwej Mei nie można było po prostu upchnąć w kryjówce we wnętrzu głowy. Trzeba było wyjść na zewnątrz i stawić czoło wszystkiemu, co się tam czaiło.

– Mei…

Jej głos był ochrypły, jakby zardzewiał przez tę wieczność spędzoną w śmierdzącej piwnicy z dala od brzegu Chinnit. Równocześnie twarz Mei wyostrzyła się, na jej skroni i pod lewym okiem wykwitły siniaki, a strup na dolnej wardze nabrał koloru zaschniętej ochry.

– Musisz wstać! Słyszysz?! Wstawaj, albo oni nas zabiją! Przyniosłam ryż i wodę. Jak zjesz, to na pewno poczujesz się lepiej…

– Twoja twarz…

– Głupstwo. – Mei rozciągnęła usta w parodii uśmiechu i natychmiast zerknęła przez ramię na drzwi. Strup na jej wardze pękł i zaczął krwawić, a Teruyo w dziwnym, jakby niezupełnie pochodzącym od niej przebłysku świadomości pomyślała, że ta odważna i mądra siostra miała o wiele mniej szczęścia od niej. Nie potrafiła się ukrywać we własnej głowie. Przerażenie wymiotło z jej oczu wszystkie uczucia, a dłonie zmieniło w ruchliwe motyle, nieumiejące ani chwili pozostać w bezruchu. Dziewczynka chciała ją pocieszyć, opowiedzieć o domu za zasłoną, ale w tym momencie drzwi piwnicy uchyliły się. Ktoś, kto pozostawał na zewnątrz, krzyknął ostro na Mei.

– Musisz jeść – wyszeptała siostra, gładząc ją po policzku. – Musisz być przydatna. Inaczej Wielmożny Amphan każe się pozbyć nas obu. Obiecaj, że spróbujesz. Obiecaj… – Głos jej się załamał.

Teruyo obiecała.

*

Strach zjawił się, gdy tylko Mei opuściła piwnicę. Błogosławione odrętwienie minęło bez śladu, a kryjówka we wnętrzu głowy nie chciała jej wpuścić na powrót. Jedynym, co teraz łagodziło piwniczny koszmar, był tajemniczy gospodarz domu i jego łagodny uśmiech, który widywała za każdym razem, kiedy traciła przytomność.

Mimo obietnicy złożonej siostrze szybko odkryła, że nie jest w stanie jeść, a pierwsza fala torsji pozbawiła ją wszelkich złudzeń. Dawno temu jej rodzina miała psa, zabiedzonego kundla o wystających żebrach i matowej, skudlonej sierści. Pewnego razu został pokąsany przez silniejszych pobratymców w walce o padlinę czy prawo do suki; mimo że jego rany nie wydawały się groźne, wpełzł pod stertę liści palmy cukrowej i leżał tam całymi dniami, aż w końcu zdechł. Teruyo próbowała się z nim dzielić własnymi posiłkami, ale psina przełykała kilka kęsów, a potem wymiotowała ohydnymi krwawymi glutami. Teraz w wiadrze na nieczystości widziała takie same. Kiedy ją bili, coś tam w środku musiało się popsuć i chociaż ból nie był w stanie zmniejszyć strachu, nie pozwalał też dotrzymać danego Mei słowa.

Gdy za którymś razem torsje chwyciły dziewczynkę w obecności klienta, ten wybiegł oburzony, złorzecząc jej i Wielmożnemu Amphanowi. Potem znowu ją bili, ale tym razem Mei nie przyszła. Nie przyniesiono też jedzenia. Przez jakiś czas – może kilka godzin, może dni – nikt nie interesował się losem dziewczynki. Nawet strach ją opuścił. Mimo to czuła się źle – tak źle jak nigdy w swoim krótkim życiu. Na przemian targały nią dreszcze i mdłości, a przy każdym oddechu w klatce piersiowej wybuchał ból, od którego miała ochotę skowyczeć jak zwierzę.

Zdawała sobie sprawę, że umiera, i że tym razem to ostateczne i nieodwołalne. Dzieci znad Chinit wcześnie uczyły się, czym jest śmierć. Nikt nie chronił ich przed tą wiedzą wymyślanymi naprędce bajkami. Śmierć oznaczała gnicie, robaki i smród i tylko to można było uznać za pewnik. Reszta składała się z pobożnych życzeń, pyłu i snów.

 

IV

Była lekka. Była piórkiem na wietrze, motylem unoszonym podmuchem huraganowego wichru. Ciało, ów nieznośny ciężar krępujący duszę łańcuchami pragnień i pożądań, zostało gdzieś tam, daleko – pusta powłoka pozbawiona znaczenia. Duch, zamiast ciężko stąpać po ścieżkach bar-do do wtóru pouczeń recytowanych przez żywych, frunął na czarnych skrzydłach. Nie mogły go dosięgnąć ani omamy karmiczne, straszące cienie zmarłych w drodze do Oświecenia, ani pochwycić długie palce samsary, pragnącej znów wpleść go w gobelin życia, napędzającego wieczny kołowrót rozstań i powrotów.

Była szybka. Była wolna.

Dom o obsydianowym dachu, czarniejszym od wszechobecnej czerni, nie kojarzył się z bezpieczną przystanią, ale to właśnie tam mknęła z szybkością burzowej chmury, wyprzedzana jedynie przez herolda-myśl, która wieszczyła jej przybycie szeptem płomieni w kominku.

Ale Pan Domu tylko potrząsnął głową i odgonił myśl jak natrętną ćmę. Wiedział lepiej. Jego moc mogła nieco złagodzić upadek w otchłań, jednak nie była w stanie mu zapobiec. A to, co czekało na dnie, nie zależało od niego.

Skrzydlaty cień nagle runął w czeluść z krzykiem, który wypełnił czarne niebo, pomknął we wszystkie strony świata i utonął w milionie podobnych krzyków.

*

Stała na bezkresnej równinie, a porywiste podmuchy wiatru szarpały jej długimi włosami i skrzydłami niezdolnymi dłużej do lotu między wszędzie i nigdzie. Wirujące wokół twarzy pasma miały kolor nasyconej czerwieni. Akwamaryny. Słonecznej żółci. Krwawego szkarłatu.

Jak na dłoni widziała teraz sens wszelkiego cierpienia, a przynajmniej tak jej się wydawało. Umierającego od ran dziecka z zapadłego końca świata. Zdychającej z głodu, przeraźliwie miauczącej kotki, nadaremnie szukającej żeru dla swych kociąt. Spadającego do morza sokoła, dla którego wędrówka okazała się ponad siły. Śmierć, śmierć, śmierć. A tuż obok życie, czerpiące garściami materię wszechświata.

Niezniszczalne atomy przepływały od istnienia do istnienia, wypożyczane na chwilę i oddawane bez nadwyżek czy braków.

Przepełniona wiedzą, która spłynęła na nią wraz z niesamowitym spokojem Między Wszędzie a Nigdzie, uchyliła powieki utkane z niczego. Postawiła widmową stopę na ścieżce, złożone z niebytu płuca zaczerpnęły nieistniejącego powietrza.

Teruyo utkana z cieni – już nie dziecko nędzy i przypadku, tylko ktoś, kim mogłaby być, gdyby wszystko, co prawe i słuszne, nie sprowadziło się w jej życiu do trybu przypuszczającego – ruszyła przed siebie, by dokończyć wędrówkę, którą zaczęła daleko stąd, w Świecie Za Zasłoną.

 

V

Dom nad Chinit wyglądał tak samo. I zupełnie inaczej zarazem. Wystarczyło, że zniknęło błoto i odpadki zaśmiecające podwórze, a dach pokrył się nową strzechą, by odmienić rozpaczliwą nędzę w zwykłą, głęboko swojską, a przez to całkiem znośną i w pokrętny sposób bliską sercu biedę. Teruyo znów wędrowała traktem od przystani, ale tym razem powierzchnia drogi była gładka i równa, jakby pragnęła wynagrodzić pątniczce wszystkie niegdysiejsze niedogodności.

Wstępując w progi rodzinnej chaty, dziewczynka wiedziała, że w środku znajdzie wszystkich. Wszystkich, bez żadnych wyjątków, żywych i dawno umarłych. Nawet bezimiennego psa, którego niegdyś usiłowała wydrzeć śmierci. Matkę, inną, młodszą, z oczami promieniującymi czułością. Ojca, którego nie znała, a który mimo to uśmiechnie się i wyciągnie ramiona, by zamknąć ją w serdecznym uścisku. Mei, Karę, Mariko, Takeo, Yoru. Otoczą ją, zasypując gradem słów i gestów. Będą chcieli, by została. By zatonęła w normalności, w pracy na polu, opiece nad skromnym inwentarzem, przygotowywaniu posiłków. W zabawie nad żółtymi wodami Chinit, czesaniu włosów siostrom i opatrywaniu braciom zdartych kolan. W tysiącach drobnych, nieistotnych spraw składających się na to, co mądrzy zwą szczęśliwym, a głupcy nudnym życiem. By porzuciła wędrówkę.

Dziewczynka zawahała się. Czy potrafi odmówić? Przecież tego właśnie szukała – miejsca świętego, bezpiecznego azylu. Domu. W spokojnej chacie nad rzeką nic nie żyło ani nie umierało, zatopione w jednej, rozciągniętej w nieskończoność chwili. Gdyby tylko zechciała, ta wieczność objęłaby również ją, otuliła i zatrzymała na zawsze. Ale w głębi duszy wiedziała, że złudzenie, choć piękne, nie ma nic wspólnego z prawdą. Bliscy, którzy na jej widok zaczęli odtwarzać wymarzone niegdyś słowa i gesty, byli jedynie cieniami, dziećmi wyobraźni. A cienie nie mogły niczego od siebie dać ani niczego zastąpić.

– Nigdy nie staniecie się naprawdę nimi – powiedziała głośno, a zgromadzeni w izbie domownicy zamarli niby kukiełki po skończonym przedstawieniu. – Nieważne, jak bardzo tego pragnę.

Ze smutkiem patrzyła, jak postaci rodziców i rodzeństwa bledną i rozpływają się w nicość. Najdłużej pozostało przy niej widmo psa. Warował u jej stóp, a w brązowych psich oczach malowały się mądrość i rezygnacja. Potem i jego kontury zamazały się, rozmyły i zblakły jak atrament na słońcu.

Z chwilą, gdy Teruyo przekroczyła próg, chata obróciła się w proch.

*

Wiodła ją południowa gwiazda wisząca na granatowoczarnym nieboskłonie tak nisko, że mogłaby wyciągnąć rękę i zerwać ją niczym dojrzałą jagodę. Wiedziała… kiedyś na pewno wiedziała, kto zapalił dla niej tę latarnię w ciemnościach, ale nie mogła sobie przypomnieć. Myśli ulatywały, wspomnienia ze świata żywych umierały jedno po drugim. Na koniec pozostała tylko garść marzeń, a i te z każdym krokiem traciły kształty i kolory. Kiedy wspięła się na kolejne wzgórze i ujrzała pałac o strzelistych wieżach, nie pamiętała już, gdzie go wcześniej widziała. Nie pamiętała, że w ogóle istniało jakieś „wcześniej”. Było tylko niejasne wspomnienie dawno przeżytego zachwytu i potrzeba, by dobiec do szerokich bram i marmurowych schodów.

Droga była długa i mozolna, mimo to pewność, że zmierza we właściwym kierunku, dodawała skrzydeł. Tam było jej miejsce, jej teraźniejszość i przyszłość, tam czekał ktoś, kto z utęsknieniem wyglądał księżniczki w kryształowych pantofelkach odzianej w jedwab i złoto. 

Wiek, zdawałoby się, minął, zanim wkroczyła na owe wyśnione schody, a tren wspaniałej sukni wił się za nią niczym wąż. W wielkiej sali, zdobnej w lustra i draperie, tańczyły dziesiątki kolorowo ubranych postaci, a wszystkie miały szlachetne oblicza i kwiaty we włosach. Nie potrzebowała potwierdzenia zwierciadeł, by wiedzieć, że i ona jest smukła i piękna, a złote loki spływają jej niemal do stóp obutych w kryształowe pantofelki. Tak miało być, więc tak było. Na środku sali czekał książę, najpiękniejszy i najdzielniejszy ze wszystkich. Rozbrzmiała muzyka, uczestnicy balu ruszyli do tańca niczym rój kolorowych motyli, ledwo muskając marmur posadzki czubkami palców. Teruyo wirowała jak listek na wietrze, wpatrzona w błękitne oczy księcia, składające jej obietnice wiecznego uczucia. Wypełniała ją euforia, jakiej nie zaznała nigdy wcześniej. Euforia pierwszej odwzajemnionej miłości, czystej, bezinteresownej i… nieprawdziwej jak baśń, która powołała ją do życia.

Piękny królewicz był zdolny robić i mówić tylko to, co sama zdołała wymyślić, kontury sali rozmywały się, kiedy tylko odwróciła wzrok, tancerze wyglądali niemal jednakowo, krajobraz za oknami tworzyły rozmazane plamy czerni i zieleni.

Gdy tylko zdała sobie z tego sprawę, świece zgasły, muzyka umilkła, uczestnicy balu rozpierzchli się z szybkością i gracją gazeli.

– Jesteś piękny – powiedziała do księcia, patrzącego na nią z przestrachem i wyrzutem. – Ale jesteś marzeniem, a ono może tylko żądać, by je śnić wciąż od nowa, powtarzać i wygładzać w nieskończoność, aż wytrze się i zużyje, nie zostawiając śniącemu niczego oprócz żalu.

Po tych słowach pomknęła do wyjścia, gubiąc po drodze kryształowe pantofelki i złote ozdoby, a pałac za jej plecami trząsł się w posadach, drżał i pękał, aż w końcu runął w nicość, z której powstał.

Istota, której nic już nie wiązało ze Światem Za Zasłoną, drżała na wietrze, naga, pusta i krucha niczym skorupka jajka. Wszystkie wspomnienia przestały istnieć, a ścieżka, dotąd prosta, zaczęła się nagle zwijać i skręcać jak wąż. Zewsząd nadciągały mgliste postacie, jedne piękne, inne przerażająco szpetne. Próbowały jej coś powiedzieć, wyjaśnić, ale nie potrafiła zrozumieć. Błądziła wśród nich i znalazła mnóstwo smutku, odrobinę tęsknoty i obietnicę wiecznego zapomnienia. W końcu odgoniła je niecierpliwym gestem. Nie pożądała zapomnienia. Bez wahania zeszła ze ścieżki prosto w ciemność, której nie rozjaśniało nic.

 

*

Dom Między Wszędzie i Nigdzie trwał w ciszy bez końca i bez początku. Pan wpatrywał się w ogień na kominku, a w jego myśli wkradało się powoli coś, czego nie zaznał od tysięcy lat.

Zniecierpliwienie.

W zasadzie nie było to nieprzyjemne. Wiązało się z poczuciem zawieszenia. Zupełnie, jakby czas wziął go na chwilę we władanie niczym zwykłego śmiertelnika. Gdyby wiedział, czym jest poczucie humoru, pewnie by się śmiał. Zamiast tego trwał bez ruchu, a widmowe płomienie lśniły i migotały w sobie tylko znanym rytmie i porządku.

 

*

Wędrowała przez mrok i wiedziała, że zmierza we właściwym kierunku. Nie była sama – co chwila mijała inne wędrujące cienie albo to one ją mijały. Wyczuwała ich smutek, ich bezdenne zagubienie w otchłani, ale sama nie była smutna. W przeciwieństwie do nich miała cel. Cel, który w końcu wyłonił się z ciemności, do którego zmierzała od tak dawna, że ziemski czas nie byłby w stanie tego zmierzyć.

Wiele zabłąkanych duchów krążyło dookoła domu z mgły i dymu jak stada bezszelestnych szarych ciem zwabionych światłem, jednak on pozostawał obojętny i zamknięty na głucho. W końcu widma ulatywały, by znaleźć się we władaniu samsary, na powrót wplatającej ich nitki w wielki gobelin życia.

Dla niej jednak Dom miał zrobić wyjątek – pierwszy od tak dawna, że drzwi niemal zapomniały, czym są, zajęte rozmyślaniem nad losem wszystkich drzwi we wszystkich światach. Otworzyły się z bolesnym jękiem, przeraźliwą skargą na naruszenie wszechwładnej reguły bezruchu.

Weszła, nie oglądając się za siebie, by sprawdzić, czy którekolwiek z bladych widm podąży za nią. Wnętrze Domu objęło ją kojącym uściskiem niczym dawno niewidzianą córkę. Zniknęło zimno i samotność, i lęk, pozostało uczucie spokoju tak wielkie, że miała ochotę po prostu położyć się na jednym z miękkich kobierców i przez wieczność dawać się omywać jego falom. Zamiast tego ruszyła przed siebie korytarzami, które prostowały przed nią załamania i sploty niczym gigantyczny wąż, życzliwie próbujący ułatwić gościowi podróż w głąb własnego ciała. Prosto do serca, tam, gdzie czekał Pan o oczach jak ciemne otchłanie.

W milczeniu zasiadła na poduszce u jego stóp i razem wpatrzyli się w płomienie szepczące o tajemnicach życia i śmierci, przypominające sekrety wszystkich jej poprzednich wcieleń i wędrówek, od tysiącleci kończących się tu, u jego stóp. I chociaż dary Domu, podobnie jak te zsyłane przez samsarę, były niczym nagie ostrze i zawsze raniły tego, kto ośmielał się po nie sięgać, nie żałowała. Wkrótce – za tysiąc lat – znów będzie musiała ruszyć w drogę. Odrodzi się w ciele motyla lub boga, jako człowiek lub duch – i zapomni. Ale Dom będzie pamiętał i trwał, czekając, aż wróci, by znowu na chwilę zasiąść u stóp tego, który, choćby nawet chciał, już nie potrafił jej uwolnić.

Bo bogowie, jak wszystkie inne istoty, mają swoje przyzwyczajenia.

VI

Imee zamilkła. Opuchnięta od bicia i płaczu twarz Mei rozjaśniła się lekko. Stłoczone w piwnicy dziewczynki wpatrywały się w najstarszą koleżankę, jakby czekały na dalszy, może szczęśliwszy koniec opowieści. Tylko że Imee sama była zbyt zmęczona i przybita, by pokusić się o dodawanie otuchy innym. Któż mógł wiedzieć, gdzie była teraz mała Teruyo? I… czym była? Czekała w otchłani między światami na nowe narodziny czy rozpłynęła się w nirwanie? Słuchała opowieści płomieni w towarzystwie Pana Domu Między Wszędzie i Nigdzie czy może błądziła wśród cieni nad falami Lete?

Albo spała wiecznym snem w bezimiennym grobie i nikogo nie obchodził jej los.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Opowiadanie mnie nie uwiodło. Jak dla mnie – za dużo niedopowiedzeń (ale może jeszcze zjawią się ich amatorzy). No i męczy mnie motyw krzywdzonego dziecka w literaturze.

Nie wiem, kim jest Gospodarz (i dość długo myliłam go z Wielmożnym Amphanem), nie wiem, co właściwie zrobił bohaterce – zabił, dał nirwanę na jakiś czas?

Amphan traktuje swoje niewolnice, jakby nie miał smykałki do interesów. Jak można pobić towar tak, żeby przestał się nadawać do eksploatacji?

Ale przyznaję, że tekst napisany bardzo przyzwoicie.

Wiodła ją południowa gwiazda wisząca na granatowoczarnym nieboskłonie tak nisko,

A to zdanie mnie zastrzeliło. Dotychczas myślałam, że to Japonia, a tu południowa półkula, gdzieś w okolicy równika. Ale skoro mamy klimat równikowy, to dlaczego dziewczynce jest tak zimno przed świtem?

Babska logika rządzi!

Ej no, to fantasy przecie, nie czepiajmy się astronomii w wymyślonym świecie ;-)

Poza tym nie powiedziano, o jaką gwiazdę chodzi. Bo chyba nie ma czegoś takiego, jak "Gwiazda Południowa".

Do lektury zagnał mnie uroczo kiczowaty tytuł (w dobrym znaczeniu, lubię kicz) i okazało się… No właśnie. Z jednej strony czytanie sprawiło mi niekłamaną przyjemność, bo tekst jest napisany naprawdę dobrze. Piękne zdania, świetny klimat. Chyba nawet nie bardzo zgubiłem się w tych wszystkich metaforach i filozofowaniu.

Z drugiej – jak pisała Finkla. Krzywdzone dziecko – nośne, ale oklepane. Mało logiczne zachowanie właściciela burdelu (choć po zastanowieniu – w takiej a nie innej sytuacji ekonomicznej i, że tak powiem, kulturowo uwarunkowanych tradycjach, podaż świeżego towaru mogłaby być całkiem spora). Fabuła, będąca tylko pretekstem do pofilozofowania w literacko zgrabnym stylu. Najbardziej brakowało mi wyraźnego określenia, dlaczego bohaterka była wyjątkowa, dlaczego trafiła do domu, który otwiera się tak rzadko. Dlaczego, droga Autorko, nie dałaś jej szansy na zrobienie czegoś z uzyskanym oświeceniem.  Niekoniecznie musiała zostać drugim Buddą. Ale gdyby mogła choć troszkę wpłynąć na swój los…

Ale może ja nie łapię kontekstu, bo kultury dalekiego wschodu są mi owadzio obce, a ichnie systemy filozoficzno-religijne uważam za mętne i zagmatwane.

Ogólnie – czytanie sprawiło przyjemność,  ale pozostał niedosyt, związany z wrażeniem,  że nie do końca zrozumiałem.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone, przy Gwieździe Południowej odczepiłam się od Ziemi (chociaż – co za problem nazwać tak którąś gwiazdkę w Krzyżu Południa?), ale nie zdołałam odczepić się od klimatu równikowego. Czy na planecie częściowo pokrytej wodą (mają ryby) w okolicy równika musi panować klimat wilgotny? Jak na to wpływa nachylenie osi planety? To ciekawe pytania, IMO. Ale nas na geografii uczyli różnych pierdół z rocznika statystycznego, ale astronomii i klimatologii jakoś mało było. :-(

Babska logika rządzi!

Ok, to może ja “się wyjaśnię” w kwestii tego kiczu tytułowo-dziecięcego, bo wpłynęły nań okoliczności zewnętrzne (reszta, jeśli gdzieś naplotłam, to moja wina). Określenie “dom między wszędzie i nigdzie” pada w “Tybetańskiej Księdze Umarłych” jako określenie przestrzeni, gdzie dusze czekają na nowy przydział, zanim ostatecznie porzucą ciało i powędrują sobie ku nowemu życiu czy nirwanie, jeśli mają fuksa.

Opis maltretowanych dziewczynek to nie fantastyka. To rzeczywistość. Jakiś czas temu obejrzałam reportaż o prostytucji dzieci w Kambodży. Oglądało się jak najstraszniejszy horror. Nędza jest tak straszna, a podaż “towaru” tak olbrzymia, że nikt nie jest w stanie nad tym procederem zapanować. Takie piwnice to podobno norma.

A propos zaś klimatu, mogłabym tłumaczyć, ze to pora sucha, kiedy jest chłodniej, ale prawda jest taka, że to jedno z tych miejsc, gdzie naplotłam :D

Tak czy owak, dzięki za przeczytanie i uwagi :)

"Prędzej czy później cmentarze są pełne wszystkich". T. Pratchett "Panowie i damy"

Finklo, bo ja w ogóle nie zorientowałem się, skąd wzięłaś informację o klimacie równikowym. Dla mnie to się działo gdzieś w Japonii (bo imiona i sake), a z południowej Japonii to nawet i kawałek Krzyża Południa byłoby chyba widać. Ale potem wyguglowałem sobie rzekę Chinit i wyszło, że w Kambodży ;-)

Rzeczywiście, zimny poranek, to niekoniecznie :-) Ale autorka sama mówi, że trochę naplotła ;-)

Na marginesie – bardzo przepraszam, Merrin, wiem że problemy geograficzne to ostatnia rzecz, jaka powinna nas interesować w Twoim opowiadaniu. Ale my tak tu mamy :-)

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Merrin, powiadasz, że to oparte na faktach? Paskudnie.

Ale aż taka podaż, żeby nie dbać o coś, co się kupiło? A przecież za dziewczynkę chyba sporo zapłacił, skoro za jej siostrę dość długo żyli. Inna sprawa, że mogła się zdążyć zamortyzować. No cóż, z mojego, europejskiego punktu widzenia, wiele osób tam jest chorych; alfons, klienci, a najbardziej matka.

Thargone, też nie wiedziałam, że to Kambodża. Bazowałam na Gwieździe Południowej tuż nad horyzontem.

Babska logika rządzi!

Choć traktowanie dziewczynek wywołuje zgrozę i woła o pomstę do nieba, opowiadanie nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia, raczej przytłoczyło nieco pomieszaniem baśni z miejscową religią i szczególną filozofią. Mimo osobliwego klimatu, rzecz wydała mi się mało fantastyczna.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niestety, od początku wiedziałam, że to nie jest czysta fikcja. Przez to czytałam ze ściśniętym gardłem i jestem o to na Ciebie zła, Merrin. Jak dla mnie napisane bardzo dobrze w sferze, gdzie bazujesz na uczuciach i odczuciach, klimatycznie (w sensie klimatu/atmosfery w opowiadaniu) również.  

Natomiast zacytuję Thargone, bo też mi tego zabrakło: Najbardziej brakowało mi wyraźnego określenia, dlaczego bohaterka była wyjątkowa, dlaczego trafiła do domu, który otwiera się tak rzadko.  

Poza tym jest coraz lepiej z Twoim pisaniem.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Napisany przejmująco tekst, zwłaszcza w sferze uczuć i odczuć. Jednak do końca nie uwiódł, nie jestem bowiem fanem prozy obyczajowej, nawet opisanej w tak dobry sposób. Bo warsztat jest przyzwoity, jako że nic nie przeszkadzało w czytaniu.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Rewelacja. Piękny, choć bolesny klimat. Nie sztuką jest pisać tak po prostu o złych rzeczach, które dzieją się na świecie, ale sztuką jest zrobić to tak pięknie i z takim kunsztem. Merrin, skradłaś mą duszę na te kilkadziesiąt minut.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Finklo → ja też nie mogłam w to uwierzyć, ale jeśli wierzyć telewizji i prasie, to tak właśnie wygląda rzeczywistość. Dziewczynki są towarem, który jest coś warty do momentu utraty dziewictwa. Oni tam podobno wierzą, że seks z dziewicą leczy choroby i przynosi szczęście. Potem nie opłaca się w małoletnie prostytutki inwestować, więc warunki wołają o pomstę. Ja naprawdę tego nie zmyśliłam, nie mam tak bujnej wyobraźni.

Regulatorzy → dziękuję za milczenie na temat powtórzeń i innych pokrak językowych :D

Bemik, Thargone → w zamyśle wędrująca dusza wcale nie miała być wyjątkowa. To przyzwyczajenie boga uczyniło ją wyjątkową, pozbawiając jednak możliwości osiągnięcia nirwany. Autor miał na myśli, że to była taka niedźwiedzia przysługa, polegająca na zaspokojeniu jego kaprysu kosztem mąk przeżywanych przez bezradną duszę bez końca w kolejnych wcieleniach, tylko widocznie nie umiał tego dobrze wyrazić :) PS Bemik, staram się :D

NoWhereMan → za komplement dziękuję, z upodobaniami nie dyskutuję, bo starożytni twierdzili, że nie powinno się tego robić.

Darcon → a dziękuję, konstruktywny kop w zad jest zawsze dobry, ale połechtanie ego zdecydowanie jest milsze ;)

 

"Prędzej czy później cmentarze są pełne wszystkich". T. Pratchett "Panowie i damy"

Aaaa, jeśli defloracja następuje jednocześnie z dewaluacją, to całość ma przynajmniej sens ekonomiczny. Szkoda, że tego nie pokazałaś w tekście.

Wiesz, u nas też kiedyś wierzono w coś takiego. W “Wielkim skoku na pociąg” jest cały wątek o tym, że seks z dziewicą może uleczyć z syfilisu (albo innej rzeżączki, nie pamiętam dokładnie). I dziewczynki były jeszcze młodsze, żeby klient miał pewność. Ale chociaż socjal miały lepszy.

Babska logika rządzi!

Ależ nie ma za co, Merrin, to przecież porządnie napisane opowiadanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przejmujący, dobrze napisany tekst.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Oryginalne. Wszelkie nawiązania do Buddyzmu przyjmuję z otwartymi ramionami. Podobał mi się kontrast w tym tekście, poradziłaś sobie równie dobrze z materialnym ciężarem życia dziewczynki, jak i z opisami bardziej transcendentnych spraw, że tak to ogólnie ujmę. Podoba mi się, że udało Ci się uniknąć jakichś niepotrzebnych kolokwializmów i innych niezręczności, sposób, w jaki traktowana była dziewczynka miał duży potencjał na zbagatelizowanie, opisałaś to bardzo zręcznie, emocjonalnie.

Przejmujące, z ambiwalentnym morałem, podobało mi się.

 

[BTW: wystawiam swój pierwszy bezpośredni punkt w portalowej karierze, to mały krok dla ludzkości, ale wielki krok dla człowieka, tego człowieka :D]

No nieźle.

Bardzo ładny język, oryginalne porównania i metafory. Nienawidzę tego typu fabuł (cierpienie kobiet to dla mnie jedna z najgorszych spraw świata, a już zwłaszcza męka małych dziewczynek), a ty potrafiłaś mi ją sprzedać, przede wszystkim przez swój styl i nieustanne nawiązania do mniej przytłaczających spraw. Skoneczny w punkt napisał o kontraście. Całość wygląda na przemyślaną, zwartą, splecioną z dobrze dobranych wątków. Chętnie czytałabym więcej tak napisanych opowiadań ;) Wysłałam do Biblioteki!

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Wstrząsające opowiadanie z kiedy trzeba to wyszukanymi, a innym razem prostymi, ale bardzo celnymi metaforami. Piękny język opisujący prawdziwy dramat – chociaż mam wrażenie, że do końcówki nie przyłożyłaś się tak jak do reszty tekstu i to piękno się trochę rozjechało, na przykład nadużywasz porównań do węża. W dwóch miejscach zjadło Ci po słowie, ale czytałem na telefonie, więc nie miałem jak wypisać. Poza tym to pierdoły.

Bardzo dobre, emocjonalne opowiadanie. Żałuję, że trafiłem tu dopiero teraz, bo nominowałbym do piórka.

Polecałem kiedyś ten tekst, ale przeszło bez echa, tylko Naz zareagowała i wrzuciła do biblioteki.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ja zareagowałem dodaniem do kolejki, o której istnieniu przypomniałem sobie przedwczoraj. :D

Dziękuję za wszystkie pozytywne komentarze, zwłaszcza że jest to jedyne “zaangażowane” opowiadanie, jakie kiedykolwiek popełniłam, nie licząc historii o pewnym zboczonym kosmicie-podglądaczu. Ale to drugie nie nadaje się do publikacji na przyzwoitym portalu ;)

"Prędzej czy później cmentarze są pełne wszystkich". T. Pratchett "Panowie i damy"

Nie wiem, czy nas aby nie przeceniasz. ;-) Mieliśmy tu już konkurs inspirowany “50 twarzami”… Trafiali się w nim i zboczeni kosmici.

Babska logika rządzi!

Wielka szkoda, Merrin, ja czekam na coś równie dobrego. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Finklo, musiałabym się tu o wiele bardziej i dłużej poudzielać, żeby odważyć się z tym wyrwać :D

Darconie, jeszcze raz dziękuję za miłe słowo :)

"Prędzej czy później cmentarze są pełne wszystkich". T. Pratchett "Panowie i damy"

To tylko fakty, Merrin. Miłe słowo to takie, że nominowałbym opko do opowiadania roku, gdybym mógł.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Twój teks polecił mi Darcon, więc zajrzałam. Niewątpliwie piękna i tragiczna historia, napisana obrazowo, pięknym językiem pełnym metafor. Jak dla mnie, to jednak było tego zbyt wiele. Lubię gdy coś się dzieje, lubię dialogi, a opisy w pewnym momencie nieco mnie nużą. Zerknęłam do wcześniejszych komentarzy i wydaje mi się, że wszystko co chciałam pochwalić zostało pochwalone, a wątpliwości, jakie miałam, zostały rozwiane. Tekst rzeczywiście biblioteczny, więc dziwię się, że był problem z tym, żeby tam trafił. Pozdrawiam. :)

 

 

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

I ja tu jestem z polecenia Darcona.

Bardzo mocny to tekst, Autorko, taki, który trzeba zapamiętać. Poza fabułą, atutem jest język, jak zauważyła AQQ, metaforyczny i obrazowy.

Czuję, że będę długo rozmyślać o tym opowiadaniu. 

Nowa Fantastyka