- Opowiadanie: Urbi - Człowiek do przeróbki

Człowiek do przeróbki

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

gary_joiner, FoloinStephanus

Oceny

Człowiek do przeróbki

Leżała na podłodze, która powinna być starannie umyta. A nie była. Pozostawione strzępki skóry, odrapane kości, wybite zęby wbijały jej się w plecy, a pod łóżkiem walały się wstrętne kłaki. To nie było dobre miejsce, by umrzeć. Myślała o tych wszystkich zaniechaniach i słabła coraz bardziej. Wszystko się skończyło, choć w tej właśnie chwili było jej żal zmarnowanej szansy na jeszcze jeden początek, szansy, której być może wcale nie było. Może prawdziwy był jedynie ten żal.

Kałuża krwi robiła się coraz większa. Czuła jej mdlący zapach, stygnącą wilgoć w miejscach, gdzie ciało stykało się z deskami. Woń rozkładu drażniła jej nozdrza, jakby miało to jeszcze jakieś znaczenie.

To niemożliwe – przyszło jej do głowy, choć przecież wszystko, co robiła ciągnęło ją w dół, dokładnie do poziomu tej brudnej podłogi.

***

Gdy opatrzyła już okaleczone przedramię, zmyła krew z posadzki i zasłoniła okna, by promienie słoneczne nie wkradły się z całą swoją bezkompromisowością do wewnątrz, w konsekwencji czego mogła spłonąć, zeszła do piwnicy z kolejną porcją owsianki. Tym razem były aż dwie. Mocno skrępowane, zakneblowane, przykute do ściany, już dawno przestały płakać. Podnosiły głowy jedynie na dźwięk przekręcanego klucza. Tylko wtedy do pomieszczenia wpadało trochę światła, na które reagowały z niedowierzaniem. Miały nie więcej niż dwadzieścia lat. Obie były piękne. Choć już nie tak, jak na początku. Jedna spoglądała na nią pojedynczym okiem, w miejscu drugiego zionęła duża, ciemna jama o zaropiałych brzegach. Jej towarzyszka miała obandażowaną głowę. Nie mogła dziwić się temu, że jej wspaniałe, lśniące włosy koloru miodu budziły taką zazdrość.

Ojciec wrócił wieczorem. Przyniósł nowe strzykawki, środki opatrunkowe, antybiotyki, które pomagały, gdy wdawała się infekcja. Nigdy nie rozumiała jego determinacji, by nadać jej formę, formę subtelną, idealną, doskonałą. Próbował wyjaśniać jej swoją wizję, lecz ona wcale nie czuła się na siłach, by do tego ideału pretendować. Kontrast między tym, co mówił, sposobem, w jaki to mówił, a samą treścią, był niepokojący. Rozlewał się w przestrzeni lepką mazią wieloznaczności i jakby niezobowiązujących kierunkowskazów, które przecież można było zignorować. Sprzeciwić się. Czuło się instynktownie, że pod tym obłym pozorem misji, kryje się ostry szpikulec do lodu. Zimne, bezlitosne narzędzie, pozostawiające po sobie równiutkie, okrągłe rany. I czyjś ból.

Jakby w odpowiedzi na jej wewnętrzne rozterki, podchodził, przytulał ją mocno, całował w czoło. Rzadko kiedy stać go było na takie odruchy. Wszak był perfekcjonistą, zimnym, logicznym, opętanym dążeniem do wzniosłego celu.

– Dla mnie zawsze będziesz najpiękniejsza, najwspanialsza na świecie – mawiał, choć oboje czuli przykry zapach zgnilizny, który wydzielała.

Przez ten krótki moment była bezpieczna, niemal spokojna, prawie zjednoczona ze swoim wewnętrznym „ja”. Tym jednym gestem rozpraszał lęki, wątpliwości, wyrzuty sumienia – tego potwora straszniejszego niż wszystko inne.

Już dawno doszła do wniosku, że Bóg nie miał na nią pomysłu. Że zrezygnował z niej w trakcie tworzenia dziwnego, koślawego, pokrzywionego wizerunku, który tylko z grubsza miał być człowiekiem. Jej defekty były potworne. Do tego mała krzepliwość krwi, niewielka liczba czerwonych krwinek, które uzupełniała spijając krew z niezasklepionych jeszcze ran ofiar, nadwrażliwość na światło, zaburzenia łaknienia, kości wyrastające poza barierę skóry, powiększona szczęka, nienaturalnie duże zęby, zarost na całym ciele. A przecież istnieje determinizm w przyrodzie – jedno zjada drugie, wysysa z niego energię, żeruje na sile witalnej słabszego, by samemu przetrwać, przedłużyć swój byt nastawiony na destrukcję, mord, żądzę niszczenia. Czy to ją tłumaczyło?

***

Niekiedy przywierała do szklanej ściany akwarium, byleby jeszcze raz oprzeć głowę o stabilność, pewność, konkret. Rybka rosła szybko. Lubiła obserwować monotonną, ułożoną egzystencję. Zielonobrunatna łuska mieniła się przy każdym ruchu jej ciała. Te oczy – żółte, trochę gadzie, ociekały bezwzględnością i pewnością najważniejszych kryteriów – wyznaczników przetrwania. Zęby, eksponowane często w pełnym ironii i dzikiej satysfakcji „uśmiechu”, były cienkie i ostre. Podziwiała je i znów odruchowo, wiedziona pierwotnym instynktem, wkładała rękę do środka.

***

Kuśtykając, niepewnie wyłoniła się zza rogu ulicy. Spojrzała na światło ulicznej latarni, mdłe i niewyraźne. Noc zawsze była za krótka. W takich razach była pewna, że Bóg śpi już, oddalony od całego ziemskiego brudu i wypaczenia, a poza świadomością nieomylnego stworzyciela odbywał się cykliczny korowód cieni. Usłyszała czyjeś przyspieszone kroki, stukot obcasów o twardy bruk. Udręka zmniejszała się z każdą chwilą, tętno przyspieszało, oddech stawał się krótki, źrenice zwężały się, jak u kota.

***

Leżała w malignie. Nie mogła się ruszyć. Wszystko ją bolało.

– Możesz odczuwać tak zwany ból fantomowy – przestrzegał ojciec po każdej operacji.

Mówił to stonowanym, pełnym profesjonalizmu głosem. Lecz przecież nie wiedział, jak to jest doświadczać cierpienia zwielokrotnionego, umiejscowienia którego nie potrafiła określić. Rozeznanie, gdzie zaczynała się, a gdzie kończyła jej cielesność, sprawiało jej trudność.

 Ranek znów przyszedł za wcześnie. Zwlekła się z posłania największym wysiłkiem woli. Poszła do łazienki. Lustro było jej śmiertelnym wrogiem. Nie zrezygnowała z niego, by móc śledzić kolejne etapy transformacji. Te bardziej i mniej udane. Wsadziła głowę pod kran. Obserwowała ciemne skrzepy, drobinki ceglanego kurzu, pojedyncze włosy niknące w kratce umywalki. Pulsowanie w skroniach przyprawiało ją o mdłości. Dławiła się świadomością, przez którą przelatywały migawki z ostatniej nocy.

– Aaaa, nie, proszę, nie.. – urwany nagle krzyk. Szybki ruch mocnego ramienia, chrzęst kości, cisza. A potem ocieranie się ślicznych, czerwonych pantofelków o bruk, gdy ciągnęła ciało.

Przerażenie w oczach, gdy zobaczyła ją tuż za sobą. Błysk paniki. Z wolna gasnący płomień, tuż pod jej okrutnymi palcami.

Ojciec przywitał ją w kuchni radosnym uśmiechem. Był z niej dumny, jak zawsze, gdy wracała z nową zdobyczą.

– Wspaniałe kości policzkowe, po prostu wspaniałe – świergotał z ekscytacją. – A ta linia szczęki? – majstersztyk – cieszył się, jak dziecko z nowej zabawki. – Jeszcze dziś ustalę grupę krwi, nie chcemy przecież odrzutów – planował już czas, który nie będzie tak przyjemny dla obiektu badań.

Patrzyła na jego entuzjazm ze wstrętem. Gdy wręcz puchł z dumy, że tyle już dokonał, ona karlała, zatracała kontury. Jego starania były nadaremne, choć zupełnie tego nie pojmował. Zaczęła się dusić, łapała powietrze z narastającym przerażeniem.

Ojciec ucichł, widząc, że dzieje się coś niedobrego.

– Skarbie – coś ci jest? – zapytał zaniepokojony. – Znów atak paniki? Kochanie? Kochanie?

***

Leżała na brudnej podłodze. Kałuża krwi powiększała się z każdą minutą. To nie było dobre miejsce, by umrzeć. Było jej żal zmarnowanych szans na jeszcze jeden początek.

To niemożliwe – przyszło jej do głowy, choć przecież wszystko, co robiła ciągnęło ją w dół, dokładnie do poziomu tej brudnej podłogi.

Spojrzała w bok. Ojciec leżał na wznak. Grymas niedowierzania zastygł na jego ustach. 

Odpłynęła. Raz jeszcze zbierała siebie z podłogi, z krzesła, z krawędzi stołu, z jakiejś krawędzi. Nie było tego dużo. Nigdy nie było tego dużo. Jakieś fragmenty nierówne, niedopasowane, do niczego. Ręce jej drętwiały, więc ściskała je kurczowo, te swoje obce ręce, ciągle nieporadne, niedokończone i bezbarwne. Dotykała nimi twarzy, której wciąż nie potrafiła rozpoznać – wszystkich tych nierówności, szram, zgrubień w miejscach, gdzie szwy pomarszczyły skórę. Więcej już nie trzeba było robić, bo cóż niby, skoro nie miało się nigdy złożyć do kupy tej figury niedorysowanej, skończonej w połowie, w nieprecyzyjnej części czegoś, co nie stanowiło całości. Okruszyna z okruszka, takie nic, mniejsze od małego, maleńkiego. I czynność ta wcale nie przynosiła oczekiwanych rezultatów, zwyczajnie robiło się coś z przyzwyczajenia, z braku alternatyw, z litości odruchowej nad połamaną sobą. Jeszcze raz, by skleić swoje wnętrze rozrywane na miliony drobnych fragmencików.

 

Koniec

Komentarze

To już bardziej mi się spodobało. Co prawda fantasy w tym nie widzę, ale tekst wydał mi się wieloznaczny. Zbieranie siebie, sklejanie z różnych osób… Trochę przerysowane (na plus), trochę krwi (wymierzone co do mililitra). Całkiem fajny pomysł. Tylko końcówka, jak dla mnie, mogła być zamknięta w dwóch zdaniach, bo się ją ciężko czyta.

F.S

Dziękuję bardzo. Już sądziłam, że moje próby są zupełnie chybione. Rzeczywiście tekst miał być wieloznaczny, a to “zbieranie siebie” sugeruje pogruchotaną psychikę. Zapewne swoim zwyczajem przesadziłam z opisem. Jestem wdzięczna za Twoją opinię. Pozdrawiam.

Khy, khy.

 

na emeryturze

Zgadzam się, że jest lepiej, niż we wcześniejszym opowiadaniu.

Podnosiły głowy jedynie na dźwięk przekręcanego klucza.” – opisujesz to z punktu widzenia bohaterki, a ona nie mogła tego widzieć. Napisałbym: Podnosiły głowy jedynie na dźwięk otwieranych drzwi.

Poza tym, spoko ;-)

Cieszę się, że lepiej :)

W tekście stoi “mała krzepliwość krwi” – zajrzałam, by sprawdzić, czy wkradła się literówka, ale nie. Nie jestem tylko pewna – mała czy niska.

Z tym kluczem – perspektywa – rzeczywiście, racja. Tak mi się właśnie podobało, ale nie sądziłam, że ktoś zwróci uwagę na taki szczegół :)

Dzięki, że spoko.

gary joiner – dzięki za jawny dowód istnienia takiego tytułu. Pierwszy – Kiedy Bóg śpi – wydał mi się żałosny. Nie wiem, skąd wziął mi się ten. Chyba gdzieś usłyszałam. Może. Jeśli to błąd, zmienię. Dzięki raz jeszcze i pozdrawiam.

Faktycznie, jest mała ;-)

Zbyt szybko czytam. Sorry. Poprawiłem komentarz.

trico – zdarza się najlepszym :) Dzięki.

Mnie też bardziej spodobał się ten tekst. Bardziej zakończony? ;-)

Ja wolę więcej wyjaśnień, ale to już kwestia gustu. Na przykład, nie byłam pewna, czy cały czas opisujesz sytuację z perspektywy tej samej osoby – a to sobie leży i umiera na podłodze, a to wyrusza na polowanie i kogoś przyciąga (a to już wymaga pewnej krzepy i sprawności)… No, ale chyba tak.

Znowu – motyw niezbyt nowy. Było już różnych Frankensteinów w literaturze a było…

A tytułem tak bardzo bym się nie przejmowała. Zdarzają się identyczne. Fakt, rzadziej, kiedy składają się z więcej niż jednego słowa.

Babska logika rządzi!

Tak po prawdzie, to nie bardzo wiem, co się dzieje. Czy tatuś przeszczepia córce co ładniejsze i zgrabniejsze fragmenty ciała innych dziewczyn, ale nie kończy dzieła, bo umiera, co jest z kolei powodem zajścia także córki?

 

wy­bi­te zęby wbi­ja­ły jej się w plecy… – Nie brzmi to najlepiej.

 

My­śla­ła o tych wszyst­kich za­nie­cha­niach i sła­bła coraz bar­dziej. Wszyst­ko się skoń­czy­ło… – Powtórzenie.

 

Kuś­ty­ka­jąc, nie­pew­nie wy­ło­ni­ła się zza rogu ulicy. Spoj­rza­ła na świa­tło ulicz­nej la­tar­ni… – Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mam podobnie jak reg, przez co nie do końca mi podeszło.

Finkla, reg i belhaj, dziękuję za poświęcony czas.

Tekst jest pisany z perspektywy jednej osoby – dla wyjaśnienia.

Natomiast zakończenie w mojej głowie wyglądało mniej więcej tak, że zdeformowana córka nie godzi się na zasadę – cel uświęca środki, przeszczepy nie przyjmują się, ponieważ bohaterka wewnętrznie (więc i zewnętrznie) się rozpada. By zmienić taki stan rzeczy – zabija ojca, który okazywał jej miłość jak potrafił, choć był też sadystycznym perfekcjonistą. Niecny proceder kończy się, córka może wreszcie poskładać się na nowo, psychicznie i fizycznie (chociaż zabiła ojca, więc to też nie jest takie proste). Wiem, że dziwne, miało być wieloznacznie, ale chyba przesadziłam.

Dziękuję za uwagi. Muszę je na spokojnie przeanalizować i poprawić to, co trzeba. Pozdrawiam.

Tak, teraz, kiedy zabiła ojca, jej życie na pewno będzie lepsze. ;) Dość obrzydliwe jak na mój gust.

Ładny tekst. Trochę przegadany i wtórny w warstwie dosłownej, za to całkiem pomysłowy, gdy wziąć go za metaforę ojcowskiej potrzeby kształtowania życia córki.

 

Wracając do tytułu. Powinnaś go zmienieć. Oryginalny “Człowiek do przeróbki” Bestera został nagrodzony Hugo i mimo, że działo się to tysiąc lat temu i w odległej galaktyce, trafisz na kilka osób, które będą ten tytuł pamięać i kojarzyć. I te osoby będą mieć wrażenie, że albo tytuł ukradłaś z premedtacją, albo nie jesteś wystarczająco kreatywna, żeby samodzielnie wymyślić tytuł (który jest w utworze najważniejszy), który jeszcze w historii literatury nie padł.

na emeryturze

Marcin – tekst nie należy do przyjemnych, przykro mi. Dzięki za opinię.

Gary – miło mi, że Ci się spodobało. Pomyślę nad innym tytułem, dzięki za radę, ale tu niech tak zostanie, by można było trafić. Pozdrawiam.

 

Podoba mi się styl, w jakim napisałaś opowiadanie, dlatego przyjemnie się czytało, choć temat nie należy do miłych. Natomiast kwieciste teksty są dla mnie tyle samo warte, co napisane językiem urzędowym, jeżeli w opowiadaniu nie ma ciekawego pomysłu albo interesujących metafor ewentualnie jakieś przesłanie. Dlatego nie mogę napisać, że tekst ogólnie mi się podoba, bo temat wydaje się wtórny. Ale napisane całkiem ładnie.

Blackburn, dziękuję za odwiedziny. Ze zbyt kwiecistego stylu próbuję się wyleczyć, bo nie zawsze sprzyja on przekazywaniu historii. A że z pomysłami na opowieść u mnie kiepsko, jak widać, efekt nie jest zadowalający. Jestem wdzięczna za uwagi. Pozdrawiam.

 

Nowa Fantastyka