- Opowiadanie: GaPa - Niewidzialni

Niewidzialni

Moja cegiełka do konkursu “Pierwszy raz”.

Historia obyczajowa, w której nie pada żaden strzał. Krew płynie karnie w żyłach, tętnicach, nie przelewając się nachalnie.

 

PS – szczerze polecam moich betujących. Są niewinni, robili co mogli. Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Niewidzialni

― (…)?

― Buty. Najpierw zrobiłem zoom na buty. Nie było to wytworzone na poczekaniu, dopasowane do stopy i te de obuwie z drukarki 3D, co to zaraz w strzępy, tylko stara, dobra, seryjna robota. Ha ha, powiadam, po butach poznasz człowieka. Te miały solidnie wyglancowaną skórę. Krople deszczu wesoło po niej zjeżdżały, prosto do kałuż. Tak pomyślałem, wesoło, bo przypominały ludzi w parku wodnym. Ziu, skręt, ziu i na dole, po zabawie. Wymagali od nas zwracania uwagi na detale. Ech, ubyło mi tej bystrości. Może sprawa diety? Zdróweczko!

― (…)?

― Czemu go zapamiętałem? Ulewa trwała dobrą chwilę, a on tkwił bez ruchu, płaszcza, parasola, wpatrzony w wystawę. Nie dalej jak tydzień wcześniej zlikwidowali tam taki niezależny sklepik. Właściciel, drepczący powoli pan Simmons ― poznałem go zresztą, miły gość był, trochę staroświecki, ale twardy ― na pewno by nie pochwalił krzykliwego wystroju, nadanego przez nowego najemcę. I tego strasznego jazgotu reklamowego. O, to było najgorsze. Czym oni tam handlowali… Sieciówka, więc od jachtu do cebulek włosowych. Co sobie zamarzysz, i na co dasz sobie kredyt wcisnąć, ha ha!

― (…)?

― Nie, nie, zmoklak z chodnika był starszy niż na tym zdjęciu, ale do Simmonsa dużo mu brakowało. Miał obojętny, taki dostojny jakby, wyraz twarzy. Nie jeden z tanich grymasów, do ściągnięcia za grosze z sieci. Psia mać, aż ciężko uwierzyć, że kiedyś ludzie nie programowali twarzy, tylko że wszystko się odbywało, no, tak nie wiadomo w sumie jak… prymitywnie.

― (…)?

― Nie zgaduję, wiem. Przecież byłem tam ochroniarzem. Jako że przebywał na terenie komercyjnym, zgodnie z prawem mogłem go przeskanować. Podłączyłem się do jego komputera osobistego. Niby nie powinienem, ale sprawdziłem. Na ten ― co sobie zafundował ― pakiet minek, jak w slangu nazywaliśmy konfiguracje wyrazów twarzy, pracowałbym pół roku. Zerkam na wiek, adres, te sprawy, a tu mi anomalia błyska. Gość płakał, literalnie płakał. To był głęboki ból. Naprawdę parametry mu dołowały, nie widziałem czegoś takiego. Pięciolatek, jak mu zabierzesz zabawkę, tak nie rozpacza.

― (…)?

― Otóż nie. Pierwsze, co pomyślałem, że to kumpel Simmonsa. Ale przecież Simmons żył jeszcze wtedy, jakby się przyjaźnili, siedzieliby sobie przy browarku czy herbacie i przesuwali pionki od warcabów. System nie wpasował gościa w szablon desperata, przylepił mu bezproblemową, szarą etykietę. Niegroźny. Mogłem siedzieć na dupie, swoje zrobiłem. Po prostu zrozpaczony człowiek. Albo wyjść, poklepać go po plecach i wyprosić z terenu Centrum. Kto wie, jak by się potoczyły sprawy… ale przypadek mnie zaciekawił. Zwykła, tfu, ciekawość. Zresztą, co tam się działo? Gówniary robiące sobie z gęby spluwaczkę? Ktoś zaiwani keczup? Pierwszorzędne emocje…

― (…)?

― No pewnie, że znalazłem. Jak się okazało monitoring z kamer u Simmonsa leciał też na mirror naszej sieci ochrony. Więc przejrzałem archiwum. Gość z Simmonsem wymieniał parę zdawkowych zdań i się odmeldowywał. A do domu miał ładny kawałek. Co innego, jak trafiał na automat sprzedażowy, co go Simmons kiedyś wycyganił od jakiegoś koncernu. Pytlował wtedy, zaśmiewał się, machał rękami. Odżywał.

― (…)?

― A skąd, panie. Całe sedno, że z tym automatem mogłeś porozmawiać, o czym tylko chcesz. Mógłby prowadzić „Na każdy temat”, ha ha! Ustawa Human-Only obowiązywała już parę ładnych lat, ale Simmons swojej maszyny nie ograniczył. Może nie wiedział jak, może nie chciał? Żadne tam że tylko cena, skład, raty. Ależ mielił jęzorem blaszak. Chyba i bardziej niż rządowy psychomat!

― (…)?

― O czym rozprawiali? Mieli cały ceremoniał. Przecież normalnie napełniasz koszyk, przechodzisz przez kasę i już jesteś policzony, najwyżej jak masz jakieś wątpliwości co do towaru idziesz zapytać. A tutaj nie… Gość powoli wykłada na taśmę zakupy, a automat zaczyna:

― Co tam u Adama, jak chłopakowi na studiach idzie?

― Proszę sobie wyobrazić, że w ogóle nie dzwoni. Czasu nie ma. Przecież wiem, nauka, balangi. Inne życie go wciągnęło.

― Dzieciaki. Ale jak się kasa kończy to telefon pewny?

― A wtedy tak. Nawet i parę minut pogada. Ja kończę rozmowę. Czuję, że się starym męczyć zaczyna. Egzaminy zalicza w terminie, nicpoń, ponoć bez trudu.

― Fajny chłopak się panu trafił.

― Inteligentny. Kwiaty u żony posadziłem.

― Oj, przecież przymrozki jeszcze będą?

― A bo mam taki patent…

I tak w kółko. Najzabawniej, że automat, chociaż wygadany prawie jak sam Simmons, to, no… Mały miał repertuar środków wyrazu.

― Wczoraj stłukłem miskę. Poszła w drobny mak.

― Bardzo mi przykro. Zaproponuję panu…

Tym samym tonem odpowiadał na:

― Sąsiad z klatki zmarł.

― Bardzo mi przykro. W tej sytuacji…

Taki model. Ale gościowi to nie przeszkadzało. I regularnie, jak w zegarku, przychodził, chociaż przecież sporo zachodu, przez całe miasto tak zasuwać. Potrzebne mu to widać było. Może do ludzi śmiałości mu już brakło? O wszystkim rozmawiali. Ha ha, jak w tym żarcie, jak o wędkarstwie złapali temat, wtedy ani chybi jakąś przynętę nową kupił. Zawsze po takiej rozmowie lżejszy miał portfel, znał się automat na fachu sprzedawcy.

― (…)?

― Nie, nie przyszedł więcej. Może go ulewa zmyła, ha ha! No i właśnie parę miesięcy później, przez to wszystko, wywalili mnie z roboty. Pierwszy raz tak poleciałem. A potem to już tylko gorzej było, tak mi nasrali w papierach. Trochę się szarpałem z życiem, ale widocznie za niski jestem, żeby coś dojrzeć na horyzoncie.

― (…)?

― Czemu, czemu… Zabawne, szklanka pusta…

― (…)?

― Dzięki. O, pianka akuratna.

― (…)?

― Wracając do tematu? Aaa, no tak. Bo ja wtedy te wszystkie nagrania skasowałem. Gutmannem pojechałem, takim, aligatorem, ha ha! Znaczy algo…przepraszam…gorytmem, co to jak coś na trwale trzeba było usunąć, to się robiło. Nie do odzyskania potem. Sami mnie nauczyli, psia morda.

― (…)?

― Tak po prawdzie, to nie wiem czemu. Zastanawiam się czasem, bo mi zajście nie chce z głowy wyskoczyć. Miałem taki moment, jak nigdy, jakbym wszystko zrozumiał, znał odpowiedź na każde pytanie. Ha ha, jak po flaszce, taki człowiek lekki! Teraz nie wiem. Po prostu sobie rozmawiali, tak niewinnie wyglądali. Co złego robili? A przecież, jakby sprawa wyszła, wszyscy by beknęli. Simmons, ten gość, nawet maszyna. Sami spokojni ludzie. Więc wyczyściłem, taka sytuacja. Zresztą, na myśl mi nie przyszło, że historia wypłynie. Mieli garniturowcy do Simmonsa spory żal, do końca życia po sądach go ciągali. I się dogrzebali, że ten monitoring powinien być, że coś tam może wyszukają, żeby staremu dokuczyć. No i się nie wyłgałem.

― (…)?

― Żałuję? Przez chwilę byłem, no, jakby dumny. Wolny. Myślałem, że i moje sprawy jakoś się poukładają, z czasem papiery się wyczyści. A potem… Powiedzmy, że ząb mnie rozbolał, no i wyszło, że pakietu na dentystę już nie mam, a na darmowego pół roku czekania. Pół roku! Więc znaleźli się panowie, którzy dali pożyczkę. Normalna historia, nikt inny pomóc nie chciał. A procent rósł, rósł, i rósł. Więc zacząłem im dług odrabiać. Od czarnej roboty byłem, w końcu przedtem w ochronie robiłem. Ale o tym sza. Teraz kapie mi wąski strumyczek z socjala. Łażę z subsydiowanym uśmiechem, ale mus to mus. Gdzie nie spojrzę, jakbym swojego ryja widział. Ha ha, czy można to nazwać popularnością? Jeszcze je-jedna kolejeczka?

― (…)?

― O w mordę, człowieku, na co tyle kasy na stół kładziesz, nie w takim miejscu!

― (…)?

― Dla mnie? Hej, nie wychodź, znam jeszcze parę historyjek, weselszych nawet! No i polazł… Skąd wziął zdjęcie tego gościa? No i jak mnie znalazł?… Zresztą, ważne? Zapomnianym ochroniarzem już się nikt nie przejmuje, może czas i mnie wygumkować Gutmannem… Psia mać, szkoda, że się zmył, ładnie słuchał. A pełnej historii, za co za pierwszym razem z roboty wyleciałem, to chyba jeszcze nikomu nie opowiadałem. Ale miał coś znajomego w oczach, ten, no, Adam. Oho, imię jak z legendy, Adam, pramatematyk: człowiek zero minus żebro, ha ha! Posiedzę kolejeczkę, tylko jedną, jedyną kochaneczkę-kolejeczkę. Może się jeszcze ktoś przysiądzie? Zanim się obudzę nie wiadomo gdzie, i ziu, kropelka deszczu…

Koniec

Komentarze

Witaj!

Zamaluj kwadrat przy prawidłowej odpowiedzi.

Opowiadanie jest:

■ Przeczytane

□ Nieprzeczytane

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Przeczytałem :)

Przeczytawszy.

Babska logika rządzi!

Dasz wiarę, GaPo, że przeczytałam opowiadanie dwa razy i teraz dwa razy nie wiem, o czym czytałam. :(

 

Psia mać, aż ciężko uwierzyć, że kiedyś ludzie nie programowali twarzy… – Psia mać, aż trudno uwierzyć… Lub: Psia mać, nie mogę uwierzyć

 

― In­te­li­gen­ty. Kwia­ty u żony po­sa­dzi­łem. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bo to jest chyba tak jakby późniejsza część opowiadania, w którym sklepikarz wygrał z dużą siecią, wykorzystując jakąś lukę (gadał w kółko z robotem-sprzedawcą, aż tamten mu powiedział jakieś wiążące zdanie). A teraz ten mały sklepik jest duży ;)

Nie no, fajne. 

Znam tylko pięć liter ;)

Zastanawiałem się kiedyś nad popełnieniem opowiadania złożonego z samych dialogów, ale jakoś nic z tego nie wyszło, bo uznałem, że to byłby za duży hardkor. Ty, GaPo, posunąłeś się nawet dalej, usuwając z dialogu jednego rozmówcę, ale nie czyniąc z całości bynajmniej monologu. Czy powstał hardkor? I tak i nie – tak, bo ciężko “wejść” w tę historię, ale po paru wypowiedziach pana ochroniarza udało mi się złapać jego rytm. Nie – bo jak już złapałem rytm, to czytało mi się w sposób całkiem satysfakcjonujący.

Krótko mówiąc – forma bardzo mi się podoba. Świat, nieśmiało przezierający z wypowiedzi, również. Fabuła natomiast – nieco mniej. Brakuje wyjaśnień w końcówce na temat tożsamości rozmówcy, brakuje też jakichś poszlak, które pozwoliłyby sobie dopowiedzieć, kim mógłby on być. Czyli jakieś tam niedociągnięcia są, ale mimo to czytało mi się fajnie.

Pozdrawiam!

ech, @reg, @reg, chyba już jakiś dług karmiczny u Ciebie ;)

 

@Anet – dobrze, że Ci przypadło.

 

@MrBri­ght­si­de – miałem problem natury technicznej z zapisem takiego dialogu, ale z pomocą bet doszedłem do takiej formy i chyba jest OK. Sam byłem ciekaw, co się urodzi. Co do poszlak – są, są ;) No i dobrze, że fajnie się czytało.

 

pzdr

∙،°. ˘Ô≈ôﺣ » » »

Kolejne opowiadanie z prawie samych dialogów. Tutaj dla odmiany wyobraziłem sobie, że głos podkłada Arnold Schwarzenegger ;) Niestety, jak w poprzednich, nie podpasowało ;(

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Gość płakał, literalnie płakał.

IMO nie pasuje tutaj ta kalka z angielskiego.

 

Ktoś zaiwani keczup?

Nie powinno być tutaj czasu przeszłego?

 

Ogólnie dosyć ciekawy pomysł zarówno na formę jak i treść, lecz ta pierwsza nieco przyćmiła jasność przekazu.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Na ten co sobie zafundował pakiet minek, jak w slangu nazywaliśmy konfiguracje – wydaje mi się, że zabrakło przecinków  albo myślników. Ja napisałabym to tak: Na ten – co sobie zafundował – pakiet minek, jak w slangu nazywaliśmy konfiguracje

Sama nie wiem… Czytało się nieźle, wyszło naturalnie – takie zwierzenia w knajpie, ktoś rzuca jakieś hasło, unosi brew albo robi minę, a nawalony facet opowiada o swojej tragedii. 

Ale ja do końca nie zrozumiałam, może też powinnam coś wypić?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

@No­Whe­re­Man – może zmień lektora? Może Roman Kostrzewski może (Listy z ziemi Twaina pięknie przeczytał)?

@Wic­ked G – aż sprawdziłem na stronie pwn, bo “literalnie” nie wydawało mi się kalką. “Literalnie pochodzi od przymiotnika literalny, a ten od łacińskiego literalis. Przymiotnik ten nie jest kalką, lecz tzw. zapożyczeniem właściwym.“ Jak właściwym to zostanie ;)

Co do supremacji formy nad treścią – no nie jest to rzecz rozpowszechniona, więc w mózgu nie ma jeszcze tej bruzdy ;)

@bemik – no pewnie że warto! W sztok, rzewnie, na frywolnie – jak potrzebujesz! Co do interpretacji to “wcisnąłem” moją wersję, ale Twoja jest twojsza niż moja mojsza. Ot, zwykła historia – ktoś koleżkę naoliwia i zachęca do zwierzeń, a jak dostał co chciał odszedł cisnąwszy banknoty. Jak – nie przymierzając – w jakimś sklepie samoobsługowym!

 

Dzięki za skomentowanie.

pzdr

•͡˘㇁•͡˘

W takim razie zwracam honor, słowo bardzo często pojawia się w mowie Szekspira i stąd moje  błędne stwierdzenie.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Fajnie napisane. Najbardziej hardkorowa kwestia otwarcia jaką widziałem. Kilka mocnych tekstów (”subsydiowany uśmiech”, “Simmons, ten gość, nawet maszyna. Sami spokojni ludzie“). Ale (nie wierzę, że ja to piszę) tych tropów troszkę za mało. Bo: bardzo ładna scenka o starszym człowieku, który wędruje na drugi koniec miasta, żeby sobie pogadać w sklepie z robotem, fajnie to domknięte rozmową za pieniądze w knajpie. Gubię się w momencie, dotyczącym wymazywanej sceny – czy to ta opisywana rozmowa w sklepie, czy coś więcej. Natomiast kiedy sobie uświadamiam, że gość stojący w deszczu pod sklepem jest Ojcem Adama, to robi się nagle tak metafizycznie, że już nic nie wiem.

@Wic­ked G – OK, niekiedy nie wiadomo co skąd przybyło.

@co­bold – cóż, musimy się kierować tym, co jest, a nie tym, o co ewentualnie mogło mi chodzić (chociaż niektórzy twierdzą, że niewidzialne ważniejsze od namacalnego). “Bo ja wtedy te wszyst­kie na­gra­nia ska­so­wa­łem. “ – mówi “pokrzepiający się”. Więc jak dla mnie to po prostu pokasował te nagrania, bo coś mu tam zagrało, że tak trzeba (bo to sami spokojni ludzie).

Co do mistycznego wzlotu (uff, nie napisałem wzwodu) – “A peł­nej hi­sto­rii, za co za pierw­szym razem z ro­bo­ty wy­le­cia­łem, to chyba jesz­cze ni­ko­mu nie opo­wia­da­łem. Ale miał coś zna­jo­me­go w oczach, ten, no, Adam. Oho, imię jak z le­gen­dy, Adam, pra­ma­te­ma­tyk: czło­wiek zero minus żebro, ha ha! “. Myślę, że to tylko takie“heheszkowanie” tęgo popijającego gościa (i tak całkiem na smutno się nie upił, co na pewno jest sukcesem). Zaprawdę, tak mi się wydaje!

pzdr

Ten tekst z każdym czytaniem wydaje mi się coraz lepszy :D Muszę się poważnie zastanowić co z tym fantem zrobić :D

 

W ogóle nie wiem czy bardziej jestem zszokowana, ze pierwszym razem w tej historii jest opowiedzenie całej historii jednej osobie, czy fakt, że tego nie zauważyłam :D

 

Ale, przechodząc do rzeczy, te miniaturowe scenki, opisy, nawet pojedyncze zdania są tym, co w tym tekście najbardziej mnie ujmuje :) Już przy becie pisałam o tym pierwszym akapicie, butach i Forreście Gumpie, więc nie będę się powtarzać. Zdanie o Simmonsie, maszynie i spokojnych ludziach, wskazane przez cobolda, równie warte uwagi. Podobnie żarciki. Nie, nie chodzi o to, żeby wybitnie bawią ( ale chyba nie miały prawda? :D ) Są sympatyczne, ale w taki trudny do uzyskania przez żarty, subtelny sposób. Razem z tym alkoholem, którego ochroniarz nie pije na umór, wprowadzają taki nostalgiczny nastrój. Przez tę posiadówkę mężczyzny w barze smutna i gorzka opowieść nie staję się cyniczna, ale nabiera jakiegoś lżejszego wydźwięku. Dodatkowo czyniąc jej bohaterów niewidzialności, sprawiasz, ze jest uniwersalna i łatwiejsza w odbiorze. Nie powiem, lubię emocjonalność, ale wydaje mi się, że tutaj celowo wyważyłeś emocje, więc nie będę za to dawać bury :D

 

Taka na przykład rozmowa przy kasie – przygnębiająca, ale ukazujesz ją w taki sposób, który pozwala mi na spokojnie się nad nią zastanowić miast od razu przechodzić do pochopnych osądów, które miałyby miejsce w razie silniejszych emocji :)

 

Generalnie z zarzutami to się powtórzę, że jest niejasno. I to na tyle, żeby to był dosyć poważny zarzut :< Ale po co ja się tutaj Tobie rozpisuję? :D Po prostu to opowiadanie tak za mną chodzi i naprawdę nie wiem, co z tym zrobić :<<

Może odłóż na półkę w bibliotece?

Edit: :D

Znam tylko pięć liter ;)

To wiadomo :D Zastanawiam się tylko nad udaniem do jeszcze jednego wątku w hyde parku dotyczącego opowiadań… ;)

Chodź, lenah, chodź. Przekonałaś mnie i też się tam udam. :D

Ooo, od razu raźniej! :D 

Przybyłam, gdyż wątek nominacji mnie zwabił. I muszę stwierdzić, że bardzo doceniam tekst tak pod kątem wykonania i stylizacji, jak i fabuły. Przeczytam go sobie z przyjemnością jeszcze raz jutro i sprawdzę, czy go podbić lożańską mocą; a może zresztą nie będę musiała, bo już mu dobrze idzie :) 

Coś więcej: narracja w swojej oryginalności jest jednocześnie swojska, łatwo wciąga w przyszłościowe realia. Trochę obawiam się tego, że druga strona dialogu stała się praktycznie zbędna, ale właściwie po co mam trzymać się konwenansów i szukać w tym wady. A co do żartów, to są to żarty mnie łechcące – inteligentne, bez prostactwa, bez nachalności. Więcej o tej godzinie z siebie nie wytargam.

 

Edit: za wyśmienite walory obyczajowego SF opko ma ode mnie tak, ale ktoś inny musi je podbić do głosowania Loży, żebym miała czyste sumienie. 

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

@lenah – piękny wpis, dzięki. Faktycznie trochę mnie “nastrachałaś” napisawszy, że koleżka opowiada historię przypadkowo spotkanym osobom, ale na dobre to chyba wyszło tekstowi, bo trochę przeredagowałem i chyba jest “przejrzyściej”. To oczywiście ciekawe, czemu w Tobie tak to zagrało, ale widocznie jakiś kamerton trzymasz na takie okazje. Moim zdaniem ładnie oddałaś klimat opowiadanka, więc tym bardziej fajnie, że się podobało. Rozumiem też, że gdzieś po nocy latasz z @Anet, (każdy by chciał), ale @MrBri­ght­si­de? Po 22:00?! Czy to zacny mąż jest? Niepokoję się…

@c21h23no5.enazet – dobrze że z przyjemnością. Takie troszkę “swojskie” miało wyjść, bez histerii, “przegięć” dramatycznych. Zwykli ludzie, tłumy ich, zwykła historia… Chyba się udało? Heh, a jak sobie pomyślę, że niektórzy celebryci sobie twarz “zamawiają” i zostają w wiecznie rozciągniętym uśmiechu, to chyba nawet nie jest odległa przyszłość w tym względzie…

pzdr

ˁ˚ᴥ˚ˀ

Ach, GaPo. Jak zawsze z przyjemnością śledziłam napisane przez Ciebie literki, jednak – w sumie również jak zawsze – umknęło mi “klu”. Może już za późno. Może muszę to przemyśleć i jeszcze tu wrócić. A może tak już mam, że nigdy nie zrozumiem ;D Ale czytało mi się dobrze, nawet jeśli bez zrozumienia ;>

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Toż to @jose, całkiem jak żywa!

Co Ty się ze mną masz ;)

 

3mka

(‾⌣‾)

Miejscami stylizacja na luźny, mówiony język wyszła fajnie, ale czasem interpunkcja utrudniała zrozumienie. I nie mam tu na myśli brakujących przecinków. Gdzieniegdzie wypadałoby postawić kropkę, średnik, dwukropek, myślnik – cokolwiek, co pomogłoby w oddaniu niuansów, za które w rzeczywistości odpowiada intonacja.

Zabieg z „(…)?” początkowo wydał mi się fajny, niestety potem znużył. Może się czepiam, ale nawet w wywiadach dziennikarze nie zawsze używają pytań, lecz czasem prowokują rozmówcę twierdzeniami. Poszedłeś zatem na łatwiznę, tego zabiegu mogłoby nie być.

I właściwie forma utrudniła mi odbiór tekstu. Zamiast skupić się na fabule, próbowałem odtworzyć pytania tajemniczej postaci. Obawiam się, że nie wszystko zrozumiałem. Niektóre elementy bardziej nadawałyby się do cyberpunkowego konkursu; mnie nie przekonały. Sam temat konkursu został potraktowany w taki sposób, że dopiero po przeczytaniu przypomniałem sobie, że gdzieś powinien być pierwszy raz. Przykro mi, ale lektura „Niewidzialnych” nie była dla mnie satysfakcjonująca. 

Hmmm. Pierwszy raz wydaje mi się mocno przypadkowy, właściwie tylko wspomniany. No, ale formalnie nie ma się do czego przyczepić, warunki spełnione.

Eksperyment z formą? Początkowo czytało się lekko i szybko, ale w końcu ten dialogo-monolog zaczął nużyć. Zwłaszcza że opowieść typowa dla tych piwnych: nie wiadomo, skąd się wzięła, jak się skończyła, co z tego wynika, niektóre wątki niedomknięte… Na drugi dzień już się o nich nie pamięta.

O bohaterze wiemy tylko tyle, co sam dał do zrozumienia na marginesie historii.

Warsztat całkiem niezły, tylko w jednym miejscu potknęłam się na przecinkach.

Babska logika rządzi!

Witaj!

Choć historia sama w sobie mogła by być bardzo interesująca to moim zdaniem forma jej się nie przysłużyła. Choć wydaje mi się, że fabułę odczytałem prawidłowo, to wg. mnie odbiór jest utrudniony. Obstawiam, że tajemniczy wypytywacz to ten sam człwiek, który przychodził rozmawiać z automatem. Być może się mylę. Napisane sprawnie, ale przesadziłeś trochę z tym monologiem. Sam pomysł świata bardzo fajny. Podsumowując podobała mi się historia i skrawki ukazanego świata, nie podobał mi się chaotyczny sposób przedstawienia.

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dzięki za opinie, Trójco!

 

pzdr

¯\_(ツ)_/¯

Przeczytałem i powiem, że przypadło. Szacunek za to, że udało ci się stworzyć coś ciekawego tylko za pomocą dialogów. Mam wrażenie, że ta historia nie miała opowiedzieć czegoś intrygującego i pełnego akcji, a przedstawić zwyczajne życie (nie)zwyczajnej osoby.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Wilku, może warto rozważyć nominację? Niewidzialnym brakuje tylko jednego głosu, a jako dyżurny dysponujesz aż trzema. ;)

Nie lubię, kiedy w niby-monologu jedna postać powtarza pytanie drugiej, by czytelnik, nie znając tego pytania, jednak je poznał. Nie lubię i już. Sztuczne toto niesamowicie. A tutaj, niestety, zdarzało się to zbyt często (choć nie zawsze). Nie lubię też wszystkich “ha ha!” i – szczególnie – tych momentów, kiedy niby-monolog zamienia się w faktyczny monolog, służący jakiemuś zamknięciu, bo “no i poszedł…”. To dopiero wypada sztucznie, te zagrywki typu: “posiedzę jeszcze”, “chyba nikomu nie opowiadałem jeszcze tej historii”., etc. Gdyby to było zamknięcie krótkie i rzeczowe, sprzedawane jako rzeczywisty bełkot wypitego typka, to bym je kupił. Ale na zakończenie w formie tak rozwleczonej już się nie skuszę, dziękuję.

Nie bardzo rozumiem też, po co właściwie te wielokropki zamiast pytań pytacza? Jakaś forma eksperymentu, zakładam, w jakimś sensie nawet ciekawa, ale nie wiem, czemu ten eksperyment miał służyć i jakie są jego rezultaty. Czy to może po prostu chęć sprawdzenia się, zwykła zabawa? Wiem natomiast, że – głównie przez wspomniane już naprowadzanie czytelnika na treści utajnionych pytań w sposób dosyć niewyszukany – nie pasowało mi to zasadniczo od samego początku.

Generalnie, przyjęta koncepcja do mnie nie trafiła.

Jeśli chodzi o treść, to usilnie starałem się ogarnąć wszystko, by nie musieć drugi raz jednego dnia – ba! drugi raz z rzędu – pisać, że nie łapię. Ale, niestety, nie łapię. Co więcej, Szadzio tak mi poprzestawiał klepki, że już nawet nie mam siły, by dalej próbować. Nie dzisiaj w każdym razie.

 

Abstrahując jednak od pewnych mankamentów – a przynajmniej tego, co ja uważam za mankamenty – formy, muszę przyznać, że i mnie tekst szalenie podobał się od strony stricte literackiej. I rozciągnij to sobie na “warsztat”, styl, ładne zdania, ciekawe myśli, klimat i całą resztę. Ja tymczasem pójdę sobie gdzieś, gdzie moje nieogarnianie czegokolwiek nie będzie przeszkadzało nikomu, ze mną włącznie.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

@Sa­mot­ny­Wilku – tak być miało. Fajnie, że przypadło, nie przyszło łatwo ;)

@Cień Burzy – dzięki za tak obfity komentarz. Oczywiście że jest to forma eksperymentu. I nigdzie sobie nie idź, bądź wola Twoja gdzie żywnie się podoba! <gada do siebie> Ech, mam wyrzuty, że tak Burzę przegnałem… przynajmniej abstrahując odeszła!

 

pzdr

(‾⌣‾)♉

Czytałam dawno, jakoś niedługo po opublikowaniu, ale nie skomentowałam, bo nie bardzo wiedziałam jak. Z pewnością tekst jest kontrowersyjny w formie i to wymagało zastanowienia. Po powrocie teraz, stwierdzam jednak, że przeważa moja niechęć do wysłuchiwania czyichś rozmów telefonicznych – gdy słyszysz siedzącą obok osobę, ale nie jej rozmówcę (dlatego od late w komunikacji miejskiej jeżdżę ze słuchawkami w uszach). Tu chcesz nieco nadrobić te braki w dialogu, więc wstawiasz często “powtórzenie pytania”, co z kolei brzmi sztucznie. 

Doceniam warsztat, język i chęć eksperymentowania. Jak widać, jednym eksperyment przypadł do gustu, innym –  w tym mnie – mniej. Ponieważ piszesz ładnie, to chętnie poczytam inne Twoje, bardziej tradycyjne w formie, teksty. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

@śnią­ca – dobry przykład z telefonami, też nie lubię “dziambających” na cały regulator w MPK!

Do zobaczenia w takim razie.

|[●▪▪●]|

Przeczytałam z przyjemnością, bo jest w tym monodialogu (chyba takie określenie najlepiej mi pasuje) jakaś fajna lekkość i intrygująca tajemnica. Szkoda tylko, że niejasność nieco mnie przerosła i tajemnica pozostała dla mnie tajemnicą :|

Co do wykonania, uczucia mam sprzeczne. Bo mnóstwo tu naprawdę świetnej naturalności wypowiedzi, ale z drugiej strony mnie też raziły te powtórzone pytania, które miały nie wybrzmieć, a jednak wybrzmiały. Trochę tak, jakby eksperyment nie udał się do końca. Bo gdybyś w takiej formie napisał całkiem konsekwentnie tekst bez tego typu sztucznych wstawek, a do tego nieco ciut jaśniejszy w odbiorze – o, to byłoby naprawdę coś rewelacyjnego. A teraz jest fajnie ;)

Dzięki, @Werweno, za przejrzysty komentarz ;)

Chciałem, żeby właśnie taki nie do końca zgorzkniały posmak pozostał.

Plusy i minusy biorę na klatę, drugi raz do tej rzeki pewnie nie wejdę, ale po prostu chciałem zobaczyć co może wyniknąć. Dobrze że przynajmniej do “fajnie” dobiłaś!

 

pzdr

|’L’|

 

Sorry, Winnetou, ale byłam na nie.

Z tych powodów, na które już marudziłam w komentarzu jurorskim: eksperymentalna forma, która dość szybko zaczęła nużyć, pewna fragmentaryczność opowieści, typowa dla historii snutych nad kuflem piwa. Dla mnie taka relacja pozostawia zbyt wiele luk. Tym bardziej, że rozmówca coś nie bardzo wykorzystywał swoje szanse, żeby dopytać o niejasne szczegóły.

Babska logika rządzi!

Przyznam, że przeczytałam ten szort dwa razy, mając nadzieję, że dogrzebię się do jakiejś fabuły, której nie pojęłam. Nic z tego. Mimo że tekst zaciekawił, wizja świata została zgrabnie przemycona w wypowiedziach, a heheszki bohatera tylko trochę mnie irytowały, to jednak byłam na NIE w kwestii piórka. “Niewidzialni” są dla mnie ciekawym tekst, ale ze zbyt szczątkową ilością treści, bym mogła z czystym sercem poprzeć nominację.

Tylko nie "Tęcza"!

Hej, lożanki!

Dzięki za wyłuszczenie.

Dużo rozumiem, ale… o której to się pisze komentarze? Tensza normalnie, zgodnie z tradycją, tuż po trzynastej rozgadana. Ale Finkla? O raju…

pzdr

( ‘_’)0*´¯`·.¸.·´¯`°Q(‘_’ )

Wieczorem, kiedy telefony i inne czynniki rozpraszające idą spać. ;-)

Babska logika rządzi!

@Finkla – o 01:27 albo RÓWNO o 19:00?

Bot jak nic ;)

 

pzdr

≧◔◡◔≦

Odpisałabym, ale o kilka minut za późno zajrzałam… ;-)

Wypraszam sobie! Nie żaden bot, tylko porządny android! ;-)

Babska logika rządzi!

Aj waj, porządny… cóż zrobić ;)

 

^(*(oo)*)^

Zaintrygował mnie ten tekst. Niecodzienną formą, językiem narratora: “Krople deszczu wesoło po niej zjeżdżały, prosto do kałuż. Tak pomyślałem, wesoło, bo przypominały ludzi w parku wodnym. Ziu, skręt, ziu i na dole, po zabawie. Wymagali od nas zwracania uwagi na detale“ – <3 piękne.

Jednocześnie, lektura niewidzialnych jest wysoce deprymująca. Jak może się podobać coś, czego nie rozumiemy? Z drugiej strony, czy z męskim zafascynowaniem kobiecością, nie jest podobnie ;D?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki @Nevaz za chęć skomentowania.

Może z tym zrozumieniem jest jak z pewnym plemieniem Indian, które miało zasadę, że jak ktoś pyta, to trzeba odpowiadać, nieważne czy się znało odpowiedź czy nie ;)

 

pzdr

\˚ㄥ˚\

 

Nowa Fantastyka