- Opowiadanie: Serginho - Dom Śmierci (tytuł roboczy)

Dom Śmierci (tytuł roboczy)

Prolog horroru, który zacząłem rzeźbić. Przyda mi się jakiś konstruktywny feedback, więc się nie krępujcie z komentarzami ;)

Oceny

Dom Śmierci (tytuł roboczy)

MINNESOTA, 1990 ROK

 

Podjęli decyzję, to miało stać się tej nocy. Tej nocy miał położyć kres cierpieniu Karen. Doug już od dawna podpowiadał mu, że to będzie jedyne i najlepsze wyjście. Wiedział, co mówi. Był odważniejszy od Marty’ego, pewniejszy siebie i umiał postawić na swoim. Tylko Doug tak naprawdę go rozumiał, gdyż był z nim przy każdej ciężkiej sytuacji. Najczęściej wtedy, gdy Marty przyjmował kolejne razy od podpitego ojca, który wrócił ze znienawidzonej pracy w tartaku i musiał odreagować frustrację na własnej rodzinie. Stał zawsze w kącie pokoju, gdy ojciec wpadał z pasem i zaczynał swoją terapię odstresowującą. Podpowiadał, by Marty był silny i się nie mazał, bo w końcu nadejdzie dzień, gdy to oni będą górą. Gdy zwyciężą, a ojciec i matka poniosą odpowiednią karę. Nie pamiętał, kiedy dokładnie poznał Douga, ale to było chyba wtedy, gdy w pewne zimne, jesienne popołudnie uciekł przed gniewem ojca do lasu i błąkał się między drzewami, aż zapadający zmrok przegnał go z powrotem do domu. Tak bardzo pragnął mieć przyjaciela, kogoś, z kim będzie mógł porozmawiać o tym, co dzieje się w domu, wyrzucić z siebie całe cierpienie, gniew i beznadzieję. Wtedy, nie wiadomo właściwie skąd, pojawił się Doug, który przypominał go fizycznie, ale nie mentalnie. Nakazał być cierpliwym, obiecał szczęśliwe i spokojne życie. Marty był cierpliwy. Czekał.  

 

Nienawidził miejsca, w którym żyli z rodziną, jednak doskonale zdawał sobie sprawę, dlaczego ojciec kupił dom na takim odludziu, pośród gęstych, nieprzejednanych lasów. Tutaj mógł robić, co mu się żywnie podobało. Mógł krzywdzić własną rodzinę do woli i upajać się ich cierpieniem. Sprawiać im nieustanny ból, gdy tylko tego zapragnął. Marty nie mógł przywołać pierwszego momentu, gdy ujrzał ojca z dłonią w majtkach jego młodszej siostry, ale jej zapłakana, rozerwana cierpieniem twarz i oczy błagające o ratunek pozostaną z nim już na zawsze. To była jedna z tych rzeczy, których nie można wyrzucić z pamięci, ani schować na dnie podświadomości. Oczywiście próbował pomóc siostrze, ale jego pojawienie się w jej sypialni tylko rozwścieczyło ojca i gdy ten skończył zabawiać się z Karen, przyszedł do niego i sprał go na kwaśne jabłko. Pamiętał, że następnego dnia kochający tatuś pojechał do szkoły i zgłosił tygodniową nieobecność syna, bo Marty był tak obolały i posiniaczony, że z ledwością mógł chodzić.

 

Matka pozwalała ojcu robić te wszystkie straszne rzeczy, najpierw chowając się za gorącym uczuciem, które ponoć żywiła do tej bestii, a następnie – gdy również nad nią zaczął się znęcać – ze strachu. Coraz częściej zaglądała do butelki, wpędzając się w stany kontrolowanego rauszu, jakby chciała wyprzeć z umysłu te wszystkie wydarzenia, których była świadkiem. Dlatego ona również musiała zginąć. Co prawda Marty częściowo ją rozumiał i nawet było mu jej szkoda, ale Doug pozostawał nieustępliwy w tej kwestii. Według niego, zasługiwała na śmierć na równi z ojcem, gdyż pozwalała mu na to wszystko. Pozwalała, by krzywdził Karen w najgorszy z możliwych sposobów, odbierając jej na zawsze poczucie wartości, bezpieczeństwa i godności. Dzieciństwo, które miało być szczęśliwe, oboje zamienili w koszmar wyniszczający ich dzieci.

 

Marty poczuł nagły dreszczyk podniecenia, gdy przypomniał sobie o siekierze schowanej pod łóżkiem. Udało mu się ją dzisiaj niepostrzeżenie przynieść do domu po pracy w drewutni i schować przed ojcem. Doug był z tego powodu bardzo szczęśliwy, a Marty nie lubił go zawodzić i denerwować. Wtedy zmuszał Marty’ego do uderzenia głową o ścianę, tak mocno, aż pojawi się krew. To miała być nauczka, by nie podpadać Dougowi i nie kwestionować jego pomysłów. Przyjaciel był czasami okrutny, ale mimo wszystko dbał o niego. Pozwalał mu trzymać się strzępków nadziei na lepsze życie. Był kimś, kto wreszcie się nim zaopiekował i pokazał mu drogę wyjścia z tej matni. Marty uśmiechnął się delikatnie, przypominając sobie, jak pięknie naostrzył siekierę po pracy. Będzie się dobrze sprawować.

 

Leżał w łóżku tej cichej, ciemnej i parnej sierpniowej nocy, czekając na odpowiedni moment, by zrobić to, co powinien był zrobić już dawno. Przez jakiś czas bił się z myślami, czy na pewno jest to najlepsze wyjście, ale Doug szybko go uspokoił, przejmując kontrolę nad tym, co miało się zdarzyć. Chłopak poczekał niemal do północy, skupiając myśli na cierpieniu, jakiego on i jego siostra doznali w głównej mierze od ojca, po czym cichutko wstał i w świetle księżyca wpadającego przez nie zasłonięte okno sięgnął pod łóżko. Przez chwilę jego dłoń błądziła, napotykając jakieś szpargały, w końcu jednak dotarła do chłodnego, drewnianego trzonka. Unosząc narzędzie nieco nad podłogę, by nie narobić hałasu, wydobył je spod łóżka i z dzikim uśmiechem zważył w obu dłoniach. Palcem wskazującym przejechał delikatnie po błyszczącym ostrzu, które zostawiło niewielki, krwawy ślad na opuszku. Po raz pierwszy w życiu poczuł się pewnie i spokojnie zarazem. Wiedział, co stanie się za chwilę i nie mógł się tego doczekać. Skupiony na zadaniu, ruszył spokojnym krokiem do wyjścia z sypialni i nacisnął klamkę.

 

Otworzył drzwi, które nie wydały z siebie żadnego dźwięku i wyszedł na szeroki korytarz. Mrok nocy przecinały białe pasma księżycowej poświaty wpadające przez okna na parterze, dzięki czemu nie musiał zbytnio zwracać uwagi na to, że za chwilę może wpaść na jakiś mebel stojący w korytarzu. Zdawało mu się, że w głębokiej ciszy słyszy swój oddech i bicie serca, gdy ruszył przed siebie. Minął komodę stojącą przy drzwiach sypialni Karen i nawet nie przystanął, kierując się w stronę ostatniego z pokoi, gdzie smacznie spali rodzice. Znalazłszy się tam, nasłuchiwał przez chwilę, a gdy zza drzwi dobiegło go miarowe chrapanie ojca, uśmiechnął się szeroko do siebie i wszedł do środka. Cicho, niczym śmierć, którą ze sobą przyniósł. Drzwi zaskrzypiały delikatnie, a Marty, czy może już raczej Doug, zacisnął zęby i zdławił przekleństwo. Przez chwilę stał w wejściu nieruchomo, niczym manekin, zastanawiając się, czy zdradził swoją obecność. Na szczęście nie. Ojciec chrapał, niczym niedźwiedź, matka oddychała spokojnie. Idealnie.

 

Wpatrując się w nich, z narastającym podnieceniem zacisnął dłonie na rękojeści siekiery i zbliżył się do stojącego pod zachodnią ścianą łóżka. Ojciec, w związku z tym, że wstawał wcześnie rano do pracy, spał z brzegu, matka natomiast wtulała się w poduszkę, odwrócona do niego plecami. Doug wpatrywał się przez chwilę w śpiących, niczego nieświadomych rodziców i energicznie uniósł siekierę nad głowę, po czym momentalnie spuścił ją na szyję ojca. Ostrze weszło z przyjemnym mlaśnięciem w miękką tkankę i Doug aż zarechotał szaleńczo, zadowolony z czystego ciosu. Ciemna krew chlusnęła na niego, gdy wydobył broń i uderzył ponownie znad głowy, tym razem mocniej. Był silnym chłopcem, a nienawiść i gniew zdawały się mu jeszcze jej przydawać. Siekiera wgryzła się w czaszkę, uwalniając wraz z krwią kawałki wypływającego mózgu. Wtedy ze snu wyrwała się matka, wrzeszcząc, jakby ją torturowano. Coś w tym krzyku i przerażonym spojrzeniu, które wlepiła w nieżyjącego ojca podniecało Douga. Chłopak wydobył ostrze i obrócił w dłoni, ustawiając głowicą, po czym zamachnął się z boku i trafił matkę idealnie w policzek. Ciszę nocy rozerwał paskudny trzask miażdżonych kości, a głowa kobiety odskoczyła, jakby zrobiona z gumy. W półmroku Doug dostrzegł krwawą miazgę, która kiedyś przypominała twarz. Matka jeszcze żyła, rzężąc i trzęsąc się z szoku. To jednak nie trwało długo.

 

Doug wziął kolejny zamach i tym razem spuścił ostrze siekiery na skroń kobiety. Krew obryzgała mu dłonie, poznaczyła kołdrę, poduszki i ściany. Z dziką satysfakcją zadał jeszcze jeden cios, by upewnić się, że matka nie żyje, a gdy ujrzał wypływające z paskudnej rany na głowie kawałki mózgu, parsknął z zadowolenia. Dobrze się spisałeś, Dougie. Robota pierwsza klasa – pomyślał, dysząc ciężko. Z siekierą w dłoni zatoczył się do tyłu; adrenalina pulsowała mu w skroniach, a w duchu czuł się spełniony. Raz jeszcze otaksował wzrokiem swoje dzieło i ruszył do sypialni Karen. Biedaczka pewnie przestraszyła się na amen wrzeszczącej matki i będzie musiał ją uspokoić, jednak pocieszał się faktem, że to, co najważniejsze zostało już zrobione. Uspokajając oddech, powoli zaczął dopuszczać do siebie Marty’ego. Nie lubił tego, ale on dużo lepiej poradzi sobie z uspokojeniem Karen – Doug ze względu na swój temperament mógłby tylko pogorszyć sprawę i byłyby trzy trupy, zamiast dwóch. Jedno było pewne – nikt nigdy już ich nie skrzywdzi. Z tym postanowieniem nacisnął klamkę sypialni siostry i zostawiając siekierę przy drzwiach, wszedł do środka.

Koniec

Komentarze

Ile miał sióstr? Dwie? Allie i Karen?

Wybrałeś dość ograny motyw na rozpoczęcie – przemoc wobec rodziny/dzieci, choroba i zemsta. Ja też kiedyś napisałam coś podobnego pt. “Ciemność”. 

U Ciebie, jak przystało na horror, krew się leje, kości trzeszczą, mózg wylewa się na  ściany. Klasyka gatunku. Tak przynajmniej wygląda to w prologu. Obawiam się jednak, że to za mało, żeby przekonać mnie do czytania dalszych części. Zbyt klasycznie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Allie to jednak finalnie miała być Karen, dzięki za zwrócenie uwagi, zaraz poprawię :).

Co do ogranego motywu, zawsze chciałem napisać coś totalnie klasycznego, czerpiącego z klisz gatunku. Wiem, że nie każdemu przypadnie to do gustu, ja się na takich slasherach/survival horrorach wychowałem, poza tym patrząc na to, co piszą niektórzy pisarze grozy wydający w mainstreamie śmiem twierdzić, że nawet takie tematy nie są jeszcze do końca spalone.

Inna rzecz, że najważniejsze, to pisać, co się lubi :).

Dziękuję za komentarz, bemik :).

Serginho, jeśli to nie jest skończone opowiadanie, a tylko prolog, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się, chociaż nie jestem fanem gatunku. Początek trochę monotonny, ale dalej jest fajne napięcie. Ciekawa sprawa z tym schizofrenicznym duetem Doug & Marty. W sumie, niech będzie, jestem nawet ciekaw tego, co będzie dalej!

Coś mi nie pasuje w tym zdaniu: Mrok nocy rozświetlały białe pasma księżycowej poświaty wpadające przez okna na parterze, dzięki czemu nie musiał zbytnio zwracać uwagi na otoczenie. Musiałem je przeczytać z dwa razy, aby załapać. Pomyśl o tym.

Konia urodziwego więcej do powinności głaskaniem przywiedziesz niż biciem.

Drodzy regulatorzy, zmienione :).

fantastyczny koniu, dzięki za opinię, pokombinowałem z tym zdaniem, o którym wspomniałeś, teraz powinno być lepiej ;). Fajnie, że Ci się podobało, chociaż nie jesteś fanem gatunku – takie propsy cieszą jeszcze bardziej :). 

Pozdrawiam i dziękuję za wszelkie komentarze :)

Dziękuję, Serginho. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie wiem co tworzysz. Czy jest to prolog do powieści, czy opwiadania, ale wydaje mi się, że za dużo jest tu opisów. Czytając horrory, bardzo lubię kiedy w prologu, opierając się na przykładzie z Twojego tekstu, odrazu dostajemy Marty’ego/Douga wyciągającego siekierę i skradającego się do pokoju, a wyjaśnienie jego motywów dopiero dalej w powieści.

Tak jak powiedział pan Hitchcock: Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.

Myślę, że sukcesywnie można to stosować w pisaniu, a szczególnie w horrorach. 

 

Cześć.

Zmień początek. Odpadłem w pierwszym akapicie, a to oznacza, że względem jakiejś części czytelników popełniłeś największy – moim zdaniem – z błędów: nudziłeś.

Horror, tak? OK, więc siadam i oczekuję horroru. Opowiadanie, fragment, coś tam, tak? A nie cała książka? No dobra, więc możesz skupić się na tym, co najlepsze, możesz nie katować mnie zbędnym bla, bla, nie masz obowiązku wyrabiać normy znaków dla marketingowca.

A ty? Doug, Marty, czyjś ojciec, matka, dzieciństwo…

Autorze, dobitnie: kompletnie mnie to nie obchodzi. Ale nie wkurzaj się, bo napiszę Ci, dlaczego nie obchodzi to ani mnie, ani przeciętnego czytelnika. Rzuciłeś imionami, za którymi nic nie stoi. Nie wiem, jak wyglądają, ile mają lat (choć i to mnie nie za bardzo interesuje). Ale nie dałeś mi ich, nie pozwoliłeś polubić czy znienawidzić, nie dałeś mi jakichś postaci.

Zobacz: można stworzyć wybitny tekst z udziałem ciekawych postaci, nie nadając im żadnych imion. Można? Można. A Ty zrobiłeś to, co większość: uznałeś, że siedzę w Twojej głowie, mam przed oczyma wyobraźni twarze i sylwetki, kwaśne miny i liczne piegi jednego czy drugiego. A tak naprawdę dałeś mi imiona i zacząłeś smucić czymś całkowicie neutralnym, co w kontekście horroru i oczekiwań przestaje być neutralne, a staje się nudne.

 

Naprawdę nie musisz tworzyć opowiadania tak, jak robi się typowy film z gatunku horrorów: przeokropnie nudno wprowadzać bohatera, bo przecież film musi trwać minimum 80 minut. Nie!

Ludzie pamiętają rzeczy wyjątkowe, wybitne: najlepszych nauczycieli i najgorszych (choć tych pierwszych lepiej), chwile największej radości i najgłębszą traumę, fenomenalną książkę i najgorszą (a przy najmniej ja pamiętam jakieś 5 najlepszych książek i jedną najgorszą), najlepsze filmy i totalne dno. Twoje dzieło jest bardzo blisko środka, więc ja o nim zapomnę za około 5 minut, sądzę, że przeciętny czytelnik także (po kilku minutach od przeczytania).

 

Dodam, że nie wiem, czy było po pierwszym akapicie, bo odpadłem po nim. Pamiętaj, że w Sieci czy w księgarniach jest tak wiele tekstów do wyboru, że nie mam żadnego obowiązku dawać Ci kolejnych szans, nie muszę zakładać, że dalej będzie ciekawiej. Spaliłeś “pierwsze wrażenie”, a ja nie należę do ludzi typu “zapłacone, więc jem do końca”.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Niezłe opowiadanie, ale jak dla mnie to już wystarczy, nie trzeba pisać dalej.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Mnie się podobało, ciekawa jestem, co będzie dalej.

Znam tylko pięć liter ;)

Mnie nie zainteresowało. Raz, że w ogóle nie lubię horrorów, więc szanse były marne. Dwa, że strasznie to wszystko sztampowo wygląda. Stereotypowa rodzina patologiczna: ojciec bije żonę i dzieci, molestuje córkę. W końcu któreś dziecko go zabija. Nie do końca typowe jest chyba tylko to, że pije matka. Dajże im jakieś cechy charakterystyczne, jeśli już musisz jechać po kliszach. No i cały czas grasz na jednej nucie – krzywdzonego dziecka. A ja mam jej już od dawna dosyć.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka