- Opowiadanie: funthesystem - L

L

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

L

Śmiała się z niego, kiedy to zrobił.

– Wyglądasz jak idiota – stwierdziła.

On tylko wzruszył ramionami i odparł:

– Trudno. Dopiero się uczę, jak wyglądać.

A potem, ponieważ się uczył, skreślił wszystko – zerwał z nią, zerwał z rodziną, zerwał ze znajomymi – i spróbował jeszcze raz. 

W nowym mieście, w nowym mieszkaniu, w nowej pracy było lepiej. Ludzie wciąż na niego krzyczeli, a on początkowo się kulił, jednak po chwili przypominał sobie, że przecież ma prawo popełniać błędy. Czasem inni zauważali literę „L”, ciągnęli tych krzyczących za rękawy i mówili:

– Zostaw chłopaka. Każdy się kiedyś uczył.

Na ulicy jedni wytykali go palcami, a drudzy rozumieli i zachowywali dystans. On wiedział, że nie powinien się przejmować. Litera go usprawiedliwiała. Mógł źle wyglądać, mógł się spóźniać, mógł upuszczać kubki z kawą, mógł próbować po kilka razy, aż się udawało.

Któregoś dnia poznał inną.

– Po co ci to? – zapytała.

Wytłumaczył jej, a ona powiedziała, że zrobi tak samo.

Pocałunek udał się za pierwszym razem, czasem tak się zdarza. Potem było gorzej. Najpierw on skończył za wcześnie; przy następnej okazji ona tak się zestresowała, że nie mogli nawet zacząć. Widoczne w ciemności litery „L” przypominały: wolno popełniać błędy, każdy się uczy.

Początki wspólnego mieszkania okazały się trudne. Wpadali na siebie w kuchni, parząc dłonie wrzątkiem, plamiąc ubrania sosami, pokrywając podłogę mąką, cukrem lub płatkami kukurydzianymi. Jedno zajmowało łazienkę akurat wtedy, kiedy drugie potrzebowało jej bardziej. On pracował w dzień, ona w nocy, żadne się nie wysypiało. Ale uczyli się. Krzyki innych osób po nich spływały. Byli szczęśliwi. Najszczęśliwsi w mieście.

Potem na ulicach pojawili się ludzie z literami „L”. Na każdym kroku słychać było krzyk urwany w połowie, gdy zdenerwowany przechodzień uświadamiał sobie, że każdy się kiedyś uczy. On i ona to widzieli, ale co mieli zrobić?

Pewnego dnia ją zostawił. Okazała się błędem, a on miał do nich prawo. Ponieważ nowe miasto go zmęczyło, wrócił do rodzinnego. Tam też wszystko wyglądało inaczej. Szedł przez znajome ulice potrącany przez setki nieuważnych ludzi. Nikt nie mówił „przepraszam”, bo jedna litera usprawiedliwiała wszystko – eliminowała potrzebę pewnych słów.

Dotarł do dawnego mieszkania. Kiedy mu otworzyła, zobaczył „L” i uśmiech.

– Wyglądasz jak idiota – powiedziała.

Wzruszył ramionami.

– Ty też.

Wszedł. Zdjęli z siebie ubrania i litery. Przy tym, co nastąpiło później, nie popełnili żadnych błędów. Przez krótką chwilę panowała cisza. Żadnych krzyków, żadnego „przepraszam”. A potem sąsiad z góry upuścił słoik, sąsiadka z dołu się rozpłakała, sąsiad z naprzeciwka potrącił kogoś na ulicy. Litera „L” była wszędzie, tylko nie tam, gdzie oni, nadzy i bezbłędni. 

Koniec

Komentarze

To tak jak słyszą niektórzy: masz w sobie dziecko, masz prawo… – okropność, ble!

A tak na poważnie, ładny tekst, taki w Twoim stylu. Pyk i przeczytane. No i puenta z jednej strony prosta, z drugiej wieloznaczna.

 

F.S

Mnie też przypadło do gustu. Ciekawe. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Cześć.

Nie mam pojęcia, o czym to było. Obyczajowość z czymś, co nie zaskoczyło u mnie. I było nudno (nie, nie przez to, że jeśli o coś chodziło, to nie wiem o co).

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Jest nowy fun i trzeba się spieszyć z klikaniem! Chociaż nie, może dam szansę innym. Ale najdalej do wieczora…

Rozumiem, że nie wytrzymałeś i postanowiłeś wrzucić pozakonkursowy „Pierwszy raz”? Jeżeli to ma być wzorzec z Sevres, to nie zazdroszczę tym, którzy jeszcze piszą ;)

Bardzo ładnie piszesz o miłości, chyba pierwszy raz tak łagodnie. I pierwszy raz obdarzasz swoich dorosłych bohaterów autorską czułością; wcześniej był to raczej pobłażliwy dystans.

Zmieniłbym „aż się udawało” – trochę niegramatyczne, może „dopóki się nie udało”? Narracyjnie nieco się zacina przy „Potem na ulicach pojawili się ludzie…”, jakoś brakuje łączności z poprzednim akapitem, może „I wtedy właśnie pojawili się inni (nowi, kolejni) ludzie” lub coś podobnego.

Zabawna opowiastka, którą pewnie można interpretować na kilka sposobów. Dyskutowałbym, czy jest tu jakaś fantastyka, ale też jej brak by kompletnie nie przeszkadzał w odbiorze. Motyw z literą “L” mocno wpadł w pamięć. Ogółem: na plus.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Interesujący szort, dający do myślenia. Smutny taki jakiś.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Płynne, ładne, ciekawie wykorzystany motyw eLki przyczepionej do ludzi :-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Foloinie, dzięki za przeczytanie, cieszę się, że się spodobało. 

 

Bemik, cieszę się, dzięki. 

 

Piotrze, tak czy siak dzięki, że zajrzałeś. 

 

Coboldzie, nie tyle nie wytrzymałem, co postanowiłem wrzucać tu raz na miesiąc jakiś tekst. A wszystkie większe dzieciątka poszły w świat, więc padło na zeszłoroczny staroć (no, z grudnia). I żaden tam wzorzec, raczej pokazanie, że juror też człowiek i szorty pisze ;)

Bardzo ładnie piszesz o miłości, chyba pierwszy raz tak łagodnie. I pierwszy raz obdarzasz swoich dorosłych bohaterów autorską czułością; wcześniej był to raczej pobłażliwy dystans.

Dzięki za te słowa, dają mi do myślenia. Dzięki też za uwagi stylistyczne, muszę się zastanowić. 

 

NoWhereManie, sam się wczoraj zastanawiałem, czy tekścik zostanie odebrany jako fantastyka. Można by sobie oczywiście wyobrazić, że “L” jest tabliczką wieszaną na szyi, ale ja to widzę inaczej. Celowo nie opisałem, jak litera właściwie wygląda. 

Dzięki za przeczytanie i fajnie, że na plus. 

 

Jose, fajnie, bo do myślenia miał dawać. Dzięki. 

 

Mytrixie, dzięki. 

Robi wrażenie. Pomysłowy tekst, który wybrzmiewa w głowie po przeczytaniu. Gratuluję.

Miło mi to czytać, Urbi, dziękuję.

Ech, Funie, gdyby tak naprawdę wystarczyło oznaczyć się literą, by mieć wszystko wybaczone… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czegoś mi tu zabrakło, ale nie wiem czego, więc może to moja wina, a nie Autora :D . Chyba faktycznie trochę za mało fantastyki, albo za bardzo teatralna, ale fakt – w realizm magiczny wpisuje się idealnie. A może mogłoby być trochę dłuższe? Ale napisane dobrze, jest pomysł, jest klimat. Co do opinii cobolda, dwa razy lakoniczne “zerwał z nią”, czy to jest łagodnie o miłości? Dla mnie nie, ale faktycznie opowiadanie napisane jest jakoś tak chilloutowo. Znów (jakoś tak się złożyło, że na to samo zasłużył ostatnio Mytrix) solidne 7/10.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Reg, a no właśnie, że nie wystarcza. A niestety niektórzy oznaczają się na inne sposoby i myślą, że wszystko im wolno. Dzięki za przeczytanie :)

 

Bailoucie, fantastyka u mnie często bywa na drugim planie. A Cobold odnosi się do moich tekstów, w których było inaczej o miłości → Tysiąc przelotnych życzeń albo Grejpfrutowy horyzont. Albo nawet Jeleń na rykowisku, który łagodny na pewno nie jest, a o miłości takiej… no trochę innej :D

Dzięki za przeczytanie i siódemeczkę. 

Spoko, jeśli obowiązki pozwolą, jest szansa, że zapoznam się z tymi tekstami. Widzę po tytułach, że z cytrusami, to zdecydowanie jest u Waści coś na rzeczy :D

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Ciekawy pomysł z tą literą “L”. W pewnym momencie obawiałem się, że to będzie jakaś motoryzacyjna metafora i wyjedziesz z jakimś “samochodowym” zakończeniem, ale na szczęście tak się nie stało :)

Dobry szort. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Podobało mi się. Czytając nie potrafiłem tylko wczuć się w nosiciela eLki, ale to już jest mój problem :). Opowiadanie jest takie, jakie chyba miało być. W głowie rodzą mi się jeszcze pytania. Kto jest egzaminatorem? Kiedy kończymy się uczyć i oczywiście czy kolejne podejścia do testów są płatne? :)

Pozdrawiam :)

Soku, ja i motoryzacja? Niee… Dzięki za wizytę. 

 

Panie Turkuć, cieszę się, że się podobało i że tekst skłonił do przemyśleń. Egzaminatorami są oczywiście ludzie, którzy oceniają. Koniec nauki jest jeden. A drugie terminy? To już chyba kwestia wiary ;)

Czytało się dobrze, ale tekst nie wzbudził emocji. Chyba jednak wolę obyczajowość w bardziej realistycznym wydaniu. Tutaj wszystko wydało mi się mocno odrealnione, jakby zawieszone w próżni – zabrakło mi jakiejś kotwicy, która pomogłaby tekst uziemić ;)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

To chyba jeden z tych tekstów, które niby fantastyki nie mają, ale jednak unosi się nad nimi taka magiczna mgiełka, która czarodziejskim sposobem sprawia, że nie sposób oprzeć się całości, ale też nie sposób orzec, co w niej kogoś tak urzekło :)

 

Tekst jest o wielu rzeczach. Trochę o tym, że każdy popełnia błędy, ale też, że nie można wiecznie szukać usprawiedliwień. Że najprostsze rozwiązania są często najlepsze. Że zmiany dla samych zmian nie muszą być dobre, chociaż sprawiają taki pozór, co z kolei, razem z tymi wyliczeniami nowych okoliczności, skojarzyło mi się z “Rewolucją” Mrożka ;)

 

Spodobał mi się ten fragment od:

 

Wpadali na siebie w kuchni, parząc dłonie wrzątkiem…

Wkomponowuje się w cały tekst, który traktuje o wszystkim ogólnikowo. Nie ma w nim żadnych cech charakterystycznych bohaterów, szczegółów nad którymi można by się roztkliwiać, wyjątków. Ale za to jest precyzyjne przybliżenie na zwyczajne życie. Tak jakbyś chciał podkreślić, że ten cały dramat wciąż się rozgrywa, że jest nim całe ludzkie życie, ale obok tego wszystkiego jest też proza życia, która ma swój smak bez względu na największe nawet tragedie czy rewolucyjne zmiany ;)

 

W ogóle ciekawie z tą ogólnikowością. W dłuższym tekście pewnie by mogła nużyć, ale w niecałych 3k jest w sam raz :)

Jednocześnie jest wieloznacznie, co przez całego szorta, oprócz końcówki, mi się podobało. Dokładnie nie potrafię wskazać, co takiego w tej końcówce mi nie zagrało. Gdybym miała jednak obstawiać, to postawiłabym na kontrast między tym, że bohaterzy w końcu znaleźli najprostsze rozwiązanie, ale gdzieś obok nich wciąż toczyło się zwykłe życie, pełne problemów, trosk i zawiłości. Bo o ile spodobało mi się zdanie z tłuczonymi słoikami, płaczem i wypadkiem samochodowym, o tyle sformułowanie “nadzy i bezbłędni” zazgrzytało mi w historii, której wielopoziomowość stworzyłeś , konsekwentnie trzymając się brzytwy Ockhama :)

 

Ale widzę, że w swojej niechęci do końcówki jestem odosobniona :D No nic, trudno ;)

 

Bardzo przyjemne. Początki zawsze są trudne. Podobało się. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dogsdumpling, dzięki za opinię. Czy przez owo uziemienie masz na myśli więcej wstawek takich, jak ten fragment z kuchnią, który wskazała Lenah? 

 

Lenah! Komentarz prawie dłuższy niż tekst! Dzięki :) Cieszę się, że zwróciłaś uwagę na kwestię ogólnikowości, bo to zawsze jest pułapka dla pisarza: jak nie wpaść w nijakość, idąc w uniwersalność? Mogłabyś napisać, co dokładnie ci zazgrzytało w tych “nagich i bezbłędnych”? Zastanawiałem się wczoraj, czy zostawić te słowa, czy może czymś zastąpić. 

 

Morgiano, cieszę się, dzięki :)

Właśnie, nie wiem, czy potrafię tak precyzyjnie to określić :( Myślę, ze najbliższe prawdy byłby “pretensjonalność” i zbytnie “wyłożenie kawy na ławę”. Zaryzykowałabym jeszcze, chociaż obawiam się rozbieżności w tym co chcę przekazać, a przekazać mi się uda, stwierdzenie, że “nadzy i bezbłędni” nadaje jakiejś intymności, której całe opowiadanie jest pozbawione. Ten tekst delikatnie osnuwa czytelnika, wiruje w jego umyśle, jakby nie tworząc żadnej konkretnej wizji (przynajmniej dla mnie – oprócz tego fragmentu z kuchnią… ;)). Natomiast te ostatnie słowa kondensują się w umyśle i ściśle się ze sobą łączą, zacieśniając IMO pole do interpretacji :)

Hmm, też, ale nie do końca. Ogólnie chodziło mi o to, że tekst jest mocno uniwersalny, ale ta uniwersalność wynika z założeń autora (przynajmniej takie mam wrażenie) i odwołuje się w bardzo dużym stopniu do doświadczeń czytelników. Zabrakło mi jakiegoś zaplecza w tekście, bazy, na której ta uniwersalność by się opierała, procesu budowania uniwersalności wewnątrz tekstu. Przedstawione epizody są bardzo ogólne, przez co tekst jest mało wyrazisty, konkretny. Z jednej strony można w niego dużo włożyć interpretacyjnie, z drugiej odziera go to z emocjonalności i w pewnym stopniu wiarygodności, sprawia, że wiem, o co chodzi, ale tego nie czuję.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Lenah, a moim zdaniem “nadzy i bezbłędni” właśnie rozszerza pole do interpretacji… Jest to też trochę przewrotne sformułowanie. Jeśli “pretensjonalnością” chciałaś łagodniej nazwać kicz, to w pełni rozumiem. Intymność, hmm…

 

Dogsdumpling, chyba rozumiem, co masz na myśli. Zastanawiam się, jak wyglądałaby ta historia, gdyby bohaterom dać imiona i skonkretyzować elementy ich życia. Na pewno trzeba by wtedy wydłużyć tekst. No i obawiam się, że taka mniejsza uniwersalność zmieniłaby odbiór motywu z “L”. 

Dużo zależy od tego, jaki efekt chciałeś osiągnąć :) Choć nie zgodzę się z tezą, że konkrety zabijają uniwersalność ;)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Ciekawa dyskusja się wywiązała, choć poziom uniwersalności tych rozważań znacznie przekracza poziom abstrakcji samego opowiadania. Generalnie, rozumiem uwagi Lenah i Dogsdumpling, ale jestem tez przekonany, że taka konwencja jest przez Funa obrana świadomie (zaryzykuję stwierdzenie, ze rozpoznałbym autora, gdyby pozostał anonimowy). Dla mnie “nadzy i bezbłędni” nie budzą dysonansu, trzymają i podkreślają klimat narracji. A świadome igranie z kiczem może dawać bardzo mocne efekty, choć niewprawnym szkodzi, a i stosowane w nadmiarze – zużywa się.

Będę się też nadal upierał, że tą rzeczą nad którą musisz, Fun, ciągle pracować jest motywacja i wyjaśnienie okoliczności przemiany bohatera. W takim tekście łatwo jest ten problem ukryć, ale to zawahanie w lekturze, o którym pisałem wyżej, jest chyba pokłosiem próby ominięcia przez Ciebie podobnego wyzwania. Uważaj, żeby to nie stało się manierą, bo unikanie odpowiedzi na pytanie “dlaczego” może prowadzić do dziwacznych konstrukcji stylistycznych, w których forma dławi treść. A przecież chcesz pisać teksty ważne i mądre.

To Wy sobie jeszcze trochę podyskutujcie, a ja korzystając z tego, że słońce zaszło o 19:50 zrobię obiecany wcześniej: KLIK!

Cholera, fun, ludzie tu już doktoraty robią. Niedługo Twoje opowiadanie będzie cytowane w “Science”, a w każdym razie jakimś literackim odpowiedniku :D .

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

A przecież chcesz pisać teksty ważne i mądre.

A przede wszystkim zwyczajnie fajne :)

Dzięki za uwagi. Notuję sobie we łbie: motywacja przemiany. I jestem ciekaw, Coboldzie, co powiesz na przemianę bohatera w niedoszłym tekście na czarno-biały konkurs. Ale to za jakiś czas ;)

Bailout, oj tam. Nie takie dyskusje już na portalu były. 

Rzeczywiście, szukałam raczej delikatniejszych określeń ;) Zresztą, dlatego też wyraziłam swoją niepewność, czy to rzeczywiście to “nadzy i bezbłędni” zaważyli na mojej ocenie końcówki. W końcu, w całej swojej subiektywności, oceniałam ten ostatni akapit jako zwartą całość (wyjąwszy to zdanie o słoikach, które, jak już wspomniałam, bardzo misie ;)). Jak teraz uważnie jeszcze raz się temu przyglądam, to dostrzegam też statyczność (kiedy tak zdejmują te ubrania, kiedy milczą), bez której być może te słoiki, płacz i wypadek tak ładnie nie wybrzmiały, ale która jednocześnie kłóci mi się z dotychczasowym postępowaniem bohatera pełnym prób i błędów będących skutkiem czynu :)

“A przede wszystkim zwyczajnie fajne” – to już umiesz, lewą ręką. Czas na kolejne skille.

 

“Cholera, fun, ludzie tu już doktoraty robią” – cholera, Bailout, to wszystko przez Naz i tę jej zajawkę o konferencji sensu largo.

Zajebiste, nie ma co się rozpisywać.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Fajne :)

Darcon, miło mi to czytać, dzięki.

 

Anet, dzięki :)

A ja uwielbiam tego szorta. Za każdym razem czytam z taką samą (ogromną) przyjemnością. 

No. 

Wróciłam, bo brakuje Ci głosu do biblioteki ;)

A to jest bardzo dobry szort. 

Świetnie się czyta, to raz, a dwa, że podoba mi się pomysł opisania takiego funkcjonowania “na próbę”. W sumie jest coś takiego, że niektórym wybaczamy więcej niż innym, bo przypisujemy im taką właśnie elkę, a od innych wymagamy jednak jakiejś dojrzałości.

No i kwestia tego, na co sobie sami pozwalamy (pozostawanie w sferze testów po to, żeby nie musieć martwić się odpowiedzialnością) ;)

Interesujące opowiadanie.

Interesujący, klimatyczny szorciak.

Tyle tutaj mądrych komentarzy, a ja przeczytałem tekst i stwierdziłem, że chyba go nie zrozumiałem. :D

Potem naszła mnie myśl, że to może jakaś metafora wchodzenia w dorosłość, odpowiedzialności, podejmowania nie zawsze słusznych decyzji… Ale chyba jednak nie rozumiem.

Zgodzę się z lenah co do zakończenia – jakoś rozmyła mi się puenta, nie wybrzmiała jak należy. Ale być może opowiadanie jest zwyczajnie zbyt ambitne jak na mój rozumek. :D

Pozdrawiam!

Dzięki, Cyklotrimetylentroinitroamino. 

 

Anet, dzięki za obszerniejszy komentarz i klika :)

 

Belhaju, dzięki za wizytę. 

 

Mr, ale czego tu nie rozumieć? Nigdy nie byłeś świadkiem sytuacji, jak ktoś wścieka się na naukę jazdy, a druga osoba mówi, że przecież każdy się kiedyś uczył? To krótka, analogiczna historia o “nauce życia” i o tym, jak wygodne jest usprawiedliwianie błędów, nic więcej. Komentarze mądre czy niemądre, nie ma co się doszukiwać jakiegoś ukrytego sensu, bo główny sens jest na powierzchni :D

W każdym razie dzięki za wizytę i opinię! :)

 

Interesująca wizja, spodobała mi się.

Czyżby Cię wkurzył jakiś stażysta? ;-)

Ciągle brakuje jednego głosu do Biblioteki? No to znowu zrobię żarcik, teraz chyba dwóm osobom. Lenah, to nie jest tak, że mam coś do Ciebie. ;-)

Babska logika rządzi!

Jak na razie to prędzej ja wkurzam… ;~) Ale szort chyba nie był inspirowany konkretnym wydarzeniem. 

Dzięki, Finklo, za siódmy klik. 

 

Lenah, ta zniewaga pojedynku wymaga :D

Oj, nie mam teraz czasu na pojedynki. Jak już zamkniemy kolejny numer “Silmarisa”, dobrze?

Lenah, przepraszam, nie gniewaj się, ja nie po złości, tylko z umiłowania dla dobrej literatury. :-)

Babska logika rządzi!

Ależ skąd Finklo, ja Cię wcale o to nie posądzałam  :D 

Gdzie ja tam na pojedynek z Finklą :) Sponiewierałaby mnie bardziej niż kwietniowa pogoda, zresztą tak samo psotna ;)

Ufff!

No nie wiem, nie wiem. Mytrix tyle dziur we mnie narobił, że mogę z powodzeniem służyć za durszlak. ;-)

Babska logika rządzi!

Czyli mój obszerny komentarz się zmarnuje? I nie będzie tym ostatnim, wyczekiwanym? 

Ech…

;)

Anet, nie zmarnuje się. Dobry komentarz jest cenniejszy niż klik ;)

Chyba że brakuje jednego klika ;)

Krótszego tytułu się nie dało, Fun? ;P

 

L, heh… Fajne skojarzenie i opracowanie pomysłu, jednak daleko mi do zachwytu. Napisane oczywiście świetnie i w odpowiednio sugestywny sposób, ale kaliber pomysłu nie oszałamia. Z drugiej strony, szort sprawdza się w swojej roli – pozwolił umilić chwilę, skłonił do krótkiej refleksji…

Czyli, chyba, pomimo mego malkontenctwa, wszystko jest w porządku. Dobra robota ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Wiadomo, że daleko do zachwytu, przecież dopiero się uczę ;~) Nie wymagaj od kierowcy L-ki, że będzie driftował na zakrętach ;~D

Tytuł krótki, bo ostatnio jakieś długie się trafiały, a w przyrodzie musi być jakaś równowaga. 

Dzięki za wizytę, towarzyszu broni!

Wiadomo, że daleko do zachwytu, przecież dopiero się uczę ;~)

Heh… To jest na swój sposób piękne, czyż nie? Ten rozpościerający się przed Wyobraźnią potencjał…

 

Nie wymagaj? Ty już w tej L-ce jeździsz wystarczająco długo, najwyższy czas się, hmm… obnażyć, jak  to sam napisałeś ;D

 

Trzym się, druhu.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Zostaje w głowie, dobrze, że się uczysz, tylko dla prostych ludzi jak ja przydałby się epilog ;)

Tekst dziwny i cudnie popieprzony (to komplement), tajemniczy, pobudzający wyobraźnie i wzbudzający do refleksji. Napewno w tym tekście jest jeszcze coś czego nie odkryłem. Może to niepokój? Całkiem możliwe bo tekst mówi między innymi o miłości a miłość to taki troche stan lękowy. Jak mawiał Jim Morrison: "W tym cholernym życiu potrzebna jest miłość, która męczy, dusi i zabija… bez niej jest wielka pustka". A co do Twojego warsztatu to nie mi to oceniać bo i kiepsko się na tym znam ale napewno znam się na emocjach a ten tekst napewno wzbudził we mnie wszelakie odczucia. Gratulacje.

Marekinfo, dzięki za przeczytanie i komentarz :)

 

MrMojoRisin, miło mi to czytać, dzięki. 

Notka z bloga. Ale nad wyraz udana.

Prawie już nie czytam poza dyżurem, więc jak wreszcie mogę niemerytorycznie i nic się nie dzieje, to z radości piszę głupoty.

Z bloga…?

Fajnie, że wpadłeś poza dyżurem, Vargu!

Fun, do Twoich tekstów zaglądam zawsze, takoż i teraz musiałem. 

 

Niestety lektura zupełnie mnie zawiodła. Nie lubię szortów. Przyznam, że nie zauważyłem z czym mam do czynienia i usiadłem wygodnie w fotelu spodziewając się dobrej opowieści. Zamiast tego uraczyłem się krótką historyjką o… no właśnie. Zupełnie nie wiem o czym. I bez fantastyki :(.

Tak sobie nazwałem ten gatunek literacki: blognotka. Ma to już pewnie jakąś fachową nazwę, ale jej nie znam. Taka rozbudowana niewierszowana fraszka z pointą :) Gatunek zupełnie nie w moim guście, jednak tekst w swojej klasie całkiem solidny.

To krótka, analogiczna historia o “nauce życia” i o tym, jak wygodne jest usprawiedliwianie błędów, nic więcej.

– uwielbiam, gdy autor objawia swoje zamiary. Wtedy zawsze zastanawiam się, co myśli sobie czytelnik, gdy zrozumie, że kręgi w zbożu to nie kosmici, a jedynie zabawa pijanych studentów – jak bardzo sam współtworzy opowieść i jej przekaz ;)

 

Fun, to dobry szort. Udowodniłeś, że potrafisz operować narracją, jak mało kto. Co więcej, masz już wyrobiony i rozpoznawalny styl. Czekam na coś bardziej epickiego z ideą, która zryje beret :)

 

Peace and love.

Łukaszu, szkoda, że poczułeś się zawiedziony. Może następnym razem zaserwuję jakąś lepszą opowieść.

 

Vargu, okej ;)

 

Blacktom, dzięki. Notuję sobie w głowie: napisać coś, co sponiewiera czytelnika ;) A jeśli nie chcesz czekać, “Dziewięć martwych zwierząt” chyba najbardziej “ryje beret” (oczywiście, bez przesady :D).

Świetny wstęp. Potem też było świetnie. A końcówka dla mnie równie świetna, co początek i środek. Przypomniały mi się bajki Bruno Ferrero, których mnóstwo można znaleźć w necie. Nie wiem czy znasz – mają czytelny morał i są krótkie aż do bólu. Nie wiem też, czy nie robię Ci obciachu, porównując Twoją twórczość do autora, z którym nie wiem, czy chciałbyś być kojarzony.

 

Początki wspólnego mieszkania okazały się trudne. Wpadali na siebie w kuchni, parząc dłonie wrzątkiem

– trochę pojechałeś z tym wrzątkiem, ale rozumiem intencje, chciałeś wywołać uśmiech bagatelizując cyklicznie powtarzający się groźny wypadek.

Ten fragmenty są super:

Pewnego dnia ją zostawił. Okazała się błędem, a on miał do nich prawo.

– Trudno. Dopiero się uczę, jak wyglądać.

A potem, ponieważ się uczył, skreślił wszystko – zerwał z nią, zerwał z rodziną, zerwał ze znajomymi – i spróbował jeszcze raz.

 

Poruszyło mnie to, co napisałeś, szkoda że takie krótkie.

Utrzymać w takiej konwencji dłuższy tekst byłoby prawdziwą sztuką.

O, właśnie czytałem Twój komentarz, Nimrodzie, pod szortem Shadziowatego – kolejny konstruktywny komentarz Twojego autorstwa – i pomyślałem, że chciałbym, byś zajrzał też do mnie. A tu taki zbieg okoliczności :)

Cieszę się, że się podobało. Cóż, tak krótkie, bo pisane w ramach ćwiczenia na historię mieszczącą się na jednej stronie. Jeśli masz ochotę na coś dłuższego zapraszam do innych moich tekstów: tych już opublikowanych i tych przyszłych. 

Czemu porównanie miałoby mi robić obciach? Bo religijne? Wierzący jestem :) I dzięki za ten namiar, zerknąłem na trzy historyjki i chętnie przeczytam więcej. 

Hehe, dzięki za zachętę do pisania komentarzy. Żałuję tylko, że czasu tak mało w stosunku do tekstów, z którymi warto się zapoznać.

Ferrero właśnie uważam za autora niesłusznie zaszufladkowanego. Myślę, że gdyby ktoś inny pisał to, co on pisze, twórczość ta nie byłaby klasyfikowana jako “religijna”.

Znakowanie ludzi literami (odgórne) przypomina mi jakieś polskie opowiadanie z lat osiemdziesiątych (chyba Andrzeja Zimniaka, nie jestem pewien), tylko że tam chodziło o podział na płodnych i niepłodnych (a więc raczej nie ten klimat). Kojarzy ktoś może?

Ja nie kojarzę. 

Dzięki za wizytę, Herkusie. 

Krótko: ładne, ciekawy pomysł. 

Wszyscy kiedyś spotkamy się pod jakimś memem.

Dzięki, Akanirze :)

Nieznośna magiczność codzienności w pigułce

Dzięki za zwięzły i ładny komentarz, Mireksonie ;)

Bardzo ciekawy pomysł i dobre wykonanie. Trochę mnie zawiodła końcówka, bo jednak chyba jest nieco nijaka. Ale to subiektywne wrażenie. 

Bardzo interesujące, krótkie, a jednak nasycone treścią opowiadanie.

Pozdrówka.

Dziękuję za wizytę i komentarz, Rogerze :) Może racja z tą końcówką, bo to ten rodzaj miniatury, w którym nie ma wyraźnej puenty. 

Słodko-gorzki tekst. Zacnie wyśrodkowany. Teksty Twoje, które czytałem, były przechylone na jedną stronę, a ten jest fajnie wypoziomowany – że tak stwierdzę niezgrabnie. Przez to bardzo misię, mimo że z fantastyką nietęgo. Jest w nim coś magicznego. A pomysł na tytuł – wyjątkowy. Jestem kontent. :)

Cieszę się, że przypadło Ci do gustu, Blackburnie. Dzięki za ciekawe spostrzeżenie o słodko-gorzkości :)

Cześć!

Krótko, zawile, ale na temat ;D

Poważnie mówiąc, podobał mi się ten tekst, ale bez fajerwerków. Jest morał, ciekawy wstęp, ciekawsze rozwinięcie, wyśmienity warsztat – słowem: wszystko jak należy.

Gdyby ten tekst był kogoś innego, zapewne zdobyłby moje większe uznanie. Jednak tak sam sobie wyśrubowałeś poziom, że nie mogę powiedzieć nic więcej jak “podobało mi się”.

 

Jak zwykle, pozdrawiam!

Jai guru de va!

“Podobało mi się” to i tak sporo. Dzięki!

Ciekawy tekst. Prawdę mówiąc na początku także szukałam analogii z “samochodową” eLką, ale na szczęście opowiadanie poszło w zupełnie innym kierunku. Jakim? Ciągle się zastanawiam :D

Ta wieloznaczna historia na pewno zostanie w mojej pamięci. Uwielbiam takie testy zmuszające szare komórki do działania!

Dzięki za wizytę i polecam się na przyszłość :D

Tak mi się przypomniało, że czytałam ten tekst już dawno (chyba tuż po publikacji), ale teraz sobie powtórzyłam i chyba lepiej skomentować późno niż wcale.

Pomysł tak naprawdę bardzo prosty, z fantastyką właściwie nie wiadomo, jak jest – bo z jednej strony odrealnione, z drugiej zupełnie przyziemne – ale ogólne wrażenie jak najbardziej pozytywne. Całość ma swój urok i jednocześnie daje do myślenia. Długość też w sam raz, akurat żeby się nie rozmyło. A ostatni akapit naprawdę piękny, czytałam kilka razy. 

Dzięki, Teyami, miło czytać takie późne komentarze :)

No widzisz, jak ostatnio walnąłeś Thargone’owi pogadankę, by pisać chociaż po jednym zdaniu, to sprytnie siedziałam cicho, ale wygląda na to, że i do mnie Twe słowa jednak przemówiły :D

A tam od razu pogadankę ;)

Nowa Fantastyka