- Opowiadanie: MrBrightside - Bezwstydnik

Bezwstydnik

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Bezwstydnik

Całe szczęście, że żyłem w zgodzie ze służbą. Wślizgnąłem się do kamienicy tylnym wejściem. Stara pokojówka Dorothy, wpuszczając mnie, uśmiechnęła się i mrugnęła zawadiacko znad naftowego kaganka. Tym samym dała mi do zrozumienia, że genialny John Fletcher, fizyk i alchemik znany na całą Anglię, o niczym się nie dowie. Żadna błahostka nie oderwie tej nocy ojca od dłubania przy jego najwspanialszym dziele. Dziecku, wspanialszym w każdym razie niż ja. I nie, nie przejmuję się. Nauczyłem się przyzwyczajać. Znosić wiele. Najważniejsze, że znowu mi się upiekło.

Czerwony barwnik chlupotał w zakorkowanej, szklanej menzurce, gdy szybkim krokiem przemierzałem korytarze posiadłości. Wyciągałem rękę przed oczy i chciwie oglądałem mój nowy nabytek. Chociaż światło pozostawiało swoją ilością i jakością wiele do życzenia, wiedziałem, że to było to. Że znalazłem kolor, który pozwoli mi skończyć portret mej ukochanej Franceski. Który odda w idealnej proporcji karminowy odcień twoich ust, najdroższa.

To chyba cud. Gdy postawiłem już krzyżyk na dokonaniach ojca, gdy nabyłem pewności, że jego dzieła nie można wykorzystać w żadnym pobożnym celu, wówczas mój świat ponownie nabrał barw. Odzyskałem cię. Choć serce z trudem zaczynało godzić się z niepowetowaną stratą, nie musiało dłużej tego robić. Bo znowu miałem cię przy sobie. Radosną, czułą, uroczą. Po prostu piękną.

Uchyliłem drzwi do mojej sypialni. Cicho, żeby przypadkiem cię nie zbudzić, gdybyś zdążyła już zasnąć. Szczęśliwy niczym podrostek zajrzałem do środka. A potem menzurka z farbą wypadła mi z palców i roztrzaskała się o próg, ja zaś wpadłem do pokoju, zlany zimnym potem, wstrząśnięty paniką.

Wnętrze nosiło ślady szamotaniny. Zmierzwiona pościel. Książki rozrzucone po podłodze. Wśród nich tomik poezji twojego ulubionego Rayneartha, który czytałaś przed moim wyjściem. Rozlane farby. I wreszcie sztaluga. Pusta, bez płótna.

Mój Boże. Co tu się stało? Nie mogę stracić cię po raz drugi, Francesko!

– Dlaczego to zrobiłeś, Theo? – W drzwiach pojawił się John Fletcher.

Wyjrzałem, oszołomiony, zza sztalugi. On wiedział? Ależ byłem głupi, na pewno wiedział!

– Gdzie ją zabrałeś? – jęknąłem otumaniony.

– Co ty miałeś w głowie, chłopaku? – Ojciec mówił, jakby wpadał w amok. – Tak zaryzykować! Przecież ta gnida, O’Brien, tylko czeka na nasz najmniejszy błąd. Niemal do rąk mu wepchałeś sekret dorobku całego mojego życia. Ba! Całej naszej rodziny!

Skuliłem się pod oknem, gładząc pogięty grzbiet tomiku Rayneartha, a on ciągle wrzeszczał. Zerknąłem na moment w oczy Johna Fletchera, lecz ujrzałem w nich tylko najczystszą furię. Szybko spuściłem wzrok.

– Myślałem, że jesteś godzien zaufania. Że wyrastasz na wartościowego wspólnika. Na spadkobiercę. Ale tym swoim baranim występkiem tylko potwierdziłeś, żeś równie godzien szacunku, co byle moczymorda z ulicy!

– Błagam… Gdzie zabrałeś Franceskę…

– Niech cię więcej nie obchodzi to dziewuszysko! W najgorszych koszmarach bym się nie spodziewał, że posuniesz się tak daleko wiedziony chucią! Naiwny, naiwny szczeniaku!

– Odesłałeś ją? Powiedz, że ją odesłałeś…

– Wysłałem ją daleko stąd, aby więcej nie mieszała w tym twoim pustym łbie!

Upadłem na kolana. Zacisnąłem zęby. W bezradności zmierzwiłem włosy.

– Wiedz, że nigdy nie czułem się tak upokorzony. Mój jedyny syn? Ze służką? I nawet po tym jak jej problem szczęśliwie sam rozwiązał się zeszłego lata, ty cały czas myślałeś o tej siksie?!

Szczęśliwie rozwiązany problem? Tato, co ty mówisz? Biedaczka utonęła, bo złapał ją skurcz, gdy kąpała się w Tamizie wraz z kuzynkami. Jak możesz określać tę tragedię mianem szczęśliwej? Czyżbyś miał z tym coś wspólnego? Masz przecież dostęp do technologii, która z łatwością mogłaby zmylić medyków. I wystarczająco dużo pieniędzy, aby ich zwyczajnie przekupić.

– W głowie się nie mieści! Lepiej módl się, żeby hrabia Connoery o niczym się nie dowiedział. Jeśli zerwie zaręczyny i wycofa swój wkład, badania trafi szlag! – Trzasnął drzwiami i wypadł na korytarz. Ciągle wrzeszczał, aby cała kamienica słyszała. – Żeby po tylu latach dowiedzieć się, że człowiek wychował bękarta! Wstyd! Nie mam już syna!

Gdzieś daleko trzasnęły kolejne drzwi. Znów było cicho.

Z trudem wspiąłem się na łóżko, łapczywie chłonąc resztki twojego zapachu, Francesko. Ojciec zawsze był porywczy i łatwo wpadał w gniew, choć odkąd odkrył zasadę działania wehikułu czasu, stał się jeszcze większym cholerykiem. Stres mu nie służył… Tylko czy mogę go usprawiedliwiać? Czy mam prawo? Skoro nie odesłał cię do linii czasu, z której cię zabrałem, ani nie ukrył cię nigdzie w obecnej… To oznacza, że przepadłaś.

Tak, płaczę. Mógł cię posłać gdziekolwiek, więc szanse, że cię odnajdę w oceanie czasu, były bliskie zeru. Tym bardziej, że ojciec więcej nie pozwoli mi się nawet zbliżyć do wehikułu.

Tkwiłem w apatii, obserwując krople deszczu spływające po szybie. W pewnym momencie do pokoju weszła matka, niosąc szklankę mleka. Nie wysłała służki, więc miała w tym jakiś interes, przychodząc.

– Powinieneś przestać grać ojcu na nerwach – powiedziała. – Tamta dziewczyna nie żyje. Zapomnij o niej. Daj szansę pannie Connoery.

Zacisnąłem zęby.

– Nie zamierzam.

Nie była zadowolona. Mówiła coś jeszcze, choć nie słuchałem. Pokręciła się po izbie, a potem wyszła. Ach, matko. Ty również nasłuchałaś się w życiu od Johna Fletchera. Dlaczego ciągle stałaś za nim murem? Być może kiedyś popełniłaś błąd, godząc się na związek nie z tym człowiekiem, co trzeba?

Zdążył zapaść zmrok. Przetrwałem noc w bezruchu z ledwie uchylonymi powiekami. A gdy szarość dnia na nowo zaczęła wkradać się do pokoju przez okno, ujrzałem nagi szkielet sztalugi, pozbawiony najwspanialszego klejnotu – twojej podobizny, Francesko. I choć to nic ponad marną imitację, wciąż to jedyne, co mi zostało.

Z bólem stanąłem na ciągle omdlałych przez mą rozpacz nogach. Przytrzymując się a to mebli, a to ścian, zszedłem na dół.

– Uwzględnij, proszę, moje uwagi przy następnej próbie.

– Oczywiście. Twoja pomoc jest nieoceniona, Ronaldzie.

Stałem na półpiętrze, patrząc jak Ronald Harvey, znany w Europie neurolog, opuszcza kamienicę Fletcherów, mimo bardzo wczesnej pory. Spotkałem jakiś czas temu jego syna, Williama, z którym znaliśmy się ze szkoły parafialnej. Narzekał, że odkąd nasi ojcowie zaczęli współpracować nad królewskim projektem związanym z wehikułem, Ronald zmienił się, zdziwaczał. Żeby nie powiedzieć: oszalał.

Stary Harvey, wychodząc, zauważył mnie, stojącego na półpiętrze naprzeciw drzwi, ale nie zareagował. Uściskał ojca, pożegnali się. Następnie John Fletcher osobiście zamknął za gościem.

– Oddaj mi chociaż portret Franceski.

Zszedłem do połowy schodów, zaciskając dłoń na poręczy, jakbym miał lada chwila upaść pod wzrokiem, pod głosem ojca.

John Fletcher uniósł głowę, nie spodziewał się mnie. Szybko spochmurniał.

– Zejdź mi z oczu. Wróć, gdy dojrzejesz. – Odwrócił się i ruszył w stronę piwnic, gdzie trzymał wehikuł.

– Proszę. – Zszedłem jeszcze o dwa stopnie. – Zasługuję na chociaż tyle. Skoro już nigdy więcej… mam jej nie zobaczyć.

Ojciec zatrzymał się. Odpowiedział po chwili:

– Prosisz. Znowu prosisz. Jak ostatnia miernota oczekujesz łaski, zamiast wziąć się w garść i walczyć o swoje. Rzygać mi się chce, jak na ciebie patrzę.

Spojrzał na mnie przez ramię. Lecz cóż to było za spojrzenie! Gniewne, przepełnione odrazą. Aż się wzdrygnąłem.

– Przecież walczę. Właśnie teraz! – wykrztusiłem przez zaciśnięte gardło. – Powiedz mi, gdzie jest portret…

– Tam, gdzie jego miejsce! – ryknął, a ja spodziewałem się, co powie dalej.

Zmrużyłem powieki.

 – W popielniku.

Zacisnąłem powieki. I zęby.

– Zamiast się skupić na chemii, fizyce, medycynie, ty wolisz się paprać farbami! W głowie mi się nie mieści, na jakiego szkodnika wyrastasz! Opamiętaj się!

Otworzyłem oczy. Całe napięcie nagle uleciało.

– Nigdy nie sprawiałem problemów. Nie ganiałem nocami za dziewczynami. Uczyłem się jak najpilniej, byle tylko cię zadowolić. Skończyłem fizykę na uniwersytecie, żeby pomóc w twoich badaniach. Zrezygnowałem z mojej pasji, malarstwa, tylko dlatego, że tego nie pochwalałeś. Stałem się wzorem, którego wszyscy ci zazdrościli. A gdy wreszcie postanowiłem w życiu podjąć jakąś decyzję samodzielnie, samemu wybrać towarzyszkę całego mojego dalszego życia, co usłyszałem w zamian? Że to się w głowie nie mieści? Że nie masz już syna?

John Fletcher stał teraz naprzeciw mnie z wybałuszonymi oczami. Ale nie zamierzałem czekać, aż znów zacznie wrzeszczeć. Nie tym razem.

– Mam ci już tylko jedno do powiedzenia, ojcze. Wstydu nie masz.

Wyszedłem z kamienicy, nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć. Potarłem ramiona podrażnione rześkością poranka. Wcale nie było mi zimno. Przedziwna ekscytacja pulsowała w moich żyłach, jeżąc włosy na rękach, przyspieszając oddech. Szczerzyłem się jak głupiec. Czułem, jakbym zrzucił z pleców olbrzymi ciężar; jakby szklana klatka dookoła mnie roztrzaskała się w pył. Ale nie czułem się jeszcze wolny. Do tego brakowało mi ciebie, droga Francesko. A ojciec zasługiwał na więcej cierpienia, niż tylko tych parę słów prawdy, które usłyszał. W tym celu musiałem odwiedzić pewnego Irlandczyka.

– Jesteś głupcem, O’Brien – zawołałem, gdy kamerdyner w końcu mnie wpuścił do pracowni swojego pana. Irlandczyk nie gniewał się długo za te słowa.

Tak jak się spodziewałem, O’Brien wcale nie był daleko od skopiowania pomysłu ojca. Brakowało mu kilku detali. A to wybrał zły metal za przewodnik, a to przykładał nieadekwatnie zmienne napięcie. Usłużnie poprawiłem wszystkie te usterki, uzyskując w zamian możliwość wykonania pierwszego skoku przez wehikuł.

Moja droga Francesko. Chociaż szanse, że kiedykolwiek cię odnajdę, istotnie są bliskie zeru, to wcale zero nie wynoszą. Znajdę to miejsce i ten czas, w którym John Fletcher cię ukrył, kochana. A gdy znów będziemy razem i upewnię się, że tym razem już nic nas nie rozdzieli, namaluję dla ciebie – nie, raczej dla nas – jeszcze jeden twój portret.

Koniec

Komentarze

Nieźle się czytało, tylko nie wiem, co tu jest pierwszym razem – czy wehikuł, czy to, że bohater wygarnął ojcu, czy może jeszcze coś innego…

 

Sku­li­łem się pod oknem, gdy tak wrzesz­czał, gła­dząc po­gię­ty grzbiet to­mi­ku Ray­ne­ar­tha. – Czy na pewno wrzeszczący gładził grzbiet tomiku?

 

więc szan­se, że cię od­naj­dę oce­anie czasu… – Pewnie miało być: …więc szan­se, że cię od­naj­dę w oce­anie czasu

 

Z bólem sta­ną­łem na wciąż omdla­łych z roz­pa­czy no­gach. – Czy to znaczy, że nogi były w rozpaczy?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg :D

Czytam te moje wypociny po tyle razy, a Ty zawsze wynajdujesz takie potworki, że nic, tylko się ze wstydu spalić. Już poprawiam, dzięki za komentarz.

I tak, pierwszym razem jest bycie nieposłusznym po raz pierwszy.

Ależ MrBrightside, przecież Ty, kiedy czytasz czyjeś opowiadanie, także dostrzegasz usterki, których piszący nie zauważył. ;)

Dziękuję za potwierdzenie domysłów. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytawszy.

Babska logika rządzi!

Szkoda, że nie było szczęśliwego zakończenia. Ale i tak fajnie się czytało.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Rzeczywiście, Sci-Fi umowne – pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że naukowe “tło” to za mało, by w ten sposób szufladkować ten tekst…

Opowiadanie przeczytałem z przyjemnością, choć brak tu wyróżniającego się na tle podobnych tekstów motywu. Uczucie opisane całkiem “obrazowo” (hehe ;D), puenta zgrabna, acz niespecjalnie pomysłowa.

Podczas czytania nie mogłem opędzić się od wrażenia, że masz trochę niespójną narrację. Bohater przez część tekstu zwraca się do czytelnika, a później, nagle, podmiotem jest Francesca. Przydałoby się chyba zapisywać zwroty do dziewczyny kursywą, bo trochę to dezorientuje…

No, chyba że całość jest w kierunku Franceski. Jeżeli tak, moja konsternacja jest związana z faktem, że nie jest to klasyczny adresat narracji pierwszoosobowej. Ciekawym, czy ktoś jeszcze będzie miał podobne odczucia ;D

Cieszę się również wielce, że bohater nie okazał się ciamajdą, bo na to się przez moment zanosiło ;)

 

Tyle ode mnie, na koniec drobne potknięcia (i bonus):

– Dlaczego to zrobiłeś, Theo? – w drzwiach pojawił się John Fletcher.

Rozpocznij z wielkiego W, MrB ;D

Przecież ta gnida, O’brien

Wydaje mi się, że zapisując nazwisko z przedrostkiem szlacheckim nadal obowiązuje Cię wielka litera… Czyli “O’Brien”.

I choć to nic ponad marną imitację, wciąż to jedyne, co mi zostało.

Z bólem stanąłem na wciąż omdlałych przez mą rozpacz nogach.

Powtórzenie

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Co do nazwiska O’brien też wydaje mi się, że powinno być O’Brien. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik, dzięki za wizytę, komentarz i klika. :)

 

Count, też miło Cię tu widzieć. :D

Absolutnie całość narracji jest skierowana do Franceski. Takie połączenie narracji pierwszo– i drugoosobowej wydało mi się naturalne i w sumie jesteś pierwszą osobą, która na to narzeka. Błędy już poprawiłem.

 

Zaś co do nazwiska – ufam Wam w stu procentach. Myślałem, że apostrof oznacza skrót i wywalenie części słowa, żeby było krócej (np. cannot → can’t). O głupi ja. :D

Bardzo fajne opowiadanie.

Ja widzę pierwszy raz: syn podjął walkę o swoje (a nie ojca). I odbędzie pierwszą podróż nowym wehikułem (chyba przestrzeni, jeśli dobrze zrozumiałam) ;)

Podoba mi się, że nie ma happy endu, inaczej byłoby za prosto i za słodko (= mdło).

Podobało mi się :)

Czasu i przestrzeni. Dobrze zrozumiałaś, Anet. Dzięki za komentarz. :D

Happy endy są zbyt przewidywalne. ;)

Czytałam cztery razy, bo szukałam ukrytego sensu :< Znaczy, smutna emotikonka to nie z powodu samej lektury, bo przeczytałam bez przykrości ;) Po prostu cały czas liczyłam na coś więcej :(

Znalazłam! Podczas pisania komentarza :D

 

Podobnie jak Countowi zazgrzytała mi trochę narracja. Na przykład tutaj:

 

Że znalazłem kolor, który pozwoli mi skończyć portret mej ukochanej Franceski. Który odda w idealnej proporcji karminowy odcień twoich ust, najdroższa.

Chyba, że to mej ukochanej Franceski miało być takie jak czasem dorośli zwracają się do małych dzieci albo pupilów w stylu kto jest małym skarbem. Ale to mi trochę trąci dziecinnością i uczuciem pełnym naiwności, które swoją drogą mogłoby charakteryzować typowego artystę, zapatrzonego w siebie, które nie potrafi odnaleźć się w świecie i poszukuje osoby, w której ulokowane uczucia najwyżej procentowałyby jako źródło artyzmu i dramaturgii. W tej kwestii Twój bohater jest trochę zgodny, bo zakochał się w biednej służce wbrew woli ojca, a to świetny materiał na inspirację do wspaniałych obrazów. Ale z drugiej strony studiował fizykę, ma za ojca wynalazcę, więc pasowałby raczej na rozsądnego faceta ;) A rozsądny kojarzy mi się z uczciwy, prawy itp. Tymczasem to taka szelma :/

Nie polubiłam go. Wiem, że pewnie będę w tym odosobniona, ale dla mnie to zwykły cwaniak i to z takich działających pod przykrywką szczytnych intencji. Jakkolwiek ojciec nie byłby dla niego okropny, to jednak jego ojciec, który całe życie spędził na tym jednym wynalazku. I nie tylko on, jeszcze ojciec przyjaciela. A syn to wszystko zaprzepaścił, nawet nie z powodu Franceski, a jedynie dla dzieła, które pragnął stworzyć.

 

W ogóle to plus za wzmiankę o malowaniu ;) I o kurczę, to jest ten moment kiedy zdaję sobie sprawę z tego, czego w tym opowiadaniu szukałam :) Wiem, że może to nie jest to, co powinnam znaleźć i nad czym się roztkliwiać, ale nie potrafiłam przejść wobec tego obojętnie. Też w sumie uważam, że w twórczości każdego może dotykać coś innego i ja mogę zwracać uwagę, a nawet interpretować, jak mi się podoba :) I dlatego tak teraz popłynęłam trochę o tej sztuce. Bo na początku tego akapitu miałam narzekać, że ten bohater to takie ma do tej sztuki podejście obojętne. Że on chciałby tylko namalować Franceskę i ku temu ma służyć jego talent. Ale na szczęście nie ;) Jak wcześniej wspominałam, można na niego też spojrzeć jak na artystę, któremu ukochana była potrzebna jedynie do uwydatnienia jego talentu.

Jakkolwiek by nie patrzeć jest to motyw miłości nieszczęśliwej. Ja zdecydowanie kupuję tę wersję, albo ją sobie tylko tworzę na potrzeby własnej interpretacji :D, w której bohater własne dzieło stawia w centrum. Ustanawia je swoim celem, dla którego spełnienia zdradził ojca, a które jawi mu się jako ideał. Może to być oczywiście ideał powstały na bazie realnej dziewczyny, która zginęła, a do której miłość artysta wyolbrzymił, jak to artyści mają w zwyczaju.

A nawet jeśli ta dziewczyna nie zginęła, tylko żyje gdzieś w przestrzeni i czasie, to i tak wydaje mi się, że słowa

Znajdę to miejsce i ten czas, w którym John Fletcher cię ukrył, kochana.

nie są prawdziwą obietnicą, a przynajmniej nie taką, w której spełnienie bohater nie wierzy. Dla mnie on po prostu wie, że jego miłość zawsze pozostanie miłością jednostronną, bo jest miłością do sztuki, do dzieła, a nie do realnej postaci jako takiej. Możliwe, że jest nawet tym większą miłością, przynajmniej dla niego, bo dotyczy absolutnej doskonałości, czegoś stworzonego na wzór tej doskonałości, której obraz wytworzył we własnym umyśle i na płótno przelał. A wypowiadając takie słowa, że wciąż będzie szukał, usprawiedliwia jakoś swoje pragnienie, które zakłada, że w prawdziwej osobie nie odnajdzie nigdy tego, co potrafiłby odnaleźć w swoim obrazie, sztuce, którą tworzył.

Do tego najbardziej dramatyczne fragmenty, przynajmniej według mnie, kiedy odkrywa pusty pokój i, oczywiście, samo zakończenie, wieńczysz rzeczami dotyczącymi sztuki ;)

 

Limit znaków był, więc nie będę narzekać, że zabrakło mi szerszego kontekstu :(

 

S-F to takie bardzo, bardzo umowne ;) I liczyłam na coś innego, widząc tag podróży w czasie. Historii o bogatym chłopaku i zwykłej służce (chociaż raz nieżywej, to takiej trochę niezwykłej ;)) nie chcę kupić :< Ale po wmieszaniu w to sztuki, to już bardziej :)

 

A miał być taki krótki komentarz…

Dzięki, lenah, za komentarz i tutaj. Z Twojej wypowiedzi wyłania się obraz swoistego natłoku myśli, które kłębiły się w głowie podczas pisania opinii. Niezmiernie mnie cieszy, że opowiadanie nie wywołało wzruszenia ramion, a skłoniło do jakiejś tam refleksji. Twoja interpretacja bardzo mi się podoba! Warto jednak pamiętać, że to przede wszystkim historia o pewnej niezdrowej relacji ojciec-syn, z tym wiąże się motyw konkursowy i to przede wszystkim chciałem pokazać.

Pozdrawiam!

 

A długie komentarze autorzy lubią. Ja przynajmniej lubię. :p

Natłok myśli rzeczywiście wyszedł :D Ale to przez temat sztuki, a że jeszcze tej malowanej, to już w ogóle się rozpisałam ;) I jakoś tak o tej relacji ojciec-syn jedynie napomknęłam :< Jednak to nie pierwsze konkursowe opowiadanie, w którym jakoś tak mało zwracam uwagę na ten pierwszy raz :P Ale to nie dlatego, że pierwsze razy nieciekawe albo mało zaznaczone, tylko dlatego, że inne rzeczy w tych tekstach mnie jeszcze bardziej wciągnęły ;)

 

 

Podstawowy grzech tego opowiadania to niewykorzystany potencjał – chciałeś pokazać intymną relację ojciec-syn, a zbudowałeś do tego potężne dekoracje, które przytłoczyły główny pomysł a same nie miały okazji go zastąpić. Miałeś machinę czasu (czy nawet dwie) i nie pokusiłeś się o żaden paradoks. Miałeś na widelcu antytezę sztuka/technika i tylko liznąłeś temat. Miałeś wreszcie okazję pokazać jak pielęgnowana miłość do wymarzonego ideału kończy się rozczarowaniem przy zderzeniu z rzeczywistością (portret vs dziewczyna) i też nie wykorzystałeś tego wątku.

Umiesz opisywać rodzinne relacje, pamiętam Twoje opowiadanie z konkursu “Obcy język polski”. Ale tam było właśnie intymnie, ciepło i kameralnie. Tu nadbudowałeś kawał świata a i tak czytelnicy narzekają, że mało SF. Chyba nie tędy droga, przynajmniej nie w szorcie, gdzie trzeba precyzyjnie ustalić ramy i ograniczać treść i formę.

Z drobiazgów przyczepię się do tego barwnika – nie pasuje mi jako płyn (i to w menzurce). Pigmenty to raczej proszki, ewentualnie pasty. I co ojciec ma na myśli twierdząc, że syn prawie zdradził sekret O’Brienowi, skoro ten przekonuje się o postępach prac Irlandczyka dopiero w końcowej scenie?

Choć wątek fantastyczny nie jest pierwszoplanowy, to jednak nie odebrałem go jako nic nieznaczące tło – jakieś uzasadnienie w fabule zdecydowanie ma ;) Super czytało się przeżycia bohatera, bardzo dobrze nakreśliłeś jego obraz. Dla mnie faktycznie na swój sposób wyszedł niedojrzały, zgodnie ze słowami ojca – ale to tylko moja interpretacja :)

Podsumowując: bardzo dobre opowiadanie, z wyraźnym bohaterem i jego przeżyciami na pierwszym planie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Coboldzie, dzięki za komentarz. Przyznam, że posądzony przy kilku poprzednich moich tekstach o zbytnie gmatwanie wątków, chciałem tym razem maksymalnie wyłuszczyć sprawę. Sądzę, że konflikt ojca z synem wypadł sensownie i jestem z niego zadowolony. Co do ozdób – z pewnością masz rację z niewykorzystanym potencjałem. Inna sprawa, że ten tekst to moja pierwsza próba zmierzenia się z formą szorta, więc wyszło trochę niepewnie. A i w SF pochodzącym pod hard czuję się niepewnie, więc nie chciałem przecudować.

 

NoWhereMan, fajnie, że się podobało. Przeżycia, emocje, relacje – takie rzeczy wychodzą mi chyba najlepiej. ;)

Witaj!

Zamaluj kwadrat przy prawidłowej odpowiedzi.

Opowiadanie jest:

■ Przeczytane

□ Nieprzeczytane

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Bardzo fajny króciak. Mógłby być spokojnie rozwinięty, aż go trochę szkoda. Przeczytałam z prawdziwym zainteresowaniem i przyjemnością. Wątek maszyny do podróży w czasie, mimo że oklepany wyszedł bardzo fajnie. Tylko bohater trochę taka pipa. ;) Jak widać fantastyka może tworzyć fajne tło. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzięki za komentarz, Morgiano. Miło, że się podobało.

Cóż, Cobold już wypunktował, co można było tutaj bardziej rozwinąć. I być może kiedyś to jeszcze rozwinę, ale tutaj chciałem pokazać co innego. Jak słusznie zauważyłaś, fantastyka tu jest bardzo fajnym, ale jednak tylko tłem.

 

Natomiast dziękuję wszystkim, którzy kliknęli, bo opowiadanie dotarło już do biblioteki. A myślałem, że ma dwa kliki. XD

Spodobało mi się. Takie SF, jakie lubię – na pierwszym miejscu człowiek, a technologia daleko w tyle. Nieźle konstruujesz postaci: najwięcej uwagi poświęciłeś oczywiście ojcu i synowi, ale bohaterowie w tle też wydają mi się z krwi i kości, a nie tacy puści, marginalni. Cały konflikt idealnie umiejscowiony w Wielkiej Brytanii. Udało mi się przejąć losem bohatera i poczuć niechęć do postawy ojca.

Czytało się płynnie, miejscami dostałem coś, czego trochę zabrakło mi w innych konkursowych tekstach – dopieszczoną formę. Może to tylko mój gust? W każdym razie nie słuchaj Counta i nie używaj kursywy do zapisu myśli – to nieeleganckie. Staraj się pisać tak, żeby czytelnik nie miał wątpliwości, co jest myślą, co narracją itd. Tak się właśnie udało tutaj. Nie przeszkadzała mi mieszana narracja drugoosobowa. To taki zapis myśli bohatera, więc przecież może się w myślach zwracać jak chce.

Mam też przeciwnie niż Cobold: nie czuję, że potencjał został niewykorzystany. Maszyna czasu i paradoksy? To kameralna historia, po co iść tu w to, w co szły wcześniej setki innych autorów? Przeciwieństwo technologii i sztuki jest przedstawione w tle na tyle wyraźnie, że można to sobie wyobrazić. Więcej o tym? Tekst byłby o czym innym. A dzięki takim szczegółom konflikt między ojcem a synem ma ręce i nogi. Nie widzę tu też „nadbudowanego kawału świata”. Jak dla mnie jest właśnie kameralnie, może nawet intymnie.

No i w końcu pierwsze razy. Można tu się doszukać ich kilku. Jako kluczowy przedstawiasz to przeciwstawienie się ojcu. Drugi, zaznaczony już słowem „pierwszy”, dotyczy prawa do pierwszego skoku w czasoprzestrzeń. Ale dla mnie najciekawszy jest ten pierwszy raz, który rozgrywa się już poza opowiadaniem, a może nawet nigdy się nie rozegra – pierwszy raz, gdy bohater ponownie spotka Francescę. Zakończenie bardzo na plus.

Jeśli mam się czegoś przyczepić to dwóch rzeczy. Tytuł słaby, nie przyciąga uwagi, nie intryguje. I otwarcie. Trochę wieje nudą. Sam często się tego czepiasz, więc wydaje mi się, że to element, nad którym musisz popracować: zbudowanie napięcia, chwycenie czytelnika za mordę. 

Z konkursowych szortów Twój spodobał mi się najbardziej. 

 

Gratuluję piątego miejsca :)

Ach, fun, Ty to potrafisz pisać komentarze…

Nie będę ukrywać, że gęba mi się szczerzy od takiego natężenia miłych słów. ;) Masz rację co do postaci. Uważam, że ich osobowości i wzajemne interakcje są esencją każdego opowiadania. Jasne, można wykreować niesamowity świat, motyw, rasę, historię, całą gamę różnych bajerów, ale bez postaci to wszystko staje się takie powierzchowne i siłą rzeczy (przynajmniej dla mnie) – nudne. Zauważyłem, że mamy podobną estetykę pod tym względem – Twoje “Dziewięć martwych zwierząt” niesamowicie zapadło mi w pamięć, bo miało wszystko to, co sam cenię – pełnokrwistych bohaterów, ich prawdziwie nakreślone, namacalne problemy i wreszcie motyw fantastyczny, który wieńczył historię niczym ostatnia warstwa cieni na szkicu lub finalne pociągnięcie pędzla na obrazie. Nie ukrywam, że sam chciałbym popełnić podobny tekst w przyszłości i miejmy nadzieję, że wena dopisze.

Wielkie dzięki za bardzo motywujący komentarz. Aż szkoda, że lada chwila sesja i szlag trafi wszelkie próby pisania… -,-

Niech się gęba szczerzy bardziej niż na Twoim avatarze ;)

Do sesji jeszcze trochę czasu, można pisać. 

Przed sesją jeszcze trzy przedmioty muszę zaliczyć, w tym jeden za tydzień, więc średnio stoję z czasem. :p

Warunki konkursowe spełnione, chociaż ten pierwszy raz trochę domyślny i epizodyczny – pierwszy raz znalazł barwnik, postawił się ojcu?

Ciekawy sposób na wykorzystanie wehikułu czasu. I przez ojca, i przez syna. Spodobał mi się.

Główny bohater nieco schematyczny – zakochany bez pamięci młody człowiek, ale przynajmniej coś o nim opowiadasz. Ojciec wydaje się w ogóle nie rozumieć ludzi. Może i naukowcom tak się czasami zdarza, ale chyba wtedy nie zachowują się złośliwie, tylko zwyczajnie nie przejmują pierdołami.

Tytuł mi słabo pasuje. Raz, że niezbyt mocno związany z treścią (równie dobrze można było wybrać dowolne, wykrzyczane w gniewie słowa), dwa, że nie zachęca do tekstu.

Technicznie bardzo dobrze.

Babska logika rządzi!

“Nauczyłem się przyzwyczajać”. Jest to raczej umiejętność nienabywana, mózg lubuje się w powtórzeniach i przyzwyczajenie jest raczej determinowane biologicznie niż uczone.  Tak mi się wydaje.

 

Nie mam do czego się przyczepić, jedynie, że narracja wydaje mi się nieco oszczędna, albo raczej miejscami kanciasta. Zdania nie są gładkie. Ale to nie jest wada, to po prostu cecha pisania, którą rzadko oglądam, więc mniej jestem przyzwyczajona :P

 

Sztampa z tym ojcem, synem i ukochaną, ale pokazana z odświeżającymi motywami, więc tradycja z innowacją mi się tu równoważy. Szkoda, że nie dowiem się, jak wyglądał obraz, albo raczej Franceska ;< Co oznacza, że obudziłeś moje emocje i ciekawość, pozostawiając je niezaspokojone, mimo że finał dobrze wieńczy dzieło – a więc wyszła ci niezła sztuka ;) Ale refleksja mi po tekście nie zostanie, jedynie niepełne obrazy.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dzięki za komentarze, szanowne koleżanki-lożanki. ;)

 

Finklo, naukowiec naukowcowi nierówny. Jasne, to, co widać z zewnątrz zazwyczaj wygląda tak, jak to opisałaś. Ja jednak chciałem dostać się głębiej, pokazać naukowca w bardziej prywatnej sytuacji, jako wspaniałego intelektualistę, ale kiepskiego ojca. Ludzie przecież mają różne charaktery, a ten konkretny człowiek miał zwyczajnie parszywy i chyba nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Tak czy siak, jestem zadowolony z efektu.

 

Naz, fajnie, że zostały chociaż obrazy. Że zostało cokolwiek. To już mój mały sukces. ;)

Wracam, sprowokowany komentarzem Funthesystema. Bo zwykle się z Funem zgadzam, a tym razem nie do końca (co nie znaczy, że ani trochę). Napisałem, że “nadbudowałeś kawał świata” i go nie wykorzystałeś, mając na myśli porównanie z “Więcej łez niż uśmiechów”. Tam był wiśniowy sad, parę osób, prosta rozmowa i bardzo mi się podobało. A teraz zbudowałeś w tle dużo więcej (bo pojedynek konstruktorów machin czasu to nie byle co) i to wydało mi się po prostu niepotrzebne. Ma rację Fun, że opowiadań o paradoksach podróży w czasie było już wiele, i że nie o tym miał być Twój tekst. Ale jak się wytacza takie armaty, to głupio z nich nie strzelić. Ergo: może ten sztafaż był po prostu zbędny, może opowiadanie by się bez niego obyło, może rolę medium umożliwiającego kontakt bohatera z ukochaną trzeba było pozostawić sztuce?

Piszesz, że hard sf nie jest Twoim naturalnym środowiskiem. Moim też nie. Ale chętnie przeczytałbym Twoje opowiadanie konsekwentnie utrzymane w klimatach opowieści niesamowitej a’la Poe. Myślę, że doskonale dałbyś sobie radę w takiej konwencji.

I jeszcze jedna sprawa, której zabrakło w moim wcześniejszym komentarzu. Takich rzecz, bardziej dotyczących konstrukcji czy nawet filozofii tekstu, niż kwestii technicznych czepiam się tylko u autorów, których czytuję regularnie, lubię i od których oczekuję naprawdę dobrych tekstów. Bo że Twoje opowiadanie zasługuje na pierwszą piątkę konkursu to nie mam żadnych wątpliwości.

Ma rację Fun, że opowiadań o paradoksach podróży w czasie było już wiele, i że nie o tym miał być Twój tekst. Ale jak się wytacza takie armaty, to głupio z nich nie strzelić.

Czemu głupio? Moim zdaniem wystrzał zagłuszyłby istotę opowiadania. 

I dlatego armaty powinny zostać w armamentarium…

W każdym razie nie słuchaj Counta i nie używaj kursywy do zapisu myśli – to nieeleganckie.

Że jaaaak? ;(

 

A ja zawsze myślałem, że to czytelne, gdy autor oddziela to, co narratora od tego, co bohatera…

Zaznaczę jednak, że uwaga ta nie dotyczy Bezwstydnika, skoro jest on w całości skierowany do Franceski.

Z tego co widzę, jedynie Lenah zrozumiała moje odczucia (podała niezły przykład), możemy więc spokojnie uznać, że to kwestia mojego przyzwyczajenia i trudności w adaptacji. Po prostu wystarczyło, byś chwilę nie wspominał o dziewczynie, a ja już myślałem, że bohater zwraca się do mnie XD

Podczas pisania W stronę słońca zastosowałeś podobny zabieg, z tym że tam jakoś mnie to nie rozpraszało… Ciekawe w sumie :D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Czytałeś “Drogę” McCarthy’ego? Tam nie ma żadnej kursywy, a dialogi nie są nawet od myślnika, a mimo to jak dla mnie jest czytelnie – kwestia napisania. 

Coboldzie, mam wrażenie, że po prostu oczekiwałeś czego innego po tym tekście, spodziewałeś się, że środek ciężkości będzie leżeć gdzie indziej. I bynajmniej Cię o to nie winię, takie wręcz Twoje prawo, bo gusta są przecież różne. Zgodzę się, że może odrobinę przesadziłem z dekoracjami i odgrywają tutaj mniejszą rolę niż teoretycznie powinny, ale być może kiedyś zapragnę powrócić do tego świata, a wówczas taka otwarta furtka będzie jak znalazł. ;)

Zaciekawiłeś mnie tym Poe, bo choć o gościu słyszałem, to nigdy nic jego nie czytałem. Właśnie nadrabiam kilka nowel i kto wie, może wykluje się z tego jakieś opowiadanie. Wyglądają naprawdę interesująco, dzięki za pokazanie mi ich! I dzięki za słowa z Twojego ostatniego akapitu. To bardzo motywujące.

 

Count, spieszę z wyjaśnieniami. :D

Jakiś czas temu odkryłem, że narracja drugoosobowa jest jeszcze bardziej intymna niż pierwszoosobowa. Spójrz na to tak: jeżeli ktoś zwraca się do kogoś podając mu stan swojego umysłu, swoje emocje, wrażenia, doznania, to siłą rzeczy trochę przekolorowuje. Wypowiada się tak, żeby osiągnąć konkretny cel – a to żeby mu zazdroszczono, a to żeby mu współczuć, itd. Poziom egzaltacji jaki można w ten sposób osiągnąć jest dużo wyższy niż w narracji pierwszoosobowej, bo tam co? Ktoś gada do siebie i przekonuje się jak mu źle? On o tym wie, więc jaki to ma cel? Nienaturalnie to, jak dla mnie, wygląda. W tych dwóch konkretnych opowiadaniach, tu i w “W stronę słońca”, skupienie bohatera na sobie jest najważniejsze, dlatego paradoksalnie narracja drugoosobowa wydała mi się bardziej odpowiednim narzędziem niż pierwszoosobowa do pokazania konkretnych emocji. I patrząc po klikach do biblioteki pod oboma tekstami, wyszło przyzwoicie. ;)

Witaj!

Sympatyczne (to słowo megakojarzy mi się z twórczością Brightside'a). To zarówno plus jak i minus. W pewnym sensie.

Pochwała za to, że tekst daje sie czytać gładko.

Na początku miałem wrażenie, chyba celowo wywołane, że gościu kocha obraz. Później okazuje się, że tatę nazywa imienim i nazwiskiem – budujesz ciekawą relację ojciec – syn. Ale z chłopaka to zrobiłeś romantyka na 120%, też odnoszę wrażenie, że celowo. ("My Polacy mamy opinię romantyków. " – tym nawiasem się nie przejmuj, tak mi się przypomniało.)

Jest to nie szort idealny, ale na pewno bardzo dobre i przemyślane opowiadanko.

Mój ulubiony fragment: "Stary Harvey, wychodząc, zauważył mnie, stojącego na półpiętrze naprzeciw drzwi, ale nie zareagował. Uściskał ojca, pożegnali się. Następnie John Fletcher osobiście zamknął za gościem."

Zakończenie z kolei, rozumiem motywację chłopaka, ale dałeś odczuć, że ojciec nie do końca mógł mu ufać, skąd więc młodzieniec, na pamięć znał cały projekt ojca. Każdy szczegół trzymał w głowie i nie potrzebował choćby notatek?

Całość na plus, Przyjemna lektura.

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Ahoj, Mytrixie!

Sympatyczne? Chyba trafiałeś po prostu na moje niewłaściwe teksty. Ciekawym, czy byłbyś skłonny powtórzyć tę opinię po przeczytaniu choćby fragmentu tego opowiadania. :D

Co do finału – to nie tak, że ojciec nie ufał synowi. Ufał mu bardziej niż komukolwiek, dlatego wszystkie jego wybory inne z ojcowskim zamysłem traktował jako niepowodzenia, wręcz osobiste porażki. Młody Fletcher poświęcił wiele, żeby pomóc zrealizować projekt ojca i zdecydowanie wiedział jak obsługiwać wehikuł – w końcu użył go raz całkiem samodzielnie. Ponadto O’Brien wcale nie był daleko od powtórzenia sukcesu swojego konkurenta – decydowały detale. Cóż, wydawało mi się, że wystarczająco jasno to przedstawiłem… Nauczka na przyszłość. :<

Oooo! A żebyś wiedział, że sobie sympatycznie poczytam wskazane opko :D a co do tej nauczki, ja to wyczytałem z opowiadania, ale przy tak skomplikowanych projektach dalej wątpie, żeby chłopak miał dokładnie wszystkk w głowie, no ale skoro brakowało O'Brajanowi ;D tylko szczegółów to, niech ci będzie odpuszczone!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Czytałeś “Drogę” McCarthy’ego? Tam nie ma żadnej kursywy, a dialogi nie są nawet od myślnika, a mimo to jak dla mnie jest czytelnie – kwestia napisania. 

Nie miałem tej przyjemności, Fun. Będę musiał się zapoznać, skoro polecasz :)

 

MrBrightside – hmm… W sumie… Coś w tym jest ;)

Osiągnąłeś interesujący efekt, choć wydaje mi się, że dałbyś radę dopracować tę narrację jeszcze bardziej. Niemniej, Count zawsze będzie aprobował próby wzmożenia egzaltacji, toteż powodzenia w kolejnych podejściach! ;D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

być może kiedyś zapragnę powrócić do tego świata

i to by było bardzo dobre rozwiązanie ;)

Technicznie dobrze napisane, ale historia mnie nie porwała. Chyba moje wrażenia krążą po tej samej orbicie, co opinia Cobolda – wprowadziłeś pojedynek konstruktorów wehikułów czasu, a dostajemy tylko kłótnię zakochanego młokosa z apodyktycznym ojcem. Ojcowsko-synowskie relacje oddałeś zresztą całkiem nieźle, może to mnie zabrakło kilku uczuć, żeby dać się poruszyć cierpieniem młodego Fletchera.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Skoro ojcowsko-synowska relacja została nieźle oddana, to uznaję Twoją opinię za pozytywną, Nevazie. ;) Taka impresja pojawiła mi się w głowie i postanowiłem przelać ją na słowa, zahaczając jednocześnie o temat konkursu, bo jest wyjątkowo neutralny. Niepewnie czuję się w szortach, ale myślę, że nie chodzi w nich o to, by kreować nie wiadomo jaką fabułę czy światy. Od tego są dłuższe formy, za które nawet chętniej niż za szorty się zabiorę. Dzięki za opinię!

Dosyć pochmurny klimat świetnie oddaje nastrój bohatera. Duży za to plus. Podobało mi się też opisywanie emocji. Historia luźno skojarzyła mi się z Wehikułem czasu, Wellsa. Mnie się podobało.

Cieszę się, że się podobało.

Książki nie czytałem, mówisz, że warto? ;)

Czy ja wiem… mieszane mam wrażenia. Jeśli masz w bibliotece to można przeczytać, ale na kupno raczej nie namawiam. ;)

Aha, czyli to takie średnie porównanie. XD

Już Cobold wspomniał przy tym tekście o Poe, który podobnie jak ten Wells tworzył w XIX wieku. Coś może jest na rzeczy. :p

Czytać, czytać, nie samym Lovecraftem człowiek żyje…

Fajne. Z początku czytałem z wyrazem na twarzy “ale że o co się rozchodzi?”, potem na szczęście trochę porozjaśniałeś. Wydaje mi się dziwne, że bohater myśli o swoim ojcu per “John Fletcher”, ale widać, że nie jest z nich zgrana parka, więc wybaczam :)

 

To mi trochę nie pasuje:

Upadłem na kolana. Zacisnąłem zęby. W bezradności zmierzwiłem włosy.

W następnych akapitach bohater nic nie mówi, a potem znów:

Zacisnąłem zęby.

 

I jeszcze w międzyczasie było dość paskudne, pięciokrotne powtórzenie:

Skoro nie odesłał cię do linii czasu, z której cię zabrałem, ani nie ukrył cię nigdzie w obecnej… To oznacza, że przepadłaś.

Tak, płaczę. Mógł cię posłać gdziekolwiek, więc szanse, że cię odnajdę w oceanie czasu, były bliskie zeru.

 

Ale generalnie wrażenia pozytywne. Taki przyjemny szorcik :)

Precz z sygnaturkami.

O kurde, z tym “cię” to pojechałem. Jak to się mogło uchować? XD

 

Dzięki za komentarz, Kosmito!

Mr BrightSide powraca z nową mocą! Dość przyjemnie czyta mi się taką prozę w Twoim wydaniu.

 

Być może jest to moja dziwna czytelnicza właściwość, ale zgrzytnął mi ten fragment:

Zerknąłem na moment w oczy Johna Fletchera, lecz ujrzałem w nich tylko najczystszą furię.

– myślę, że sformułowanie "tylko najczystsza furia" jest przeładowana sterydami (moja subiektywna opinia), złagodziłbym choćby do "czystej furii”.

 

Poza tym tekst bardzo dopracowany, czytałem może nie z wypiekami na twarzy, ale z wielkim zapałem. Relacje, jakie tworzysz między bohaterami, sprawiają, że wierzę temu, co piszesz. Jest to w moich oczach silna strona Twojej prozy i cieszę się, że ją znowu pokazujesz.

Piękny obraz namalowałeś, warto za nim gonić przez karty czasu…

 

Jak zwykle miło Cię widzieć, Nimrodzie. Dzięki za komentarz!

Lubię budować skomplikowane relacje między postaciami, a najlepiej nadają się do tego nieco dłuższe teksty. Mam dość króciaków i mam nadzieję, że wkrótce uda mi się skrobnąć coś dłuższego. ;)

Ronald i William Harvey – o, to postacie z ,,Doktora Harveya”? Tamto opowiadanie było jednym z pierwszych, które przeczytałam na tym portalu, bardzo mi się podobało :)

W ,,Bezwstydniku” urzekły mnie relacje między bohaterami, są naprawdę fajnie zbudowane i wiarygodne, dialogi między egzaltowanym synem a nieczułym ojcem wyszły świetnie. Całe opowiadanie czytało się bardzo lekko i przyjemnie, ten delikatny wątek fantastyczny z wehikułem czasu dodawał jeszcze smaczku :)

Pozdrawiam!

To te same postaci, we własnej osobie. ;)

Miło, że Bezwstydnik się spodobał, ale prawdziwą radochę wywołał u mnie fakt, że ktoś nadal pamięta mój tekst sprzed tylu miesięcy. Dzięki!

Ładne, interesujące, poruszające. 

Tylko czemu tak krótkie?

Zostaję z niedosytem. 

Wszyscy kiedyś spotkamy się pod jakimś memem.

Bo limit konkursowy wynosił 10k. :D

Dzięki za komentarz.

Czytałam już jakiś czas temu, ale przeciwności losu nie pozwoliły zostawić komentarza. Przybywam jednak naprawić swoje zaniedbanie.

Bardzo emocjonalne opowiadanie, wręcz wczułam się w nastrój głównego bohatera miotającego się między tęsknotą za ukochaną a nienawiścią do ojca. Dialogi rzeczywiście świetne. A wpleciony wątek fantastyczny działał jako tło dla głównego tematu – relacji ojca z synem. Chociaż dowiedziałabym się więcej o tym wehikule czasu ;)

<3

 

Idziesz jak burza, jeszcze tylko 40!

Daj mi żyć :p

Nowa Fantastyka