- Opowiadanie: GaPa - Płytka drukowana z chłopcem w tle

Płytka drukowana z chłopcem w tle

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Płytka drukowana z chłopcem w tle

Niewielkie stworzenie, przypominające ziemskiego żuka, wytrwale zmierzało w stronę Ricka. Umościło się wygodnie na niewysokim źdźble i zastygło. Mężczyzna obojętnie czekał. Wiedział, co będzie dalej. Po chwili zwierzątko zaczęło się wiercić i spojrzało na niego z w y r z u t e m. Tak to przynajmniej odbierał. Pokręcił głową i skupił się na Annie.

Bawił się kosmykami jej łagodnie falujących włosów, boleśnie świadomy, że kobieta nie zdaje sobie z tego sprawy. Skoncentrowana patrzyła na małego, umęczonego chłopca. Gdzieś złamała się gałązka. Twarz chłopca poszarzała i skurczyła się w grymasie bólu. Cierpiał i nikt nie umiał mu pomóc. Anna wstała zrezygnowana. Podeszła do malca, każdym krokiem wzbudzając u niego mgnienia udręki. Delikatnie dotknęła filigranowych pleców, co uspokoiło oddech dziecka. Po chwili chłopiec zaczął okazywać oznaki zniecierpliwienia. Z westchnieniem powróciła.

Nieoczekiwanie przemówiła sztucznym, starczym tonem, z celową egzaltacją, bez trudu zapraszając Ricka do zabawy. Oto dobiegali swoich dni i ktoś przeprowadzał z nimi w telewizji śniadaniowej wywiad z pierwszych chwil na nowym globie.

– Byliśmy tacy młodzi, pełni nadziei. A pamiętasz „naszego” kapitana? Jak nie mógł się doczekać, kiedy opuścimy pokład? I te dumne przemowy, wygłaszane obojętnym tonem? Jakbyśmy byli hałaśliwymi intruzami, których w końcu może się pozbyć.

– A jakże. I gdy okazało się, że planeta jest niezagospodarowana, jak dobrotliwie zaproponował nam za symboliczną opłatę „upgrade”, dzięki czemu zamiast wylądować moglibyśmy kontynuować podróż w nienastręczającej mu problemów postaci.

– Och tak, zdumienie nie poruszyło ani jednego mięśnia na jego twarzy, ton wypowiedzi nie zmienił się ani na jotę. To ci kapitan. Przebierał tylko nóżkami, żeby ruszyć w podróż. Ja myślę, że już w pobliżu planety czuł się nieswojo. Na myśl o postawieniu na niej stopy chyba by zemdlał.

– Może trzeba było zaproponować. On traci przytomność, wtedy robimy mu „upgrade”, niepotrzebna biologiczna powłoka spala się w atmosferze, na planecie osiada mały lądownik z komputerem, mieszczącym poszatkowaną jaźń. I czeka iks lat na rozwiązanie zagadki. „Naprawdę nie umiem odpowiedzieć, dlaczego nie ma tu obiecanej państwu kolonii”. W co trudno uwierzyć…

– Bo gdy statek wyruszył, to ponoć istniała już od trzydziestu lat. Trzy razy tyle, co lot. Musiał wiedzieć.

– Ale czemu mielibyśmy narzekać? Przecież to raj, przez duże „r”, nie mniejsze „a” oraz niewiadomego rozmiaru „j”.

– A w istocie, tak. W moim mniemaniu doszło do niefortunnej pomyłki – odparła, naśladując głos kapitana.

Roześmieli się szczerze, choć w nieco wymuszony sposób, zatrzymawszy się o ćwierć skurczu przepony od goryczy. Tak dobrze się rozumieli. Czasami żałował, że dziecko nie jest jego. W oddali szumiał las, oświetlany promieniami dwóch słońc. Siedzieli na otaczającym wioskę wale, którego nie wzniosły ludzkie ręce. Po prostu tam był, czekając. Boris, zwany „Łowcą wiecznie w ruchu”, twierdził, że podczas swoich wędrówek odnalazł wiele bliźniaczo podobnych lokalizacji. Cóż za wygodna planeta. Brakowało tylko klucza, wyjaśniającego wszystkie fenomeny.

– I prądu – dodał głośno. – Ile byśmy mogli… – Odruchowo spojrzał na chłopca.

Gdyby tylko mieli zasilanie… Czekała cała fura urządzeń. Można by było zbadać malca. Z zaawansowanym sprzętem nawet pozbawiony podstawowej wiedzy medycznej człowiek stawał się niemal równy lekarzowi. A wśród kolonistów brakowało wysokiej klasy specjalistów. Byli zwykłymi obywatelami, skuszonymi wizją życia na innej planecie. Gdzie, zgodnie z wysokobudżetowymi reklamami, rozwojem mieli zarządzać światli mężowie, mądrze wykorzystując zdobycze techniki.

Zamiast tego zostali wysadzeni z paroma kontenerami sprzętu pośród mchu i paproci, jak zjadliwie mawiali. Okazało się, że nie mają ani jednego generatora, ani jednego ogniwa słonecznego, więc gdy wyczerpały się ostatnie baterie gwałtownie zmienił się ich poziom cywilizacyjnego zaawansowania. Na szczęście niektórzy odkryli w sobie zdumiewający talent w dziedzinach potrzebnych do przetrwania, nawet na tak łagodnym świecie.

– Symptomatycznym obrazkiem stopnia naszego rozwoju jest kobieta, kopiąca odwadniający rów przy pomocy obudowy komputerowej.

– No i okazało się, że da się wypróżnić bez telefonu w ręku – zawtórowała Anna.

Wskazała ręką. Na horyzoncie widać było delikatne migotanie.

– Nadchodzą – potwierdził.

Zabrała do wioski chłopca. Rick zapadł w leniwą drzemkę.

Gdy się przebudził, były już niemal na miejscu. Przezroczyste twory, tylko kątem oka czasem dało się uchwycić zarys olbrzymich cielsk, dźwiganych na czterech potężnych nogach. Przemarszowi towarzyszyło wrażenie ogromnej masy, chociaż istoty nie zostawiały śladów, jakby lewitowały lub ziemia obawiała się ich dotyku. Gdy znieruchomiały trudno było ustalić, gdzie się znajdują, jedynie poruszając głową można było zauważyć mikroskopijne zniekształcenia przestrzeni, które wywoływały. Posiedział jeszcze trochę, próbując wyobrazić sobie dokładny kształt stworzeń, po czym wrócił do pełnej koślawych domków wioski. Jak zwykle zasnął bez problemów pod rozgwieżdżonym niebem, wypełnionym rojem konstelacji, których rozmieszczenie już dawno przestało wyglądać obco.

 

Rejwach był niesamowity. Jeszcze przez chwilę mózg próbował wtłoczyć dźwięki w senną ułudę, jednak poddał się, pozwoliwszy wygrać hałasowi. Zaspany Rick wyjrzał przez okno. Sądząc po położeniu księżyców noc powinna być w pełni rozkwitu, ale przestrzeń wydawała się kipieć od rozgorączkowanych głosów. Na pewno cofnęli się właśnie do słodkich czasów pogańskich rytuałów. Męczące orgie, składanie ofiar, mamrotanie, wspólne lepienie glinianych posążków. Mierzwiąc włosy wyszedł z chatki.

Fiesta trwała w najlepsze. Dudniła muzyka, błyskały światła. Mieszkańcy wioski z animuszem tańczyli w stylu dowolnym: ze śmiechem wpadali na siebie, pokrzykując przyjaźnie i poklepując się nawzajem po plecach. Dopiero po chwili do niego dotarło.

– Jak, skąd? – zapytał Sandersa.

– Czło-wie-ku! – zagrzmiał olbrzym. – Oto patrz, a stanie się elektronarzędzie posłuszne człowiekowi!

Postawił na ziemi ciężki, wypełniony sprzętem plecak. Niczym magik zaprezentował wiertarkę. Przewód zasilający przyłożył do zgrubienia łodygi jednego z mięsistych kwiatów, porastających teren wioski. Po chwili osiadł na nim „żuk”. W nieuchwytny sposób wtyczka złączyła się z rośliną.

– Wrrrr – obwieścił Sanders, plując. Nacisnął przycisk, z którego wystrzelił snop iskier. Instynktownie puścił narzędzie, zarechotał szczęśliwy i wielkimi dłońmi rozgonił smugę śmierdzącego dymu.

– Trzeba uważać, nie zawsze dobrze działa! Wracamy do gry! – huknął podniecony. W wielkim uniesieniu uściskał z całych sił Ricka.

Dobiegł ich dźwięk elektrycznego depilatora i obaj wybuchnęli śmiechem.

– Bardziej cywilizowani już być nie możemy! – krzyknął Rick, zdając sobie sprawę, że płacze.

Kolonizatorzy odmłodnieli, ich oczy błyszczały. W radosnych pląsach wyciągali z kontenerów martwe do tej pory, niemal już zapomniane urządzenia i gadżety, wsłuchując się w szmer silników, melodyjną pracę kuchenki mikrofalowej. Wirujący bęben pralki automatycznej hipnotyzował. Urodzone na planecie dzieci z szeroko otwartymi ustami obserwowały spektakl. Nigdy nie widziały sztucznego oświetlenia, nie słyszały płynącej z głośników muzyki, prawdziwe zastosowanie prezentowanych mechanizmów miało dla nich moc legend. Serca biły tak mocno, jakby chciały dorównać mocy basów odtwarzanych jednocześnie przebojów. Między roślinami tworzyły się fosforyzujące szlaki, kreśląc fantazyjne wzory.

– Zupełnie jak w bajce – szepnął wprost do ucha zachwycony głos.

– Co cenniejszych przyrządów na razie nie ruszać! – zarządził Buczkowski, którego jakiś czas temu wybrali na przywódcę wioski. Sam w jednym ręku trzymał elektryczną szczoteczkę do zębów, w drugim mikser kuchenny. Świętowali do rana, jakby bojąc się, że w każdej chwili cud elektryczności może minąć.

 

Z niewyspania dokuczała mu głowa, ale Rick był szczęśliwy. Wesoło migały diody sprzętu. Włączył czajnik elektryczny, z czułością głaszcząc przyjemny w dotyku plastik. Nieoczywiste dźwięki perkusji pradawnego hymnu wypełniły pomieszczenie. Nie zważając na pulsujący ból, pełnym pasji głosem razem z wokalistą Judas Priest śpiewał refren „Exiled”. Co za uczucie! Ktoś krzyczał. Anna!

Bez trudu odnalazł ją przy wałach. Przed nią z zaciętym wyrazem twarzy tkwił pełny determinacji Buczkowski.

– Chodzi o nas wszystkich. Nie wiemy co się stanie, gdy… Może cały prąd zniknie? – dyszał, gubiąc litery. W ręku dzierżył paralizator.

Nie zauważyła broni, albo nie bacząc na to odepchnęła mężczyznę, ale Sanders i inni zagrodzili jej drogę, przekrzykując się nawzajem.

– To mój syn! Mój syn! – szlochała.

Rick nie potrafił sobie wyobrazić, ile zła i wstydu by zasiano, gdyby w samą porę nie pojawił się Boris. Łowca zazwyczaj krążył poza wioską, cichy, żylasty, sprawny i niezależny. Aż trudno było uwierzyć, że na Ziemi był pracownikiem biurowym, witającym z wbitym w ziemię wzrokiem klientów podrzędnego zakładu wytwarzającego repliki zwierząt domowych. Teraz stał dumny, niemal nagi, z połyskującym ciałem. Przez jego twarz przebiegł znajomy grymas i nagle Rick zdał sobie sprawę, kto jest ojcem dziecka Anny.

Łowca odsunął gapiów, podał rękę płaczącej kobiecie, skinął na Ricka i popatrzył wprost w oczy Buczkowskiego, bez słowa zmuszając go do opuszczenia głowy i odsunięcia się. W trójkę przekroczyli kordon mieszkańców.

W głębokim cieniu wałów wciąż przebywały niemal niewidoczne stwory. Wydawały się ciasno zbite w grupę, której granicę wyznaczały zbiegające się tutaj, lekko fosforyzujące szlaki. Efekt nie był tak widoczny jak nocą, jednak w swej masie i półmroku wzniesienia zauważalny. Wokół pracowicie unosiły się „żuki”, a w samym centrum… chociaż precyzyjniej ujmując we w n ę t r z u stada, zawieszony nad ziemią, tkwił chłopiec, którego trudno było pomylić z innym dzieciakiem z wioski. Łowca powstrzymał Annę.

– Nie widzisz? Jest szczęśliwy – wyrzekł poruszająco miękkim głosem. Rick dopiero wtedy zdał sobie sprawę, czemu rysy chłopca wydawały się odmienione. Malec był spokojny, lekko uśmiechnięty, jakby po raz pierwszy w życiu nic go nie dręczyło.

– Mój syn – powtórzyła Anna. Przyłożyła dłonie do ust, zamknęła oczy. Zamrugała szybko, jakby z nadzieją, że obraz ulegnie zmianie, ale tak się nie stało.

– Jak to możliwe? – zapytała Łowcę. Ten wzruszył bezradnie ramionami i spojrzał na Ricka.

– Nie wiem, ale… Przecież wydawało nam się, że planeta nie jest „dzika”. Jakbyś urządził dom i na chwilę gdzieś wyskoczył. Wszystko na ciebie czeka, musisz tylko umieć z tego skorzystać. Teorii mogę mieć multum. Proszę bardzo. Jak jesteś dobrym muzykiem, nie zastanawiasz się jak, tylko jaki dźwięk wydobyć. Może byli na tak wielkim poziomie rozwoju, że gdy potrzebowali czegoś, to tak po prostu się działo? Prąd? Oto stworzenie, które generuje energię. Żywy ruchomy reaktor. Za pomocą specjalnie przystosowanych roślin energia dostarczana jest w wymagane miejsce. Żadnych przewodów, maszyn, zanieczyszczania krajobrazu. Eleganckie rozwiązanie. Czemu twój syn? Nie wiem, jak patrzyli na świat. Może gdy rodził się ktoś „inny”, to znajdowano mu odpowiadające jego potrzebom miejsce? Może posiada specjalny zmysł, który dopiero musimy odkryć? Może, może. A może jest zupełnie inaczej? Nie było żadnej inteligencji, cywilizacji, tylko tak się ten świat rozwinął, i kiedyś wpadniemy na to, jak w pełni wykorzystać te nieznane siły natury? Tak jak na Ziemi ujarzmiono potoki, spalano węgiel, rozbito atom. Jedno wiem. Twojemu synowi nie stanie się krzywda. Jest zbyt ważny. Będziemy o niego dbać i ostrożnie badać. Bo gdy spotkam boga, chciałbym umieć się podpisać – dodał Rick w zamyśleniu.

Zaświtała mu myśl, że może dlatego dziecko urodziło się właśnie takie. By nam pokazać, czym jest to miejsce. A może Starożytni – jak ich zaczął nazywać – tak wytwarzali pracowników? Czy w ogóle kiedykolwiek otrzymamy odpowiedź na pytania, których wciąż przybywało? Niechaj pradawni władcy planety okażą się dobrzy, miłościwi. I szczęście dla każdego! Raz jeszcze spojrzał na chłopca, który…

…jeszcze nigdy nie czuł takiego spokoju. Był wolny. Wolny od udręk, potrzeb, irytujących dźwięków, impulsów, które wciąż go rozpraszały, nie dając wytchnienia. Widział wyłącznie białą przestrzeń, na której czasami pojawiały się czarne kropki. Łączył je z centrum obrazu, uważając, by odpowiednio dobrać grubość linii. Czasami – ale coraz rzadziej – linia była nieodpowiednia i kropka znikała, czyniąc mu przykrość. Teraz jednak był zrelaksowany, czarno-biały wzór kojąco wypełniał świat. Nie potrzebował niczego więcej. Ani nikogo. Żeby mu tylko nie przeszkadzano.

Koniec

Komentarze

Podoba mi się pomysł. I na planetę i na porównanie z płytką drukowaną.

Nie wiem co prawda, czy kilka zdań na końcu wystarczy, by tekst spełnił wymagania konkursu, ale to już problem Żuri.

Nie podoba mi się natomiast rozmowa Ricka z Anną na początku. Rozumiem, że to próba uniknięcia infodumpu, ale brzmi bardzo sztucznie, zupełnie, jakby nagrywali wspomnienia do programu dokumentalnego. Miejsca w limicie znaków było dość, żeby inaczej rozegrać wprowadzenie.

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ja w sumie mam podobne odczucia.

Podoba mi się pomysł, czytałam z przyjemnością.

A ja pozostałam z potrzebą wyjaśnień. Na czym właściwie polegała przypadłość chłopca? Czy jego przejście wewnątrz przezroczystego czegoś (jeśli dobrze zrozumiałam) miało jakiś związek z poznaniem dostępu do energii? Skąd rośliny wzięły się na planecie? Raczej nie wyewoluowały. GMO?

Babska logika rządzi!

Opisałeś, Anonimie, epizod z życia mieszkańców wioski na inne planecie, ale tak po prawdzie, nie bardzo wiem o co tu chodzi, a już najmniej czym jest tytułowa płytka drukowana i co robi chłopiec w tle?

 

i spoj­rza­ło na niego z w y r z u t e m. – Anonimie, w przypadku gdy piszesz rozstrzelonym drukiem, sugeruję abyś między wyrazami stawiał dodatkową spację.

Przez chwilę zastanawiałam się, co to jest zwyrzut.

 

Po pro­sty tam był, cze­ka­jąc. – Literówka.

 

od­ru­cho­wo spoj­rzał ma chłop­ca. – Literówka.

 

Lu­dzie tań­czy­li, trzy­ma­li sie­bie w ra­mio­nach. – W jaki sposób człowiek może trzymać siebie w ramionach?

 

Grała mu­zy­ka, świe­ci­ły świa­tła. – Muzyka nie gra. Gra muzyk na instrumencie.

Proponuję: Rozbrzmiewała mu­zy­ka, świe­ci­ły świa­tła.

 

Mię­dzy ro­śli­na­mi two­rzy­ły się fos­fo­ry­zu­ją­ce szla­ki, two­rząc fan­ta­zyj­ne wzory. – Nieładne powtórzenie.

Może: Mię­dzy ro­śli­na­mi pojawiały się fos­fo­ry­zu­ją­ce szla­ki, two­rząc fan­ta­zyj­ne wzory.

 

na Ziemi był pra­cow­ni­kiem biu­ro­wym, wi­ta­ją­ce­go z wbi­tym w zie­mię wzro­kiem klien­tów… – …na Ziemi był pra­cow­ni­kiem biu­ro­wym, wi­ta­ją­cym, z wbi­tym w zie­mię wzro­kiem, klien­tów

 

rysy chłop­ca wy­da­wa­ły się od­mie­nio­ne. Malec był spo­koj­ny, z de­li­kat­nie za­ry­so­wa­nym uśmie­chem… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Wolny od udręk, po­trzeb, drę­czą­cych dźwię­ków… – Nie brzmi to zbyt dobrze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dla mnie chłopiec jest autystyczny (albo coś w tym stylu). A co robi? Hmm… Chyba się asymiluje ;)

Chłopiec tworzy świat, wprowadza zmiany za pośrednictwem owych dziwnych, półprzeźroczystych stworzeń. Widzi rzeczywistość pod postacią wzoru z kropek i łączy je, konstruując nową jakość. Jak połączenia na płytkach układów scalonych. Bum i mamy elektryczność. Albo inne rzeczy.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Otóż to, chłopiec był obciążony jakimś rodzajem autyzmu. Dzięki swojej nietypowej wrażliwości stworzył więź z otaczającym światem, przyrodą i/lub umysłami wybóstwionych obcych, co pozwoliło osadnikom na dostęp do cudów planety. Coś w ten deseń. A czarno-biały świat, "drukowana płytka", łamigłówka – to interfejs. Nie czuję potrzeby, żeby czegoś tutaj specjalnie dociekać, nie każde sf musi być hard. Wizja mi się podoba, opowiadanie ładnie się skupia na ludziach, na człowieku, pod tym względem jest całkiem treściwe przy niewielkiej objętości. Czytało się przyjemnie.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Może ze dwie osoby, z których twórczością się zetknąłem na tym forum, użyłyby słowa „egzaltacja” przy opisie głosu ;)

Gdy dodam do tego tematykę i konstrukcje mocno podpartą logiką z wymagającą narracją, zostaje mi tylko jedna :)

Ciekawe jak bardzo się mylę?

Ech… A czy to takie ważne? Wiosna za oknem, ptaszek ćwierka, a ja siedzę w biurze. Lepiej oddać się przyjemnemu komentowaniu ;)

 

Odrobinę czepialstwa z mojej strony:

 

„Naprawdę nie umiem odpowiedzieć, dlaczego nie ma tu obiecanej państwu koloni”. – chyba kolonii.

„Towarzyszyło im poczucie olbrzymiej masy” – ciekawe towarzystwo ;)

„Snop iskier poleciał z rękojeści.” – jeżeli chodzi o snopy iskier z wiertarki to tylko z korpusu, a dokładnie z miedzianych szczotek przy uzwojeniu silnika, ale to nieznana przyszłość i wiertarka mogła się zmienić :)

„Łowca, który zazwyczaj krążył poza wioską, wolny, niezależny, żylasty.” – troszeczkę dziwne zestawienie, chociaż bycie żylastym kojarzy się z ciężko wypracowanym doświadczeniem.

 

Słowa „wewnętrzu” i „wyrzutem” celowo wyszczególnione w tekście?

 

Dobry tekst z ciekawą koncepcją obcej planety.

A gdzie element konkursowy? Też się znalazł.

 

„Widział wyłącznie białą przestrzeń, na której czasami pojawiały się czarne kropki. Łączył je z centrum obrazu, uważając, by odpowiednio dobrać grubość linii. Czasami – ale coraz rzadziej – linia była nieodpowiednia i kropka znikała, czyniąc mu przykrość. Teraz jednak był zrelaksowany, czarno-biały wzór kojąco wypełniał świat. Nie potrzebował niczego więcej. Ani nikogo. Żeby mu tylko nie przeszkadzano.”

 

Jednocześnie klucz do zrozumienia opowieści (tak jak niewinna zabawa Ricka i Anny)  :)

Pozdrawiam.

Hmmm. Nie bardzo przemawia do mnie autyzm. Czy ludzie autystyczni są dręczeni “potrzebami, dźwiękami, impulsami”? Mam wrażenie, że właśnie nic takiego ich nie rozprasza, ale nie znam się na medycynie.

Babska logika rządzi!

Mnie się wydaje, że to chodzi właśnie o nadmiar bodźców, co “skutkuje” wycofaniem/zamknięciem [się w sobie], ale też się nie znam.

A ja myślałam, że autystyczni rzadko który bodziec uznają za na tyle istotny, żeby na niego reagować i stąd się bierze wycofanie.

Babska logika rządzi!

Tak żyją w swoich światach, co nie znaczy, że przejawy naszego (nawet pojedynczy dźwięk, dotyk itp.) nie może im przeszkadzać/zakłócać ich świat. Jak zacznie, to częstą reakcją jest panika i histeria. Gdzieś, kiedyś oglądałem dokument :)

Po lekturze ostatnich komentarzy raz jeszcze przeczytałam opowiadanie, zrewidowałam wrażenia i zobaczyłam wszystko w całkiem nowym, jasnym świetle. Kawałki układanki trafiły na właściwe miejsca, a całość okazała się bardzo czytelna i przejrzysta.

Żal, że nie dostrzegłam wszystkiego od razu, mogę mieć tylko do siebie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, nie dręcz się :) Anonim jak się w końcu odezwie i wyjaśni swoje zamiary to wszystkim nam szczęki poopadają. Nic nie jest jeszcze przesądzone, nic nie jest wyjaśnione :)

Nie dręczę się, Blacktomie. Dopuszczam też możliwość, że Anonim napisał zupełnie inną historię. Jednakowoż Wasze opinie sprawiły, że spłynęła na mnie jasność, choć wczoraj byłam przekonana, że nic się tutaj kupy nie trzyma. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rozumiem, Reg :) Ciekawy jestem na co nie wpadłem…

Hmmm, też nie odgadłem sensu tekstu za pierwszym razem. Ale  komentarze rzuciły odpowiednie światło ;) Pewnie za mało skupiłem się na tekście, że umknęły mi wskazówki.

Pomysł na planetę oraz zaistniałą sytuację – bardzo fajny. Wykonanie też okej.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Melduję, że przeczytałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ciekawy pomysł i dobre wykonanie. Przeczytałem z przyjemnością. :)

Ciekawy, ba, bardzo dobry pomysł, ale wykonanie właśnie nie do końca. Dla mnie zbyt chaotycznie. No i nie wiem jak można śmiać się szczerze, a jednocześnie w wymuszony sposób.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Napisane średnio.

Gdy się przebudził były już niemal na miejscu.

Gdy się przebudził były już niemal na miejscu.

Gdzieś tu brakuje przecinków ;)

Stała na wałach.

Po tym zdaniu jednego mogę być pewien na temat Twojej tożsamości – Małym Słowikiem nie jesteś :D Baaardzo źle to brzmi, przez rym wręcz śmiesznie.

– Wrrrr – obwieścił Sanders

“Wrr” to dość dziwne obwieszczenie. 

Zaświtała mu myśl, że może właśnie dlatego dziecko urodziło się takie.

Zaimki na końcu zdania źle brzmią, chyba nawet są błędne (ale głowy urwać nie dam).

Ogólnie w wielu zdaniach mógłby być lepszy szyk. Poza tym kompozycja zdań też jest chaotyczna.

 

Fabularnie też nie ma szału. Najpierw infodump w dialogu, potem infodump głosem narratora, a na koniec jeszcze infodump w monologu… Najbardziej nie spodobał mi się właśnie ten monolog Ricka. 

Trudno było mi też wejść w tekst. Podchodziłem do niego trzy razy, zanim się udało. 

Pomysł na plus :)

O autystycznym dziecku w miarę ok jest film “Strasznie głośno, niesamowicie blisko” – już sam tytuł sugeruje nadwrażliwość na bodźce. Niestety film jest przesiąknięty martyrologią amerykańską, no ale wszystko ma swoje wady.

 

Mam mieszane uczucia po lekturze. Niektóre pomysły bardzo błyskotliwe, ale jakoś kwestie fabularnie mnie nie przekonały. Bardzo ciężko mi się wypowiedzieć przy takim opowiadaniu, które jest dobre, ale mnie nie uwiodło. Za kwestie sf, filozoficzne i wykonanie daję punkt, bo się należy.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

No i pozostaje się zgodzić z przedpiścami. Pomysł obiecujący, zabrakło przestrzeni do wykonania. Materiału jest spokojnie na 40K tekstu.

Scena z dziką orgią AGD zapada w pamięć ;)

Tak, właśnie miałam napisać, że ogólnie pomysł na te piętrzące się sprzęty – bardzo malowniczy :) Na sama planetę również

Przeczytałam z zainteresowaniem, ale raczej umiarkowanym. Nie przypadł mi do gustu sposób wprowadzenia w przedstawiona sytuację, ten odgrywany wywiad. Może rzeczywiście potencjał tekstu lepiej by się rozwinął, gdyby nie limit.

Witaj!

Fajne elektryczne rośliny, nowa planeta i dziecko z przypadłościami.

Ale tekst napisany zbyt chaotycznie, miejscami drętwo. Raczej nie dla mnie, w takiej w formie.

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Początek zdecydowanie słabszy niż środek i zakończenie. Ogólnie miałam wrażenie, że przez opowiadanie musiałam się przedzierać lub przekopywać – nie przepadam za takim stylem. Natomiast sam pomysł bardzo fajny, jakoś tak mi się z Avatarem skojarzył, nie wiem czemu. No i nie jestem przekonana, czy końcówka wyczerpuje temat konkursowy ;) (dobrze, że nie jestem w jury :P)

Jest tu jakiś pomysł na planetę, ale reszta mu jak dla mnie nie sprostała. Pierwszy dialog brzmi sztucznie. Po lekturze pozostałam w wieloma pytaniami bez odpowiedzi, np. o co chodzi z tymi stworami, z prądem, z chłopcem. Zbyt enigmatyczne to dla mnie. No i znów mam problem z czernią i bielą. Nie przebija mi się nigdzie w treści w jakiś konkretny sposób. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Uff, dzięki za komentarze. Za dużo tego by z sensem odpowiedzieć, ale parę osób “przytuliło” tekst, więc fajno.

@śniąca – szczegółowo drobiazgowo sprawdziłem, w końcówce mamy czarno-biały świat ;)

 

pzdr

O=('-'Q)

Niewiele dodam do powyższych wypowiedzi. Kluczowy zarzut to drętwo wg mnie brzmiące dialogi. Nie tylko ze względu na ów “infodump” – są do siebie tak podobne, że odbierają zupełnie postaciom jakikolwiek charakter (no dobrze, trochę go jest, ale taki zbiorczy, jakby wszyscy mówiący byli jedną osobą).

Mniej istotny zarzut dotyczy samego pomysłu – owo samoistne cudotwórstwo niespecjalnie do mnie przemówiło, ale bez konkretnego powodu. Nieco jakby zbyt skokowa ewolucja, nieco zbyt bez uprzedzenia zachodzące zjawiska… Niby wszystko powiedziane co i jak, ale… hm. Bajkowo jakoś. A nie tego się spodziewałem. Dość abstrakcyjny treściowo początek ustawił mnie chyba w kierunku innego typu historii.

Niemniej – warsztatowo ok, dość ciekawie i wciągająco.

4.5

edit – A! No i jeszcze fajna interpretacja tematu konkursu. Raczej nie oceniam pod tym kątem, bo to sprawa jury, jednakowoż warto wspomnieć.

@varg – z dialogami w samo centrum tarczy, lepiej bym tego nie ujął. Nieważne kto usta otworzy, to jakby gadała jedna osoba ;(

Widziałem tylko ten biało-czarny świat chłopca, w zasadzie nie wiem, czy dobrze, czy źle mu teraz. Mam nadzieję, że dostał najlepsze, co mógł otrzymać. No i trochę mnie wkurzał ten Rick – taka trochę “ciapa”, ani do panny nie uderzy, ani nie stanie w jej obronie… Dzięki za komentarz.

 

pzdr

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Nie wszystko w tym opowiadaniu wyłapałem (i nigdy nie wiem, czy to wina autora, że pisze niejasno, czy moja, że jestem zbyt głupi :) z braku lepszego wyjścia rozstrzygam to na korzyść autora), ale na pewno ma ciekawy pomysł i niezłe tło.

Dobrze, panie @zygfryd89, że coś ciekawego tu znalazłeś.

Co do zrozumienia… różnie bywa, czasem pan Hilary nie może znaleźć okularów na nosie, a niekiedy okazuje się, że wcale ich nie ma;)

 

pzdr

‘-‘_@_

Nowa Fantastyka