- Opowiadanie: Rocky Drago - Na zgliszczach postępu

Na zgliszczach postępu

Mój pierwszy tekst publikowany tutaj. Pewno trochę tendencyjny, ale trudno.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Na zgliszczach postępu

Suanis przyłożył kciuk do czytnika linii papilarnych, nakazując drzwiom wejściowym unieść się do góry i wpuścić go do środka. Pospiesznie przekroczył próg; drzwi za nim zamknęły się automatycznie, odgradzając go od panującego na zewnątrz skwaru. Wewnątrz bazy panował przyjemny chłód, o wiele bardziej odpowiadający preferencjom Suanisa. Kolejny raz przeklął klimat tej planety, w którym temperatury nierzadko dobijały do poziomu temperatury jego ciała.

– Koniec na dzisiaj? – dobiegł go głos z kuchni. To był, Monto, lekarz czuwający nad zdrowiem całej ekspedycji.

– Koniec. Padam z nóg. Wyjmij mi coś zimnego z lodówki.

Westchnął cicho, delektując się jeszcze przez chwilę chłodem, który okrył jego ciało, po czym dołączył do kolegi w kuchni.

Monto był łysiejącym mężczyzną w średnim wieku, o nieco zbyt dużych, wystających zębach. Suanis zawsze uważał, że jego wygląd znakomicie koreluje z jego charakterem; powierzchowność, która sama w sobie mogła wywołać uśmiech na twarzy, pasowała do pełnego dystansu i humoru usposobienia.

– Nie cierpię tego klimatu – rzekł Suanis, odbierając puszkę z zimnym napojem. Nie bawiąc się w subtelności zaraz przelał całą jej zawartość do gardła.

– Nudny się już robisz z tym narzekaniem. Codziennie nasza rozmowa zaczyna się od tego stwierdzenia. Zdajesz sobie sprawę, że za każdym razem, gdy wracasz, ja instynktownie sięgam ręką do lodówki, aby wyjąć z niej coś, co cię schłodzi? To się nazywa odruch bezwarunkowy.

– Łatwo ci żartować – Suanis przeczesał swoje gęste, kasztanowe włosy. Podobnie, jak w przypadku przyjaciela, tak samo i jego wygląd zewnętrzny wydawał się być odzwierciedleniem charakteru. Twarde rysy twarzy, można by wręcz powiedzieć, że wyrąbane siekierą przez nie zważającego na detale artystę, pasowały do mało wylewnego usposobienia. Mimo dość wyraźnych różnic między sobą, Suanis i Monto bardzo się polubili, spędzając na pogawędkach większą część wolnego czasu.

– Każdy nosi na plecach inne znoje. Nie myśl, że skoro siedzę tu cały czas, to jest mi lekko. Co to, to nie! Wyobraź sobie na przykład, że rano przyleciał do mnie jeden z twoich chłopców, nawet nie pamiętam jego nazwiska i wiesz co się okazało?

– Co?

Monto zmrużył oczy.

– W zasadzie to nie mogę powiedzieć. Tajemnica lekarska. Ale nie mam tu lekko, oj nie.

– Dobra, i tak wiem, że zmyślasz. Wybacz, ale naprawdę dzisiaj padam. Pójdę się położyć.

– Jak wolisz, nie zatrzymuję. Wiem jak to jest padać na pysk.

Suanis pokręcił głową, wyciągając z lodówki jeszcze jedną, lodowato zimną puszkę, po czym ruszył do swego pokoju. W połowie korytarza pożałował, że nie zaopatrzył się w przynajmniej dwie, gdyż jej zawartość zniknęła w jego gardle tak samo szybko, jak i w przypadku pierwszej. Był jednak zbyt zmęczony, by nawet pomyśleć o powrocie do kuchni.

Dotarłszy do ostatnich drzwi po lewej stronie korytarza, przyłożył kciuk do czytnika znajdującego się po ich prawej stronie, po czym, gdy już się uniosły, jednym susem dopadł łóżka stojącego pod ścianą naprzeciwko wejścia.

Wystrój pomieszczenia był raczej surowy; jedno łóżko, jedno biurko, na którym stała lampka nocna, oraz sterta papierów i w zasadzie tyle. Oprócz tego ścianę zdobiło jedno oprawione w ramkę zdjęcie, przedstawiające Suanisa obejmującego jakąś kobietę.

Mężczyzna wbił w zdjęcie swoje tęskne spojrzenie. W przyszłym miesiącu mijał rok, licząc według rachuby na jego rodzinnej planecie – Zaturze – odkąd przebywał z misją na planecie S1. Jako jeden z oficerów korpusu wojskowego był odpowiedzialny za zapewnienie bezpieczeństwa ekspedycji, ułatwienie naukowcom eksploracji i obronę przed ewentualnymi atakami tubylców. Co do tych ostatnich, okazali się dalece różnić od wyobrażeń zakorzenionych wśród mieszkańców Matki – byli dzicy i nieokrzesani, nie posługiwali się żadną mową, zastępując ją pojedynczymi chrząknięciami i stęknięciami. Odziani w skóry dzikich zwierząt, uzbrojeni w drewniane dzidy, nie stanowili dla ekspedycji większego zagrożenia. Nie było ich zresztą wielu; w ciągu roku Suanis napotkał może pięć kilkudziesięcioosobowych szczepów w obszarze „Wysokiego buta”, półwyspu, na którym stacjonował, nazywanego tak potocznie ze względu na swój osobliwy kształt.

Wyobrażenie o tajemniczych mieszkańcach odległej planety, w którym dorastał Suanis, wzięło się z wyłapanego kilkaset lat temu przekazu radiowo telewizyjnego. To był przełom na Zaturze; dzień, w którym Instytut ds. Badania Możliwości Istnienia Życia w Kosmosie opublikował krótkie nagranie, na którym krępy mężczyzna, wyglądem bardzo przypominający mieszkańców planety Suanisa, pokazywał jakieś mapy, niebędące mapami żadnego obszaru Zatury, stał się początkiem nowej epoki. Potwierdzenie istnienia życia w kosmosie, i to w tak zaawansowanej formie, stało się bodźcem do przyspieszenia rozwoju technologii pozwalającej dotrzeć na bardziej odległe planety. W międzyczasie udało się odnaleźć jeszcze więcej podobnych przekazów; na ich podstawie naukowcy zdołali przetłumaczyć język, którym posługują się w nich tajemniczy osobnicy. Dzięki temu ustalono, że treścią pierwszego z nagrań są informacje pogodowe.

Uwieńczeniem owej ery postępu technologicznego była załogowa wyprawa na S1, jak nazwano planetę, z której przybyły fale elektromagnetyczne. Jej atmosfera, składająca się w siedemdziesięciu ośmiu procentach z azotu i dwudziestu jeden z tlenu, znakomicie sprzyjała rozwojowi życia. Podobnie było z temperaturą, o stosunkowo niewielkiej amplitudzie dziennej, zaś obecność wielkich ilości wody dopełniała obrazu środowiska idealnego do zasiedlenia przez wyżej rozwinięte organizmy.

Miliony lat, które upłynęły od emisji najstarszych fal radiowo telewizyjnych, nie oszczędziły jednak ludności. Niegdyś wysoko rozwinięta cywilizacja skarlała do poziomu absolutnego zdziczenia, tracąc również sporo na liczebności swych członków, która zmalała w tym czasie – jak szacowali naukowcy – o około dziewięćdziesiąt dziewięć procent.

Czy to jakaś katastrofa kosmiczna odcisnęła tak straszne piętno na tej cywilizacji, czy coś jeszcze innego, tego jeszcze nie udało się ustalić. Niemniej od kilku dni w kuluarach mówiło się o jakiejś sensacji, przełomowym odkryciu, którego dokonali badacze na S1. Odkryciu, które rzuci nowe światło na kwestię życia i jego pochodzenia.

Suanis przerwał kawalkadę myśli, która przetaczała się przez jego głowę. Był zdecydowanie zbyt zmęczony. Przeniósł spojrzenie ze zdjęcia swojej żony, otoczonej czule jego ramionami, w kierunku okna. Na niebie świecił już księżyc, nie tak duży, jak na zaturańskim niebie, niemniej równie piękny.

S1 mogła być domem nie gorszym, niż ten, który dotąd znał. Mimo to coś doprowadziło do tego, że stał się obecnie prawie całkiem pusty.

Zasnął, nim w ogóle zdążył zacząć zastanawiać się nad tą kwestią.

* * *

Każdy dzień zaczynał się dla Suanisa tak samo: pobudka wcześnie rano, szybki prysznic, skąpe śniadanie i obchód bazy. Szczęściem w planach na najbliższe dni nie było żadnych wypadów w teren. Rutyna czasem była błogosławieństwem, szczególnie w tym upale!

Około południa znalazł więc chwilę, aby udać się na obiad. Wstępując do kuchni liczył, że zastanie w niej Monto. Nie pomylił się: pierwszą rzeczą, jaką ujrzał, była wyciągnięta dłoń lekarza, ściskająca puszkę zimnego napoju.

– Łap. Wypij, zanim zaczniesz narzekać. Mówię to jako twój lekarz.

– Dzięki – odparł lakonicznie Suanis, rytualnym gestem pochłaniając naraz całą zawartość puszki. Monto wpatrywał się w niego niecierpliwie, jak gdyby wyczekując dogodnego momentu, aby móc coś oznajmić. Oficer w końcu pochwycił to spojrzenie, wpadając w lekką konsternację.

– Co jest? O co chodzi?

Lekarz nabrał powietrza, przygotowując się najwyraźniej do dłuższej wypowiedzi.

– Słyszałeś te plotki, które krążą po bazie? O jakimś sensacyjnym odkryciu. Słyszałeś na pewno, zresztą chyba parę dni temu zamieniliśmy nawet na ten temat parę słów. Otóż w trakcie twojego obchodu nadeszła wiadomość od Xerksa.

Suanis uniósł wyżej brwi. Palon Xerks był nie byle kim. To on kierował badaniami naukowymi w obszarze „Wysokiego buta”. Podlegał mu cały sztab badawczy, jak i również oficerski – działania zarówno jednych, jak i drugich podporządkowane były wytyczonej przez niego strategii. Na całej planecie było jeszcze okołu dziesięciu osób takich, jak on, wszystkie obarczone identycznymi obowiązkami i kompetencjami.

– Co to za wiadomość?

– Pilna, można by powiedzieć. Na wieczór zaplanowano jakąś konferencję z udziałem ekipy badawczej, oficerów i, co sobie bardzo chwalę, również mojej skromnej osoby. Myślę, że obaj już się domyślamy, czego będzie dotyczyć.

Suanis skinął głową. A więc plotki najwyraźniej okazały się być prawdą.

* * *

Kwatera główna ekipy badawczej mieściła się w odległości ledwie kilku minut od wojskowych koszar, jeśli podróżowało się pojazdem o napędzie antygrawitacyjnym. Pokonanie tej drogi pieszo zajęłoby cały dzień.

Suanis przybył na miejsce w towarzystwie Monto. Wyskakując z kokpitu pojazdu, dojrzał kątem oka Avrina, oficera, z którym przyjaźnił się jeszcze od czasów akademii wojskowej. Zaczekał, aż lekarzowi uda się również wydostać na zewnątrz, co nie przyszło mu wcale łatwo, po czym podszedł do starego znajomego.

– Jak się masz? – rzucił, ściskając wyciągniętą dłoń Avrina.

– Wybornie. Stołek przyrasta mi już do dupy z braku roboty. Całe dnie przesiaduję w bazie. Prawdę mówiąc cieszę się, że tak niespodzianie wypadła ta konferencja: w końcu mam okazję poruszać trochę nogami.

– Pewnie obiło ci się o uszy, czego ma dotyczyć.

Avrin nagle spoważniał, ściągając usta wygięte do tej pory w serdecznym uśmiechu.

– Jasne. Ponoć jakaś super ważna sprawa. No nic, zaraz się przekonamy. Widzę, że przywiozłeś doktora – zakończył, przywołując na powrót ten sam uśmiech, co wcześniej.

– Cześć Avrin. Nie susz mi tu zębów, należy ci się ode mnie ostra reprymenda. Wiesz, że najwięcej zawałów dopada ludzi siedzących wygodnie w fotelu? Musisz się więcej ruszać.

– Wiem, do cholery, ale spacery w tym klimacie zupełnie mi nie służą.

– Skończcie już tę wymianę uprzejmości – wtrącił się Suanis. – Chyba, że chcecie się spóźnić.

Avrin zerknął na czasomierz na swoim nadgarstku. Gwizdnął głośno i przeciągle.

– Masz rację. Dalej, pospieszmy się, jeśli mamy zamiar zdążyć.

Odcisk linii papilarnych Suanisa wprowadził ich do przestronnego holu Głównej Kwatery Badawczej. Z trudem przypominając sobie rozkład wszystkich przejść i korytarzy, wspólnymi siłami jakoś dotarli do sali konferencyjnej. Przybyli jako ostatni, choć ta na szczęście jeszcze się nie zaczęła.

Sala zgromadziła kilkadziesiąt najważniejszych w obszarze osób; większość z nich Suanis znał, lub przynajmniej kojarzył po twarzy, zdarzyło się jednak kilka, które widział po raz pierwszy. Wszyscy zajmowali wygodne fotele, ustawione naprzeciw stołu, za którym zasiadali Xerks i jego ekipa. Za ich plecami wisiało białe płótno, które przypuszczalnie chcieli wykorzystać w trakcie konferencji.

Dostrzegłszy, że wszystkie miejsca zostały zajęte, Xerks wstał.

– Witam wszystkich bardzo serdecznie.

Odpowiedziały mu pojedyncze głosy, większość zgromadzonych za bardzo zżerała ciekawość, by zdołali się odezwać.

– Nie bawiąc się w przydługawe wstępy powiem tylko, że planowałem to spotkanie już od co najmniej miesiąca. Tym, co mnie tak długo powstrzymywało, była chęć posiadania absolutnej pewności co do tego, co zaraz tu usłyszycie. Mówiąc innymi słowy, to, co za chwilę powiem, nie jest teorią, hipotezą, czy mętnymi przypuszczeniami, a faktem. Nie mam co do tego wątpliwości.

Xerks zawiesił na chwilę głos, wodząc spojrzeniem po sali. Wszystkie wpatrzone w niego twarze zastygły w wyrazie najwyższego skupienia.

– Nie będę również tracił czasu na podziękowania. Osób zaangażowanych w ten projekt jest zbyt dużo, by wszystkich wymienić. Jak dobrze wiecie, oprócz naszej jednostki, działają również inne. Dzięki naszej ścisłej współpracy, oraz pomocy Instytutu ds. Badania Możliwości Istnienia Życia w Kosmosie na Zaturze, mogę dzisiaj mówić o sukcesie.

Na płótnie za jego plecami pojawił jakiś obraz; jak się szybko okazało, był to film. Suanis nie interesował się zbytnio kinem, wiedział jednak, że na S1 ta gałąź kultury również mocno się rozwinęła. Kolejny raz uderzyło go podobieństwo pomiędzy jego światem, a istniejącą przed wieloma laty, odległą cywilizacją.

Film przedstawiał zabawnie wyglądającego mężczyznę w meloniku, któremu towarzyszyło dziecko ubrane w jakieś podarte łachmany. Fabuła filmu była prosta; idący ulicą małolat rzucał znienacka kamieniem w witrynę sklepową, po czym uciekał co sił w nogach. Na drodze wściekłego sklepikarza pojawiał się zaraz szklarz w meloniku, który zupełnie przypadkowo tamtędy przechodził. Wykorzystując raz po raz ten sprawdzony plan, dwójka bohaterów zarabiała na życie.

– W trakcie naszego pobytu na S1 – rzekł Xerks, na powrót kierując na siebie uwagę zgromadzonych – odczytaliśmy setki tysięcy nagrań, które błąkały się po kosmosie. Przyszło nam to o tyle łatwo, że doskonale znaliśmy ich źródło; będąc tu, na miejscu, oraz wykorzystując pomoc z Zatury, zgromadziliśmy materiały pozwalające odtworzyć dzieje tutejszej cywilizacji.

Po sali przetoczył się pomruk ekscytacji. Każdy był chętny dowiedzieć się, jak wyglądało kiedyś życie na S1, oraz co się stało z istotami o tak wysoko rozwiniętej inteligencji.

– Cywilizacja na S1 rozwijała się przez miliony lat. Najpierw proste formy życia ewoluowały w bardziej złożone, a gdy w końcu pojawił się człowiek, jego inteligencja wzrastała stopniowo aż do momentu stworzenia niezwykle skomplikowanych technologii. Wszystkie wstrząsające planetą wydarzenia były rejestrowane, dzięki czemu tak wiele o niej dzisiaj wiemy.

Wyświetlany film zmienił się; teraz prezentował jakiegoś odzianego na biało mężczyznę, poruszającego się wśród tłumu ludzi małym, odkrytym pojazdem. Naraz jego wyciągnięta ręka, którą do tej pory ich pozdrawiał, przesunęła się gwałtownie ku korpusowi. Białe szaty splamiła krew, grymas bólu wykrzywił jego usta. Reszty nie dało się dojrzeć, gdyż sylwetki ludzi dopadających do rannego zasłoniły cały obraz.

– Cywilizacja ta rozwinęła kulturę i sztukę, medycynę i naukę. Zbudowała potężne budowle, komputery i specjalistyczne maszyny. Zapanowała nad tą planetą, podporządkowując sobie jej florę i faunę.

Mężczyzna w białych szatach ustąpił miejsca działom wystrzeliwującym serie pocisków. Wybuchy, strzelaniny i obraz zniszczonych miast zdominował następne kilka minut.

– Niestety droga, którą szedł postęp, zaczęła się coraz bardziej rozgałęziać. Postęp nie niósł ze sobą tylko poprawy standardu życia mieszkańców, ale również coraz więcej niepożądanych skutków ubocznych. Oto geneza zagłady planety S1.

Xerks uczynił efektowną pauzę, potęgującą napięcie wśród jego słuchaczy. Suanis dostrzegł kątem oka, że Avrin zaczął nerwowo tupać nogą.

– Z pewnością trudno wskazać jedno źródło tej katastrofy. Pierwsze symptomy z pewnością nie były tak silne, by być wyraźnym ostrzeżeniem. Wszystko jednak powoli układało się w pewien ciąg przyczynowo skutkowy.

Wysoko rozwinięta genetyka pozwoliła ingerować w DNA organizmów żywych. Stworzono odporne na działanie atmosfery i szkodników odmiany roślin, oraz szybko przybierające na masie odmiany zwierząt. Uprawa i hodowla zamieniła się w produkcję hurtową, zaspokajającą z nawiązką potrzeby ludności. Modyfikowane rośliny były bardzo ekspansywne; w krótkim czasie wyparły całkowicie uprawiane w zgodzie z naturą odmiany.

Tak daleko posunięta ingerencja przyniosła jednak poważny skutek uboczny, zauważony jednak dopiero po kilkudziesięciu latach. Wśród odżywiających się taką żywnością ludzi pojawiły się zupełnie nowe, nieznane do tej pory choroby. Nim medycyna zaczęła sobie z nimi jako tako radzić, zdziesiątkowały populację w wielu miejscach planety.

Słuchacze trwali nieruchomo w milczeniu. Na Zaturze również prowadzono badania mające na celu zmianę genetyki roślin i zwierząt.

– Drugi cios również dotyczył żywności – kontynuował Xerks. – Chemizacja i uprzemysłowienie rolnictwa, promieniowanie elektromagnetyczne związane z rozwojem telefonii, fale radiowe i wcześniej wspomniana genetycznie modyfikowana żywność doprowadziły do prawie całkowitego wymarcia owadów odpowiedzialnych za zapylenie. Klęska głodu dotknęła całą planetę.

Suanis zagryzł dolną wargę, po raz kolejny dostrzegając analogię łączącą S1 z Zaturą.

– Jednak technologia okazała się zagrożeniem nie tylko pośrednim, ale również i bezpośrednim. Rozwijana stale sztuczna inteligencja zaczęła stopniowo przejmować kontrolę nad ludźmi. Jednocześnie inteligencja mieszkańców planety malała; większość czynności wykonywały za nie maszyny, budując swoją przewagę nad własnymi twórcami.

Klęska głodu doprowadziła do wybuchu wojen. Obszary, które były choć trochę bogatsze w zasoby żywnościowe od reszty świata, zostały zaatakowane. We wszystkich rejonach wybuchły konflikty, na które nałożyła się dodatkowo walka ze sztuczną inteligencją. Na całej planecie nie było już miejsca, w którym panowałby pokój.

Za plecami Xerksa wyświetlił się kolejny film. O ile wcześniej pokazywane wybuchy i ostrzał niszczyły pojedyncze budynki, tak te pokazywane teraz niszczyły całe, wielomilionowe miasta. Potężne aglomeracje znikały w przeciągu sekund, a krótkotrwałą pozostałością po nich była ogromna chmura w kształcie grzyba, pojawiająca się tuż po wybuchu.

– W wyniku tych zdarzeń zginęło dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludności. Wszystkie miasta zostały zniszczone. Zniszczony został przemysł, nic nie ostało się z zaawansowanej technologii. Osobniki, które przeżyły, poziomem inteligencji daleko odbiegając od swoich przodków, którzy budowali ten postęp, w szybkim czasie zdziczały. Tak wygląda sekwencja, której efekt finalny obserwujemy dzisiaj.

Na sali zapanowała zupełna cisza. Każdy dokonywał w tym momencie własnej analizy przedstawionych faktów. Płynące z nich wnioski były niewątpliwie w większości przypadków bardzo podobne. Z pewnością nie napawały optymizmem.

A więc nie potrzebna była żadna kosmiczna katastrofa, aby zgubić ludzkość, pomyślał Suanis. Ona sama znakomicie zadbała o to, by się wykończyć.

– Tak przedstawiają się dzieje planety S1 – odezwał się swym niskim głosem Xerks. – Teraz pora, aby opowiedzieć co nieco o naszych.

– Co ma pan na myśli? – po raz pierwszy w trakcie konferencji odezwał się ktoś z sali. Suanis nie bez zdziwienia stwierdził, że osobą tą okazał się Monto. – Wszyscy bardzo dobrze znamy dzieje naszej cywilizacji. No, może nie wszyscy i nie bardzo dobrze, niemniej jakieś tam pojęcie o tym przecież mamy.

– Ja nie mam na myśli dziejów cywilizacji – odparł Xerks, upijając łyk wody z trzymanej w prawej dłoni szklanki – a raczej dziejów tego, co było przed nią.

Nie dając czasu na dalsze pytania, przycisnął guzik pilocie do projektora. Na płótnie pojawiła się sylwetka zażywnego mężczyzny w okularach. Jego usta na razie nie poruszały się, głos, który wszyscy usłyszeli, musiał zatem pochodzić spoza ekranu. W jego dole pojawiły się napisy będące tłumaczeniem rozmowy.

– Moim gościem jest doktor Robert Davies, szef Światowej Agencji Kosmicznej.

– Witam pana, witam państwa.

– Panie doktorze, chciałem pana zapytać, jak się pan już zapewne domyśla, o program „Life creation”. Jest o nim ostatnio bardzo głośno. Proszę nam o nim opowiedzieć.

Doktor Davies uśmiechnął się, jak ktoś, kto usłyszał właśnie pochwałę pod adresem swojego dziecka.

– Program „Life creation” jest w całości dziełem Światowej Agencji Kosmicznej. Jest to jeden z najważniejszych momentów w dziejach ludzkości, choć o jego efektach przekonamy się dopiero za wiele milionów lat.

– A więc pan już tego niestety nie doczeka…

– Zapewne nie – zaśmiał się doktor Davies. – Aczkolwiek wierzę, że moim wnukom już się to uda.

– Pan chyba żartuje!

– Absolutnie nie! Ma pan świadomość, że żyjemy w czasach, w których zniknęły już jakiekolwiek granice dla postępu. Klonujemy ludzi, przeszczepiamy serca, badamy wszechświat. Naszym prapradziadkom życzono z okazji urodzin dożycia setki, dziś średnia długość życia to już ponad dwieście lat. Nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy kiedyś stali się nieśmiertelni.

– Przyznam, że trudno mi to sobie wyobrazić. No dobrze, wróćmy więc do tematu „Life creation”. Na czym dokładnie opiera się program?

– Na teorii ewolucji. Program ma ostatecznie dowieść jej prawdziwości oraz zbadać dokładnie jej przebieg.

W pierwszym etapie programu wytypowane zostały planety, które są możliwie jak najbardziej zbliżone w panujących na nich warunkach do Ziemi. Następnie w ich kierunku zostały wystrzelone sondy, które mają zanieść na nie szczepy bakterii zdolne przetrwać taką podróż. Gdy już dotrą do swoich celów, rozpocznie się proces ewolucji, którego finałem ma być pojawienie się człowieka.

– Niesamowite. To naprawdę niezwykły projekt.

Doktor Davies po raz kolejny uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd białych zębów.

– Już panu mówiłem: nauka nie zna granic. Żyjemy w czasach, w których powoli zaczynamy przerastać samego Boga. W przeciągu najbliższych kilkudziesięciu lat ten anachroniczny twór masowej wyobraźni zostanie całkowicie zastąpiony przez naukę. Nie będzie już cudów; będą zdobycze ludzkości. Znikną rzeczy niemożliwe. Bóg stworzył życie na Ziemi? Nie ma sprawy, my zaraz stworzymy je na kilku innych planetach, a w przyszłości zasiedlimy cały wszechświat.

– Brak mi słów, by jakkolwiek to skomentować. Proszę nam jeszcze tylko na koniec powiedzieć, jakie planety zostały wybrane w programie.

– Wytypowane zostały trzy planety: Kepler 452b, TRAPPIST-1f i Proxima b.

Obraz zniknął tak samo nagle, jak się pojawił. Na sali po raz kolejny zapanowała całkowita cisza. Xerks wodził spojrzeniem po zastygłych twarzach, nie omijając żadnej z nich.

Suanisa również zamurowało. Najpierw uderzył go kontrast pomiędzy buńczucznymi zapewnieniami doktor Daviesa, jego niezachwianą wiarą w naukę, a obrazami, które zobaczył w trakcie pierwszej części konferencji. Dopiero po tym pierwszym wrażeniu skupił się bardziej na samej treści wywiadu.

Naraz myśli Suanisa zaczęły biec w szaleńczym tempie. Skoro oni wystrzelili sondy ze szczepami bakterii i one dotarły do celu, to istotnie mogło być to początkiem jakiegoś bardziej rozwiniętego życia. Jeśli stało się to miliony lat temu, to teraz…

– Planeta, którą tubylcy nazwali TRAPPIST-1f – przemówił w końcu Xerks – jest naszą Zaturą. Cywilizacja, na której zgliszczach się znajdujemy, dała początek naszej.

Całą salę wypełniły westchnienia zdumienia i krzyki niedowierzania. Co poniektórzy poderwali się z miejsc łapiąc się za głowę. Osoby siedzące najbardziej z tyłu dopadły pierwszych rzędów, dołączając do grupy zasypującej Xerksa pytaniami.

Wkrótce Suanis został sam w swoim fotelu. Do jego uszu nie docierał gwar, jaki wypełnił całą przestrzeń między podłogą, a sufitem. Całym sobą zatopił się w myślach.

Ziemianie dali jemu i jego pobratymcom nie tylko życie.

Dali im również straszną przestrogę, z którą musieli się liczyć, jeśli nie zamierzali skończyć podobnie.

Koniec

Komentarze

Zasnął, nim w ogóle zdążył zacząć zastanawiać się nad tą kwestią.

Ja niemal zasnąłem, nim w ogóle dotarłem do tego momentu. Wybacz, Autorze/Autorko (płeć żeńska, nick męski), ale tekst jest nie tyle tendencyjny, co po prostu nudny. Nie dzieje się nic. A to bardzo niedobrze.

Po krótkim, pierwszym dialogu Suanisa z Monto jeszcze ten ogromny infodump… No weź :(

Przykro mi, dotarłem tylko gdzieś do połowy tekstu. Jeśli dalej następuje eksplozja akcji, to zwracam honor. Ale opowiadanie powinno w jakiś sposób porywać czytelnika już samym początkiem, by można je było uznać za dobre.

 

Warsztatowo – w porządku. Kilka drobnych uwag:

 

Pospiesznie przekroczył próg; drzwi za nim zamknęły się automatycznie, odgradzając go od panującego na zewnątrz skwaru.

Powtórzenie, drugi zaimek chyba nie jest potrzebny.

 

To był, Monto

Podobnie, jak w przypadku przyjaciela

Zbędne przecinki.

 

Wyobraź sobie na przykład, że rano przyleciał do mnie jeden z twoich chłopców, nawet nie pamiętam jego nazwiska i wiesz co się okazało?

– Co?

Monto zmrużył oczy.

– W zasadzie to nie mogę powiedzieć.

Bardzo dziwne… Po co w ogóle się odzywał? :)

Precz z sygnaturkami.

Bardzo dziękuję za te kilka uwag.

Co do mojej płci, to jestem mężczyzną :-). Już naprawiłem błąd.

Opowiadanie z założenia miało być przedstawieniem pewnej koncepcji dotyczącej możliwego pochodzenia życia, aniżeli prezentować jakąś wartką akcję. Jeśli znudziło, to przepraszam, obiecuję się poprawić :-).

Początek wieszczy ciekawy twist, że obcy badają zniszczenie Ziemi. Niestety potem wszystko rozwiązuje może nie najbardziej ograne, ale bardzo łatwe do odgadnięcia zakończenie. Całość tekstu to także bezkonfliktowa i bez akcyjna konferencja naukowa. Jeden wielki infodump – a te z natury rzeczy raczej nie bywają za ciekawe. Jakiś konflikt, jakaś stawka podniosłaby emocje czytelnika. Inaczej jest nudno i wielu odpadnie po drodze, nim dojdziesz do finału. A ci, którzy to zrobią, będą oczekiwać jakiejś niesamowitej puenty, której to tekst zwyczajnie nie ma.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

No niestety, nie przekonało mnie – widzę tu ogromne luki.

Uwaga, spojlery!

Ewolucja. Sugerujesz, że wysyłamy bakterie, a po milionach (raczej miliardach) lat powstaje człowiek. Nie zgodzę się. Ewolucja to mnóstwo przypadków, a wystarczy jeden, żeby zboczyć ze ścieżki prowadzącej do czegoś podobnego do Homo. Przecież gdyby nie wymarły dinozaury, ssaki nie opanowałyby niszy po nich. Gdyby w Afryce przed milionami lat panował nieco inny klimat, stado małp nic by nie zyskało, przyjmując pozycję wyprostowaną. I tak dalej. To trochę tak, jakbyś sądził, że skoro ograłeś znajomych w pokera i wyślesz szczęśliwą talię kart przyjacielowi, to on też będzie miał dwie takie same karety. Gorzej – że każde rozdanie będzie miało identyczny przebieg. Życie oparte na podobnym DNA – to bym zaakceptowała, ale nie fizyczne podobieństwo produktów po milionach pokoleń.

Bohaterowie dowiadują się o Ziemi z przekazu radiowo-telewizyjnego. A skąd go biorą? Bo od momentu jego wyemitowania minęły setki lat na Ziemi, potem podróż bakterii, potem miliony (miliardy) lat ewolucji… Na kosmicznym youtubie ze starociami wygrzebali?

Skład atmosfery też się powinien zmienić przez taki kawał czasu, ale to już pikuś.

Sam układ tekstu – początek ciągnie się niemiłosiernie. Przez pierwsze kilka tysięcy znaków opisujesz, że facet wrócił z pracy do bazy, ponarzekał na upał i poszedł spać. Dopiero dużo potem pojawiają się ciekawsze informacje. Warto zainteresować czymś Czytelnika na samym początku.

nakazując drzwiom wejściowym unieść się do góry

A mogły unieść się w dół?

a gdy w końcu pojawił się człowiek, jego inteligencja wzrastała stopniowo aż do momentu stworzenia niezwykle skomplikowanych technologii.

Z tym też bym polemizowała. Nie wydaje mi się, że ludzie przed tysiącami lat byli mniej inteligentni. Ten, kto wymyślił alfabet był geniuszem. Gość od systemu pozycyjnego tak samo. Tylko wiedzę mieli mniejszą, ale musieli się nielicho nagimnastykować, żeby przetrwać z tym, czym dysponowali.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam z trudem, bo opowiadanie jest, delikatnie mówiąc, mało zajmujące, a w dodatku nie najlepiej napisane. Przedstawiłeś tezę tyleż śmiałą, co mało prawdopodobną, jej niedostatki wskazała Finkla. Ode mnie łapanka.

Mam nadzieje, że Twoje przyszłe opowiadania będą ciekawsze i lepiej napisane.

 

wpu­ścić go do środ­ka. Po­spiesz­nie prze­kro­czył próg; drzwi za nim za­mknę­ły się au­to­ma­tycz­nie, od­gra­dza­jąc go od pa­nu­ją­ce­go na ze­wnątrz skwa­ru. – Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Czasami nadużywasz zaimków.

 

od pa­nu­ją­ce­go na ze­wnątrz skwa­ru. We­wnątrz bazy… – Nie brzmi to najlepiej.

 

w któ­rym tem­pe­ra­tu­ry nie­rzad­ko do­bi­ja­ły do po­zio­mu tem­pe­ra­tu­ry jego ciała. – Czy to celowe powtórzenie?

 

de­lek­tu­jąc się jesz­cze przez chwi­lę chło­dem, który okrył jego ciało… – Czy chłód panujący w pomieszczeniu może cokolwiek okryć?

 

Su­anis za­wsze uwa­żał, że jego wy­gląd zna­ko­mi­cie ko­re­lu­je z jego cha­rak­te­rem… – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Męż­czy­zna wbił w zdję­cie swoje tę­sk­ne spoj­rze­nie. – Zbędny zaimek. Czy istniała możliwość, by mężczyzna wbił w zdjęcie cudze spojrzenie?

 

W przy­szłym mie­sią­cu mijał rok… – W przy­szłym mie­sią­cu minie rok

Skoro miesiąc jeszcze nie nastał, rocznica nie mogła mijać.

 

Odzia­ni w skóry dzi­kich zwie­rzą, uzbro­je­ni w drew­nia­ne dzidy… – Czy mogli mieć dzidy inne, nie drewniane?

 

Wy­obra­że­nie o ta­jem­ni­czych miesz­kań­cach od­le­głej pla­ne­ty, w któ­rym do­ra­stał Su­anis… – Czy Suanis na pewno dorastał w wyobrażeniu?

 

prze­ka­zu ra­dio­wo te­le­wi­zyj­ne­go. – …prze­ka­zu ra­dio­wo-te­le­wi­zyj­ne­go.

Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszym ciągu opowiadania.

 

pierw­szą rze­czą, jaką uj­rzał, była wy­cią­gnię­ta dłoń le­ka­rza, ści­ska­ją­ca pusz­kę zim­ne­go na­po­ju. – Czy dłoń jest rzeczą?

Może: …pierw­szą rze­czą, którą uj­rzał, była pusz­ka zim­ne­go na­po­ju w wy­cią­gnię­tej dłoni le­ka­rza.

 

Na całej pla­ne­cie było jesz­cze okołu dzie­się­ciu osób… – Literówka.

 

wspól­ny­mi si­ła­mi jakoś do­tar­li do sali kon­fe­ren­cyj­nej. Przy­by­li jako ostat­ni, choć ta na szczę­ście jesz­cze się nie za­czę­ła. – Czy to znaczy, że sali konferencyjnej w ogóle nie było? ;-)

 

Sala zgro­ma­dzi­ła kil­ka­dzie­siąt naj­waż­niej­szych w ob­sza­rze osób… – Nie wydaje mi się, by sala mogła cokolwiek zgromadzić.

Proponuję: W sali zgro­ma­dzi­ło się kil­ka­dzie­siąt naj­waż­niej­szych na ob­sza­rze osób

 

więk­szość z nich Su­anis znał, lub przy­naj­mniej ko­ja­rzył po twa­rzy… – mówisz o wielu osobach, więc: …więk­szość z nich Su­anis znał, lub przy­naj­mniej ko­ja­rzył po twa­rzach

 

Wszyst­kie wpa­trzo­ne w niego twa­rze za­sty­gły… – Czy zebrani patrzyli twarzami?

 

Osób za­an­ga­żo­wa­nych w ten pro­jekt jest zbyt dużo, by wszyst­kich wy­mie­nić. – Piszesz o osobach, a osoba jest rodzaju żeńskiego, więc: Osób za­an­ga­żo­wa­nych w ten pro­jekt jest zbyt dużo, by wszyst­kie wy­mie­nić.

 

Jak do­brze wie­cie, oprócz na­szej jed­nost­ki, dzia­ła­ją rów­nież inne. Dzię­ki na­szej ści­słej… – Powtórzenie.

 

tak wy­so­ko roz­wi­nię­tej in­te­li­gen­cji.

– Cy­wi­li­za­cja na S1 roz­wi­ja­ła się przez mi­lio­ny lat. – Powtórzenie.

 

Zbu­do­wa­ła po­tęż­ne bu­dow­le, kom­pu­te­ry i spe­cja­li­stycz­ne ma­szy­ny. – Brzmi to fatalnie.

Proponuję: Wzniosła po­tęż­ne bu­dow­le, skonstruowała kom­pu­te­ry i spe­cja­li­stycz­ne ma­szy­ny.

 

ustą­pił miej­sca dzia­łom wy­strze­li­wu­ją­cym serie po­ci­sków. Wy­bu­chy, strze­la­ni­ny… – Powtórzenie.

 

Wy­bu­chy, strze­la­ni­ny i obraz znisz­czo­nych miast zdo­mi­no­wał na­stęp­ne kilka minut. – Skoro zniszczone były miasta, to pewnie pokazano kilka widoków, a ponieważ piszesz o kilku czynnikach, więc: Wy­bu­chy, strze­la­ni­ny i obrazy znisz­czo­nych miast zdo­mi­no­wały na­stęp­ne kilka minut.

 

Wśród od­ży­wia­ją­cych się taką żyw­no­ścią ludzi… – Nie brzmi to najlepiej.

 

in­te­li­gen­cja miesz­kań­ców pla­ne­ty ma­la­ła; więk­szość czyn­no­ści wy­ko­ny­wa­ły za nie ma­szy­ny… – Piszesz o mieszkańcach, a ci są rodzaju męskiego, więc: …więk­szość czyn­no­ści wy­ko­ny­wa­ły za nich ma­szy­ny

 

A więc nie po­trzeb­na była żadna ko­smicz­na ka­ta­stro­fa… – A więc niepo­trzeb­na była żadna ko­smicz­na ka­ta­stro­fa

 

Nie dając czasu na dal­sze py­ta­nia, przy­ci­snął guzik pi­lo­cie do pro­jek­to­ra. – Czy to ostateczna wersja zdania?

 

jakie pla­ne­ty zo­sta­ły wy­bra­ne w pro­gra­mie. – Raczej: …które pla­ne­ty zo­sta­ły wy­bra­ne do programu?

 

które zo­ba­czył w trak­cie pierw­szej czę­ści kon­fe­ren­cji. Do­pie­ro po tym pierw­szym wra­że­niu… – Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka