- Opowiadanie: TheLastAxeman - Odpowiedź Cesarza I

Odpowiedź Cesarza I

Pierwsza część opowiadania osadzonego w uniwersum luźno inspirowanym carską Rosją, gdzie podporę władzy Imperatora stanowią umożliwiający komunikację między Sferami magowie. Najpewniej historie z tego świata będzie łączyła postać pewnej bohaterki, ale tego jeszcze pewien nie jestem. 

Oceny

Odpowiedź Cesarza I

Zbyt mnie straszyli i teraz niczym już przestraszyć nie są w stanie.

 

– I jest pan winny, panie diabeł? – zapytała go głosem znudzonym i z zaangażowania wyzutym do cna, podświadomie bawiąc się broszą z jakiegoś połyskliwego, na pierwszy rzut oka czarnego metalu. Od przedmiotu tego czuć było chłód i pewnie coś jeszcze, acz Cecylia dawno już przywykła do "orliczki", jak nazywała ozdobę mającą kształt wiadomego ptaka. 

– Przecież to pani miała o tym zdecydować, pani czarownico! – na czoło oskarżonego wystąpił pot, przybywając w wielkiej obfitości i ściekając po bruzdach, jakimi pokryte było jego wydatne, pękate czoło. Łysa czaszka z ciemnymi różkami lśniła w świetle świec blaskiem nerwowym i niepewnym, gilotynowym wręcz.

– Pierwszy raz widzę tak ogolonego diabła – kobieta znów zmieniła temat, odkładając swoją "orliczkę" na bok. Rozmasowała palcami skronie i na chwilę przymknęła oczy koloru powszechnie nazywanego piwnym, acz narratorowi wydają się one bardziej bursztynowe – Nie powinien pan być bardziej, no cóż, włochaty? – dodała po chwili, łypiąc nań.

– Ja nawet nie jestem żaden diabeł! – stworzenie wyskrzeczało te słowa ze świętym oburzeniem, całkiem słusznie zresztą – Jestem satyrem, tak nawet jest napisane w waszych dokumentach!

– Rzeczywiście.

Nienawidziła prowadzić przesłuchań i śledztw, a na myśl o papierologii nachodziła ją ochota, by wywołać duszę praojca wszelkich biurokratów i zadawać mu ilości bólu proporcjonalne do szkód, jakie wyrządził jego wynalazek. Ponad kwadrans temu zapomniała już, z jakiego powodu magluje tego całego satyra i zajęła się przypinaniem mu łatki diabła, acz wiedziała że nie sposób przeciągać tej farsy w nieskończoność.

– Cóż, jeszcze raz – z westchnieniem przejrzała walające się po biurku dokumenty, z których część w ogóle nie dotyczyła bieżącej sprawy. Co więc tam było? Cecylia przenosiła wzrok z naprędce wyskrobanych zwojów magicznych na kartki, których powierzchnię pokrywały ciągi ćwiczonych znaków obcych alfabetów. Zwróciła uwagę na kilka sprośnych rysunków i karykatur, bez jakich nie obyło się nawet na aktach nieszczęsnego satyra – Ja to narysowałam…? – kobieta zmarszczyła brwi, mrucząc do siebie w konsternacji.

– Proszę…?! – oskarżony przekrzywił sporą, niezbyt foremną głową. Odbiegał nieco od archetypu żywotnego, młodzieńczego satyra – twarz miał pobrużdżoną, o grubo ciosanych rysach, wzrostem ledwie tylko wyprzedzał karłów, a i budowy był mizernej ze swoimi chudymi ramionami i krótkimi, nieforemnymi nóżkami pokrytymi kosmatym, brązowym futrem. Gdyby tylko sięgał kopytkami do posadzki, z całą pewnością tupałby ze zdenerwowania.

– Ach, nic. Przeczytałam, że pan jest robotnikiem – zbyła jego pytanie machnięciem ręki, acz przynajmniej nie skłamała do końca, bo w istocie taki był status siedzącego po drugiej stronie mebla delikwenta. Po kilku kolejnych chwilach grzebania w papierach i odnalezieniu tego właściwego Cecylia pokiwała głową z czymś w rodzaju satysfakcji.

– Hm, więc nie ukradł pan szkatułki? – nawet jeśli na ustach kobiety miał się pojawić uśmiech, to nawrót bólu głowy dał mu do myślenia i koniec końców czarownica tylko się skrzywiła. Suchość w ustach i w gardle znów dała o sobie znać, toteż wiedziała że nie ukryje swojego stanu w nieskończoność.

– Mówiłem już, że nic nie ukradłem. Ten co to zrobił to dopiero był diaboł! – jeśli chodzi o cierpliwość, to satyrowi powoli kończył się jej zapas. Przez parę sekund wydawało się, że rozmówcy zamienili się rolami, a apogeum tegoż nastąpiło, gdy rogacz uniósł oskarżycielsko palec, kierując go w kierunku Cecylii.

– Skoro jest pani czarownicą, to po kiego te cyrki? A nie lepiej mnie sprawdzić tymi waszym hibiskusami czy inną abramakabrą?! Kacyk męczy, co? Gorzała jednak bywa silniejsza od tej waszej magii!

– Abramakabra, dobre – wiedźma zawinęła pukiel czarnych loków wkoło palca i mimo wszystko uśmiechnęła się. Jej zmęczony umysł zaprzągł wszystkie siły, by z tego nowo powstałego określenia wykuć jakiś żart, którym będzie mogła zabłysnąć podczas dawania wykładu – Ale nie myli się pan, to właśnie on, największy wróg magów Jego Cesarskiej Mości – kac!

– I co, mamy tu gnić aż pani przejdzie i będzie mnie mogła pani wybadać? – satyr zacisnął piąstki, czując narastający gniew. Był uczciwym obywatelem, naprawdę nie pragnął więcej niż możliwości strzelenia sobie po pracy akuratnej liczby kielonków i świętego spokoju od bijącego po oczach majestatu Carskich Korpusów Mistycznych.

– Gdzie tam – czarnowłosa prychnęła w odpowiedzi, już kreśląc piórem jakieś zawijasy na niektórych dokumentach, a potem kazała się podpisać oskarżonemu – Jeszcze jutro się do pana odezwę w sprawie tego całego diabła, acz świat nie spłonie jeśli tamta damulka odzyska swoją szkatułę z opóźnieniem.

Satyr niestety nie mógł złożyć imiennego podpisu, toteż z racji braku umiejętności pisania postawił w wyznaczonych miejscach krzyżyki. Wszelkie akta spraw kryminalnych czy urzędowych zapełniano specjalnym atramentem, którego właściwości pozwalały magom na dowiedzenie się, któż naprawdę był autorem sygnatury. Po odtrąbieniu reszty formalności rogaty podejrzany mógł nareszcie udać się w swoją stronę, wyprowadzony z komisariatu przez dwójkę miejskich milicjantów.

Sama Cecylia ziewnęła przepotężnie i sięgnęła po odłożoną wcześniej broszę z orłem, by przypiąć ją w stosownym miejscu. Pragnęła się na dziś dzień pożegnać z tym miejscem i ludźmi, którzy tu pracowali – faktycznie dla kogoś takiego jak ona ciężko było o karę lepszą, aniżeli praca w mieścinie i okolicy ze wszech miar męczącej, zatłoczonej i nieciekawej. Drobne kradzieże, pomówienia, małżeńskie konflikty – przewinienia niewielkiej wagi, każde z nich było niebagatelną obrazą dla kogoś o horyzontach i talencie Cecylii. Cesarstwo wiedziało, jak karać niekorne i ambitne jednostki.

Wiedźma wymaszerowała wreszcie z pomieszczenia, mijając jeszcze biuro Stiopy, jedynego człowieka poza nią, który na tym komisariacie posługiwał się magią. Komisarz Stiopa był typowym maginem z miasta przemysłowego, krótkowzrocznym i irytująco przyziemnym jak na kogoś, kto obcował z siłami tajemnymi. Cecylia nie znosiła osób, które magię traktowały jak narzędzie i nie przejawiały chęci ni zdolności, by ją postrzegać jak sztukę. Na dodatek Stiopa przyjmował łapówki – nie było to nic niecodziennego, ale fakt że tak niewielkie sumy wystarczały by go udobruchać nie wystawiał mu dobrego świadectwa.

– Zwolniłaś go tak szybko…? – zawołał za nią, wychodząc ze swojego zagraconego gabinetu. Czarownica zerknęła przez ramię i odpowiedziawszy wzruszeniem ramion poszła dalej w swoją stronę, czując jak skutki kaca powolutku ustępują. Stopniowo wracały do niej właściwe magom zmysły, znów czuła tętno pulsujące w niewidocznych, astralnych żyłach, jakie znakowały praktycznie każdą ze znanych Sfer. Nie wyczuwała jeszcze aury komisarza, ale to po części z racji jej słabości.

– Ano, zwolniłam. Jest niewinny.

– Ale panna Wareńska koniecznie chce, byśmy winowajcę przyskrzynili jeszcze dziś!

– Zrobimy to, jak się taki znajdzie – Cecylia już wyrobiła sobie opinię o Wareńskiej, otyłej dziedziczce fortuny swego rodu, która z damy nie miała w sobie nic poza majątkiem – Póki ja tu jestem nie będziesz skazywał obywateli z łapanki, bo takie jest widzimisię jakiejś Wareńskiej.

Nie czekała nawet na odpowiedź, a jej prędki krok zaniósł ją wreszcie na ulicę, gdzie powitana została przez miejski gwar i towarzyszące mu zapachy. Cecylia zdążyła Biełydar znielubić z powodu jego wszechobecnej przyziemności, jakby architekci i mieszkańcy tego miasta kompletnie zapomnieli o osiągnięciach ludzkości w dziedzinie sztuk magicznych. Biełydar straszył brudnymi dzielnicami fabrycznymi i zaniedbanymi kamienicami, z których część tylko czekała, by zawalić się i pogrzebać lokatorów w gruzach. W innych Sferach nawet pozbawieni zdolności magicznych ludzie korzystali z podniebnych wehikułów czy innych wynalazków podnoszących poziom życia na różne sposoby – lud Biełydaru zaś był szary, obdarty i apatyczny, zaś czarownicy pełnili tu rolę psów tropiących na usługach milicji. Oczywiście tak jak w większości światów czy osiedli zdarzali się uzdolnieni magicznie detektywi czy artyści, acz każdy człowiek z wystarczającymi do tego zdolnościami uciekał z Biełydaru do krain oferujących lepsze warunki.

Magia już niemal całkowicie wróciła do Cecylii i dopiero teraz kobieta poczuła, że naprawdę oddycha, wszystko na powrót nabrało barw a dźwięki znów stały się wyraziste. Teraz czekało na nią umówione spotkanie w kawiarni, pod którą podjechała złapaną dorożką. Woźnica swoim sposobem bycia poprawił jej nastrój, okazał się bowiem osobnikiem wielce grzecznym i przyjemnym w obyciu, również wyrażając zadowolenie ze spotkania tak miłej i zacnej damy.

W kawiarni "U Wrońskiej" czekała już na Cecylię jej już-nie-uczennica, to jest Oksana. Kasztanowowłosa młódka trochę zmarniała przez pobyt w Biełydarze, oczy miała podkrążone, skóra jej pobladła. Ona też musiała ponieść odpowiedzialność za przewinienia swojej mistrzyni, acz stała przy niej murem i starała się nie skarżyć na tymczasowe wydalenie z Akademii. Co prawda wymuszało to pewien przestój w jej edukacji, acz mimo niewielkiej ilości przeżytych wiosen Oksana nabrała już trochę doświadczenia w używaniu magii w sytuacjach stresowych i dalece odbiegających od szkolnych. Takie były uroki trzymania z Cecylią Antonowną, której w krew weszło dawanie lekcji niestandardowych i rzucanie uczniów na głęboką wodę – w trakcie nauki Oksana kilka razy zaryzykowała utratą zdrowia.

– Znowu pani wczoraj piła – młodsza z kobiet rozpoczęła rozmowę tymi słowy, nie czekając nawet aż brunetka usiądzie na krześle.

– Znasz mnie zdecydowanie za dobrze, kruszynko. To niebezpieczne – czarnowłosa roześmiała się, rozsiadając wygodnie i odchylając głowę do tyłu. Popatrzyła na Oksanę spod przymkniętych powiek, okolonych długimi rzęsami – Przynajmniej nie piję w samotności!

– Pomniejsze demony to chyba średnie towarzystwo.

– Jak na Biełydar to całkiem niezłe – alkoholizm nie był rzeczą pożądaną wśród licencjonowanych magów Cesarstwa, acz sama Cecylia uważała, że jeszcze jej trochę do tej choroby brakuje. Rankiem nawet postanowiła, że przejdzie na odwyk, co zresztą doradzały nawet przywołane wczorajszej nocy duchy. Wiedźma unikała nazywania tych bytów demonami, bo chociaż miały skłonności do złośliwości i psót, to okrucieństwo czy podłość nie należały do puli ich cech. Dodatkowo te istotki ze Sfer Zewnętrznych pędziły iście ognistą gorzałkę!

– Myślę, że młodsza córka wuja nadawałaby się do Akademii – bąknęła wreszcie Oksana, przeczuwając że nici z moralizowania Cecylii. Póki trwało jej "wygnanie" pracowała w Biełydarze jako guwernantka dzieci wuja, którym zapewniała podstawowe wykształcenie w postaci nauki czytania, pisania czy rachunków. Nie szczędziła im też ciekawostek opisujących naturę magii czy sposobów kontrolowania mocy, bo dziatki przejawiały pewne zdolności, zwłaszcza ośmioletnia Nadia – Nie chciałaby się jej pani przyjrzeć?

– Sama to zrobisz lepiej. Znasz tą małą i obserwujesz ją w różnych sytuacjach – zawyrokowała wiedźma i uniesieniem dłoni przywołała obsługę, zamawiając dwie kawy z bitą śmietaną – Cholernie nużąca Sfera, nawet nasiona kawy sprowadzają tu portalami towarowymi.

– Gdybym miała jakieś wątpliwości, tak czy siak zwrócę się do pani.

– Dobrze jest zasięgać rady w potrzebie, acz nie należy się od czyjegoś zdania uzależniać – po latach Oksana mogła stwierdzić, że jest to najczęściej przypominane przez jej mistrzynię porzekadło, miejscami dość trudne do przestrzegania. Cecylia miała bowiem silną osobowość i wiele osób w jej otoczenu nieświadomie tańczyło tak, jak im zagrała. W Oksanie mimo wszystko próbowała krzewić samodzielność, co w Imperium nie było taką znowu powszechną cechą, chociaż wśród magów spotykało się ją znacznie częściej.

Korpusy Mistyczne i czarownicy jako tacy byli podporą carskiej władzy nad Sferami, bez ich pomocy i możliwości jego władza zaczynałaby się i kończyła w Świecie-Matce, przeludnionym i mocno zagospodarowanym, nie mogącym już funkcjonować bez dostaw żywności i surowców z innych Sfer. Sam Car też był potężnym magiem i dysponował mocami swego rodu, wedle ludowych wierzeń mógł do swej woli nagiąć każdą osobę, która sama nie posiadała wystarczająco silnego potencjału magicznego, ale przecież samodzielnie nie mógłby zapewnić funkcjonowania tysięcy portali i bram.

Na wymagającej drodze magii na obywatela Imperium czekało też najwięcej swobód i przywilejów, jakimi Batiuszka musiał odbarzać swych czarowników, by nie stracić ich lojalności. Większość ludzi niezależnie od stanu nigdy nie opuszczało swych ojczystych Sfer, pozwolenie na korzystanie z portali kosztowało niemało, a i tak wydanie go w ostateczności zależało od werdyktu urzędnika. Magowie mogli jednak poruszać się w miarę swobodnie po terenach Carstwa, chyba że z jakiegoś powodu nakładano na nich ograniczenia, tak jak teraz na Cecylię i Oksanę.

– To moje ostatnie karne śledztwo… znajdę prawdziwego złodzieja tej szkatuły z biżuterią i najpewniej pozwolą nam wrócić – oznajmiła wiedźma po kilku łykach kawy, uprzednio streściwszy Oksanie jak się sprawy mają. Nie spodziewała się niczego poważnego i zdawało się, że znalezienie winnego to kwestia dwóch, może trzech zaklęć.

– Gdyby nie ta popijawa, to może już miałaby to pani za sobą.

– Gdybyś ze swoją przyzwoitością i poprawnością miała mój urok osobisty i moc, to wygryzłabyś Ojczulka z tronu – Cecylia wyszczerzyła ząbki, wypowiadając słowa które każdego nie-maga wpędziłyby do więzienia albo zapewniły zesłanie na katorgę – Stiopa był na miejscu zbrodni i przywiózł na komisariat tego biednego satyra, licząc że skażemy go. Wareńska kupiła go sobie, nie ona pierwsza zresztą. Odwiedzę naszą słodką poszkodowaną i spróbuję zlokalizować zgubę.

– Nie wierzę, że komisarz tego nie spróbował! – prychnęła Oksana, którą powoli przytłaczała niekompetencja tutejszych ludzi. Oczywiście milicja Carstwa nigdy nie zasłynęła przesadną sprawnością, ale każda opieszałość ma swoje granice. Dziewczyna dopiła kawę i zaraz zamówiła drugą.

– Przestań, to niezdrowo – upomniała ją Cecylia, samemu nie uporawszy się jeszcze z zawartością swojej szklanki – Chociaż z mojej strony takie zwracanie uwagi zalatuje hipokryzją, ech! – kawa była raczej średnia, acz wystrój przybytku całkiem cieszył oczy. Iście magiczne ceny odstraszały na dodatek większość biełydarskich mieszczan, tedy w środku rzadko kiedy panował tłok. Czarownice miały więc o tej porze całą kawiarenkę dla siebie.

– Mamy z ciotką spokój ze strony wuja, odkąd go potraktowałam permamentną klątwą impotencji – wyznała wreszcie dziewczyna, siłą woli zmieniając kształty pary unoszącej się znad filiżanki. Smugi przybrały na początku wygląd stojącego na tylnych łapach, grubego kocura z parasolką, potem zawirowały i utworzyły postać tańczącej cyganki zamiatającej spódnicą. Widząc ten drobny pokaz Cecylia uniosła palec wskazujący i wywinęła nim w powietrzu, a dymowa cyganeczka nabrała kolorów. Iluzoryczna postać wielkości kobiecej dłoni popląsała trochę po stoliku, by po następnym ruchu palca czarownicy rozsypać się na kilka mniejszych. Te potańczyły trochę czardasza i wreszcie się rozwiały, nie pozostawiając po sobie ani śladu. Żeby nakazać takiej iluzji wykonanie odpowiednich ruchów samemu trzeba pierwej je dobrze znać, a czarnowłosa wiedźma była prywatnie wziętą tancerką.

– I nie piekli się? Nie próbuje mścić?

– Nie, za bardzo się boi. Chociaż ciocia nie chce, żebym odchodziła z Biełydaru, obawia się co może się stać, gdy mnie zabraknie – młódce wyrwało się ciche westchnienie.

– To przeklnij go tak, żeby mu ręka i kuśka odpadły, jak spróbuje ją albo dzieci skrzywdzić – poleciła Cecylia swobodnym tonem, jakby mówiła o rzeczy ze wszech miar zwyczajnej – Ja nie żartuję – dodała, zauważając że Oksana przypatruje się jej z powątpiewaniem.

– Nie wiem, cz umiem rzucić taką klątwę – przyznało dziewczę, biorąc następny łyk i uciekając wzrokiem w boku.

– Klątwy zazwyczaj czerpią siłę z emocji i przekonania o słuszności sprawy, więc myślę że umiesz. Odwagi, kruszynko! – po tej wypowiedzi przyszedł czas na pożegnania i i powrót do takich czy innych obowiązków, jakimi obie musiały się zająć. Oksana nie chciała zawieść ani swej cioteczki i jej dzieci, ani mistrzyni Cecylii – zostało jej faktycznie zebrać się na odwagę.

 

***

 

Wiedźma raczej dystansowała się od ludzi pozbawionych daru magicznego – nie odczuwała wobec nich jawnej pogardy ani wrogości, ale traktowała bardziej jak półślepe owieczki potrzebujące pasterza. Prawo Carstwa odnosiło się do cywili podobnie – przeciętny człowiek nie zaznawał w ciągu swego życia zbyt wielu swobód. Carat wychował sobie społeczeństwo uzależnione od siebie i przez to nieporadne, wyjątki stanowili właśnie czarownicy. Ich wypuszczono spod klosza sztywnych praw i regulacji, zdjęto im z barków brzemię ciężkiej, bezmyślnej fizycznej pracy. Cecylia Antonowna nie musiała być wielką wielbicielką takiego podziału, nie przyznawała mu też ostatecznej słuszności – ale była zdecydowanie daleka od sprzeciwiania się porządkowi, który zapewniał jej całkiem niezłą pozycję. Żeby zasłużyć sobie na katorgę i zesłanie mag musiał naprawdę nabroić.

A jednak dyletantów nie brakowało także wśród przedstawicieli braci czarnoksięskiej – to właśnie renegaci z Korpusów Mistycznych wiele lat temu założyli rewolucjonistyczny Szkarłatny Kolektyw, którego ideologia miała poderwać lud Imperium do walki przeciwko Carowi. Dokonywali sabotaży, napadów i zamachów, ale wszystko to na niewielką skalę. Sama Cecylia podejrzewała, że służby Cara ukrywają prawdę o rzeczywistym wymiarze zbrodni i działań Kolektywu, ale taka już była ich natura.

Gdy jadąc dorożką zmierzała do kamienicy zamieszkaną przez rodzinę Wareńskich nie pierwszy raz pomyślała, że Biełydar jest świetnym miejscem dla Szkarłatnych, którzy mogliby prowadzić wśród tutejszych robotników i biedoty agitację. Siebie samych rewolucjoniści przedstawiali jako obrońców uciśnionych, przeciwstawiających się okrutnej i despotycznej władzy – stawiali się w opozycji do powszechnego wśród gminu obrazu maga jako osoby wyniosłej i lekceważącej problemy zwykłych ludzi.

Nieżyjący już ojciec Jewy Wareńskiej mądrze postąpił inwestując w przemysł tkacki i sprzedając podupadający, stary majątek leżący na przedmieściach Biełydaru. Owa inwestycja szybko przyniosła zyski a sam Jegor Wareński wziął ślub z córką właściciela jednej z większych fabryk tego miasta, wybierając pomnażanie majątku i osobiste szczęście nad arystokratyczne tradycje, które porzucił. Jego syn skorzystał z zaplecza jakie zapewnił mu ojciec i z małą fortunką postanowił poszukać szczęścia w szerokim świecie – podobno założył sieć ekstrawaganckich restauracji w Iwanogrodzie. Prawdopodobnie odziedziczył też wszelkie talenty ojca, a młodszej od niego Jewie los pozostawił przejadanie ojcowizny, plotkowanie i bycie oszukiwanym przez zarządców robiących niezłe przekręty na sumach, którymi w jej imieniu obracali. Zarobione przez Jegora pieniądze rozchodziły się szybko, acz nawet w takich okolicznościach winno ich wystarczyć by jego córka do końca swych dni żyła lepiej niż większość biełydarskich robotników razem wzięta.

Miłość Wareńskiej do słodyczy i dobrego jedzenia równa była jedynie jej awersji do wysiłku fizycznego, charakter zaś miała równie dobry, co kondycję. Dość prędko zrażała do siebie ludzi zarozumialstwem i lenistwem, nie przynosząc swemu nazwisku zaszczytu. Podobno ojciec rozpieszczał ją jak tylko mógł, ale niewiele wyszło z zapewnianych przezeń lekcji muzyki czy tańca. Pomimo tego Jewa uwielbiała chwalić się swym śpiewem, co niekoniecznie cieszyło potencjalnych słuchaczy.

W tej właśnie chwili zarzucała Cecylię gradem informacji o wszystkim poza śledztwem, a ta uprzejmie wysłuchiwała kolejnych głupstw i dyskretnie sondowała z pomocą magii umysł Wareńskiej, który wkrótce stanął przed nią otworem. Pałaszując ptysia wiedźma co jakiś czas nakierowywała rozmowę z powrotem na temat kradzieży szkatułki, jednocześnie przeglądając wspomnienia swojej interlokutorki.

– Komisarz mnie już o to wszystko pytał i zapewniał, że macie podejrzanego. Sama go nawet wskazałam, jakże miałabym się pomylić? – Jewa przebierała nerwowo palcami tłustymi niczym kiełbaski, wwiercając w czarownicę spojrzenie malutkich oczu. Wolę miała słabą, umysł ospały i nie nie dowiedziałaby się że ktoś czyta jej w myślach, gdyby jej o tym nie poinformować.

– Był niewinny – odparła Cecylia i zaraz zamilkła, zakrywając usta dłonią. Natrafiła u Wareńskiej na ślad wcześniejszej ingerencji w jaźń i teraz postanowiła pójść tym tropem, acz rozpracowanie nierozpoznanego jeszcze czaru wymagało więcej skupienia i pracy.

– Nie smakuje pani…? – zaćwierkała z udwaną troską Jewa.

– Nie w tym rzecz. Jakby się pani odniosła do faktu, że ktoś zmodyfikował z pomocą magii pani wspomnienia?

Jewa prawie się zakrztusiła i w nagłym napadzie kaszlu jej okrągła twarz zaczerwieniła się jeszcze bardziej niż zwykle. Kobieta zamrugała kilka razy bez większego zrozumienia, najpewniej oczekując dalszych wyjaśnień.

– Padła pani ofiarą ingerencji w pamięć – kontynuowała brunetka rzeczowym tonem, starała się przy tym mówić powoli, aby Wareńska zrozumiała w czym rzecz – Wstępne oględziny pozwalają mi sądzić, że chodzi o wspomnienia z chwili kradzieży i te, które są z nimi powiązane.

– To… to skandal! – Jewa niemal podskoczyła ze złości, jeszcze łącząc wątki. Cecylię nieomal rozśmieszył fakt, że nie zapytała nawet, skąd te rewelacje. Ale jak widać im mniej Wareńska wiedziała, tym lepiej jej się żyło.

– Prawda to. Ale jestem tu po to, by sprawiedliwości stało się zadość – na dobrą sprawę Cecylia w nosie miała to, jak Wareńską potraktowano. Bardziej zależało jej na tym, by odnaleźć faktycznego winnego i uniknąć oskarżenia osób, jakie nie miały z kradzieżą nic wspólnego – Może mi pani pomóc na dwa sposoby.

– Na jakie…?

– Muszę wyizolować sobie część pani wspomnień, a to trochę potrwa. Wymagam więc cierpliwości – w czasie wypowiadania tych słów Cecylia wykonywała lewą ręką kilka gestów, które w oczach laika mogły przypominać dosyć żywiołową gestykulację. Tak naprawdę w swój głos i owe ruchy dłoni wplotła odpowiednią moc, by nagiąć Wareńską do swojej woli – Druga rzecz… nie będzie pani z nikim rozmawiać o tej sprawie, dopóki sama się z panią nie skontaktuję – w tym wypadku wzmocniła urok, tak dla pewności.

– T-tak… i tak! – Jewa kiwała głową energicznie, cały czas mając rozchylone bezmyślnie usta. Cecylię trochę drażniły takie reakcje na podobne zaklęcia, chociaż należały do najczęstszych.

– W takim razie proszę usiąść wygodnie i czekać, aż zrobię swoje – poleciła, po czym strzeliła palcami i wstała z krzesła. Poszperała po kieszonkach i sakiewkach w poszukiwaniu odpowiednich ingrediencji, między innymi trwałego kryształu pamięci. Tego typu przedmioty magiczne cieszyły się dużą popularnością wśród wszelkich czarowników, Akademia miała nawet specjalną bibliotekę gdzie wiedzę przechowywało się tylko w takich klejnotach. Oczywiście egzemplarze kryształów pamięci różniły się mocą, pojemnością i trwałością, w tych tańszych można było skryć niewiele informacji, a i z czasem zacierały się one lub ulatniały z nich. Niektóre z takich urządzeń były stworzone do wielokrotnego użytku i wcześniejsze dane można było nadpisywać, acz w obiegu najwięcej było jednorazówek. Sam Car posiadał specjalne, szczególnie potężne kryształy pamięci w których zaklęto wspomnienia jego poprzedników, aby mógł mieć do nich swobodny dostęp. Niektórzy snuli nawet teorię, jakoby w tych klejnotach spoczywały całe jaźnie dawnych Carów, acz Cecylia nie miała okazji zweryfikować prawdziwości tych pogłosek.

– No, to nie będzie bolało! – uśmiechnęła się promiennie do Wareńskiej, gdy światło świec odbiło się w trzymanym przez nią kamieniu wielkości ludzkiego oka. A potem faktycznie przystąpiła do pracy.

 

***

Nie miała zamiaru badać pozyskanych wspomnień poza swoim tymczasowym mieszkaniem – lokum które zajmowała na czas odbywania kary zdążyła już otoczyć odpowiednimi zaklęciami i osłonić przed niepożądaną uwagą, także wątpiła czy w całej tej Sferze znalazłaby dla siebie bezpieczniejsze miejsce. Zbyt wiele miała za sobą przygód, by dać się podejść we własnym gnieździe, na dodatek dobrze wiedziała że w Biełydarze nie znajdzie się żaden czarownik jej formatu – czary które ochraniały ją w tym miejscu były dla tutejszych nieprzeniknione.

Tak osłaniana wybrała też jednego z miejskich kruków, by zaniósł Oksanie stosowną wiadomość – te ptaki były wobec magów jednymi z wierniejszych stworzeń, chociaż nie wszystkie informacje zgadzały się przekazywać. Cecylia zawsze żyła w dobrych stosunkach z czarnopiórym plemieniem, a nie stało we wszystkich Sferach istot równie dyskretnych, jeśli uważały wieść za wartą dochowania tajemnicy. Kruki nigdy jej nie zawiodły i tak też miało być i tym razem.

Zresztą żaden z nich nie bał się śmierci z rąk potencjalnego wroga, wszystkie bowiem w połowie poruszały się po przedsionku krainy umarłych. Dla kaprysu kruki lubiły czasem podrzucać żywym jakieś nowiny z drugiej strony, chociaż nigdy nie czyniły na odwrót. Znały wiele prastarych tajemnic, acz ludzkość poznała jedynie garstkę z nich – wyjątkiem w powszechnym uważaniu był pierwszy spośród Carów, co też pozwoliło mu na zdobycie mocy i możliwości, aby zapanować nad tyloma spośród Sfer.

Cecylia Antonowna po przygotowaniu stosownych ingrediencji i aparatury sięgnęła znów po kryształ ze wspomnieniami Wareńskiej i umieściła go na pokrytym przeróżnego rodzaju symbolami i runami stołu, dokładnie po środku jednego z mniejszych, nachodzących na siebie kręgów. Stały tam też świecie barwy czarnej i bordowej, które czarownica zapaliła uniesieniem lewej dłoni i wysyczanym prędko słowem mocy.

Ardhoz! – dźwięk wraz z towarzyszącą mu energią wyrwał się spomiędzy jej warg i zaciśniętych zębów, jak niewidzialna fala zalał pomieszczenie i w tej samej sekundzie knoty zapłonęły chłodnym błękitem. Roztańczony jak pijana baletnica blask skakał po krzywiznach klejnotu, drwiąc sobie z dziwnie zgęstniałych cieni i szarpiąc je.

Brać czarownicza posługiwała się wieloma językami magicznymi, często nie znając dokładnie ich pochodzenia. Część poznano od takich istot jak smoki i demony, geneza niektórych pozostawała niepokojącą niewiadomą, tak jak welezjański z którego tym razem skorzystała Cecylia. Większość jej konfratrów nie próbowała go nawet poznawać, skoro przez całą edukację słuchała o niebezpieczeństwach wynikających z jego używania. W istocie, welezjański przemawiał do najstraszniejszych i najmniej poznanych mocy, a przy tym najpotężniejszych – tylko najbardziej krnąbrni i uzdolnieni spośród czarowników parali się nim, wymagał również silnego i niezłomnego charakteru.

Cecylia nie tylko osłaniała swe działania przed uwagą i wzrokiem miasta – w wypadku rzucania zaklęć po welezjańsku musiała ochronić miasto przed sobą. Nie był to jednak pierwszy raz i manipulując energią po kilku chwilach dostała od wspomnień Jewy Wareńskiej to, czego chciała – łapczywy, żądny prawdy płomień dopadł do przechowywanych w krysztale myśli i jął je odzierać z cudzych wpływów, kierowany żelazną wolą czarownicy.

Na samej granicy materialnego świata czaiły się byty mroczne i złowrogie, istoty przemykające pomiędzy cieniem a spojrzeniem, czekając aż Cecylia opuści gardę. Czyhały na dusze, na świadomość i smak materii, acz nie pierwszy raz przeliczyły się – czarnowłosa wiedźma ponownie opanowała moc i dopięła swego.

– Stiopa, oj Stiopa – zacmokała cicho, trzymając kamień pamięci w smukłych palcach. Upiorny blask ulatniał się z artefaktu, dogasał już. Na powierzchni kryształu pojawiła się siateczka pęknieć, gdyż materiał nie był przygotowany do wytrzymywania kontaktu z tak potężnymi energiami.

Kobieta przemierzyła pomieszczenie i z jednej z szuflad biurka wyciągnęła kolejny tego rodzaju przedmiot, aby przelać wen obdarte z modyfikacji wspomnienia Wareńskiej. Pod koniec tego procesu pierwszy kamień błysnął welezjańskim ogniem raz jeszcze i rozpadł się w dłoni Cecylii. Wiedźma rzuciła prochem na blat pokrytego symbolami stołu i runy odżyły, pochłaniając swym światłem rzucone im jak na pożarcie resztki.

Skierowała swe kroki do innego pokoju, ze stabilnym kryształem schowanym do kieszeni. Dopiero gdy zamknęła za sobą drzwi, poczuła jak zimno było w tamtym miejscu – zaczęła się trząść z wyziębienia, mocno pobladła. Bardziej konwencjonalne metody oddzielania wspomnień fałszywych od prawdziwych zajęłyby dużo więcej czasu, ale welezjańskie zaklęcia wyczerpywały organizm. Wstrząsana dreszczami zatarła prędko ręce i zaraz jęła grzebać po szufladach.

– No i gdzie się zapodziałaś…? – mruknęła cicho, a przed oczyma latały jej mroczki. Musiała się spieszyć.

Wreszcie ją znalazła – jak przez mgłę widziała swoje palce ujmujące ciepłą w dotyku fiolkę z jakimś jasnym płynem w środku. Zawartość zajaśniała wtedy miękkim, białozłotym blaskiem i Cecylia odkorkowała buteleczkę. Po pomieszczeniu rozeszła się woń ożywcza i przyjemna, niosąca ze sobą widoki rozgrzanych wieczornym słońcem łąk, kojarząca się też trochę z miodem. Wypiła duszkiem, nie dbając o to, że winna arkadiówkę rozcieńczyć z winem albo miodem pitnym, bo spożycie czystej mogło przynieść efekty uboczne. Przecież to nie pierwszy raz!, pomyślała gdy iście niebiańska nalewka z anielskich łez rozlewała się po jej organizmie niewiarygodnie przyjemnym ciepłem, przeganiając zimno z członków i ciemność z serca. Wiedźma poczuła się błogo, jakby wypiła płynne światło.

 

Kilka chwil potem po schodach do mieszkania Cecylii wchodziła już pospiesznie jej uczennica, włosy miała rozwiane i w nieładzie, odpuściła też sobie makijaż. Oksana nie zwlekała, gdy przybył doń kruk z wiadomością i nie myśląc o złapaniu dorożki puściła się niemalże biegiem ku miejscu zamieszkania swej nauczycielki.

Już przed drzwiami usłyszała śpiew i dźwięk butów prędko uderzających w posadzkę. Z westchnieniem przetarła dłonią twarz, wiedząc czego może się spodziewać.

– Ojczulku, poratuj – zapukała trzy raz.

Drzwi otworzyły się same jeszcze zanim zdążyła cofnąć dłoń, toteż kwitując to wzruszeniem ramion Oksana przekroczyła próg i od razu zmrużyła oczy. Za nią rozległ się trzask i dźwięk przekręcanych zamków.

Wnętrze mieszkania pełne było świateł i dymu, który przybierał najróżniejsze kształty – kotów i lisów, wron i sów, a także tancerek.

– Co ona tym razem wypiła…?! – zastanawiała się na głos Oksana, dostrzegając Cecylię tańczącą czardasza z grupą iluzorycznych postaci i śmiejącą się w głos.

Z postaci czarnowłosej wiedźmy biła jasna poświata, jej źródło stanowiła także część stworzonych z dymu ruchomych figur, które szalały po pomieszczeniu. Chwila oględzin wystarczyła, by Oksana zidentyfikowała ten pokaz jako efekt spożycia nalewki z anielskich łez.

– Kogo my tu mamy! – Cecylia roześmiała się perliście na widok uczennicy, machając doń zapraszająco – Chodź tu, mała! Chyba przesadziłam z arkadiówką i musi ze mnie zejść!

– Przecież to może trwać nawet dobę! – Oksana złapała się za głowę na myśl o perspektywie spędzenia takiej ilości czasu w towarzystwie naszprycowanej niebiańską nalewką nauczycielki.

Uczennica zastanawiała się, co teraz zrobić. Zawsze pozostawało zaklęcie błyskawicznej trzeźwości, ale mogło się okazać zbyt słabe wobec trunku, jakim uraczyła się Cecylia. Tak więc kiedy roztańczone, dymne zjawy przetańczały się przez Oksanę ona rozmyślała i wreszcie z widoczną dozą rezygnacji sięgnęła po swoją zastępczą różdzkę, zrobioną niedługo po zesłaniu do Biełydaru.

Ten kawałek cisu był cienki, prosty i liczył sobie niecałe trzydzieści centymetrów – jedyną ozdobę stanowił kawałek srebrnego drutu, którym go owinięto. Żadnych run, znaków i rzeźbień, przez co różdżka przypominała parodię samej siebie i wyglądała na kompletną partaninę.

Wszakże było to wrażenie mylne, bo ze wszystkich dziedzin sztuki magicznej Oksanie najlepiej wychodziło tworzenie różdżek – nie dysponując odpowiednimi składnikami ani profesjonalnym warsztatem stworzyła z oszlifowanego drewna i drutu pełnoprawną, acz wielce nieładną różdżkę wlewając weń wiele mocy i wplatając zaklęcia ogromnie skuteczne. Nie tylko Cecylia w trakcie jej edukacji wyrażała podziw i uznanie wobec rzemiosła Oksany, która na tym polu nadrabiała przeciętność pozostałych aspektów swego czarostwa.

– Nieładnie tak mierzyć w mistrzynię! – brunetka przekrzywiła głowę i parsknęła oburzona, by zaraz wycelować w swą uczennicę palcem wskazującym i wymachując nim zamaszyście, jak w rytm jakiejś niesłyszalnej dla nikogo poza nią muzyki.

Zaraz wszystkie iluzoryczne postaci skoczyły ku Oksanie, ciągnąc za sobą smugi oparu i światła. W ostatniej chwili dziewczyna wykrzyczała odpowiednią frazę i z krańca jej różdżki śmignął w kierunku Cecylii strumień jaskrawobłękitnego blasku. Jednak iluzje dopadły adeptkę, przez chwilę nabierając boleśnie materialnego ciężaru i Oksana znalazła się na ziemi, czując że na przegubach dłoni i kostkach ma pęta.

Mgła wypełniła cały pokój, a gdy się rozwiała się po paru minutach na nogach była tylko Cecylia. Jasna poświata bijąca z niej przygasła wyraźnie, acz nie zniknęła całkiem gdy ta tanecznym krokiem podchodziła do skrępowanej, leżącej na dywanie adeptki.

– Wiedziałam że zdążę! – zacisnęła pięść w triumfalnym geście.

– Nie wpadłabym na dymne kajdany – żachnęła się Oksana, szarpiąc splecione z magicznego oparu więzy.

– Niektórzy robili nawet dymne miecze – pouczyła ją mistrzyni, po czym pstryknięciem palców uwolniła swoją uczennicę. Pęta rozwiały się i nie pozostał po nich żaden ślad, a Oksana nareszcie mogła wstać – A tym swoim czarem wytrzeźwienia trafiłaś i przyznaję, nie był zly. Gratuluję.

Oksana spojrzała na Cecylię spode łba, podnosząc się i otrzepując ubranie nerwowymi ruchami. Naburmuszona i lekko zażenowana milczała, czekając aż jej nauczycielka zacznie się tłumaczyć.

– Tak, Oksano – czarnowłosa rozpoczęła wypowiedź przeciągłym westchnieniem – Tak, rzucałam zaklęcia po welezjańsku i musiałam się po tym wykurować. I tak, to była arkadiówka – nie odpuściła sobie krótkiego chichotu na widok oskarżycielskiego spojrzenia adeptki.

– Świetnie, trzy razy tak. Ale nie posłałaby mi pani kruka bez potrzeby!

– Ano nie! – Cecylia entuzjastycznie skinęła głową – Otóż sprawa tej szkatułki jest dalece poważniejsza, niż przypuszczałam. A teraz siadaj i słuchaj – wskazała gestem na najbliższe krzesło.

 

***

Oksana masowała skronie, przyswajając opowieść Cecylii. Na stoliku paliły się zapachowe świeczki, których won odprężała i rozjaśniała w głowie, za co dziewczyna dziękowała mistrzyni. W każdym razie i tym razem nie obędzie się bez adrenaliny i ryzyka, jeśli sytuacja jest aż tak poważna, jak zakładała Cecylia.

Człowiekiem który majstrował przy pamięci Jewy Wareńskiej okazał się komisarz Stiopa. Podłożył jej kilka wspomnień całkowicie fałszywych, część z nich sięgała lata wstecz i dotyczyła zawartości ukradzionej szkatuły. Właściwie to szkatuł, bo odkryty światłem welezjańskich płomieni trop wskazywał, jakoby w trakcie swego życia Wareńska posiadała takie dwie, wyglądające identycznie.

Czary Cecylii bezlitośnie obeszły się z zabezpieczeniami i zmianami, jakich w pamięci tej kobiety dokonał Stiopa, obnażając tyle prawdy ile tylko się dało. Pierwsza szkatułka nie zawierała w sobie nic niezwykłego i Jewa przechowywała tam po prostu pamiątki po swoim zmarłym ojcu – dopiero jakieś trzy lata temu odwiedził ją brat i szkatuły podmienił, a zaraz po nim pojawił się nie kto inny, jak sam komisarz Stiopa i zaczął modyfikować pamięć Wareńskiej. Niestety czas i zaklęcia komisarza zatarły lub zniszczyły część informacji, toteż Cecylia nie zdołała stwierdzić, co się znajdowało w podmienionej szkatule. Wiedziała jednak, że przedmiot pozostawał w posiadaniu Jewy i ona sama nie zdołała zauważyć żadnej zmiany.

Kolejne silnie modyfikowane wspomnienie pochodziło właśnie z dnia rzekomej kradzieży i faktycznie prezentowało oskarżonego satyra jako osobę winną – rogacz miał gwizdnąć puzderko i zwiać z nim gdzie pieprz rośnie. W oficjalnych raportach ludzi Stiopy stało, jakoby ten wyśledził satyra idąc po śladach aury Wareńskiej, która przeniknęła szkatułę.

– Powiem ci, kruszynko – przerwała wtedy Cecylia i uśmiechnęła się do własnych myśli, nie kryjąc złośliwości – Że ta zguba mogła przejść Wareńską, ale na pewno nie jej aurą.

Wróciła więc do dzielenia się z uczennicą zdobytymi informacjami i domysłami za tym idącymi. Wyciągnęła nawet dłoń z kryształem pamięci i położyła go na środku stołu. Chwilę poświęciła na przypatrywanie się kamieniowi w zastanowieniu, po czym z pomocą telekinezy uniosła go i przeniosła niemal pod nos Oksany.

– No dalej, weź – poleciła, a dziewczyna złapała przedmiot. W tej chwili w jej umyśle zamajaczyły obrazy zatłoczonej, biełydarskiej ulicy, ale dziwnie poszarpane i wyblakłe. Dźwięki były odległe i niewyraźne, jakby przytłumione, a widok czasem dosłownie gasł na krótką chwilę.

– Wareńska ma chyba naprawdę pokiereszowany mózg i kiepską pamięć – Oksana wykrzywiła usta w grymasie niezadowolenia.

– To raczej wina ognia welezjańskiego i dość nagłego transferu zawartości z jednego nośnika na drugi. Żadna z tych rzeczy nie obchodzi się łagodnie ze wspomnieniami.

– Przecież można przelewać wspomnienia na inne kryształy bez utraty jakości – całkiem słusznie zauważyła młodsza z wiedźm, dalej oglądając postrzępioną scenę oczyma Jewy Wareńskiej.

– Można – Cecylia Antonowna wzruszyła ramionami i odchyliła się na krześle – Można, ale mi się spieszyło – dodała z powalającą beztroską w głosie.

Oksana westchnęła. Przeglądając wycinek pamięci, stwierdziła że Jewa Wareńska musiała wtedy siedzieć w dorożce, o czym świadczyła perspektywa z jakiej przyglądała się ludzkiej rzece płynącej wszędzie wkoło. Nie dało się dojrzeć twarzy mijanych osób, na dobrą sprawę jedynym odznaczającym się tu obiektem była ołowiana szkatułka z rzeźbionym wieczkiem, na którym przedstawiono trzy stojące na tylnych łapach niedźwiedzie. Wareńska trzymała ją na kolanach i dość często spuszczała nań wzrok, jakby dotyk nie wystarczał by upewnić się, czy jest na miejscu.

– Czymś się wtedy stresowała… – wyczuła Oksana, starając się sięgnąć do emocji towarzyszących temu wspomnieniu – Ale chyba sama nie rozumiała, czym i dlaczego.

– Między innymi to mnie nurtuje – skinęła jej głową mistrzyni.

W jednej chwili zakotłowało się, tłum zaczął się burzyć jak morze w czasie sztormu. Pełne pretensji, zdziwienia i lęku okrzyki stały się wyraźniejsze, a sam wzrok Warńskiej rozbiegany. Przeglądająca to wspomnienie Oksana czuła dudnienie serca Wareńskiej i jej poddenerwowany oddech. Prowadzące dorożkę konie spłoszyły się i stanęły dęba, a sam wóz uległ wywróceniu – zarówno pasażerka jak i woźnica znaleźli się na bruku, ludzie gnali we wszystkie strony i prawie zadpetali Jewę, która gorączkowo szukała szkatułki. Wtedy ktoś stanął nad nią – postać niewyraźna i do rozpoznania niemożliwa, ale jej obecność i aura sprawiły, że trzymająca kryształ pamięci Oksana poczuła dreszcz i omal nie odrzuciła klejnotu. Wizja ściemniała i zaczęła powoli zanikać, tak że z artefaktu wyparowało wrażenie osobowości Wareńskiej, projekcja otoczenia, dźwięki i echo myśl, pozostała tylko nierozpoznawalna postać, wydająca się Oksanie coraz to większa i większa, aż w wizji nie było niczego poza przytłaczającym, duszącym mrokiem. Co gorsza, ta ciemność zdawała się doskonale świadoma tego, że młoda czarownica przygląda się jej.

Zostaw mnie! Myślała gorączkowo, całkowicie zapominając o swojej magii. Czuła się naga, wystawiona na pastwę tej obcej siły. Dawno już straciła zdolność do odróżniania, co z tego dzieje się tylko w jej głowie, a co poza nią. Nie mogła oddychać, dławiła się uwagą tej wszechobecnej potęgi, czuła się jakby ktoś topił ją w smole.

Aż wreszcie cos się zmieniło i pojaśniało, acz bardzo, bardzo daleko. Ciemności nie spodobało się to, stała się niespokojna i dziewczynie wydawało się, że cokolwiek ją opadło, węszy w poszukiwaniu siły, która zakłóciła tę chwilę. Wreszcie mrok przeraźliwie i nieludzko krzyknął – a może to ona krzyczała – spłoszony miękkim, pulsującym światłem. Blask przybrał wreszcie na sile i ciemność nagle stała się cienka i słaba, rozdzierana ciepłym i wytęsknionym światłem. Nim Oksana się obejrzała, znów siedziała na krześle w mieszkaniu Cecylii, a jej mistrzyni mocno trzymała ją za rękę, w której ta ściskała sczerniały kryształ pamięci. Od postaci nauczycielki biła siła i dziewczyna wiedziała, że to właśnie ona wygnała ów lepki, wrogi mrok.

– Już dobrze, kruszynko – kobieta wstała i położyła Oksanie drugą dłoń na czole, nucąc coś. Fale ożywczego ciepła przeniknęły adeptkę, wracając jej oddech i zdolność mówienia – Już po wszystkim – delikatnie zabrała Oksanie klejnot po czym uniosła go do twarzy. Oczy czarownicy zajarzył się wtedy niebezpiecznie, a kryształ pękł, zalewając pomieszczenie zimnym blaskiem.

– Kto… co to było?! – wydyszała Oksana, próbując zebrać myśli. Czoło miała spocone i wyglądała, jakby jej ktoś upuścił sporo krwi.

– W tym problem, że nie zdołałam tego zidentyfikować. Zraniłam go poważnie i przegnałam, ale tożsamość tego bytu jest mi wciąż nieznana – przyznała Cecylia, nie zaprzestając oczyszczania ducha Oksany z resztek obecności wrogie j siły – Zaraz staniesz na nogi.

– Wyśledziło nas… przez czyjeś wspomnienie – jęknęłą uczennica. Dzięki zabiegom swej mistrzyni poczuła się już lepiej i zaczęły jej wracać siły – Niewielu ludzi ma aż taką moc – zadrżała.

– Ja nie mam – lekki niepokój wkradł się w duszę czarnowłosej wiedźmy, gdy rozmyślała o odbytym przed chwilą starciu. Musiało być to coś odmiennego od człowieka, na co wskazywała też pobieżnie zbadania struktura jego jaźni. Stworzenie przejawiało znaczną siłę, acz sama Cecylia nie potrzebowała wiele czasu, by zadać mu poważną ranę. Bardziej niepokojąca zdawała się jego obcość i zamiary, niż potęga.

– Jedno jest pewne – dodała, patrząc z troską na Oksanę – Prawdziwy złodziej szkatułki sam się ujawnił.

– Co takiego mógł tam podrzucić brat Wareńskiej, że wzbudziło zainteresowanie podobnej siły?! I co ma z tym wspólnego Stiopa? Czemu usuwał ślady po prawdziwym zdarzeniu? – młódka zalewała Cecylię pytaniami, które ta zadała sobie już dawno i nadal nie uzyskała na nie odpowiedzi.

Teraz czarownica wiedziała już, że przesłuchiwany uprzednio satyr nie skłamał, gdy opowiadał jej o rzekomym diable jaki naprawdę miał się dopuścić kradzieży. Przypuszczała, że ten wymizerowany robotnik zachował część zdolności swych bliższych naturze przodków i czasem przejawiał zdolność do prawdziwego widzenia. Być może dzięki temu przejrzał przebranie, jakim otoczył się faktyczny winowajca.

– Musimy pomówić jeszcze z dwoma osobami – zarządziła Cecylia Antonowna, otrzepując ubranie i wybierając się, by sięgnąć po wiszący na wieszaku czarny płaszcz z insygniami cesarskiej pani komisarz, jaki przydzielono jej na czas pracy w Biełydarze. Prawdopodobnie była jedyną osobą w całej Sferze, która nosząc ten strój budziła faktyczny szacunek i która jako jedyna rzeczywiście stanowiła egzekutorkę imperialnego prawa. Przypięła sobie wiecznie zimną broszę z orłem i raz jeszcze przyjrzała się badawczo swojej podopiecznej.

– Nie jestem pewna, czy cię zabierać ze sobą – wymruczała – Ale obawiam się, że ten złodziejaszek zapamiętał cię, a sama możesz się przed nim nie obronić.

– Pójdę z panią. Ktoś musi pilnować tyłów, no i bywa pani nieostrożna – prychnęła Oksana, ocierając czoło husteczką. Pewnie powinna była sprawdzić, czy wszystko dobrze u jej ciotki i kuzynek, ale czy to zdarzenie mogło ich jakoś dotknąć? Im szybciej razem z Cecylią zażegnają zagrożenie, tym lepiej dla jej rodziny.

Zbierały się do wyjścia – Cecylia wzięła jeszcze swą zastępczą różdżkę, pięknie rzeźbiony kawałek mahoniu o długości jej przedramienia. Srebrna gałka w kształcie lisiej głowy połyskiwała buńczucznie przy każdym ruchu, odbijając świało świec. W miejscu oczu lisa wstawiono drobne rubiny o dziwnie żywotnym blasku. Była to druga najpotężniejsza różdżka Cecylii, nie wykraczająca możliwościami i wykonaniem ponad te, jakimi posługiwała się większość wykładowców z Akademii. Jej prawdziwym skarbem był kostur z kości olbrzyma, na czas jej zesłania przechowywany w depozycie carskiej Ochrany. Z tym egzotycznym artefaktem związana była pewna historia, na rozpamiętywanie której nie było teraz czasu.

Gdy tylko miały wychodzić, rozległo się gwałtowne walenie do drzwi mieszkania.

– Pani komisarz! Komisarz Antonowno! – jęczał dobijający się mężczyzna o głosie, który wiedźma skądś kojarzyła – Ktoś napadł… Szkarłatni napadli komisariat! – kobieta wycelowała rózgą w drzwi, które otworzył się gwałtownie i rozgorączkowany funkcjonariusz wpadł do środka.

– Zaraz się przekonamy, ile w tym prawdy – odparła beznamiętnie i skierowała mahoniowe berło w jego kierunku, unosząc delikatnie kąciki ust. Pod dotykiem niewidzialnej sił milicjant skulił się i zajęczał, jakby ktoś mu wbijał gwoździe w czaszkę.

– Na Ojczulka, co pani mu robi?! – Oksana złapała się za głowę. Jej nauczycielka bywała brutalna i często nie przebierała w środkach, jeśli uznała swoich oponentów za niewartych lepszego traktowania. W takich chwilach Oksanie ciężko było zaakceptować postawę swej mistrzyni, ale nigdy nie zakwestionowała jej inaczej niż słowem.

– A co mam robić? – Cecylia zarzuciła włosami i parsknęła – Sonduję go i sprawdzam, czy nie łże – nagle cofnęła różdżkę i pokiwała głową powoli, wciąż patrząc na zwijającego się z bólu funkcjonariusza – Nie kłamał. Ktoś dopadł Stiopę przed nami, ale chyba nie w celu wymierzenia mu imperialnej sprawiedliwości.

– Niech pani… niech pani ratuje komisarza…! – milicjant leżący na dywanie krwawił z nosa i błądził po pomieszczeniu wzrokiem, jakby pierwszy raz zobaczył świat. Po przyspieszonym sondowaniu lewe oko uciekało mu trochę w bok – On… oni tam wszyscy liczą na panią!

– No proszę – wiedźma przestąpiła nad poturbowanym mężczyzną, nie zaszczycając go już spojrzeniem – Umiesz liczyć, licz na Cecylię – westchnęła zrezygnowana i wyszła z mieszkania prędkim krokiem, nie oglądając się ani na Oksanę, ani na dochodzącego do siebie funkcjonariusza.

Nim adeptka wybiegła za swa nauczycielką, przypadła do milicjanta i podała mu chustkę i dokonała pobieżnych oględzin.

– Wszystko dobrze…? – zapytała nieśmiało. Mężczyzna był niewiele starszy od niej, ale mógł się poszczycić posiadaniem naprawdę zadbanego, dobrze utrzymanego wąsa i oficerskiej bródki. Niestety, oba te skarby zlepiała na razie płynąca z nosa krew – Jak ci na imię?

– Nikołaj – westchnął, mrugając kilka razy nim ostatecznie odzyskał zdolność widzenia – Twoja… twoja przełożona jest straszna. Na całym komisariacie tylko Stiopa się jej nie bał, ale myślę że powinien był.

– Nikołaj – powtórzyła i wysiliła się na uśmiech – Dojdź do siebie i zajmij się mieszkaniem, aż kogoś do ciebie przyślemy! – po czym zostawiła go i popędziła w ślad za spieszącą na komisariat Cecylią. 

Koniec

Komentarze

TheLastAxemanie, jeśli, jak piszesz, to pierwsza część, a nie skończone opowiadanie, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Odpowiednia edycja dokonana, teraz widnieje już jako fragment. 

OK. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cóż, przykro mi, ale opowieść o czarownicach i magach działających w środowisku zbliżonym do carskiej Rosji, również nie wzbudziła we mnie większego zainteresowania, a przeczytany fragment nie zachęcił do poznania dalszego ciągu, tym bardziej, że, jak zrozumiałam, Autor jeszcze nie ma na ów dalszy ciąg sprecyzowanego pomysłu.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka