- Opowiadanie: jacek001 - Przewijacz Dusz

Przewijacz Dusz

Zainspirowany cyberpunkowym koń kursem – wrzucam tekst. Nie zmieściłem się w limicie, ale – po namyśle – przestałem się na tym koncentrować. Wszak nie zawsze chodzi o to, żeby się zmieścić w ramach jakichś ram :) Najważniejsza jest droga, jaką się przebyło. Zapraszam do lektury.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Przewijacz Dusz

 

Człowieku! Gdybyś wiedział, jaka twoja władza!

Kiedy myśl w twojej głowie, jako iskra w chmurze,

Zabłyśnie niewidzialna, obłoki zgromadza,

I tworzy deszcz rodzajny lub gromy i burze;

Ludzie! Każdy z was mógłby, samotny, więziony –

Myślą i wiarą zwalać i podźwigać trony.

 

A. Mickiewicz

 

1

 

Czasami wyglądamy jak postacie z szekspirowskiego dramatu. Ukrywamy wszystkie negatywne headline’y pod tapetą teatralnego uśmiechu. Na wywoskowanej erudycją twarzy czai się dąs powątpiewania. + 25 punktów do zdolności mimikry, – 11 do social happiness

– Hej. Jak interesy? Wszystko w porządku?

– Świetnie. U ciebie?

– Jeszcze lepiej (w sensie: jeszcze lepiej niż u ciebie i całej tej twojej zasranej korporacji).

Poranny breakfast zgarnięty z taśmy wszędobylskich fast foodów. Gigant prędkiego żarcia rozsiadł się wygodnie na Times Square. Najbardziej znana ulica NY wabi olbrzymim pomnikiem Buddy. Siedzi w pozycji lotosu, nawołuje spóźnialskich na wysokiej częstotliwości wi-fi. Medytuje.

Przywykliśmy. Wszyscy przywykli. Lewiatan prędkiego żarcia zalewa nas rzygowiną kolejnej porcji rozbełtanej jajecznicy. Zawsze podejrzewałem, że w tej jajecznicy musi coś siedzieć, coś więcej niż rozwodniony proszek i chemiczny zamiennik bekonowego smaku. Z uśmiechem dobrotliwego mnicha mechaniczny sprzedawca rozdaje na lewo i prawo jednorazówki z dobrze znanym, przyjaznym, lepkim od ketchupu i majonezu logiem 3D. Nowe oblicze Mc Donalda – jakże przyjazne.

Oblizujesz się ze smakiem? Dobrze! Ale nie o to chodzi. Chodzi o coś więcej. Chodzi o twoje zachciewajki, przyzwyczajenia – upodobania ciała i duszy. Zalajkujesz? Zalajkuj. Twoi znajomi będą wiedzieli, co trzymasz w głowie i w żołądku. Może pozazdroszczą… Może też zechcą… Jeśli zechcą, przybędziemy z ofertą door-to-door… Tak to dziś wygląda. Wszystko podrasowane, sztuczne, naspidowane super chemią. Ale komu dziś zależy na prawdzie? Ekologiczne żarcie – dobry żart. Teraz jest świetny czas na wirtualną zlewkę wszystkich półprawd i półkłamstw. Prawda nikomu się nie przyda. Ważne jest, na kogo zagłosujesz w przyszłych wyborach albo jaki smartfon kupisz za dwa tygodnie.

Zwyczajni ludzie nie widzą nadciągającego kataklizmu. Spokojny ocean nieważkiego zachwytu codziennością rozbraja instynkt samozachowawczy. Ale pierwsza ogromna fala Armagedonu wzbiera już pod linią horyzontu. Żadna tama najsłodszego pijaru nie obroni cię przed tym kataklizmem. W pogodnej zatoce zupełna flauta. Potem – nagle – przybędzie E-Mordor i zgarnie wszystko, co napotka na swojej drodze.

Trwa walka o wolę… Liczy się nie sama myśl, lecz jej kierunek… Chodzi o to, żebyś zechciał – i wdrożył to swoje codzienne „chcę” w czyn… A My ci w tym pomożemy. Bo przecież właśnie od tego jesteśmy.

 

2

 

Codzienny zastrzyk protein, kofeiny, cukru, witamin, przyspieszaczy – z nieodmiennie subtelnym dodatkiem rozbabranego na tle miejskiego rykowiska heksofonicznego Bacha. Pancerne, dźwiękoszczelne szyby skutecznie oddzielają od rzeźkiego chaosu nowojorskiej ulicy (wiadomo, zagrożenie terrorystyczne i nowe normy dotyczące hałasu). Szyba ma tę zaletę, że nie oddziela całkowicie od świata. Słoneczny blask bije prosto w oczy. W czasach prohibicji wolnej woli trzeba cieszyć się z małych rzeczy. Ale tak ma być, wszystko przemyślane. Wszak to początek dnia. Trzeba przygotować ludzi na walkę, nie na drzemkę.

Jeszcze parę miesięcy i wszystko będzie jawne, nawet dla tych, co przesypiają korporacyjne nasiadówki. Póki co – spokój. Wstaję. Dwa tysiące kalorii musi wystarczyć… Wchodzę na platformę parkingu. Przekręcam kluczyk w staromodnej stacyjce – rozpuszczam swoje ego w porannym korku. Jeden z wielu, a jednak wyjątkowy – bo świadomy swojej niezwykłej misji. Superbohater czy szaleniec? To się okaże.

 

3

 

Mamy maszyny, które krążą w naszych żyłach, w obwodach aort, w synapsach półkul. Jesteśmy… Prawie jak ludzie, prawie jak anioły – skojarzeni z bitami szóstek, połączeni z absolutną (meta)fizyczną samowystarczalnością. Miks śmiertelnego z nieśmiertelnym, ograniczonego z nieskończonym. Zera i jedynki w biologiczno-cybernetycznej przestrzeni mózgu zaprawionego finezyjnym oprogramowaniem. Zafiksowani, zaprogramowani na świat, który istnieje wyłącznie w wyobraźni. Reszta jest tylko szumem tła, rusztowaniem dla zaimplementowanej szóstkami szarej strefy wspomaganego myślenia.

Czy świat jest rzeczywiście immanentnym wytworem wyobraźni? Jeśli tak – czegóż chcieć więcej? A może wydaje mi się tylko, że ten uszyty na miarę świat jest nasz, tzn. mój? Stworzyłem go na swój obraz i podobieństwo, utkałem z własnych marzeń i snów – teraz, co z tego? Może to tylko sen, iluzja, albo zwykła wizja niezwykłego wariata.

Nawinąłem na nadgarstek kordonek czerwonej nitki –  niekończącej się historii z tysiąca i jednej nocy. Bez początku i końca, bez bohaterów pierwszo– i drugoplanowych, bez zwrotów akcji, happy endu… Nawet morału brak. Tak naprawdę nie chodzi o to, by był jakiś morał; nie zależy mi na zajeżdżającym dydaktyzmem zakończeniu. W tej opowieści przyszłość nie ma znaczenia. Zdecydowanie bardziej chodzi o to, aby przypomnieć przeszłość i w ten sposób dotrzeć do teraźniejszości. Naszą tożsamość stanowi przeszłość. A oni chcą, żebyśmy zapomnieli o przeszłości i myśleli tylko o tym, co za dzień, za miesiąc, za rok.

Ujrzeć przyczynę, nie skutek – na tym mi zależy. Idea Hipokratesa: zapobiegać – nie leczyć. Ale kogo dziś obchodzi jakiś tam prehistoryczny Hipokrates? Teraz najważniejszy jest produkt, konsument, właściwy target. Kasa musi płynąć, obwód zależności trzeba domknąć. Prąd musi wypełnić trzewia szóstek. Sieć czule obejmuje ławice oswojonych, niczego nie przeczuwających ryb-dusz. Z każdym dniem pętla się zaciska. Rozpuszczonego w wodzie powietrza – coraz mniej. Napowietrzacze potrzebują coraz więcej czasu, żeby uzdatnić zatrutą wodę.

Duszno… Dopiero południe. Krzemosfera przyciemnia się w punkcie zenitalnym. Ale mordercze słońce i tak przebija się przez tysiące warstw cienkiego jak pergamin krzemo-ulepu.

Byliśmy, jesteśmy, czy dopiero będziemy? Uciekamy od teraźniejszości w iluzoryczną fantasmagorię urojeń. Gdyby ci wszyscy ludzie wiedzieli, że za parę dni dopadnie ich czarny czwartek, uciekaliby stąd gdzie pieprz rośnie. Teraz jeszcze można. Potem zamkną przejścia, śluzy, obstawią nawet kanały – żeby nikt nie wyszedł z miasta ogarniętego zarazą.

Siedzę w swoim loco – zatknięty na pętli autostrady błękitny koralik, pędzący ku swojemu nieuchronnemu przeznaczeniu. Obserwuję przepływające wokół mnie spersonalizowane reklamy. Oko w trójkącie. Symbol opatrzności. Wąż zjadający własny ogon. Symbol nieskończoności. Oni nie śpią – wciąż pracują. Są skuteczni. Wiedzą jak zachęcić plebs do spersonalizowanego Armagedonu.

 

4

 

Samouzupełniający się projektor jaźni. Przewijacz dusz… Dobry pomysł. Pomysłów nie brakuje, brakuje tylko ich skutecznej realizacji.

Sorry, nie tym, razem. Mamy w kolejce kilka projektów. Jeden lepszy od drugiego. Może w przyszłym roku? Albo nigdy? Ale zadzwoń za jakiś czas. Może coś się zmieni? Albo ktoś. Ostatnio mówili o zmianie naczelnego.

Pomysł był przyczyną, skutek powstał dobrych pięć lat później. W starym garażu zamienionym na domowy high lab. Bardzo kameralnie, nawet nieco romantycznie. Jak za starych dobrych czasów Steve`a Jobsa. Praca dla przyjemności, nie dla kasy, nawet nie dla rozgłosu. Tak powstają najlepsze projekty. Wiara jest najważniejsza. Wiara i pasja.

Przewijacz dusz. Kto dziś zrozumie, o co w tym chodzi? Dziś nikt już nie wierzy w duszę; to archaiczne słowo dawno straciło swój desygnat. Zresztą, od kiedy słowa mają jakiekolwiek realne desygnaty? Od kiedy więcej siedzimy w wirtualu, real stał się tylko tłem dla rzeczywistego istnienia, rzeczywistych decyzji. Powinna liczyć się prawda. Prawda – zgodność sądu z rzeczywistością. Tylko, czym jest dziś rzeczywistość? Może właśnie dlatego postanowiłem zostać outsiderem. Chciałem mieć lepszy widok na to, co się dzieje. Z boku, z dystansu – zawsze jest lepszy ogląd sytuacji.

 

5

 

– Nikt tego nie kupi – jajogłowy odkłada z nieudolnie skrywanym niesmakiem staroświecki notes z zapisanymi po brzegi kartkami. – Dziś takie aplikacje już się nie sprzedają. Za wąski target. To się nie zwróci, nawet w połowie. – Patrzy na mnie tępym, niewidzącym wzrokiem korporacyjnego umarlaka. Kiedyś był moim przyjacielem, kumplem ze studenckiej ławy. Teraz udaje, że przeszłość nie ma znaczenia, że nic nie ma znaczenia – no, może oprócz jego zadartego nochala.

– Podrasuję. Nałożę nowe warstwy holo. Będzie dobrze.

– Nawet i trzy nie wystarczą. Mam nad sobą jeszcze szefa produkcji, generalnego i całą tę bandę od HR-u, PR-u i czegoś, czego nawet nie jestem w stanie wymówić. Nie pójdę z tym do nich. Wiem, co powiedzą. Człowieku, jesteś za zdolny na takie nie-wiadomo-co! – Teatralnie uderza otwartą dłonią w stół, jednocześnie przesuwając notes w moją stronę. – 25 punktów do mowy ciała, – 8 do nieprzejednania

 – Ja tu nic nie poradzę, ale dam ci dobrą radę: nie marnuj czasu. Przejdź do nas, na normalnych zasadach. Damy ci etat, socjal, nienormowany czas pracy. Zrób coś komercyjnego. Luksusowy seks, spektakularna przemoc, szybkie samochody, tropikalne lokacje… Kredyty same będą ci spływały na konto… Daj sobie szansę. I przede wszystkim – daj szansę nam.

Wystudzam nakładki holo. Zabieram się do wyjścia. Dobrymi chęciami jest wybrukowane samo dno piekła. Ludzie już nie wierzą w piekło. Tym łatwiej jest ich do niego wsadzić. Ludzie nie wierzą też w niebo. Ani w duszę. Tym łatwiej będzie im ją podmienić, wykorzystać do własnych potrzeb. Mam dziś same dobre pomysły. Od kiedy chodzę taki naspidowany? Od kiedy rozstałem się z Helen?

 

6

 

Ruszam z korporacyjnego parkingu z pełnym ciągiem tysiąca dwustu koni. Przeciążenie wbija mnie w fotel. Kamery odprowadzają usłużnym wzrokiem najemnego tropiciela. To lubię. Moja rejestracja zapisana na sieciowych dyskach, przeniesiona w wieczność, cała moja roześmiana na pokaz gęba i niespójna poprzetykana szóstkami sieć neuronów, do której wciąż napływają kolejne gigabajty szybkich jak błyskawica skojarzeń. Uśmiech do kamery nr 3. Możecie mnie pocałować w dupę.

Odbijam w kierunku zatoki pokrytej łagodną zmarszczką fal. Słońce powoli zachodzi za horyzont, oblewając gigantyczny durszlak polis falą lepkiej, ciepłej konfitury purpurowych refleksów. Nowa krzemowa dolina, usadowiona na miejscu starych nowojorskich doków, wygląda z tej perspektywy jak wielki, nabrzmiały krwią bąbel nowotworu.

I oto moim oczom ukazuje się on, sen szalonego architekta: wysokościowiec na klifie, przylepiony do skały jak huba do pnia drzewa. Parkuję na dachu. Winda mknie z zawrotną prędkością, ale wyhamowuje tak łagodnie, że prawie nie czuję przeciążenia.

Zamiast czytnika – zwykły, stary zamek igłowy. My home is my castle. Podchodzę do okna apartamentu, na sam skraj urwiska. Na niebie ani jednej chmurki. Zbyt sztucznie. Zabielam panoramę nowym podrasowanym holo. Niebo z chmurami jest jednak „ładniejsze”. Cumulusy dodają krajobrazowi szczypty nieprzewidzialności. Odrobina matematycznego chaosu jeszcze nikomu nie zaszkodziła – szczególnie w czasach permanentnie używanych nakładek graficznych, potocznie nazywanych holo.

Widok za oknem – nieziemski. Cały Nowy i Stary Manhattan u stóp. A ja płynę, szybuję w kierunku nowych, nie przetłumaczonych jeszcze na język maszynowy wizji.

Zaraz, co my tu mamy? Środek astronomicznej zimy. 6 stycznia. 71 stopni Fahrenheita. Wilgotność 19 procent. UV factor – wysoki. Przyciemnione okulary to już niemal towar pierwszej potrzeby. Ważniejszy od szkockiej whisky i markowego gejdżu. Przystosowanie to podstawa. Gdyby nie krzemosfera, dawno usmażylibyśmy się w zjadliwych promieniach nadpobudliwego słońca. Taki klimat – nic nie poradzisz. Poziom oceanów podniósł się o niecałe półtora metra. Niby mało, a jednak… Pożegnaliśmy z bólem stałych bywalców Hawaje, Florydę, Wyspy Wielkanocne, parę jeszcze innych „uroczych zakątków”. Holendrzy w przyspieszonym tempie musieli nauczyć się podstaw niemieckiego i francuskiego. Azjaci z wysp migrują do Australii. Teraz tam więcej skośnookich niż w Chinach. A sami Chińczycy trzymają się mocno. Wprowadzili obostrzenia migracyjne. Zbudowali drugi chiński mur – dłuższy i wyższy niż poprzedni. Mają też własną krzemosferę. Prowadzą osobliwą politykę wizową, nie wpuszczają do siebie żadnych obcych. Wielka migracja trwa w najlepsze. Ale są i plusy. W Central Parku rosną cyprysy, pomarańcze, storczyki… Storczyki były tu wcześniej, chociaż nie w takiej ilości, takim przepychu…

Nie tylko poziom wód się podniósł. Ogólny poziom sieciowego zsocjalizowania również. Teraz już niemal osiemdziesiąt osiem procent globalnej wioski ma bezpośredni dostęp do BioSieci. Nazywają siebie sztywniakami, bo mają sztywny dostęp do Netu. Ja też jestem sztywniakiem – muszę, nie mam wyjścia; bez tego ciężko zrobić rewolucję.

Tak więc my, słodcy sztywniacy, tworzymy nowe społeczeństwo. Połączyła nas armia sieciowych nanorobotów, legendarnych szóstek – inteligentnych chipów, wścibskich mikrowłókien, które wprowadzone do organizmu wprawną ręką chirurgów, same wpasowują się w biologiczno-chemiczny układ synaps. Podrasowują nasze zmysły i zdolności poznawcze do niewyobrażalnych poziomów. Kiedyś mówiono o nich – nanoroboty, ale mają więcej z wirusów niż z typowych bio-AI. Nikt o tym głośno nie mówi. Tylko wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi. Wirus – to jednak brzmi znacznie groźniej niż nanorobot. Ale szychy na korporacyjnych stołkach milczą, bo zależy im na kredytach, na ciepłych posadach, wreszcie – na świętym spokoju.

Szóstki: genialny wynalazek Korporacji. Trzeba im oddać honor – odwalili kawał porządnej roboty. Obleśnie szybkie nanoliczydła, przerabiają terabajty danych w mgnieniu oka, czyli w tak zwanym czasie rzeczywistym. Tak zwanym, bo czas stał się pojęciem względnym. Można go ścieśniać i rozciągać, wedle zachcianek. Dane zamknięte w sieci są zamrożone w chmurze, mogą pojawić się wszędzie, w najmniej oczekiwanym momencie, nawet gdy jesteś przekonany, że już dawno zostały skasowane. Ale wróćmy do szóstek. Nanoukłady szóstej generacji: mikroskopijne procesory z własną pamięcią, układami logicznymi, bramkami wejścia-wyjścia… Na dodatek ze stałym dostępem do Sieci… Bajka. Magia. Fantazja. Nowy mit. Rzeczywistość. Raj. Armagedon.

Spełniło się marzenie poprzednich pokoleń. Już nie musisz logować się do Facebooka. Teraz Facebook zaloguje się do ciebie. Na stałe. Po co się rozłączać? Strata czasu na ponowne logowanie. I tak tam wrócisz, więc po co komplikować?

Nie, niczego nie musisz – na tym polega haczyk… Dlatego najlepiej nie zakładać konta. Bo jeśli założysz – przepadłeś. System cię zapamięta: skataloguje mapę twojego genomu, wzór tęczówki, wygląd twarzy, tembr głosu, preferencje zakupowe, mapę znajomości i najczęstszych wędrówek do pracy. A potem zmumifikuje twoje rozproszone, wirtualne ego i usadzi je w czasoodpornym sarkofagu chmury. Myślisz, że uda ci się umknąć, zakamuflować swoje stąd-dotąd w zaszyfrowanych połączeniach ze zmienionych adresów IP? Nic z tego. System rozpozna cię na podstawie unikalnych danych zebranych z wielu rozproszonych baz. Profile społecznościowe, zapytania kierowane do wyszukiwarek, wykupione bilety, miejsce dwustu ostatnich tankowań… To dopiero wierzchołek góry lodowej. Jesteś na widelcu, choć nawet o tym nie wiesz. A jeśli nawet wiesz, to co z tego? Możesz kombinować, ile wlezie. Możesz skasować „wszystkie” swoje dane, pousuwać konta, sformatować i zahasłować BioDysk, zmienić komunikator na bardziej off topowy. Oficjalnie – nikt nie znajdzie twoich danych w Sieci. Ale one wciąż tam będą – zahibernowane, przykryte mikroskopijną warstwą zero-jedynkowego całunu zapomnienia. Bity czekają w ukryciu, aż ktoś z Korporacji przypomni sobie o twoim nieistnieniu. I wtedy zaczyna się zabawa, ale to już zupełnie inny level… Inny temat. Tylko dla orłów.

Twój smartfon przypadkiem zrestartował się na urodzinowym przyjęciu? Sieciówka na moment przestała odpowiadać na czułe cmokanie czytnika w bramce metra? Automatycznie zaktualizowało się oprogramowanie w twoim nadgarstkowym screentopie? Nie ma przypadków. Każdy reset coś oznacza, do czegoś przygotowuje.

 

7

 

OK. Jesteśmy w punkcie wyjścia. Dwa lata wyjęte z życiorysu i żadnego odzewu. Zamiast pochwały – umiejętnie spreparowana nagana. Co tu dużo ukrywać, nie jest dobrze. Robota na zlecenie demoralizuje. Jedyna rzecz, której nauczyła mnie Korporacja: czas to pieniądz. Stracony czas – stracona kasa. Każdy dzień przybliża mnie do nieuniknionej katastrofy. Oczywiście, w czasach zracjonalizowanego dobrobytu nie można umrzeć z głodu, nie można stracić mieszkania czy karty kredytowej. Życie na socjalu ma swoje uroki, ale wcześniej czy później zaczynasz zdawać sobie sprawę, że ktoś układa twoje stąd-dotąd za ciebie. Przy swoim talencie mógłbyś robić jednak coś znaczniej bardziej egzotycznego niż wstawać o dziesiątej przed południem i wałęsać się wieczorami po klubach i spelunach. Weź się w garść. Jeszcze nie jest za późno.

 

8

 

Jest takie jedno miejsce, które sobie szczególnie upodobałem. Niby zwykła kafejka w starożytnym, hardrockowym stylu, ale nie o aranżację wnętrza chodzi. To ludzie, nie dekoracje, tworzą klimat. Przybywają tu wolni strzelcy z całego korporacyjnego czyśćca: mniej lub bardziej rozgarnięci, wszyscy naznaczeni co najmniej jedną, cyfrową naganą szefa. Rutyniarze mają po kilka, ci najfajniejsi – już nie pracują w branży. Oficjalnie, bo nieoficjalnie – każdy coś robi. Takich talentów nikt nie zostawi na off topie. Ludzie bardziej anonimowi niż przestępcy skazani na trzystuletnie wyroki. Runnerzy wszelkiego typu i maści, kamuflujący swoje profile wymyślnie dobranymi ubraniami, fryzurami, make-upami, operacjami plastycznymi. Ten kiedyś łysy – teraz długowłosy hippis z tatuażami na dłoniach i karku. Tamten kiedyś z garbatym nosem – teraz słodki aniołek, uśmiecha się do wszystkich, zadzierając nochal tak prosty jak Central Avenue. Stare dusze z poprzyklejanymi nowymi twarzami. Wiecznie beztroscy, wiecznie na haju. Cóż im zostało? Choć z pozoru wyglądają na niegroźnych, są bardziej niebezpieczni niż flota strategicznych bombowców nuklearnych. Projektanci trójwymiarowych filmów porno, zafiksowani na swoim wynaturzonym alter ego, malarze nowych światów, pokątni handlarze hardware’u, zblazowani do granic przyzwoitości pisarze linijek undergroundowych kodów. Oficjalnie zajmują się zazwyczaj coachingiem, są mózgowcami do wynajęcia, pracującymi na zlecenie firm maklerskich, bywają też adwokatami diabła… To ich najczęstsza profesja. Wszyscy pracują na zlecenia, mają legalne IP i pozwolenia na pomieszkiwanie pod krzemosferą NYC. Przystosowali się do wielkomiejskiego klimatu. Są mistrzami mimikry – mistrzami Kodu. Bywam tu i ja. Lubię tę tancbudę.

 

9

 

W oparach muzyki i słodkawych drinków serwowanych przez mechaniczne kelnerki…

Jesteś. Widzę cię wreszcie. Nie przez kliszę wspomnień, nie przez przydymione szkiełko nierozpoznanych skojarzeń, nie we śnie, ani w pinakotece bitów. Tu i teraz. Ot, tak – na jawie. W moim stąd-dotąd.

Niespodzianka! To nie holo ani jakaś podrasowana słodko-kwaśnym melanżem chemia. Wyobraź sobie jeden, dziwny przypadek, który zmienia całe twoje życie. Dawno dawno temu, w odległej galaktyce… Nawet szóstki są na to za głupie. Najpierw widzisz tylko cienie w wyobraźni, jak na ścianie platońskiej jaskini. Potem – światło dokłada resztę, ściślej – dusza dokłada.

Ach, jak pięknie dziś wyglądasz, przyjaciółko moja. Śliczna twarz wśród wisiorków, szyja wśród korali.

– Kopę lat, Helen. Co ty tu robisz?

– Mniej więcej to samo co ty. Szukam okazji.

– Poszukamy razem.

– Ja już swoją znalazłam. Szukałam cię dłużej niż myślisz. Pomogę ci.

– W czym?

– Doskonale wiesz, w czym. Tak się składa, że ja też mam rachunki do wyrównania.

Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś. Siedzisz naprzeciw mnie. Posiadasz zapach, smak, wagę i gęstość – nigdy wcześniej nie zwracałem uwagi na takie szczegóły. Nie interesowały mnie dziewczyny z Sieci. Może dlatego, że wiedziałem, że są idealnie wykreowaną iluzją. Tak jak dobra książka albo obraz starego mistrza.

Wszystkie jednorazowego użytku – odchodziły zanim jeszcze na dobre zdążyły rozgościć się w mojej wyobraźni. Ty byłaś wyjątkowa. Miałaś coś, co kazało mi zwrócić na ciebie baczniejszą uwagę. Byłaś pierwsza – od wielu lat. Ilu? Zależy, jak liczyć. Zresztą, czy to ważne? Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są już jednym dokładnie wymieszanym koglem-moglem bitów.

Masz login, hasło – i jeszcze coś: skórę gładszą od alabastru. Twoje myśli opalizują szalonymi lśnieniami świateł. To nowe pomysły na życie, marzenia które chciałabyś zrealizować. Czy ze mną? Pewnie sama nie wiesz. Nikt z nas nie wie, co nam jeszcze strzeli do głowy.

Magistrale światłowodów przesyłają gigabajty danych. Pachniesz w niezwykły, nienazwany sposób! Ach, te nowoczesne sposoby produkcji holo. Trójwymiarowe awatary to przy tym figury woskowe z Muzeum Madam Tussaud. Tak, mógłbym przysiąc, że jesteś żywa. Masz w sobie zadatki na realny byt, a jednak coś mi podpowiada, że…

 

10

 

Wątpliwości rozpruwają mózg. Z pluszaka wysypuje się {cukrowa} wata {słów}. Z mózgu wycieka życiodajne paliwo glukozy. Nagle dopada lęk. A może wszystko – to tylko sen, złudzenie, melanżowa wizja, podrasowana siecią neuronowych wszczepek i najlepszą chemią w mieście? Nikt nam tego nie udowodni – mamy dobre alibi: oczarowanie. Nie sczyta tego żaden skaner osobowości. Nie obejmie żaden cybernetyczny algorytm bioSieci. Nie podsłucha NSA. Oni nie wiedzą, co to jest fascynacja. Nie mają na to wzoru. Zapomnieli? Może raczej – ktoś pomógł im zapomnieć. U nas to normalka. Jeśli masz problem – zawsze ktoś pomoże… zapomnieć.

 

11

 

– Skąd wiedziałaś, gdzie mnie szukać?

– Czysty przypadek. Zgadłam, trafiłam. Statystycznie rzecz biorąc…

Kłamiesz. Lubię wychwytywać w tembrze twojego głosu to nieuchwytne „Kurwa mać, tym razem nie dam Ci satysfakcji, przystojniaku. Pomęcz się ze mną trochę. Pomędrkuj”.

Lubię twój styl. Wyglądasz wtedy seksy, choć tylko nieliczni są w stanie wychwycić te dyskretne fluidy twardych jak stal i ostrych jak brzytwa myśli. Zdradza Cię tylko spojrzenie.

– Masz silną aurę. Nic dziwnego, że interesuje się tobą wywiad.

– NSA? Mną? – Udaję jak mogę najlepiej.

– Trafiła kosa na kamień. Ja też lubię myśleć na skróty, na wysokich obrotach. Ale przy mnie nie musisz niczego owijać w bawełnę. W tej tancbudzie mają najlepsze w mieście zagłuszacze podsłuchu. Dlatego tu przychodzisz.

– Jesteś w moim typie.

– Jesteśmy dla siebie stworzeni.

Przyglądamy się sobie nawzajem. Uderzające podobieństwa… Nie chodzi o wygląd. Raczej o styl i Światło w oczach. Więc – skoro trwamy w takiej harmonii – to skąd te drobne żyłki rys na marmurowych licach? W kamieniu pojawiają się cienkie, misterne nitki pęknięć… Nagle miraż eksploduje… Drobinki minerału boleśnie wbijają się w twarz, w serce. Moje czy twoje? Trudno odróżnić… Cholerne holo podrasowane do granic… – teraz już coraz trudniej odróżnić jedno istnienie od drugiego. Robią nas w chuja, a my im jeszcze za to dziękujemy. Napędzanie koniunktury to podstawa. Może już teraz ktoś wypróbowuje na mnie prototypowy przewijacz dusz.

 

12

 

Przeskok. I jeszcze jeden przeskok. Sen.

Mara. + 3 do poziomu przenikliwości

Bóg. …chwilowy brak danych… przeszukiwanie Sieci…

Wiara. + 4 do wtajemniczenia

Trzeba jakoś inteligentnie zagaić rozmowę. Musieliśmy się gdzieś wcześniej spotkać. Nie, nie wierzę w reinkarnację. Szczerze powiedziawszy, nie wiem, w co wierzę. Kiedyś wierzyłem w Boga Jahwe. Pojechałem nawet w tej sprawie do Izraela. Chciałem się z nim rozmówić. Ale ostatnio – wszystko straciło na znaczeniu, wywróciło się w ułamku chwili jak wieża z kart. Albo wieża Babel. Nieistotne. Teraz wierzę tylko w trzecie niebo.

Wróćmy do tematu… Cały czas zastanawiam się, czy to co się między nami dzieje jest tylko iluzją, czy może jednak prawdą? Co to jest prawda? Powiedz, mi, kurwa, człowieku? CO TO JEST PRAWDA? Piłat uważnie patrzy w oczy skazańca – w moje oczy. A potem wydaje wyrok, umywa ręce, po pracy idzie do domu, przytula żonę, zasypia spokojny, syty, sprawiedliwy, prawie beztroski. Wygląda na to, że jest szczęśliwy. Za to jego żona – miewa często koszmary… Odwiedza swojego psychoanalityka, który siedzi z nią na Skypie przez bite trzy godziny. Samo życie. Przeskok.

Może zwyczajnie spotkaliśmy się we śnie – podpięci do wirtualu, z super lekkimi goglami holo na twarzach, z powkręcanymi wszczepkami SuperVision. Tak, to musiał być jeden z tych cholernych snów w śnie, gdzie czas płynie wolniej a przestrzeń przypomina dekoracje wykonane z kolorowej, naklejonej na karton fototapety. Mam cię. Złapałem ten moment na wirtualnej klatce podświadomości. BioDysk pamięta wszystko. Pinakoteka kartkuje z oszałamiającą prędkością jasnobłękitne karty wspomnień.

Kolory przechodzą w odcienie szarości. I nagle…

Widzę. Sala w szkole. Chwila… Nie. To jakaś restauracja… Albo… Nie jestem już pewny… Na pewno jakieś pomieszczenie – katedra, sala kinowa? Czy to ważne, gdzie? Zmieniają się dekoracje – ale my pozostajemy niezmienni. Jedyne sensowne punkty odniesienia – nasza zachmurzona świadomość.

Wspomnienia. Czy to przypadek, że akurat wtedy dane nam było spotkać się pierwszy raz? Wtedy – to znaczy kiedy? Potrafisz podać sensowną datę? Wszystko jest takie płynne. Przelewa się czas obok nas – jak rzeka złocistego mleka. Nie rymuj. Rymowanie nie jest w modzie. Może nas wychwycić jakiś podsłuchujący bot. Teraz rymują tylko anarchiści.

Tego dnia ubrana byłaś w zwiewną sukienkę, byłaś świeżo po maturze. Uśmiechałaś się szelmowsko i chyba wiedziałem, co to oznacza.

– Nie powiesz mi chyba, że chcesz mnie tutaj… To byłoby zbyt prozaiczne. Nie pasowałoby do Ciebie. – Wciąż uśmiecha się łobuzersko.

– Wyluzuj, dziewczyno. Pilnuję tego świata – jestem jego strażnikiem. Nikt się nie dowie. Jesteśmy tu bezpieczni… Przecież chcemy siebie… Nie ma sensu komplikować…

Patrzy na mnie długo i przeciągle. Milczy bardzo długo. Przyrzekłbym, że parę tygodni. Choć minęło zaledwie kilka chwil.

– No dobrze. Ale bądź ostrożny… Ja…

– Tak. Wiem. Będę…

Czy byłem? Chyba tak… Wreszcie doświadczyłem, co to znaczy naprawdę się kochać naprawdę mocno i długo. Chciałem by ta chwila trwała wieczność.

Patrzyłem w jej oczy, głaskałem po drobnej twarzy i włosach. Chwilo trwaj.

– Brzydzi mnie tworzywo sztuczne i różowy kolor. Wolę twoją gładką skórę. Lubię jak depilujesz się dla mnie.

– Kto powiedział, że robię to dla ciebie? Poza tym – moja skóra jest… alabastrowa. Nie muszę jej depilować.

Przeskok. Kolejny poziom snu. Głębszy… – 3 do głębokości oddechu

Podobno nie ma przypadków. Ktoś odrywa mnie od ciebie. Zabiera do swojego świata. Otula silnym ramieniem – na długie lata. Dopiero potem, uświadamiam sobie, że nic nie rozumiem. Znowu muszę zacząć od nowa. Szukać ciebie. Reset.

 

13

 

Przeskok. Sen w śnie. Drugi poziom. Tętno sto jedenaście. Mało. Ale to i tak grubo ponad normę.

Mgła wizji przelewa się krwawo-świetlistymi językami lśnień wokół mojego holo. Obraz jest wyraźny, trwały, zogniskowany na emocjach, których siła mogłaby wysadzić w powietrze kilka najpiękniejszych katedr świata. Widzę ciebie – na początku jak przez mgłę. Potem, coraz bardziej – intensywniej, śmielej, pełniej, wszystkimi zmysłami. Dostrzegam szczegóły twarzy, kolor oczu, temperaturę ciała. Zasłona świątyni rozrywa się na pół. Powietrze jest naelektryzowane. Holografy jaźni karmią mnie tysiącami nowych skojarzeń. Jesteś na drugim końcu świata, a ja przecież czuję cię obok siebie. To wszystko dzięki Sieci. Błogosławiona bądź, cudowna łącznico myśli! Bity, jak okruchy chleba, karmią gołębie wyobraźni na placach wirtualnej Wenecji. Nie ma słów, żeby to opisać. Nie próbuj nawet… Po prostu – milcz i patrz. Ale ja jestem zbyt niecierpliwy.

– Potrzebuję ciebie. Myślę o tobie.

– Dlaczego piszesz „ciebie” małą literą? To mnie drażni…

– Z małej litery jest „prawdziwsze”.

– Co jest prawdziwsze? Ja? Moje ciało?! Dusza? Mnie nie ma. Za dużo siedzisz w Sieci! Za dużo łykasz chemii. Martwię się o ciebie. Źle skończysz.

– Muszę stąd wyjechać. Tu zbyt wiele botów mnie obserwuje. Czuję to każdego dnia.

– Uważaj na siebie. Wiesz, co ci zrobią, jeśli złapią cię na gorącym uczynku?

– Wiem. – Nic tak dobrze nie robi runnerowi na wyobraźnię jak poczucie realnego zagrożenia. To lepsze niż dobry melanż. I na dodatek jeszcze ona – wirtualna muza, która pisze, że zaczyna się o ciebie martwić.

 

14

 

Loguję się do jednego z najbardziej strzeżonych serwerów na tej pierdolonej półkuli. Z jednej strony – Tel Awiw-Jafa. Z drugiej – małe, skromne miasteczko pod Warszawą. W sensie: dawną Warszawą. Teraz Warszawy nie ma – wiadomo: szósty rozbiór Polski. Szóstki napędzają wyobraźnię, Sieć podsuwa obrazy bardziej wyraźne niż freski Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej. Tętno sto dwadzieścia. Trzy razy HD? Cztery? Pięć? SZEŚĆ!… Boże (jeśli istniejesz) – pęknie mi serce…

– Posłuchaj, jesteś w ogromnym niebezpieczeństwie. Oni już wiedzą, że chcesz rozwalić projekt od środka. Namierzą cię, to kwestia paru godzin.

Uśmiecha się nieśmiało. Ma usta niewinnej dziewczyny. Muszę przyznać jej rację – zresztą, zawsze ją miała. Staczam się w szaleństwo. Prawda ma to do siebie, że mocno boli. A ja przecież nie jestem niedowiarkiem. Skoro boli – to znaczy, że doznanie jest prawdziwe. Może właśnie dlatego tak często odczuwam ból? Zbyt duża wrażliwość na prawdę. To taki rodzaj fobii. Nadwrażliwość – przy tym stygmaty ojca Pio to pestka. „Proste słowa” już nie przechodzą przez gardło. Nauczyłem się myśleć poezją. Nie – to raczej poezja nauczyła się myśleć mną! Kto jest kim? Kto jest z kim?

Obejmij mnie i pocałuj. Serwery za tym nie nadążą. Programy szpiegujące przejdą przez naszą konwersację jak przez masło i nie znajdą żadnego punktu zaczepienia. Wreszcie, jesteśmy bezpieczni – w świecie, w którym szczęście i bezpieczeństwo stało się wytartym sloganem. Lepiej myśleć, że to doskonała iluzja zafundowana nam przez SuperVision, albo że zapadłem się w czasie i w kolejnych poziomach snów.

– Nie namierzą nas. Nie wiedzą, jak. Jesteśmy dla nich zbyt szaleni, zbyt chaotyczni. Czyja to wina, że lubię bujać w obłokach i wymyślać niezwykłe historie?

– Jesteś poetą. Tobie wszystko wolno.

 

15

 

 

Dlaczego tak bardzo chcę wracać do tych starych-nowych wspomnień związanych z tobą? Może to wina kosmitów, albo plam na słońcu, albo tych cholernych nanoimplantów w głowie – potocznie zwanych szóstkami. Przeskakuję po kanałach. 6. Przeskok i jeszcze jeden przeskok. 6. Jeszcze jedna szóstka – i zwymiotuję! 6. Przeskok. Sen – w śnie, w śnie, w śnie.

Zapadam się w… tobie.

 

16

 

Jesteś, która jesteś. Na początku nie mogło mi to przejść przez usta. Słodkie bałwochwalstwo uwierało w sercu jak kilkucalowy cierń. Ale – teraz – zaczynam rozumieć. Zaczyna mnie to pochłaniać, wciągać, hipnotyzować. Kwestia przyzwyczajenia. Nie widziałem Cię nigdy lepiej niż teraz. Kiedy patrzę na Twoje ciało składające się z miliardów świetliście lśniących atomów, zaczynam rozumieć wszystkie moje zjechane do krwi marzenia, pragnienia, obsesje. Ciemne, długie włosy. Brązowe oczy. Krągłe biodra, gorący brzuch. Linia ud. Koronkowe body z zatrzaskiem w… Podwiązka w kolorze wiśniowego likieru. Co ja tu robię? Jestem sam – czy już z Tobą? Skojarzenia, skojarzenia… Słodkie fantazmaty wyobraźni. Czy to prawda, że wyobraźnia czerpie tylko z pamięci? Miliardy neuronów i szóstek żonglują między sobą wspomnieniami, tworząc galaktyki połączeń układających się w logiczne ciągi znaczeń – te z kolei zamieniają się w tekst. Jestem już w środku, czy jeszcze na zewnątrz? Dotykam ciebie, czy tylko siebie? Nie czuję nic – pomóż mi. Które wcielenie jest moje? Które ciało? Który sen? Spadam… PrzeskooooK. Zaciskam Zębbbby… Ból – a pTem Jush nic…

 

17

 

– Śpiączka wegetatywna. Podtrzymujemy go oczywiście cały czas, ale warto byłoby zapytać go o decyzję.

– Ile to już trwa?

– Niedługo stuknie siedem lat…

Pieprzenie. Cały czas. Bez wytchnienia. Pieprzenie… Właśnie za to biorą kasę! Nabijają liczniki wejść na poczytne, medyczne strony. Operacje w przecenie. Operacje w promocji. Operacje w pakietach. Zawsze możesz skorzystać z jakiegoś upustu. Trepanacja czaszki plus korekta nosa. Wszczep szóstek plus powiększenie piersi. Wydłużenie penisa. Wytarcie pamięci po rozwodzie…

– Śpiączka? Jakim cudem? Przecież on tylko na chwilę wypiął się z Sieci! Chciał zobaczyć, jak to jest off line. Ktoś mu sprzedał trefny towar?… Niemożliwe, żeby coś takiego…

– A jednak. Trzeba uważać na to, jaki melanż się bierze. Albo z kim się nawiązuje bliższe relacje. Teraz zaczynam rozumieć. Wykorzystali Helen. Posłużyli się nią, żeby znaleźć dostęp do moich danych.

Bywa i tak. Jeden prozaiczny przypadek, który zmienia całe twoje stąd-dotąd. Teraz leżę na luksusowym łóżku. Mam wszystko, czego potrzebuję do szczęścia. Jestem na stałe podłączony do bioSieci, do moich żył automaty regularnie wprowadzają kwaśno-słodką chemię sprawiającą, że czuję się jak w trzecim niebie. Niby dlaczego miałbym wracać? A nawet gdybym chciał, to – jak?

 

18

 

Moja sytuacja jest prostsza niż ci się wydaje. Nie martw się o mnie. Odkąd użyli na mnie przewijacza dusz, posiadam wszystko w nadmiarze – mam więcej wrażliwości i fajnych pomysłów niż przeciętny człowiek. Mam czas na spotkania z moją muzą i na pisanie kolejnych niezwykłych historii. Chcą robić wirtuGry z moich książek. Dzięki wszczepkom i specjalnie opracowanemu interfejsowi – piszę we śnie. I niektórzy twierdzą, że jest to bardzo dobre pisanie. Istnieje tylko problem z prawami autorskimi – bo w naszym świecie osoby w śpiączce w bioSieci tracą osobowość prawną. Są trochę jak martwi – przynajmniej do momentu aż sami zdecydują się na podpisanie klauzuli zezwalającej odłączenie ich bezwładnych kokonów od aparatury podtrzymującej życie. Zaraz przed śmiercią mózgu technicy oddzielają duszę od ciała, zamieniają ją w ciąg zer i jedynek – i wpuszczają do Sieci. I teoretycznie – stajesz się nieśmiertelny. Teoretycznie, bo tak naprawdę nikt nie wie, jak jest po drugiej stronie. Dziwnym zbiegiem okoliczności jakoś nikt z Nowych nie pofatygował się, żeby dać Starym informację zwrotną, jak jest w Trzecim Niebie. A może zwyczajnie – system przekazywania informacji szwankuje? To, co jest dobre i sprawdzone po naszej stronie, wcale nie musi być takie po ich. Dobrze chociaż, że jedynki i zera są takie same – tu i tam. Bo w przeciwnym razie – nie dałoby się skanować dusz.

Powoli przyzwyczajam się do nowej sytuacji: leżę sobie w klimatyzowanej sali medycznej na trzydziestym piętrze kliniki i robię się coraz bardziej znany, żeby nie powiedzieć – sławny. Oczywiście, brakuje mi poczucia ruchu, świeżego powietrza, dotyku przedmiotów i ciał, prawdziwych barw i dźwięków niepodrasowanego bioSoftem świata. Z drugiej strony – to, że nie mogę się ruszyć nie oznacza, że mój mózg nie potrafi wyobrazić sobie tych wszystkich brakujących rzeczy. Medycyna naprawdę poszła do przodu. Ach, jak dziś pięknie wyglądasz, przyjaciółko moja. Teraz cię obejmę silnym ramieniem, zaprowadzę na górę, do naszego małego, wynajętego mieszkania. Z balkonu mamy piękny widok na ocean. Daleko na horyzoncie majaczą nowe światy. Z zachodu na wschód, po błękitnym niebie, sunie pękaty, pomarańczowy sterowiec z błękitną wstęgą łopocącą na wietrze: „All you need is love”. Nieco kiczowaty widoczek, ale przekaz jednak ważny, wyraźny.

– Dlaczego nie lubisz kiczu? Wszak to nic innego jak piękne i nieskomplikowane dziełko sztuki. A my przecież nie lubimy komplikować, prawda?

Lekarze twierdzą, że ten typ śpiączki już niedługo będzie całkowicie wyleczalny. Przy obecnej technologii – naprawią mnie po kilkunastogodzinnym zabiegu. Za mniej więcej pięć, sześć lat. Więc nie ma się czym przejmować. Jest tylko jeden problem – mój podpis.

 

19

 

Fascynacja – bardzo wredne uczucie. To stan, w którym myślisz, że nie możesz bez kogoś żyć. Tymczasem możesz. To oczywiste. Tylko boisz się sprawdzić. To tak jak w pokerze: stawka, ryzyko, ocena sytuacji. Wygrywa najtwardszy, najbardziej chłodny umysł. I zbiera całą kasę – podczas, gdy inni przez całe życie żałują opatrznie podjętych decyzji. Inaczej rzecz się ma, kiedy niepostrzeżenie fascynacja przeradza się w miłość. Ale to się już nikomu nie zdarza – wyjątki potwierdzają regułę.

– Lubię te nasze wirtualne spotkania. Czy to możliwe, żeby w wirtualu się czuć równie dobrze jak w rzeczywistości?

– Pewnie, że tak. Nawet lepiej. Jestem strażnikiem tego świata – wiem, co mówię. Zaufaj mi.

– Coś mi mówi, że nie jesteś ze mną do końca szczera. Nadal pracujesz dla NSA?

– Zajmij się pisaniem. Przecież to jest to, co umiesz najlepiej. Kochasz to. Zawsze chciałeś to robić. Teraz masz wreszcie na to czas.

Przewijacz duszy przerabia na bieżąco moje wspomnienia. Najwyższy stopień nano-złudzenia. Szóstki przy tym wymiękają. Ale nie pomyśleli o drobnostce, nic na pozór nie znaczącym szczególe – natchnieniu, twórczości samej w sobie. Są rzeczy niewymierne. Rozumiesz? Niewymierne… Miłość, natchnienie, twórczość, synestezja – wymykają się szóstkom. Są poza kontrolą. Smutni chłopcy z NSA nie potrafią znaleźć patentu na monitorowanie tak niezwykle ulotnych stanów ducha. Dlatego w naszym cudownym systemie na odrobinę wolności mogą pozwolić sobie jedynie artyści, pisarze, wizjonerzy – wariaci wszelkiej maści. A śpiączka to najlepszy z możliwych kamuflaży. Moi dawni znajomi z hardrockowej tancbudy mogą ze mnie zrobić bazę danych, punkt przerzutowy, bombę zegarową… I nikt się nie domyśli, że może chodzić o jakąś pieprzoną konspirację.

– Emocje są najlepszym szyfrem. Nigdy nie będą wiedzieć, co siedzi w głowie obłąkanego… System lubi zera i jedynki. Nikogo nie interesują fazy przejściowe. A przecież pomiędzy stanem low a stanem high może wydarzyć się wiele fascynujących rzeczy. W tym cała nadzieja. Nasza organizacja wiąże z tym faktem poważne plany. Jesteśmy dla systemu niewidzialni – bo jesteśmy owładnięci emocjami. Przystąpisz do naszej tajnej organizacji? Rozwalimy ten pierdolony Orwellowski grajdołek! Jest tylko jeden warunek – musisz zapaść w śpiączkę albo napisać kolejną wersję współczesnej cyberpunkowej mitologii.

 

20

– Jaka twórczość? Jaka konspiracja? Pojebało cię? Ciesz się życiem! Mogą cię zoperować. Będziesz mógł znowu pracować. Kurwa, nie powiesz mi chyba, że cię to nie kręciło?

– Zawsze chciałem czegoś więcej – mruczę, zaciskając zęby interfejsu ortofonicznego.

– Podpiszesz? – Smutny młodziak z Googla podsuwa mi pod nos kartkę.

Odwracam głowę w stronę okna. Milczę.

– No przecież mówię ci. Ojca pojebało na maksa! Nie chce podpisać. – Rzuca komórką o ścianę. Kto dziś jeszcze używa komórek? Wrodził się we mnie – lubi stare gadżety.

 

21

 

Idę ulicą. Albo raczej – czymś, co przypomina ulicę. Kanion światła i szkła. Wszystko wokół, oprócz czasu – płynie. Mijam ludzkie twarze z szybkością karabinowego pocisku. Bullet-time. Piękna modelka z podrasowaną twarzą Nefertiti, domokrążca ze szpikulcem w ręku, Lovecraft zakochany w mitach Cthulhu. I ty – okryta płaszczem ciemnego, jesiennego wieczoru. Ty i twój zapach.

Nie chcę wracać. Lubię takie melancholijne, chłodne wieczory. Lubię smak twoich ust.

 

22

 

– Stary, mamy zajebisty plan. Rozjebiemy ten system w drobny mak.

– Jakieś szczegóły?

– Jeszcze nie teraz. Prześlemy ci dane bezpośrednio do pamięci długotrwałej, bez pośrednictwa zmysłów. Jutro. Szlifujemy ostateczną wersję.

– A ona? Co z nią? Nie odbierzecie mi jej?

– Stary, to są wasze sprawy. My nie będziemy w to ingerować. Ale mam sugestię: dogadajcie się jakoś, ustalcie coś. Przecież nie można ciągle trwać w takim zawieszeniu.

– Co wam do tego?

– Nic. Ale było pięknie zobaczyć cię znowu wśród żywych.

– Przecież ja żyję.

– Nie chcieliśmy ci tego wcześniej mówić, ale jesteśmy lepsi od naszych prześladowców. Nie będziemy cię oszukiwać. To nie w naszym stylu.

– O co chodzi? Co się stało?

– Ta twoja muza, czy jak ją tam zwiesz… Ona… Odeszła kilka lat temu… Oddzieliła ciało o duszy. Mówią, że dobrowolnie, ale kto tam wie, jak było naprawdę. Rozumiesz… Nigdy nie spotkacie się w realu…To była tylko projekcja… Nabrali cię, stary… Przykro nam… Musieliśmy ci to powiedzieć, żebyś mógł podjąć właściwą decyzję… Jeszcze nie jest za późno. Mamy jedną lukę w kodzie, potrzebujemy kogoś, kto wejdzie do środka i…

– Kiedy mi wgracie te cholerne plany?

– Jutro. Z samego rana… Czyli jednak… Zgadzasz się?

Odwracam głowę w stronę okna. Znów milczę. Milczenie to dobra rzecz. Wtedy można usłyszeć więcej. Można się wsłuchać w swój wewnętrzny głos – daimonion.

 

 

Listopad 2014 / Maj 2017

Koniec

Komentarze

Jacek powraca ze swoimi szóstkami – super. Pamiętam jeszcze „Trzecie niebo” i „Sztukę fugi”, dlatego z dużymi oczekiwaniami przystąpiłem do lektury „Przewijacza dusz”.

I nie zawiodłem się. Znowu w wielu miejscach używasz „info-dumpowego” stylu, który na pewno nie wszystkim przypadnie do gustu, ale jest przemyślany i do mnie osobiście trafia. Właściwie fragmenty z opisem świata przyszłości podobały mi się chyba najbardziej. Opowiadanie przeczytałem jednym tchem, z dużą przyjemnością i jestem pod wrażeniem wizji. Spójna, logiczna i… przygnębiająca. Właśnie taka w mojej opinii jest.

Trochę odleciałeś w trakcie opisywania przeskoków… Tfu, nie trochę… BARDZO odpłynąłeś od rzeczywistości. W pewnym momencie poetyka wymieszana z filozofią aż mnie przytłoczyła, ale doceniam sposób, w jaki udało Ci się przekazać stan bohatera.

Spodobał mi się też sposób pisania – tekst naszpikowany interesującymi zdaniami, połączonymi ciekawym stylem. W niektórych miejscach nie czyta się szybko i łatwo, ale z pewnością tak właśnie miało być.

Jeśli chodzi o odbiór tego opowiadania, pewnie będzie tak jak z „Trzecim niebem” – nie każdego uda Ci się przekonać, ale część czytelników uzna lekturę za szalenie satysfakcjonującą. I ja mam okazję komentować jako pierwsza osoba z tej drugiej grupy czytaczy ;)

A teraz, co mi szkodzi, udaję się do nominowalni.

 

UV Faktor – wysoki.

Ten faktor mi trochę zazgrzytał. Wolałbym przez „c”, albo „współczynnik”, albo po prostu „indeks”/”index”, tak jak to się zazwyczaj określa. Ale może po prostu ja tak mam, że nie zawsze lubię zapis fonetyczny.

 

Zamiast czytnika – zwykły, stary zamek igłowy. My home is my castel.

Castel? ;)

 

Opis, opis! Czy byłem? Chyba tak…

Opis? Niestety kompletnie nie zrozumiałem, co miałeś na myśli…

Dzięki, Perruxie, za poświęcony czas i to, czym się ze mną podzieliłeś w swoim komentarzu. Cieszę się, że pamiętasz moje wcześniejsze teksty. Doceniam ten fakt tym bardziej, że w wodospadzie opowiadań, jakie lądują na tym portalu, zapamiętanie tekstu, który ma trzy, cztery lata graniczy z cudem.

Cieszy mnie również fakt, że czytając mój tekst miałeś z tego frajdę, satysfakcję. To jest dla mnie najważniejsze – dawać rozrywkę na najwyższym poziomie i zawsze z szacunkiem traktować swoich Czytelników. Co do Twoich spostrzeżeń co do nastroju i przekazu – faktycznie ogólny nastrój opka może być nieco przygnębiający, ale mam nadzieję, że motto równoważy ten pejzażowo-literacki spleen i daje nadzieję na to, że główny bohater „Przewijacza Dusz” to bardziej Konrad niż Kordian ; )

Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie.

...always look on the bright side of life ; )

Pamiętam i Ciebie i oba poprzednie teksty – choć nie byłam ich fanką. To opowiadanie wydaje mi się lepsze, ma fabułę a nie jest tylko pretekstem do pokazania świata, ma bohatera, którego historia jest ciekawie pokazana. Jak dla mnie, w pełni zasługuje na bibliotekę.

Pięknie dziękuję. I pozdrawiam :)

...always look on the bright side of life ; )

Nowy tekst z cyklu 3N – dla mnie to coś więcej niż opowiadanie, które przeczytam z przyjemnością. To event.

Wspominając “Trzecie niebo” i “Sztukę fugi”, wrażenie, jakie wywarły na mnie oba teksty, założyłem, że “Przewijacz Dusz” nie zaskoczy mnie formą. Błąd. Jednak proza Jacka przefiltrowana (zdeformowana) przez pamięć, a proza Jacka przyswajana na świeżo, to dwa zupełnie inne światy.

Co mogę Ci powiedzieć, Jacku? Nie chcę się powtarzać – pisać tego, co i tak już wiesz. Co obaj wiemy. Chyba po prostu podziękuję. Za emocje, których dostarczyła mi lektura, oraz za przemyślenia – te, które miałem w jej trakcie, i kolejne, które zapewne wynikną z poprzednich.

Pozdrawiam.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Bardzo dziękuję, BogusławieEryku. Cóż można napisać po takim komentarzu? Cieszę się bardzo, że mogłem zorganizować kolejny event – i że zawartość owego eventu jest dla Ciebie satysfakcjonująca. Raduje mnie Twoja opinia tym bardziej, że zabierasz głos nie tylko jako wyrobiony Czytelnik ale także – a może przede wszystkim – jako bardzo dobrze zapowiadający się Pisarz. Pozdrawiam serdecznie.

...always look on the bright side of life ; )

Hmmm. Początek bardzo mi się spodobał – rzadkie połączenie cyberpunku i poetyki.

Ale w końcu poetyka zaczęła mnie nużyć i przytłaczać. Świadomość coraz oporniej przebijała się przez rozbudowane frazy, aż wreszcie przestałam rozumieć, o co biega. Niekiedy nawet – kto wypowiada którą kwestię w dialogu. Jak dla mnie – za mało zbawczych konkretów, za dużo ględzenia o ukochanej.

Masz trochę literówek.

Dlaczego “happyness” a nie “happiness”?

Pancerne, dźwiękoszczelne szyby skutecznie oddzielają od rzeźkiego chaosu nowojorskiej ulicy

Ten “rzeźki” to pendant do “happynessu”? ;-)

Babska logika rządzi!

Dobre.

Opisujesz futurystyczny świat przy pomocy oniryczno-poetyckich wizji, a to wymaga kunsztu i wyczucia. Łatwo odlecieć w kompletny bełkot. I muszę przyznać, iż przez chwilę wydawało mi się, że to właśnie ci się przytrafiło. Ale nie. Końcówka sprawiła, że wszystko wskoczyło na właściwe miejsce.

Podoba mi się mickiewiczowska rola przewodnia poezji. Sposob na obejście systemu. Podoba mi się to, że idziesz na całość – nanoimplanty w twoim świecie nie są tylko czymś w rodzaju stałego łącza internetowego, tudzież pozwalają użytkownikowi na wykonywanie w pamięci skomplikowanych obliczeń – zakładasz, że zastosowanie takiej technologii windowałoby umysły na zupełnie inny poziom świadomości i postrzegania świata, właściwie niezrozumiały z naszej perspektywy. Znowu – próba przedstawienia czegoś takiego, bez pitolenia bez sensu, to nie lada sztuka.

No i fajna jest też pewna staromodność bohatera, tęsknota za tym, co realne, a przynajmniej próba odróżnienia rzeczywistości od wirtualu. Myślę, że przytłaczająca większość ludzi w twoim świecie nie widziałaby różnicy. A jeśli nawet, to nic by ich to nie obchodziło. Bo jeśli coś można postrzegać… Eee, wystarczy o tym, bo zaraz wyjedzie mi tu Berkeley, a nie lubię dziada…

Również pamiętam Trzecie niebo i ten drugi tekst, o kafelkowaniu. Przewijacz dusz nie zawodzi w tym zestawieniu. Kawał dobrej, wizjonerskiej fantastyki.

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

@Finkla: Dziękuję, Finklo, za komentarz. Cieszę się, że poświęciłaś czas na przeczytanie „Przewijacza dusz”. Należę do tych twórców, którzy lubią ustawiać wysoko fabularną poprzeczkę w swoich tekstach; wynika to z szacunku dla Czytelnika – z wiary, że odczyta i zrozumie odniesienia i motywy umieszczone w tekście. I jak widzisz po komentarzach powyżej/poniżej, czasami się to udaje ; ) Ale przyjmuję do wiadomości Twój punkt widzenia.

Założyłem sobie, że struktura opowiadania ma przypominać strukturę partii szachów – niby obydwie strony widzą figury, wszystkie możliwe posunięcia, ale ostateczny obraz gry zazwyczaj jest ukryty i ukazuje się dopiero pod koniec partii.

 

@Thargone: „Podoba mi się mickiewiczowska rola przewodnia poezji…”. O tak, to ważne w tym opowiadaniu! Dobrze, że zwróciłeś na to uwagę. Uważam, że rola bohatera romantycznego w literaturze popularnej jest niezwykle istotna. Zwróć uwagę, drogi Thargone: te wszystkie Batmany, SpiderMany, Wolveriny – to przecież nic innego jak unowocześnione kreacje bohaterów romantycznych. Cała współczesna popkultura czerpie z tego wzoru – i robi na tym potężne pieniądze. Ale, pomijając wątek finansowy, właśnie stąd Ameryka czerpie wiarę w siłę swojego państwa, z przekonania że to jednostka (a nie masa) ma w sobie potencjał decydujący o rozwoju cywilizacji. W ogóle, jest to temat na dłuższą pogaduchę…

 

„…zakładasz, że zastosowanie takiej technologii windowałoby umysły na zupełnie inny poziom świadomości i postrzegania świata, właściwie niezrozumiały z naszej perspektywy” – dokładnie tak. Człowiek średniowiecza nie zrozumiałby świata, w którym my żyjemy. Ale emocje, uczucia, ambicje, “poetyka ludzkich zachowań” są wciąż takie same. Dlatego można pisać o świecie 3N, nie zatracając się w jakimś pseudonaukowym bełkocie.

 

„…fajna jest też pewna staromodność bohatera…” – owa staromodność ma stanowić wspólny mianownik dla świata 3N i naszego. I jest jak najbardziej zamierzona. Czytelnik musi mieć jakiś punkt odniesienia, wtedy lepiej wczuwa się w świat, bo ma porównanie co jest podobne a co inne.

 

Cieszę się, że mogłeś się ze mną podzielić swoimi uwagami o tekście. A najbardziej ucieszył mnie fakt, że pamiętasz jeszcze mój tekst o kafelkowaniu! Uśmiałem się z tego określenia – bardzo. Dzięki za poprawienie humoru i czas poświęcony przy przewijaniu. Wiadomo: kafelkowanie, przewijanie – to robota dla prawdziwych mężczyzn. Pozdrawiam serdecznie : )

...always look on the bright side of life ; )

Opowiadanie nasuwa mi skojarzenia z podręcznikiem podstawowym Cyberpunka 2020. Z jednej strony – niektóre fragmenty są tak bardzo poetyckie i tak bardzo klimatyczne (jak właśnie ten początek), że chciałem, by trwały jak najdłużej. Inne z kolei się wloką, jak ten opis sytuacji geopolitycznej. Najbardziej spodobał mi się opis relacji bohatera i Helen – trochę poezji, trochę technologi, sporo opisów przeżyć wewnętrznych. Pod koniec miałem wrażenie, że przyspieszyłeś z fabułą w tekście. Stąd na koniec miałem poczucie takiej nierówności – najpierw spokojnie i powoli, a potem coraz szybciej, szybciej, szybciej… :)

Podsumowując: podobało się, choć trochę nierówno rozłożone tempo. Ale w niektórych momentach czułem bardzo mocny klimat cyberpunka :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

To skojarzenie z podręcznikiem podstawowym Cyberpunka 2020 – bardzo ciekawe. Co prawda, nie miałem okazji się z nim bliżej zapoznać, ale wiem z grubsza, o co chodzi. Z podręczników RPG mam Wolsunga; powiem szczerze, lubię do niego od czasu do czasu zaglądać. Ilość pomysłów i niemal gotowych fabuł w tym podręczniku po prostu poraża (podobnie jak i sama objętość tej zacnej księgi). A jeśli już mówimy o klimatach powiązanych z grami, to jestem fanem Netrunnera LCG – gry karcianej. Na rynku polskim Netrunner niestety przyjął się średnio, natomiast w Stanach jest rozchwytywany – i słusznie, bo to jeden z najlepszych systemów karcianych, w jaki miałem okazję mącić. Czekam też na konsolową wersję Cyberpunka 2077 – podobno ma przebić Wiedźmina. No, zobaczymy.

Pozdrawiam i dziękuję za nominację do Biblioteki.

...always look on the bright side of life ; )

Kawał dobrej literatury, Jacku, co w twoim wydaniu wcale nie dziwi. Wszak Jacek001 to jakość sama w sobie;)  Bardzo się cieszę, że cykl 3N doczekal się kolejnego opowiadania i mam nadzieję, że na tym nie koniec.  Wykreowales świetną i unikatową  wizję świata, którego potencjał jak widać rośnie w siłę i otwiera coraz to nowe futurystyczne wrota.  Co jeszcze za nimi się kryje i czym zaskoczy czytelnika? Tego nie wie chyba nawet sam autor;) Po "Sztuce fugi", która jest moim number 1, ten tekst  jest pretendentem do grona ulubieńców:) Udane zestawienie sf i poetyki nacechowane barwnie odmalowanymi emocjami. A dodatkowo przesłanie tekstu pięknie koresponduje z zamieszczonym we wstępie mickiewiczowskim cytatem. Podsumowując,  biblioteka w pełni zasłużona:)

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Ponieważ Przewijacz Dusz opowiada o sprawach leżących daleko poza granicami moich zainteresowań i nie ukrywam, że również poza możliwościami należytego ich rozumienia, a także dlatego, że sposób przedstawienia całej historii, jakkolwiek kunsztowny, okazał się dla mnie mało czytelny, niestety, nie dołączę do grupy zadowolonych z lektury. :(

 

jesz­cze le­piej niż u cie­bie i całej tej two­jej za­sra­nej kor­po­ra­cji) . – Zbędna spacja przed kropką.

 

który ist­nie­je tylko w wy­obraź­ni. Resz­ta jest tylko szu­mem tła… – Czy to celowe powtórzenie?

 

Na­wi­ną­łem na nad­gar­stek kor­do­nek czer­wo­nej nitki… – Ponieważ kordonek jest nitką, rozumiem że nawinął na nadgarstek nitkę czerwonej nitki… ;-)

 

bez bo­ha­te­rów pierw­szo i dru­go­pla­no­wych… – …bez bo­ha­te­rów pierw­szo- i dru­go­pla­no­wych

 

Od kiedy wię­cej sie­dzi­my w wir­tu­alu, realu stał się tylko tłem… – Pewnie miało być: Od kiedy wię­cej sie­dzi­my w wir­tu­alu, real stał się tylko tłem

 

Par­ku­je na dachu. – Literówka.

 

Je­dy­na rzecz, którą na­uczy­ła mnie Kor­po­ra­cja: czas to pie­niądz.Je­dy­na rzecz, której na­uczy­ła mnie Kor­po­ra­cja: czas to pie­niądz.

 

ka­mu­flu­ją­cy swoje pro­fi­le wy­myśl­ne do­bra­ny­mi ubra­nia­mi… – Literówka.

 

Cięż­ko od­róż­nić…Trudno od­róż­nić

 

Pi­na­ko­te­ka kart­ku­je z osza­ła­mia­ją­cą pręd­ko­ścią ja­sno-błę­kit­ne karty wspo­mnień.ja­snobłę­kit­ne karty wspo­mnień.

 

Poza tym – moja skóra jest… ala­ba­stro­wa. Nie muszę jej de­pi­lo­wać. – Czy depiluje się skórę, czy może raczej zbędne owłosienie?

 

ale warto by­ło­by za­py­tać go o de­cy­zję.. – Jeśli miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, jest o jedną kropkę za mało.

 

To w nie w na­szym stylu. – Dwa grzybki w barszczyku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@wiwi: Bardzo dziękuję za komentarz i nominację. “Co jeszcze za nimi się kryje i czym zaskoczy czytelnika? Tego nie wie chyba nawet sam autor;)“. Zgadzam się w całej rozciągłości :) Ale to bardzo dobrze. Lubię, od czasu do czasu, zaskakiwać samego siebie.

@regulatorzy: Dzięki za łapankę, wychwycenie tego i owego. A co do recepcji tekstu: no cóż, każdy lubi co innego. Czasami te gusta się zbiegają, czasami nie. Mogę Cię jedynie zapewnić, że „Przewijacza dusz” da się zrozumieć – inaczej bym go nie pisał : )

...always look on the bright side of life ; )

Jacku, wierzę w Twoje zapewnienia, ale cóż, masz też rację w sprawie gustów – nie zbiegły się. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jacku, przeczytałem Twoje opowiadanie z największą przyjemnością. 

 

Zachęciłeś mnie przedmową. Nie zmieściłeś się w limicie znaków? Dla mnie super. Znaczy, że miałeś dużo do przekazania. 

 

Po lekturze stwierdzam, że nie jestem pewien czy zrozumiałem treść właściwie. Sądzę, że tak. Chciałbym pochwalić wyjątkowo barwny i klimatyczny język. Był chyba największym atutem w odbiorze całości. Cieszyły mnie różne filozoficzne wstawki. 

 

Kawał dobrej roboty. 

 

Dziękuję i pozdrawiam. 

Ciężko mi ocenić Twój tekst. Jest niewątpliwie świetnie, wciągająco, atrakcyjnie dla jaźni napisany. Dojechałem grubo za połowę, gdy zaczęła mi się zapalać maleńka lampka “no, to może tak trochę fabułki dla odmiany?”. Trochę się jej potem pojawia – choć wciąż przytłoczona jest nieco samą językową otoczką - i chcę wierzyć, że wszystko jest przemyślane, układa się w puzzle równie piękne, jak język, a jednak w okolicach ¾ tekstu mnie zgubiłeś…

Nie wiem tak naprawdę, o co walczył bohater i co osiągnął. Nie zrozumiałem jego motywacji (acz rozumiem, dlaczego chciał zostać tam, gdzie był). Może gdybym przeczytał jeszcze raz, wszystko by się wyklarowało, ale to nie jest tak, że zabrakło mi jednej informacji, mam takie uczucie, jak w trakcie rozmowy w jednym z języków, które znam gorzej – niby wiem, co zostało powiedzane, a jednak nie umiem oprzeć się wrażeniu, że właściwy sens gdzieś mi umknął. Może dogłębna analiza każdego ze zdań rozwiązałaby ten problem, tylko widzisz… troszkę mi się nie chce jej przeprowadzać.

Mam nadzieję, że mi wybaczysz.

Za warstwę językową, strukturę, płynność – 5.5. 

@Łukasz Kuliński: Dzięki za czas poświęcony na przeczytanie opowiadania. Pozdrawiam serdecznie.

@varg: Wybaczam : ) Oczywiście, że wybaczam : ) Spoilerować na razie nie będę. Dodam tylko, że cel i motywacje głównego bohatera wbrew pozorom nie są aż tak bardzo ukryte (por. motto). No cóż, czasami pod latarnią najciemniej ; ) Pozdrawiam.

...always look on the bright side of life ; )

Tak sobie myślę, co ja myślę o tym opowiadaniu.

 

Podobać się podobało. A przecież nawet nie o to w tym tekście chodzi. Widać, że jest nastawiony na skłonienie czytelnika do refleksji i między wierszami, a nawet w ich środku, zahacza o ważne zagadnienia. Tak więc lektura Twojego tekstu to z pewnością ubogacające doświadczenie, a przy tym wszystkim przyjemne. Z tego powodu trochę głupio wyskakiwać mi z moim “największym” zarzutem. Ale na pocieszenie dodam, że pochwały będą niżej ;)

 

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że całość jest trochę nieestetyczna. Chyba Finkla też pisała o happynes, gdzieś tam w tekście było jeszcze seksy, ale już nawet zostawiając te nieco dziwnie zapisane słówka, kursywa w środku tekstu jakoś wybijała mnie z rytmu i kontrastowała z tymi pogrubionymi cyferkami z boku. Ale ja już tak mam, że czasem to mi nawet pogrubiona czcionka niesamowicie brzydką się wyda… ;)

 

Spodobał mi się opis domu na klifie i porównanie miasta (? ← pytajnik, bo mogę się mylić z racji, że czytałam kilka dni temu ;)) do nowotworowego bąbla. A tak w ogóle jak zerknęłam do tekstu po raz drugi to dużo w nim ładnych zdań :) Czasem może nawet za dużo, bo przez te opisy nieco rozmywa się fabuła. Nie od razu wciągnęła mnie historia. Całe szczęście, zrobiły to za nią ładne fragmenciki, ale z niektórymi możesz nie mieć tyle szczęścia ;)

 

Wydaje mi się, że wszystko zrozumiałam, ale rozumiem, że o tych szóstkach jest trochę więcej w innych opowiadaniach ;) Końcówka ładna, ale nie jakaś nieprzewidywalna ;) Spokojnie rozegrana, zgrana z wcześniej wspomnianymi jesiennymi wieczorami :)

 

Romantyczny bohater żyjący wspomnieniami. I ten przewijacz dusz, dzięki któremu może wracać do swojej ukochanej… Co mogę powiedzieć więcej, poza tym, że kiedy zaglądam z powrotem do tekstu, z przyjemnością zapadam się w nim po raz drugi :) Nie powiem: nie wyczekuj następnego komentarza ;))

 

Udanie oddana relacja ojca z synem i autoocena bohatera w tak króciutkim wycinku:

 

Kto dziś jeszcze używa komórek? Wrodził się we mnie – lubi stare gadżety.

Wydaje mi się, że rodzice lubią się tak zadumać nad własnymi pociechami i odnajdywać w nich samych siebie. To takie… rodzicielskie :)

 

To już sobie przynajmniej nie muszę myśleć, co myśleć o tym tekście ;)

Dzięki za obszerny komentarz i nominację do najlepszego opka miesiąca.

Widzę, że Przewijacz Dusz wywarł na Tobie spore wrażenie : )  

Co do kursywy w tekście – uważam, że jest potrzebna. Widzisz, to trochę jak kolejne warstwy farby na płótnie malarskim: te warstwy odróżniają się fakturą, kolorem – przez co lepiej oddają poczucie przestrzeni, głębi. W podobny sposób w swoich opowiadaniach staram się nakładać kolejne warstwy tekstu…

Ten bąbel z opowiadania to jedna z dzielnic NY – doki portowe zamienione w gigantyczną fabrykę produkującą układy scalone szóstej generacji. Natomiast cały Nowy York znajduje się jeszcze pod większą i potężniejszą kopułą chroniącą przed morderczymi promieniami Słońca, zwaną krzemosferą.

Fajnie, że wracasz do tekstu po jakimś czasie. Właśnie to jest najciekawsze i zarazem najbardziej cieszące Autora: oto Czytelnik (Czytelniczka!) wraca do tekstu, smakuje go po raz kolejny, odnajdując w nim kolejne ukryte niuanse, znaczenia. Przypuszczam, że Przewijacz Dusz należy właśnie do takich tekstów, które warto przeczytać dwukrotnie – bo wtedy po prostu więcej widać, całość układa się w spójną, wielowymiarową historię. I powiem nieskromnie, że właśnie takie opowiadania chcę pisać – taki styl mi chyba najbardziej odpowiada.

Jeszcze raz dzięki za czas poświęcony na czytanie i komentarz. Pozdrawiam serdecznie :)

...always look on the bright side of life ; )

– Jeszcze lepiej (w sensie: jeszcze lepiej niż u ciebie i całej tej twojej zasranej korporacji) .” – Zbędna spacja przed kropką.

 

“Ale[-,] komu dziś zależy na prawdzie?“

 

“Ważne jest, na kogo zagłosujesz w przyszłych wyborach[-,] albo jaki smartfon kupisz za dwa tygodnie.“

 

“Super bohater czy szaleniec?“ – Superbohater łącznie.

 

“Zafiksowani, zaprogramowani na świat, który istnieje tylko w wyobraźni. Reszta jest tylko szumem tła…”

 

“bez bohaterów pierwszo– i drugoplanowych“ → pierwszo-

 

“Ale kogo dziś obchodzi jakiś tam prehistorycznym Hipokrates?“ – prehistoryczny

 

“Steva Jobs`a“ → Steve’a Jobsa

 

“Chciałem mieć lepszy widok[-,] na to[+,] co się dzieje.“

 

“całą tę bandę od HRu, PRu“ → HR-u, PR-u

 

“Człowieku, jesteś za zdolny na takie nie-wiadomo-co! – tTeatralnie uderza otwartą dłonią w stół, jednocześnie przesuwając notes w moją stronę.“

 

Miejscami stosujesz bardzo długie akapity – niewygodne, nużące bloki tekstu.

 

“makeup’ami“ → make-upami

 

“zafiksowani na swoje wynaturzone alter ego“ → zafiksowany na czymś, a nie na co

 

“hardwere’u“ – hardware’u

 

“To nie holo[-,] ani jakaś podrasowana słodko-kwaśnym melanżem chemia.“

 

“Tak jak dobra książka[-,] albo obraz starego mistrza.“

 

Raz jest BioSieć, potem bioSieć?

 

“– NSA? Mną? – Udaje jak mogę najlepiej.“ → Udaję

 

“to skąd te drobne żyłki rys na marmurowych licach? W kamieniu pojawiają się cienkie, misterne żyłki  pęknięć…“ – poza powtórzeniem zbędna spacja przed “pęknięć”.

 

“teraz już coraz trudniej odróżnić[-,] jedno istnienie od drugiego.“

 

“Mgła wizji przelewa się krwawo-świetlistymi językami peregryzji wokół mojego holo.“ – CO to jest peregryzja…?

 

“Holografy jaźni karmią mnie tysiącami nowych skojarzeń.  Jesteś na drugim końcu świata“ – Zbędna spacja po kropce

 

Wiem, że to dialog, ale nie “z małej litery”, tylko “małą literą” ;)

 

“Loguje się do jednego z najbardziej strzeżonych serwerów na tej pierdolonej półkuli.“ – Loguję?

 

“Nie widziałem cię nigdy lepiej niż teraz. Kiedy patrzę na Twoje ciało składające się z miliardów świetliście lśniących atomów“ – No to małą literą czy wielką? Nie tylko w tym miejscu jest różnica.

 

“tworząc galaktyki  połączeń“ – zbędna spacja

 

“Jestem już środku, czy jeszcze na zewnątrz?“ – brakuje w

 

Po jakimś czasie zaczyna nużyć (przynajmniej mnie) nadmiar zdań z “–”. Zbyt wiele konstrukcji tego typu.

 

Muszę zrobić przerwę, postaram się doczytać do końca jutro.

 

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

“Za[-,] mniej więcej pięć, sześć lat. Więc[-,] nie ma się czym przejmować.”

 

“Fascynacja – bardzo wredne uczucie. To stan, w którym myślisz, że nie możesz bez kogoś żyć. Tymczasem – możesz. To oczywiste. Tylko – boisz się sprawdzić.“

To, o czym wspominałam wyżej, nagromadzenie półpauz. Trzy na bardzo krótkim odcinku. Sygnalizuję, że mnie jako czytelnika to drażni.

 

“…musisz się zapaść w śpiączkę[-,] albo napisać kolejną wersję współczesnej cyberpunkowej mitologii.“

 

“–Jaka twórczość?“ – brak spacji po półpauzie.

 

“– Podpiszesz? – sSmutny młodziak z Googla podsuwa mi pod nos kartkę.“

 

“Ale mam sugestie: dogadajcie się jakoś, ustalcie coś.“ – Sugestię

 

“Mamy jedną lukę w kodzie, potrzebujemy kogoś[+,] kto wejdzie do środka i…“

 

 

Okej, skończyłam. Muszę się zastanowić, bo opowiadanie zdecydowanie jest nie w moim stylu. Za dużo tu jak dla mnie lekkiego chaosu i filozoficznych przemyśleń bohatera, moim zdaniem tekst tylko zyskałby na ich skróceniu (bo w sumie stanowią większość opowiadania), po pewnym czasie stają się nużące i odnosiłam wrażenie, że powtarzasz w kółko to samo. Ale ogólnie sama idea “przewijania” interesująca.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki za profesjonalną korektę tekstu. Kawał dobrej roboty. Pozdrawiam : )

...always look on the bright side of life ; )

Oj, przestań, bo się zarumienię ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przeczytałem. Podoba mi się pomysł i kilka rozkminek filozoficznych – jak ta o FB. Nie znam poprzednich części, ale nie wiem czy zmieniłyby mój odbiór opowiadania. Napisane zacnie, ale ta proza, z pewnością wysokich lotów, rozmija się całkowicie z moją percepcją. Ciao!

– “Nie znam poprzednich części, ale nie wiem czy zmieniłyby mój odbiór opowiadania”.

– Niekoniecznie. Przewijacz był pisany w taki sposób, aby Czytelnicy, którzy nie znają poprzednich opowiadań mogli wejść w jego świat i fabułę bez żadnej gry wstępnej ; )

Dzięki, że przeczytałeś. Na tym portalu czytanie opowiadań powyżej 15K znaków to niemały wyczyn. Pozdrawiam zatem podwójnie :)

...always look on the bright side of life ; )

Posiadasz zapach, smak, wagę i gęstość

Masę! Chyba że siedziała tam z wagą pod pachą. ;)

 

Zwróciłem również uwagę, że jesteś niekonsekwentny w używaniu obcojęzycznych nazw – raz używasz wersji spolszczonych, raz oryginalnych. Myślę, że lepiej byłoby wybrać którąś z nich, zamiast tak przeskakiwać.

 

Jeśli chodzi o treść, to kreacja świata jest imponująca, zachwycająca rozmachem, wreszcie niepokojąca. Chociaż tekst jest rasowym SF, to napisano go stylem na tyle przystępnym, że czytanie nie było męką – a widziałem tutaj już wielokrotnie twórców tego gatunku, którzy jakby chcieli popisać się wiedzą czy zasobem słów i wręcz bombardowali czytelników zdaniami-potworkami, które ciężko było zrozumieć. To zawęża grono odbiorców, a Ty zadbałeś, by było ono w miarę szerokie. Styl mnie zachwycił, jest bardzo profesjonalny i widziałbym książki napisane w ten sposób.

Jedyne, co mi przeszkadza, to historia. Jest zaledwie tłem dla niesamowitego świata, a powinno być chyba na odwrót lub chociaż proporcje powinny być między nimi wyrównane. Pierwsze trzy rozdziały to nic innego jak wstęp, potem nawet jeśli wprowadzasz jakąś akcję, to nagle przerywa ją cały rozdział tylko z informacjami. To mogłoby być opowiadanie idealne, gdyby nie natężenie infodumpów, które choć całkiem ciekawe, psują rytm, psują napięcie.

Pozdrawiam!

Dzięki za merytoryczny komentarz.

Istotnie stworzyłem uniwersum, które lubi rozpychać się łokciami ; ) I za każdym razem, kiedy siadam do pisania kolejnego tekstu z serii 3N, zaskakuje mnie fakt, że ów świat otwiera się przede mną na nowe, często nieoczekiwane dla mnie sposoby. Być może stąd wynikają pewne drobne niekonsekwencje stylistyczne, biorą się one z dynamicznego rozwoju „dekoracji świata”, które – trochę jak w Photoshopie – nakładają na mapę tekstu kolejne warstwy trójwymiarowych, sugestywnych layoutów. Bardzo lubię mieszać gatunki, style, szkoły literackie… Ostatnio myślę o przeniesieniu do moich opowiadań konwencji komiksowej (tak, da się to zrobić!). Dlatego możesz spodziewać się wielu ciekawych eksperymentów i modów związanych ze światem 3N. Jedno, co w tym momencie jest pewne, to fakt, że szóstki pracują na zwiększonych obrotach i już niebawem zasiądę do pisania czegoś znacznie większego niż opowiadanie. Fakt, pomysłów mi nie brakuje – a wszystko zmierza w kierunku takiego właśnie stylu, jaki w tym opowiadaniu wybił się na niepodległość. Pozdrawiam i dziękuję raz jeszcze za ciekawy komentarz, który z całą pewnością pomoże mi w szlifowaniu mojego pisarskiego warsztatu. Najważniejsze, że pomogłeś mi lepiej zrozumieć mechanikę opowiadania. To bezcenna wiedza.

...always look on the bright side of life ; )

Przyznaję, że podchodziłam do tekstu ze trzy razy. Ciężko mi było przebrnąć przez początek. A może potrzebowałam do tego właściwego dnia i nastroju? Dzisiaj się udało. Im dalej w tekst, tym bardziej mnie wciągał i fascynował. Może tylko przy przeskokach się nieco pogubiłam. Sposób, w jaki napisałeś ten tekst, mimo że najeżony rodzajem słownictwa, za którym nie przepadam (headline’y, targety itp.), jednak mnie kupił. Narracja wydaje mi się naturalna i wpasowana w świat bohatera. 

A jak już o bohaterze mowa, to trochę mi zabrakło jakiejś konkretniejszej, lepiej zarysowanej akcji. Rozmywa mi się ona pod zalewem rozważań i słowotoku narratora. 

W oczy rzucił mi się dwojaki zapis liczebników. Raz piszesz je słownie, raz cyframi – czy to zamierzone? Bo jakoś bardziej wygląda jak dla mnie na zwykłą niekonsekwencję. Najbardziej mnie to uderzyło w tym miejscu: Środek astronomicznej zimy. 6 stycznia. 71 stopni Fahrenheita. Wilgotność 19 procent. A w innym miejscu procenty zapisujesz słownie… 

 

Zdecydowanie muszę nadrobić inne Twoje opowiadania. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Tekst doceniam, choć nie jest to opowiadanie dla mnie. Filozoficzne rozmyślania i poetyckość, choć robi wrażenie, równocześnie mnie przytłoczyła.

@śniąca: Dzięki za pozytywny komentarz. Przyjrzę się bliżej tym liczebnikom : ) A do innych tekstów z serii 3N serdecznie namawiam, bo warto ; )

@ zygfryd89: Dla każdego co innego miłe sercu. Specyficzne są te moje teksty – przyznaję ; ) Lubię mieć swój styl, ściślej pisząc – lubię tworzyć style od podstaw, mieszać konwencje. To mnie po prostu kręci, fascynuje. Pzdr.

...always look on the bright side of life ; )

potrzeb.  Mam 

Podwójna spacja

 

Wszyscy pracuję na zlecenia

Literówka 

 

undegrandowych

To ani po polsku ani po angielsku. Seksy też wygląda tak sobie. 

 

peregryzja

Przepraszam za ignorancję, ale co to jest peregryzja? Ma jakiś związek z szarymi kamieniami? W Google pojawia mi się jeden raz, w tym tekście. Joseheim tez o to pytała, nie wiem, czy ten wyraz musi pozostać tajny?

 

wszystko straciło na znaczeniu, wywróciło się na w ułamku chwili jak wieża z kart.

Miało być “na w ułamku chwili” czy “w ułamku chwili”?

 

Może coś mi umknęło, ale wydaje mi się, że tam gdzie piszesz o osobowości prawnej masz na myśli zdolność do czynności prawnych. To nie to samo.

 

Poziom oceanów podniósł się o niecałe półtora metra. Niby mało, a jednak

Nieco zszokował mnie opis następujący po tym zdaniu. Napisałeś o Indochinach pod wodą. Zachęcam do rzucenia okiem na mapę obrazującą, jakie tereny znajdą się pod wodą w miarę podnoszenia się poziomu oceanów. 

http://geology.com/sea-level-rise/

 

Przewijacza Dusz przeczytałem dwukrotnie i muszę przyznać, że mamy nieco inne podejście do czytania, bo ja cenię sobie teksty, które wystarczy przeczytać raz : ).

W jednym z komentarzy napisałeś “stworzyłem uniwersum, które lubi rozpychać się łokciami”. W moim odczuciu Przewijacz Dusz po pierwsze jest zbyt chaotyczny, w swej pełnej przeskoków formie, a po drugie przeładowany informacjami o świecie przedstawionym do tego stopnia, że czytelnik może zgubić fabułę. Doskonale rozumiem pokusę, by dać swojemu uniwersum nieco się rozepchnąć i myślę, że wielu twórców fantastyki odczuwa ją bardzo mocno, ale trzeba umieć nad nią zapanować. A może przerzucić pomysł z opowiadania na powieść, która pozwoli pomieścić wszystkie pomysły : ) ?

To nie znaczy, że opowiadanie nie ma zalet. Przeciwnie, połączenie poetyki z cyberpunkiem wydało mi się równie ładne, co świeże i oryginalne, choć po jakimś czasie zaczęło mnie nużyć, tak jak Finklę, a strumień świadomości głównego bohatera trochę przytłaczał.

W żadnym wypadku nie uważam czasu poświęconego na lekturę za stracony, ale daleko mi od zachwytu niektórych odbiorców. Zaznaczam też, że nie czytałem poprzednich tekstów związanych z szóstkami, być może gdybym był mocniej wciągnięty w ten świat, chętniej przymknąłbym oko na to i owo.

 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki za przeczytanie (dwukrotne!) mojego tekstu. Lubię wnikliwych Czytelników, szczególnie tych, którzy poświęcają swój cenny czas, żeby z zegarmistrzowską precyzją szukać w tekście choćby drobnych nieścisłości ; )

Co mogłem – poprawiłem. Co do Indochin zgoda. Wywaliłem je z tekstu : ) A peregryzje zamieniłem na lśnienia. Z podobną brutalnością potraktowałem podwójną spację ; )

Piszesz, że cenisz sobie teksty, które wystarczy przeczytać jeden raz. Ja przeciwnie: uwielbiam teksty, które po drugim rozczytaniu ujawniają kolejne smaczki i warstwy znaczeń. To sygnał, że tekst jest wielowymiarowy, że posiada wiele odniesień, które warto uważniej prześledzić. Oczywiście tekst musi mnie zachęcić do ponownej lektury, nie chodzi przecież o to, aby czytać każde, choćby najbardziej bzdurne historie po dwa razy.

Co do chaotyczności, zapewniam Cię, że go w tym tekście nie ma. Tak po prostu pisze się nowoczesną literaturę. O podobnej dozie „chaotyczności” możemy rozmawiać odwołując się do prozy Dukaja, Gombrowicza czy Joyce'a. Nie wszystko musi być powiedziane wprost, linearnie, w bezpośrednim związku przyczynowo-skutkowym – na tym właśnie polega siła nowoczesnej literatury. Miks poezji z prozą będzie z założenia wieloznaczny, choć nie należy go mylić z chaotycznością; w moich opowiadaniach silnik fabuły zawsze nasmarowany jest gęstym olejem przyczyny i skutku.

Co do pomysłu, aby napisać książkę na podstawie tych moich opowieści – jest on świetny, nawet już powoli acz systematycznie wdrażany w życie : )

Cóż, Przewijacz Dusz jest po prostu przeznaczony dla bardziej wyrobionych Czytelników, którzy szukają czegoś więcej niż kolejnej odsłony opowieści o papierowym bohaterze, który z punktu A przechodzi bez szwanku do punktu B. Nie musi się wszystkim podobać to opowiadanie – to oczywiste. Ale nie ma w nim przypadku – o tym mogę, jako Autor, gorąco zapewnić. Pzdr.

...always look on the bright side of life ; )

Powodzenia!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Od początku urzekł mnie język i gęste, piękne opisy. Był moment, kiedy zaczęłam się obawiać przerostu formy nad treścią, ale ta obawa szybko zniknęła, bo po pierwsze formę samą w sobie bardzo sobie cenię, a po drugie, treści w tym wszystkim jest bardzo dużo, choć fabuły może nie, ale i tej ostatniej się dopatrzyłam. Fakt, nie jest to opowiadanie linearne, narracja nie prowadzi za rękę i w ogóle nie stawia sobie takiego zadania. Zamiast tego po prostu zachwyca i daje się poczuć.  Co więcej, ta niejednoznaczność i obrana przez Ciebie forma współgra z przekazem. Tekst o poezji nie może być przecież jej pozbawiony. Mnie się bardzo podobało.

Serdeczne dzięki za ciepłe przyjęcie tekstu. Pozdrawiam : )

...always look on the bright side of life ; )

Sorry, Winnetou, byłam na nie.

Odbijam się od poezji w takim stężeniu. Ja i tekst do tego stopnia nie pasujemy do siebie, że nie mogłam sobie przypomnieć, o czym jest opowiadanie, nawet mimo przejrzenia. Podejrzewam, że może tu gdzieś być złoty samorodek pomysłu, ale przywalony tonami górnolotnego piachu.

Babska logika rządzi!

Dzięki za szczerość. Doceniam to.

Pozdrawiam Twój sadystycznie zdroworozsądkowy punkt widzenia ; )

...always look on the bright side of life ; )

Eeee, starałam się to sformułować jak najdelikatniej. :-/ Całkiem możliwe, że problem leży we mnie, a tekst jest wspaniały. No, ale to nie moja góra wspaniałości.

Też pozdrawiam. :-)

Babska logika rządzi!

Jacku, wybacz, ale ni cholery nie wiem, o czym jest to opowiadanie. To znaczy za fabułą nadążałem w miarę, ale nie zmienia to faktu, że nie mam pojęcia, o czym chciałeś opowiedzieć w tym tekście. Ba, nie wiem nawet, czym jest ten cały przewijacz dusz i na jakiej działa zasadzie. Mogę się mylić, bo czytanie niniejszego dzieła do łatwych nie należało, ale wydaje mi się, że nawet Tobie umknęła gdzieś koncepcja tego tworu, bo chyba zwyczajnie nie rozwinąłeś tematu.

Poza tym, jakkolwiek ostry poetycki flow narracyjny niespecjalni mi przeszkadzał – chwilami wręcz odwrotnie – to jednak opowieść, którą poprzez ten flow snujesz zwyczajnie (albo i nadzwyczajnie) mnie wynudziła. Będzie to trochę krzywdzące, niemniej w głowie zakodowało mi się, że jest to po prostu ledwie dające się zrozumieć smęcenie jakiegoś nerda, który zakochał się… w czymś co mogłoby być, ale niekoniecznie jest, fajną dziewczyną. W tle dystopia i jakaś rebelia. A wszystko absolutnie nie wzbudzające mojego zainteresowania. Przykro mi.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

No cóż, Cieniu, jeśli się chce obiektywnie oceniać jakiś tekst, trzeba oddzielić swoje subiektywne upodobania i gusta od obiektywnej wiedzy o budowie dzieła literackiego, gatunkach, motywach, chwytach literackich itd, itp. To jest według mnie, problem sporej grupy lożowników, którzy oceniają teksty pozytywnie wtedy i tylko wtedy, kiedy opowiadanie trafia w ich prywatne gusta. Przy ocenie tekstów nominowanych chodzi o coś więcej niż stwierdzenie w stylu “tekst mi się nie spodobał”, albo (jeszcze ciekawsza wersja) “nie zrozumiałam, o czym to jest”. To, że Czytelnik nie rozumie utworu wcale nie musi oznaczać, że tekst jest słaby. Może być i tak, że zwyczajnie Czytelnik nie dostaje głową do poziomu opowiadania. To, że tekst znalazł się w Bibliotece i grupie nominowanych do nominacji nie jest przecież przypadkiem : )

Tak czy inaczej, życzę Ci, Cieniu, więcej obiektywizmu w Twoich kolejnych recenzjach nominowanych tekstów a mniej subiektywizmu, który omija szerokim łukiem merytorykę i znajomość teorii literatury.

Pzdr.

...always look on the bright side of life ; )

Ze zdziwieniem odkryłam, że nie ma tu mojego komentarza. Już nie musicie mnie za to rugać, sama się właśnie zwyzywałam od najgorszych. I przepraszam, byłam przekonana, że komentarz jest.

Jacku, byłam na tak. Cytat z Mickiewicza zachęcił mnie już w progu. Potem okazało się, że łączysz SFowy klimat z klimatem klasyki, jakby na jakimś bardzo nowoczesnym, elektronicznym sprzęcie ktoś grał Chopina. Jest też, jak ja to nazywam, szybkie filozofowanie. Filozofowie w zwyczaju mają rozwlekłość i korzystanie z nieprzyziemnego języka (żeby było naukowo), przez co ich dzieła nigdy nie trafiają do ogólnego kanonu lektur zwykłego człowieka. Ty robisz to językiem odbiorcy i w pośpiechu, tzn. migasz myślami, przechodzisz od jednej trafnej diagnozy do drugiej, czarując czytelnika, zanim znudzi się egzystencjalną rozkminą. Ciekawie nawiązałeś do Hipokratesa. Stylistycznie zdania zbudowane też po to, żeby się podobać, to kolejny plus, bo niektórzy nie zwracają uwagi na atrakcyjną budowę zdań. Świetnie opisałeś pułapkę założenia konta w systemie. Potem tradycyjnie wszystko sprowadza się do uczucia, ale ty nieco powywracałeś kategorie miłości, na modłę stworzonego przez siebie świata (albo tylko lekkiej karykatury już istniejącego).

Jesteś, która jesteś – bardzo dobre. Pisanie we śnie – super. Finał – obyło się bez ckliwości, bez tanich happy endów. Bomba.

Perrux mówi o "infodumpowym stylu", ale według mnie zrobiłeś to na tyle umiejętnie, że informacje nie wyglądają natrętnie – po prostu zmieniasz sposoby narracji. Oczywiście można by znaleźć rzeczy do poprawy, do skrócenia, do podrasowania. Ja jestem zadowolonym czytelnikiem – ale ja filozofka i poetka, wyobrażam sobie, że nie każdy się odnajdzie w tak specyficznie skrojonym SF. Miałam wypisane wpadki, ale wszystkie znalazłam w komentarzu jose. To chyba wszystko, co miałam do powiedzenia.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Dzięki za dobre słowo. Szczególnie spodobało mi się porównanie do grania Chopina na jakimś bardzo nowoczesnym, elektronicznym sprzęcie. To świetne porównanie, bo oddaje to, co chcę robić pisząc teksty SF – łączyć motywy, które na pozór nie dają się ze sobą połączyć. Przeskakiwać z konwencji na konwencje, ze stylizacji w stylizację, dodając przy okazji parę groszy od siebie ; ) Cytat z Mickiewicza nieprzypadkowy bardzo. Motyw bohatera romantycznego, tak mocno obecny w kulturze amerykańskiej, u nas wciąż chadza opłotkami. Najwyższy czas wypełnić tę lukę i wprowadzić Romantyzm SF na salony, nie tylko warszawskie ; ). Pozdrawiam serdecznie.

...always look on the bright side of life ; )

Nowa Fantastyka