- Opowiadanie: TheLastAxeman - Żywe Srebro I

Żywe Srebro I

Początkowy fragment dłuższego dzieła, które – o ile dobrze pójdzie – przybrać może całkiem spore rozmiary. Raczej klasyczne, mocno rycerskie fantasy, którego kolejne epizody ukażą wiele różnorodnych krain, chociaż wiele rzeczy rozbijać się będzie o losy pewnego Królestwa, którego nazwę nie bez powodu zapisano z wielkiej litery. 

Oceny

Żywe Srebro I

Rozdział I – Kompania

 

W Arnurii lato trwa długo, toteż i do końca września cieszyć się tu można ciepłem i słońcem, spacerując po zielonych wzgórzach i pośród tutejszych winnic, których wyroby dawno już zdobyły uznanie możnych i majętnych tego świata. Wiele jest przypadków rycerzy i lordów z Północy, którzy zmęczeni zarówno częstymi konfliktami zbrojnymi jak i klimatem swych ojczystych krajów opuszczali jedną z Marchii lub An'Dramaar i postanawiali osiedlić się w jednym z najbardziej sielskich rejonów Arnurii, czyli wśród łagodnych wzniesień Lavirne. Jest to w istocie najspokojniejsze miejsce w konfederacji miast zwanej Arnurią, odległe od intryg innych części tej krainy, którymi żyją bogatsze warstwy społeczeństwa i którym to poświęcają swe majątki i czas, zazwyczaj po to, aby swój stan posiadania poszerzyć kosztem kogoś innego. Oczywiście tutejsi ludzie to nie tylko zapaleni kupcy czy lichwiarze, ale też wszelkiej maści artyści – architekci i rzeźbiarze, malarze i tancerze, a także jedyni w swoim rodzaju szermierze, których specyifczny styl walki i kunszt we władaniu ostrzem przysporzyły im sławy niemalże na całym znanym świecie. Jednakowoż nie byli oni zbyt chętni, aby dzielić się tajnikami swej sztuki i arnuriańskiego fechmistrza do nauki kogoś z innej krainy nakłonić mogły albo naprawdę wielkie pieniądze, albo podobnych rozmiarów potencjał danej jednostki.

Vheena zdążała szeroką i dobrze utrzymaną drogą przez pofałdowane tereny Lavirne, ciesząc się ciepłym wieczorem i czystym, głęboko błękitnym niebem nad głową. Prowadziła swego wierzchowca z wyczuciem i wprawą większą, niż niejeden z rycerzy Północy, a lekki wietrzyk poruszał jej ciemnymi lokami. Kobieta wyglądała radośnie i beztrosko, gdy na trakcie mijała innych podróżnych lub nawiązywała rozmowę z tymi, którzy zdążali w tym samym kierunku, co ona. Część z zagajonych przezeń osób kierowała się zresztą dokładnie tam, gdzie Vheena – na przyjęcie zorganizowane przez hrabinę Strenti.

Dość szybko niektórzy z towarzyszących jej osób odkryli, że Vheena należy do Pocieszycielek – enigmatycznego żeńskiego zakonu, którego celem jest rzekomo wybawianie ludzi od cierpienia i smutku. Pocieszycielki realizowały to założenie na najróżniejsze sposoby – od przewodzenia trupom wędrownych aktorów i minstreli, po pełnienie funkcji doradczych na dworach. Część spełniała się jako poszukiwaczki przygód i uważała, że ludzie sami zapewnią sobie szczęście, jeśli tylko wyeliminuje się tych, którzy im w tym przeszkadzają. Biorąc pod uwagę, że u boku Vheeny wisiał smukły miecz w pięknie zdobionym jaszczurze, to z pewnością niektórzy nie mieli problemu, aby powiązać ją z tym ostatnim odłamem.

– Wybaczcie, ale mam do was pytanie – jedna z kierujących się na przyjęcie kobiet przysiadła się do Vheeny, kiedy przyszedł czas na postój w gospodzie. Pocieszycielka wymieniła z nią kilka uprzejmości w trakcie jazdy, chociaż nie zdążyła nawet poznać jej imienia – bowiem ta młoda dama o kunsztownie upiętych, kasztanowych włosach była przez większość czasu zdystanstowana i wyniosła, poza tym przebywała głównie wewnątrz swego powozu. Patrząc na to, jak wyglądała kareta Vheena nie miała wątpliwości, że jej rozmówczyni pochodzi z majętnej rodziny, a sposób mówienia i maniery wskazywały na arystokratyczne pochodzenie.

– Tedy pytajcie – Vheena odparła z typowym dla siebie szerokim uśmiechem. Ona sama zachowywała się zbyt swobodnie wobec ludzi wszelkich stanów, by w co bardziej hermetycznych kręgach uznać ją za prawdziwą arystokratkę, nawet pomimo całkiem niezłej znajomości protokołu czy sporo mówiącego sposobu gestykulacji. Dzięki należeniu do Pocieszycielek nie miała obowiązku podawania komukolwiek pełnego nazwiska i zgodnie z niepisanym prawem zakonu wszystkim winno wystarczyć, że nazywa siebie samą po prostu Vheeną z Arnurii i tego samego oczekuje od innych.

– Ciekawa jestem, czy na pewno macie zaproszenie na bal u hrabiny Strenti – rudowłosa uniosła leciutko kąciki ust, dalece bardziej wydatnych niż te Vheeny – Znam większość osób, które przybędą na bal, a tych których osobiście nie spotkałam wyprzedza sława, jak chociażby Emericka von Tarfenhoff z Marchii – spojrzała przelotnie na broń przy boku Pocieszycielki, mrużąc jasnozielone oczy na chwilę – Chyba, że nie przybywacie tam w charakterze gościa, panno…?

– Vheeno. Nazywam się Vheena i jestem jedną z Pocieszycielek – powiodła palcem wzdłóż krawędzi kieliszka, przekrzywiając głowę – A wy to..?

– Charlotte de Chraiveux, świeżo upieczona pani doktor z Akademii Ciała i Krwi. Większość nazywa nas nekromantami, całkiem słusznie zresztą – zamruczała, przedstawiając się – Chociaż jeśli przychodzi nam podróżować do Smoczych Królestw to zazwyczaj unikamy tego określenia, bo ludziom Północy kojarzy się ze zdegenerowanymi czarownikami. Mieli tam paręnaście lat temu wojnę z całym kolegium takich indywiduów.

Vheena pokiwała głową powoli i uraczyła się kolejnym łykiem. W karczmie było tłoczno i nadzwyczaj gwarno, toteż z Charlotte musiały się nieco ku sobie pochylić, aby dobrze się słyszeć. Tym bardziej, że następne zdanie absolwentka Akademii wygłosiła ostrożnym, cichym głosem mówiąc wprost do ucha Pocieszycielki. Gdyby ktoś przechodził obok i rzucił na nie okiem z pewnością uznałby, że zwyczajnie plotkują – i o to nekromantce chodziło.

– Dobrze wiem, że bal to tylko przykrywka do zebrania kilku specyficznych osób, Vheeno z Arnurii. Spodziewam się też, że "Vheena" nie jest twym prawdziwym imieniem, bo w tym kraju takich zwyczajnie dzieciom nie dają. Hrabina Strenti to sprytna intrygantka i informator dla niejednego wywiadu, jednak nawet ja nie wiem, jaki jest cel ściągnięcia tu ciebie czy też innej nekromantki z Akademii.

Pocieszycielka zagwizdała z pewną dozą zaskoczenia, gdy przyszło jej wysłuchać tego wyznania. Nie traciła jednak ani pogody ducha, ani wyrazu twarzy sugerującego, jakoby dobrze się bawiła z powodu tej wymiany zdań.

– I tak sporo wiecie, doktor de Chraiveux!

– Tyle, ile mogę – uśmiech Charlotte był tak niewinny i tak perfekcyjnie udawał skrępowanie, jak to tylko możliwe – Ale dość już tej rozmowy – wstała od stołu, wygładziła suknię i bez pożegnania odeszła w swoją stronę, pozostawiając Arnuriankę samą sobie.

Reakcją Vheeny było niewiele ponad wzruszenie ramionami i dopicie zawartości kieliszka. Wojowniczka rozejrzała się jeszcze po izbie, z ciekawością lustrując gości – byli to w większości ludzie, z którymi kierowała się do posiadłości hrabiny, nie wszyscy jednak w charakterze gości. Duży odsetek stanowili kupcy i dostawcy, jak chociażby grupka głośnych, jowialnych ludzi o zmierzwionych, noszonych luźno włosach, którzy wieźli na bal zapas piwa z dramaarskiego Pogranicza.

Po dojedzeniu kolacji Pocieszycielka nie udała się od razu na spoczynek, ale dołączyła do biesiadujących bywalców gospody, zabawiając ich rozmową i śpiewem. Miała świadomość, że tylko arnuriański miecz przy pasie i przynależność do zakonu ratują ją od zaczepek czy niechcianych anonsów – w końcu mężczyźni w przybytku byli r óżni, a wielu z nich nie żałowało sobie tego wieczoru wina czy innych napitków. Nie znaczyło to rzecz jasna, że jest Vheena ascetką, nie obowiązywał jej również celibat, zresztą Pocieszycielki nie kryły się z tym, że misję swego zgromadzenia potrafią realizować także w łóżku. Wszystko zależało od konkretnej przedstawicielki.

Akurat teraz nie było w pobliżu nikogo, kto wedle Vheeny potrzebowałby tego rodzaju pocieszenia.

*

Siedziba hrabiny Anny Strenti w żadnym wypadku nie była budowlą zabytkową – zbudowano ją ledwie dwadzieścia lat temu i po upływie dekady poprzedni właściciel odsprzedał zameczek i przylegające doń ziemie, a wokoło owej transakcji i jej otoczki krążyły najróżniejsze i niejednoznaczne plotki, część z nich była nieodłącznymi towarzyszami hrabiny, gdziekolwiek by się nie pojawiła. Na pierwszy rzut oka dało się stwierdzić, że obecna posiadłość Anny Stranti pełniła funkcje reprezentacyjne i wypoczynkowe, ale na pewno nie obronne – filigranowość wieżyczek i ozdobność blank przypominały o fakcie, że jest ów zameczek wygodnie rozplanowaną i estetycznie prezentującą się rezydencją, nie zaś fortecą.

Służba zajęta była najważniejszymi i oficjalnymi gośćmi, a Vheena postanowiła z tego faktu skorzystać. Nie niepokojona przez nikogo zabrała swą skarogniadą klacz do stajni, pytając tylko jakiegoś spieszącego dokądś pachołka o drogę. Chłopak wskazał w odpowiednim kierunku ręką i odwrócił się na pięcie, z pewnością by usługiwać jednemu z utytuowanych przyjezdnych. Kobiecie pozostało zaprowadzić wierzchowca tam, gdzie jej polecono i wkrótce natknęła się na zabudowania, z których wnętrza okazjonalnie dobiegało rżenie koni, a kilka tych zwierząt stało na powietrzu pod opieką stajennych.

Z zadowoleniem odkryła, że boksy są odpowiednio przestronne, a sama stajnia zadbana – przyjrzała się też zachowaniu służby i uznała, że jej klaczy nic złego tu nie spotka.

Gdy wyszła na zewnątrz, ujrzała jak na placyk wjeżdża kłusem mężczyzna na bułanym rumaku. Wierzchowiec był godny pozazdroszczenia, dobrze utrzymany i z pewnością wart dużych pieniędzy. Jego właściciel zaś zrobił chyba wszystko, by wyglądem przypominać, że nie jest z Arnurii – jasne włosy nosił związane w sięgający za łopatki warkocz, a jego twarz o głęboko osadzonych oczach pokrywały dziwaczne, ciemnozielone tatuaże. Vheena wiedziała, że to charakterystyczna cecha niektórych rycerzy z północnego Pogranicza An'Dramaaru, mająca przypominać o jakimś specyficznym pochodzeniu.

Mężczyzna zeskoczył z konia, poklepał go po szyi przyjaźnie i oddał wodze jednemu ze stajennych, który podszedł do niego przed chwilą. Skierował wzrok na Pocieszycielkę i skinął jej uprzejmie.

– Niech mnie piorun trzaśnie, wyście pewnikiem Dramaarczyk! – odparła z entuzjazmem i podeszła do niego, uśmiechając się szeroko.

– Skąd takie przypuszczenia, dobra pani? – zapytał, unosząc brwi w czymś na kształt wesołości. Przyjrzał się kobiecie uważnie, z ciekawością. Wzrok jego na parę sekund zatrzymał się na wiszącym u pasa Vheeny mieczu.

– A skąd takie głupie pytania? – prychnęła – A bo to gdzieś indziej tatuują sobie twarze w symbole zapomnianych bogów?

– Pewnie gdzieś tak – wzruszył ramionami, tym razem nie kryjąc już rozbawienia – Swoją drogą, "Dramaarczyk" to bardzo szerokie określenie. Są tacy ludzie Pogranicza, którzy by się o to pogniewali – mówił z mocnym, twardym akcentem, charakterystycznym dla feudalnych krain leżących nad Jęczącą Wodą – Ale też mało kto na Pograniczu robi sobie coś takiego – wskazał palcem na tatuaże.

– A wyście dlaczego zrobili? – zapytała, krzyżując ręce. Mieszkańcy Północy zawsze wydawali się jej dziwni, bowiem nie brakowało między nimi zarówno narwanych watażków, jak i swoistych mistyków, żyjących wciąż mądrością dawno minionych epok.

Rycerz zaśmiał się wtedy cicho i pokręcił głową powoli.

– Członkowie mego rodu oznaczali w ten sposób ciała jeszcze zanim na terenach obecnego An'Dramaaru władzę zdobył Sterviss. A więc dawno, dawno temu – mruknął i przerwal na chwilę wypowiedź, jakby nad czymś dumał. Wreszcie przemówił znów – To dobry moment, aby się przedstawić. Nazywam się Riordan Faithbane, rycerz Pogranicza w służbie Namiestnika An'Dramaaru – skłonił się przed Vheeną zupełnie jakby była jakąś wysoko urodzoną damą

– Nazywają mnie Vheeną z Arnurii – odpowiedziała, zastanwiając się czy słyszała wcześniej jego nazwisko.

Riordan znów uniósł brwi, gdy ta podzieliła się z nim swoim mianem. Wyglądało to, jakby coś mu ono mówiło.

– To nie jest arnuriańskie imię – rzekł i skinął głową, by odeszli kawałek dalej – Mi to wygląda na zdrobnienie.

Pocieszycielka popatrzyła na rycerza, zaciskając usta. Przystanęła i zmarszczyła nosek, wbijając szare oczy w swego rozmówcę.

– O co chodzi, Vheeno Arnurianko? – zapytał, zauważając że nie idzie już za nim.

– Rzadko kto pyta o pełne imię Pocieszycielki. Na dodatek mało osób orientuje się, że to zdrobienie – zauważyła.

– Bo mało osób zna język smoków – odparł, wzruszając ramionami. Brzmiał, jakby opowiadał o rzeczach oczywistych i ze wszech miar przyziemnych – A dramaarski się akurat ze smoczego wywodzi, nawet jeśli jest prostszy i wiele zaadaptował z dawnych, ludzkich narzeczy.

– Sporo wiecie o językach – znów ruszyła za nim.

– Studiowałem trzy lata na uniwersytecie w Ancreth, miałem wtedy okazję poznać obecną księżną tamtej krainy – wyjaśnił, prowadząc ją ku głównym budynkom całego kompleksu, ale drzwi którymi do środka wpuścił ich jeden z pachołków zdecydowanie nie były głównymi wrotami. Rycerz sprawiał wrażenie, jakby już kiedyś był w zamku hrabiny Strenti i znał rozkład pomieszczeń.

– No ale wracając… – wtrąciła się Vheena, wodząc wzrokiem po korytarzu. Zdawało się, że znajdowali się w pomieszczeniach dla służby, a bujna wyobraźnia kobiety podsuwała jej w tym momencie myśli o tajnych przejściach i ukrytych komnatach. Skądś dobiegały odgłosy rozmów, wydawanych poleceń, w powietrzu unosił się zapach pieczonego mięsiwa, toteż niedaleko musiała być kuchnia – Faktycznie "Vheena" to tylko zdrobienie od Vheenaxis.

– To w mowie smoków "Żywe Srebro" – uśmiechnął się wtedy szeroko, oparłszy się plecami o ścianę. Był od Pocieszycielki o głowę wyższy, toteż musiała ona zadzierać brodę do góry, jeśli chciała patrzeć na niego w czasie trwania tej pogawędki – Nawet alchemicy nazywają specyficzny, prawdopodobnie magiczny stop tego metalu "vhinaxium".

– Nie tylko o językach sporo wiecie, sir Riordanie.

– Moja matka była czarodziejką – znów zdobył się na wzruszenie ramion, ale łagodny uśmiech nie schodził z jego twarzy.

Pewnie więcej czasu zeszłoby im na takiej wymianie zdań, gdyby nie pojawienie się kurpulentniej kuchty, witającej Dramaarczyka jak własnego syna. Przedstawiona pulchnej kobiecie Pocieszycielka prędko zdała sobie sprawę, że to jeden z tych dworów, gdzie przynajmniej część służby zżyta jest ze swoją panią i ma swój udział w tajnych dla większości gości przedsięwzięciach. Na polecenie kuchty przysłano do Vheeny dwie dwórki, których zadaniem było nie tylko wstępne objaśnienie roli na nadchodzącym balu, ale i akuratne odzianie naszej bohaterki. Bo co jak co, ale Anna Strenti nie mogła sobie pozwolić na to, by któryś z jej gości wyglądał nieodpowiednio, nawet jeśli nie ma tego kogoś na oficjalnej liście.

 

***

Po przybyciu do zameczku hrabiny także Charlotte de Chraiveux nie mogła narzekać na brak zajęć czy fakt, że czas płynie zbyt wolno. Gdy przyszła pora na wystudiowane uprzejmości i komplementy, niedawno mianowana pani doktor poczuła się jak ryba w wodzie. Uznać, że nabrała wiatru w żagle to lekkie niedopowiedzenie – przez cały okres nauki w Akademii nie miała czasu i tylu sposobności, aby rozkoszować się plotkami czy zajmować się drobnymi, typowo dworskimi intrygami, a to przecież lubiła najbardziej. Atmosfera Akademii nie zmieniła Charlotte – ani odebrane wykształcenie, ani wymagane przez jej mistrzów zaangażowanie w naukę tajników ludzkiego organizmu i tajemnic śmierci nie przytępiło tego, kim była naprawdę. Ledwie kilka tygodni po otrzymaniu dyplomu i tytułu doktor de Chraiveux zdała sobie sprawe, że nabyta przez lata wiedza służy jej bardziej jako coś, czym można zabłysnąć w dyskusji i intrygować rozmówców, a powiązane z bardziej mistycznymi aspektami studiów w Akademii zdolności funkcjonują dlań jako przydatne w zdobywaniu wpływów i stronników sztuczki. Jednakowoż jej mistrzowie nie dbali zbytnio o sprawy prywatne i późniejszą praktykę osób opuszczających mury ich przybytku, tak bardzo angażowały ich badania. Doprowadzało to do sytuacji, kiedy dobre zdanie o nekromantach mieli głównie ci, których stać było na opłacenie ich usług medycznych, albo też oni sami, rozpływający się wręcz nad stanem swej wiedzy.

Stąd też pewną zagadką od samego początku była dla Charlotte osoba, z którą studiowała i która towarzyszyła jej w drodze na bal. Grawah, bo takie nosiła imię ta kobieta, miała w sobie najwięcej z prawdziwego medyka spośród znanych doktor de Chraiveux ludzi. Charlotte pamiętała, jak zdobyła od zarządu Akademii fundusze na hospicjum dla ubogich w jednym z tłocznych, brudnych miast Ghikle. Miejsce to po początkowych sukcesach zdewastowały miejscowe bojówki odrzucające jakąkolwiek zewnątrzną ingerencję, ale zdawać się mogło, że nijak nie przygasiło to zapału Grawah do niesienia pomocy potrzebującym. Nikt zresztą nie studiował z tak wielką uwagą i poczuciem misji, co ona. Charlotte to wszystko zdumiewało i wielce dziwiło, nie mogła też dociec, dlaczego przysłano z nią do hrabiny Strenti akurat Grawah. Siebie samą uważała za właściwą osobę na właściwym miejscu, jako że jej rodzice znali się z hrabiną od dawna, swego czasu miały nawet krążyć nieprzychylne plotki o jej ojcu, markizie Gastanie de Chraiveux – tylko skąd wyraźnie zaznaczona prośba o obecność Grawah?

 

*

Bal się rozpoczął – zagrała muzyka, przyszedł czas na tańce. Hrabina nigdy nie żałowała swym gościom najlepszych alkoholi czy muzyków, a jej przyjęcia zawsze uchodziły za udane. Nie raziły przy tym sztucznością i brakiem umiaru – Anna Strenti miała godne pozazdroszczenia wyczucie i nie dla niej były tanie chwyty, ona nic nikomu udowadniać nie musiała.

W przeciwieństwie do Charlotte de Chraiveux, na której Akademia odcisnęła jednak swoje piętno. Sama pani doktor miała ochotę rwać włosy z głowy, że nad tym nie pomyślała – kompletnie nie znała modnych obecnie w tym rejonie tańców, ale miała już pomysł, by z tego wybrnąć. Tym razem na ratunek miała jej przyjść prawda, a przynajmniej jej część – także z wielkim przejęciem Charlotte opowiadała innym damom i ich partnerom o ciężkich latach studiów i fascynującej wiedzy, jaką posiadła. Nie dało się tego uznać za kłamstwo, bo to faktycznie nauka i pewna ilozacja Akademii od świata zewnętrznego sprawiły, że panna de Chraiveux nie miała gdzie i kiedy badać, co w trawie piszczy.

Grawah cieszyła się, że to jej towarzyszka skupia na sobie uwagę innych gości balu, zapewniając jej swego rodzaju spokój. Ona sama odziała się dalece skromniej, niz Charlotte, ale nadal stosownie do rangi wydarzenia i innych gości – zarówno hrabina, jak i druga nekromantka zwracały na to uwagę i pilnowały, aby Grawah nie popełniła gafy. Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio zawitała w podobne miejsce, poza tym czuła się tu nieswojo. Okazjonalne konwersacje z uczestnikami przyjęcia obnażały przepaść między nią, a całą resztą i daleko posunięte różnice w mentalności. Grawah nie miała ani głowy, ani serca do plotek.

– Chyba nie bawicie się najlepiej – odezwał się głęboki, męski głos. Nekromantka obejrzała się w jego stronę, widząc starszego, dystyngowanego mężczyznę o równo przyciętej bródce i siwiejących, ale nadal gęstych włosach. Nosil burgundowy surdut i czasem postukiwał w posadzkę smukłą laseczką z ciemnego drewna, zakończoną bursztynową, okrągłą gałką.

– Najpewniej macie rację – potaknęła. Poczuła w nosie coś w rodzaju swędzenia i zaszumiało jej przez chwilę w głowie, zawsze reagowała tak gdy trafiała na osobę mającą w sobie magię. Instynktownie sięgnęła ku mężczyźnie smysłami i przekonała się, że jego moc jest potężna, dotarło do niej tedy, z kim ma do czynienia – Emerick von Tarfenhoff, jak mniemam?

– Rzeczywiście – powszechnie znany i otoczony estymą mag skłonił lekko głowę. W młodości musiał być bardzo przystojny, otaczała go aura niewzruszonej godności i spokoju – Wy zaś jesteście tą absolwentką Akademii, do której sprawę ma zarówno hrabina Strenti jak i ja.

– Tak – dygnęła nieco niezręcznie – Na imię mi Grawah, panie. Prawdą jest, że utrzymujecie ożywione kontakty z naszymi mistrzami?

– Zależy, z którymi – odparł, unosząc kąciki ust – Z paroma łączą mnie nie tylko naukowe dysputy, ale i więzy przyjaźni.

– Rozumiem, że nie powiecie mi wiele o powodzie, dla którego wezwano tu mnie i Lottie? – zapytała, częstując się pieczoną kuropatwą.

– Nie teraz – rozejrzał się, by zaraz uprzejmie skłonić się jakiejś przechodzącej obok parze – Ale już niedługo, panno Grawah. Zdradzę jednak, że pewną rolę będzie miał do odegrania mój uczeń.

– Wasz uczeń? A więc jest tutaj?

– Zaiste – Emerick zachichotał, po czym wskazał oszczędnym ruchem głowy w kierunku dość sporej grupki. Byli to w większości młodsi goście, w tym córki okolicznych możnych. Pomiędzy nimi stał drobnej postury młodzieniec o kruczoczarnych włosach przyciętych na wysokości szczęki, miał na sobie bogate i rzucające się w oczy ubranie. Żywotnie gestykulował podczas toczonej z kimś rozmowy, czasem uderzając w wierzch lewej dłoni identyczną laską jak ta, którą posiadał jego mistrz – To on, panno Grawah. Sepherius Shaderope.

– Będę pamiętać – nekromantka pokiwała głową na znak potwierdzenia, chwilkę przyglądając się adeptowi sztuk magicznych.

– Mistrz Kafith wielce pochwalał twoje zaangażowanie i wolę niesienia pomocy – czarodziej zmienił temat. Zbliżył się o pół kroku, wycelował czubkiem laski w stronę sługi niosącego tacę z alkoholami i po chwili napełniony białym winem kryształowy kieliszek za sprawą telekinezy znalazł się przed Grawah – Wspomniał również, że nie lubicie czerwonego.

– Miło to słyszeć – miała nadzieję, że faktycznie znalazła się tu przez wzgląd na rekomendację mistrzów z Akademii, którzy docenili jej umiejętności i zapał. Nie była przesadnie skromna, chociaż pustych pochwał też zbytnio nie lubiła.

Wtem odgłosy rozmów ucichły, by niczym po wstrzymaniu oddechu wybuchnąć chmarą ożywionych szeptów, spojrzeń dyskretnie kierowanych ku otwartym właśnie drzwiom sali i parze, która przezeń wchodziła. Grawah także zerknęła w tę stronę, ciekawa co za osoby budzą takie poruszenie.

Kobietę nekromantka rozpoznała – była to Pocieszycielka, którą wraz z Charlotte spotkały po drodze. Vheena dosłownie promieniała, wyglądając olśniewająco w sukni barwy indygo – jej włosy upięto fantazyjnie, tak że w oczy rzucały się wysadzane szafirami kolczyki, które tak jak srebrna kolia uchodzić mogły za popis jubilerskiego kunsztu. Szare oczy Pocieszycielki błyskały zadowoleniem i pewnością siebie, a ona sama poruszała się z ujmującą gracją i swobodą.

Partner Vheeny zdawał się pochodzić z innego świata – Grawah ten rycerz z Pogranicza mignął już w ciągu dnia i nie było go trudno zapamiętać, tak przez wzgląd na rzadką gdziekolwiek poza An'Dramaarem i Vasztlandami długość włosów, jak i pokrywające twarz tatuaże. W jego stroju dominowały brązy i ciemna zieleń, nieco jaśniejsza była jednak opończa spięta fibulą w kształcie triskelionu.

Naprzeciw wyszła im z szerokim uśmiechem organizatorka balu, szeleszcząc bordową suknią. Hrabina Strenti pomimo przekroczonej czterdziestki trzymała się bardzo dobrze, upływ czasu nie okazał się dlań zbyt surowy.

– Patrzcie, któż nas zaszczycił! Uczeń samego Dhaimara Norne'a, sir Riordan Faithbane z An'Dramaaru! Dziękuję ci bardzo za ten podarek w postaci piwa, my w Arnurii uwielbiamy wasze stouty! – przywitała go radośnie i wylewnie, po przyjacielsku. Obejrzała się na stojącą przy rycerzu Vheenę z podobną iskrą w oczach i zaczęła mówić dalej odpowiednio modulowanym głosem.

– A kimże jest twoja nadobna towarzyszka? Mam nadzieję, że nie porwałeś jej z jakiejś dalekiej krainy podczas swych rozlicznych wojaży – goście zrozumieli, że to czas na docenienie dowcipu i niezależnie od tego, czy ich to bawiło, musieli zachować się jakby był to najbardziej wytworny z żartów tej dekady.

– Jestem Vheena – dygnęła zgrabnie szarooka, jakby całe życie uczono ją protokołu i dworskich zagrywek – Lady Vheena Brightsilver.

Grawah czy Emerick wiedzieli dobrze, że nazwisko to jest czczym kłamstwem, wywodzącym się zapewne z przydomku. Nieco bardziej dyskusyjna pozostwała sprawa tytułu, tak się bowiem składało, że niepisane prawo pozwalało Pocieszycielkom określać się w ten sposób, jeśli wymagała tego sytuacja. Nie czyniło to automatycznie każdej z Pocieszycielek szlachcianką – ale zarówno w większości Smoczych Królestw i okolicznych krain przyzwalano służkom Smutnego Boga na ten eksces. Na dobrą sprawę, otwierało im to samo drogę do bezproblemowych małżeństw z wysoko urodzonymi wybrankami.

– Brightsilver – mruknęła z niezadowoleniem Charlotte de Chraiveux, zbliżając się do Emericka i drugiej nekromantki. Zachichotała drwiąco, wodząc wzrokiem za Vheeną i jej rycerzem – Parweniuszka i dziki Drakoling – parsknęła.

– Wiesz co, Lottie? – Grawah uniosła brwi, patrząc na swą towarzyszkę krytycznie – Ta cała Vheena wygląda lepiej i bardziej królewsko od ciebie.

– Królów czy damy to tyś przez większość życia znała z narzekań pospólstwa, Grawah – wyrwało się rudowłosej, która westchnęła ciężko, kiedy już uświadomiła sobie co powiedziała.

– Prawda – powiedziała niezrażona niczym Grawah, sącząc wino.

– Nawiasem mówiąc – wtrącił się siwiejący mag, wodzący wzrokiem od jednej z nekromantek do drugiej – "Drakoling" to w przypadku sir Faithbane'a odrobinę błędne określenie, panno de Chraiveux.

– "Drakoling" to w domyśle każdy mieszkaniec Smoczych Królestw – wzruszyła ramionami Lottie, której wyraz twarzy świadczył o dojmującym zmęczeniu prowadzoną konwersacją.

– I jest to potworne uproszczenie. Sir Faithbane to jeden z potomków Jeźdźców z Daal Riath, stąd tatuaże pokrywające twarz. Nawet jeśli przez wieki od przybycia na Pogranicze ostatnich Jeźdźców ich potomkowie w znacznym stopniu wymieszali się z tubylcami i innymi, to większość nadal podkreśla pewną odrębność kulturową – Emerick von Tarfenhoff zabrał się za wyjaśnienia, cały czas się leciutko uśmiechając – Zresztą, podobnie jak większosć mieszkańców Pogranicza, sir Riordan nosi w sobie krew wielu nacji, rdzennie dramaarskiej, kyavskiej czy wyspiarskiej – wymieniał dalej – Podobnie jak obecny władca tamtych chłodnych ziem, lord Bhamlin Vindkaleth. Dzięki zawartej umowie z kniaziem Kyavii jego najstarsza córka jest narzeczoną tamtejszego dziedzica.

– Jakże wiele wiadomo wam o dynastiach i rodach barbarzyńców – głos Charlotte przepełniony był sarkazmem, ciężkie spojrzenie jej oczu wyglądało, jakby miało przygnieść rozmawiającego z nią czarodzieja.

Jednakowoż nekromantka ponownie się przeliczyła i Emerick w odpowiedzi wybuchnął tylko serdecznym, zaskakująco jowialnym jak na tak dystyngowanego męża śmiechem.

– Ależ panno de Chraiveux, zgodnie z waszą definicją to i ja jestem zwykłym barbarzyńcą. Jestem pewien, że wasza wiedza z zakresu medycyny jest imponująca, ale nie da się powiedzieć tego o waszej znajomości historii.

Do Lottie dotarlo chyba, że jest na przegranej pozycji i pora się wycofać, co zresztą prędko uczyniła. Grawah i jej rozmówca wymienili się uśmiechami i oboje pokręcili głową z widocznym rozbawieniem.

 

***

– Nie lubią nas tu – stwierdziła z przekonaniem Vheena, prowadząc się z Riordanem przez salę bankietową. Dramaarczyk w odpowiedzi wzruszył ramionami, bo i chyba niewiele to dla niego znaczyło. Z tego co się o nim Vheena dowiedziała, nie był on wielbicielem takich bali i zdążył już przy niej narzekać na sztuczność podobnych wydarzeń. Niemniej urodzenie w starym jak sam An'Dramaar rodzie nakładało na niego pewne obowiązki, z których części się wywiązywał. Bywał więc na bankietach i wystawnych przyjęciach, gdy nadchodziła konieczność – potrafił też pozorować dobrą zabawę, albo ją taką dla siebie uczynić, zaś z tego jak prowadził dyskusje z niektórymi z gości lub odcinał się na zakamuflowane obelgi można było wyczytać, że i w gierkach słownych jakoś sobie radzi.

– I nikt ich do tego nie zmusza – odparł jej z łagodnym uśmiechem – Hrabina zaś jak zwykle mnie zaskoczyła…

– Tak, mi też to nie pasuje – nim ktokolwiek zdążył się obejrzeć, Vheena miała już w dłoniach dwa pokale pełne czarnego jak noc piwa – Widziałam po drodze wiozących beczki dramaarczyków. Twoi ludzie?

– Moi ludzie – potwierdził, odbierając od niej pokal – Wiesz, nie samym mieczem utrzymuje się i rozwija majątek. Staram się dbać o to, co mi podlega.

– Ja ci nie podlegam, a tym piwem zadbałeś o moje podniebienie – wyszczerzyła się Pocieszycielka już po spróbowaniu napitku – To jest ta wasza dramaarska szlachetność, tak?

– Tak – padła odpowiedź Riordana – Uszczęśliwianie niespodziewanych dam z pomocą piwa, niesłusznie przemilczana część naszego kodeksu rycerskiego – uraczył się kolejnym łykiem.

– To może powinieneś zamiast mnie do Pocieszycielek wstąpić, co?

– Obawiam się, że nie spełniam wszystkich estetycznych norm twojego zakonu, lady Brightsilver – puścił jej oko, gdy przyszła sposobność użyć jej fałszywego nazwiska, którego zresztą był współautorem.

– Tylko kilku, sir. Tylko kilku – nie szczędziła mu znaczących uśmiechów i spojrzeń jeszcze na długo przed rozpoczęciem balu, ale rycerz choćby chciał, to nie mógł oskarżyć jej o zwyczajne wyuzdanie. W zalotach Vheeny było coś dogłębnie naturalnego i subtelnego, jeśli to w ogóle były zaloty.

– Wracając… – chrząknął Riordan, wodząc spojrzeniem po przechodzących wkoło parach, szukając znajomych twarzy – Tak, nie sądziłem że hrabina uczyni z nas główną atrakcję wieczoru. Rycerz to jednak pokazowe, paradne zwierzątko.

– Może bardziej chodzi o mnie, niż o ciebie – zastanowienie było słyszalne w głosie Vheeny – Takie przynajmniej mam wrażenie.

Istotnie, rola Pocieszycielki wciąż nie została wyjaśniona i stanowiła tajemnicę dla niej samej i dramaarskiego rycerza. Kobieta dowiedziała się od niego, że prawdopodobnie czeka ich jakowaś wyprawa, ale nikt nie raczył podać mu szczegółów. Chyba pozostało im na razie przetrwać bankiet, chociażby tańcząc – a okazja ku temu nadarzyła się prędko. Trzeba było Vheenie przyznać, że także w tym aspekcie ruszała się jak natchniona a spojrzenia w jej stronę pełne byly zarówno uznania, jak i zazdrości. Riordan w jej krokach rozpoznał sporo specyficznych, szermierczych posunięcięć, które były charakterystyczne dla arnuriańskiego stylu walki – zresztą arnuriańska szermierka słynęła z tego, że przypominała taniec. Doszedł przy tym do wniosku, że Pocieszycielce na parkecie potrzeba zdolniejszego partnera.

Nie musieli szukać długo – więcej niż chętny na przejęcie dotychczasowej roli Riordana okazał się uczeń von Tarfenhoffa, Sepherius.

– Sir Faithbane – przywitał rycerza przy jednym ze stołów, wyraźnie rumiany od alkoholu. Miał głos wysoki, ale nadzwyczaj melodyjny – Lady… – obdarzył Vheenę pytającym spojrzeniem, które jednak zaraz przerodziło się w pełne zainteresowania.

– Brightsilver – padła odpowiedź Pocieszycielki – Nie mogliśmy wpaść na nic lepszego, więc na potrzeby tej nocy jestem Vheeną Brightsilver. Lady Vheeną, pozwolę sobie dodać.

Uczeń maga sprawiał wrażenie, jakby jego świat w przeciągu kilku chwil ograniczył się do szarookiej kobiety. Niedostatki w obowiązkowości Sepherius nadrabiał istotnym zaangażowaniem w kontakty z płcią przeciwną, co często było powodem skarg wnoszonych do Emericka przez szeroko rozumianych poszkodowanych. Nikt nie był pewien, czemu von Tarfenhoff tak pobłaża swemu podopiecznemu – chociaż Riordan na temat znanego marchijskiego maga nasłuchał się wystarczająco, by wiedzieć że w tym szaleństwie jest metoda. Jakaś.

– Postarzałeś się, sir Riordanie – zachichotał magin.

– Daj spokój, Sepher. Przez te tatuaże i tak ciężko stwierdzić, na ile wyglądam. Wieczna młodość Jeźdźców, chłopcze!

– Na polu bitwy musisz być sprawniejszy, niż na parkiecie – Vheena wyminęła go, uśmiechając się czarująco do Sepheriusa – Jak inaczej przetrwałbyś tyle wojen?

– Gdyby walczył tak, jak tańczy to z pewnością stracilibyśmy go na długo przed wypędzeniem szalonego barona z Caer Dramaar – adept sztuk magicznych nawiązał do wojny domowej, która kilkanaście lat temu rozdarła An'Dramaar. Większość osób spoza Królestwa nie zna szczegółów owego konfliktu, mówiło się jednak wiele o szalonych czarnoksiężnikach i armiach żywych trupów.

– Niewiele brakowało – Pogranicznik prychnął, przymykając na chwilę powieki. Zarówno on jak i tysiące innych ludzi stracili w trakcie owej wojny swych bliskich i wolał nie wracać myślami do tego epizodu jeśli nie było to konieczne. Wojna ta jawiła mu się we wspomnieniach jako okres pełen błota, krwi i gnijących ciał, które wstawały na rozkaz ludzi władających plugawymi siłami. Opętany baron von Gretz i jego sojusznicy pozostawili na An'Dramaarze i w duszy jego mieszkańców skazę, uderzając w fundamentalne idee wyznawane przez rycerstwo Królestwa. Domy można odbudować, tak samo jak można postawić nowe mury wkoło zamku – ale nie sposób zniwelować śladów, jakie tak brutalny i pozbawiony zasad konflikt odcisnął na mentalności Dramaarczyków.

Poza tym Riordan nie kłamał – faktycznie w czasie buntu von Gretzy o mały włos nie postradał życia. Jego ojciec nie miał tyle szczęścia – śmierć zabrała Martharyona Faithbane'a w trakcie bitwy nad rzeką Bavią, gdy wraz z innymi rycerzami Pogranicza osłaniał odwrót głównych sił. Riordan był wtedy przy nim, wspólnie powstrzymywali napór wroga i mieli wytrzymać na tyle długo, aż lord Bhamlin połączy się z posiłkami z Imaros i zostanie przeprowadzony kontratak. Odsiecz nadeszła wreszcie – ale dla Martharyona było już za późno. Riordan po dziś dzień tęsknił za ojcem – człowiekiem bardzo skromnym jak na rycerza – ale wiedział, że wojny rządzą się swoimi prawami. Szybko tedy wyleczył się z żalu do lorda Pogranicza, z którym w trakcie wojny połączyły go zresztą więzy przyjaźni, podobnie jak z Thomasem – obecnym namiestnikiem Królestwa An'Dramaaru.

Gorzej śmierć Martharyona zniosła matka Riordana, czarodziejka Irina z Kyavii. Popadła w apatię i obojętność, porzucając zarówno obowiązki pani na włościach, jak i magię. Oddychala, jadła i mówiła, ale widać było że jej życie skończyło się w momencie, gdy tylko dowiedziała się o śmierci swego męża.

Gdy nasz rycerz mimowolnie pogrążył się we wspomnieniach, Vheena w towarzystwie Sepheriusa ruszyła w tany, odnajdując w jego osobie godnego kompana do pląsów i piruetów. Wiele wskazywało na to, że Pocieszycielka nie tylko jest najlepiej wyglądającą z goszczących u hrabiny Strenti dam, ale i ma największy dryg do tańca.

– Ktoś ci porwał Pocieszycielkę, stary druhu! – zadudnił ciepły, głęboki głos. Pogranicznik od razu rozpoznał Emericka von Tarfenhoffa. Czarodziejowi towarzyszyła długowłosa, wysoka kobieta której Riordan nie znał.

– Biada mu tedy – uniósł kąciki ust – Dobrze cię widzieć, Emericku. Miło także poznać twą towarzyszkę – skłonił się jej z uprzejmością – Na imię mi Riordan Faithbane, pani.

– Żadna pani, naprawdę – młódka wywróciła oczyma. Sposób mówienia czy mimikę miała diametralnie różną od Vheeny, jej uroda też zresztą nie była aż tak zjawiskowa. A jednak z głosu i oczu tej kobiety wręcz promieniowało… poświęcenie? Dobroć? – Jestem Grawah.

– Grawah – wymówił cicho obco brzmiące imię.

– Pani doktor z Akademii Ciała i Krwi – nadmienił von Tarfenhoff – Więc nie tak znowu "żadna" pani.

– Czyżby sprowadzono was tu w tym samym celu, co mnie i Vheenę? – rycerz spojrzał na nekromantkę.

– Tak mi się zdaje – potaknęła żywiołowo – Chociaż wciąż nie wiem, jaką to sprawę ma do mnie hrabina Strenti i dobry pan von Tarfenhoff.

– Musimy chyba poczekać z wyjaśnieniami, aż Vheena skończyć zatańczać Sepheriusa na śmierć – Riordan przemawiał z autentyczną wesołością.

– Nie doceniasz go, przyjacielu – rzekł zaraz Emerick – Gdyby Sepherius uczył się tak, jak tańczy to już dawno by mnie prześcignął. Na szczęście zapoznaje się z arkanami magii we właściwym sobie tempie.

– A co z dyscypliną…? – zapytała Grawah, patrząc na siwiejącego maga pytająco.

– Sepherius wie, ile jej potrzebuje. Ja też to wiem – w jego dłoni znalazł się zaraz kieliszek wina, tym razem pozyskany bardziej konwencjonalnie niż ostatnio – Jest młody i musi się wyszumieć, aby nie zgorzknieć i nie zdziwaczeć na starość. Mag nie może być oderwanym od rzeczywistości, odciętym od świata suchotnikiem. On musi żyć, musi rozmawiać z ludźmi! Magię należy rozumieć i odczuwać zawsze, nie tylko w warunkach laboratoryjnych.

– Wielu moich dawnych mistrzów nie zgodziłoby się – nekromantka odezwała się po chwili. Zacisnęła usta i przymrużyła oczy – Chociaż ja aprobuję.

– Ja zaś znam czarodziejkę, która by takie metody poparła – Riordan i Emerick popatrzyli po sobie porozumiewawczo.

 

***

Znów przetoczył się po niebie grom, pobrzmiewając w chmurnej szarości. A jednak grzmiało z rzadka, zdawało się że burza przejdzie bokiem i czoło jej ominie przynajmniej część Lasu Strażników. Stara, ciemna puszcza wydawała się oddychać ciężko podczas dźwigania na konarach i gałęziach jednej z ostatnich burz, jakie miały nawiedzić Pogranicze tego roku. Lato miało się ku końcowi, szykowało się do tego by ustąpić miejsca nadchodzącej jesieni – te gniewne pomruki nieba przypominały łabędzi śpiew najcieplejszej z pór roku.

Amratari czuła w żyłach i płucach, że następne lato upłynie pod znakiem wydarzeń, które mogą wstrząsnąć mieszkańcami miast i wsi – szeptał jej to wiatr szeleszczący w koronach drzew, czuła pod stopami ziemię wręcz pulsującą niemym, pierwotnym ostrzeżeniem. Było to coś innego, niż drobne drżenie lęku, jakie zawsze obejmowało nici życia gdy kończyło się lato – wyraźnie odbierała to jako przestrogę. Kapłanka przymknęła oczy i pogładziła dłonią omszały pień rianarii, potężnego iglastego drzewa którego symbolika wraz z nim samym przywędrowała na Pogranicze An'Dramaaru z Daal Riath wraz z uciekającymi stamtąd Jeźdźcami. Dla kapłanek z Lasu Strażników, służek Wędrujących Bogów, drzewa były niczym biblioteki – trwała w nich moc dawno minionych wieków, echo siły i mądrości, z jaką obcowały ich poprzedniczki z Daal Riath, skąd przywieziono nasiona tych roślin. Sam fakt istnienia rianarii dawał poczucie ciągłości, jakby uciekające przed swymi wrogami klany Jeźdźców straciły mniej, niż to miało miejsce w rzeczywistości.

Las Strażników nazywano setki lat temu Nocną Puszczą – miejscowa ludność uważała go za przeklęte miejsce, nawiedzane przez nieprzyjazne śmiertelnikom siły. Przodkowie współczesnych ludzi Pogranicza nie mylili się, dlatego tym większym zdziwieniem napawał ich wybór uciekinierów z zachodnich krain, a raczej wybór ich duchowych przewodników – zwani druidami mędrcy i kapłani wybrali Nocną Puszczę na swoją nową siedzibę, przynosząc ze sobą swoich bogów, jakże innych od zawistnych i nieufnych zjaw, jakie wcześniej się z Puszczą kojarzyły.

Zmiany postępowały od dawna, druidzi z Daal Riath z pomocą swych rytuałów i pracy sprawiali, że las stawał się coraz mniej wrogi, starali się przegnać ów zastały mrok – nie można jednak powiedzieć, aby osiągnięto całkowity sukces. Posadzono wiele rianarii, zmieniając nazwę Nocnej Puszczy na Las Strażników, nie brakowało też bezpiecznych, chronionych magią, modlitwą i mieczem miejsc, gdzie żyli druidzi, ale złej woli puszczy nie odmieniono do końca, toteż nadal bytowały tu nieopisane, wrogie ludziom stworzenia i tylko głupcy zapuszczali się tu bez przewodnika.

Amratari miała dość wspominek, tedy znów ruszyła w drogę ku Śpiewającej Polanie. Od kilku tygodni kobieta badała pogłoski o zarazie wśród tutejszych drapieżników, ale nie odkryła niczego niepokojącego – żadne znane jej metody nie ujawniły obecności jakiejkolwiek nowej, dziwnej choroby na terenach, które przydzielono pod jej pieczę. Same zwierzęta i rośliny także o niczym nie wiedziały, chociaż i w ich świecie krążyła owa plotka. Wydawało się to bardzo dziwne – w ostateczności nikt nie wiedział, skąd przyszły podszepty o zarazie, której nikt i nic na razie nie potwierdziło, ale o której prawie każdy mieszkaniec lasu zdążył już usłyszeć.

Młoda kapłanka odbierała to jako dysonans w harmonijnej muzyce natury, gdzie również nowinki mają swoje miejsce. Jednak ta informacja i to, jak szybko się rozpleniła, nie była naturalna – druidce przypominało to celowe mącenie wody w stawie przez znudzone dziecko. Dlaczego do głowy przyszło jej akurat takie porównanie?

"Plotki o rzekomej chorobie rozprzestrzeniają się tak szybko i budzą tyle wątpliwości, jakby były chorobą same z siebie" – myślała Amratari i uznała nagle, że może to być klucz. Dezinformacja, próba odwrócenia uwagi obrońców Lasu od czegoś innego… tylko od czego? Nic w tym lesie nie umykało kapłankom, przecież wszystko w naturze ma znaczenie i żadnych rzeczy nie ignorowały.

"Jeśli niepewność przeradza się w lęk, może sparalizować nawet mędrca" – dumała, stawiając lekkie, ciche kroki.

Dla kapłanki z Nocnej Puszczy świat składał się z pieśni, których mnogość wspólnie tworzyła niebotycznie złożoną, ale cudownie harmonijną całość. W niektórych miejscach i porach ów spokój istnienia i obecną weń mądrość można było odczuć, wsłuchując się w puls ziemi – najpewniej nikt poza tutejszymi kapłankami nie umiał już posługiwać się Pieśniami i oddziaływać nań. Społeczeństwa Smoczych Królestw wprowadzały dysonanse, chociaż źródło najstraszniejszych zakłóceń i fałszów było gdzie indziej – odległe o wiele, wiele mil, ale wyczuwalne nawet w Lesie Strażników. Pieśni nie były podobne magii w potocznym rozumieniu tego słowa – kapłanki raczej postrzegały inne oblicze rzeczywistości i umiały nań wpływać, wciąż praktykując prastarą i piękną sztukę pamiętającą czasy sprzed wygnania Jeźdźców z zachodnich krain. Niegdyś również inni członkowie tego ludu mieli zdolność słyszenia Pieśni i oddziaływania nań, ale zatracono to po przybyciu na ziemie Pogranicza. Ówcześni druidzi i druidki, zaszywając się w Nocnej Puszczy, zabrali wiedzę odnośnie tej dziedziny ze sobą, a strzępy zrozumienia jakie były obecne wśród innych potomków Jeźdźców przepadły. W końcu, w trakcie schizmy o której mówi się dziś ze wstydem, zamknięto stan kapłański dla mężczyzn i od pokoleń wyłącznie kobiety przechowują informacje o dawnych obyczajach i praktykach.

Amratari po upływie godziny dotarła w okolice Śpiewającej Polany, drogę przebywając bez żadnych problemów czy niespodzianek. Las, chociaż zawsze trudny, dziś był jej przychylny i zdawać się mogło, że znane wszystkim kapłankom tajemne i prędkie ścieżynki dla niej stają się jeszcze wygodniejsze. Siły rządzące tą krainą były wielce kapryśne i mimo upływu wieków wciąż zdarzało im się traktować kapłanki niby gości, chociaż coraz rzadziej było to złe traktowanie.

Przez kilka chwil towarzyszył jej sporych rozmiarów lis, przemykając śród poszycia i korzeni. Lisy i wiele innych zwierząt Nocnej Puszczy należały do starych plemion i część z nich także na swój sposób pojmowała Pieśni, co ułatwiało komunikację z kapłankami. Kobieta podzieliła się tedy z lisem swymi ostatnimi przemyśleniami odnośnie rzekomej zarazy, napotykając na zrozumienie i aprobatę. Bystrooki zwierz miał zresztą dość podobne przemyślenia i obiecał przedyskutować to z podobnymi sobie stworzeniami – pozostawił także w umyśle Amratari swoje imię, zapowiadając że spróbuje się z nią skontaktować w nadchodzących dniach. Po owej wymianie myśli lis czmychnął gdzieś w zarośla – kapłanka nadal mogła go wyczuć i tym samym zlokalizować, ale dobrze wiedziała że gnają go sprawy, w które człowiek nie ma potrzeby ingerować. Poza tym znała rolę i moc niedopowiedzień, nie popierała rażącej dosłowności czynów i wiedzy.

Sama Śpiewająca Polana, to jest enklawa kapłanek, była właściwie zbiorowiskiem kilku polan i bardziej otwartych przestrzeni, gdzie członkinie zgromadzenia i ich strażnicy zamieszkiwali. Żadnego drzewa nie powaliła tu siekiera, gałęzi nie spiłowano – fantastyczna prezencja Śpiewającej Polany była zasługą porozumienia między druidkami a samym Lasem Strażników. Wysokie drzewa przybierały tu ciekawe, niezwykłe kształty, ich ogromne konary łączyły się w mosty po których spacerowali ludzie. Niektóre z rianarii rosły tu na podobieństwo obronnych wieżyc, a powietrze wydawało się leciutko dzwonić. Ta część lasu była także jaśniejsza, a powietrze lżejsze.

Kobieta minęła kilku strażników – wszyscy oni pochodzili od Jeźdźców i żyjąc z kapłankami kultywowali zwyczaje utraconego Daal Riath. Lata sprawiły, że w żyłach wszystkich ludzkich mieszkańców Nocnej Puszczy płynęła także krew mieszkańców Pogranicza i innych Dramaarczyków, aczkolwiek to obyczaj i posiadana wiedza czyniła dziedzicem Jeźdźców, nie sama krew. Wszyscy nosili włosy splecione w warkocze, a na ich twarzach widniały tatuaże – takie same lub podobne druidki wykonywały na obliczach tych sposród rycerzy Pogranicza, którzy także wywodzili się z Daal Riath.

Zapytani o Arcykapłankę wskazali w kierunku najwyższych platform i mostów, gdzie Gwennead zwykła się przechadzać i rozmyślać, o ile przebywała na terenach Śpiewającej Polany. Tam też wybrała się Amratari, ciesząc płuca lekkością i czystością tutejszego powietrza. Kątem oka dostrzegała i wyczuwała wiele niewidzialnych dla zwykłych śmiertelników bytów, pomniejszych duchów tego obszaru.

Tutejsza strawa, użycie Piesni i dobrodziejstwa dawnej wiedzy wydobywały z ciała każdego mieszkańca Polany to, co najlepsze – strażnicy i kapłanki mieli więcj przenikliwe spojrzenia i czystą, jasną cerę, a włosy gęste i długie. Byli świadomi, że rozwój ducha i ciała powinien następować w harmonii i każdy z nich był świadectwem tego przekonania. Dla samej Amratari najpiękniejszą z widzianych przezeń ludzkich kobiet była obecna Arcykapłanka – teraz faktycznie zastała ją medytującą na jednej z platform, otoczoną przez rozśpiewane ptaki i rześką, świeżą woń. Gwennead była wysoka, miała białą i nieskazitelną skórę, a białe włosy niezwykle wręcz długie. Roztaczała wkoło aurę majestatu i mądrości, Amratari była pod ogromnym wrażeniem spokoju ducha, który przepełniał tą szarooką, dostojną kobietę.

– Moja córko, czy wszystkie sny kiedyś się kończą? – z ust Arcykapłanki padło pytanie, które rozległo się także między Pieśniami. Młodsza druidka zdawała sobie sprawę, że Gwennead spodziewała się jej przybycia i być może znała już nawet przebieg nadchodzącej rozmowy.

– Tak jak wszystkie burze, Matko – Amratari ukłoniła się na powitanie. Zdawało się, że wiatr pochwycił jej słowa i uniósł ku niebu, bo zaraz znowu zagrzmiało, tym razem bliżej.

– A co mówi ci ta burza? – Gwennead otworzyła diamentowoszare oczy, jakby rozświetlone od środka. Były oszałamiające.

Młoda kapłanka zastanowiła się, wsłuchując się w wbirujące w powietrzu echa gromu. Trudno było rozmawiać z burzami i pojąć ich gwałtowną, monumentalną mowę. Po chwili westchnęła cicho i pokręciła głową.

– Ja… nie wiem – przyznała.

Gwennead pokiwała w odpowiedzi głową, bardzo powoli. Na jej wargach gościł łagodny, matczyny uśmiech.

– Nawet mi jest trudno dociec prawdy w tym wypadku. Nie frasuj się, moja droga – poleciła jej gestem, by siadła naprzeciwko, co zresztą Amratari zaraz uczyniła – Jakże łatwo nam śpiewać Pieśni jezior i strumieni, niezależnie od tego skąd i dokąd płyną… potrafimy zrozumieć niestałość i taniec płomieni, czytamy z wiekowego milczenia skał i czujemy zapowiedź życia skrytego w ziemi. A jednak gnający śród chmur wiatr wymyka się nam – Arcykapłanka nie przestawała się uśmiechać, chociaż teraz uniosła wzrok ku szaremu niebu nad ich głowami.

– Niegdyś dane nam było rozumieć jego mowę, chociaż było to u zarania naszego osadnictwa tu i wcześniej, w czasach Daal Riath – zauważyła Amratari.

– Nam? – Gwennead przekręciła głowę, trochę po kociemu – Naszym mężczyznom, jeśli już. Tak jak im ciężej pojąć żywioł wody, tak kobiety nigdy nie mogły dogonić wiatru. Czasem jesteśmy blisko, ale tylko na tyle by wyłapać mętny, odległy przekaz, który dla naszych dusz często znaczy niewiele.

– Nie bez powodu mężczyzni nie mają już dostępu do Pieśni – Amratari usadowiła się wygodniej, odrzucając do tyłu czarne, falowane włosy – Sami się tego zrzekli dla dobra Lasu i naszego dziedzictwa.

– Tamci mężczyźni – poprawiła ją starsza kobieta, chociaż jej ton wciąż był kojący i łagodny – Człowiek może odczuwać skutki czynów swych przodków, ale tak jak ty nie jesteś twoją babką, tak dzisiejsi strażnicy Polany nie są tymi druidami, którzy zrezygnowali z Pieśni.

– Matko… – Amratari zmrużyła oczy, chyba z lekka zafrasowana – Czy ty chcesz ponownie wtajemniczyć mężczyzn w arkana dawnych sztuk?

– Tego nie powiedziałam – słowom Arcykapłanki towarzyszyło delikatne wzruszenie ramion. Znów zagrzmiało i obie kobiety miały przeczucie, że to ostatni taki dźwięk tego dnia – Po prostu dobrze byłoby mieć kogoś, kto rozumie słowa posłańca – westchnęła i ponowie zerknęła w górę, z troską odmalowaną na twarzy – Przez tą rezygnację z mężczyzn w naszych szeregach oddałyśmy ster magom z miast i zamków Smoczych Królestw. To zresztą nie jest jedyny błąd.

– Chyba się domyślam, do czego zmierzasz, Matko. Sprzeczałam się dwa księżyce temu z Cealith na temat naszej izolacji i odcięcia od zewnętrznego świata – ciemnowłosa druidka wyraźnie się ożywiła – Zgodnie z najdawniejszymi przekazami w czasach Daal Riath nasi poprzednicy żyli wśród ludzi, służąc wiedzą i radą. Wspierali wodzów i królów, nauczali ich następców by postępowali mądrze i nie popadli w okrucieństwo. Strzegliśmy mieszkańców Daal Riath przed niewolą i tyranią, a dziś… dziś dzień strzeżemy siebie, zazdrośnie zaciskając dłonie na strzępach minionej świetności.

Gwennead zmrużyła oczy, na chwilę pozbawiając świat ich blasku. Splotła dłonie na podołku, milczała przez chwilę – także dźwięki Pieśni wkoło jej jestestwa ucichły, skryte mgłą tajemnicy.

– Masz dużo racji, mała Amratari – przemówiła wreszcie i w tym samym momencie rozwarła powieki, wpatrując się w swą rozmówczynię przeszywającym wzrokiem – Dawno straciłyśmy z oczu naszą misję, pozwalając by potomkowie Jeźdźcó marnieli w oderwaniu od swego dziedzictwa.

– Z naszego ludu nie zostało już wiele – stwierdziła gorzko Amratari.

– Nieprawda – Gwennead pokręciła przecząco głową, bliska rozbawienia – Każdy, komu miłe okazałyby się nasze nauki i oferowana wiedza, byłby członkiem naszego ludu. Wola, nie krew!

– Wola, nie krew! – powtórzyła ciemnowłosa z entuzjazmem, kiwając głową energicznie – Wola, nie krew!

 

***

Przyjęcie u hrabiny dogasało powoli, a goście szykowali się do opuszczenia rezydencji. Pakowano się do karet i powozów, krzyczano na służących i poganiano pachołków. Niektórzy z zaproszonych byli jednak szlachcicami w dobrym tego słowa znaczeniu i nawet wino, którego nie brakowało na balu, nie przyćmiło ich manier i sposobu prowadzenia się – oni też żegnali się i odjeżdżali z klasą, z taką samą uprzejmością traktując własnych podwładnych. Niecierpliwych krzykaczy czekały zaś

pełne zniesmaczenia spojrzenia ze strony sir Riordana i Emericka – a sama Anna Strenti była dla każdego z goszczących pod jej dachem ludzi wcieleniem grzeczności, zawsze czarująca i promienna, aż do samego końca. Gdy jednak wszyscy poza Vheeną, Charlotte, Grawah, Riordanem, Emerickiem i jego uczniem odjechali, Anna opadła na jedną z sof z cichym westchnieniem. Przetarła czoło jedwabną, wyszywaną husteczką i odchyliła się w dramatycznej pozie.

– Ja bym im wszystkim pozabierała tytuły i majątki – parsknęła i dała znać jednemu ze służących, by przyniósł jej jeszcze wina. Wypiła łyk, ale kieliszka nie odstawiła – Pana poznaje się po tym, jak umie traktować niższych stanem… co za grubianie!

– W istocie, niektórzy goście nie popisali się na tej płaszczyźnie – marchijski mag przysiadł się do kobiety – Ale wśród utytułowanych zawsze byli zarówno szlachetni tylko z nazwy, jak i ci godni noszonego tytułu.

– I zawsze będzie mnie to drażnić – mruknęła – Ale dość już o tym, widzę że zebrała się nasza kompania.

W istocie, w jednym z mniejszych saloników usadowiły się już wspomniane wyżej osoby i zbliżała się chwila, gdy na jaw wyjść miał cel ich wizyty tu. Vheenaxis miała policzki zaróżowione od wypitego alkoholu, gawędziła zresztą wielce żywotnie z Lottie i Sepheriusem. Wino i dramaarskie stouty chyba uderzyły jej do głowy, musiała też odczuwać zmęczenie po tylu tańcach. Na tym balu to z pewnością ona była królową parkietu.

Charlotte de Chraiveux nieco się rozluźniła już w trakcie trwania przyjęcia, gdy zagrano do jednego ze starszych tańców przyłączyła się chętnie i ponownie zademonstrowała, że nauka w Akademii nie wykorzeniła z niej szlachcianki. Poza tym plotki i pozyskiwane drogą rozmowy strzępki informacji sprawiały, że krew jej szybciej w żyłach krążyła. Wciąż nie była przekonana do Vheeny, ale poza hrabiną była tu jedyną osobą, z którą mogła pogawędzić o sprawach zwyczajnie damskich, jak chociażby stroje gości.

Sepher zaś dwoił się i troił, aby łechtać ego obu tych kobiet. Trzeba przyznać, że szło mu to wcale nieźle. Mimo niekwestionowanego talentu w prawieniu komplementów młody magin nie ugrał jednak zbyt wielkiego posłuchu ani u Vheeny, ani u rudowłosej pani doktor. Miał przy tym dość tańca na najbliższy miesiąc, a nieprzyjemne skutki nadmiernego spożycia alkoholu starał się zniwelować zaklęciem w wolnej chwili.

W drugim końcu pokoju przystanęli Emerick z jasnowłosym rycerzem, dyskutując o czymś z poważnymi minami. W trakcie minionych godzin łatwo było poznać, że cieszą się z ponownego spotkania, nawet jeśli zajmują ich mniej prozaiczne tematy. Na pewno wiele słów padło na temat polityki Pogranicza i Królestwa An'Dramaaru, możliwe że przewinęła się kwestia Wysp Vasztlandzkich i ich dyskusyjnej przynależności. Na sam koniec zostawili sobie Zakon Stervissa i jego potencjalny wpływ na Królestwo.

Na szezlongu półleżała Grawah, jednym uchem przysłuchując się wymianie zdań między dwoma mężami, ale niewiele z tego rozumiała. Opadło ją zmęczenie i odczuwała coś w rodzaju frustracji, bo wydarzenia tej nocy tylko utwierdziły młodą medyczkę w przekonaniu, że tego rodzaju przyjęcia nie są dla niej. Towarzystwo – poza tym zgromadzonym w pokoju – także jej nie przekonało. Jako kobieta z gminu niemal na każdym kroku odczuwała przepaść między sobą a arystokracją, mimo że przecież była wykształcona. Drażniło ją przeto owe zamknięcie się szlachty na ludzi innego stanu, chociaż nie wszyscy zachowywali się tak wyniośle – zarówno von Tarfenhoff, Riordan Faithbane jak i sama hrabina byli dla niej mili i traktowali ją bez uprzedzeń, żeby nie wspomnieć o swobodnej Vheenie.

– Cóż, czas chyba wam wreszcie przedstawić powód, dla którego tu jesteście – zaczęła Anna, patrząc po kolei na każdego z obecnych.

– Nie zdążyłam pochwalić waszych kucharzy i muzyków – zwróciła się do niej Charlotte, ale Strenti tylko machnęła ręką.

– To przecież oczywiste, że są najlepsi! – zachichotała hrabina.

– Tak jak zapowiadał w listach mój drogi pan ojciec – Lottie uśmiechnęła się nieznacznie, poprawiając fryzurę – Chociaż ciekawi mnie, po co robić szum na całe Lavirne i resztę Anurii po to, by po wszystkim dyskutować w zamkniętym gronie. Przecież każdy z tych gości widział nas i na pewno domyślają się, że tu zostaliśmy. Będą zachodzić w głowę, co nas zagnało pod dach hrabiny Strenti.

– Cała ta zgraja była konieczna i dobrana nieprzypadkowo – Anna odwzajemniła uśmiech i zwilżyła gardło kolejnym łykiem wina. Charlotte zdziwiła się wyraźną wesołością w głosie kobiety – Powinnaś się spodziewać, że całokształt tego wydarzenia został zaplanowany by przysłużyć się jakiemuś celowi. Emericku, objaśnisz to i owo córce Gastana?

Czarodziej odchrząknął i wystąpił na środek saloniku. Przez całą noc nie rozstawał się ze swoją zdobioną laseczką z bursztynową gałką i kiedy już zaczynał gestykulować wspomagał się często tym przedmiotem.

– Na każdego z gości, poza wami, nałożyłem subtelny i niezawodny namiar. Lata zajęło mi opracowywanie podobnie skutecznego i dyskretnego zaklęcia a los chciał, że skończyłem pracę akurat wtedy, gdy okazało się potrzebne. Jak już wspomiano, nie zaprosiliśmy przypadkowych ludzi – uniósł brwi i przez chwilę wyglądał bardzo niepokojąco, wreszcie przypominając dysponującego tajemniczymi środkami maga, a nie uprzejmego starszego lorda.

Emerick opowiedział im o spisku, na którego tropie jest wraz ze swymi informatorami. Mówił, że sprawa trwa od wielu lat i zatacza szersze kręgi, niż się początkowo wydawało jemu czy Annie. Ktoś był na tyle wytrawnym graczem, że w ciągu ostatniej dekady upozorował dwie wojny wywiadów i skutecznie odciągał uwagę od swoich działań. Zawsze też wysługiwał się albo cywilami, albo wykorzystywał cudzych agentów.

– Czy to mogą być Taghańczycy? – zapytał Riordan, siedzący teraz na krześle z jedną nogą założoną na drugą – Potrzeba wiele cierpliwości, by prowadzić akcję rozłożoną na tyle lat i angażującą aż tyle osób.

– Przy czym wiele z tych osób nie ma pojęcia, że uczestniczyło w jakimś spisku – skinął czarodziej.

– Taghańczycy – słysząc to słowo, Vheena skrzywiła się i gniewnie zmarszczyła brwi – Nie wymawiaj tej nazwy w krainie tak pięknej jak Arnuria, sir.

– Mało kto może uzasadnić swoją niechęć do Imperium Tagh tak mocno, jak ja czy ty – zgodził się rycerz. Istotnie, to właśnie inwazja Taghańczyków i ich niewolników wiele wieków temu zmusiła Jeźdźców z Daal Riath do ucieczki na wschód, do dzisiejszego An'Dramaaru. Zaś każdy, kto odrobinę znał historię słyszał o tym, jak w Imperium Tagh traktuje się ludzi – najpewniej już na zawsze stało się ono symbolem tyranii nie tylko w Smoczych Królestwach.

– Jeśli to faktycznie oni, to jako Pocieszycielka jestem zobowiązana zaleźć im za skórę – stwierdziła Vheena, śląc Riordanowi szelmowski uśmiech – Lady Vheena Brightsilver i sir Riordan Faithbane przeciwko największym wrogom radości i wolności, brzmi jak świetny materiał na balladę.

– Albo na bolesną śmierć i jeszcze gorsze rzeczy – skwitowała Charlotte, przysłuchując się z niedowierzaniem tej wymianie zdań. Wzmianka o Taghańczykach przyprawiła ją o niepokój, może nawet o lęk.

Emercik uniósł dłoń na znak, że zamierza kontynuować i należy przełożyć tego rodzaju dyskusje na później.

– Z początku też obstawiałem Taghańczyków, ale poszlaki wiodą w zupełnie inną stronę – tu zrobił pauzę i uderzył gałką laski w otwartą dłoń – Wydaje się, że źródło owego spisku jest na wschodzie, gdzieś między Górami Tolthara a Dalekim Stepem.

– To żaden konkret, przyjacielu – Riordan odchylił się na krześle i zacisnął usta – To ogromne połacie terenu, dziesiątki plemion, grodów i ich wojenek. Niewiele wieści dociera stamtąd na zachód. Jeśli w An'Dramaarze wiadomo coś o tamtejszych wydarzeniach, to informacje te pochodzą z Kyavii leżącej na północ od tych ziem.

– Przyznam rację Drakolingowi – Lottie nalała sobie białego, wytrawnego wina. Jeśli jednak prawdziwe źródło problemu nie pochodziło z Tagh, to nie musiała się martwić aż tak bardzo. Wciąż spodziewała się, że von Tarfehoff zamierza wysłać ich w podróż a to wcale sie jej nie uśmiechało. Nie miała ochoty oglądać dzikich, nienazwanych państewek i ludów wschodu! Jakże tam musiało być brudno! – W zasadzie to nikt nic nie wie o krainach za Górami Tolthara.

– Bez przesady, pani doktor – wtrącił się Sepherius, dotychczas nie biorący czynnego udziału w dyskusji – Na pogórzu Toltharu i na granicy ze stepami pomieszkują kuzyni Kyavów, ich języki są spokrewnione, chociaż wierzenia już mniej. Poszczególne ludy tego rodzaju albo wchodzą w sojusze ze szczepami stepowych orków, albo toczą z nimi krótkie wojenki. Im dalej na północ, tym większa świadomość istnienia kyavskiego kniazia i szacunek, jakim go darzą. W tradycji niektórych plemion kniaź Kyavii jest "pierwszy po Kaganie" i w całej historii tytuł ten zdobył właśnie kyavski kniaziewicz, nikomu innemu się nie udało.

– Doceniam waszą wiedzę, paniczu – zamruczała Charlotte, chociaż nie pasjonowały jej tego rodzaju wiadomości – Chociaż wzmianka o tych całych orkach nie brzmi zachęcająco.

– Orkowie z Dalekiego Stepu nie są ludem złym czy niegodziwym. To wędrowcy, znamienici myśliwi i szamani – sir Riordan zabrał się za sprostowanie, bo podobnie jak Sepher wiedział to i owo o tamtejszych kulturach – Chociaż stworzono ich by zniszczyć wolnych ludzi, to dziś sami są wolni i nie kłaniają się nikomu. Słyną z tego, ze wyzwalają niewolników z sąsiednich terenów i puszczają ich wolno, chociaż niektóre plemiona wolą zabić każdego, kto dostał się do niewoli. Uważają, że jeśli ktoś pozwoli zakuć się w łańcuchy, to porzucił swoją duszę i nie zasługuje na dalszy żywot.

– Bestialski smoczy pomiot – doktor de Chraiveux prychnęła niczym kotka i ostentacyjnie demonstrowała swoją niechęć.

– Smoczy pomiot to okrutne, złośliwe istoty czające się w górskich jaskiniach i głęboko pod ziemią. Orkowie dawno zrzucili kajdany i podążyli drogą inną od tej, na której umieścili ich stwórcy – tym razem głos dramaarskiego rycerza zabrzmiał nieco ostrzej. Po tych słowach Lottie dała za wygraną.

Hrabinę Strenti ich wymiana zdań musiała niebotycznie wręcz bawić, przysłuchiwała się wszystkiemu z lekkim uśmiechem i zainteresowaniem błyszczącym w oczach. W przeciwieństwie do niej Emerick nie miał ochoty na przeciąganie swych wyjaśnień w nieskończoność, tym bardziej że już zaczynało świtać a on był na nogach od paru dni. Uciszył ich ponownie i wrócił do przerwanego wątku.

Nie chciał wyjaśnić, na czym dokładnie polega działanie jego zaklęcia śledzącego. Wyłożył, że zajęcie się tym leży w jego pieczy, a ich czeka zupełnie inne zadanie. Związane, a jakże, z podróżą za Góry Tolthara.

– Wyruszycie z rana, w dniu jutrzejszym – zarządził głosem nieznoszącym sprzeciwu – Stąd udacie się do portu w Tajos, a dalej statkiem do Czarnego Portu. Tam spotkacie mojego człowieka, który powie wam co dalej.

– I nie pytasz nas o zgodę?! – krzyknęła Charlotte, wściekle marszcząc brwi – Nie jestem dziewką służebną, magu z Marchii.

– Spasuj, Lottie – hrabina podeszła do niej i położyła jej na ramieniu dłoń. Nikt poza samą Charlotte nie mógł wiedzieć, że podobnego tonu w rozmowach z córką używał jej ojciec, Gastan de Chraiveux – Twoja droga i tak nie wiedzie na wschód.

– Och…?

Siwiejący czarodziej wydobył skądś pięknie zalakowaną kopertę, którą pokrywały jakieś nieznane nekromantce symbole.

– Pojedziesz do domu, Charlotte. I zaniesiesz tą kopertę wprost do rąk swego ojca – po czym wręczył list rudowłosej – Nałożyłem nań zabezpieczenia, które sprawiają że tylko Gastan może odpieczętować kopertę. Nie majstruj przy niej, bo twoja znajomość sztuk magicznych jest zbyt mała, by choćby zbadać naturę tego czaru.

Emerick wrócił na środek pokoju i w drodze przeciągnął po twarzy dłonią. W nikłym blasku dogasającego w kominku ognia zmarszczki w kącikach jego oczu stały się nagle bardzo widoczne, jakby ta rozmowa – a może raczej towarzyszące jej myśli – postarzyły go o kilka lat.

– Zaraz… – Grawach podniosła głowę i rozejrzała się półprzytomnie na boki, przespała bowiem większość rozmowy – Podróż? Do Tajos…?

– Podróż, a jakże – skinęła jej Vheena, szczerząc przy okazji białe, równe ząbki.

Koniec

Komentarze

Przeczytałam ponad jedną trzecią tekstu i na tym zakończyłam lekturę. Być może pochopnie, ale skoro do tej pory nie działo się nic zajmującego – okołodworskie pogaduszki i konwersacja w czasie balu niczym mnie nie zaciekawiły – nie zostałam zachęcona do poznania dalszego ciągu.

Lektury nie ułatwia wykonanie, pozostawiające wiele do życzenia.

 

zdo­by­ły uzna­nie moż­nychma­jęt­nych tego świa­ta. –> Możni i majętni to synonimy, znaczą to samo.

 

opusz­cza­li jedną z Mar­chii lub An'Dra­ma­ar i po­sta­na­wia­li osie­dlić się w jed­nym z naj­bar­dziej… –> Powtórzenie.

 

któ­rych spe­cy­ifcz­ny styl walki… –> Literówka.

 

Jed­na­ko­woż nie byli oni zbyt chęt­ni, aby dzie­lić się taj­ni­ka­mi swej sztu­ki i ar­nu­riań­skie­go fech­mi­strza do nauki kogoś z innej kra­iny na­kło­nić mogły albo na­praw­dę wiel­kie pie­nią­dze, albo po­dob­nych roz­mia­rów po­ten­cjał danej jed­nost­ki. –> Zdanie jest dość dziwnie sformułowane, ale czy słusznie podejrzewam, że chciałeś powiedzieć, iż miejscowi fechmistrze niechętnie udzielali lekcji obcym?

 

Część z za­ga­jo­nych prze­zeń osób… –> Część z zagadniętych prze­zeń osób

Poznaj znaczenie słowa zagaić.

 

– Wy­bacz­cie, ale mam do was py­ta­nie – jedna z kie­ru­ją­cych się… –> – Wy­bacz­cie, ale mam do was py­ta­nie.Jedna z kie­ru­ją­cych się

Źle zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

była przez więk­szość czasu zdy­stan­sto­wa­na i wy­nio­sła… –> Literówka.

 

po­wio­dła pal­cem wzdłóż kra­wę­dzi kie­lisz­ka, prze­krzy­wia­jąc głowę – A wy to..? –> …po­wio­dła pal­cem wzdłuż kra­wę­dzi kie­lisz­ka, prze­krzy­wia­jąc głowę. – A wy, to?

Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

Hra­bi­na Stren­ti to spryt­na in­try­gant­ka i in­for­ma­tor… –> Skoro intrygantka, to konsekwentnie informatorka.

 

ra­tu­ją ją od za­cze­pek czy nie­chcia­nych anon­sów… –> Pewnie miało być: …ra­tu­ją ją od za­cze­pek czy nie­chcia­nych awansów

Poznaj znaczenie słowa anons.

 

w końcu męż­czyź­ni w przy­byt­ku byli r óżni… –> Zbędna spacja.

 

Sie­dzi­ba hra­bi­ny Anny Stren­ti w żad­nym wy­pad­ku nie była bu­dow­lą za­byt­ko­wą – zbu­do­wa­no ją le­d­wie dwa­dzie­ścia lat temu… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję w drugiej części zdania: …wzniesiono ją le­d­wie dwa­dzie­ścia lat temu

 

a wo­ko­ło owej trans­ak­cji i jej otocz­ki krą­ży­ły… –> Masło maślane. Otoczka jest tym, co krążyło wokół transakcji.

 

Chło­pak wska­zał w od­po­wied­nim kie­run­ku ręką… –> Wskazujemy coś, nie w czymś. Proponuję: Chło­pak wska­zał ręką od­po­wied­ni kie­run­ek

 

jed­ne­mu z uty­tu­owa­nych przy­jezd­nych. –> …jed­ne­mu z uty­tuł­owa­nych przy­jezd­nych.

 

za­bu­do­wa­nia, z któ­rych wnę­trza oka­zjo­nal­nie do­bie­ga­ło rże­nie koni… –> A z jakiej okazji konie rżały?

Poznaj znaczenie słowa okazjonalny.

 

jasne włosy nosił zwią­za­ne w się­ga­ją­cy za ło­pat­ki war­kocz… –> Warkocz się splata/ zaplata/ plecie, nie związuje.

 

mruk­nął i prze­rwal na chwi­lę… –> Literówka.

 

jakby była jakąś wy­so­ko uro­dzo­ną damą –> Brak kropki na końcu zdania.

 

od­po­wie­dzia­ła, za­stan­wia­jąc się… –> Literówka.

 

Rior­dan znów uniósł brwi, gdy ta po­dzie­li­ła się z nim swoim mia­nem. –> Czy przedstawiając się komuś, dzielimy się z nim czymkolwiek?

 

Mi to wy­glą­da na zdrob­nie­nie. –> Raczej: Mnie to wy­glą­da na zdrob­nie­nie.

 

Na do­da­tek mało osób orien­tu­je się, że to zdro­bie­nie… –> Literówka.

 

po­ja­wie­nie się kur­pu­lent­niej kuch­ty… –> Literówka.

 

Na po­le­ce­nie kuch­ty przy­sła­no do Vhe­eny dwie dwór­ki… –> Nie wydaje mi się, aby dwórki zechciały przyjmować polecenia od kuchty.

Poznaj znaczenie słowa kuchta.

 

dok­tor de Chra­iveux zdała sobie spra­we… –> Literówka.

 

od­rzu­ca­ją­ce ja­ką­kol­wiek ze­wnątrz­ną in­ge­ren­cję… –> Literówka.

 

Bal się roz­po­czął – za­gra­ła mu­zy­ka… –> Muzyka nie gra, to muzycy grają na instrumentach.

 

że nad tym nie po­my­śla­ła… –> …że o tym nie po­my­śla­ła

 

to fak­tycz­nie nauka i pewna ilo­za­cja Aka­de­mii od świa­ta ze­wnętrz­ne­go… –> Literówka.

 

odzia­ła się da­le­ce skrom­niej, niz Char­lot­te… –> …odzia­ła się da­le­ko skrom­niej niż Char­lot­te

 

Nosil bur­gun­do­wy sur­dut… – Literówka.

 

In­stynk­tow­nie się­gnę­ła ku męż­czyź­nie smy­sła­mi i prze­ko­na­ła się… –> Literówka.

 

za­py­ta­ła, czę­stu­jąc się pie­czo­ną ku­ro­pa­twą. –> Jeśli dobrze rozumiałam, bal dopiero się rozpoczął, właśnie trwają tańce, a nietańczący konwersują. Skąd panna Gra­wah wzięła kuropatwę i jak ją jadła, skoro nie siedziała przy stole?

 

Nieco bar­dziej dys­ku­syj­na po­zo­stwa­ła spra­wa ty­tu­łu… – Literówka.

 

Zresz­tą, po­dob­nie jak więk­szosć miesz­kań­ców… –> Literówka.

 

Gra­wah i jej roz­mów­ca wy­mie­ni­li się uśmie­cha­mi i oboje po­krę­ci­li głową z wi­docz­nym roz­ba­wie­niem. –> Gra­wah i jej roz­mów­ca wy­mie­ni­li uśmie­chy i oboje, z wi­docz­nym roz­ba­wie­niem, pokręcili głowami.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka