- Opowiadanie: joseheim - Chłopiec piękny i młody

Chłopiec piękny i młody

To króciutkie opowiadanko – nie chwaląc się – w 2013 roku otrzymało wyróżnienie w III Ogólnopolskim Konkursie na opowiadanie fantasy im. Krystyny Kwiatkowskiej, a w październiku zeszłego roku zostało opublikowane w Sofie ;) Ponieważ jednak, jak to bywa, ani jedno, ani drugie nic mi nie dało w kwestii odbioru tekstu przez czytelników, zamieszczam go tutaj. Fajerwerków nie ma, jest za to lekka opowiastka. I, jak zwykle, wybór tagów to jakaś porażka ; /

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Chłopiec piękny i młody

Świt wstawał powoli, dno lasu tonęło we mgle. Wilgotne opary wpełzały pod odzież, zaciskały na karku lepkie palce.

Młodzieniec siedział skulony pod modrzewiem, obejmując rękami kolana. Okrywał go płaszcz, który jednak nie dawał uczucia ciepła. Chłopak tkwił już tak czwartą noc z rzędu.

Gdy mgły opadały, wybierał się na przechadzkę wzdłuż brzegu jeziora, a potem wracał do wioski, gdzie przesypiał kilka godzin i znów spieszył nad Świteź – by wypatrywać zjawiskowej panny.

Raz czy dwa zdołał pochwycić ją spojrzeniem, kątem oka. Jej sylwetka migała między drzewami – tam, gdzie mchy były najzieleńsze, a zdradliwe trzęsawiska czyhały na nieostrożnych wędrowców – albo ukazywała się po drugiej stronie jeziora. Nigdy dość blisko, by porozmawiać, a co dopiero dotknąć.

Młodzian czekał cierpliwie, aż niewiasta mu zaufa i pokaże się w pełnej krasie. Traktowała tak wszystkich czy podejrzewała go o podstęp?

Wstał, by rozprostować zdrętwiałe członki. Przez chwilę dla rozgrzania tupał w miejscu, dziwiąc się, że nie dostał jeszcze zapalenia płuc. Choć zaczynał go chyba brać katar.

Przystąpił w końcu do obchodu Świtezi. Co jakiś czas sięgał po bagienne kwiaty, zbierając je w niezbyt udany bukiet. Nieustannie zapadał się po kostki w błoto.

Wtem, zgięty wpół, z ręką wyciągniętą w stronę kępy wyjątkowo dorodnych jaskrów, znieruchomiał.

Stała ledwie kilkanaście kroków od niego, smukła jak młoda brzózka, gibka niczym sarna. Piękna. Patrzyła na młodzieńca wielkimi jasnymi oczami, na jej ustach błąkał się delikatny uśmiech.

Postąpił ku dziewczynie, trzymając przed sobą kwiaty.

– Proszę, nie odchodź…

Zanim skończył mówić, już jej nie było.

Zaklął paskudnie i cisnął wiecheć kwiatów na ziemię. Czując ogarniające go zniechęcenie, poszedł w stronę wioski. Zapłacono mu jednak zbyt wiele, by mógł zrezygnować, więc wrócił nad jezioro tuż przed zachodem słońca.

Ku jego bezbrzeżnej radości, bukiet zniknął.

 

~*~

 

Trzy dni później nadszedł wreszcie wieczór, kiedy młodzian i oswojona już rusałka spacerowali razem, dotykając się niemal biodrami i zajadając zbierane po drodze maliny. Wszystko szło jak z płatka.

Po kolejnym tygodniu zniknęły wszelkie bariery.

– Czemu nie pójdziesz ze mną, luba? – pytał chłopak, doskonale znając odpowiedź. – Nic tu poza mgłą, ptactwem bagiennym i robactwem. Pojedź ze mną, na zamku pana Lubomira dostatek jadła i uciech. Pozwól pokazać ci mój świat, dobrze nam tam będzie razem!

Dziewczyna roześmiała się tylko, a jej śmiech brzmiał jak srebrne dzwoneczki.

– Łatwo ci prawić o miłości, kawalerze – rzekła poważnie – choć ledwie mnie znasz! Nie słowa, a czyny się liczą. Lico masz gładkie, czy jednak jesteś dobrym człowiekiem? Ojciec przestrzegał mnie przed obłudą mężczyzn, sam wiedział o niej niejedno! Skąd pewność, że nie powoduje tobą kaprys, że nie porzucisz mnie, gdy ogarnie cię nuda?

Doszli do modrzewia, pod którym zwykł przesiadywać młodzieniec. Chwycił dziewczynę za ramiona i oparł plecami o pień drzewa, a ona zadrżała w oczekiwaniu. Jednak nie namiętność oplotła jej ciało, lecz ciężka siatka. To młodzian pociągnął za linkę, uruchamiając sprytnie ukrytą pułapkę, i błyskawicznie ścisnął rusałkę powrozem. Choć ramiona miała nadludzko silne, a paznokcie ostre, nie zdołała się wyrwać.

– Ty oszuście! – wysyczała z furią. – Ty zdrajco!

Ale chłopak tylko pokręcił głową.

– Niczego ci nie przysięgałem, kochana – rzekł. – Wszyscy wiedzą, że rusałkom nie składa się obietnic.

Dziewczę próbowało przetoczyć się na brzeg jeziora, ale bez powodzenia.

Młodzieniec zarzucił ją sobie na ramię jak worek – była zadziwiająco lekka – i ruszył w kierunku pozostawionej nieopodal furmanki.

Wykonanie zadania zajęło mu ponad dwa tygodnie, ale sowita nagroda rekompensowała każdą godzinę spędzoną o głodzie i chłodzie pod modrzewiem.

 

~*~

 

Z każdym kolejnym obrotem kół wozu oddzielającym ją od jeziora dziewczyna słabła coraz bardziej. Gdy dotarli na zamek, jej skóra zrobiła się niemal przezroczysta.

Straże natychmiast przepuściły przyjezdnych.

– Znowu żeś się spisał, panie Samborze – rzekł z uznaniem jeden z wartowników, zaglądając do wozu.

Sambor tylko kichnął w odpowiedzi. Przez całą drogę od Świtezi męczyły go dreszcze.

Pan Lubomir, uprzedzony o przybyciu nadwornego łowcy, czekał w sali audiencyjnej. Aż podskakiwał ze zniecierpliwienia. Strażnicy i nieliczni dworzanie przyglądali się ciekawie, jak młodzieniec niesie niepotrafiącą już iść o własnych siłach boginkę i sadza ją na rzeźbionym krześle. Potem ukłonił się krótko.

– Nie tak to sobie wyobrażałem – zauważył władyka, obchodząc pannę dookoła. – Więc to jest rusałka? Słabowita jakaś.

– Z dala od jeziora jest praktycznie pozbawiona mocy, mości Lubomirze – odparł Sambor. – Życie z niej uchodzi.

Pan zamku podrapał się po łysiejącej głowie.

– Znaczy… zdechnie mi tu? – spytał niezadowolony.

Sambor wzruszył ramionami.

– Poiłem ją w drodze i oblewałem wodą z wiadra, ale widać, że wiele to nie pomogło.

Lubomir przybliżył twarz do dziewczyny tak bardzo, że niemal stykali się nosami. Odchyliła głowę, próbując uniknąć cuchnącego oddechu.

– No może i ładna na swój sposób – zaopiniował wreszcie – ale na kolana nie rzuca. Zabidzona taka.

Sambor westchnął. W lesie dziewczyna była zjawiskowo urodziwa. Teraz cała magia dosłownie wyciekła i wyparowała.

Zrobiło mu się trochę żal. Ale tylko trochę. Nie miał czasu na wyrzuty sumienia. Poza tym przez to babsko nabawił się przeziębienia. Na potwierdzenie kichnął potężnie.

– No nic. – Lubomir obszedł rusałkę po raz czwarty. – Przecież nie będziesz jej odwoził. Może wyżyje. Średnio pasuje do mojej menażerii, ale niech tam. Każę przygotować odpowiednią klatkę nad sadzawką w ogrodzie jaśnie pani. Woda to woda, nie?

– A zanim to się stanie? – Sambor wytarł rękawem nos. Humor mu się poprawił, bo wiedział, że zaraz nadejdzie pora na drugą część wypłaty.

Lubomir zastanowił się chwilę.

– Zabierz ją do łaźni – zdecydował. – Na razie poleży w wannie. No i może… ty! – Skinął na jednego ze strażników stojących przy drzwiach. – Idź z nimi, niech ktoś jej pilnuje. Choć, dalibóg, wygląda, jakby miała zaraz ducha wyzionąć.

Sambor chwycił bezwładną rusałkę i razem ze strażnikiem opuścili salę.

Przez boczne drzwi wsunęła się do pomieszczenia znudzona pani Lubomirowa. Na rękach trzymała równie znudzonego pieska wątpliwej urody.

– Już lepiej, byś bal jakiś wyprawił albo oddział najemników kupił – burknęła. – A ty nic, tylko pieniądze na dziwactwa wydajesz.

Pan Lubomir miał już w swej kolekcji harpię, jednorożca oraz ślepego bazyliszka. Z pokazywania ich wielmożom i gawiedzi czerpał spore zyski, więc poszukiwanie nowych zaczarowanych istot uważał za niezłą inwestycję. Uśmiechnął się więc tylko do żony i popędził do kuchni pod pretekstem sprawdzenia, co dziś na obiad.

 

~*~

 

– Bywaj zdrowa. – Sambor wsunął rusałkę do żeliwnej wanny na lwich łapach i, nie oglądając się za siebie, wyszedł. Pomoc kuchenna dolewała kolejne wiadra studziennej wody.

Gdy i ona się oddaliła, w ciemnym pomieszczeniu pozostał tylko strażnik, mruczący pod nosem przekleństwa. Wcale mu się nie podobało nowe zadanie. Zajęty wyrzekaniem, nie od razu spostrzegł, że został w łaźni sam. Dosłownie.

Rusałka, kiedy poczuła świeżą wodę, odzyskała trochę sił. Z trudem przechyliła się przez krawędź wanny i spłynęła kratką ściekową prosto do okalającej zamek fosy.

 

~*~

 

– Jak to: zniknęła?!

Strażnik kulił się w progu komnaty pana Lubomira. Długo bił się z myślami, nim postanowił zanieść mu złe wieści. Tak długo, aż nastał wieczór.

– Panie, ja tam nie wim… Ledwo żem ją z oka spuścił, przecie byłem tam cały czas! Szast-prast i nagle znikła! Dźwi zamknięte, panie… To wodna wiedźma jest, a bo ja wim, co taka potrafi?

Lubomir też nie wiedział i bardzo go to rozsierdziło.

– Krowy pasać, a nie dworu strzec! – syknął. – Jazda stąd i nie pokazuj się więcej na zamku!

Były strażnik umknął, przestraszony i rozgoryczony. A Lubomir kazał natychmiast wezwać Sambora.

 

~*~

 

Młody łowca zajęty był właśnie przepijaniem zarobku w karczmie pod murami miasta. Szło mu chwacko, o zachodzie słońca śpiewał już na całe gardło sprośne piosnki. Potrzebował zrekompensować sobie dwa tygodnie na bagnach i należycie się rozgrzać, przegonić katar i dreszcze.

Posłaniec odnalazł Sambora, kiedy ten chwiejnym krokiem zmierzał do wygódki.

– Szczaj, ino szybko – poradził. – Bo w dobrym humorze to nasz pan nie jest. Coś mi się widzi, żeś jeszcze nie zapracował na swoją zapłatę.

Chwilę trwało, nim młodzian zdołał zasznurować spodnie. Wsadził głowę do beczki z deszczówką, by odegnać pijackie zamroczenie, i ruszył na zamek. Podejrzewał, że zdrowo mu się oberwie za pijaństwo, ale za ucieczkę rusałki nie czuł się odpowiedzialny.

Nocne powietrze otrzeźwiło go nieco. Na szczęście, bo w konfrontacji z panem Lubomirem lepiej było mieć głowę na karku, żeby w tym właśnie miejscu ją zachować. Zresztą, pomimo znacznej ilości wypitego piwa, Sambor uważał, że jest w całkiem niezłej formie – przynajmniej dopóki nie zaczął mieć halucynacji.

Gdy doszli do mostu zwodzonego, już na niego czekała.

Nie tak urzekająca jak nad jeziorem, ale w swoim żywiole – nawet jeśli to była tylko nie pierwszej czystości fosa. Wciąż blada, jednak wyraźnie silniejsza. Jej jasne oczy płonęły determinacją i żądzą zemsty.

– Nie… – wyjąkał Sambor, cofając się o krok. Za wolno. W jednej chwili stała na powierzchni wody, w drugiej – już oplatała rękami szyję młodzieńca i ciągnęła go ku sobie. Nie zdążył nawet krzyknąć, gdy tafla się nad nim zamknęła.

– Wiesz – usłyszał jeszcze tylko – tu, w ogrodzie jaśnie pani, też rośnie modrzew…

 

~*~

 

– Niezupełnie o to mi chodziło – rzekł Lubomir do małżonki – ale w ostatecznym rozrachunku nie ma co wybrzydzać.

– I zaoszczędziłeś na złotej klatce.

Spoglądali na ogród przez okno zamkowej wieży. W centralnym punkcie znajdowała się sporych rozmiarów sadzawka. Na brzegu siedziała smukła, wiotka dziewczyna. Nie tak dzika i piękna jak nad Świtezią, ale niezaprzeczalnie magiczna i zjawiskowa. Bosymi stopami rozchlapywała wodę.

– Co ona właściwie mu zrobiła? – zapytała pani Lubomirowa.

– Może i nie przysięgał jej przy świętym księżyca blasku – zaśmiał się władyka – jednak zdradzenie niewieścich nadziei pewnie liczy się tak samo. Krucha rzecz taka dusza…

Jaśnie pani zerknęła przelotnie na męża, ale nic nie powiedziała.

Nieopodal sadzawki stał modrzew, a w promieniu metra wokół pnia ziemia była całkiem naga. Nic nie chciało na niej rosnąć.

– I przyjezdnych jakby więcej – dodał pan Lubomir po namyśle. – Oglądają ją niby obrazek jaki. Dziewka kłopotów nie sprawia, karmić jej nie trzeba, sama wrócić do swego jeziora nie może, więc niech tam. Tylko łowcy szkoda. Niezły był.

– Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.

– Fakt. – Władyka rozchmurzył się nieco. – Na pewno napatoczy się inny. A następnym razem zażyczę sobie chimery.

Koniec

Komentarze

Czytałem wcześniej, więc przynajmniej sobie statystykę komentarzy pod opowiadaniami skromnie poprawię o 1 :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Całkiem zajmująca i bardzo porządnie napisana nowa wersja klasycznej ballady. Choć miałam szczęście już dawniej przeczytać opowiadanie, ponowna lektura też okazała się nader przyjemna. ;)

 

sam wie­dział o niej nie­jed­no! Skąd mam wie­dzieć… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Potem ukło­nił się krót­ko. – Co to znaczy, że ukłonił się krótko?

Proponuje: Potem skło­nił się lekko.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo ciekawy zwrot w niby znanej opowieści. Morał przypadł mi do gustu, postać władcy Lubomira też ciekawa, choć szkoda, że go też karma nie dotknęła. Czytało się płynnie oraz bez przeszkód.

Podsumowując: krótkie, ale zajmujące opowiadanie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@Reg – dziękuję ;)

Powtórzenie zaraz jakoś usunę, natomiast co do ukłonu, to przyznam, że dopóki nie zwróciłaś uwagi na ten zwrot, wydawał mi się oczywisty i naturalny. W Googlach “ukłonił się krótko” daje prawie 6.000 wyników. Zostawię, chyba że ktoś jeszcze zwróci uwagę, że przeszkadza?

 

@NoWhereMan – dzięki za wizytę ;) Cieszę się, że zagrało. A o ukaraniu Lubomira w sumie nigdy nawet nie pomyślałam…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Krótki ukłon niezmiernie mnie zdziwił, zetknęłam się z tym określeniem pierwszy raz. Czy to znaczy, że są też długie ukłony?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Myślę, że nie wszystko w kwestiach językowych musi być w 100% dosłowne. Równie dobrze mogłabym spytać, czy jeśli zaproponowałaś ukłon lekki, to mogą być też ciężkie? ;)

Dla mnie “krótki ukłon” to ukłon szybki i płytki (znaczy – nie niski). Mam też odczucie, że ukłon lekki i ukłon krótki to dwa zupełnie różne ukłony – pierwszy pełen swobody, drugi bardziej sztywny, pełen rezerwy, złożony raczej dlatego, że tak wymagają formalności, a nie z szacunku. Ale to oczywiście tylko moje odczucie.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nie proponowałam lekkiego ukłonu, a lekkie skłonienie się, czyli lekki skłon tułowia. Nie głębokie zgięcie się w niskim pokłonie, a nieznaczne skinienie głowy.

Kłaniam się w pas. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No dobrze, dosłownie zaproponowałaś: “Potem skłonił się lekko”, więc powinnam zapytać, czy mógł skłonić się ciężko. Ale donikąd to nie prowadzi, więc również i ja kłaniam się Tobie, życząc spokojnej nocy.

Niemniej z ciekawością będę czekać, co inni czytelnicy sądzą o tych wszystkich ukłonach ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Serce mi się kraje, gdy nie mogę wesprzeć swym “autorytetem” sojuszniczki, ale krótki ukłon jak najbardziej gra. Szybki i płytki, tak jak opisałaś, Jose…

 

Bajka przyjemna i zajmująca – właściwie wszystko tu gra: bohaterowie, realia, zakończenie… Mnie akurat ucieszyło, że Lubomira nie spotkało nic złego. W przeciwnym razie byłoby trochę ze słodko i kolorowo.

Fabuła nieszczególnie wysokich lotów, ale też nie to chciałaś osiągnąć. Opowiadanie sprawdza się w roli lekkiej, umilającej chwilę opowiastki i dlatego zasługuje na stempel jakości od Counta.

Wykonanie klasa.

 

Tylko nasuwa się takie pytanie, Jose… Dlaczego znów raczysz starociami? Chętnie przekonałbym się, w jakiej formie jesteś aktualnie ;)

 

Tyle ode mnie, trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Sympatyczne opowiadanie, ale jakoś nie przekonuje mnie sama końcówka. Rusałka mogła się zemścić na łowcy, ale dlaczego nie uciekła dalej? Wszak do fosy zapewne dochodziły różne cieki wodne, którymi mogła wrócić nad jezioro? No, ale bajka to bajka. Podobała mi się. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Taka sobie opowiastka. 

Na początku mocno wieje nudą. Potem akcja się trochę rozkręca, ale główny bohater pozostaje mi obojętny. Właściwie nie wiem, co miała na celu ta historia. Wywołać jakieś emocje? 

Ogólnie brak oryginalności, polotu, choć wykonanie przyzwoite. 

Tylko nasuwa się takie pytanie, Jose… Dlaczego znów raczysz starociami? Chętnie przekonałbym się, w jakiej formie jesteś aktualnie ;)

Częściowo podpisuję się pod słowami Counta. Czekam na jakiś mocniejszy tekst. 

Podpisuję się pod przedmówcami. Czytało się dobrze, w pewnych momentach z lekkim  uśmiechem, ale nic więcej.

– Krowy pasać, a nie dworu strzec!

Od razu mi się skojarzyło ze słynnym cytatem Marszałka Piłsudskiego :)

Jai guru de va!

Dziękuję tym, którzy kliknęli B!

 

@Count – Dzięki za miłe słowa ;) A czemu raczę starociami… Przede wszystkim dlatego, że nie bardzo mam nowości ;D Z czasem na pisanie krucho, z ochotą jeszcze gorzej, niestety. Musi mi dzieciak trochę podrosnąć…

 

@Bemik – Hm… fosa faktycznie zapewne miała połączenie z jakąś rzeczką, ale w ten sposób raczej rusałka nie powróciłaby do ukrytego gdzieś w głębi lasu jeziora, które niekoniecznie musiało być połączone z jakimikolwiek rzekami. Założyłam, że wolała zostać na swoich warunkach, mając pod ręką zabawkę w postaci przeklętego młodzieńca, niż się tułać ;)

Cieszę się, że się spodobało jako prosta bajka, bo też nie miała być niczym więcej.

 

@Fun – Opowiastka miała być po prostu wariacją na temat znanej z wieszcza ballady, bez przesłań i drugiego dna. Emocji wywoływać nie musi, choć liczę na chociaż lekkie uśmiechy podczas lektury ;) Mocniejszego tekstu na razie obiecać niestety nie mogę ;(

 

@Rokitnik – I tak właśnie się miało czytać, bez niczego więcej. Dzięki za wizytę ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Opowiadanie znam już z Sofy, autorka zna już moją opinię. Pozostaje mi jedynie zachęcać do przeczytania :)

Dzięki, Belhaju ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ładne, podobało się ponadprzeciętnie. Fajny twist na początku, któregom się nie spodziewał. Wnioskowałbym może, w tym wprowadzeniu, o jeszcze bardziej subtelno-gimnazjalistkowe uromantycznienie, np.: oczęta miast oczu, dziewczę w miejsce dziewczyny, ale…

Czy to jest sygnaturka?

Naprawdę w czasach, w których dzieje się ta opowieść, odległości mierzono w kilometrach i metrach? A mi się wydawało, że raczej w milach i stajaniach, może też i wiorstach. No i piękna sprawa z tą  kratką ściekową. Bardzo nowoczesna technika odprowadzania nadmiaru wody. Tę tezę potwierdza fakt, że wanna była żeliwna. Ergo – fabuła toczy się niemal współcześnie.

Pomysł ciekawy, wykonanie… Niezłe,  ale zabrakło ostatecznego szlifu warstwy językowej. Jeszcze mamy trochę zbędnych zaimków, gdzieś pałęta się wtraz “tafla” mist “toń” albo, przykładowo, lustra wody, kilka powtórzeń wyrazów itd. 

mogło być znacznie lepiej, ale nie jest.

Pozdrówka.

Serce mi się kraje, gdy nie mogę wesprzeć swym “autorytetem” sojuszniczki, ale krótki ukłon jak najbardziej gra. Szybki i płytki, tak jak opisałaś, Jose…

Ależ Primagenie, natychmiast zabroń sercu się krajać!

Cóż, widać zbyt krótko żyję na tym świecie, by wiedzieć wszystko o ukłonach, szczególnie że do tej pory nigdy nie składano mi ukłonów krótkich. Count Primagen, niewątpliwie znający etykietę, zapewne wie, kiedy można krótko, a kiedy nie uchodzi. Tak czy siak, kłaniam się nisko i życzę Wam obojgu – Tobie Joseheim i Tobie Primagenie, wszystkiego najdłuższego. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Kchrobak – Niezmiernie mi miło, że się spodobało, dzięki!

 

@Roger – Bo to nowoczesny zamek był! ;) Cóż, masz rację, że wiarygodność legła w gruzach przy żeliwie i kratce ściekowej, ale też nie jest mi bardzo wstyd. To nie jest poważna historia osadzona w historycznych realiach, tylko lekka opowiastka z przymrużeniem oka.

Cóż, każdy tekst może być zawsze bardziej dopracowany. Nigdy żadne opowiadanie, wiesz ani powieść nie są skończone ; ) A “tafla” została użyta jak najbardziej z rozmysłem.

Dzięki za wizytę ;)

 

@Reg – Sama nie wiem, co sądzić o tych życzeniach, ale bardzo dziękuję :D

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dobrze wykonane, starasz się trzymać starego języka, więc zgrzytnęło mi to zdanie:

Realizacja zlecenia zajęła mu ponad dwa tygodnie

To nie moja bajka, ale jeśli chodzi o gatunek, nic dodać, nic ująć.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Też miałam trochę wątpliwości, co do języka – miejscami takie trochę przemieszanie czasów dawnych i współczesnych. Ale czytało się dobrze :) Choć chętnie bym się dowiedziała, co właściwie rusałka zrobiła łowcy. Bo pytanie Lubomirowej sugeruje, że nie było to zwykłe utopienie. A może tylko mi się wydaje ;)

Zgrzytnęły mi też trochę opisy okolic jeziora – piszesz o bagnach i trzęsawiskach, a potem, że niedaleko stała furmanka :(

 

Postąpił ku dziewczynie, trzymając przed sobą kwiaty.

– Proszę, nie odchodź…

Zanim skończył mówić, już jej nie było.

Zaklął paskudnie i cisnął wiecheć kwiatów na ziemię. – zastanawiam się czy drugie kwiatów jest potrzebne. Myślę, że sam wiecheć by wystarczył, bo i tak wiadomo, o co chodzi.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

w konfrontacji z panem Lubomirem lepiej było mieć głowę na karku, żeby w tym właśnie miejscu ją zachować.

Fajne zdanie.

 

No, całkiem przyjemna opowiastka. Przejrzysta, dobrze napisana. I nie wiem, co więcej :|

No nieźle.

Tekst bardzo sympatyczny, wdzięczny i dźwięczny. Tylko pozbawiony emocji – w tym sensie, że wciąż trzymasz czytelnika na dystans od bohaterów, więc ich porażki i sukcesy nie poruszają. Biorąc pod uwagę objętość i stylistykę (baśniowość, zabawa z konwencją) to nawet nie jest do końca zarzut – taka trochę oddalona od czytelnika narracja wpisuje się w charakter opowieści. Niemniej sprawia też, że tekst, choć bardzo porządny, nie zapadnie mi w pamięć i nie pozostanie ze mną na dłużej. Ale z chęcią przeczytałbym w twoim wykonaniu coś bardziej rozwiniętego, dłuższego i kładącego większy nacisk na emocje bohaterów oraz fabułę.

Językowo kilka drobnostek:

 

Co jakiś czas sięgał po bagienne kwiaty, zbierając je w niezbyt udany bukiet. Nieustannie zapadał się po kostki w błoto // Bukiet zapadał się po kostki w błoto?

 

Ojciec przestrzegał mnie przed obłudą mężczyzn, sam wiedział niej niejedno! Skąd mam wiedzieć, że nie powoduje tobą kaprys, że nie porzucisz mnie, gdy ogarnie cię nuda? // Powtórzenie. I nieładna aliteracja.

 

Pan Lubomir miał już w swej kolekcji harpię, jednorożca oraz ślepego bazyliszka // Zbędne

 

– Wiesz – usłyszał jeszcze tylko – tu, w ogrodzie jaśnie pani, też rośnie modrzew… // Przeopisane. Spokojnie wystarczyłoby: Wiesz – usłyszał jeszcze – tu, w ogrodzie…

 

Czołem!

 

Edit: Jeszcze taka refleksja mnie naszła (uwaga, będzie SPOILER): Dlaczego rusałka zemściła się tylko na Samborze? Dlaczego nie oberwało się też Lubomirowi? Dlaczego pogodziła się z losem i spokojnie siedzi nad sadzawką? Jakoś za łatwo i za szybko to wszystko poszło. Widzę tu potencjał na krwawą jatkę z udziałem rusałki, harpii, jednorożca i ślepego bazliszka. Choć to już mocno wychodzi poza ramy tej opowieści i jej zamysł. Ale jednak. Kuszące.

@Darcon – Piękne dzięki. Zmieniłam, żeby nie zgrzytało.

 

@Dogsdumpling – Dzięki za wizytę, cieszę się, że dobrze się czytało. Faktycznie, po różnych komentarzach wnosząc, mogłam się bardziej przyłożyć do języka, żeby lepiej trafić w quasi-średniowieczne realia. Nauczka na przyszłość.

Co rusałka zrobiła… Bo ja wiem? Przeklęła delikwenta, może lepiej nie wnikać, w jaki sposób :) Cytując wieszcza: “A dusza przy tym świadomym drzewie // Niech lat doczeka tysiąca // Wieczne piekielne cierpiąc zarzewie // Nie ma czym zgasić gorąca.”

Furmanka stała nieopodal, ale to nie znaczy, że nad samym brzegiem jeziora, nie? I po namyśle jednak zostawię te kwiaty, bo jednak wiecheć bez dookreślenia wydaje mi się niewystarczający ; (

 

@Skoneczny – Dzięki! I nic więcej tu nie ma :)

 

@Rorschach – Dziękuję. Bardzo mi miło, że tekst się podobał. To miał być właśnie taki szort, jak piszesz – nie sądzę, by było tu miejsce na wgryzanie się w emocje bohaterów, nie ta konwencja. Jeśli chcesz przeczytać coś mojego dłuższego, to nieśmiało mogę wskazać “Interes” – z opowiadań dostępnych tu na portalu chyba będzie najlepszy, jeśli chodzi o bohaterów i relacje między nimi.

Dzięki za łapankę. To cholerne wiedzenie wyłapała na samym początku Regulatorka, miałam poprawić i mi umknęło, shame on me ; /

 

EDIT: Rorschachu – pytanie padło już wcześniej, ale do bajkowej opowiastki jatka by zdecydowanie nie pasowała ; D Rusałka zemściła się na bezpośrednim sprawcy swojego uprowadzenia. Poprzestańmy na tym, że może nowe miejsce przypadło jej do gustu, bo miała tam licznych odwiedzających oraz przeklętego chłopaka do zabawy (raczej nie mogłaby zabrać ze sobą drzewa z powrotem nad swoje jezioro ;p)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Suka z tej rusałki. Ale łowca nie lepszy. 

Ładne opowiadanie. 

Wszyscy kiedyś spotkamy się pod jakimś memem.

Reg ;(

Po Twoim komentarzu kraje się jeszcze bardziej… (mocniej?)

 

Może uściślę, bo słabo to poprzednio napisałem – “krótki ukłon” zapewne nie jest wyrażeniem prawidłowym i w tym względzie masz niewątpliwie rację, jednakowoż jest zrozumiały dla odbiorcy.  Czytelny. I dlatego przyznałem Jose rację, że mogła tak napisać…

A etykieta swoją drogą ;D

 

Zatem nie dąsaj się na mnie, proszę. Kłaniam się głęboko i uniżenie, jak to Bogini Reg kłaniać się powinno :D Nic dziwnego, że nie znasz krótkich ukłonów ;)

 

Jose – wytłumaczenie kupuję i w takim razie oczekuję lepszy dla Twej twórczości. A na razie wychowaj dziecię swe – to trudniejsza i ważniejsza sztuka, niż pisanie jakiegokolwiek opowiadania ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nie chcę wiedzieć, Primagenie, jak, po tylu godzinach krajania, wygląda Twoje serce. W tym tylko pokładam ufność, że jednak w porę się opamiętało, powściągnęło chęć samounicestwienia i teraz intensywnie się regeneruje. ;)

A skoro kwestia rozmiarów ukłonów została wyjaśniona, pozostaje mi tylko delikatnie zasugerować, że jeśli już, to zdecydowanie bez uniżoności. ;)

Co to znaczy dąsać się;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Akanir – Dziękuję :)

 

@Count – Za jakiś czas być może w wątku “Pochwal się” będę mogła zarzucić linkiem do opowiadania nie bardzo nowego, ale sprzed roku, więc i tak wyraźnie młodszego od “Chłopca” ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przyjemne opowiadanie, które przyjemnie się czyta.

Ale jednak… Ewidentnie poczułam niedosyt. I nie chodzi mi tu o fabułę, bo z każdej można coś wycisnąć. Raczej o sposób napisania. Zdania są porządnie skonstruowane, trudno im cokolwiek zarzucić, jeżeli chodzi o ich poprawność. Tyle że żadne nie przyciągnęło mojej uwagi. Może to już jakieś moje tutejsze zboczenie, że w prostych tekstach uznanych portalowych autorów szukam chociaż stylistycznych ładności lub niespodzianek. Tu ich nie znalazłam. Co nie zmienia faktu, że te kilka minut upłynęło mi szybko i całkiem miło. :)

Był chłop i nie ma chłopa. Bardzo płynnie się czytało, klimat jest – duży plus za początek, gdzie zacnie wkręcasz czytelnika, że taki ten chłopak biduśny, zziębnięty i jeszcze bukiet ma. Zacnie opowiedziana i spójna historyjka. Opko takie kobiece, rzekłbym, więc zrozumiałe, że ciut obok tego, co misie lubią najbardziej. ;)

 

Udana wariacja :) Samo się przeczytało :)

 

 

Bardzo fajny styl i wyważony klimat. Z dala od sztucznej podniosłości i bez nadmiaru elementów komiczno-satyrycznych. W punkt bym rzekł. Czytało się szybko i przyjemnie.

@Ocha – Och! (Wykrzyknienie dobrane celowo) Jakże miło przeczytać, że jestem “uznanym portalowym autorem”! ;D

Przepraszam, że nie dorosłam tym razem do oczekiwań, następnym razem postaram się bardziej ;) Niemniej cieszę się, że lektura mimo wszystko była przyjemna.

 

Refleksja ogólna – normalnie strach wrzucać tu na portal zwykłe, proste opowiadania, bo wszyscy biadolą, że zwykłe i proste ;)

 

@Blackburn – O nie, tylko nie kobiece! XD A to mi nagadałeś!

No ale może i masz trochę racji. Jeśli jednak jest płynnie i zacnie, to wystarczy. Dzięki za wizytę ;)

 

@Lenah – Bardzo mi miło, dziękuję ;)

 

@Nessekantos – Dziękuję. Czytanie takich komentarzy sprawia, że chce się pisać dalej!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

normalnie strach wrzucać tu na portal zwykłe, proste opowiadania, bo wszyscy biadolą, że zwykłe i proste ;)

Jasne, że tak. Też mi to kiedyś przemknęło przez głowę. Ale jak już traktujemy ten portal jak warsztat (czy też, inaczej pisząc – by wreszcie dostać jakiś odzew) to trudno się dziwić. :) Ale to fakt. Żarty, wprawki, ćwiczenia warsztatowe, scenki, opowiadania dla autorów drugorzędne – zostaną potraktowane z pełną powagą. ;) Myślę, że to jednak dobrze.

Sympatyczna historyjka, spodobała mi się ta wariancja romantycznej ballady (chociaż w pierwszej chwili tytuł przypomniał całkiem inną piosenkę ;-) ). Przyznam, że Twoja wersja winy młodzieńca brzmi logiczniej niż pocałunek z inną babą.

Trochę by się IMO przydało rozbudować końcówkę. No, żeby więcej wyjaśnień tam było – zaklęła faceta w już rosnący modrzew? Zamieniła go w drzewo? Utopiła i przykuła ducha do drzewa (i to przez to żadne rośliny nie chciały rosnąć, bo zadeptywał) na krótkiej smyczy?

Z każdym kilometrem oddzielającym ją od jeziora dziewczyna słabła coraz bardziej. Gdy dotarli na zamek, jej skóra zrobiła się niemal przezroczysta.

Mnie też kilometry zgrzytnęły.

Babska logika rządzi!

@Ocha – Pewnie ;) I pewną satysfakcję daje też świadomość, że wymagają od Ciebie nieco więcej.

 

@Finkla – Dzięki, fajnie, że się spodobało.

Przyznam, że zagłębianie się w mechanizmy klątwy uznałam za niepotrzebne. W balladzie dziewczyna w jakiś sposób związuje duszę młodzieńca z już istniejącym modrzewiem, a tutaj raczej chciałam osiągnąć efekt nawiązania do opowieści, która jest znana, niż próbować wymyślać własne rozwiązanie…

Hm, a jak nie kilometry, to jaka jednostka dobrze by brzmiała w podanym przykładzie?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mila jest bardzo uniwersalna – tysiąc (podwójnych) kroków. Czy to krasnolud, czy elf – jednostka się nada, tylko długość ewoluuje. Albo coś używanego na naszych ziemiach niegdyś – staje, sążnie. Albo bardziej poetycko: z każdym końskim krokiem, z każdym obrotem kół wozu, z każdą mijaną chatą…

Babska logika rządzi!

Ooo, obrót kół wozu ;D

Widzisz, właśnie jakoś żadne sążnie i inne tym podobne mi nie pasowały, a mila mi się nieodparcie kojarzy z milą angielską, nie wiedzieć czemu…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bo obecnie na lądzie to głównie pochodne Anglików używają?

Babska logika rządzi!

@joseheim

W wolnej chwili zajrzę do “Interesu”.

A jeżeli pytałem o coś, co już wcześniej zostało poruszone, to przepraszam. Wymyśliłem sobie, że nie będę czytał żadnych komentarzy przed napisaniem swojego, żeby do tekstów podchodzić jak najbardziej “na czysto”. Niestety, to czasem oznacza, że powtórzę coś, co zauważyli przedmówcy. (Albo stety – bo potwierdza, że więcej czytelników niezależnie od siebie zwraca uwagę na jakiś aspekt tekstu).

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

@Rorschach – Nie ma powodu przepraszać, przecież to wyłącznie moje niedbalstwo, tak że dobrze, że zwróciłeś uwagę na błąd, który znalazłeś ;)

 

@Anet – Bardzo mi miło ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ładne opowiadanie. Podobało mi się :)

Kam-Mod, bardzo dziękuję za wizytę i komentarz. Cieszę się, że przypadło do gustu ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Gdybym miał określić jednym słowem, to użyłbym określenia: sprawne.

No bo wszyscy piszą, że niby dobre, ale… A ja powiem, że jako dowód na opanowanie rzemiosła bardzo dobre, a innych ambicji przecież chyba nie miało. Nie ma sensu wybrzydzać na dobrze napisane, dowcipne, przyjemne w lekturze teksty, bo one są solą literatury.

Zwróciłem uwagę na nieco zbyt szybki przeskok między pierwszym a drugim rozdziałem. To zdanie “Trzy dni później” to taka jednak droga na skróty.

Coboldzie, Tobie również bardzo dziękuję. No nikt nie obiecywał, że będzie melancholijnie i egzystencjalnie ;p Miało być lekko i przyjemnie, więc fajnie, że to wyszło, ale oczywiście rozumiem też, że wolałbyś coś “głębszego” (zwłaszcza jeśli przybyłeś tu pod kątem Kwiatkowskiej).

 

Co do przeskoku… Może masz rację, ale wydaje mi się, że nadmierne rozpisywanie się nad podchodami i zalotami niepotrzebnie wydłużyłoby tekst, który mógłby znużyć już na samym początku.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

oczywiście rozumiem też, że wolałbyś coś “głębszego”

W komentarzu odnosiłem się raczej do uwag poprzednich komentujących. Ja tam nie jestem od tego, żeby czasem wychylić coś głębszego, ale porządną, lekką, fantasy z uśmiechem też potrafię docenić. A jeśli chodzi o Kwiatkowską, to jeśli się teraz wezmę do roboty, to będę gotowy na przyszłoroczną edycje.

Podchody i zaloty, z tego co pamiętam, potrafią być fajne.

Podchody i zaloty, z tego co pamiętam, potrafią być fajne.

Ale głównie dla samych zainteresowanych. :-)

Babska logika rządzi!

Finka ma rację… choć osoby postronne czasem też mają ubaw ;)

 

Coboldzie, dlaczego dopiero na przyszłoroczną edycję?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Opowiadanie ma w sobie swobodę i wdzięk rusałkismiley Krótkie, ale milutkie. Wysoce OK.

Mi akurat zgrzytnęło zapalenie płuc, na które obawiał się zapaść młodzieniec. Wiem, że dawniej używano jakiejś innej nazwy na choroby tego rodzaju, ale nie mam pojęcia, jak to sprawdzić. Czy ktoś to wie?

Tagi dobrane idealniesmiley Pozwalają na właściwą interpretację – rusałka, okrutny magiczny potwór przebiegle mści się na biednym młodzieńcu, który go wyratował z bagien (!?)

Proponuję zmienić tytuł na “Zemsta magicznego potwora”smiley

Jacku, jesteś szybki jak błyskawica ;)

Cieszę się, że szort przypadł Ci do gustu. Miał być łatwy, lekki i przyjemny, więc jeżeli tak go odebrałeś, to wszystko gra.

Hm, w sumie masz rację, że to zapalenie płuc to trochę zbyt współczesna nazwa… Ale też nie bardzo wiem, co brzmiałoby odpowiednio… archaicznie ; /

Z tytułu jestem zadowolona, jak z mało którego, w końcu zaczerpnięty od Wieszcza ; p

 

Pozdrawiam!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Wpadłem na to przypadkiem w takim polskim kryminale z akcją osadzoną historycznie i trochę poszperałem. Dawniej zapalenia płuc w ogóle nie wyodrębniano, a na choroby o podobnym pochodzeniu i objawach mówiono czasem influenca. Ale to chyba nie pasuje do opowiadanka, bo za bardzo z obca brzmi, a ma być słowiańsko. Nie wiem.

Nie, influenca lepiej nie ;) Ale na przyszłość zapamiętam, że lepiej nie wskazywać konkretnej choroby tylko wyrazić się bardziej ogólnie.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nowa Fantastyka