- Opowiadanie: innatan - Siedemnaście pchnięć nożem

Siedemnaście pchnięć nożem

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Siedemnaście pchnięć nożem

Lało bez przerwy od dwóch dni. Kto miał szczęście, ukrywał się w dorożce lub pod pstrokatą parasolką. Kto miał fart, pracował blisko miejsca zamieszkania albo zdobył zapasową kurtkę, którą nakrywał krzywo ogolony łeb.

Ona jednak nie miała tego szczęścia.

Nigdy zresztą nie miała szczęścia.

Biegła z pracy. Ubrana była lekko – spłowiała sukienka,  stary płaszcz, brzydka wstążka na grubym warkoczu. Krzywiła się, gdy deszcz zacinał w jej szeroką twarz. Nie była ładna. Nie była też brzydka. Ot, przeciętna dziewczyna, jakich wiele w Tarinmori. Miała mocne kości policzkowe i zadarty do góry  nosek. Nad nim proste ciemne oczy i proste ciemne brwi. Przypominały dwie włochate gąsienice, które chciały spełznąć z czoła i zagarnąć resztę twarzy dla siebie. Musiała trzymać je pod kontrolą. Co dwa dni ujarzmiała je kupioną za ostatnie pieniądze pęsetą.

Mijała kolejne witryny. Buty, perfumy, szpule materiału i chaos kolorowych wstążek. Parasolki, paski, puderniczki oraz kolorowe pudełeczka. Poduszeczki i narzuty – fioletowe, czerwone, ostre, ogniste, boleśnie odcinające się od szarej rzeczywistości miasta.

Skręciła za róg, w mniej uczęszczaną uliczkę. Zawsze było tu pustawo. Ludzie jak najszybciej uciekali z tego zaułku, udając, że nie widzą pustych witryn z tłustymi szybami. Ona też przyspieszała tu kroku. Nie lubiła patrzeć w te osmalone kurzem szyby. Miała wtedy wrażenie, że wpatruje się w oczy trupa.

Przebiegła obok jednej z tych martwych już witryn. Zerknęła w jej stronę.

Za skorupą brudu poruszył się kształt.

Dziewczyna krzyknęła. Odskoczyła. Potknęła się. Upadła. Wprost do brudnej, zimnej kałuży.

Brunetka spojrzała na witrynę.

Niczego tam nie było.

Podniosła się z trudem. Sapnęła. Znów nerwowo spojrzała na szybę. Potarła zmarznięte ramiona.

Przypomniała jej się krążąca wśród klasy robotniczej miejska legenda. Podobno, szeptano ochrypłym głosem w pracy, z trudem przebijając się przez chropowaty szczęk maszyn, podobno był taki sklep. Na Szewskiej, na Złotej, na Smętnej – różne były wersje. Prowadził go mężczyzna starej daty. Z zasadami. Mówił, że nie będzie przyciągał klienteli tanimi świecidełkami w witrynie. Mówił, że wystarczy szyld i dobra renoma.

Interes jednak nie szedł. Stary był wypierany przez sprytniejszych konkurentów. Nawet przeniesienie sklepu do atrakcyjniejszej dzielnicy nie pomogło. Bo kto by chciał wchodzić do sklepu z czystą – ale pustą – witryną? Kto by uwierzył, że w środku sklepu może kryć się jakiś skarb?

Stary miał coraz mniej klientów. Biedniał z roku na rok. Dziwaczał.

Aż w końcu, szeptano sobie cichutko, twarz przy twarzy, oddech przy oddechu, aż w końcu zwariował. Wybiegł na ulicę. Pobił i porwał kobietę, która przechodziła obok jego sklepu. Która przelotnie spojrzała na obleśną witrynę. I która skrzywiła się na jej widok.

To była masakra, chrypiano sobie do uszu. Istna masakra.

Stary zadał jej siedemnaście ran nożem. Zwykłym kuchennym nożem.

Zastygła w bezruchu brunetka wpatrywała się w pustą witrynę, jakby oczekując na atak szaleńca.

Drzwi opustoszałego sklepu otworzyły się z jękiem.

Dziewczyna wrzasnęła.

– Na wszystkich zapomnianych bogów, dziecko, czemu krzyczysz? Złamałaś sobie coś?

Dziewczyna przestała krzyczeć. Wciąż jednak trzęsła się szaleńczo. Rozglądnęła się szybko na boki

Przechodnie posłali jej pogardliwe spojrzenia.

Przełknęła łzy. Wstała.

Spojrzała w stronę wejścia porzuconego sklepu. Stała tam kobieta – wysoka matrona o mocnych ramionach i nogach. Wyglądała jak olbrzymka z opowieści wieśniaków z północy, z pokrytą szarawą skórą prostokątną, pozbawioną emocji twarzą. Groźnego wyglądu dopełniały wygolone skronie.  Pośrodku głowy, jak ściągniętą do tyłu końską grzywę, miała pozostawiony kołtun włosów w nieokreślonym kolorze.  Splątane w sznury kosmyki kobieta zebrała w pęczek złotą obrączką. Do zestawu w jej zgrabnych uszach kołysały się ciężkie kolczyki. Również złote. Wysadzane szmaragdami.

Była ubrana w lekką, egzotyczną szatę. Przeplatające się barwne pasma materiału tworzyły dziwaczne odcięcia na jej szerokiej piersi.

– Jesteś cała mokra. – Jedwabne, choć dziwnie głośne słowa popłynęły z bezbarwnych ust nieznajomej. – Chodź, zagrzejesz się. Napijesz się herbaty. No, na co czekasz? Chodź! Chodź do środka. Przecież nie gryzę.

Dziewczyna nie była tego taka pewna.

Mimo tego posłusznie weszła do środka.

Wewnątrz było ciemno. Cicho. Ściany pachniały wilgocią i korzenną wonią dalekich krain południa. Gdzieś w głębi błyszczały ciepłe żółte lampy. Obca kobieta szła pewnym krokiem przed siebie (bo i czego miałaby się bać? Nikt nie mógł jej zagrozić tutaj, w tym ciasnym korytarzu, gdzie swoimi potężnymi barkami wypełniała całą przestrzeń.) Dotarły do krętych metalowych schodów. Nieznajoma spłynęła po lśniącej spirali stopni. Młoda dziewczyna podążyła za nią. Cicho, trwożliwie, jak skradający się złodziej.

W piwnicznych salach było chłodno. Ale przyjemnie. Ceglane ściany błyszczały w mdłym żółtawym świetle. Wypolerowane niskie stoliczki rozsypano po sali w dość znaczącej odległości, dającej poczucie intymności rozmowy nawet przy zapełnionym lokalu. Wokół blatów poukładano poduszki. Różnych kolorów i rozmiarów. Z daleka wyglądały na zwyczajne. Z bliska jednak można było zauważyć misterne, narkotyczne wzory wszyte w strukturę poszewki.

Kobieta nakazała usiąść dziewczynie przy jednym ze stolików. Mocnym głosem krzyknęła w głąb labiryntu pomieszczeń – coś niezwykłego, coś miękkiego, a jednocześnie coś chropowatego. Coś w obcym języku. Nie doczekała się odpowiedzi. ale chyba jej nie oczekiwała. Opadła na poduchy z nieodgadnioną miną.

Sięgnęła za suknię. Zaczęła grzebać w przepastnych fałdach materiału.

– Nazywam się madame Lerra. – Znów ten ciężki, gładki głos. Pozbawiony wszelkich emocji. – Prowadzę herbaciarnię i palarnię w jednym. Palisz może?

Dziewczyna szybko pokręciła głową.

– Szkoda. No cóż. – Z zamyśleniem wyciągnęła zza szaty kształt. Małe złote pudełko. – Nie zawsze dostajemy to, czego chcemy. A znasz może tarota?

Dziewczyna znów zaprzeczyła.

Madame westchnęła. Pogładziła trzymaną w rękach talię kart: wielkie, solidne prostokąty z grubego papieru. Zaczęła je tasować leniwym ruchem. Karty cicho przesypywały się w jej łapskach. Tłuste cienie tańczyły pomiędzy zdobieniami: dziwacznymi, barwnymi rysunkami. Chuda brunetka obserwowała ten pokaz w milczeniu.

– Postawić ci tarota?

Znów cisza.

Madame uznała milczenie za zgodę.

Raz. Pierwsza karta z trzaskiem opadła na stół. Dwa. Kolejny wizerunek pojawił się na blacie – to mała chatka z bali wciśnięta pomiędzy korony drzew. Trzy. Wysoka, szczupła postać o nieprzytomnym uśmiechu.

Madame otarła pot z czoła.

Cztery, pięć, sześć, siedem. Niezrozumiałe, szalone, a jednocześnie piękne obrazy w złotej ramie farby i gładkich brzegów karty. Dziewczyna z płonącymi policzkami patrzyła na te małe arcydzieła.

Trzask, i osiem, szust, i dziewięć, szum.

I dziesięć.

I dziesięć z wielkim, błyszczącym, zakrwawionym nożem.

Brunetce serce podeszło do gardła.

Lerra ospale zebrała karty ze stołu.

– I co to oznacza? – Słowa z trudem przeszły dziewczynie przez krtań.

Madame wzruszyła ramionami.

– Nic.

Dziewczyna zmarszczyła ciemne brwi.

– Więc po co mi pani wróżyła?

– Moje dziecko. – (Czy madame miała prawo do niej tak mówić? Nie była pewna. Lecz wolała się nie kłócić.) – Wróżba nie jest po to, by dowiedzieć się, co ona  o z n a c z a. Wróżba sama w sobie nic nie oznacza. Wróżba jest tylko pewnego rodzaju wyjściem. Jest ujściem twoich myśli. Twoich, nie kart. Karty są tylko po to, by uwidocznić to, co już w tobie jest. Ale same w sobie nie oznaczają niczego.

Dziewczyna nie zrozumiała ani słowa z tego wywodu.

– O, idzie Josh z herbatą. Słyszysz, jak czarki klekoczą? Jak stare, wysuszone przez wiatr kości.

Brunetka zbladła.

– Och, kochana, nie rób takiej miny. Wspomniałam tylko o kościach. Tylko o śmierci. Czy śmierć cię przeraża?

Dziewczyna skinęła głową.

– Więc musisz jeszcze sporo się nauczyć.

Do ich stolika przyszedł mężczyzna: młody, wysoki, gibki. Eleganckim ruchem postawił przed nimi czajnik z gorącą herbatą. Dwie ręcznie malowane czarki. A także małą miseczkę z orzechami i kandyzowanymi owocami. Ku zachwytowi brunetki, cały manewr wykonał w powietrzu, z naturalną wytwornością pasującą raczej do szlacheckiego dworu niż podziemnego lokalu dziwacznej kobiety. Josh skłonił się jeszcze. Posłał gościowi filuterny uśmiech.

Odszedł lekkim krokiem tancerza.

Madame gładkim ruchem nalała im herbaty.

– Pracujesz gdzieś? W fabryce? W farbiarni?

– Tak, w zakładzie tkanin. Skąd pani wie?

– Masz ręce brudne od farby.

Policzki brunetki zalały się czerwienią.

– Nie wstydź się, to praca jak każda inna. I wyprostuj się! – Dziewczyna aż podskoczyła. – Nie przystoi, by taka młoda dziewczyna jak ty garbiła się niczym przygięta do ziemi starucha.

Brunetka wyprostowała się zgodnie z poleceniem.

– A teraz. Z pewnością nie wiesz, jak powinno się pić herbatę. – Madame Lerra delikatnie zgarnęła czarkę ze stolika. – Pijesz powoli, małymi łyczkami, by dokładnie poczuć smak herbaty. Przez chwilę trzymasz ją na języku i połykasz – świadomie, środkiem podniebienia, by herbata trafiła wprost na tył języka. Wtedy doznania są najlepsze. Można wtedy wyczuć wszystkie nuty, słodkie, owocowe i te gorzkie, pełne aromatu, ciężkie jak smog w Tarinmori. Tylko dużo smaczniejsze. No. Spróbuj. To nie takie trudne.

Dziewczyna polemizowałaby.

Wypiła jedną czarkę, potem drugą. Madame instruowała ją swoimi pozbawionymi emocji słowami, pokazywała – cierpliwie, pewnie – jak powinno się obejmować naczynie. I jak pić. Mocno zarysowana krtań pulsowała rytmicznie, gdy brała do ust kolejne łyczki herbaty. O tak, mówiła, sztywno kiwając głową, właśnie tak.

Skończyły pić. Przez chwilę wpatrywały się w siebie w milczeniu. Czarnowłosa dziewczyna chciała zapytać, po co to wszystko. Nie miała jednak odwagi. Właścicielka herbaciarni siedziała z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Relaksowała się? Zastanawiała? Czy może nie myślała zupełnie o niczym?

Kobieta wstała. Wolnym ruchem poprawiła barwny strój.

– Na dziś to wszystko. – Otrzepała swój ubiór z nieistniejącego kurzu. – Przyjdź jutro.

– Ale… madame?

– Przecież w jeden dzień nie nauczysz się wszystkiego.

Dziewczyna zatrzepotała rzęsami.

– Mam się uczyć? Czego uczyć? Madame! – Aż zachłysnęła się powietrzem. W oczach zalśniły jej łzy. – Ale, madame, ja nie mam pieniędzy…!

Madame Lerra parsknęła cicho.

– Nie każda nauka odbywa się za pieniądze. Niektóre odbywają się za usługi. Inne z życzliwości. A jeszcze inne z czystego przypadku.

– Madame?

– Och, idź już, dziewczyno. Głowa już mnie boli od twoich pytań. Przyjdź jutro.

– Ja…

– Nie chcesz się uczyć? – zaatakowała ją kobieta.

– Ach, nie, madame…! Ja tylko… ja…

– Więc przyjdź jutro.

Właścicielka oddaliła się w głąb lokalu ciężkim krokiem. W oddali coś zaszeleściło i zaszeptało. Miękko, lecz jadowicie. Jak wąż skryty w ciemności.

Dziewczyna zerwała się z miejsca. Wbiegła po schodach, wypadła na zewnątrz, niemal lądując pod dorożką. Pobiegła dalej, nie zważając na krzyk woźnicy, na deszcz, na wiatr, na śliskie uczucie niepokoju, które wkradło się w jej serce.

 

***

 

Zakradła się tam nazajutrz. Zbiegła po schodach. Rozejrzała się po pustej, wilgotnej sali. Na stoliczkach stały teraz fajki wodne – nabrzmiałe, gruzłowate twory o kolorowych przewodach. Prócz tego nic się nie zmieniło.

Madame siedziała na jednej z poduch. Opierała się o ceglaną ścianę z nieprzytomnym wyrazem twarzy. Mamrotała coś pod nosem. Miała zamknięte oczy. Gałki pod powiekami poruszały się nerwowo, jakby kobieta intensywnie śniła.

Dziewczyna podkradła się do niej najciszej, jak tylko potrafiła.

Lerra otworzyła oczy.

Brunetka sapnęła z przerażenia.

– Więc jednak przyszłaś. – Gigantyczna kobieta pochyliła się do przodu. Pokiwała głową. – Dobrze. Dobrze. Tak. Hm. Dzisiaj znów poćwiczymy picie herbaty. Potem wytłumaczę ci, jak stawia się tarota, a potem… dziecko, co to za mina?

– Bo ja… bo… – Dziewczyna wlepiła w Lerrę przerażone spojrzenie. – Nie rozumiem tego! Nie rozumiem, czemu mam tu przychodzić, czemu mam się uczyć! Czemu właśnie ja!

– Nie wszystko na tym świecie da się zrozumieć. Jeszcze mniej da się zobaczyć. A ja daję ci możliwość zobaczenia świata – moimi słowami, moimi oczami. To chyba cenna nauka?

– Tak, ale…!

– Dlaczego ty? – Madame sztywno wzruszyła ramionami. – Nie wiem. Czy był to wybór mój, czy wybór tarota? Ciężko określić. Czy to ważne? – Ciężko zatrzepotała rzęsami; krótki, gęsty wachlarz podkreślony tuszem.

– Nie, ale…

– Więc siadaj. I nie zadawaj już pytań, na które odpowiedzi nie zna żadna z nas. Szkoda na to czasu. A nie mamy go wiele.

Brunetka usiadła. Po chwili przyszedł mężczyzna, zwany Joshem, o miękkim kroku i miękkim uśmiechu. Znów podał im herbatę. Znów się skłonił: szarmancko i z rozmachem.

Odszedł, zostawiając za sobą oniryczny zapach perfum z drzewa sandałowego.

Lerra zaczęła rozlewać herbatę, tłumacząc, jak należy to robić. Dziewczyna przypatrywała się jej uważnie. Jej twardym rysom twarzy. Jej mięśniom. Jej lawendowo-złotej sukience. Zupełnie innej, niż wczoraj.

– Powiedziała madame – zaczęła brunetka, gdy właścicielka herbaciarni urwała na chwilę – powiedziała madame, że nasze spotkanie może być wyborem tarota. Ale jak to możliwe? Wczoraj mówiła madame, że wróżba nie wybiera, że wróżba nic nie oznacza. Dzisiaj madame sobie przeczy.

Lerra wzięła do ręki czarkę. Zaciągnęła się słodkim aromatem herbaty.

– Nie przeczę sobie – stwierdziła, upijając łyczek. Przymknęła oczy. Na jej posągowej twarzy pojawił się cień zadowolenia. Przełknęła herbatę. – Jak już mówiłam, sama wróżba nie ma żadnej władzy nad przeszłością czy przyszłością. Tarot jest tylko soczewką, dzięki której można skupić swoje zdolności i ukazać je światu. Jednak te zdolności nie są do końca świadome. – Znów upiła łyk herbaty. – Często nie mamy wyboru nad tym, co przyniesie – co pokaże – nam przyszłość. Dlatego rozróżniam te dwa pojęcia: mój wybór oznacza wybór świadomy. Dokonany z pewnością siebie. Wybór tarota oznacza wybór przyszłości. Wybór przypadku, który targa naszymi życiami jak morze targałoby papierowymi łódeczkami.

Dziewczyna nie wyglądała na przekonaną.

– To tylko określenie, moja droga. To tylko słowa, którymi kształtujemy otaczającą nas rzeczywistość. No, a teraz, koniec pytań! – Twardo klasnęła w dłonie. – Do roboty!

Zaczęły pracować.

Nauka tarota była długa, żmudna i z początku niezbyt ciekawa. Jedyne, co interesowało dziewczynę w tych lśniących kartach było ich bogactwo. Ich piękno. Nie interesowało jej, co oznacza wyryta w marmurze MUSZLA. Nie chciała poznać sekretów skrytych za WIEŻĄ. Liczyła się tylko czarna iglica rozdzierająca kartę na pół. Tylko rozszalały grafit MORZA. Tylko okrągły, gładki, biały jak śnieg kształt na jednej z kart. Przez dłuższą chwilę ze wzruszeniem wpatrywała się w doskonałe półnagie ciało. Nie, dwa ciała – ciała KOCHANKÓW splecione ze sobą w intymnym uścisku.

Z zawstydzeniem odwróciła wzrok.

Madame nie zrażała się jej niewinnością. Swym monotonnym głosem opowiadała, co kryje się za tą kartą – namiętność, pożądanie, ale także platoniczna miłość. Różne karty mają różne znaczenia. Wszystko zależy od ich konfiguracji, od wzajemnych powiązań, od tego, w jakiej kolejności padną na stół.

Wszystko zależy od przypadku.

Pierwsze kilka tygodni nauki były ciężkie. Madame była wymagającą, oschłą kobietą. Rzadko nagradzała, choć rzadko też ganiła. Jedynymi słowami pochwały było oschłe „Dobrze, że to pamiętasz”. Jedynym gorzkim upomnieniem było „Powinnaś spędzić więcej czasu nad tą kartą”. Lerry nie obchodziło, co czuje jej uczennica. Nie obchodziło jej nawet, jak miała na imię. Brunetka zaś nie wyrywała się z tym oświadczeniem. Im mniej ta pozbawiona emocji kobieta o niej wiedziała, tym lepiej.

Wciąż nie rozumiała, dlaczego madame ją naucza. To na pewno nie z sympatii – przecież ta kobieta nie była zdolna do uczuć. Z chęci zysku? Ale przecież nie dostawała żadnych pieniędzy!

Więc może z czystego przypadku?

Choć z drugiej strony, myślała brunetka, obserwując, jak madame powolnymi ruchami wykłada karty, z drugiej strony wydawała się za bardzo nie wierzyć w swoją wróżbę. Traktowała ją z pewną pobłażliwością. Z nonszalancją, która nie powinna uchodzić wróżbitce. Dziewczyna pytała o to, gdy tylko zdarzała się okazja. Nigdy nie dostała odpowiedzi.

– Widzisz? – Madame postukała bezbarwnym paznokciem w złocistą tekturkę. Brunetka wzdrygnęła się, gwałtownie oderwana od swych myśli. – Pierwsze trio mówi o przeszłości albo bliskiej przyszłości. W tym przypadku to jest przeszłość –  t e r a z  to już jest przeszłość. Widzisz, dziewczyno? Wiesz, co to znaczy? Mów!

Brunetka w pośpiechu przełknęła ciężką, mocną herbatę.

– MATRONA oznacza mocną osobowość, często kobiecą, choć nie jest to reguła. Mimo swej siły jej otoczenie zazwyczaj nią pogardza.

– Tylko pogardza? – Lerra uniosła brwi.

– Czasami wysławia, czasami potępia, czasami wywołuje u innych trwogę – dodała szybko dziewczyna.

– Dobrze. – Madame pociągnęła z wodnej fajki (ostatnio zaczęła palić przy swej uczennicy, by przyzwyczaić ją do ostrości tytoniowego dymu). – Choć wolałabym, byś mówiła to własnymi słowami.

– Tak jest, madame.

– Dalej, drogie dziecko. Nie zatrzymuj się. Trio lub kwartet trzeba wygłosić szybko i płynnie. Inaczej straci na swej mocy. Dalej. Dalej. – Skinęła na nią niecierpliwie.

W geście tym przypomniała pociągowego konia, który bujał umięśnioną szyją.

Więc uczennica opowiadała. Opowiadała wciąż i wciąż, na nowo i nowo, tę samą wróżbę, te same karty, ten sam tarot.

Nigdy nie układał się w nic innego w obecności madame Lerry.

Wystarczyło jednak, by właścicielka herbaciarni wyszła. Chociażby do innego pokoju. Wystarczyło, by wielkie karty pozostały z uczennicą sam na sam. Wtedy tańczyły w jej dłoniach, przeskakiwały między palcami, jedna przez drugą, druga przez trzecią, chcąc szybko, gorączkowo opowiedzieć dziewczynie o przyszłości, o przeszłości, o przypadku, który ją czeka.

Wracała jednak Lerra i cały czar pryskał. Powracała stara wróżba.

Wróżba, którą przywitała ją Lerra.

Gdy chyba po raz setny przebrnęły przez te dziesięć identycznych kart, madame odchyliła się na swoich poduchach. Ubrana była w przydymione fiolety i niespokojne błękity. Zwiewne pasma luźno opadały na jej umięśnionej piersi. Lerra zmrużyła oczy. Zaciągnęła się dymem. Cmoknęła i westchnęła ciężko, jakby smakowała utraconych wspomnień.

– NÓŻ, moje dziecko – zaczęła. Głos miała cichszy, słabszy niż zazwyczaj. Brunetka pochyliła się nad kartami. – NÓŻ to niebezpieczna broń. Nie tak otwarta jak MIECZ, nie tak skryta jak TRUCIZNA. Trudna do znalezienia, trudna do rozpoznania – czy to wróg, czy przyjaciel? Obrońca czy zabójca? Ofiara czy morderstwo? Ach, ach. – Znów westchnęła. Szata na jej piersi zaszeleściła niespokojnie. – Tarot czasami mnie męczy. Tak potwornie męczy…

– Męczy? – Dziewczyna zmarszczyła brwi. W zamyśleniu pogłaskała karty: śliskie, piękne, tajemnicze. – Czasami jest trudny, racja, ale przecież… przecież… – Nerwowo oblizała usta. Miała to słowo na końcu języka, z tyłu gardła, tuż przy krtani. Znaczenie, które umykało jej ubogiemu językowi. – Tarot daje radość. Wolność. Nadaje życiu… cel? Może to za dużo powiedziane, ale…

– Cel? – Madame minimalnie wygięła wargi. Jakby uśmiechnęła się gorzko. – Cóż. Dobrze, moje dziecko, że w końcu tak to odbierasz.

Zapadła cisza. Gdzieś w oddali, w głębi zimnego, wilgotnego lokalu (zima zbliżała się wielkimi krokami) coś zaklaskało głucho. Rozległ się szelest. Ciche, chropowate słowa. Jakby przekleństwa. Huk, zgrzyt. I znów cisza.

Po chwili w sali pojawił się Josh. Koszula poplamiona czymś gęstym i żółtym jak szafran. W dłoniach dwie parujące miski. Z przeprosinami postawił je przed kobietami. Z wnętrza naczyń pachniało mięsem, papryką i czymś ostrym, intensywnym: czymś, co kojarzyło się z dalekim, gorącym Hazarié. Josh położył na stoliku jeszcze dwie pary małych szczypek (madame upierała się, by jej uczennica nauczyła się posługiwać tymi dziwacznymi sztućcami – po co, miało to pozostać tajemnicą). Mężczyzna zgarnął ze stołu pusty czajnik. Odszedł, jak zwykle skłoniwszy się w pas.

Madame nachyliła się nad stołem. Zaczęła jeść.

Uczennica poszła w jej ślady.

– Znam wiele historii – zaczęła mówić Lerra – których oś obraca się wokół noża. Choćby legendy z bagien na wschodzie – krąży tam opowieść o trzech wiedźmach i zemście dokonanej szklanym sztyletem. Są też mity przekazywane przez rybaków z zachodu o magicznym nożu, który sam patroszy ryby. Bez żadnych strat. Ściąga śluz i łuski jednym ruchem, nie naruszając skóry. Z białych brzuchów uwalnia tylko wnętrzności. – Urwała na chwilę, jakby ważąc dalsze słowa. –  Są też opowieści z Hazarié, oczywiście. Opowieści pełne ognia, piachu i rozgrzanego do czerwoności powietrza. Są historie o mędrcu Huraonie i o bluźnierczej zbrodni, której się dopuścił. Zbrodni, w której – jakżeby inaczej – główną rolę odegrał wysadzany szafirami sztylet.

Brunetka słuchała jej z nieskrywanym podekscytowaniem.

– Moja ulubiona legenda to chyba opowieść z północy. Pełna zimna, śniegu i lodu. Pełna zwierzęcego okrucieństwa, którym przepełnieni są tamtejsi ludzie. – Szczypki na chwilę zawisły w powietrzu, kołysząc się w szarych dłoniach Lerry. Oblana ostrym sosem papryka upadła do miski z miękkim „plask”. – Ale czy można im się dziwić? Skoro żyją w tak surowych warunkach, skoro wychowała ich śnieżyca i dzikie wilki. Trudno oskarżać ich o to, że mają serca z lodu, a w ich żyłach płynie rtęć.

Przez chwilę jadły w milczeniu. Na zapleczu Josh zaczął nucić pod nosem żwawą przyśpiewkę. Wiedział, że skoro mają przerwę i nie czytają tarota, nie musi zachowywać absolutnej ciszy.

– Wszystko działo się na dalekiej północy, za sosnowymi lasami, za marną tundrą, za przerażającym jęzorem lodowca, który z nienawiścią wbija się w południowe krainy. Tamtejsi ludzie nienawidzili zimy tak mocno, jak ona nienawidziła ich. Przez wiosnę, lato i jesień zbierali zapasy. Łupili. Handlowali. Remontowali swoje chaty. Naprawiali łodzie. Tańczyli. Śpiewali. Kochali i zabijali. Żyli pełnią życia. Nie – żyli więcej, niż jego pełnią. Żyli intensywniej niż my. Żyli nawet żwawiej niż ludy południa. Nadrabiali tym śmierć, która miękkim krokiem schodziła do nich każdej zimy. Gdyż właśnie tym była dla nich zima. Śmiercią. Zsyłała na ziemię wieczną noc i wieczny śnieg. Więc spali w tę noc, umierali na parę miesięcy, uczepiwszy się życia niczym zesztywniałe z chłodu jaszczurki. Odbijali sobie hulaszcze chwile, którymi żyli całe lato.

I chyba właśnie za to tak bardzo nienawidziła ich zima.

Powiadali między sobą, że zima nienawidzi też samej siebie. Za to, że jest chłodem i nocą. Że jest pięknym, lecz śmiercionośnym śniegiem, który może zakopać i udusić nieuważnego wędrowca.

Zima nienawidziła nie tylko ludzi. Nie cierpiała też wszystkiego, co żyje. Za to, że jest takie kruche i delikatne. Że nie potrafi znieść jej srogiej miny. Docenić surowego piękna.

Nienawiść była obopólna. I coraz mocniejsza. Aż w końcu coś pękło w ludziach północy.

Zebrali armię pod przewodnictwem swojego wodza. Najwspanialszego wojownika Njorga. Zwołał wszystkich, którzy potrafili się bić – kobiety, mężczyzn, nawet młodych, których my uznajemy za dzieci – i ruszył na północ. Za lodowiec, za wieczną zmarzlinę, tam, gdzie zima miała swoją siedzibę.

Wyprawa była ciężka. Wielu z nich umarło. Wielu zawróciło. Zostali tylko najlepsi. Siedemnastu wojowników, wraz z samym Njorgiem. Ich imiona są dobrze pamiętane. Przydomki powtarza się z nabożnym szeptem. Tamtejsze ludy doskonale wiedzą, jakie atuty miał każdy z nich. Pamiętają, że Lvinda doskonale posługiwała się łukiem, a silny Drham był mistrzem topora.

Nam jednak nie jest to potrzebne, moje dziecko.

Siedemnastu walecznych przekroczyło lodowiec. Dotarli pod bramy pałacu zimy. Budowli ze śniegu i błyszczącego lodu. Pozornie nic jej nie chroniło. Tylko pomiędzy iglicami wył północny wiatr.

Gdy jednak podeszli bliżej, z wiecznego snu obudzili się strażnicy. Wielkie golemy zbudowane z lodu. I nienawiści.

Bitwa była długa. Ciężka. Njorg widział, że powoli zaczynają przegrywać. Mimo swojej waleczności nie byli w stanie pokonać strażników zimy. Przynajmniej nie w otwartej walce.

Pozostawało tylko jedno. Uciec z pola bitwy. W samotności przemknąć przez pałacowe korytarze, zostawiając towarzyszy za sobą, by zajęli strażników.

Bolało go ta decyzja. Lecz to było jedyne rozwiązanie.

Wymknął się z bitwy bez słowa.

Po drodze Njorg walczył z kolejnymi strażnikami. Słabszymi, lecz liczniejszymi. Odrąbywał im łby, wyrywał się z chaosu ciał i pędził dalej po wykutych w lodzie korytarzach. Gubił bronie – topór, miecz, łuk. Aż został mu tylko nóż. Prosty łowiecki nóż.

To z nim dotarł do sali tronowej zimy.

Nikt jej nie pilnował, nikt przy niej nie siedział. Była sama. Samotna jak zawsze.

Dumnie uniosła podbródek. Spojrzała na Njorga nienawistnym wzrokiem. Wzrokiem, w którym widział odbicie wszystkich niepowodzeń, okaleczeń, wszystkich śmierci swych bliskich podczas niezliczonych zim.

Wojownik wpadł w szał.

Podbiegł do zimy. Zerwał ją z tronu. Rzucił nią o ziemię. Padła jak lalka. Nawet nie walczyła, nawet nie krzyczała. Po prostu patrzyła. Tym pustym, bezlitosnym wzrokiem.

Njorg wbił w nią nóż.

I raz, i drugi, i trzeci. Ciął, ciął i ciął, bez opamiętania, bezlitośnie, ciął tak, jak sama zima niegdyś cięła jego ciało śniegiem i lodem.

Opadła bez życia.

Odszedł. Pośrodku pustej sali zostawił jej samotne martwe ciało.

Jego szesnastu towarzyszy zostało pokonanych w bitwie. Njorg został sam. W żałobie wrócił do rodzinnych stron. Nie liczył na nic. Na żadne gratulacje czy słowo otuchy. Był pewien nagany. Napiętnowania za posłanie na śmierć szesnastu najwspanialszych wojowników północy.

Lecz został przyjęty jak król.

Dlaczego, pytał, niesiony na rękach. Co się stało, mamrotał przy suto zastawionym stole.

Zabiłeś zimę, odpowiadali wszyscy ze śmiechem. Naprawdę to zrobiłeś! Zima nie przyszła tego roku!

Nie przyszła również kolejnego, kolejnego, i kolejnego. Ludzie już zapomnieli, jaka ona była. Ci twardzi ludzie północy zmiękli. Przyzwyczaili się do wygody lata. Bo po co mieli się starać? Po co mieli grabić, łupić, po co mieli zbierać zapasy? Skoro zimy już nie było. Skoro zima została zabita.

W to wierzyli przez siedemnaście lat. Dopóki zima znów się nie zjawiła.

Jak to możliwe? – mówili zniewieścieli chłopcy, brnąc przez obcy dla nich śnieg. Przecież Njorg zabił zimę! Przecież Njorg ją pokonał! Dźgnął nożem, pod żebra. Widział jej krew! Gęstą lazurową krew!

Njorg, starzec Njorg, którym się stał, przeraził się. Bo nie widział żadnej krwi. Nie było żadnej krwi. Wymyślił ją na potrzeby historii. Ubarwił to, co widział. By opowieść była jeszcze ciekawsza.

Ludzie schodzili do niego. Błagali, by wyruszył ponownie. By znów zabił zimę. By znów zapanowało wieczne lato.

Njorg odmawiał.

Wielu ruszyło zamiast niego. Żaden jednak nie wrócił.

A Njorg trwał przy życiu; trwał widząc, jak jego lud umiera. Widząc, jak wieczna zima skuwa ziemię. Rok, drugi, trzeci. I siódmy, i dziewiąty. Większość ludzi uciekła na południe. Ale nie on. On został. Został w swoim domostwie z marnymi zapasami. Przywarł do zmarzniętej skóry ziemi niczym kleszcz. I jak kleszcz czekał na lepsze czasy. Bo wiedział, że one nadejdą.

Wiedział, że wieczna zima – jak wieczne lato – potrwa siedemnaście lat.

I widzisz, moje dziecko, miał rację. Po siedemnastu latach przyszło lato. Zwykłe, krótkie lato. A po nim zima – długa i ciężka. Jednak nie cięższa, niż zazwyczaj.

Ludzie północy powrócili do swych chat.

Zastali Njorga na łożu śmierci. Oddychał jeszcze, lecz z trudem. Chłód zimy głęboko wżarł się w jego płuca. Pytali go, co się stało. Delikatnie potrząsali jego ramionami, próbując wydobyć z niego choć jedno słowo.

Odpowiedział. Nie jedno, nie dwa, lecz trzy. Trzy słowa. Siedemnaście pchnięć nożem. I umarł.

Spalili jego ciało na łodzi, ni to w chwale, ni to w hańbie. Urządzili mu pogrzeb taki, jak każdemu. .Powrócili do swojego dawnego życia. Już nikt nie próbował wyprawiać się na zimę. Już nikt nie chciał zburzyć porządku rzeczy. Było, jak było, i nikt nie mógł tego zmienić. Ani Njorg, ani zima, ani żaden z nich.

Lerra odłożyła szczypki do pustej miski. Grzechot pociągniętych żywicą drewienek.

Brunetka wlepiła w mentorkę nieprzytomny wzrok.

– Nie rozumiesz, kochana, prawda? Och, jak bardzo nie rozumiesz, widzę to po twojej minie.

Madame nachyliła się nad stołem. Głębokie cienie wżarły się w jej surową twarz.

– Siedemnaście pchnięć nożem, moje dziecko. – Lerra wwierciła w nią lodowate spojrzenie. – Njorg zadał zimie siedemnaście pchnięć nożem.

Dziewczyna z niesmakiem odłożyła pustą miskę na stół.

 

***

 

Nauka postępowała dalej. Teraz więcej było historii, mniej tarota. Do kart, oczywiście, wciąż wracały. Lecz ile razy można tłumaczyć tę samą wróżbę?

Dziewczyna stawiała tarota za plecami madame, gdy kobieta odchodziła załatwić interesy na mieście lub odbyć jakieś spotkanie.

Ostatnio miała mnóstwo spotkań.

Uczennica wróżyła więc milczącemu Joshowi. Rozkładała przed nim żywe błyszczące karty. Patrz, stukała w pierwsze trio, patrz tutaj, Josh. Tarot mówi, że spotkałeś ostatnio kobietę: piękną, niewinną, mądrą kobietę. Kobietę, do której czujesz coś więcej. Tak, jak ona do ciebie. Zbliżasz się do niej. Powoli. Kroczek po kroczku. By jej nie wystraszyć.

Josh kiwał swoją smukłą głową i pokazywał szereg prostych zębów.

Wróżby się sprawdzały. Często, coraz częściej. Dziewczyna popełniała jednak błędy. Raz powiedziała gibkiemu Jo (jak go ostatnio zaczęła nazywać), że powinien wyznać miłość tamtej kobiecie.

Przeraziła się gwałtownością jego uczuć i uciekła.

Brunetka zachłysnęła się szlochem, gdy to usłyszała. Płakała bardziej, niż Josh; ten uspokajał ją, głaskał po głowie i całował po czole niczym starszy brat. Nic się nie stało, szeptał swoim szeleszczącym, cichym głosem, nic się nie stało, moja mała. Takie jest życie. Raz się uda. Raz się nie uda. A mimo tego trzeba iść do przodu.

Poszli więc do przodu.

Dziewczyna przestała mu wróżyć.

Czasami jednak, gdy Lerra była szczególnie zajęta, brunetka wykradała się z kartami ukrytymi pod burą sukienką. Przebiegała przez krzywe ulice Tarinmori, przysiadała gdzieś w zaułku i stawiała tarota za grosze.

Nie wiedziała, czy jej wróżby się spełniają. W końcu nigdy po raz drugi nie spotkała swoich klientów.

Ale podświadomie czuła, że jest coraz lepsza.

Nadeszła wiosna. Tajemne spotkania madame Lerry w końcu ujawniły swój cel – kobieta nareszcie otwierała swoją herbaciarnię. Swoją palarnię. Pokrętna biurokracja Tarinmori zrobiła swoje, wszystko przeciągając w czasie. Normalny człowiek wściekałby się, waliłby głową w mur, kłóciłby się i warczałby na bogom ducha winne urzędniczki. Ale nie Lerra. Lerra podchodziła do tego z lodowatym profesjonalizmem, który porażał wszystkich wokół. Lerra była cierpliwa. Czekała na wszystkie komisje, wszystkie kontrole, wszystkie podpisy.

Aż się doczekała.

Palarnia została otwarta.

A to oznaczało, że nie miała już tyle czasu dla swej uczennicy.

Ich drogi nie rozeszły się całkowicie. Dziewczyna wciąż przychodziła do herbaciarni. Chyłkiem zakradała się na zaplecze. Przyciszonym głosem rozmawiała z Joshem, dopóki madame nie zaszczyciła jej swą obecnością.

Wtedy z powrotem zasiadały do tarota.

I historii.

Przy okazji karty GŁUPCA (dziewiąta w ich wspólnej stałej wróżbie) Lerra opowiedziała jej o błaźnie, który wypłynął na morze w łódce zbudowanej z łupin orzechów. Czy zatonął? Madame wzruszyła potężnymi ramionami. Różne są wersje: jedni mówią, że zjadły go ryby, inni, że przeżył całe lata, nim woda nie wyrzuciła go na piaszczysty brzeg. Gdzie zmarł, kurczowo trzymając wydrążony maszt.

Było wiele opowieści. Jedne wesołe, drugie smutne, jeszcze inne straszne. Ale wszystkie wspaniałe. Wszystkie rozpalały umysł i serce młodej dziewczyny, która powoli rozkwitała. Rozkwitało jej ciało, jej myśli, jej talent. Coraz zgrabniej tasowała tarota, coraz szybciej wyłapywała ukryty sens wszystkich legend. Coraz pewniej szła przez życie, kołysząc szerokimi biodrami. Coraz więcej mężczyzn oglądało się za jej uśmiechem. Za jej pełniejszym, teraz już kobiecym ciałem.

Madame Lerra ostrzegła ją, co tak naprawdę się za tym kryje. Bez ogródek, bez żadnych metafor. Prosto, bezpośrednio. Oschle. Jak to ona.

Dziewczyna – nie, teraz już młoda kobieta – czarnowłosa młoda kobieta kiwała głową, uśmiechała się i mówiła, że tak, że rozumie.

Ale i tak się zakochała. I tak pozwoliła swojemu uczuciu wyrwać się na wolność.

I tak złamano jej serce.

To nic niezwykłego, moja mała, mówił jej Josh, głaszcząc po kruczoczarnych włosach, gdy ona szlochała bezgłośnie. To nic niezwykłego. Takie po prostu jest życie. Przyzwyczaisz się, moja mała, o, przyzwyczaisz się.

Młoda kobieta pociągnęła nosem.

– Przyzwyczaję się? – wychrypiała. Jej oczy błyszczały od łez. – Tak, jak madame Lerra? – Uśmiechnęła się smutno. Przełknęła własną rozpacz. – Czy właśnie to ją spotkało? Czy to dlatego jest taka? Taka bez uczuć. Bez smutku i bez radości.

Josh milczał cierpliwie.

– Czy ktoś wyciął nożem jej serce, tak, jak sarnie z opowieści zachodu? Tak, jak zrobiła to tancerka Shiiva z południa, która pożarła serce swego ukochanego? Czy tak właśnie było?

Mężczyzna nie odpowiedział.

Brunetka wyrwała się z jego objęć. Obrzuciła go wściekłym spojrzeniem. Splunęła w jego stronę nienawistnymi słowami. Uciekła. Metalowe schody zatrzęsły się pod jej energicznymi krokami, nieliczni klienci patrzyli na nią z pobłażliwym zaskoczeniem. Madame, stojąca przy długim, błyszczącym barze w kolorze bursztynu, jedynie smutno pokręciła głową.

Surowa kobieta tego dnia wcześniej zamknęła sklep. Zebrała puste czarki, umyła czajniczki. Ruchy miała gładkie. Stonowane. Scena wyglądałaby jak seria płynnie przechodzących w siebie obrazów, gdyby nie kolczyki. Tylko te ciężkie obręcze ze złota kiwały się żwawo na płatkach uszu Lerry.

Kręcący się po sklepie Josh dołączył do niej, by pozamiatać zaplecze. Przez chwilę wpatrywał się w szerokie plecy madame. Pod cienkim materiałem rysowały się wystające łopatki. Jak niewyrośnięte skrzydła. Pomiędzy nimi stalowe mięśnie.

– Dlaczego to robisz?

Nie odpowiedziała. Wciąż myła naczynia. Woda chlupotała w jej dłoniach.

– Dlaczego karmisz ją tymi historiami? Dlaczego zamiast tego nie powiesz jej prawdy? Nie rozumiem.

– Te historie to jedyne, co ma z życia.

– A prawda?

Madame ospale wzruszyła ramionami.

– Prawda mogłaby być dla niej zbyt bolesna. Przynajmniej na obecnym etapie.

Josh zacisnął usta. Odwrócił wzrok.

– Wiesz, że nic dobrego z tego nie wyniknie?

Lerra odłożyła kolejny czysty czajnik na krwistoczerwoną ścierkę.

– To możliwe.

Mężczyzna ciężko oparł się o miotłę. Jego smukłe ciało kołysało się niewprawnie jak u początkującego linoskoczka. Balansował na miotle. Balansował na emocjach. Długą chwilę trwał w milczeniu.

W końcu powrócił do zamiatania.

– Nic dobrego z tego nie wyniknie. – Josh odtańczył z miotłą na drugi koniec pokoju. – O, zobaczysz, madame, nic dobrego z tego nie wyniknie.

Nie odpowiedziała.

Odłożyła ostatni czysty czajniczek na ścierkę. Wytarła ręce. Wyszła, nie oglądając się za siebie.

 

***

 

Brunetka przychodziła coraz rzadziej.

Praca, dom, rodzina, która rozrosła się, gdy najstarszy brat się ożenił – wszystko to nałożyło się na siebie, splotło w sieć, z której trudno było uciec. Czasami jej się to udawało.

Ale tylko czasami.

Wzięła pół dodatkowego etatu w pralni, by wspomóc rodzinę w wykarmieniu dodatkowych ust, które przyszły na świat. Duże, lecz zgrabne ręce młodej kobiety straciły siny kolor pochodzący z farbiarni. Pralniane środki chemiczne chciwie żarły wszystko: barwnik, piegi, skórę. Wróżbitka (bo tak o sobie zaczęła mówić w myślach, jakby na pocieszenie, jakby na wspomnienie dawnych, l e p s z y c h czasów) patrzyła na swoje ręce z rosnącą zgrozą. Dłonie wysychały. Pokrywały się zmarszczkami i ciemnymi plamami. Plamy te wyglądały jak brunatne, nieregularne piegi. Może trochę jak plamy wątrobowe. Wszystkie wieloletnie pracowniczki pralni je miały. Czasami się z nich śmiały. Ale był to śmiech przez łzy. Każda z nich dobrze wiedziała, że plamy te nie zwiastowały niczego dobrego.

Przerażona wróżbitka rzuciła ten etat.

Chciała zdobyć inną pracę, lecz nie znalazła żadnej. Tarinmori wstrząsnął kryzys: potwór o szarych policzkach i lśniących z głodu oczach. Rząd wysyłał gorączkowe zapewnienia do wszystkich gazet, że wszystko w porządku, że opanują sytuację. Ale – złośliwie pisali co odważniejsi dziennikarze – prócz pocieszeń i wzajemnych oskarżeń politycy nie robili nic, by podnieść miasto na nogi.

Jak zawsze, dodawali.

Madame, spokojnie siedząca na pociągniętych srebrną nicią poduchach, tylko wzruszała ramionami na tę całą sytuację. Typowe, mówiła, pociągając z fajki wodnej. Wydmuchiwała jedwabny, niebieskawy dym, który składał się w powietrzu jak szpule rzuconego materiału. Typowe, powtarzała.

– To przypomina mi kryzys, który wstrząsnął niegdyś Hazarié. – Głos, jak zawsze, miała miękki i mocny. – Oczywiście, nie zdarzyło się to za mojego życia. Ani za życia nikogo, kogo niegdyś znałam w tym parnym mieście tysiąca zapachów. Tak po prawdzie wszystko wydarzyło się setki lat temu, gdy miasto dopiero pączkowało, gdy powoli wypuszczało pędy jak nieśmiały pustynny kwiat. Miastem rządziły wtedy niespokojne świerszcze. (Do dziś jeszcze ich marne, skretyniałe potomstwo kłębi się na tamtejszych ciasnych ulicach). Ludzie byli tylko kolejnymi mieszkańcami. Przybyszami z daleka, których wchłonęło miasto. Miasto próbowało odcisnąć na nich swoje piętno. Przystosować ich do życia na ulicach z piaskowca. Ludzie byli jednak krnąbrni. Nie chcieli się przystosować, nie chcieli pokazać pokory. Chcieli miastem rządzić.

Tak, udało im się to. Strącili rozśpiewane świerszcze z piedestału. Zagnali je do pracy. Je i olbrzymie błyszczące żuki. Powolnych umysłowo robotników, których nie żal było żadnemu człowiekowi. Bo to tylko żuki, prawda? – powtarzali, siekąc je trzepoczącymi w powietrzu batami. Tylko żuki, szeptali, sprzedając je niczym bydło. Tylko żuki, warczeli, depcząc ich odnóża.

Ale nawet głupie żuki potrafią myśleć.

I te głupie, pogardzane przez wszystkich żuki doszły do jednego wniosku – jeśli zabraknie ich, taniej i potężnej siły roboczej, władza ludzi nad Hazarié upadnie.

Więc uciekły. Pod osłoną nocy. Jednego dnia miasto było ich pełne, drugiego – ulice świeciły pustkami. Krążyli po nich tylko zdezorientowani ludzie i dziczejące, zepchnięte na margines świerszcze. Jak to możliwe, pytały wściekłe władze, jakim prawem, wrzeszczeli handlarze niewolników, jak będziemy teraz żyć, rozpaczali budowniczowie.

I tylko rezolutne świerszcze pocierały nogami z zadowolenia.

Lerra nonszalancko wydmuchała tytoniowy dym. Pogłaskała ciężki ustnik. Zaciągnęła się fajką wodną. Długi przewód, jak szmaragdowy wąż, ekstatycznie zatrzepotał w jej wielkich dłoniach.

Brunetka w milczeniu wpatrywała się w pustą czarkę. Na dnie porcelany kłębki herbaty. Przypominały strzępki martwej małży na dnie muszli.

Podziękowała madame za tę opowieść. Wyszła, ciężko stąpając po schodach.

Po raz pierwszy pożałowała, że te barwne historie nie są częścią rzeczywistości.

Nie mogła uciec. Nie mogła być tym czarnym żukiem, nie mogła być też kpiącym świerszczem, który żyje poza społeczeństwem. Musiała pracować. Musiała utrzymywać siebie, starzejącą się matkę, wspomagać bratową oraz kolejne dziecko, które tamta wydała na świat. Kilka tygodni temu straciły jednego z żywicieli powiększającej się rodziny. Brat wróżbitki miał wypadek. Potrąciła go rozpędzona dorożka.

Umarł po dwóch godzinach męczarni.

Bratankowie i ciemnowłose bratanice rosły jak na drożdżach. Jadły coraz więcej. A trzeba było im jeszcze uszyć nowe ubranka, zdobyć jakieś buty, by nie musiały boso biegać po brudnych ulicach. Kto wie, co kryje się w szczelinie bruku. Kto wie, czy jakiś bogacz idiota nie rozbił butelki w pijackim szale. Lepiej nie dać się zranić. Szczególnie w brudne stopy. Jak nic wda się zakażenie. Jak nic stopa spuchnie. Jak nic przyjdzie po nią śmierć.

Lepiej więc nie igrać z losem. Z przypadkiem.

Ale by to się udało, trzeba było zdobyć więcej pieniędzy.

Był jeden sposób w szalejącym kryzysie. Jeden nawet pewny, nawet czysty sposób, jeśli wiedziało się, gdzie szukać. U kogo szukać. I jeśli miało się taką figurę, jak uczennica madame Lerry.

Kierownik farbiarni, który już od lat obłapiał ją wzrokiem, z chęcią przystał na tę propozycję.

Gdy tak leżała, tak siedziała, tak opierała się o ścianę, słuchając jego sapnięć, jego warknięć, jego tłustego, poczerwieniałego ciała, które kląskało o jej zgrabne ciało – gdy tak trwała, słuchając mlaśnięć dwóch spoconych skór, w głowie powtarzała sobie znaczenie wszystkich kart tarota. Szła po kolei, potem od końca, a potem chaotycznie skakała od jednej do drugiej karty. Potem w całości powtarzała wróżbę, która zawsze wychodziła jej w obecności madame Lerry. Trio, kwartet, trio. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.

Czy kiedyś, myślała, pustym wzrokiem patrząc na zasapanego kierownika, czy kiedyś przyszłość przeobrazi się w teraźniejszość? Czy czeka na mnie NÓŻ?

By odciąć się od tych myśli, powtarzała karty teraźniejszości.

ZŁOTO, WRÓŻBA, SERCE, PTAK. ZŁOTO, WRÓŻBA. SERCE… PTAK. ZŁO…ZŁOTO. WRÓŻ… WRÓŻ…

Nienawidziła, gdy się zatracała, gdy zapominała o tarocie. Nienawidziła samej siebie, nienawidziła kierownika, nienawidziła całego brudnego, szarego, smutnego Tarinmori.

Nienawidziłaby i całego świata, gdyby nie historie madame Lerry.

Czasami, gdy po godzinach przychodziła do zamkniętej, cichej już palarni, gdy Josh zamiatał podłogę, a madame poprawiała wygniecione poduszki, to uczennica opowiadała jakieś historie. Proste. Bez polotu, bez fantazji, którą miała w sobie właścicielka herbaciarni. Historie brunetki były przyziemne. Szorstkie. Oparte na życiu.

W tym też była cała ich magia.

Raz, mówiła z błyszczącymi oczami, raz była u nich ta słynna krawcowa i projektantka mody. Młoda gwiazda, która wschodziła na ruinach pozostałych po kryzysie. Przyszła do farbiarni. Rozmawiała z pracownicami. Z nimi, ze zwykłymi robotnicami! Chwaliła je za doskonałą pracę. Dziękowała im za ich harówkę. Gdyby nie one, nie miałaby z czego szyć. Ach, gdyby tylko madame ją widziała! Była taka piękna! Taka chuda, taka wysoka. Taka doskonała!

Lerra sztywno przechyliła głowę.

– To, że przyszła do waszej fabryki, to przecież nic niezwykłego.

Wróżbiarka aż sapnęła ze złości.

– Madame chyba żartuje!

– Ani trochę.

–Przecież to była sama Winchery!

Posągowa kobieta uniosła brwi.

– I?

– Jest sławna. Bogata. I taka piękna!

– To człowiek jak każdy inny. – Madame ciężko usiadła na kolorowych poduchach; oniryczne fałdy żółtej sukni opadły jak uschłe płatki kwiatów. – Młoda dziewczyna. Zwykła. Prosta. Mająca swoje obawy, swoje pragnienia. Swoje zalety i wady. Tak, jak powstała, tak i upadnie. – Rzuciła spojrzenie w stronę brunetki. Młodszą z kobiet aż przeszedł dreszcz, gdy wejrzała w te błyszczące jak onyksy oczy. – A teraz siadaj i bierz karty. Nie zostało nam już dużo czasu.

– Przecież osiągnęła sukces!

– Ślepy traf. I nieco ciężkiej pracy. Karty, moja droga.

Brunetka z wściekłością wzięła karty. Rozłożyła je. Znowu, i znowu, i znowu. Dziesięć tych samych, identycznych, nudnych kart. Znowu przeszłość, przyszłość, teraźniejszość. Znów krwawe SERCE, znów posępny KRÓL, znów tańczący GŁUPIEC.

Znów groźnie błyszczący NÓŻ.

Na widok ostatniej karty madame Lerra wzdrygnęła się nieznacznie. Wargi zatrzepotały jej martwo.

Zgarnęła tarota. Karty z trzaskiem przesypywały się w drżących dłoniach, gdy madame próbowała ułożyć je w nieforemny stosik. Uczennica przyglądała się temu ze zgrozą. Czy Lerra zapomniała, że tylko wróżący może dotknąć kart?

Nie, nie mogła zapomnieć! Przecież tyle razy mówiła jej, jakie to ważne. Przecież tak usilnie wpajała jej to do głowy, gdy niegdyś – lata temu – sama olbrzymka o szarej skórze wykładała karty przed młodziutką brunetką. Przecież ostrzegła ją wtedy, gdy czubkiem palca szturchnęła kartkę o nazwie DOM. Przecież powiedziała wtedy kilka twardych słów.

Więc czemu właśnie teraz złamała własną zasadę?

– Madame? – spytała cicho.

Lerra nie odpowiedziała. Martwym spojrzeniem wpatrywała się w rozsypane na stoliku karty. Złote prostokąty rozsypane jak koraliki z pękniętego różańca. Madame dyskretnie otarła spocone czoło. Odkaszlnęła. Oddech miała chrapliwy, paskudny.

– Madame, wszystko w porządku?

– Tak – skłamała właścicielka palarni. Drżącą dłonią poszukała przewodu swej fajki. Zaciągnęła się nią. Pękaty, lazurowy brzuch fajki zabulgotał. Wydmuchała siwy dym. Zakaszlała. Zaciągnęła się jeszcze raz, jeszcze i jeszcze, każdy oddech przypłacając atakiem suchego kaszlu. – To nic, moje dziecko. To nic. To tylko… – Leniwie machnęła ręką. – Opowiadałaś coś?

– Już skończyłam, madame.

– Ach. – Potężna kobieta w zamyśleniu zaciągnęła się fajką. – To może opowiesz coś nowego?

Brunetka milczała przez chwilę. Spojrzała na porzucone karty.

– Nie mam żadnych nowych historii – powiedziała w końcu. – Ale mam pytanie. Odnośnie kart.

– Mów, moje dziecko.

– Dlaczego nasza wspólna wróżba jest taka sama? – Czujnie spojrzała na swoją mentorkę. – Dlaczego nie zmienia się przez lata?

Madame głośno cmoknęła w ustnik fajki.

– Ponieważ nie ma co się zmieniać. Przyszłość wciąż jest taka sama. Wydarzenia wciąż prowadzą nas do jednego końca.

– Mówi madame, że nie możemy zmienić swojego przeznaczenia?

Lerra przez chwilę oddychała chrapliwie. Zmęczonym spojrzeniem powiodła po ciemnej, wilgotnej sali, w której ogarki żółtawych świec dokańczały swój żywot.

– Kto wie? – Mentorka wzruszyła ramionami. – Może tak, może nie. Może jest to możliwe w innych przypadkach. Ale tutaj drogi przyszłości są ze sobą zbyt mocno połączone. Dwa sznury przeznaczenia splotły się w nierozerwalny węzeł. Można by go brutalnie przeciąć, ale, moje dziecko – kto by tego chciał?

Cisza. Młodsza kobieta napiła się herbaty. Na dnie czarki zebrały się zlepione fusy.

– W takim razie kogo czeka Nóż?

Madame odłożyła gruby przewód fajki na swoje kanciaste kolana. Czarne oczy pokryły się mgłą.

– Dowiemy się w swoim czasie, moje dziecko. W swoim czasie – zełgała.

Uczennica nie wyczuła kłamstwa.

 

***

 

Znów nastąpiła przerwa w nauce. Codzienne życie dało o sobie znać. Pojawiły się kolejne problemy. Najstarszy syn bratowej zachorował na coś, co ze zgrozą nazywano Czerwonym Kaszlem. Zszargane przez bakterie płuca wypluwały szkarłatne kłębki tkanki, krwi oraz gęstego śluzu w spazmach ochrypłego krzyku. Nie było ich stać na leki. Ani na lekarza. Wysoką gorączkę zbijały domowymi sposobami. Dwie zmęczone, poszarzałe na twarzach kobiety, duszące się w przepoconych ubraniach. W niewygodnych pozach siedziały na zimnej podłodze. Próbowały ratować siedmioletniego szatynka o ślicznych, prześlicznych błękitnych oczach. Nie poddawaj się, szeptały do jego drżącego ciała, nie przestawaj walczyć, mówiły, wpatrując się w lśniące od łez oczy.

Nie poddał się. Wyzdrowiał. Jakim cudem? – krzyczała zapłakana ze szczęścia bratowa – jak to się stało? Czyżby jacyś starożytni bogowie nad nami czuwali? Czyżby nad tym mieszkaniem unosił się opiekuńczy duch? Och, siostro, śmiała się, porywając wróżbitkę do dzikiego tańca, och siostro, co za szczęście nas spotkało!

Brunetka dawała się okręcać, całować, przytulać. Z wyprutym z emocji uśmiechem głaskała bratową po plecach. Tak, moja droga, kłamała. Tak, mamy szczęście. Cholerne szczęście.

Nigdy się nie przyznała, że dała małemu leki. Nigdy też nie wspomniała, jak zdobyła na nie pieniądze.

Przeszłość to przeszłość, myślała. Nie warto o niej wspominać.

Ostatnio nie miała siły, by wróżyć. Zaglądała czasami do palarni Lerry po godzinach, gdy umęczona wracała z farbiarni. Josh, który powoli zaczynał tracić na swej gibkości tancerza, zamiatał i zmywał podłogi. Madame sprzątała czarki, fajki, porządkowała tytoń na półkach. Sprowadzała go w kolorowych paczuszkach owiniętych bawełnianym sznurkiem. (Kiedyś, lata temu, Lerra dała swej uczennicy jedną z paczek do powąchania. Początkująca wróżbitka zaciągnęła się wonią paczki: wonią papieru, barwnika i gryzącego płuca tytoniu. Zakaszlała ochryple. Z wyrzutem powiedziała madame, że to najpaskudniejszy zapach w całym Tarinmori. Jak ludzie mogą to palić?

Lerra tylko spojrzała na nią z tajemniczym uśmiechem.)

Brunetka opadła na miękkie poduchy, obserwując, jak Josh tańczy ze swoją miotłą po całym lokalu. Wiesz, moja mała, powiedział ze śmiechem, że niegdyś byłem niezłym tancerzem? Jeździłem po wioskach i miasteczkach, pokazując wyćwiczone figury. Wymachiwałem nogami przed rozchichotanymi dziewczętami. (Nie wiedzieć czemu uwielbiały moje umięśnione łydki. Czy wszystkie kobiety tak mają, kochanie? Czy tylko te z zachodu?) Występy często się podobały. Równie często nie dostawałem za nie ani grosza. Niestabilna praca. Dlatego w końcu wylądowałem w Tarinmori, wyznał ze śmiechem. Tak, jak większość przyjezdnych miałem ambicje, plany, marzenia! Wierzyłem, że mi się uda, że będę tańczył na deskach najlepszego teatru. (Choć nie wiedziałem nawet, jak ów się nazywa! Czy takiemu ignorantowi może się udać?)

Ale, oczywiście, rzeczywistość wyglądała inaczej. Byłem zbyt mizerny dla zamkniętego artystycznego światka w Up-Orh. Moje ruchy były dla nich zbyt sztywne. Zacząłem więc tańczyć w inny sposób. (Ze śmiechem potrząsnął swoją miotłą.) Któregoś roku odnalazłem madame. Spodobało mi się. Zostałem.

Brunetka niespokojnie poprawiła się na stosie kolorowych poduch.

– Nie żałujesz, Jo?

– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Może trochę. Ale wiesz co? – dodał z dziecięcym uśmiechem. – Na stare lata zacząłem doceniać stabilizację tej pracy. Tego życia.

Brunetka oblizała spierzchnięte usta.

– Masz dzieci? Rodzinę? – spytała.

– Hm? – Zatrzymał się w swym niespokojnym tańcu. – Och, nie. – Zaszurał miotłą. – Czemu pytasz, złotko?

– Skoro pragnąłeś stabilizacji…

Josh zaśmiał się.

– To nie tak, kochanie, to nie tak. – Nieelegancko oparł się na swojej drewnianej partnerce. – Wcześniej wiodłem niespokojne życie. Pełne niespodzianek, przypadków. Szalonych rzeczy. (Nie, moja mała – zaśmiał się – wolałbym o nich nie opowiadać.) A gdy w końcu posmakujesz spokojnego życia, gdy rozpoznasz jego zapach, rozgryziesz jego fakturę i dotrzesz do miękkiego, ciepłego środka – trudno już się wyrwać. Zostajesz. Bo tak jest wygodniej. Bezpieczniej. Pewniej.

– Pewniej… – Słowo to smakowało w ustach wróżbitki słodko i lekko, jak utracone wspomnienie dzieciństwa. – Pewniej. – Z miseczki z kandyzowanymi owocami wybrała lepkie daktyle. – Powiedz mi, Jo, czy madame też dokonała tego wyboru?

Tancerz odwrócił się do niej plecami. Cierpliwie zaczął wymiatać kłębki kurzu z rogu pokoju. Sapał. Zaciskał zęby. Myślał.

– Tak – wychrypiał w końcu nieswoim głosem. – Tak, moja mała, madame również wybrała. Nie z taką radością, jak ja. Ale też zdecydowała się stabilizację. Choć jej życie było o wiele bardziej niespokojne, niż moje.

Brunetka w ciszy przeżuwała suszony owoc. Czekała. Wiedziała, że wystarczy jeden nieostrożny krok, jedno przypadkowe słowo, a wywabiony z kryjówki zwierz odkrywanych tajemnic umknie z piskiem.

– No ale! – krzyknął ze śmiechem Josh. – To stara historia. Nieważna. – Potrząsnął głową. – Zupełnie nieważna.

Wróżbitka przełknęła daktyla. Jej zdobycz wyczuła niebezpieczeństwo. Uciekła do swej nory.

Niesmak porażki popiła gorzką herbatą.

 

***

 

Dni były deszczowe. Parki napuchły od wilgotnej zieleni, bruk był niebezpiecznie śliski, błotniste zaułki biednych dzielnic pokrył śmierdzący szlam. Ciągłe ulewy wyssały z mieszkańców Tarinmori energię do życia. Nawet rozwrzeszczane dzieci wolały pozostawać w ciasnych mieszkankach, zabawiając się prostymi grami i nagabując pytaniami przemęczone matki. Mężczyźni coraz więcej przesiadywali w spelunach, w których unosił się dym tanich papierosów oraz fetor czarnej pleśni. Pili rozwodnione piwo. Opowiadali sobie mroczne historie. Rzygali do rynsztoków i walczyli na noże. Klepiska aren zamieniły się w ocean błota, czyniąc pojedynki jeszcze ciekawszymi. Na wygranych stawiano ciężkie pieniądze. Zwycięzcy zapijali się niemal na śmierć. Przegrani zgrzytali zębami, wywrzaskując pokryte śliną przekleństwa. Ktoś niehonorowo zarżnął swojego rywala w bocznej uliczce, gdy ten poszedł ulżyć pęcherzowi.

Straż miejska szybko znalazła furiata, który zadał liczne rany nożem.

Uczennica madame Lerry starała się trzymać od tych wydarzeń z daleka. Nie lubiła tych spoconych, śmierdzących testosteronem mężczyzn. Choć oni lubili ją. Aż za bardzo. Wiedziała, że jeśli będą dostatecznie pijani, a ona znajdzie się zbyt blisko – i będzie zbyt powolna – może stać się jej krzywda.

Nie chciała skończyć w rynsztoku. Wypatroszona z ciepła. Z NOŻEM wbitym w pełną pierś.

Wzdrygnęła się. Otrząsnęła się z tych ponurych myśli. Weszła do lokalu Lerry.

Madame stała przy barze. Jej długie paznokcie stukały niecierpliwie w blat, gdy ostatni klient – rozchichotany, na wpół pijany – zaczął się do niej zalecać. Surowa, oschła kobieta patrzyła na niego bez wyrazu. Odpowiadała uprzejmie. Przerażająco lakonicznie.

Mężczyzna szarpnął głową. Odwrócił się w stronę nadchodzącej brunetki. Zmierzył ją z góry do dołu i jeszcze raz, wolniej, z dołu do góry. Oczy miał czujne, drapieżne, w barwie chromu. Oczy, które widziały na wskroś duszy. Które dotykały, paliły, przewiercały na wylot.

Wróżbitka poczuła, jak język jej sztywnieje. Twardy, obcy ochłap mięsa w ustach. Rozchyliła wargi. Wydobyła z siebie niezrozumiałe powitanie.

Nieznajomy przesadnie skłonił się madame. Skinął również w stronę brunetki. Z krzesła porwał zniszczoną skórzaną kurtkę. Narzucił ubranie na blondwłosy łeb. Wyszedł na deszcz.

Lerra przetarła blat. Umięśnione łapy kurczowo zacisnęły się na szmacie.

– Coś się stało, madame? – Uczennica usiadła na wprost swojej mentorki. – Kto to był?

– Nikt ważny. – Wilgotny kawałek materiału powiesiła na zbłąkanej zardzewiałej rurze, którą budowniczowie zostawili w ramach kiepskiego żartu. – Zwykły ostatni klient.

– Czego chciał?

– Tego, czego chcą wszyscy ostatni klienci. – Przekręciła głowę. Długie kolczyki (z prawdziwego złota? Czy to tylko imitacja?) leniwie połaskotały napiętą skórę szyi. – Idź na zaplecze, moje dziecko. Zaparz nam herbaty. Przez tego głupca zrobiłam się spragniona.

Brunetka wyszła na zaplecze. Spotkała tam Jo. Dzisiaj ex–tancerz był milczący. Czy coś się stało? Potrząsnął głową i uśmiechnął się cierpko, patrząc na nią. Jakby spojrzał wprost na słońce. Nie, moja droga, to po prostu zmęczenie. Zwykłe zmęczenie.

Uczennica zaniosła imbryk oraz czarki w kolorze kości do głównej sali. Lerra zdążyła już się tam usadowić. W rękach, jak zwykle, trzymała ukochaną fajkę. W palniku węgielki szeptały słabym głosem żaru.

– Madame. – Wróżbitka rozłożyła naczynia. Nalała herbaty. – Madame, muszę o coś zapytać.

– Jeśli musisz – śmiało, pytaj.

Brunetka ciężko usiadła na poduszce. Niezgrabnie skrzyżowała nogi. Wzrok utkwiła w siedzącej naprzeciw kobiecie.

– Dlaczego ja, madame? Dlaczego to ja zostałam wybrana? Dlaczego to właśnie mnie nauczasz tarota?

Lerra ujęła ustnik fajki w długie palce.

– Ostatnio masz wiele pytań, moje dziecko.

– Mam już dość milczenia, madame. Dość uników. Dość tajemniczych odpowiedzi. Dość historii. Owszem, są piękne. Uczą i bawią. Ale nie dowiaduję się z nich niczego o tobie, niczego o Tarinmori, niczego o świecie, w którym tak naprawdę żyję.

Lerra posłała jej jeden ze swych nielicznych uśmiechów. Ten był jednak smutny. Wypłowiały.

– Brawo. Dojrzałaś. W końcu brzmisz jak kobieta, a nie jak zagubiona dziewczyna.

– Madame. – Brunetka spojrzała na nią ciężko. – Dlaczego ja, madame?

Właścicielka palarni westchnęła.

– Odpowiedź mam tylko jedną, drogie dziecko. Przypadek…

– Madame – przerwała jej. – Proszę. Już bez kłamstw. Słyszałam to tyle razy: „Przypadek. Żaden wybór.” Ale nawet w przypadku trzeba wybrać. Nawet, gdy się na niego natkniemy – musimy podążyć jedną ze ścieżek, którą nam oferuje. Madame spotkała mnie. I wybrała. Mnie, akurat mnie. – Brunetka nachyliła się nad stolikiem. – Dlaczego?

Cisza. Długa.

Bardzo długa.

Lerra podniosła na nią błyszczące oczy.

– Karty…

– Karty to tylko jedna z możliwości! – Pracownica farbiarni trzasnęła dłonią o stolik. Czarki zagrzechotały trwożliwie. – Nie musimy podążać ich przyszłością! Możemy wybrać własną!

Madame znów milczała. Odłożyła ustnik fajki na stół. Wypiła swoją herbatę. Utkwiła spojrzenie w imbryku. Z elegancko wygiętej szyi wciąż ulatywała szara wstęga pary.

– Czasami ludzie nie chcą wyboru, moje drogie dziecko. Czasami chcą, by ktoś wybrał za nich. – Wstała. Niecierpliwie poprawiła fałdy swojego barwnego stroju. – Właśnie po to przychodzą po wróżbę.

W ciszy wyszła na zaplecze.

Brunetka siedziała. Nie oglądnęła się za Lerrą, nie krzyknęła, nie odpowiedziała. Trwała na swej poduszce. Skulona, zgarbiona, przygięta do ziemi ciężarem słów.

Wróżbitka nieeleganckim haustem wypiła jedną czarkę. Nalała drugą. Madame byłaby wściekła, widząc, jak niezgrabnie to robi. Podniosła się nieco, sięgnęła po porzucony przewód fajki wodnej. Oglądnęła go ze wszystkich stron. Wpatrzyła się w metalowy łeb, lśniący w przytłumionym świetle świec. Zaciągnęła się dymem.

Rozkaszlała się. Dym był ostry, gryzący. Rozpychał się w gardle krzywymi szponami. Jak alkohol, jak choroba, jak chemiczny smród farbiarni, który już dawno przeżarł ciało brunetki. Zapiła niesmak gorącą herbatą. Zaciągnęła się jeszcze raz. Znów kaszlała. Jeszcze raz. Kolejne spazmy umęczonego gardła. Jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze.

Wypiła cały imbryk herbaty, nim nauczyła się przytrzymywać dym w ustach.

Rozsiadła się wygodniej na poduszkach. Zrelaksowała się. Przyjemne, rześkie otępienie objęło jej umysł. W głowie szumiało błogo. Przymknęła oczy.

Dopiła ostatnią czarkę. Przeciągnęła się. Wstała. Zaczęła nasłuchiwać. Z zaplecza napływała tylko miękka cisza. Czy ktoś jeszcze tutaj został? Czy Jo poszedł już do domu? Czy Lerra bezgłośnie krzątała się na tyłach lokalu, czy przeglądała księgi rachunkowe, czy może wypoczywała w swoim biurze?

Ach, zresztą. Czy to ważne?

Wróżbitka wyszła z zatęchłej piwnicy. Już nie padało. Zza szarych, poszarpanych chmur wychynęło słońce. Kałuże kąpały się w nagłym blasku. Dzieci wybiegły na ulicę, tańcząc, biegając, rozchlapując dookoła brudną wodę. Miasto nagle ożyło. Wypłowiałe kamienice nie wyglądały tak paskudnie, jak zazwyczaj. Przemęczone konie dorożkarskie nagle były piękne w swych tandetnych uzdach i w przetartych skórzanych pasach. Nawet sierść tych zwierząt lśniła jakby zdrowiej.

Brunetka nie spieszyła się. Jak nigdy szła wolnym krokiem. Napawała się pięknym dniem. Z rozkoszą wdychała zapach świeżo wypiekanych słodkich bułeczek, wilgotnej ziemi, kwiatów, które zwracały kolorowe łebki ku słońcu. Wróżbitka przymknęła oczy. Wciągnęła powietrze. Głęboko, głęboko, jak najgłębiej. By posmakować wszystkich zapachów. By je pożreć, rozgryźć, rozłożyć na czynniki pierwsze.

Dotarła w końcu pod blok, w którym mieszkała – ona, matka i bratowa wraz z gromadką dzieci.

Konsorcjum samotnych kobiet.

Z lekkim sercem wdrapała się po schodach. Otworzyła drzwi. Ze środka wypadł ciężki zapach. Obcy, a jednocześnie dziwnie znajomy. Słodka woń, za którą kryło się tysiące emocji. Strach. Ból. Rozczarowanie.

Niepewnie przekroczyła próg.

W kuchni, przy małym, niskim stole siedziała bratowa. Zgarbiona, załamana. Napuchniętą od płaczu twarz ukryła w dłoniach. Jej postać składała się jedynie z pleców, z kanciastych łopatek. Wyglądała jak ptak o urżniętych skrzydłach.

Wróżbitka podeszła do niej miękkim krokiem. Lepką od potu dłoń położyła na ramieniu samotnej kobiety.

Bratowa podniosła na nią oczy. Przekrwione, szkliste białka wyglądały potwornie.

– Ja… och… tak mi przykro. – Zapłakała. – Twoja matka… umarła.

Uczennica madame Lerry zastygła. Krew odpłynęła jej z twarzy, z rąk, ze stóp. Nie czuła niczego, nie widziała niczego. Jakby ktoś odciął ją od rzeczywistości.

– Odeszła spokojnie. – Gorący, bolesny szept bratowej. – Bez bólu. We śnie.

Wróżbitka zacisnęła dłoń na jej ramieniu.

 

***

 

Matkę pogrzebano na podmiejskim cmentarzu, na wschód od miasta, gdzie przez wiele kilometrów ciągną się wrzosowiska i podmokłe łąki. Wróżbitki nie było stać na to, by pochować rodzicielkę na jednym z luksusowych cmentarzy na wzgórzu św. Garhny. (Zresztą, kogo było stać? Chyba tylko tłustych, znużonych bogaczy.)

Musiała wynająć tragarzy. Dodatkowe koszty dla zubożałej rodziny. Żaden z licznych braci matki nie mógł ich zastąpić: wszyscy byli martwi, zbyt chorzy lub zbyt pijani, by nieść trumnę. Zrobili to więc obcy. Za psie pieniądze. Kołysali drewnianą trumnę na swych ramionach, nucąc pieśń „Och, boże, czemuś mnie wziął w swe ramiona?” Krótki orszak pogrzebowy, złożony z wróżbitki, przygnębionej bratowej oraz jej smutnych dzieci, kroczył wolno za tragarzami. Niemrawo śpiewali swoje pożegnanie. Doskonale zdawali sobie sprawę, że natura nie obdarzyła ich pięknymi głosami. Woleli nie chwalić się ochrypłym skrzekiem dobywającym się spomiędzy ich warg.

Wstyd jednak byłoby milczeć.

Po pogrzebie zmęczona brunetka udała się do herbaciarni. Nie chciała siedzieć z bratową, nie chciała pływać w tej gęstej, gorzkiej żałobie, w czarnej żółci, która zalała całe ponure mieszkanko. Chciała uciec. Być daleko stąd.

W palarni dopadła starzejącego się Jo. Akurat miał przerwę. Zaparzyła im herbaty. Poprosiła go, by wykradł nieco orzechów oraz kandyzowanych owoców spod oka madame. Nie była głodna. Nie miała ochoty jeść. Ale to dawało jej jakieś złudzenie, że wszystko było tak, jak dawniej. Że znów miała te szesnaście lat, że wykradała te słodkości wbrew regułom madame.

Usiedli. Josh patrzył na nią z narastającą rozpaczą. Nie mówił jednak, nie pytał. Wiedział, że kobieta potrzebuje czasu.

– Jo – zaczęła. Głos miała ochrypły. Zmęczony. Może to po tym śpiewie? – Jo, proszę, opowiedz mi jakąś historię.

Mężczyzna poruszył się na poduszce w kolorze burgundu.

– Jaką opowieść chcesz usłyszeć?

– O dziewczynie – odparła szybko. – O młodej dziewczynie. Która ma marzenia, pasje. Która wierzy, że coś zmieni.

Josh zamyślił się. Wypił nieco herbaty. (Ruchy miał długie, nieco niezgrabne, jakby nie był pewien, jak powinno się korzystać z czarki.)

– Mam pewną historię. – Oddech świszczał pomiędzy jego pełnymi wargami. – Ale nie jest ona zbyt szczęśliwa.

– Nieważne – wychrypiała. – Nieważne, Jo. Po prostu opowiadaj, Jo. Po prostu mów.

Odchrząknął.

– Dawno temu (ale nie tak dawno, jak to sobie wyobrażasz; nie więcej, niż dwadzieścia, trzydzieści lat temu) na północnym-zachodzie mieszkała dziewczyna. Była silna, duża i dzielna. Lubiła kąpiele w lodowatej rzece, wędrówki po wyschniętych lasach oraz grząskich bagnach, na których znajdowała osobliwości. Tak naprawdę nie były to niezwykłe rzeczy – ot, wykręcone konary o ciekawym kształcie, czy też rozłupane na pół kamienie, w których środku widniała tęcza z perłowych kolorów. Nazywała je jednak osobliwościami, ponieważ były dziwaczne. Inne. Pobudzały wyobraźnię. Szeptały do niej tajemnym językiem barw oraz kształtów, opowiadając swoje historie. Dziewczyna zbierała te historie. Zapisywała je w swoim umyśle niczym książce. Kolekcjonowała je.

Tak, myślę, że można było ją nazwać kolekcjonerem.

Dziewczyna lubiła się śmiać. Śmiała się naprawdę dużo. Ćwiczyła swój śmiech, doskonaliła go każdego dnia. Uczyła się wprowadzać do niego różne nuty, by używać różnych tonacji. Był niczym dziwnego rodzaju śpiew. Łagodny lub ostry, szybki i płaski lub wolny, bogaty, pełen subtelnych różnic. Potrafiła go modulować na wszelkie możliwe sposoby.

Czy słyszałem ten śmiech? Tak, o tak! Usłyszałem go jeszcze podczas mojej kariery wędrownego tancerza. Czy był cudowny? Och, moja mała! Był to najpiękniejszy śmiech, jaki kiedykolwiek pieścił moje uszy!

Wróćmy jednak do naszej historii. Dziewczyna poznała niemal każdy zakamarek swojej wioski, każdą piędź ziemi, którą mogła odwiedzić, nie oddalając się bardziej, niż pół dnia wędrówki od rodzinnego domu. Skolekcjonowała wszystko, co tylko się dało. Zebrała każdą historię. W swoim zbiorze opisała każdą z nich jak prawdziwy badacz. Każda z nich miała swoją własną etykietkę, z datą, miejscem, z nazwą źródła, z którego powstała. Każda też miała inny kolor i zapach. (Czy kiedyś je widziałem? Kochanie! Jak mogłem je widzieć, skoro istniały tylko w jej umyśle?)

Postanowiła wyruszyć w podróż. Świat był ciekawym miejscem, pełnym nieodkrytych historii, które chciała zebrać, zbadać, zmierzyć, przypiąć srebrną szpilką do kart swojego klastra niczym motyla. Pożegnała się z rodziną. Ruszyła na południe.

Po drodze spotkała tajemniczego mężczyznę. Był podstarzały, trochę zmęczony, trochę smutny, ale w jego oczach wciąż błąkały ogniki utraconego śmiechu. Poczęstował niewprawną podróżniczkę swoim chlebem. Podzielił się swoją wodą. Poradził jej w kilku oszczędnych słowach. Potem ze swojego zszarganego, brudnego worka wyciągnął talię kart.

Postawił jej tarota.

Był to pierwszy tarot w jej życiu. Ba, pierwszy tarot! Pierwsza wróżba! Nigdy nie słyszała o czymś takim. W jej wiosce była to pogardzana praktyka, którą objęto karą milczenia. Nikt nigdy o niej nie wspominał. Wróżbiarstwo w jej wiosce chciano skazać na śmierć głodową. Na śmierć z braku zainteresowania.

Tarot z początku jej nie zachwycił. Wróżba była ciężka i mroczna. Zwiastowała nieszczęścia oraz grób.

Pięknie podziękowała mężczyźnie za ten akt czystego pesymizmu i ruszyła dalej.

Przez kilka miesięcy krążyła w okolicy, trochę pracując, trochę kradnąc, trochę żyjąc na łasce innych. Przede wszystkim jednak zbierała historie. O, moja mała, ileż to przepięknych historii zebrała w tamtym okresie! Album w jej umyśle aż pękał w szwach.

W końcu stwierdziła: czas na przerwę. Czas przeglądnąć historie, posklejać i naprawić dziennik opowieści. Czas odwiedzić rodzinne strony.

Wracała przez wiele dni. Pogoda była paskudna; lało tak, jak tylko na zachodzie się to zdarza. (Ach, te mżawki w Tarinmori nawet się nie umywają do tamtych ulew, wierz mi!) Nie pozwoliła jednak, by byle deszczyk ją zatrzymał. By byle wichura zasłoniła jej cel.

W końcu przedarła się przez nieskończoną burzę, przez grząskie drogi, przez śliskie bagna. W końcu dotarła do rodzinnej wioski. Chciała wejść do swego rodzinnego domu krokiem zwycięzcy.

Ale ten już nie istniał.

Spłonął, moja miła, spłonął poprzedniego suchego lata. Jakieś pijane małolaty podpaliły go podczas nocnych harców. Rodzice naszej dziewczyny spali wtedy twardym snem.

Nie zdołali uciec. Gdy się obudzili, było już za późno.

Spłonęli żywcem.

Dziewczyna upadła na kolana – w błocie, w deszczu, nurzając się w oślizgłej rozpaczy. Zaczęła płakać. Wyć. Rozdzierała sobie twarz, szarpała za pierś, krzyczała, wrzeszczała, wyzywała wszystkich bogów. Pluła i przeklinała. I znów płakała. I znów wrzeszczała. Nie mogła przestać. Nie mogła znieść tego bólu. Tego parzącego, paskudnego uczucia, które rozdzierało jej serce.

Czuła się tak, jakby ktoś dźgnął ją ostrzem. Jakby zadał jej pchnięcie nożem. Jakby ktoś wyrwał jej część ciała, wyszarpnął część duszy. Odciął część jej śmiechu.

Dziewczyna ruszyła dalej. Nie miała już domu, nie miała już rodziny, więc co ją tu trzymało? Po co miała zostawać? Nie lepiej było poznać świat?

Więc poznawała. Kawałek po kawałku, krok po kroku. Spotkała mnóstwo ludzi. (Między innymi mnie – jej śmiech był piękny, choć stracił cząstkę siebie. Jak brzmiał przedtem, przed pierwszym pchnięciem nożem przeznaczenia? Trudno mi to sobie wyobrazić.) Spotkała też mężczyznę, który postawił jej pierwszego tarota. Zaproponował jej naukę kart. Ich wizerunków. Ich znaczeń.

Wzruszyła ramionami. Czemu nie? – spytała.

Wędrowali więc razem. Uczyła się tarota, życia, świata. Uczyła się ludzi, roślin i zwierząt. Uczyła się, co jest niebezpieczne, a czemu można zaufać.

Zbierała również historie. (W końcu to był główny cel jej wędrówki.) Mistrz spoglądał na nią podejrzliwie, gdy nieustannie pytała go, czy ma dla niej jakąś opowieść. Nie potrafił zrozumieć jej pędu do historii. Nie smakowały mu tak, jak jej; nie czuł niuansów w ich zapachu, nie potrafił rozpoznać ich faktury.

Biedny mistrz, myślała dziewczyna, patrząc na swego pobliźnionego mentora. Życie bez opowieści… okropność!

Może dlatego był taki nieszczęśliwy?

Głęboko w to wierzyła. (Czy był to prawdziwy osąd? Czy też fantazje młodej dziewczyny? Nie mnie to oceniać.) Dlatego próbowała pokazać mu piękno opowieści. Cuda kryjące się za słowami, za postaciami, motywami, za wydarzeniami rozgrywającymi się na falach jej miękkiego głosu.

Mistrz jednak nie był zainteresowany. „Moje dziecko”, mówił, „sam przeżyłem zbyt wiele, by przejmować się żywotem innych.”

Dziewczyna zamilkła, nieco urażona. Przyglądnęła się mentorowi – jego zniszczonej twarzy, pomarszczonym dłoniom, sztywnym, nerwowym gestom. Wejrzała w smutne, zapadnięte oczy.  Bił z nich jakiś niepokojący blask.

„Co mistrz przeżył?” spytała cichym głosem.

„Nic takiego”. Mężczyzna wzruszył ramionami. „Szesnaście razy dźgnięto mnie nożem.”

„Szesnaście razy! To okropne! Jak mistrz to przeżył?”

Machnął ręką.

„Jakoś się udało.” Uśmiechnął się paskudnie. „Ale wiesz, drogie dziecko, wciąż czekam na ostateczne pchnięcie. Na ten siedemnasty cios.”

Wędrowali dalej. Na zmianę stawiali tarota, zarabiali, znów trochę kradli, gdy nikt nie miał dla nich pracy i nie chciał sypnąć groszem za dobrą wróżbę. Przemierzyli świat wzdłuż i wszerz: byli na mroźnej północy, na gorącym południu, gdzie zachwycali się bogactwem targów Hazarié. Zagłębili się w bagniste lasy zachodu – skąd uciekli ile sił w nogach, przerażeni przez tubylców. Potem podążyli na wschód, w stronę chabrowego morza, które przemierzali w szybkiej łódce. Zwiedzili też plaże – piaszczyste, kamieniste, podobno nawet takie, które usypane były nieoszlifowanymi klejnotami! Odwiedzili ukryte w skałach wioski. Wspinali się po skarpach, by podkraść jaja głuptakom. Rozmawiali. Wróżyli. Cieszyli się życiem.

Oczywiście, nie wszystko było takie piękne. Spotkało ich mnóstwo złych rzeczy, o których nie chcę za bardzo mówić. Wiem tyle, że pierwsza miłość owej dziewczyny zdradziła ją. Wycięła dziurę w sercu sztyletem wykutym z czystego okrucieństwa. Zemściła się, a jakże. Zemsta jednak nie pomogła. Tylko pogorszyła jej stan. Zostawiła kolejną rysę na duszy.

Szli, szli i szli. Dziewczyna coraz częściej płakała, coraz mniej się śmiała. Coraz częściej w nocy wybierała się na samotne parogodzinne wędrówki. Próbowała znaleźć nowe historie. Nowe rozkoszne, soczyste opowieści.

Ale było ich coraz mniej.

Siadała wtedy na głazie, czy też martwym, przewalonym drzewie, zadzierała głowę i wpatrywała się w gwieździste niebo. (Nie, nie było takie, jakie jest w Tarinmori. Tutaj nocne niebo to kpina! Powinnaś zobaczyć, moja mała, jak wygląda prawdziwe niebo! Wyjechać z miasta. Zanocować w głuszy. Poprzyglądać się, jak wygląda srebrzysta girlanda ciemnego nieba.) Dziewczyna wpatrywała się w gwiazdy. Milczała. Milczała jej dusza, milczało jej serce. Milczały też jej usta. Siedziała tak w absolutnej ciszy i zaglądała w głąb siebie. Obserwowała pęknięcia na gładkiej powierzchni duszy, blizny, którymi pokryte było jej serce. Próbowała je naprawić. Skleić. Wygładzić.

Wiesz jednak równie dobrze jak ja, że nie jest to możliwe.

Wracała wtedy do mistrza, przesypiała kilka godzin, po czym znów ruszała w drogę.

Dojrzała. Stała się prawdziwą kobietą. I jak każda prawdziwa kobieta, dźwigała ze sobą cały bagaż emocjonalny. Wszystkie lata życia. Te radosne. I te mniej szczęśliwe.

Dotarli z mistrzem do Tarinmori. Żyli tu przez kilka dobrych lat. Było im ciepło, dobrze. Wygodnie.

Za wygodnie.

Ktoś (nigdy nie dowiemy się, kto) ktoś o duszy wypełnionej jadem i zazdrością stwierdził, iż wiodą zbyt wspaniałe życie. Że tak nie może być. Że jak to, on głoduje, marznie, haruje jak wół, gdy tymczasem ten tajemniczy mężczyzna żyje w lekkim dobrobycie?

Przykro mi to mówić, moja mała, ale… tamten człowiek o zgniłym sercu zabił mentora. Zadźgał go nożem.

Nasza dziewczyna – nie, teraz już kobieta – nasza główna bohaterka znalazła go na podłodze wspólnego mieszkania. Leżał w morzu krwi. Lepkiej, pachnącej żelazem krwi. Kobieta podbiegła do niego, uklękła, próbowała go ratować. Widziała, że jeszcze oddychał, że charczał, że wypuszczał koralowe bąbelki śliny. Nie dopuszczała myśli, że umiera. Że nie da się go ocalić.

Mistrz ostatkiem sił podał jej ukrytą pod płaszczem talię kart. Ukryty w zakrwawionym pudełku tarot. „Masz”, wycharczał, „masz. Teraz są twoje.”

Krzyczała, że nie, że wciąż są mistrza, że on żyje, przeżyje, że tylko chwilkę, jeszcze chwilkę, a przybędzie pomoc… Ale pomoc nie nadeszła. Mentor umarł. Kobieta została sama z talią widzących przeszłość i przyszłość kart.

Zgłosiła morderstwo do straży miejskiej. Ciągano ją po urzędach, sądach, nakazywano składać zeznania. Otarła się o oskarżenie zabójstwa. Wystarczył jednak martwy, porażający wzrok, by szybko się z tego wycofano.

Potem wszystko nagle się skończyło. Znaleziono mordercę, wykonano wyrok śmierci. Sprawa została zamknięta.

Ale nie dla kobiety.

W nocy wyszła na dach kamienicy, w której mieszkała. Przysiadła na murku. Zapatrzyła się w niebo: pomarańczowa, błyszcząca łuna smogu i ulicznych świateł unosiła się nad połacią betonu. Żadnych gwiazd. Tylko jedna, gdzieś tam, w górze. Ostatni błysk. Ostatnia nadzieja.

Kobieta zaglądnęła w głąb swojego serca, tak, jak robiła to na pustkowiach. Ku pamięci swego mentora, w ramach pocieszenia, przypływu nostalgii? Któż może wiedzieć. Badała jednak swoje serce, wędrowała po ścieżkach swojej duszy, obserwując szkody.

I wiesz co, moja mała? Wiesz, co odkryła?

Miała piętnaście blizn na sercu. I jedną krwawiącą ranę po śmierci mistrza.

Przez całe życie zadano jej szesnaście ran. Szesnaście pchnięć nożem.

Spojrzała w puste niebo, zastanawiając się, kiedy nastąpi siedemnasty cios.

 

***

 

– Madame.

Lerra obróciła się. W progu stała jej uczennica. Kompletnie przemoczona sukienka przykleiła się do jej ciała. Z czarnych włosów spływała woda. Pod znoszonymi butami zgromadziła się pokaźnych rozmiarów kałuża.

– Madame. – Wróżbitka szybkim krokiem podeszła do baru. Położyła ręce na blacie barwy bursztynu. Wyniszczone dłonie wyglądały jeszcze paskudniej na lśniącej, gładkiej powierzchni. – Madame. Musimy porozmawiać.

– Co cię trapi, moje dziecko?

Bogowie. Jak ta dziewczyna wyrosła! Jak dojrzała. Jak jej spojrzenie się stało harde, odważne. Jak otwarta była jej postawa. Pewna siebie. Była tak niepodobna do dziewczyny, którą wyciągnęła z ulicy. Którą wtedy, tamtego ulewnego dnia, przeraziła na śmierć. Która nieśmiało rozglądała się po sali, wulgarnie piła herbatę. Która drżącymi dłońmi dotykała kart tarota. Jakby bała się, że je zabrudzi.

– Josh opowiedział mi historię. – Ciemne oczy patrzyły na Lerrę uważnie. Błyszczał w nich smutek. I ból. – Historię, która…

– Josh? Historię? – przerwała jej madame. Z brzękiem odłożyła czyszczony imbryk na blat. – Drogie dziecko, nie powinnaś go słuchać. Jest okropnym bajarzem.

– Madame, proszę. Bez kłamstw. Bez uników.

– Czasami są lepsze, niż prawda.

– Ale tylko czasami, madame.

Lerra milczała. Jej szara, jakby wyrzeźbiona w granicie twarz nie zdradzała żadnych emocji.

– Powinnaś stąd iść – powiedziała w końcu. Głos miała ochrypły, zmęczony. Jakby spadł na niego ciężar całego świata. – Nie powinno cię tu być, moja droga. Nie dzisiaj. Josh też poszedł. Dałam mu dzień wolnego. – Wbiła twarde spojrzenie w swą uczennicę. – Dlaczego tu przyszłaś? Miałaś zostać w domu. W pracy. Tylko dziś, moje dziecko. Czy to takie trudne zadanie?

– Ale, madame…

– Jeśli jednak chcesz zostać – wpadła jej w słowo właścicielka palarni – postaw najpierw tarota. Zobacz, co w nim nowego. Wtedy postanowisz, co robić dalej.

– Postanowię? Ale jak, co? I po co mam stawiać tarota? Przecież jest taki sam. Zawsze jest taki sam.

Lerra zesztywniała.

– Może coś się zmieniło? – Przymknęła oczy. – Nie dowiemy się, póki nie sprawdzimy.

– Co się miało zmienić? Madame? Madame! Madame o czymś wie! – Brunetka obeszła bar. Złapała mentorkę za ramiona. – Co się stało, madame? Co się stanie?

Postawna kobieta odwróciła głowę. Wbiła wzrok gdzieś w mrok sali, w ukryte w ciemności fajki, stoliczki, bezwładnie rozrzucone po podłodze kolorowe poduchy.

– Och, moja droga. – Głos madame drżał. – Nie zmieniło się nic. I zmieniło się wszystko. – Spojrzała na uczennicę. – Jeśli postawiłabyś tarota, zobaczyłabyś drobną zmianę. Przesunięcie w kartach. Nerwowy tik, który wykonało przeznaczenie. – Oblizała bezbarwne usta. – KRÓL zaczął działać, moje dziecko. Nie podobała mu się MATRONA, która miała sukcesy. Nie w smak była mu palarnia. Miejsce plotek i tajemnych spotkań. Miejsce, w którym rakowacieją umysły porządnych obywateli. Węszył spisek. Wysłał więc swojego gońca o oczach w barwie chromu, swojego GŁUPCA, by zbadał sprawę. Raport nie był korzystny. Więc GŁUPIEC znów ruszył. I tym razem wziął ze sobą NÓŻ.

Brunetka zbladła. Puściła umięśnione ramiona mentorki. Wpatrywała się w nią z niedowierzaniem, bólem, szaleństwem w małych oczach.

– Nie…

– Moje dziecko. – Lerra złapała uczennicę za dłonie. Ręce miała lodowate. Lepkie od potu. – Wiedziałaś od początku, że do tego zmierza nasza wróżba. Że to i tak mnie czeka. Prędzej czy później.

– Więc czemu madame nie ucieka?! – Młodsza z kobiet wyszarpnęła się z uchwytu. – Czemu madame nie wyjedzie? Nie ucieknie z Tarinmori?

– Przed przeznaczeniem nie ma ucieczki. GŁUPIEC i tak mnie dogoni. KRÓL sądzi, że znam zbyt wiele niewygodnych informacji, by wypuścić mnie ze swoich szponów.

– Madame…! – zawyła brunetka.

– To czekało mnie od początku, moje dziecko. Od dnia, gdy postawiono mi pierwszego tarota. I od dnia, dostałam talię w zaplamionym krwią pudełku. Gdy policzyłam, ile ran brakuje na mojej duszy. – Wciągnęła powietrze. – Jednej, skarbie. Tylko jednej. Tylko tej ostatniej, którą zada mi GŁUPIEC; tylko tych siedemnastu pchnięć nożem, które mnie zabije. – Uśmiechnęła się blado. – Ale ty, moje dziecko – ty masz jeszcze szansę! Tobie może się udać! Możesz przerwać ten łańcuch śmierci i rozpaczy. Gorliwie liczyłam, ile razy Tarinmori wbiło w twoje serce swój brudny nóż. Daleko ci do szesnastu ran. Do wycięcia całej duszy. Więc jeśli moja śmierć nastąpi wcześniej, jeśli GŁUPCOWI uda się zasztyletować mnie teraz, w tej zimnej piwnicy – ty przeżyjesz. Nie będziesz przechodzić tego, co ja. Co mój mistrz przede mną. I co jego mistrz. Nie będziesz musiała patrzeć, jak przeznaczenie obdziera ze skóry twojego ucznia, jak wyprawia mu wnętrzności. Będziesz wolna. Wolna!

Brunetka cofnęła się o trzy kroki. Ze zgrozą wpatrywała się w kamienną twarz Lerry.

– To szaleństwo, madame, to czyste szaleństwo, o bogowie, madame, dlaczego madame w to wierzy, przecież to kłamstwo, to zwykła historia, to…

– To prawda, to czysta prawda! – Oczy Lerry błyszczały. – To nie żadna alegoria. Widziałam to. Przeżyłam to! – Spod przepoconych, brudnych szarf swego stroju wyciągnęła talię kart. Brutalnie wepchnęła ją do rąk uczennicy. – Masz. Masz! Teraz są twoje! Są czyste, jak nowe, nieskalane krwią. Masz! I idź! Musisz uciec poza zasięg GŁUPCA, poza NÓŻ, poza to cholerne przeznaczenie! Idź, głupia, idź! Na co czekasz?!

– Madame…!

– Idź!

Popchnęła ją. Brunetka straciła równowagę, potknęła się. Nie upadła jednak. Z bólem patrzyła na Lerrę – na tę wielką, umięśnioną kobietę o hardym spojrzeniu. Skrzydełka nosa drżały jej ze zdenerwowania. Potężne ręce zacisnęła w pięści.

Może sobie poradzi, pomyślała uczennica, przyciskając do piersi talię kart. Wycofała się do wyjścia, wciąż oglądając się na Lerrę. Może pokona tego GŁUPCA. Jest silna. Zahartowana. Przeżyła już wiele. Na pewno niegdyś walczyła, na pewno wie, jak stawić czoła przeciwnikowi, jak… jak umknąć mordercy z ostrym nożem, gdy ona nie ma nic. Na pewno… na pewno sobie poradzi… na pewno umknie… przetrąci mu kark. Odepchnie. Ucieknie.

Na pewno. Brunetka przymknęła oczy, wbiegając po schodach. Stalowe stopnie drżały szaleńczo.

Na pewno.

Madame stała w bezruchu. Bez wyrazu spojrzała w stronę schodów, które dygotały jeszcze przez chwilę. Chmura sproszkowanego tynku z wolna osiadła na kolorowych poduszkach. Na fajkach. Na stolikach. I na skołtunionych, spiętych w chaotyczny kok włosach madame Lerry.

Brunetka uciekła. Rozległo się uderzenie drzwiami. I cisza.

Cisza oczekiwania. Cisza ciągnąca się w nieskończoność.

W końcu trzask otwieranych drzwi. Ciche kroki mordercy. Niewyraźny szept. I szmer wyciąganego noża.

Wargi madame rozciął gorzki uśmiech.

Koniec

Komentarze

Ciekawy pomysł, chociaż całość jest mocno przegadana. Za dużo pobocznych historyjek w zbyt prostej fabule – za to przydałoby się wyjaśnienie, czemu akurat ten 17 cios zabija.

Zgadzam się z Bellatrix – niezła historia (chociaż właściwie nie ma w niej jakichś nadzwyczajnych wątków), ale przegadana. Dorzucasz nowe informacje od czasu do czasu – ja bym wolała częściej, ale to pewnie kwestia gustu.

Spodobały mi się bohaterki, szczególnie fajnie pokazujesz, jak zmienia się dziewczyna. Sceneria też ładna, na swój sposób egzotyczna, zapewne dzięki Madame.

Napisane całkiem przyzwoicie.

Często nie mamy wyboru nad tym,

Czy można mieć wybór nad czymkolwiek?

Babska logika rządzi!

Dziwne opowiadanie – z jednej strony dość przegadane, z drugiej pełne niedopowiedzeń.

Zdaję sobie sprawę, że wszystkie wplecione historie są nieodłączną częścią tekstu, że bez nich wiele spraw byłoby niejasnych, ale jednocześnie wytrącały mnie nieco z rytmu i utrudniały śledzenie losów dziewczyny.

Muszę też wyznać, że nie rozumiem, dlaczego bohaterka nie ma imienia. Zupełnie nie pojmuję, co zyskiwała, nie przedstawiając się. Co w ten sposób kryła przed madame. Nie podoba mi się ciągłe nazywanie jej brunetką, dziewczyną, potem kobietą, czasem wróżbitką, albowiem, w moim odczuciu, traci ona część siebie. Jest niemal anonimowa, na jej miejscu mogłaby być każda. A może właśnie o to chodziło…

Innatan, Twój całkiem udany debiut pozwala mieć nadzieję, że przyszłe opowiadania będą coraz lepsze. ;)

 

Miała mocne kości po­licz­ko­we i za­dar­ty do góry  nosek. – Masło maślane. Czy nosek mógł być zadarty do dołu?

Skąd wiadomo, że jej kości policzkowe były mocne?

 

Buty, per­fu­my, szpu­le ma­te­ria­łu i chaos ko­lo­ro­wych wstą­żek. – Na szpulach/ szpulkach mogą być nawinięte nici, sznury, przewody, natomiast materiały/ tkaniny są zwijane w bele.

 

Lu­dzie jak naj­szyb­ciej ucie­ka­li z tego za­uł­ku… – Lu­dzie jak naj­szyb­ciej ucie­ka­li z tego za­uł­ka

 

Roz­gląd­nę­ła się szyb­ko na boki – Brak kropki na końcu zdania.

 

Do ze­sta­wu w jej zgrab­nych uszach ko­ły­sa­ły się cięż­kie kol­czy­ki. – Raczej: Do kompletu

 

Dziew­czy­na nie była tego taka pewna. Mimo tego po­słusz­nie… – Powtórzenie.

 

po­tęż­ny­mi bar­ka­mi wy­peł­nia­ła całą prze­strzeń.) – Kropkę stawiamy po zamknięciu nawiasu.

 

Wy­po­le­ro­wa­ne ni­skie sto­licz­ki roz­sy­pa­no po sali w dość zna­czą­cej od­le­gło­ści… – Raczej: Wy­po­le­ro­wa­ne ni­skie sto­licz­ki rozstawiono/ ustawiono w sali w dość zna­cznej od­le­gło­ści

 

mi­ster­ne, nar­ko­tycz­ne wzory wszy­te w struk­tu­rę po­szew­ki. – Na czym polegała narkotyczność wzorów? Czy można wszyć coś w strukturę tkaniny?

 

Się­gnę­ła za suk­nię. – Co to znaczy?

Można sięgnąć za dekolt sukni, ale nie wiem, jak i po co sięga się za suknię.

 

Z za­my­śle­niem wy­cią­gnę­ła zza szaty kształt. Małe złote pu­deł­ko. – Pudełko może mieć jakiś kształt, ale nie wydaje mi się, aby kształt mógł być pudełkiem. Nie wydaje mi się także, aby kształt można było wyciągnąć skądś.

 

Ele­ganc­kim ru­chem po­sta­wił przed nimi czaj­nik z go­rą­cą her­ba­tą. Dwie ręcz­nie ma­lo­wa­ne czar­ki. A także małą mi­secz­kę z orze­cha­mi i kan­dy­zo­wa­ny­mi owo­ca­mi. Ku za­chwy­to­wi bru­net­ki, cały ma­newr wy­ko­nał w po­wie­trzu… – Co to znaczy, że wykonał manewr w powietrzu?

 

Czy był to wybór mój, czy wybór ta­ro­ta? Cięż­ko okre­ślić.Trudno okre­ślić.

 

Po chwi­li przy­szedł męż­czy­zna zwany Jo­shem, o mięk­kim kroku i mięk­kim uśmie­chu. – Jak należy rozumieć informację, że Josh był mężczyzną o miękkim kroku?

 

Lerra za­czę­ła roz­le­wać her­ba­tę, tłu­ma­cząc, jak na­le­ży to robić. – Wydaje mi się, że umiejętności rozlewania herbaty nie trzeba się uczyć, byle dziecko to potrafi. Sztuką jest ładnie nalać herbatę do filiżanek.

 

Jej twar­dym rysom twa­rzy. – Można mieć ostre rysy twarzy, ale czy mogą one być twarde?

 

Wybór przy­pad­ku, który targa na­szy­mi ży­cia­mi… – Wybór przy­pad­ku, który targa na­szy­m ży­ciem

Życie nie ma liczby mnogiej.

 

Pierw­sze kilka ty­go­dni nauki były cięż­kie. Ma­da­me była wy­ma­ga­ją­cą, oschłą ko­bie­tą. Rzad­ko na­gra­dza­ła, choć rzad­ko też ga­ni­ła. Je­dy­ny­mi sło­wa­mi po­chwa­ły było oschłe „Do­brze, że to pa­mię­tasz”. Je­dy­nym gorz­kim upo­mnie­niem było „Po­win­naś… – Objaw byłozy.

 

Ubra­na była w przy­dy­mio­ne fio­le­ty i nie­spo­koj­ne błę­ki­ty. – Na czym polega niespokojność błękitu?

 

Zwiew­ne pasma luźno opa­da­ły na jej umię­śnio­nej pier­si. – W jaki sposób madame dorobiła się mięśni w piersiach?

 

Znam wiele hi­sto­rii – za­czę­ła mówić Lerra – któ­rych oś ob­ra­ca się wokół noża. – Czy oś może obracać się wokół czegoś?

 

Pełna zimna, śnie­gu i lodu. Pełna zwie­rzę­ce­go okru­cień­stwa, któ­rym prze­peł­nie­ni są tam­tej­si lu­dzie. – Czy to celowe powtórzenia?

 

śnie­giem, który może za­ko­pać i udu­sić nie­uważ­ne­go wę­drow­ca. – Śnieg może coś przykryć/ pokryć/ zasypać, ale nie może niczego zakopać. To raczej wędrowiec może zakopać się w śniegu.

 

Urzą­dzi­li mu po­grzeb taki, jak każ­de­mu. .Po­wró­ci­li… – Jedna kropka wystarczy.

 

Josh kiwał swoją smu­kłą głową… – Zbędny zaimek. Czy mógł kiwać cudzą głową? Czy głowa może być smukła?

 

Su­ro­wa ko­bie­ta tego dnia wcze­śniej za­mknę­ła sklep. […] Krę­cą­cy się po skle­pie Josh do­łą­czył do niej… – O jakim sklepie jest mowa? Przecież madame otworzyła herbaciarnię i palarnię.

 

nie­bie­ska­wy dym, który skła­dał się w po­wie­trzu jak szpu­le rzu­co­ne­go ma­te­ria­łu. – …jak bele/ wstęgi/ szale rzu­co­ne­go ma­te­ria­łu.

 

–Prze­cież to była sama Win­che­ry! – Brak spacji po półpauzie.

 

za­cho­ro­wał na coś, co ze zgro­zą na­zy­wa­no Czer­wo­nym Kasz­lem. – Dlaczego nazwa choroby jest napisana wielkimi literami?

 

Ale też zde­cy­do­wa­ła się sta­bi­li­za­cję. – Chyba miało być: Ale też zde­cy­do­wa­ła się na sta­bi­li­za­cję.

 

Męż­czyź­ni coraz wię­cej prze­sia­dy­wa­li w spe­lu­nach… – Raczej: Męż­czyź­ni coraz częściej/ dłużej prze­sia­dy­wa­li w spe­lu­nach

 

Dzi­siaj ex–tan­cerz był mil­czą­cy.Dzi­siaj ex-tan­cerz był mil­czą­cy.

W tego rodzaju połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Męż­czy­zna po­ru­szył się na po­dusz­ce w ko­lo­rze bur­gun­du. – …w ko­lo­rze bur­gun­da.

 

na pół­noc­nym-za­cho­dzie miesz­ka­ła dziew­czy­na. – …na pół­noc­nym za­cho­dzie miesz­ka­ła dziew­czy­na.

 

Tak, myślę, że można było ją na­zwać ko­lek­cjo­ne­rem. – Raczej: Tak, myślę, że można było ją na­zwać ko­lek­cjo­ne­rką.

 

Pod zno­szo­ny­mi bu­ta­mi zgro­ma­dzi­ła się po­kaź­nych roz­mia­rów ka­łu­ża. – Raczej: Pod zno­szo­ny­mi bu­ta­mi utworzyła się po­kaź­nych roz­mia­rów ka­łu­ża.

 

I od dnia, do­sta­łam talię w za­pla­mio­nym krwią pu­deł­ku. – Pewnie miało być: I od dnia, gdy do­sta­łam talię w za­pla­mio­nym krwią pu­deł­ku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się (mimo potknięć).

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka