- Opowiadanie: pmj - Pech

Pech

Opowiadanie ma podobną strukturę do dwóch moich wcześniejszych, więc kto je czytał, ten wie czego się spodziewać.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Pech

Krok po kroku, pokonywał ośnieżone zbocze, nie zatrzymując się nawet na chwilę. Gratulował sobie w myślach, że nie zabrał bagażu – i bez niego wystarczająco się zasapał i spocił. Od lat nie używał rakiet śnieżnych i teraz czuł się, jakby miał je na nogach po raz pierwszy.

Rozglądał się na boki, szukając zwalonego, masywnego świerku. Mijał go, będąc tutaj ostatnim razem, kilka miesięcy wcześniej, dzień po tym jak jedna z najsilniejszych burz tamtego lata nawiedziła okolicę. Nie mógł się wtedy nadziwić, jak to możliwe, że wracając napotkał wzdłuż drogi tylko jedno połamane drzewo, podczas gdy na sąsiednim wzgórzu wiatr przetrzebił kilka hektarów lasu.

Przypomniał sobie widok powalonych i powyrywanych z korzeniami drzew. Wdzięczny był za to, że wzgórze przykryte było teraz śniegiem, dzięki czemu nie musiał oglądać zniszczonego lasu. Niewielkie pocieszenie, ale nie narzekał. Był przekonany, że tego właśnie dnia świat postanowił zwrócić się przeciwko niemu, więc czuł wdzięczność za każdy przejaw litości.

Zaczęło się od Ute.

Już dzień wcześniej nie czuła się najlepiej. Pomimo tego, że przed snem wzięła garść leków i witamin, a noc spędziła pod grubą warstwą koców, to rano nie była w stanie zwlec się z łóżka. Nie miała temperatury, ale była zbyt osłabiona, żeby wyruszyć w góry, a potem przygotować chatę na przyjazd właścicieli. Normalnie pojechaliby razem: on zająłby się drobnymi naprawami (zawsze było coś do naprawy, pomimo tego, że z domku prawie nikt nie korzystał), odśnieżaniem i rąbaniem drewna, a ona sprzątaniem. Zimmermanowie przyjeżdżali tylko dwa razy do roku (na palcach jednej ręki mógł policzyć, ile razy zdarzyło im się przyjechać więcej razy), ale płacili im za opiekę nad chatką za cały rok. Właściciele nie musieli wiedzieć, że razem z Ute doglądali jej okazyjnie, większość prac wykonując na kilka dni przed ich przyjazdem. Zawsze odkładali wszystko na ostatnią chwilę, a teraz to się zemściło. Ute leżała rozłożona chorobą w łóżku, a na niego spadły wszystkie obowiązki, którym musiał dać radę sam.

I dałby radę, gdyby tylko nie był tak piekielnie zmęczony.

Do pierwszej w nocy, przewidując że Ute zostanie w domu i wiedząc, że musi zasnąć, aby nabrać sił, nie zmrużył oczu. Koniec końców sen nadszedł, ale nie był odprężający. Co chwila budził się i sprawdzał zegarek, najpierw z uczuciem ulgi, kiedy okazywało się, że zostało mu jeszcze kilka godzin snu, ale za każdym kolejnym razem z coraz większym uczuciem niepokoju.

Budzik zaczął dzwonić, kiedy zapadł w końcu w głęboki sen. Był rozbity i wiedział, że gdyby nie położył się w ogóle spać, to czułby się znacznie lepiej.

Wmusił w siebie śniadanie. Usiadł przy oknie z kawą i odpalił papierosa. W końcu się odprężył. Znalazł plusy całej tej sytuacji: może i czekało go dużo roboty ale, dopóki nie pojawią się Zimmermanowie, będzie mógł wykorzystać ich sprzęt do słuchania muzyki, a w nocy, po skończonej robocie, usiądzie sobie przy kominku z papierosem i piwem. Perspektywa dwóch dni spędzonych w samotności była coraz bardziej nęcąca.

Odpalając drugiego papierosa, usłyszał, że ktoś przekręca klucz w zamku w drzwiach wejściowych. Wyobraził sobie zakrzywione szpony, zakończone ropiejącymi pazurami; pomarszczoną skórę wiszącą na garbatym, powykrzywianym ciele; pełną włochatych brodawek twarz – chichoczącą wiedźmę, która wkradała się do ich domu.

Matka Ute.

W rzeczywistości była atrakcyjną kobietą, ale patrząc na nią, zawsze wyobrażał sobie, że to tylko przykrywka – maskarada możliwa dzięki czarnej magii, którą się parała w zaciszu swojego domu na kurzej łapce.

– Ute, Radek, jeszcze jesteście w domu? – spytała (zaskrzeczała, gdyby ktoś go spytał), kiedy weszła do środka.

– Tak, mamo. – odpowiedziała Ute wychodząc z sypialni, owinięta w koc – jesteśmy i ja zostanę, nie musiałaś przychodzić. Dlaczego przyjechałaś tak wcześnie?

– Przecież trzeba nakarmić Liona! – odpowiedziała, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.

Ute zawahała się. Chciała powiedzieć, że przed wyjazdem nakarmiliby kota, więc mogła przyjść dopiero wieczorem, ale to zakończyłoby się kłótnią. Matka zaczęłaby starą śpiewkę, że głodzą zwierzę, a Ute znowu by musiała tłumaczyć, że Lion jest po sterylizacji i ma tendencje do tycia. Powstrzymała się, chociaż zawsze była skora do kłótni z matką.

Radek chcąc oszczędzić sobie nerwów, zaczął zbierać się do drogi. Zgasił papierosa, resztkę kawy wylał do zlewu i poszedł przebrać się do sypialni. Wyszedł z niej po chwili w spodniach narciarskich i z grubym zielonym swetrem, który trzymał zwinięty w ręku, tak że rękawy ciągnęły się po ziemi. Po cichu przemknął do przedpokoju.

Teściowa dopadła go, kiedy zakładał buty.

– Gdzie się wybierasz? – spytała.

– Przygotować chatkę Zimmermanów – odpowiedział, najspokojniej jak potrafił.

– Przecież Ute jest chora.

– Tak, dlatego jadę sam.

– Dlaczego jedziesz, skoro jest chora?

Przez chwilę nie wiedział co odpowiedzieć, zastanawiając się, czy naprawdę zasugerowała, to co mu się wydawało. Odpowiedź, która przyszła mu do głowy, nie nadawała się do wyartykułowania.

– Gdybym z nią został, to problemem byłoby to, że nie pojechałem pracować, prawda? – zabrzmiał jak nastolatek pyskujący matce.

Ute od dawna powtarzała, że to dlatego tak nie lubił swojej teściowej – widział w niej odzwierciedlenie swojej matki, od której miał nadzieję uciec, wyjeżdżając z kraju.

– Problemem jest to, że zostanie sama, z gorączką!

– Nie ma gorączki. Poza tym ty się nią możesz zająć.

– Nie mogę się nią zająć, mam inne plany!

Przygotowania do sabatu? – pomyślał, wyobrażając sobie teściową spółkującą z diabłem, na tle staruch tańczących wokół ogniska. Nie odpowiedział. Włożył buty, podszedł do Ute i pocałował ją, obiecując, że zadzwoni, jak tylko będzie na miejscu. Podniósł torbę i ruszył w stronę drzwi. Jeszcze przed wyjściem nachylił się do kota i pogłaskał go po głowie.

Na matkę Ute nawet nie spojrzał.

 

Jadąc autem, odtwarzał w pamięci rozmowę z teściową. Wierzył, że kiedyś odpowie jej tak, że ją zamuruje i nie będzie w stanie wykrztusić słowa. Próbował wymyślić ripostę, której mógł użyć dzisiejszego ranka. Zdawał sobie jednak sprawę, że gdyby cokolwiek wymyślił, to przez resztę dnia plułby sobie w brodę, że nie wpadł na to w odpowiednim momencie.

Słuchał za głośno muzyki i jechał za szybko – prawie minął zjazd do lasu. W ostatniej chwili zahamował i wpadł w lekki poślizg, ale doświadczenie pozwoliło mu szybko opanować auto. Zatrzymał się, wyłączył silnik i włączył awaryjne światła. Włożył cienkie rękawiczki i z bagażnika wyjął łańcuchy. Zamontował je na oponach, a następnie sprawdził pasy przytrzymujące skuter na skrzyni pickupa. Wszystko było w porządku, wsiadł więc za kierownicę i ruszył ośnieżoną drogą.

Ściszył muzykę i starał się jechać ostrożniej. Jeszcze nigdy nie miał wypadku i jak na razie nie chciał tego zmieniać. Chociaż kusiło go, żeby docisnąć mocniej pedał gazu, to wiedział, że jest za bardzo rozkojarzony, żeby odpowiednio szybko reagować. Na wszelki wypadek wyłączył radio i przez kolejnych kilkanaście kilometrów, wlókł się autem w ciszy.

Dotarł do miejsca, w którym dalsza podróż samochodem była niemożliwa.

Zjeżdżając skuterem po pochylni, którą przystawił do naczepy, naszła go ochota, żeby zostawić auto, tak jak jest i ruszyć jak najszybciej do chatki. Nie zrobił tego – tą samą drogą przyjadą Zimmermanowie, a przed nimi chciał zachowywać pozory człowieka uporządkowanego. W końcu zaufali mu i pozostawili pod opieką swój domek. Nie chciał rozwiewać złudzeń. Nie chodziło tylko o pieniądze. Po prostu czuł się dobrze ze świadomością, że ludzie tacy jak oni uważają go za porządnego człowieka.

Zsiadł ze skutera, wsunął deski, które posłużyły mu jako pochylnia do zjazdu, zasunął klapę naczepy i upewniwszy się, ciągnąc za klamkę od drzwi kierowcy, że zamknął auto, wsiadł na skuter i ruszył.

Będąc w połowie drogi, zorientował się, że zostawił telefon w samochodzie. Musiał po niego wrócić. Nie mógł przez dwa dni nie kontaktować się z Ute.

Do auta dotarł o dziesiątej. Czas przemykał mu między palcami. Jak tak dalej pójdzie, to w chatce będzie o jedenastej. Zostanie mu tylko półtora dnia, żeby wszystko ogarnąć. Musiał się przygotować – wymyślić usprawiedliwienie, na wypadek gdyby nie udało mu się ze wszystkim zdążyć. Wsiadł na skuter i przekręcił manetkę gazu do oporu. Jechał szybciej niż powinien, ale nie to było teraz dla niego najważniejsze. Chciał jak najszybciej zacząć pracę.

Benzyna skończyła się po kilku kilometrach.

– Kurwa, kurwa, kurwa! – powtarzał bezmyślnie pod nosem, wyjmując z bagażnika rakiety śnieżne. Musiał dojść na nich do chatki i wrócić z kanistrem z benzyną. Przez chwilę na poważnie rozważał, czy nie wziąć ze sobą wszystkich bagaży, a skuter zabrać dopiero w drodze powrotnej. Odrzucił jednak ten pomysł. Sama podróż pod górę na rakietach będzie wystarczająco męcząca, żeby mógł pozwolić sobie na dodatkowe obciążenie.

Kontynuując litanię przekleństw, zapiął rakiety i otrzepując siedzenie spodni ze śniegu, zaczął się wspinać.

 

W końcu zobaczył powalony świerk. To znaczyło, że był niedaleko.

Naszła go czarna myśl: co jeżeli w chatce nie ma benzyny? Na pewno była, kiedy wyjeżdżali kilka miesięcy temu, ale może w międzyczasie ktoś ją ukradł? Odsunął od siebie tę wizję. Na pewno będzie w porządku.

Na pograniczu świadomości zaczęła kiełkować mu myśl. Wyczuwał ją, ale nie potrafił jeszcze ubrać w słowa. Wiedział tylko, że to wiąże się z czymś, co ułatwi mu ten dzień, co sprawi, że powrót będzie łatwiejszy… zejście, zjazd…

W chatce powinny być narty!

Nie będzie musiał wracać do skutera na rakietach. Będzie mógł zjechać. Zaoszczędzi dzięki temu masę czasu. Ruszył przed siebie ze zdwojoną energią.

Dotarł do domku, cały zlany potem. Przystanął i przyjrzał się budynkowi. Jednokondygnacyjna, drewniana chatka z wysokim poddaszem i wielopołaciowym dachem, teraz przykrytym śniegiem. Wiele by oddał, żeby to miejsce należało do niego.

Skierował kroki do szopy. Ściągnął rękawiczki i z kieszeni wygrzebał klucze. Po kilku nieudanych próbach – nigdy nie pamiętał, który klucz jest do czego – otworzył drzwi.

Benzyna była na miejscu – kilka kanistrów stało obok generatora. Narty też, tak jak zapamiętał – para biegówek, oparta o ścianę.

Na jednej z nich brakowało wiązań.

Sam był zaskoczony, jak niewiele się tym przejął. Spojrzał na zegarek. Było kwadrans po jedenastej. Wziął do ręki najmniejszy z kanistrów, upewnił się, że w środku jest paliwo i, nawet nie zamykając drzwi od szopy, ruszył z powrotem do skutera.

 

Zbliżała się północ, kiedy uznał, że wykonał wystarczająco pracy jak na jeden dzień. Przez ostatnich dziesięć godzin zrobił sobie tylko jedną przerwę, żeby zjeść kilka kanapek i napić się ciepłej herbaty.

Zrzucił buty i wyciągnął się w fotelu, wyciągając stopy w stronę kominka. Z kieszeni wyciągnął paczkę papierosów. Zapaliczką otworzył butelkę piwa. Powoli sącząc napój, zaciągał się z lubością pierwszym papierosem od kilku godzin. Nie chciał robić sobie przerwy w czasie pracy – nie tylko z braku czasu, ale też dlatego, że papieros po takim długim czasie, smakował jak najwspanialsza rzecz na świecie.

Kiedy żar zbliżył się do filtra, wyrzucił resztę papierosa do kominka. Po chwili wahania sięgnął do kieszeni i wyjął jeszcze jednego. Wziął ich ze sobą cały karton, więc nie musiał oszczędzać. A jednak, kiedy próbował wykrzesać iskrę z psującej się zapalniczki, uświadomił sobie, że nie pamięta momentu, kiedy wkładał papierosy do torby. Wstał, odstawił piwo na gzymsie nad kominkiem i szybkim krokiem przeciął salon. Wszedł w korytarz, na którego końcu znajdowały się drzwi do pokoju, który zwyczajowo zajmowali z Utą. Było to pomieszczenie gospodarcze z niewielkim oknem i zejściem do piwnicy, które specjalnie dla nich przerobiono na pokój mieszkalny. Wszedł do środka i chwycił torbę, stojącą zaraz przy drzwiach. Położył ją na łóżku i gwałtownie otworzył zamek. Grzebał w środku, rozpychając na boki ubrania i kiedy nie znalazł tego czego szukał, wyrzucił całą zawartość na łóżko.

Papierosów nie było.

Wrócił do salonu i stamtąd przeszedł do przedsionka, w którym wisiała jego kurtka. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni i pod palcami wyczuł paczkę Wyjął ją z niecierpliwością i przeliczył zawartość. Pięć sztuk. Wyciągnął paczkę z kieszeni i otworzył. Łącznie miał jedenaście papierosów.

Nie powinno ich zabraknąć, biorąc pod uwagę, że cały następny dzień spędzi na sprzątaniu. Zimmermanowie powinni mieć ze sobą papierosy i wiedział – chociaż nie będzie to dla niego komfortowe – że będzie mógł się od nich częstować. Jeżeli spali teraz maksymalnie dwa, jutro rano trzy, to zostanie mu sześć papierosów na następny wieczór. Wystarczająco, ale świadomość, że musi oszczędzać, już zaczynała mu doskwierać.

Zorientował się, że w ustach trzyma papierosa, którego nie zdążył wcześniej odpalić. To dawało już dwanaście sztuk! Zaledwie jedna więcej, ale przyjemność z odkrycia dodatkowego źródła nikotyny sprawiła, że przestał się przejmować. Usiadł na powrót w fotelu i zapalił. Filtr był przesycony śliną, od zbyt długiego trzymania w ustach, ale i tak papieros smakował wyśmienicie.

Nie minął kwadrans, gdy Radek zaczął przysypiać. Zamknął oczy, a jego myśli pobiegły swobodniejszym torem – skojarzenia goniły skojarzenia, przywoływały wspomnienia miejsc i osób. Głowa zaczęła opadać mu na bok. Obudził się gwałtownie w momencie, kiedy jego myśli skierowały się w stronę dzieciństwa.

Przed oczami stanął mu obraz dziadka, który zmarł, kiedy Radek był jeszcze dzieckiem. Minęło już trzydzieści lat, ale nadal pamiętał jego siwe włosy i mocarny uścisk dłoni. Przypomniał sobie wakacje, przed czwartą klasą podstawówki, w czasie których dziadek zabrał go i Janka, jego młodszego brata, na trzy tygodnie w Tatry – wakacje, z których wrócił podwójnie zakochany.

Jego pierwszą miłością była Hanka, córka właścicieli pensjonatu. Zobaczył ją podczas śniadania, dzień po przyjeździe. Ledwie wmusił w siebie wtedy kromkę chleba ze smalcem. Łaskotanie w brzuchu, które narastało za każdym razem, kiedy na nią patrzył, było zupełnie nowym doznaniem. Nie mógł oderwać od niej oczu. Nie wiedział, czy to zauważyła, ale po południu, kiedy spacerował niedaleko chaty, przyłączyła się i zaczęła rozmowę.

Była starsza o rok, co w tamtym czasie równało się dla niego z tym, że była dorosła. Cały czas zastanawiał się, czy nie zadaje się z nim tylko dla zabawy, po kryjomu obgadując go z przyjaciółkami. Pomimo obaw z jego strony, zbliżali się do siebie. Po dwóch tygodniach był gotów, żeby spytać, czy nie chce zostać jego dziewczyną. Ostatecznie stchórzył. Na pożegnanie pocałowała go w usta, co trzymał w pamięci przez cały rok, wierząc, że spotkają się w kolejne wakacje.

Dziadek zmarł na kilka dni przed nowym rokiem. Radek następne lato spędził w domu. Hanki już nigdy nie spotkał. Do czasów licealnych uważał ją za miłość swojego życia, ale koniec końców pozostała jedynie miłym wspomnieniem z dzieciństwa.

Gór z kolei nie przestał kochać nigdy. W liceum, razem z przyjaciółmi, spędzał każde wakacje na pieszych wędrówkach po Tatrach. Już przed maturą zaliczył wszystkie najważniejsze szczyty, z czego na swoją ukochaną Świnicę – którą zdobył po raz pierwszy z dziadkiem – wszedł cztery razy. Kiedy zdecydował się wyjechać z kraju, naturalnym dla niego kierunkiem były góry. Skończył jako drwal w austriackich Alpach, co dla nikogo, kto go znał, nie było zaskoczeniem.

Uśmiechnął się na wspomnienie tamtych wakacji. Wyciągnął papierosa – jak sobie obiecywał, ostatniego tego wieczora – i jeszcze raz powrócił pamięcią do minionych trzech tygodni z dziadkiem. Przed oczyma, jeden za drugim, przesuwały mu się obrazy – jedne pamiętał bardzo dobrze, o innych już prawie zapomniał i cieszył się, że udało mu się wyciągnął je z zakamarków pamięci. Wspominał wejście na Kasprowy Wierch i zejście o zmierzchu (gdyby matka dowiedziała się, że dziadek był z nimi w górach po zmroku, już nigdy nie pozwoliłaby mu zabrać wnuków na wakacje); ognisko wieczorem, kiedy zmęczeni piekli kiełbaski nad ogniem; popisy wokalne Bacy.

Gwałtownie wciągnął powietrze, otwierając szeroko oczy.

Zupełnie zapomniał. Chociaż wydawało mu się, że wielokrotnie wracał wspomnieniami do tych wakacji, to o tym nie pamiętał. O nocy, kiedy wrócili z Kasprowego Wierchu. Poczuł, jak na rękach występuje mu gęsia skórka.

To była przedostatnia noc w Zakopanem. Z bratem położyli się wcześnie spać, wyczerpani po całym dniu w górach. Dziadek razem z Bacą – tak nazywali właściciela pensjonatu, chociaż w rzeczywistości z owcami miał niewiele wspólnego – zostali w kuchni, w towarzystwie butelki bimbru, pędzonego w szopie za chałupą.

Było bardzo późno, kiedy obudził go śpiew Bacy. Leżąc w łóżku z otwartymi oczami, wsłuchiwał się w nie najpiękniejszy, ale mimo to przyjemny, męski głos, prowadzący typowo góralską melodię. Trwało to, dopóki na korytarzu nie rozbrzmiały wściekłe kroki gospodyni, które zwieńczyła wiązanka przekleństw pod adresem Bacy i dziadka. Na moment dom ucichł, ale już zaraz za drzwiami rozległ się stukot butów, kiedy żona Bacy wracała do swojej izby. Za nią szedł, obijając się o ściany, Baca, który, poprzez śmiech, bełkotał przeprosiny i błagania, żeby "jego kobyłka" się nie dąsała (Radek zdziwił się, jak wiele szczegółów z tamtej nocy był w stanie przywołać). Usłyszał, jak zamykają się drzwi od ich sypialni i wytężył słuch, oczekując, że lada moment usłyszy kroki dziadka, wracającego do pokoju.

Na powrót zasypiał, gdy rozbrzmiało skrzypienie zawiasów. Rosnący prostokąt światła padł na jego twarz, kiedy drzwi zaczęły się uchylać. Do pokoju wszedł dziadek – zauważył, że wnuk nie śpi, ale nie odezwał się ani słowem, tylko podszedł do okna i zastygł bez ruchu, wpatrując się w ciemność na zewnątrz. Janek spał w najlepsze – nie obudziłby się, nawet gdyby do pokoju wszedł koń i zwalił mu się do łóżka. Radek chciał coś powiedzieć, spytać dziadka czy wszystko w porządku. Nie wiedział jednak dlaczego, ale bał się odezwać.

Dobiegło go ciche łkanie.

– Co się stało? – spytał, przełamując niepokój.

– On tam jest – odezwał się dziadek po chwili nieznośnej ciszy. – Wiem, że jest. Czekał tak długo, a ja nic nie pamiętałem.

Dziadek był pijany. Radek widział już go w takim stanie na ślubie swojej ciotki.

– Kto czeka, kto tam jest? – Odrzucił kołdrę i podniósł się na łóżku.

– Nie podchodź! – krzyknął dziadek, obracając się w końcu w jego stronę. – Nie podchodź, błagam cię!

– Przestań! Proszę! Boję się. Co się dzieje?

Dziadek podszedł do łóżka. Na chwilę udało mu się odzyskać panowanie nad sobą.

– Nic się nie dzieje, śpij spokojnie. – Chociaż usiłował, to nie udało mu się na długo powstrzymać szlochu. Wybuchnął płaczem i przytulił wnuka.

Teraz, trzydzieści lat po tym wydarzeniu, do którego – jak się Radkowi wydawało – powrócił po raz pierwszy w życiu, zrozumiał, że dziadek nie chciał go pocieszyć ani uspokoić. Przypomniało mu się, jak kilka lat później musiał uspokajać swoją młodszą o dziesięć lat siostrę, kiedy płakała przez całą noc, po tym jak rodzice wyjechali sami na wakacje. Tamtej nocy, w Zakopanem, dziadek zachowywał się identycznie. Był przerażony i potrzebował, żeby ktoś go pocieszył. Radek dopiero teraz to zrozumiał. Wtedy nie miał pojęcia jak się zachować.

– Słyszysz to? – spytał dziadek, na chwilę wstrzymując łkanie.

Radek wytężył słuch.

– Nie słyszę… Proszę, przestań już. – Tylko tyle był w stanie powiedzieć.

– Idzie. Słyszysz?

Na krótką chwilę w pokoju zapanowała cisza, kiedy razem z dziadkiem wstrzymali oddech. Przez ten krótki moment wydawało mu się, że słyszy skrzypienie desek na schodach.

Dziadek znowu zaczął płakać. Radek nasłuchiwał. Przez szloch dziadka nie słyszał co działo się na korytarzu – o ile cokolwiek się działo. Trwali tak w bezruchu. Płacz stawał się spokojniejszy, aż w końcu całkowicie ustał. Dziadek zasnął, zmroczony alkoholem.

Radek wysunął się z objęć, pozwalając dziadkowi opaść bezwładnie na pościel. Wstał, kierując się w stronę wolnego łóżka.

Za drzwiami usłyszał szuranie. Cichy dźwięk, na granicy słyszalności, jakby ktoś, nie odrywając butów od podłogi, sunął przez korytarz. Radek przybliżył się do drzwi i przyłożył do nich ucho. W tym samym momencie dźwięk ustał. Odczekał chwilę, a kiedy odgłos się nie powtórzył, odsunął się od drzwi. Zwątpił, że faktycznie usłyszał cokolwiek. Chciał obudzić Janka, ale zdawał sobie sprawę, że tylko go wystraszy. Nie chciał jednak spać sam, więc wsunął się pod kołdrę, obok swojego brata.

Obudził się sam w pokoju. Szybko przebrał się i zszedł do jadalni. Janek pałaszował śniadanie z apetytem.

– Dziadek się wczoraj upił! – powiedział z ustami pełnymi jajecznicy.

Radek nie chciał mówić, co się wydarzyło w nocy.

– Wiem, a jak myślisz dlaczego spałem w twoim łóżku? Dziadek zamiast do swojego położył się w moim!

– Dlaczego nie położyłeś się spać w jego? – spytał, nie zdając sobie nawet sprawy, jak to pytanie zaniepokoiło Radka. Nie potrafił wymyślić na poczekaniu wiarygodnego kłamstwa. Uśmiechnął się tylko i machnął ręką, mając nadzieję, że Janek nie będzie ciągnął tematu.

Dziadek nic nie jadł. Pił tylko kawę i bezmyślnie wpatrywał się w widok za oknem. Kiedy Janek skończył jeść, poprosił go, żeby poszedł się spakować.

– Przepraszam, że widziałeś mnie pijanego – odezwał się, jak tylko został sam z Radkiem.

– Dlaczego płakałeś? – Radka zaskoczyła jego własna bezpośredniość.

Dziadek spojrzał zdziwiony, zdając się nie wiedzieć, o czym mówi wnuk. Na chwilę w jego oczach rozkwitło zrozumienie, ale zostało od razu wyparte, tak jakby jakaś część umysłu próbowała odsunąć wspomnienia z zeszłej nocy. Nic nie odpowiedział, tylko dopił kawę.

– Musimy się pakować. Jak skończysz jeść, to przyjdź na górę nam pomóc.

 

Minęło trzydzieści lat, ale wspomnienia odżyły w umyśle Radka świeże, tak jakby wydarzyły się dzień wcześniej. Czy to możliwe, żeby tak długo leżały ukryte w jego pamięci? Przecież był w Zakopanem tak wiele razy – spał kilka razy w tym samym pensjonacie, a nawet raz w tym samym pokoju! – ale ani razu, przez te wszystkie lata, nie przypomniał sobie tej nocy.

Znowu poczuł się jak dziesięciolatek, wystraszony na śmierć zachowaniem dziadka. W pierwszym odruchu chwycił telefon, chcąc zadzwonić do Ute, ale – pomimo pierwotnego, dziecięcego strachu, który go opanował – powstrzymał się. Co miałby jej powiedzieć? "Przepraszam, że cię budzę. Wiem, że jesteś chora, ale boję się jak diabli"? Trzymając się resztek zdrowego rozsądku, odłożył telefon.

Rozejrzał się po pokoju. Drżące cienie, rzucane przez ogień w kominku, sprawiały, że pomieszczenie wyglądało, jakby się poruszało. Przebiegł wzrokiem po oknach, w których odbijało się światło, przez co nie był w stanie dostrzec co dzieje się na zewnątrz. Słyszał tylko wycie wiatru i domyślał się, że w dalszym ciągu sypie śnieg. Podszedł do najbliższego okna, przyłożył do niego dłoń i wyjrzał na zewnątrz. Nie mylił się – w dalszym ciągu śnieżyło.

Podłoga za nim skrzypnęła. Napiął się, ale nie odwrócił. Powoli oddalał się od okna, dopóki nie był w stanie zobaczyć w odbiciu pokoju za sobą. Dopiero wtedy, upewniwszy się, że nikt za nim nie stoi, obrócił się.

Bał się. Bał się jak małe dziecko. Tak jak podczas pierwszej nocy pod namiotami na obozie harcerskim. Tak jak wtedy, kiedy matka pozwoliła mu obejrzeć w telewizji film o mumii, pod warunkiem, że nie będzie się potem upierał, żeby spać przy zapalonym świetle i otwartych drzwiach. Bał się tak jak wtedy, w Zakopanem.

Odpalił papierosa. Usiłował zrozumieć dlaczego ogarnęło go takie przerażenie. Czy to wszystko przez wspomnienie, które skryte przez kilkadziesiąt lat, teraz znalazło drogę do jego świadomości?

Przypomniał sobie słowa dziadka. On też nie pamiętał. Też zapomniał i tamtej nocy wszystko do niego wróciło. Tak jak do niego, teraz.

Dlatego, że cię znalazł – myśl pojawiła się nagle, jakby ktoś wepchnął mu ją do głowy. Dosłownie otrząsnął się, starając się odgonić koszmarne wyobrażenia. Sięgnął po telefon.

Już odblokował klawiaturę, ale zbierając w sobie raz jeszcze resztki odwagi, odłożył telefon. Dopiero teraz zwrócił uwagę, jak wiele dźwięków go otacza. Wycie wiatru, który przeciskał się, odnajdując najmniejsze nawet szpary w drzwiach i oknach. Ogień trzaskający w kominku. Skrzypienie więźby, która przytrzymywała dach, stawiając opór zamieci. Szuranie… ten sam dźwięk, który słyszał tamtej nocy.

Dźwięk dobiegał od strony kuchni.

Wiele lat temu, udało mu się wmówić, że szuranie było tylko wytworem wyobraźni. Tak bardzo chciał móc znowu to zrobić. Dźwięk, tak jak wtedy, był subtelny, prawie niesłyszalny. Równie dobrze mógł być tylko w jego głowie.

Z oczu popłynęły mu łzy. W środku był już tylko małym dzieckiem, które potrzebowało, aby ktoś je przytulił.

Rzucił się biegiem do swojego pokoju. Zatrzasnął za sobą drzwi i zaparł się o nie plecami. Czy to z nagłego wysiłku, czy ze strachu, nie mógł uspokoić oddechu. Nerwowo wciągał powietrze przez usta i wstrzymywał, próbując się rozluźnić, a następnie gwałtownie opróżniał płuca, rozpoczynając cykl od nowa. Oddychał coraz szybciej i dopiero kiedy znalazł się na skraju hiperwentylacji, zaczął się uspokajać. Po kilku minutach oddychał normalnie. Czuł się jak na kolejce górskiej. Na przemian strach wzbierał w nim, wyciskając mu z oczu łzy, żeby po chwili opaść do poziomu, kiedy był gotów uznać całą sprawę za irracjonalną.

Najpierw poczuł drżenie, a dopiero po chwili usłyszał chrobot, jakby ktoś wbił paznokcie w drewno i przeciągał je powoli, metodycznie, na wskroś drzwi, o które zapierał się plecami. Skoczył w stronę komody, chcąc przesunąć ją, żeby zablokować wejście, ale kiedy do niej dobiegł usłyszał skrzypienie ciągniętej w dół klamki.

Bez namysłu, instynktownie, chwycił za obręcz w podłodze i otworzył klapę od piwnicy. Od ziemi dzieliły go prawie dwa metry. Nie zastanawiając się, skoczył, ciągnąc za sobą łańcuch, przymocowany do wewnętrznej strony klapy.

Kolana ugięły się pod nim, kiedy uderzył w ziemię. Upadając wystawił przed siebie ręce, próbując zamortyzować upadek. Lewą ręką trafił w ziemię, ale drugą wbił w metalowy kant – przez ciemność nie był w stanie powiedzieć czego. Wymacał miejsce, w które się uderzył. Nie krwawiło, ale zaczęło puchnąć.

Wyjął zapalniczkę zdrową ręką i po kilku nieudanych próbach, udało mu się wykrzesać płomień. Rozejrzał się po piwnicy. Nie licząc kilku półek z zakurzonymi słoikami, farbami i innymi pozostałościami po remontach, piwnica była pusta. Podszedł do drabinki, prowadzącej do wbudowanych pod skosem drzwiczek, wychodzących na zewnątrz. Wspiął się po szczeblach i uchylił drzwi, ale zamknął je, jak tylko zimny wiatr uderzył go w twarz.

Ręka pulsowała bólem. Przyjrzał się jej w świetle zapalniczki. Nadgarstek nabrzmiał tak bardzo, że z trudnością mógł go zgiąć. Może to z powodu bólu, ale w końcu był w stanie myśleć trzeźwo. Paranoiczny strach zniknął – wydawał się być zaledwie koszmarem sennym, o którym pamięć zanika w chwili przebudzenia.

Poczuł ścisk w żołądku, kiedy naszła go zatrważająca myśl: zwariował. Zrozumiał to z jasnością umysłu, który dopiero co otrząsnął się z psychotycznego epizodu. Był chory psychicznie. Nie tylko on – przypomniał sobie dziadka. On też musiał być chory. Choroby psychiczne są dziedziczne, nic więc dziwnego, że go też dopadło. Dlaczego objawiło się dopiero teraz? Tak nagle? Z drugiej strony: czy chory psychicznie jest w stanie uświadomić sobie, że jest chory?

Podłoga nad nim zaskrzypiała. Strach powrócił z całą mocą, wypierając w ułamku sekundy racjonalne myślenie. Zamarł, wyczekując kolejnego dźwięku. Drżał na całym ciele. Nie tylko ze strachu. Miał na sobie jedynie koszulkę, a w piwnicy temperatura musiała dochodzić do zera. Pomimo obezwładniającego lęku przed tym, co może zobaczyć w świetle, zapalił jeszcze raz zapaliczkę i podszedł do półek stojących pod ścianą. Wydawało mu się wcześniej, że widział na nich materiał i faktycznie udało mu się znaleźć stary, zaplamiony farbą, koc. Ściągnął go i nawet nie otrzepując z kurzu, okrył się.

Podłoga znowu zaskrzypiała.

Wypuścił zapalniczkę z ręki, wcisnął się do kąta i skulił. Ciekło mu z nosa, ale bał się nim pociągnąć, nie chcąc wydać żadnego dźwięku. Otulił się mocniej kocem i skierował głowę w stronę, gdzie, jak wiedział, znajduje się wyjście.

Jakie miał szanse na zewnątrz? Gdyby się tak piekielnie nie bał, nawet by tego nie rozważał. Owinięty w zwykły koc, nie przeżyłby na zewnątrz dziesięciu minut.

A może mu się uda?

Klapa w podłodze zaskrzypiała.

 

Przyjechali dzień wcześniej niż planowali. Nie mogli dodzwonić się do Radka – nic dziwnego, w chatce często brakowało zasięgu – a Ute, jak się okazało, została w domu.

Na miejscu odkryli, że chatka była opuszczona.

Zaczęli się martwić, kiedy znaleźli ślady prowadzące w las. Matthias Zimmerman włożył narty i ruszył tropem. Przeszedł kilka kilometrów, ale musiał zawrócić, kiedy zaczęło zbierać się na śnieżycę.

W chatce czekała na niego żona z Ute, która w międzyczasie zdołała przyjechać. Starał się ją uspokoić, ale sam nie wierzył, że cała sprawa zakończy się dobrze.

Z powodu śnieżycy ratownicy nie byli w stanie podjąć akcji ratunkowej. Następnego dnia, kiedy się rozpogodziło, okazało się, że śnieg zasypał wszystkie ślady.

Po tygodniu poszukiwań, nawet Ute zaczęła tracić nadzieję.

Akcję poszukiwawczą przerwano po miesiącu. Uznano, że Radek zginął w górach.

 

Zimmermanowanie wrócili do chatki latem. Dopiero wtedy poczuli smród wydobywający się z piwnicy.

Koniec

Komentarze

Pech, spośród Twoich dotychczasowych opowiadań, podoba mi się najmniej. Opowiadanie zdało mi się nudnawe i mocno przegadane.

Niewątpliwie starasz się stworzyć klimat, ale by mnie przestraszyć, samo szuranie i stukanie nie wystarcza. Posiłkowanie się chłopięcym wspomnieniem incydentu z dziadkiem i niesprecyzowanym lękiem starszego pana, po trzydziestu latach odżywającym nieoczekiwanie w świadomości bohatera, nie przekonuje mnie. A przynajmniej nie na tyle, aby ze zrozumieniem przyjąć do wiadomości, że Radek nagle traci głowę, posądza się o chorobę umysłową i umiera ze strachu przed nie wiadomo czym.

Zastanawiam się też, w jaki sposób do chatki dostała się Ute…

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Gra­tu­lo­wał sobie w my­ślach, że nie za­brał ze sobą ba­ga­żu… – Czy oba zaimki są konieczne?

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

Wdzięcz­ny był za to, że wzgó­rze przy­kry­te było teraz śnie­giem, dzię­ki czemu nie mu­siał oglą­dać znisz­czo­ne­go lasu. Nie­wiel­kie po­cie­sze­nie, ale nie na­rze­kał. Był prze­ko­na­ny, że tego wła­śnie dnia świat po­sta­no­wił zwró­cić się prze­ciw­ko niemu, więc wdzięcz­ny był za każdy prze­jaw li­to­ści. – Byłoza.

 

że Ute bę­dzie mu­sia­ła zo­stać w domu i wie­dząc, że musi za­snąć… – Powtórzenie.

 

Usiadł przy oknie z kawą i od­pa­lił pa­pie­ro­sa. – Odpalić papierosa można od innego, już palącego się. Tu taka sytuacja nie ma miejsca, więc: Usiadł z kawą przy oknie i zapa­lił pa­pie­ro­sa.

Ten błąd pojawia się też kilkakrotnie w dalszej części opowiadania.

 

Skrzy­wił się. Wy­obra­ził sobie za­krzy­wio­ne szpo­ny… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Te­ścio­wa do­pa­dła go, kiedy ubie­rał buty. – W co ubierał buty???

Butów, tak jak żadnej części garderoby, nie ubiera się!!! Buty można włożyć, założyć, wzuć, przywdziać, ubrać się w nie, ale nigdy, przenigdy nie ubiera się butów!

Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszej części opowiadania.

 

– Przy­go­to­wać chat­kę Zim­mer­ma­nów. – od­po­wie­dział, naj­spo­koj­niej jak po­tra­fił. – Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Ubrał cien­kie rę­ka­wicz­ki i z ba­gaż­ni­ka wyjął łań­cu­chy. – Rękawiczek też się nie ubiera!!!

 

Zjeż­dża­jąc sku­te­rem po po­chyl­ni, którą przy­sta­wił do na­cze­py, na­szła go ocho­ta… – Ze zdania wynika, że po pochylni zjeżdżała ochota, która go naszła.

Proponuję: Zjeż­dża­jąc sku­te­rem po po­chyl­ni, którą przy­sta­wił do na­cze­py, poczuł ocho­tę

 

Zo­sta­nie mu tylko pół­to­rej dnia, żeby wszyst­ko ogar­nąć. – Dzień jest rodzaju męskiego, więc: Zo­sta­nie mu tylko pół­to­ra dnia, żeby wszyst­ko ogar­nąć.

 

Na po­gra­ni­czu świa­do­mo­ści za­czę­ła kieł­ko­wać mu się myśl. – Myśl, tak jak nasionko, nie kiełkuje się, a tylko kiełkuje, więc zdanie winno brzmieć: Na po­gra­ni­czu świa­do­mo­ści za­czę­ła kieł­ko­wać mu myśl.

 

Zrzu­cił buty i wy­ło­żył się w fo­te­lu… – Można fotel wyłożyć pledem, ale nie wydaje mi się, aby można wyłożyć się w fotelu.

Proponuję: Zrzu­cił buty i ułożył/ rozsiadł/ wyciągnął się w fo­te­lu

 

wy­cią­ga­jąc stopy w stro­nę ko­min­ka. Z kie­sze­ni wy­cią­gnął pacz­kę pa­pie­ro­sów. Za­pa­licz­ką otwo­rzył bu­tel­kę piwa. Po­wo­li są­cząc napój, za­cią­gał się… – Powtórzenia. Literówka.

 

Wstał, odło­żył piwo na gzym­sie nad ko­min­kiem… – Raczej: Wstał, postawił piwo na gzym­sie nad ko­min­kiem

Z odłożonej butelki wylałoby się piwo.

 

Wszedł w ko­ry­tarz, na któ­re­go końcu znaj­do­wa­ły się drzwi do po­ko­ju, który zwy­cza­jo­wo zaj­mo­wa­li z Utą. Było to po­miesz­cze­nie go­spo­dar­cze z nie­wiel­kim oknem i zej­ściem do piw­ni­cy, które spe­cjal­nie… – Powtórzenia.

 

Nie minął kwa­drans, zanim Radek za­czął przy­sy­piać.Nie minął kwa­drans, gdy Radek za­czął przy­sy­piać.

 

Nie mógł ode­rwać nie od niej oczu.Zbędny grzybek w barszczyku.

 

ale po­po­łu­dniu, kiedy spa­ce­ro­wał nie­da­le­ko chaty… – …ale po­ po­łu­dniu, kiedy spa­ce­ro­wał nie­da­le­ko chaty

 

Była star­sza o rok, co w tam­tym cza­sie było dla niego rów­no­znacz­ne z tym, że była do­ro­sła. – Byłoza.

 

ogni­sko wie­czo­rem, kiedy zmę­cze­ni pie­kli kieł­ba­ski nad ogni­skiem… – Powtórzenie.

 

które zwień­czy­ła wiąz­ka prze­kleństw pod ad­re­sem Bacy i dziad­ka. – Raczej: …które zwień­czy­ła wiąz­anka prze­kleństw pod ad­re­sem Bacy i dziad­ka.

 

– Idzie. Sły­szysz?. – Po pytajniku nie stawia się kropki.

 

Dzia­dek za­snął, zmro­czo­ny al­ko­ho­lem.Dzia­dek za­snął, zamro­czo­ny al­ko­ho­lem.

 

Czy to moż­li­we, żeby przez tak długi le­ża­ły ukry­te w jego pa­mię­ci? – Pewnie miało być: Czy to możliwe, żeby przez tak długi czas le­ża­ły ukry­te w jego pa­mię­ci? Lub: Czy to moż­li­we, żeby tak długo le­ża­ły ukry­te w jego pa­mię­ci?

 

nie przy­po­mniał sobie tej nocy. Wspo­mnie­nia emo­cji… – Nie brzmi to najlepiej.

 

W pierw­szym od­ru­chu chwy­cił za te­le­fon… – W pierw­szym od­ru­chu chwy­cił te­le­fon

 

Po­wo­li od­da­lał się się od okna… – Dwa grzybki w barszczyku.

 

zbie­ra­jąc w sobie raz jesz­cze reszt­ki od­wa­gi, odło­żył te­le­fon. Do­pie­ro teraz zwró­cił uwagę… – Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

nie mógł uspo­ko­ić od­de­chu. Ner­wo­wo wcią­gał po­wie­trze przez usta i wstrzy­my­wał, pró­bu­jąc się roz­luź­nić. Nie mógł wy­trzy­mać zbyt długo ze wstrzy­ma­nym od­de­chem, więc gwał­to­wa­nie opróż­nia­jąc płuca, roz­po­czy­nał cały cykl od nowa. Od­dy­chał… – Powtórzenia. Literówka.

 

Za­marł bez ruchu, wy­cze­ku­jąc ko­lej­ne­go dźwię­ku. – Masło maślane. Zamarcie jest bezruchowe z definicji.

 

wi­dział na nich stary ma­te­riał i fak­tycz­nie udało mu się zna­leźć stary, za­pla­mio­ny farbą, koc. – Powtórzenie.

 

Przy­je­cha­li dzień póź­niej niż pla­no­wa­li. […] Za­czę­li się mar­twić, kiedy zna­leź­li ślady pro­wa­dzą­ce w las. – Skoro panowała taka śnieżyca, że przesunęli przyjazd o dobę, to jakie ślady mogli znaleźć na drodze do lasu?

 

Mat­thias Zim­mer­man ubrał narty i ru­szył tro­pem. – Nart, mimo że to nie odzież, też się nie ubiera. Narty można założyć/ przypiąć.

Jakim/ czyim tropem tuszył Matthias?

 

Z po­wo­du śnie­ży­cy ra­tow­ni­cy nie byli w sta­nie pod­jąć akcji ra­tun­ko­wej. – Powtórzenie. Chyba wystarczy: Z po­wo­du śnie­ży­cy, ra­tow­ni­cy nie byli w sta­nie pod­jąć akcji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy, dziękuję za zwrócenie uwagi na błędy, zwłaszcza te logiczne.

Jesteś pewna, że dobrze definiujesz słowo “odpalić”? http://sjp.pwn.pl/sjp/odpalic;2493402.html

 

Też odnoszę wrażenie, że opowiadanie jest przegadane. Na dłuższą metę forma, którą przyjąłem w tych trzech tekstach, najwidoczniej się nie sprawdza. Muszę popracować nad czymś odmiennym.

 

Zaskoczyła mnie Twoja interpretacja końcówki, a zwłaszcza przyczyny śmierci głównego bohatera. Pisząc ten tekst miałem w głowie, od pewnego momentu, bardzo konkretną koncepcję elementu nadprzyrodzonego, którego nie chciałem opisywać wprost, ale starałem się podsuwać wskazówki, mówiące, czym tak naprawdę jest.

Może przez to, że tak bardzo chciałem operować wyłącznie sugestiami, nie udało mi się naprowadzić czytelnika, na to, co się w rzeczywistości wydarzyło? Jestem ciekaw czy inni odbiorą ten tekst, w taki sam sposób jak Ty.

Pmj, nie umiem palić, ale gdybym musiała, papierosa zapalałabym, nie odpalała. Nie wykluczam, że się mylę.

 

No cóż, z przykrością przyznaję, że nie tylko w końcówce, ale i w całym opowiadaniu, nie dopatrzyłam się żadnego czynnika nadprzyrodzonego. Jednakowoż ciekawa jestem niezmiernie, jaki to element nie z tego świata uszedł mojej uwadze i będę niecierpliwie czekać na ewentualne wyjaśnienia, tudzież komentarze innych użytkowników, którzy, jestem o tym mocno przekonana, okażą się znacznie bystrzejsi od mnie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie się podobało.

Co prawda na początku zatrzymywały mnie jakieś powtórzenia, ale potem mnie wciągnęło.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka