- Opowiadanie: maciekzolnowski - Dlaczego baca Maćko nie powinien był zatrzymywać się nad strumykiem Barujcem

Dlaczego baca Maćko nie powinien był zatrzymywać się nad strumykiem Barujcem

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dlaczego baca Maćko nie powinien był zatrzymywać się nad strumykiem Barujcem

Dzień był słoneczny, ciepły i bezwietrzny. Przysiadł więc baca Maćko na kamieniu nad potokiem przy zbiegu dwóch głównych dopływów Barujca, w okolicach Łazka i Zebrzydki. Usiadł i zaobserwował subtelne, niemalże muzyczne zjawisko w postaci refleksów świetlnych, rzucanych przez lustro wody na dwa głazy, znajdujące się po drugiej stronie strumyka.

Ów brzeg, mocno przez wodę podmyty, był stosunkowo stromy i gdzieniegdzie mchem porośnięty, a składał się zarówno z części kamienistej, jak i gliniastej. Słońce tymczasem świeciło zza łysawej, góralskiej łepetyny Maćka: trochę z tyłu, trochę z góry i trochę z lewej strony. Dobrze więc miał oświetloną drugą stroną Barujca, choć prawdę mówiąc jeden z głazów wydawał się być ciemniejszy. Ta ciemność – to zapewne efekt gęstej otuliny leśnej, jaka w tym akurat miejscu się znajdowała, oraz mchu, który porósł kamień i go poczernił.

A każdy z głazów był inaczej oświetlony. I światło pulsowało na każdym z nich w inny sposób. Na kamieniu jaśniejszym – pulsowało wolnej, na ciemniejszym szybciej i bardziej chaotycznie, choć zawsze niestrudzenie rytmicznie. Na tym pierwszym słońce tworzyło co chwila poziome snopy, które się w regularnych odstępach czasu naprzód pojawiały, szły po chwili ku górze, a następnie gasły na szczycie kamienia; i znów: powstawały, szły ku górze i gasły – i tak w koło Macieju. Na tym drugim kamuszku z kolei promyczki harcowały bez żadnych widocznych zasad: swobodnie, spontanicznie i radośnie…

I tak spoglądając na rzeczone cuda natury, na wodę i grę świateł, zapragnął przechodzień stać się na sekundę małą rybką lub innym stworzeniem bożym, żyjącym w tutejszych wodach; zapragnął, choć przez chwilę, pożyć sobie w tej lokalnej Mikronezji, w tym świecie równoległym, w tym królestwie iluzorycznym, przywodzącym na myśl jakieś tropikalne miejsce, z dala od współczesności i w ogóle od wszystkiego, co jest nam znane i pozostaje, bardziej lub mniej, ucywilizowane.

Zwrócił pasterz na koniec uwagę na pewien detal, mianowicie na fantasmagorię… na to, iż snopy światła, wpadając pod wodę, potęgują wrażenie głębi i przestrzeni, tworząc fatamorganę światów wielowymiarowych, zapomnianych, baśniowych krain, jakichś nieodkrytych dotąd lądów; na to, że gdzieś tam, hen na krańcach tej fatamorgany, nad brzegami miniaturowej Mikronezji, pływa sobie samotnie mała, złota rybka.

Tymczasem, po krótkiej chwili, dało się usłyszeć plusk – takie delikatne, a jednak dość spektakularne chlupnięcie. Potem nadszedł esemes od Adaśka juhasa o treści: „Hej! Widzimy się za sekundę”. I gdy po pięciu minutach w umówionym miejscu zjawił się autor tej wiadomości, powiało złowieszczą pustką graniczącą z grozą.

Na brzegu Barujca nie znajdowało się bowiem zupełnie nic, prócz komórki i laski pasterskiej. Był kij, ale jego właściciela próżno by nawoływać i wyglądać. Tylko jedna z dwóch rybek, pływających w miniaturowej zatoczce, tworzyła na powierzchni wody bąbelki w regularnych odstępach czasu, co układało się w sekwencję: trzy krótkie, trzy długie i jeszcze raz trzy krótkie; trzy krótkie, trzy długie i jeszcze raz trzy krótkie… I tak wkoło Macieju.

Koniec

Komentarze

Przekaz tego szorta niestety do mnie nie dotarł.

Pytanko natury technicznej (jeśli można): czy Wy wyrażenie “wkoło Macieju” bierzecie w cudzysłów czy też nie? Skąd ono w ogóle pochodzi, jaka jest jego etymologia? Dzięki za odpowiedź.  

Tym razem, niestety nie umiem dociec, co miałeś nadzieję opowiedzieć. :(

 

i znów: po­wsta­wa­ły, szły ku górze i gasły – i tak w koło Ma­cie­ju. – …i znów: po­wsta­wa­ły, szły ku górze i gasły – i tak w koło Ma­cie­ju.

Powiedzenie w koło Macieju jest związkiem frazeologicznym. Znaczy to, co dookoła Wojtek, czyli ciągle to samo. Nie znam pochodzenie tego powiedzenia.

 

Mia­no­wi­ce na fan­ta­sma­go­rią… – Mia­no­wi­ce na fan­ta­sma­go­rię

 

i tak „wkoło Ma­cie­ju. – …i tak w koło Ma­cie­ju.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Co do etymologii, to powiedzenie “w koło Macieju” jest powiedzeniem ludowym i dotyczy bocianów.

Bociany do wznoszenia się wykorzystują ciepłe prądy wznoszące. Krążą wtedy przez dłuższy czas zataczając koła nad głowami obserwatorów. Dawniej ludzie nie znali przyczyny takiego zachowania ptaków i było to dla nich niezrozumiałe.

Taką samą etymologię ma powiedzenie “dookoła Wojtek”. Wojtek, to drugie obok Maćka imię, które w dawnej polskiej wsi nadawano bocianom.

Trico, dzięki Tobie wiem więcej. ;D

Że na bociany mówi się wojtki, wiedziałam, ale że także maćki, to nie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miło mi!!! Mam na imię Maćko i lubię bocianki (kojarzą mi się one m.in. z wiosną i nadchodzącym potem latem). ;)) Dziwne, że tego, o czym piszesz (Trico, dzięki ci za lekcję polszczyzny) nie wiedziałem.

Miło mi, że byłem pomocny, Reg. :)

Dodam, że maciek jest też synonimem bociana.

Zerknij tutaj :

http://synonim.net/synonim/bocian

 

Zerknąłem w linka i przypomniałem sobie, że na wsi często do brzuchatego mężczyzny mówiono: “ ale ci maciek urósł “ :)

Maciek, to uniwersalne imię na wsi. Konie też tak często nazywano ( a kobyły Baśki były ).

Przekaz stary jak świat: uważaj, czego sobie życzysz, bo jeszcze się spełni. Ciekawe, co było dalej. Adam odczytał komunikat rybki?

Napisane całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

“Napisane całkiem przyzwoicie.” No, z ust F. to prawdziwy, a zarazem spory komplement. :) Dzięki.

 

A tak, Adam odczytał komunikat i poszedł po pomoc do najbliższego sklepu, gdzie zakupił dwa browary (marki Żywiec). Gdy ugasił swe pragnienie, stwierdził, że było mu to piwko bardzo pomocne. Na tym etap ratunkowy-pomocowy się zakończył, gdyż Adam udał się w góry na borówki. Przekaz nr 2 jest również stary jak świat: każdy sobie rzepkę skrobie).

Koniec! :)

No to nie było tak źle. Przecież Adam mógł rozpalić ognisko i upiec rybkę na ruszcie. Pod chłodne piwko – jak znalazł.

Babska logika rządzi!

Całkiem możliwe, że tak właśnie zrobił, gdy wracał (głodny jak wilk) ze zbiorów czarnych jagód. (Mój narrator nie jest jak widać wszechwiedzący.)  ;) Ale pozwolisz, Finkla, że wykorzystam Twój pomysł. I być może dopiszę dalszą część “Łazka” (a co, nie łaska?). Przynajmniej będzie wesoło (wkoło). 

Pozwolę, rób z rybką, co chcesz. ;-) A jakie ciekawe dylematy – czy to byłby kanibalizm? ;-)

Babska logika rządzi!

Według Opatrzności lub innej siły boskiej byłby to kanibalizm. Skąd to wiem? Nie chcę zdradzać zakończenia (więc jeśli ktoś woli, niech odpuści sobie czytanie tego wpisu), a jest ono takie: Radioaktywna chmura znad Skoczowa (gdzie znajduje się fabryka zniczy) spowodowała opad kwaśnego deszczu w okolicach Łazka dwa dni wcześniej, na co zareagowały alergicznie kleszcze z pobliskiego lasu. Stały się wredne, głodne i, bardziej niż zwykle, napompowane-wielgachne (niczym tytułowe pączki z “Ataku krwiożerczych donatów” made in USA). Zaatakowały one bezlitośnie, a zarazem w dziwnie przemyślny, zdać by się mogło zespołowy sposób biednego lekkoducha Adama, który po zbiorach borówek oraz biwakowaniu przysnął sobie nad Barujcem, którego wody (skażone krwią wszystkich herosów tej rustykalnej opowiastki) na zawsze już stały się niezdatne do picia. Sama zaś góra stała się od tej pory przeklęta, gdyż duch nieszczęsnego Maćka obrał ją sobie za miejsce czynienia strachów, rzucania uroków na zagubionych w Beskidach turystów, mieszania ludziom w głowach w ogóle oraz w szczególności mieszania szyków na rozstajach szlaków. Roztrzęsiony autor tej opowiastki natomiast, po jej napisaniu, trafił na obserwację psychiatryczną, gdzie po dziś dzień tworzy “Powrót do Sanatorium pod Klepsydrą” z rybką zreinkarnowaną w roli głównej.

Amen! Zadowoleni? Jest horror? Jest! ;)

Jak w opowiadaniu o najcieplejszym dniu: klimatyczność doprowadziła do zniknięcia (tym razem głównego bohatera, który zamienił się w rybkę – a więc jest przynajmniej jakaś fantastyka).

 

PS Mnie Łazek kojarzy się z pienińską przełęczą Wyżni Łazek, przez którą chodzę idąc ze Sromowiec Niżnych na Trzy Korony (jest tam ławeczka, jakby ktoś chciał sobie usiąść i się pożywić przed zdobywaniem szczytu).

Nowa Fantastyka