- Opowiadanie: Silva - Strach we krwi

Strach we krwi

Temat wampirów jest już co prawda wyświechtany na wszelkie możliwe sposoby, ale mimo wszystko dokładam do niego swoją cegiełkę.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Finkla, bemik

Oceny

Strach we krwi

Jaki był Hans? Gdy zetknąłem się z nim i jego grupą po raz pierwszy, moja opinia mogła być jedynie taka, jak wszystkich pozostałych, ponieważ kształtowały ją tylko niewiarygodne plotki oraz częsty widok krzywych, niechętnych spojrzeń rzucanych kontrowersyjnemu łowcy. Wszyscy pracowaliśmy w jednym zawodzie, ale on wyróżniał się, nie tylko metodami, ale i samym podejściem do naszych ofiar – a tą postawą nasiąkali ci, którzy gromadzili się wokół niego. Wtedy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek znajdę się pośród nich i gdyby ktoś mnie zapytał, zapewne ze wstrętem odrzuciłbym od siebie taką możliwość, tak zła otaczała go sława. Szybko zresztą przekonałem się, dlaczego.

Pierwsze większe łowy w mojej karierze odbyły się w pewnym nadrzecznym miasteczku. Bractwo dowiedziało się, że poprzez tę niepozorną osadę wampiry dostawały się do dużych miast na wschodzie i południu, spływając barkami z nurtem rzeki albo dołączając do karawan handlowych. Dysponowaliśmy informacją, że przebywa tam co najmniej parę wampirów oczekujących na transport. Na miejscu było już paru myśliwych: wśród nich ze dwóch samotników i Hans z kilkoma ze swoich ludzi. Liczebnością na pewno przewyższaliśmy nasze ofiary, ale od początku stało się jasne, że nie będzie to wspólne polowanie. Mimo tego łowy były udane i trwały jeszcze następne dwie noce, aż mogliśmy bezpiecznie uznać, że wytępiliśmy wszystkie szkodniki. Byliśmy zmęczeni, więc zostaliśmy w mieścinie na kolejną dobę, aby odetchnąć i nacieszyć się uznaniem mieszkańców. Wówczas tej, trzeciej z kolei, nocy ­– okazało się, że grupa Hansa wcale nie zabiła wampirów, które podobno upolowali.

W tym czasie bawiłem w oberży nad brzegiem rzeki, i dopiero nagłe wtargnięcie jakiegoś zziajanego mężczyzny uświadomiło mi oraz wszystkim obecnym, że coś się dzieje. Nie pamiętam nawet, co dokładnie ów człowiek zawołał – ale wszyscy, łącznie ze mną, poderwali się z miejsc. Wyszliśmy na zewnątrz, a wtedy dotarło do naszych uszu niedalekie wycie, zwierzęce, przenikliwe, jeżące włos na karku. Nad dachami budynków widniała pomarańczowa łuna jak od pożaru. Przyspieszyłem kroku, przepychając się między zadziwionymi i zaniepokojonymi ludźmi, pełen złych przeczuć.

Centrum zamieszania stanowił wielki plac w pobliżu ratusza. W samym środku płonął ognisty krąg, do którego stale dorzucano drew, a wewnątrz miotały się dziko i gwałtownie sylwetki podobne do ludzkich. Choć już domyślałem się, do kogo należały, nie przyniosło mi to większej ulgi. Wrzeszczały, nie mogłem jednak rozeznać, czy głośniej w ich krzykach brzmiał ból, czy wściekłość, czy jakaś zupełnie nieludzka, a zwierzęca albo nadprzyrodzona emocja. Za płomieniami krążyły ciemne postaci kilku łowców, dbając o utrzymywanie żaru i, jak się spodziewałem, pilnowanie, aby żaden z wampirów nie zdołał umknąć z ognistej kaźni. Pod ścianami budynków otaczających plac zebrały się tłumy gapiów, w rozbudzonym szale wydających z siebie tryumfalne, nienawistne okrzyki.

Przybyłem akurat na czas, by zobaczyć, jak jeden z krwiopijców zdobył się na skok przez trawiące go płomienie. Tłum zaryczał jeszcze głośniej, najbliżsi łowcy jakby tylko na to czekali; ruszyli za uciekinierem, przebiwszy go włócznią zaledwie kilkadziesiąt kroków od kręgu. Jeszcze jedną wbili w płonące, zwęglające się ciało, a następnie powlekli po bruku, z powrotem do ognia. Wampir nie przestawał desperacko się szamotać, nawet kiedy został ponownie wepchnięty w żar. Czułem, że wystarczy mi tego widoku i już chciałem odejść, kiedy dostrzegłem Hansa.

Słyszałem już wcześniej głosy, jakoby Hans miał żywić nieprzejednaną, głęboką nienawiść wobec wampirów, nawet żądzę zemsty za – być może – jakieś straszliwe krzywdy, których doznał od nich w przeszłości. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie, by zrozumieć, jak dalece mylili się ludzie powtarzający takie spekulacje. Siedział przy stole wystawionym przed jedną z jadłodajni, swobodnie i luźno rozparty na przechylonym pod kątem krześle, wyprostowane nogi opierając butami o starty od szorowania blat. Dłonie trzymał przy ustach, zapalając wetkniętą między wargi fajkę, tak dalece pochłonięty tą czynnością, że nawet nie patrzył na rozgrywające się przed nim widowisko. Twarz miał rozluźnioną, lekko uśmiechniętą, przepełnioną zadowoleniem, w pewien sposób – to właśnie słowo przyszło mi do głowy – sytą.

Nie siedział tam sam. Obok wiercił się na krześle dobrze ubrany jegomość, w którym rozpoznałem burmistrza, choć nie widziałem wcześniej, by miał tak nerwowe ruchy. Było tam też paru łowców, a uwijał się przy nich gospodarz knajpy, stale dolewając towarzyszom Hansa do pełna. Jednak sam przywódca bandy najwidoczniej nie był zainteresowany piciem, bo na blacie, obok kapelusza, stał nienapoczęty jeszcze kufel piwa. Podchmieleni myśliwi często oglądali się na ogień i wybuchali śmiechem, ale kiedy ich obserwowałem, Hans ani razu nie spojrzał w tamtą stronę. Zdawało się, że euforia ludzkiej masy, ta wezbrana, spieniona fala emocji nie wywierała na niego żadnego wpływu; był niewzruszony niczym głaz wobec nurtu rzeki.

Do dziś nie wiem, czemu postanowiłem tam podejść. Nie tłukły się we mnie żadne słowa, które mógłbym im – jemu – powiedzieć, nie potrzebowałem też się zbliżać, bo dobrze ich widziałem ze swego miejsca. Coś jednak sprawiło, że ruszyłem do przodu, a parę kroków później stanąłem przed stołem. Pijący łowcy z początku niczego nie zauważyli, ale Hans od razu obrócił spokojnie głowę ku mnie, czego w duchu się spodziewałem. Natomiast burmistrz niemal podskoczył na siedzeniu i obejrzał się nerwowo, zaskoczony moim widokiem.

– Witam kolegę po fachu – odezwał się Hans przyjacielskim tonem, na chwilę wyciągając fajkę z ust. Spoglądał na mnie z uśmiechem, który określiłbym jako życzliwy, może też uprzejmie zaciekawiony. – Łowy były pomyślne?

Na jego policzki padał drżący, pomarańczowy blask ognia, podczas gdy rzężenia wampirów uwięzionych w płonącym kręgu nie ustawały. Gładka wciąż twarz zdradzała, że mógł mieć co najwyżej trzydzieści parę lat. Czarne włosy były zaczesane z przedziałkiem po boku, lekko zwichrzone nad czołem. Był przystojny; być może na tym opierał się fundament jego niezachwianej pewności siebie, widocznej już na pierwszy rzut oka. Rysy miał charakterystyczne, a mimo to dobrze współgrające ze sobą: szerokie brwi, kwadratową szczękę, nos z lekkim garbem i wystające kości policzkowe. Wszakże pewna cecha wyglądu szczególnie przykuwała uwagę, a mianowicie ciemne oczy, z jednej strony błyskające iskrami jakiejś niepokojącej wesołości, a z drugiej – niemal całkiem nieruchome, wpatrujące się w rozmówcę bez mrugnięcia powieką.

W tamtym momencie usiłowałem wyrobić sobie finalną, ostateczną ocenę tego człowieka, przejrzeć na wskroś ten znudzony uśmiech, to pozornie obojętne spojrzenie, jakby w głębi rozbawione jakąś myślą, nie mającą nic wspólnego z rozgrywającymi się tuż obok scenami. Nigdy jednak nie należałem do osób, które łatwo wydają wyroki. Myślę, że to dlatego tam zostałem, niejako wbrew sobie podejmując rozmowę.

– Co tutaj się dzieje? – To pytanie samo wymknęło się z moich ust. Na plecach czułem ciepło ognia, w uszach dzwoniły nieludzkie wycia. Hans uniósł brwi do góry w wyrazie zdziwienia i wychylił się, by poprzez mnie zerknąć na płomienie, jakbym do tej pory zasłaniał mu widok.

– A, to? – zapytał ze spokojem. – To odrobina rozrywki po pracy. Przyznasz sam, kolego, że należy nam się chwila odprężenia po wyczerpującym polowaniu. Napijesz się z nami?

Nie podobały mi się jego słowa i w gruncie rzeczy chciałem odejść, ale zdawałem sobie sprawę, że w każdym punkcie miasteczka będę widział łunę i słyszał te krzyki. Niczego by to nie zmieniło, więc usiadłem przy stole. Gospodarz zaraz postawił przede mną napełniony kufel. Burmistrz milczał, splecione dłonie opierał o blat, poruszając palcami jak w niepowstrzymanym tiku; spojrzenie jego rozbieganych oczu przemykało w kółko między mną, Hansem, łowcami i ognistym kręgiem.

– Od niedawna w zawodzie? – wypytywał Hans z uprzejmym zainteresowaniem. Wsunął fajkę z powrotem między wargi.

Skinąłem głową w odpowiedzi, po czym przedstawiłem się mrukliwie. Łowca wychylił się do przodu, uniesione wcześniej w powietrze dwie nogi krzesła stuknęły o bruk i uścisnęliśmy sobie dłonie. Nawet nie zerknął na swój napitek, ale widząc, że ja jeszcze nie zacząłem pić, wyraził zmartwienie owym faktem. Machinalnie podniosłem kufel do ust. Piwo było chłodne i gorzkie. Bijące z tyłu gorąco sprawiało, że koszula na plecach wilgotniała od potu.

– Właśnie gawędziliśmy sobie z panem burmistrzem – oznajmił Hans – na temat tego, jak należałoby postąpić wobec winnych ukrywania i przemycania wampirów. Cieszę się, że to już nie nasza, łowców, praca!… Zupełnie nie interesują mnie te biurokratyczne, prawne sprawy. Nie umniejszam przy tym ich wagi, rzecz jasna – rzucił niedbale w stronę burmistrza, który i tak był zbyt przerażony, by uważnie słuchać. – Nie mogą jednak równać się z dreszczem pogoni, adrenaliną polowania, a przede wszystkim ekstazą, gdy wreszcie dopada się ofiarę. Nieprawdaż?

To pytanie skierował w moją stronę. Odniosłem wrażenie, że wcale nie zależy mu na uzyskaniu potwierdzenia i wszystko mu jedno, co o tym myślę, a podtrzymuje dyskusję tylko dla zabicia czasu. Nie wiem, na ile te przeczucia były prawdziwe. Mimo tego nie zamierzałem przyjmować w rozmowie biernej roli. Przyznaję, że narosła we mnie chęć konfliktu z tym człowiekiem, starcia się z nim na argumenty, choćbym miał po kryjomu występować przeciwko własnym poglądom.

– Łowy rzeczywiście trzymają w napięciu – odpowiedziałem – ale nie wiem, jaki w nich sens, jeżeli nie kończą się natychmiastową śmiercią ofiary.

Hans uśmiechnął się szerzej, jakby moja odpowiedź sprawiła mu przyjemność. Rozmowa toczyła się tylko między nami dwoma; inni łowcy przy stole nie wdawali się w dyskusję, nawet nas nie słyszeli, rozprawiając o czymś głośno w pijackim ożywieniu, natomiast pobladły zarządca miasteczka był jedynie milczącym świadkiem.

– Łowy to jedno, ale nie robimy tego przecież jedynie dla własnej satysfakcji. – Odchylił się w krześle, zataczając ręką szeroki łuk, jak gdyby chciał nią objąć cały rozwrzeszczany, podniecony motłoch. – Popatrz tylko na tych ludzi, kolego. Czy zdajesz sobie sprawę, w jakim strachu żyli do tej pory? Dla nich każdy samotny, nocny spacer mógł okazać się ostatnim… Nie było nocy, by ktoś nie umarł, czy to ojciec, matka, brat, sąsiad albo znajomy. Czy nie mają prawa, by na własne oczy zobaczyć konanie potworów, które ich porywały i pożerały? Jak inaczej pozbędą się tego strachu, który tak głęboko się w nich zagnieździł?

Podmuchał parę razy w ustnik fajki, by rozżarzyć tytoń. Podniósł na mnie spojrzenie; jego oczy były ciemne niczym tafla głębokiego jeziora.

– Właśnie… strach. – Podkreślił to słowo z wyraźnym zadowoleniem w głosie. – Czymże jest odwieczna walka pomiędzy rodzajem ludzkim a tym plemieniem pijawek, jak nie nieustannym pojedynkiem woli, kładzeniem na szali naszego strachu przeciwko ich strachowi, naszej bezwzględności przeciwko ich drapieżności? Okaż słabość, a rozszarpią cię na strzępy; tak to działa. Jedno mogę ci powiedzieć, kolego: jeżeli czujesz się ofiarą, to już przegrałeś. Rozumiesz więc, dlaczego to tak ważne, aby wyprowadzić tych ludzi z roli ofiar.

Przemawiał ze swadą, z jakimś pociągającym urokiem, z którego początkowo nie zdawałem sobie sprawy, a który czynił jego słowa tak kuszącymi. Nie wątpiłem też, że całkowicie wierzył w to, co mówił – nie były to wymówki mające usprawiedliwić jego czyny, ale osądy wypływające z głębokiego przekonania. Niezachwiana pewność, z jaką snuł swą mowę, nie mogła nie udzielać się słuchaczom. Wciąż jednak nie byłem skłonny przyznać mu całkowitej racji, chciałem znaleźć punkt zaczepiania, lukę w rozumowaniu, którą mógłbym wskazać i przez to nim zachwiać, ale nie potrafiłem sformułować odpowiedniego kontrargumentu. Co mi bowiem pozostało – twierdzić, że jego metody są zbyt skrajne jak na potrzeby, które przedstawił? Czy też stawiać śmiałe hipotezy, że istnieją lepsze sposoby na zduszenie w ludziach strachu przed wampirami? Nigdy wcześniej nie rozważałem takich problemów; zabijałem wampiry tak, jak lekarz dławi chorobę w ciele pacjenta – nie czując do niej sentymentu ani nigdy nie biorąc w obronę.

Na tym rozmowa praktycznie się zakończyła. Nie pamiętam nawet, co wtedy odpowiedziałem, ale Hans, z fajką wetkniętą między wargi, uśmiechnął się tryumfalnie kątem ust, uznawszy, że wygrał tę małą debatę. Dopiłem ciepłe już piwo, wstałem, wciąż czując na plecach gorąco ognia, i zbierałem się do odejścia. Nie chciałem jednak pozostawiać rozgrywających się tuż obok wydarzeń bez komentarza, więc rzuciłem niedbałym tonem, by Hans nie pomyślał, że jego okrutna zabawa wywiera na mnie wrażenie:

– Twoje przedstawienie ma się już ku końcowi, będę więc się zbierał. Zresztą… sądzę, że nie gustuję w tego typu rozrywce.

– Ku końcowi? – powtórzył, śmiejąc się cicho pod nosem. – Ależ skąd. Spodziewam się, że wytrzymają do rana. Wampiry są bardziej odporne na ogień, niż ci się wydaje, przyjacielu…

Patrzył na mnie z iskrami rozbawienia w oczach, z ciekawością oczekując mojej reakcji. Postanowiłem nie dać mu tej satysfakcji; skinąłem tylko sztywno głową na pożegnanie, nasadziłem kapelusz i odszedłem bez słowa, nie spoglądając w stronę płomieni ani się nie oglądając. Hans miał rację – jeszcze do świtu słyszałem echa skowytów, zanim nad miasteczkiem zapadła cisza.

Nie miało to jednak być nasze ostatnie spotkanie.

Po tamtych wydarzeniach pracowałem z reguły sam, wędrując po kraju i likwidując wampiry, które – podobnie jak ja – polowały samotnie. W czasie tej tułaczki natknąłem się na informację o niepokojących incydentach, jakie zdarzały się regularnie w nieodległej wsi. Mianowicie paru hodowców drobiu zarzekało się, że właściciele tamtejszego dworku czynili duże zamówienia na żywy inwentarz, ponadto kiedyś, jeśli wierzyć plotkom, zaginęło dziecko – na szczęście odnaleziono je żywe, ale z dwoma drobnymi rankami na szyi. Postanowiłem się tam udać i sprawdzić, czy rzeczywiście zagnieździł się tam wampir.

Gdy dotarłem na miejsce, zapadał już zmrok. Wybrałem się od razu w najbliższe okolice dworku, najpierw chcąc popatrzeć na zabudowania i wyrobić sobie zdanie o tamtejszych mieszkańcach. Pierwszą oznaką, że powinienem mieć się na baczności, była panująca tam cisza i nienaturalny spokój. Nie mogłem dostrzec w obejściu żywej duszy, zacząłem więc sądzić, że dwór jest opuszczony. Kiedy jednak powziąłem decyzję, aby się zbliżyć i wejść do środka, zza rogu wyszedł starszy mężczyzna. Nie zauważył mnie; przeciął na wskroś niewielki sad przylegający do dworku, wystawiając się przy tym na ostatnie promienie zachodzącego słońca. Upewniło mnie to, że był człowiekiem, ale też nie spodziewałem się od razu natknąć na wampira.

Zastanawiałem się, czy powinienem złożyć gospodarzom wizytę, czy raczej zaczekać do nocy i obserwować, czy coś pojawi się w pobliżu dworu. Z plotek wynikałoby, że to właśnie dworek jest kryjówką upiora, uznałem więc, że rozsądniej będzie na razie nie zdradzać swej obecności. Wyszukałem dogodne miejsce pomiędzy krzewami, gdzie osłaniała mnie roślinność, a rozciągał się dobry widok na budynek od jego północno-wschodniej strony. W jednym z okien dostrzegłem słabe, drżące światełko, ale poza tym budynek pogrążony był w mroku.

Czaiłem się tak całą noc, a także następną, i kolejną, dla rozgrzania się pociągając czasem łyk wina z manierki. Nie działo się nic interesującego, nie widziałem też, by ktokolwiek kręcił się wokół posiadłości po zmroku. Za dnia szedłem do okolicznych wiosek, aby wypytywać dyskretnie o dziwne zjawiska dotyczące dworku i zwyczajów jego właścicieli, ale wieśniacy okazywali się niezbyt rozmowni. Miałem wręcz wrażenie, że jestem traktowany jak intruz, którego chcieliby się jak najszybciej pozbyć.

Moja cierpliwość opłaciła się czwartej nocy. Była ona najzimniejsza i najbardziej przykra ze wszystkich, jakie spędziłem na czuwaniu, ponieważ niecałe dwie godziny po zapadnięciu zmroku nadeszła lepka, wilgotna mgła. Posiadłość stała się niewyraźnym cieniem pośród mroku, rozświetlana jak zwykle pojedynczym ognikiem za oknem. Wtem zdało mi się, że dosłyszałem gdzieś z boku szelest listowia, tak cichy, że gdybym nie miał wyczulonego doświadczeniem ucha, nie zwróciłbym nań uwagi.

Obejrzałem się w tamtą stronę. Nie dostrzegłem nikogo wśród najbliższych zarośli, ale wcale nie przekonało mnie to, że nikogo tam nie ma. Ostrożnie zdjąłem karabin z pleców i zacząłem się skradać na ugiętych nogach, choć wiedziałem dobrze, że dla człowieka – nawet łowcy – niemożliwym jest podejść niepostrzeżenie wampira. Co parę kroków przystawałem i nasłuchiwałem. Rzeczywiście, nie przesłyszałem się wcześniej – szelesty powtórzyły się,  delikatne niczym szepty. Na myśl nasunęło się skojarzenie ze szmerem materiału sunącego po listowiu. Chwilę później zdało mi się, że słyszę łagodny, cichy śmiech.

W tym momencie odczułem, że to, co było przyczyną odgłosów, bawiło się ze mną, oddalało się bowiem ode mnie, jakby chciało, bym za nim podążał. Zawahałem się; jeśli był to wampir, a zachowywał się tak frywolnie w obliczu zagrożenia ze strony łowcy, musiał być albo niezwykle zadufany w sobie, albo wystarczająco stary i przebiegły, by nie obawiać się pojedynczego myśliwego. Druga opcja wydawała mi się bardziej prawdopodobna, a jednak poszedłem dalej, ściskając broń w dłoniach, przygotowany na atak w każdym momencie. Tajemnicza istota wyprowadziła mnie na brzeg niewielkiego jeziorka; światło księżyca odbijało się w wodzie, prześwietlając pasma mgieł zawisłe nad ciemną taflą. Wyprostowałem się i podszedłem bliżej, nie spuszczając spojrzenia z postaci, która znajdowała się na przeciwległym brzegu.

Była to kobieta. Księżycowa poświata padała na jej jasne oblicze, oprawione falami długich, ciemnych włosów, które zdawało się pałać w mroku własnym blaskiem. Widok tej twarzy był dla mnie tak uderzający, że mimowolnie opuściłem broń, nawet wobec faktu, że niewątpliwie miałem przed sobą wampirzycę; zdradzały to nienaturalna bladość i kontrastująca czerwień warg, na których błyskały widoczne kły. Uśmiechała się z rozmarzeniem, jak ktoś, kto myślami przebywa w innym miejscu i czasie. Spojrzenie jej ciemnych oczu pozostawało półprzytomne, choć zdawała się patrzeć wprost na mnie. Nosiła bogato zdobioną, długą do ziemi suknię, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że była mieszkanką dworku.

– Zgubiłeś się? – zapytała melodyjnym, cichym głosem. Stałem, nie mogąc wykrztusić ani słowa, wpatrzony w jej twarz. Myśli szaleńczo przebiegały mi po głowie: że to wyobraźnia płata mi figle, próbując w tej zamglonej ciemności nadać wampirzycy znajomych rysów. Im dłużej jednak na nią patrzyłem, tym bardziej upewniałem się, że pierwsze wrażenie mnie nie omyliło. – Dzieci często się gubią w tym lesie… Potrzebujesz pomocy? Odprowadzić cię do domu?

Ocknąłem się na te słowa. Przemawiała melancholijnie, sprawiała wrażenie nieobecnej, a jej pytania sugerowały, że wcale nie domyślała się mojej profesji. Nawet jeśli sądziła, że ma do czynienia ze zwykłym człowiekiem, zachowywała się nader osobliwie. Podniosłem broń, ale zaraz znowu ją opuściłem. Patrzyłem z niedowierzaniem, próbując się przekonać, że podobieństwo jest tylko przypadkowe.

– Noc jest zimna… – mówiła dalej, z uśmiechem odsłaniającym spiczaste zęby. – Czemu błąkasz się po lesie? Rodzice na pewno się martwią…

Uformowało się już we mnie pytanie i właśnie otwierałem usta, aby je zadać, kiedy nagle przyłożyła palec do warg i pokręciła głową, a jej wzrok przesunął się na las za moimi plecami. Teraz dotarły do mnie odgłosy gwałtownego przedzierania się przez zarośla, które wcześniej jakimś cudem umykały mojej uwadze. W ciemności kołysał się żółty ognik lampy, dosłyszałem też czyjeś mamrotanie. Nadchodziło dwóch ludzi: jeden z nich trzymał lampion i próbował nadążyć za towarzyszem, który niemal biegł. Zastygłem w bezruchu, przeczuwając, kto się zbliża.

I nie pomyliłem się – stanęliśmy twarzą w twarz z Hansem.

Zatrzymał się na mój widok jak wryty. Jego twarz – tak uderzająco podobna do twarzy kobiety po drugiej stronie jeziorka – najpierw wyrażała zaskoczenie, a potem, przez krótką chwilę, przemknął po niej cień ostatniej z emocji, jakiej bym się po nim spodziewał: strachu.

– Ty…? – wykrztusił, rozpoznawszy mnie.

Zdaje się, że trochę go to uspokoiło, ale patrzył na mnie wciąż nieufnie i z napięciem. Skinąłem tylko głową. Mierzył mnie wzrokiem jeszcze przez parę sekund, po czym przeszedł obok – wciąż jednak oglądając się z podejrzliwością w oczach – i ruszył brzegiem jeziorka ku stojącej wciąż w miejscu wampirzycy, przyglądającej się całej sytuacji z mglistym zainteresowaniem. Tymczasem przytruchtał do nas ów starszy człowiek, którego widziałem pierwszego dnia, zasapany, bo z powodu wieku nie mógł nadążyć za Hansem; pochylił się wpół, próbując złapać oddech. Był zupełnie innej postury niż Hans i ta kobieta, choć nie przyglądałem mu się dokładniej, bo moją uwagę skupiało to, co działo się na drugim brzegu.

Hans podszedł powoli do wampirzycy i wyciągnął do niej rękę.

– Wracamy, mamo – mruknął, patrząc gdzieś w ziemię.

Włożyła swoją dłoń w jego. Pozwoliła się poprowadzić z powrotem na brzeg, gdzie staliśmy ja i zasapany staruszek. Hans unikał mojego wzroku, nie odezwał się nawet słowem, kiedy przechodzili obok. Starszy mężczyzna – raczej nie krewny, może zaufany służący – spoglądał na mnie z rezerwą, niby przypadkiem stając pomiędzy mną, a Hansem i jego matką, a potem stale rzucał mi z ukosa spojrzenia, gdy wracali do dworku.

Przez kilka długich chwil nie ruszałem się z miejsca, po czym – choć w ogóle nad tym nie myślałem – podjąłem decyzję i poszedłem za nimi. Nikt tego nie skomentował, co nie znaczyło, że podróż upływała w ciszy; słyszałem, jak kobieta mówi coś swoim rozmarzonym, opadającym jak fala głosem, a Hans z rzadka jej odpowiada, nie rozróżniałem jednak słów.

W taki oto sposób powróciliśmy do posiadłości. Pierwsi przekroczyli próg Hans z matką, a ponieważ łowca nie powiedział nic na temat tego, czy życzy sobie mojej obecności czy nie, staruszek zawahał się, ale nie zamknął mi drzwi przed nosem; jedynie nakazał zostawić broń przy wejściu, co też uczyniłem. Czułem, że nie byłem zaproszonym gościem, ale też niekoniecznie niechcianym. Czekałem w holu, przyglądając się ścianom pogrążonym w ciemności, ledwie rozpraszanej przez wpadające przez okna promienie księżyca. Starszy mężczyzna, mrucząc coś pod nosem, poszedł po kaganek, choć odniosłem wrażenie, że – jak ktoś dobrze obeznany z mrokiem – wcale nie potrzebował światła, by widzieć.

Hans wrócił już sam. Rzucił mi przelotne spojrzenie; na jego twarzy wciąż widziałem napięcie, ale tym razem także niepewność. Milczał przez chwilę, zdawało się, że chce coś powiedzieć, ale nie mógł tego z siebie wydusić. W końcu potrząsnął głową i gestem zaprosił mnie do sali jadalnej. Gdy tam weszliśmy, zajął się zapalaniem świec w świecznikach – uznałem, że po to, aby dalej odwlec konieczność rozmowy. Gdy cisza się przedłużała, postanowiłem wreszcie się odezwać.

– Jesteście bardzo podobni.

Drgnął i obejrzał się na mnie przez ramię. Po chwili jego wzrok zbłądził na stół, jakby rozmyślał nad tymi słowami, po czym dał spokój pozostałym świecom i podszedł do jednego z krzeseł. Nie usiadł; chwycił dłońmi oparcie, przechylił się lekko, wpatrując w drżące płomyczki najbliższego świecznika.

– Pewnie żałośnie to wygląda, co? – odezwał się niespodziewanie tonem żartu, a kiedy ponownie na mnie spojrzał, przypominał Hansa z tamtego miasteczka: uśmiechniętego, pewnego siebie silnego mężczyznę. Prawie bym się nabrał, gdyby tak mocno nie zaciskał dłoni na oparciu krzesła ani nie kołysał się lekko na piętach. – Po tym wszystkim, co ci wtedy naopowiadałem, wychodzi na jaw, że moja własna matka jest wampirem. Ironicznie, co?

Nie odpowiedziałem, co musiało go trochę wytrącić z równowagi, bo usta zaczęły mu drżeć; na przemian kąciki ust opadały i znów się wznosiły w próbie utrzymania zawadiackiego uśmiechu.

– Mam szczęście, że wymknęła się akurat wtedy, kiedy to ty kręciłeś się w pobliżu. Już od początku wydałeś mi się… – Zawahał się i jestem pewien, że zmienił słowo, które zamierzał wypowiedzieć. – …Wyrozumiały.

– Nie wiem, czy odebrać to jako komplement, czy obelgę.

Nie umiem powiedzieć, skąd brał się chłód w moim głosie, ani dlaczego umyślnie pozostawiałem Hansa w niepewności co do moich zamierzeń. Domyślam się przyczyny – mogła to być chęć dania mu małej nauczki, odegrania się za naszą pierwszą rozmowę. A może złość za to, co robił i mówił jako łowca, będąc jednocześnie synem wampirzycy. W pewien sposób czułem się przez niego oszukany, bo naprawdę uwierzyłem, że całkowicie i absolutnie gardzi wampirami.

Zaśmiał się nieco nerwowo. Zaprzestał już prób uśmiechu, ale tym razem nie odwracał wzroku.

– Dobrze, przyznam, że do niedawna byłoby to z mojej strony obelgą.  Teraz… teraz byłbym skłonny zmienić zdanie. – Rzucił mi spojrzenie z ukosa. – Tak, wiem, że to bez sensu… że kiedy stała się wampirem, to praktycznie tak, jakby umarła, ale…

– Jest twoją matką – przytaknąłem niby wyrozumiale. – A ile takich matek zamęczyłeś?

Potrząsnął gwałtownie głową, puszczając oparcie krzesła, i zaczął przechadzać się w tę i z powrotem, a na ścianie tańczył jego cień. Patrząc wtedy na niego, nie czułem ani współczucia, ani litości, jedynie zimną złość.

– To nie tak, to… ona… – Westchnął, sięgnął dłonią do głowy i przetarł palcami nerwowo włosy.

– Nie zawsze była wampirzycą?

– Nie. Jeszcze podczas mojego dzieciństwa była zwykłym człowiekiem. Ale pewien wampir… pożywiał się na niej przez całe lata. Doprowadził ją tym do ciężkiej choroby i… pomieszania zmysłów. – Unikał mojego wzroku, gdy to mówił. – Przeżyła, ale sama stała się jedną z nich. A tym wampirem był mój ojciec.

Zapadła długa chwila milczenia. Dopiero teraz sobie uświadomiłem, że starszy służący gdzieś zniknął, a może w ogóle nie wchodził do jadalni. Patrzyłem na Hansa, który uparcie wpatrywał się w płomienie świec na świeczniku.

– Mój ojciec – powtórzył – był tutejszym właścicielem ziemskim. Upatrzył sobie moją matkę i sprowadził ją tutaj, otumaniając za pomocą swoich mocy, by była mu towarzyszką i jednocześnie zasobem pożywienia. Niedługo potem narodziłem się ja. – Przez parę sekund dobierał kolejne słowa. – Pewnie cię nie zdziwi, że nie był dobrym ojcem. Kiedy byłem jeszcze małym dzieckiem, powiedział mi, że niedługo spróbuje mojej krwi. Wyobrażasz sobie, że nie dostrzegałem w tym nic złego? Widziałem przecież, jak pożywiał się moją matką, a ona, zauroczona przez jego moce, nie stawia żadnego oporu. Byłem tylko dzieckiem, a dziecko nie chce rozczarować swoich rodziców, jacy by nie byli.

Słuchałem, pozwalając mu mówić, bez przerywania żadnymi uwagami ani zbędnymi wtrąceniami.

– Wręcz czekałem na ten moment, kiedy będę mógł oddać krew, a przez to zyskać uznanie ojca. Ale… – uśmiechnął się gorzko  – …kiedy ta chwila już nadeszła, nie był zadowolony. Ani trochę. Okazuje się, że krew mieszańca wampirom wyjątkowo nie smakuje. Do tego stopnia, że zwymiotował wszystkim, co wypił wcześniej. Widzisz tę scenę? Wszystko we krwi, przerażony parolatek i rozsierdzony, głodny wampir. Rzuciłby się na mnie i rozerwał na strzępy, gdyby nie obroniła mnie moja matka.

Wyciągnął dłoń do świecznika i zaczął drapać zaschłą plamę wosku na srebrze. Wzrok miał zamyślony i obojętny.

– Ledwie to przeżyła. To po tym… zajściu… podupadła na zdrowiu. Przeze mnie. Po tym wszystkim ojciec opuścił posiadłość, ale przed odejściem pogroził mi, że wróci i wtedy rozprawi się ze mną. Bo, jak powiedział, jestem jego ofiarą. – Podniósł na mnie wzrok; jego uśmiech nabrał cynicznego wyrazu. – W tym się pomylił. Nie ja byłem jego ofiarą, ale on moją.

Siedziałem w milczeniu, nie wiedząc, co rzec na to wszystko. Gniew już wyparował i nie jestem pewien, co pozostawił za sobą. Może było jeszcze za wcześnie, abym żałował Hansa, ale formowało się we mnie zrozumienie dla niego. Zaczynałem pojmować, jaki strach musiał w nim budzić jego własny ojciec. Postanowił walczyć z tym strachem za pomocą wszystkiego, co sprawiało, że nie czuł się bezbronną ofiarą. Teraz w innym świetle postrzegałem jego słowa z naszej pierwszej rozmowy.

– A ona? Boisz się jej? – zapytałem cicho.

Drgnął i spojrzał na mnie spłoszony, wyraźnie nieprzygotowany na to pytanie. Pomimo pomarańczowego blasku świec jego twarz wydała mi się bledsza.

– Miałbym się bać własnej matki?

– Tego, czym się stała – uzupełniłem.

Poruszył ustami, jakby chcąc coś powiedzieć, ale nie wydobył z siebie żadnego dźwięku. Przy drugiej próbie udało mu się powiedzieć:

– To nieważne. Jestem jej coś winien.

Te słowa najwyraźniej pomogły mu się przełamać, bo ruszył ku mnie zdecydowanym krokiem i chwycił za ramiona, patrząc w oczy z powagą i determinacją.

– Widzę, że nie jesteś taki, jak większość łowców. Nie taki, jak ja – przyznał z gorzką autoironią. – Nie będę cię okłamywał. Na twoim miejscu nie okazałbym pobłażliwości. Więc tym trudniej… przychodzi mi… o nią prosić.

Potrafiłem docenić jego szczerość. Hans zresztą nie wiedział, że decyzję podjąłem już wcześniej, zanim jeszcze przekroczyłem próg dworku – podjąłem ją tam, nad brzegiem jeziora, kiedy opuściłem broń.

Po tej nocy nawiązała się między nami nić porozumienia, prawdziwego, nie tylko zwykłej znajomości. Zmieniła w znaczący sposób życie zarówno moje, jak i jego, ale to temat na inną opowieść. Chcę powrócić do mojego pytania: jaki był więc Hans?

Odpowiedzieć mogę jedynie następująco. Hans miał wiele bardziej i mniej wyrazistych cech – jak zresztą każdy – ale jedna z nich była najważniejsza i w moich oczach definiowała go: jego uczciwość. Zarówno wobec siebie, jak i innych, choć mógł przy tym być okrutny i nieubłagany. Nie oszukiwał nikogo, nawet – a może w szczególności – samego siebie. Zdawał sobie sprawę, że żyje wyuczonym w dzieciństwie, nabytym we krwi strachem, ale zamiast zaprzeczać temu, próbował z nim walczyć. Zdobył tym moje uznanie.

Jego historia jeszcze się nie zakończyła – a ja będę w pobliżu, by móc być jej świadkiem.

Koniec

Komentarze

Faktycznie, temat stary jak świat, ale udało Ci się dodać jakiś nowy element.

Czytało się całkiem przyjemnie, tekst nieźle napisany. Bohaterowie mają jakieś tam osobowości.

Słabiej z kompozycją – pierwsza połowa tekstu jest bardzo statyczna. Ot, w tle palą się schwytane wampiry, na pierwszym planie gawędzą łowcy. Niewiele się dzieje, trudno liczyć na zaskoczenia. Nie zachęcasz czytelnika. Myślę, że warto byłoby skrócić tę część. Druga połowa o wiele ciekawsza, tam już się dzieje.

W tym czasie bawiłem w oberżynie nad brzegiem rzeki,

Zapewne chodziło o marną lub małą oberżę, ale najpierw pomyślało mi się o bakłażanie. ;-)

Babska logika rządzi!

No tak, o wampirach napisano już chyba wszystko i w każdy możliwy sposób. A jednak Tobie, Silvo, udało się stworzyć opowieść odbiegająca nieco się od tradycyjnych, wytartych wzorów, zajmującą i całkiem satysfakcjonującą.

Wykonanie, choć całkiem przyzwoite, moim zdaniem, mogłoby być nieco lepsze. 

 

po­nie­waż kształ­to­wa­ły ją je­dy­nie dzi­kie, nie­wia­ry­god­ne plot­ki… – Na czym polega dzikość plotek?

 

czę­sty widok skrzy­wio­nych, nie­chęt­nych spoj­rzeń… – Czy na pewno skrzywione spojrzenie?

Pewnie miało być: …czę­sty widok krzy­wych, nie­chęt­nych spoj­rzeń

 

w pew­nym nad­rzecz­nym mia­stecz­ku. Brac­two do­wie­dzia­ło się, że po­przez tę nie­po­zor­ną mie­ści­nę wam­pi­ry do­sta­wa­ły się do du­żych miast na wscho­dzie i po­łu­dniu, spły­wa­jąc bar­ka­mi z nur­tem rzeki albo do­łą­cza­jąc do ka­ra­wan han­dlo­wych. Dys­po­no­wa­li­śmy in­for­ma­cją, że w mia­stecz­ku prze­by­wa co naj­mniej parę wam­pi­rów ocze­ku­ją­cych na trans­port. W mie­ści­nie było… – Powtórzenia.

 

Choć już do­my­śla­łem się, do kogo na­le­ża­ły, nie przy­nio­sło mi to więk­szej ulgi Wrzesz­cza­ły, nie mo­głem… – Brak kropki na końcu zdania.

 

Tłum za­ry­czał jesz­cze gło­śniej, naj­bliż­si łowcy jakby tylko na cze­ka­li… – Pewnie miało by: Tłum za­ry­czał jesz­cze gło­śniej, naj­bliż­si łowcy jakby tylko na to cze­ka­li

 

Sie­dział przy stole wy­sta­wio­nym przed jedną z ja­dło­daj­ni, swo­bod­nie i luźno roz­po­star­ty na prze­chy­lo­nym pod kątem krze­śle… – Czy Hans na pewno był rozpostarty na krześle, czy może raczej rozparty?

 

Ni­cze­go by to nie zmie­ni­ło, więc usia­dłem przy ławie. – Hans siedział przy stole, nie przy ławie.

 

Prze­ma­wiał ze swadą, ja­kimś po­cią­ga­ją­cym uro­kiem… – Przemawiał urokiem?

 

Prze­ma­wiał ze swadą, ja­kimś po­cią­ga­ją­cym uro­kiem, z któ­re­go po­cząt­ko­wo nie zda­wa­łem sobie spra­wy, a który czy­nił jego słowa tak ku­szą­cy­mi. Nie wąt­pi­łem też, że cał­ko­wi­cie wie­rzył w to, co mówił – nie były to wy­mów­ki ma­ją­ce uspra­wie­dli­wić jego czyny, ale osądy wy­pły­wa­ją­ce z głę­bo­kie­go prze­ko­na­nia. Nie­za­chwia­na pew­ność, z jaką snuł swą mowę… – Powtórzenia.

 

aby się zbli­żyć i wejść do środ­ka, zza rogu wy­szedł star­szy męż­czy­zna. – Nie brzmi to najlepiej.

 

ale pa­trzył na wciąż nie­uf­nie i z na­pię­ciem. – Pewnie miało być: …ale pa­trzył na mnie wciąż nie­uf­nie i z na­pię­ciem.

 

– Prze­ży­ła, ale sama stała się jed­nym z nich. – Mowa jest o kobiecie, więc: – Prze­ży­ła, ale sama stała się jed­ną z nich.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Gdy zetknąłem się z nim i jego grupą po raz pierwszy, moja opinia mogła być jedynie taka, jak wszystkich pozostałych, ponieważ kształtowały ją jedynie dzikie, niewiarygodne plotki oraz częsty widok skrzywionych, niechętnych spojrzeń rzucanych kontrowersyjnemu łowcy.

Powtórzenie. A do tego to kiepski pomysł zaczynać tekst tak wielokrotnie złożonym potworkiem. To zniechęca.

 

nie przyniosło mi to większej ulgi Wrzeszczały, nie mogłem jednak rozeznać

Coś zjadło kropę.

 

Postanowiłem się tam udać i sprawdzić, czy rzeczywiście zagnieździł się tam wampir.

Gdy dotarłem na miejsce, zapadał już zmrok. Udałem się od razu w najbliższe okolice dworku

Na myśl nasunęło mi się skojarzenie ze szmerem materiału sunącego po listowiu. Chwilę później zdało mi się, że słyszę łagodny, cichy śmiech.

Za dużo misiów! :D

 

Przemawiała melancholijnie, sprawiała wrażenie nieobecnej, a jej pytania sugerowały, że wcale nie domyślała się mojej profesji.

Czy on nie trzyma w tym czasie w ręku karabinu?…

 

Uformowało się już we mnie pytanie

Może lepiej: uformowało mi się już w głowie?

 

Zdaje się, że trochę go to uspokoiło, ale patrzył na wciąż nieufnie i z napięciem.

Na co patrzył?

 

nie mógł nadążyć za Hansem; pochylił się wpół, próbując złapać oddech. Był zupełnie innej postury niż Hans i ta kobieta

Pewnie cię nie zdziwi, że nie był dobrym ojcem. Kiedy byłem jeszcze małym dzieckiem,

Poruszył ustami, jakby chcąc coś powiedzieć, ale nie wydobył z siebie żadnego dźwięku. Przy drugiej próbie udało mu się powiedzieć:

Zgodzę się z Reg, że wykonanie jest całkiem w porządku. Chociaż zdarzają się słabsze zdania, to styl mi się podoba. Ale treść to jest takie lanie wody, że napoiłabyś, autorko, małą wieś przez tydzień. Może to dlatego, że cenię sobie zwięzłość i celność wypowiedzi, ale odniosłem wrażenie, że narracja skupia się za bardzo na nic nie znaczących detalach, rozdrabnia się aż do przesady i przez to – męczy. Był nawet akapit, chyba jak główny bohater czaił się w szopie, mówiący, jak bardzo postać się nudzi i że niczego nie znalazła, prowadząc śledztwo.

Pozdrawiam!

 

Podobało mi się. Fajne czytadło z innym podejściem do wampirów. Zdaje się, że nastąpi ciąg dalszy, prawda?

W tym czasie bawiłem w oberżynie nad brzegiem rzeki – a nie w oberży?

przeciął na wskroś niewielki sad przylegający do dworku – na wskroś? 

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dziękuję bardzo za wypisanie błędów i sugestii poprawek – aż mi trochę wstyd, że tyle bubli znalazło się w tekście, który przecież sama parę razy czytałam. Większość już poprawiłam zgodnie ze wskazówkami (łącznie z bakłażanem :D), nad pozostałymi muszę się jeszcze zastanowić.

bemik – Przyznam szczerze, że tekst jest czymś w rodzaju spin-offu, więc ewentualna kontynuacja raczej nie byłaby bezpośrednia. Chociaż, kto wie…

Spoko, ślepota autorska nie zna litości najtrudniej wytłuc byki we własnym tekście.

Babska logika rządzi!

Podobało się. Ze względu na konsekwentną stylizację – prawie jak dziewiętnastowieczny romans z dreszczykiem. Pan Brightside ma rację, to jest lanie wody, ale takie są wymogi przyjętej konwencji. Jeśli nie chcemy porównywać z klasyką (od czytania "Draculi" rosną bokobrody, i to od razu siwe) wystarczy zerknąć do czegoś nowoczesnego, ale stylizowanego na starą powieść – "Wywiad z wampirem" choćby. Siedemset stron egzystencjalnego bólu i opisów wnętrz, wszystko zdaniami piętrowymi, jak Burdż Chalifa.

Co nie znaczy, że in minus. Żeby tak pisać i sprawiać tym czytelnikowi radochę, a nie wrzody żołądka, trzeba być nie lada zdolniachą. Każdy błąd, najdrobniejsza niezreczność w konstrukcji zdań od razu rzuca się w oczy. Dlatego Twój tekst wydaje się nie do końca dopracowany (choć niewiele mu brakuje). Gdy liczy się piękno języka, jedno nieszczęśliwe powtórzenie psuje cały efekt.

Fajne było też zastosowanie "klasycznych" chwytów fabularnych, jak z "Gwiezdnych Wojen", albo tureckich telenowel (On jest twoim ojcem/bratem/siostrą/matką/kuzynem?! Küsem Özdamir, jak możesz z tym żyć?!). Fajne, bo w ten sposób konsekwentnie utrzymywałaś klimat powieści z przełomu XIX i XX wieku. Twój tekst nie potrzebuje żadnych większych fajerwerków.

Niedosyt pozostawia tylko sama idea łowcy, a raczej jej niedopowiedzenie. Wampir to istota nadprzyrodzona, czego dowodzi choćby jego niebywała żywotność. Na czym więc polegają zdolności łowcy, który potrafi skutecznie na wampiry polować, samojeden, jak jakiś wiedźmin?

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Podobnie jak MrBrightside czuję, że za dużo tej wody. Komentarz Thargone’a otworzył mi oczy, że to może być faktycznie stylizacja – jeśli tak, to niestety nie moja broszka. Tym niemniej język opowieści i parę ciekawych spostrzeżeń uczyniło czytanie przyjemniejszym. Podsumowując: przyjemne czytadło, ale bez rewelacji.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

thargone – O, dziękuję za miłe słowa! Tak, wspomniane tytuły były inspiracją do tego tekstu, także w kwestii języka. Jeśli natomiast chodzi o umiejętności łowców – myślę, że lepiej, aby to pozostało niedopowiedzeniem. Moje tłumaczenie się w tym względzie wypadłoby chyba dość sztucznie, dlatego wolę nie odpowiadać. Może uczynię to kiedyś lepiej, w innym opowiadaniu.

 

Bardzo dziękuję wszystkim za opinie i przeczytanie tekstu :)

Nowa Fantastyka