- Opowiadanie: MPJ 78 - Legendy brokowskie - zaginiony strzelec celny

Legendy brokowskie - zaginiony strzelec celny

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Legendy brokowskie - zaginiony strzelec celny

Kraków, kwiecień roku pańskiego tysiąc dziewięćset trzeciego

 Ludwik Benedyktowicz używający na co dzień imienia  Ludomir przechadzał się po swojej pracowni malarskiej. Oprócz niego znajdowało się tam dwóch jego przyjaciół. Wszyscy czekali na jeszcze jednego uczestnika spotkania. Wreszcie służąca zapukała i wprowadziła do pracowni signore Cesaro Palladino. Przybysz wyróżniał się znacząco na tle pozostałych zgromadzonych: smagła cera, owalna twarz, kruczoczarne wąsy z końcami podkręconymi tak, że przypominały sprężynki i dawały się dostrzec dopiero po chwili. Wzrok odruchowo najpierw spoczywał na wiśniowoczerwonym turbanie, ozdobionym nad czołem wielkim, szmaragdem. Całości dopełniały: surdut w odcieniu błękitu paryskiego o europejskim kroju i wyłogach, na których wyhaftowano srebrną nicią skomplikowane orientalne wzory oraz sandały z wyprawionej na żółto skóry. Na powitanie wyciągnął rękę do gospodarza. Ludomir odpowiedział na ten gest, a oczy Cesaro rozszerzyły się ze zdumienia. Malarz nie miał bowiem prawej dłoni, jedynie zakładaną na kikut obejmę przystosowaną do umieszczania w niej pędzli, ołówków i tym podobnych akcesoriów. Lewa ręka była również ucięta, tyle że na wysokości łokcia. Widząc zaskoczenie przybyłego, Benedyktowicz rzekł.

– Przykro mi, ale nie mam rąk.

– Ach tak.

– Przerywając niezręczne milczenie, które nastąpiło, gospodarz podjął rozmowę.

– Skoro jesteśmy już wszyscy, przedstawię was sobie. Panowie Zenon Szczerbiński i Edward Rydzewicz moi przyjaciele – wymienieni wstali i się skłonili. Signore Cesaro Palladino medium, jasnowidz, badacz wiedzy tajemnej.

– Witam panów.

– Mam dla was misję. Pojedziecie do Broku.

– Gdzie to jest? – spytał Cesaro.

– W imperium carów na terenie guberni płockiej. Na miejscu odszukacie syna Tomasza Parysa. Razem z nim…

– To pan nie jedzie z nami? – przerwał zaskoczony jasnowidz.

– Niestety, mam dożywotni zakaz wjazdu do Cesarstwa. Na czym to ja skończyłem? A, już wiem, razem z synem Tomasza poszukacie…

– Niech pan nie mówi, coś mi szepcze, że chodzi o metal cenny. – Palladino wyciągnął rękę przed siebie i przybrał nieobecny wyraz twarzy.

– Są sprawy ważniejsze od złota, to honor i braterstwo broni – odrzekł Benedyktowicz. – Czternastego marca roku pańskiego tysiąc osiemset sześćdziesiątego trzeciego służyłem w wyborowym oddziale „Celnych strzelców” Wiriona Wilkoszewskiego. Stacjonowaliśmy pod Brokiem. W podziemnym tunelu pod ruinami pałacu biskupiego przekuwano kosy. Tamtego dnia byłem na patrolu prowadzonym przez Benedykta Teresińskiego. Pogoda była przykra, bo mgły otulały ziemię. Pod Feliksowem, niedaleko mojej szkoły, znaczy się Zakładu Praktyki Leśnej, przez te opary wpadliśmy na sotnię kozacką. Wywiązała się nierówna walka. Teresiński padł, od bodaj pierwszej, kuli. Mnie ubito konia. Jasiński chciał mnie zabrać na swego, ale go raniono i musiał uchodzić. Pozostali towarzysze też salwowali się ucieczką. Odstrzeliwując się, pieszo dążyłem w stronę boru. Garść Moskali puściła się za mną konno. Widać chcieli mnie wziąć żywcem. Miałem pistolet za pasem, a w karabinie ostatni nabój, toteż wymierzyłem do najbliższego Kozaka. W tej samej chwili on strzelił. Kula karabinowa przeszyła mi lewą rękę gruchocąc obie kości przedramienia i kontuzjując mi lewy bok w okolicy serca. Padłem zemdlony i wówczas któryś z Kozaków odciął mi szablą prawą dłoń.

– Chce pan byśmy ustalili tożsamość tego Kozaka – spytał Palladino.

– A po co mi to? Chcę byście odnaleźli Jasińskiego.

– Tego rannego?

– Tak, bo widzicie, na polu potyczki zostało nas dwóch ja i Teresiński, do obozu dotarło dwóch naszych, za nimi przybiegło koń Jasińskiego ale bez jeźdźca.

– Dopadli go Moskale? – zapytał Szczerbiński.

– Nic na to nie wskazuje. Kozacy chwalili się, że ubili dwóch a nie trzech powstańców.

– Jeśli porzucił konia, ukrył się gdzieś w puszczy, a potem zmarł z ran, to ciężko będzie – rzekł ze smutkiem Rydzewicz.

– Dlatego będzie z wami signore Palladino, jako medium powinien sobie poradzić.

– Mogę już teraz wywołać ducha Jasińskiego – odrzekł pewnym siebie głosem wskazany.

– Nie ma takiej potrzeby. Wystarczy, że go znajdziecie, jeśli trzeba urządźcie mu godny pogrzeb, koszty biorę na siebie.

 

 

Brok, koniec maja roku pańskiego tysiąc dziewięćset trzeciego

 

W małym pokoju należącym kiedyś do Tomasza Parysa trwała narada przyjaciół Benedyktowicza. Cesaro Palladino nie był na niej obecny, ponieważ jak twierdził wyczerpało go obcowanie z duchami. Istniało jednak wysokie prawdopodobieństwo, iż jego absencja miała coś wspólnego z kilkoma butelkami wina, które wczoraj wieczorem osuszył.

– Jesteśmy tu już ponad miesiąc i nie osiągnęliśmy nic – rzekł Rydzewicz.

– Od początku było jasne, że sprawa nie będzie prosta – odpowiedział Szczerbiński. – W końcu czterdzieści lat minęło. Niewielu ludzi, którzy pamiętają tamten czas, jeszcze żyje. Miejscowi mylą fakty i miejsca. Wspominają, jak dziesięć lat po powstaniu podczas mszy w Zaduszki pojawił się duch zabitego pod Feliksowem strzelca.

– Ludomir wspominał mi kiedyś, iż w siedemdziesiątym drugim szukając Jasińskiego, odwiedził Brok i wywołał małą sensację w miejscowym kościele. Zresztą za to go aresztowano i wydalono z Cesarstwa.

– Mój ojciec, choć nie szczędził czasu, też nie znalazł żadnego śladu Jasińskiego. – Jakub, syn Tomasza Parysa, włączył się do dyskusji.

– Zostaje więc nam zdać się na medium? – zaproponował Rydzewicz.

– Nawet nie wspominaj mi o tym szarlatanie. Bełkocze te swoje formułki, pali kadzidełka, kręci spodkami, my zaś jak ostatni frajerzy ganiamy po lesie za jego wskazaniami. Efekt jest z tego żaden, tylko rosną rachunki, jakie za niego płacimy. – wściekał się Szczerbiński.

– Właśnie miałem o to spytać. Ten cudak, to niby co robi? – spytał Jakub.

– Czary mary, hokus pokus i duchy wywołuje – rzekł rozzłoszczony Zenon.

– Toście niepotrzebnie go sprowadzali. Mamy w okolicy Danutę Mirowską, specjalistkę od takich zadań.

– Drogo bierze? – zainteresował się Rydzewicz.

– Nie zdziera, ale też nie z każdym chce rozmawiać.

– Spróbujmy.

– Oby była lepsza od Palladino.

 

Jak postanowili, tak i zrobili. Miejscowa specjalistka od wiedzy tajemnej wysłuchała ich karmiąc kury. Zgodziła się pomóc. Na wieść, iż chodzi o odnalezienie zaginionego powstańca, zrezygnowała nawet z wynagrodzenia. Zażądała jedynie, aby ją i niezbędne akcesoria zawieźć na miejsce potyczki.

Następnego dnia rankiem na łące pod Feliksowem pojawiło się grono zainteresowanych w różnym nastroju i nastawieniu do eksperymentu. Zenon Szczerbiński, od kiedy zobaczył miejscową specjalistkę, uznał że ona sobie świetnie poradzi. Edward Rydzewicz, choć był otwarty na niekonwencjonalne metody, wątpił w sukces. Danuta Mirowska, która z nimi na łąkę przybyła, stanowiła absolutne zaprzeczenie tego, kogo zwykł uważać za medium. Drobna blondynka o zielonych oczach, mająca prawdopodobnie dwadzieścia parę lat i trójkę małych dzieci, do tego żwawa, rumiana i wesoła. Nie, to nie mogło się udać. O ile Rydzewicz wątpił w milczeniu, to Palladino głośno i dobitnie manifestował swoje niezadowolenie. Korzystając z jak ją nazwał „wsiowej dziołchy” podważono jego kompetencje i tym samym skazano całe przedsięwzięcie na niepowodzenie, albowiem duchy nie tolerują takich kpin. Jakub Parys miał nieodgadniony wyraz twarzy i w milczeniu powoził, wysłuchując monologów signore Cesaro.

Mirowska kazała zatrzymać bryczkę niedaleko mogiły Benedykta Teresińskiego. Pochowano go tam, gdzie zginął, więc była pewność, iż znajdują się w miejscu potyczki powstańczej. Na stalowym trójnogu zawiesiła żeliwny kociołek, wsypała do niego zioła z woreczka, który miała z sobą, zapaliła zawartość. Dokonawszy tego zaczęła cicho nucić jakąś niezwykłą melodię i tańczyć.

Dym snuł się powoli, początkowo zdawał się ciągnąc za tańczącą, czasem otaczał zgromadzonych, falował, rozpraszał tworząc jakieś kształty. W pewnym momencie wszystko zdało się przybierać konkretne formy. Zgromadzeni rozpoznali sylwetki powstańców i Moskali. Mgliste, a zarazem tak wyraźne, iż dało się zauważyć dziwne kule zamiast cyngli w kozackich karabinach. Padł cień Teresińskiego. Ten należący do Ludomira załadował ostatni nabój. Jedno z powstańczych widm ruszyło mu na pomoc, tylko po to, by złapać się nagle za pierś i zawrócić w stronę lasu. Danusia nie przerywając nucić, ruszyła za nim. Stworzona z dymu postać umykała w zwolnionym tempie, toteż bez problemu można było za nią pieszo nadążyć. Było to o tyle ważne, iż przyszło ją śledzić szlakiem przez gęsty las. Po jakiś pięciuset krokach jeździec z wyraźnym trudem zsiadł z dymnego konia, klepnął go w zad i chwiejnym krokiem ruszył w bok od dotychczasowego kierunku ucieczki. Chwilę później znikł na małej polance. Mirowska przestała śpiewać i powiedziała.

– Jest w tym starym dębie.

– Starym? Przecież te drzewa mają góra jakieś dziesięć lat – rzekł Palladino.

– Niezły jest, skoro go nie widzicie. Poczekajcie chwilę.

– Znów zaczęła nucić, a w miarę jak jej pieśń trwała, obraz polanki się zmieniał. Na środku z nicości zaczął wyłaniać się stary, poskręcany dąb o grubym acz niskim pniu. Musiała w niej być kiedyś barć, ponieważ widać było wielką dziuplę. Z tej ostatniej wyłoniła się utkana z mgły postać powstańca. Widmo stanęło obok drzewa, zdawało się, iż o coś pyta, ale nic nie było słychać. Oczy Danuty błysnęły zielenią, lekko zmieniła śpiewaną melodię i dym zaczął wnikać w Cesaro. Jasnowidz zatrząsł się gwałtownie, zatrzepotał rękami i nagle nieswoim głosem zapytał.

– Kim jesteście?

– Przyjaciółmi – odrzekła Mirowska.

– Przysyła nas Ludwik Benedyktowicz. – dodał Zenon.

– Nie mogłem mu pomóc. Udało mu się uciec? Wrócił do oddziału?

– Przeżył, choć stracił obie ręce, ożenił się, ma dzieci, mieszka w Krakowie.

– Ożenił się Krakowie? – Jasiński zwiesił głowę jakby analizował otrzymane informacje. – Pamiętam, że uciekałem przed Kozakami, byłem ranny, traciłem siły. Na chwilę chciałem się ukryć przed pościgiem, w starej barci, którą znałem z czasów nauki w Zakładzie Praktyk Leśnych, zebrać siły. – Nagle odwrócił się i zajrzał do dziupli.

– Przykro mi – rzekła Danuta.

– Widać, wykrwawiłem się w niej. Dlaczego nikt mnie nie szukał?

– Mój ojciec przez lata przemierzał te lasy szukając ciebie – cicho powiedział Jakub Parys.

– Umierając tak bardzo pragnąłeś skryć się przed Kozakami, że ta sosna stała się niewidzialna dla ludzi. – Dodała Mirowska

– Przegraliśmy. – Raczej stwierdził niż spytał duch.

– Niestety, ale sprawa za jaką walczyłeś niedługo wygra.

– W takim razie zostanę tu i poczekam.

– Ludomir wysłał nas byśmy urządzili ci chrześcijański pogrzeb – cicho dodał Rydzewicz.

– To, co zostało w drzewie, możecie pochować, ale ja się z lasu nie ruszę. Kocham puszczę, gdyby nie powstanie, zostałbym leśnikiem. Żegnajcie. – Palladino zatrzepotał rzęsami, zadrżał i przerażany spytał.

– Co to było?

– Duch w was na chwilkę wszedł – orzekła Danuta, ze złośliwym uśmiechem. – Dla was jako dla medium to przecież rzecz normalna.

– Oczywiście – odrzekł Cesaro, acz w oczach miał czyste przerażenie.

– No, dobrze, panowie. Ja swoje zrobiłam, czas byście mnie odwieźli do domu. Muszę dzieciom obiad przygotować.

Kilka dni później przy mogile Teresińskiego w nielicznym gronie pochowano doczesne szczątki Jasińskiego. Ktoś jednak musiał o tym donieść Rosjanom albowiem czynownik z Orła w przeciągu miesiąca zadbał o wycięcie starej sosny, w której skrył się powstaniec i usunięcie drugiego krzyża. W latach trzydziestych już w wolnej Polsce postawiono w tamtym miejscu kamień pamiątkowy. W setną rocznicę powstania staraniem leśników powstał tam pomnik. W roku dwa tysiące trzynastym na pobliskich łąkach urządzono rekonstrukcję powstańczej potyczki. Niektórzy twierdzili, że na skraju lasu przyglądał się jej jakiś młody człowiek w stroju z epoki. Czyżby to był Jasiński?

Koniec

Komentarze

Ładnie opowiadasz legendy. Znać w nich pamięć o przeszłości, jest nieco klimatu baśni, odrobina atmosfery sprzed ponad wieku i jakkolwiek jeszcze trafiają się usterki, i nie zawsze poprawnie zapisane dialogi, to muszę stwierdzić, że piszesz coraz lepiej. ;)

 

tur­ba­nie, ozdo­bio­nym nad czo­łem wiel­kim, zie­lo­nym szma­rag­dem. – Czy bywają szmaragdy o barwie innej niż zielona?

 

A, już wiem, razem z To­ma­szem po­szu­ka­cie … – Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

a potem zmarł z ran, to cięż­ko bę­dzie bę­dzie… – Dwa grzybki w barszczyku.

 

rzekł z roz­złosz­czo­ny Zenon. – Literówka.

 

ru­szy­ła za nim. Stwo­rzo­na z dymu po­stać po­ru­sza­ła się… – Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zgadzam się z Reg, opowiadanie ma swój urok oraz bardzo fajny klimat. Trochę obraz psuje pierwszy dialog, wydał mi się sztuczny i bez emocji, ale to może być tylko moje złudzenie. Nie miałbym nic przeciwko temu, by tekst był trochę dłuższy ;) Podsumowując: jest przyzwoicie, choć też bez fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Pierwszy dialog miał za zadanie dać opowiadaniu element komiczny, w sumie w tym celu jest postać medium. Jasnowidz, który co rusz się myli wydawał mi się zabawny. 

 

Nie lubię pisać smutnych opowiadań, doceniam ich kunszt gdy piszą inni, ale samemu wolę przemycić choć trochę humoru. W tym przypadku los powstańców styczniowych jest wystarczająco przygnębiający. Ludomir Benedyktowicz i Benedykt Teresiński  to postacie autentyczne, jeden stracił ręce drugi zginął. Podanie o szkielecie powstańca znalezione w dziupli starej sosny przy wyrębie puszczy słyszałem w dzieciństwie.

 

Jeśli pierwszy dialog nie bawił, a wydawał się sztuczny, no cóż widocznie powinienem na nim dłużej popracować.  

Fajny klimat, opowiadanie zaciekawia. Mogłoby być dłuższe, bo jest potencjał.

Trochę błędów, ale znośnie.

 

“…którą znałem z czasów nauki w Zakładzie Praktyk Leśnych” – Zakładzie Praktyki Leśnej. – To nazwa autentyczna, więc powinna być zapisana tak, jak faktycznie brzmiała.

 

Pozdrawiam :)

 

Poprawka naniesiona :)

 

Zgodzę się, że ładnie opowiadasz legendy. Interpunkcję przemilczmy.

Zabrakło mi tu jakiegoś poważnego przełamywania trudności. Ot, pojechali, zapytali znającej, kobiecina poczarowała, załatwione. Żyli długo i szczęśliwe. No, jakaś zbyt prosta ta historia wyszła.

A ten facet w turbanie nie miał spodni?

Babska logika rządzi!

Ciekawe opowiadanie. Ma swoisty klimat.

Odnośnie garderoby myślałem, że surdut to coś jak garnitur tzn marynarka i spodnie w komplecie.

 

Niestety, sama marynara… Kiedyś nawet widziałam faceta w surducie (albo czymś podobnym) i spódniczce (szkockiej).

Babska logika rządzi!

Książę Karol ma specyficzny styl :D

 

No, też. Ale Karola na żywo jeszcze nigdy nie spotkałam. Ani żadnego innego księcia. ;-(

Babska logika rządzi!

Przyznam, że na początku trudno mi było wczuć się w klimat. Gdzieniegdzie mignęły przed oczami powtórzenia, ale nie na tyle, żeby przeszkadzać. Potem trochę się wciągnęłam, a tu szast-prast i koniec. Troszkę brakuje mi jakiejś jajeczności u signore Palladino (bo postać ma potencjał, żeby się z niej ponabijać), ale ogólnie nie jest źle. 

Ładne, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Szerzej znane imię włoskie to Cesare, nie Cesaro – to drugie jest łacińskie. Takie czepialstwo. Ale ta postać w ogóle mi nie pasuje – brakowało mi wzmianki, dlaczego niby tak świetnie mówi po polsku (albo dlaczego pozostali tak świetnie po włosku czy coś). Nawet taka wzmianka nie tłumaczyłaby jednak owej “wsiowej dziołchy”.

Interpunkcja tak sobie, przykłady:

Wzrok odruchowo najpierw spoczywał na wiśniowoczerwonym turbanie, ozdobionym nad czołem wielkim, szmaragdem

Przynajmniej drugi przecinek zbędny, a i bez pierwszego można by się obyć. 

Panowie Zenon Szczerbiński i Edward Rydzewicz [+,]moi przyjaciele – wymienieni wstali i się skłonili. Signore Cesaro Palladino [+,] medium, jasnowidz, badacz wiedzy tajemnej.

Mieszanie Moskali z Kozakami z lekka jakby nieeleganckie.

Daty w nagłówkach ja bym napisał liczbowo. I odpór bym dał wrażym zajazdom.

Pomysł wyszperałeś naprawdę niezły. Tło zgrabne. Ale cała reszta… Zawiązanie akcji zupełnie nie przekonujące (mam dla was zadanie? zaginął przed czterdziestu laty, ale go poszukajcie, najlepiej dokładnie, no, a jak już nie znajdziecie, to wywołajcie ducha?). W dodatku nie rozumiem pozostałych postaci. Wystarczyłyby trzy: Cesare (pardon), malarz i znachorka. No i ew. ktoś, kto zna znachorkę, jako łącznik, ale i bez tego można by się obyć. Szczerze mówiąc, nawet nie zwracałem uwagi, kto z pozostałych panów się wypowiada – jakoś niczego to nie zmieniało.

Cóż, jest chwilami klimat (głównie w scenie dymnej), wspierany do tego językiem, ale fabuła zupełnie nie chce się skleić. Szkoda.

Początkowy dialog wydał mi się nieco chaotyczny, ale potem było już tylko dobrze. Całkiem klimatyczna, wciągająca historia.

varg – historycznie rzecz biorąc malarz nie miał prawa wjazdu do Imperium Romanów. Właśnie z tego powodu pojawiają się postacie uczniów Ludomira. 

Nowa Fantastyka