- Opowiadanie: SHADZIOWATY - Nonszalanckiego wąpierza los okrutny

Nonszalanckiego wąpierza los okrutny

Wszelkie uwagi mile widziane, a nawet pożądane, póki termin jeszcze świeży.
Podziękowania za pomoc dla techniczka.

 

Do 07.04.2017 na komentarze odpowiadał narrator :D

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy II, śniąca

Oceny

Nonszalanckiego wąpierza los okrutny

Wam – ludziom, wszystko wydaje się takie skomplikowane. Czym jest dusza? Co będzie po śmierci? Która religia jest prawdziwa? Co było w walizce Marsellusa Wallace’a w Pulp Fiction? Ciągle zadajecie te same pytania… A co jeśli, na wszystkie z nich odpowiedź brzmi tak samo – chuj was to obchodzi.

Tak – jesteście wstrząśnięci. Część z was, ta z dystansem do siebie, mogła się nawet lekko uśmiechnąć. Wyjawię wam jednak coś, czego każdy w głębi serca się obawia. Czego nie uczą w szkołach i o czym youtuberzy nie nagrywają vlogów. Nie ma żadnej duszy, życia po śmierci, ani bogów. Jesteście tylko zwierzętami. Istotami z krwi i kości, których motywy do działania podyktowane są stanem gospodarki hormonalnej oraz czynnikami zewnętrznymi. Kura nie zastanawia się, w której ręce będziecie trzymać jej udko, gdy następnym razem będziecie żreć to gówno w KFC. Wiewiórka nie docieka tego, kto podetrze sobie dupę papierem zrobionym z drzewa, w którym miała dziuplę. Nie dywaguje czy dostanie rozgrzeszenie za orzecha, którego zajebała koleżance. Także, powtarzam jeszcze raz, dla utrwalenia – chuj was to wszystko obchodzi. Pooddychajcie teraz spokojnie i opanujcie wzbierający ból dupy, ale zanim mnie ocenicie, posłuchajcie mojej historii, bo w dziedzinie badań nad śmiercią nie mam sobie równych.

 

***

 

Bycie wampirem samo w sobie nie jest trudne. Bycie żywym wampirem, to już z lekka inna bajka. Potrzebuję krwi, najlepiej ludzkiej i to sporo. Nie dla kaprysu, zboczenia czy żądzy mordu. Po prostu nie jestem w stanie wchłonąć żadnych mikroskładników inną drogą niż przez czyjąś krew. Nie mogę się wtedy skupić, nie mam energii, łapią mnie skurcze. Żywot bez niej to mordęga. Gdziekolwiek nie osiądę, czegokolwiek nie zrobię, nie potrafię nad tym zapanować. Na koniec, pragnienie zawsze wygrywa. Mogę polować z ukrycia, próbować pozostać w trybie incognito. Ale znowu ile można się chować, jak długo zanim mnie złapią? Ciągłe przeprowadzki, strach, niepewność. Ciężka sprawa. Jeśli się ujawnię, a dzieciak z mieściny obok ciężko zachoruje albo coś sobie zrobi, to jak myślicie – na kim jego rodzice się przylezą wyżyć? Na kogo zwalą winę?

Jeżeli chciałem gdzieś w końcu osiąść, musiałem znaleźć sposób na to, by jakaś społeczność mnie zaakceptowała. Nie przypadkiem wybrałem na swój kolejny przystanek wioskę pod Samarindą, jednym z większych miast Borneo. Region ten słynie z rekordowej ilości ukąszeń przez tajpana nadbrzeżnego, jednego z najbardziej jadowitych węży na świecie. Nie to, żeby mnie ciągnęło do innych stworzeń z długimi zębami. Ale w końcu jestem wąpierzem, trucizny mi niestraszne, a przynajmniej tak myślałem, gdy po raz pierwszy wysysałem wężowy jad wraz z obfitą ilością krwi z nogi świeżo ukąszonego rolnika. I nie wierzcie filmom dla nieszczęśliwych nastolatków, nie miałem problemu, by odessać się zanim wypiłbym za dużo. To podobne uczucie do tego, gdy po całym dniu w upale dorywacie się do butelki zimnej wody. Owszem, moglibyście pić bez końca, ale wystarczy odrobina dyscypliny i instynktu samozachowawczego. Światło słoneczne też nie było mi straszne, po prostu w dzień czułem swędzenie, jakby mrówki po mnie chodziły.

Ukąszonego wieśniaka znalazłem przy drodze i tam też zostawiłem, z paskiem ciasno zaciśniętym wokół uda. Problem polegał na tym, że nie zdążyłem ujść dalej niż kilka kroków, gdy moje trzewia rozdarł straszliwy ból i pociemniało mi przed oczami. A chwilę później zapadłem się w głąb siebie. To właśnie wtedy umarłem po raz pierwszy, przy okazji dowiadując się, że trucizna tajpana jednak działa na wampiry. Do tego zdecydowanie szybciej niż na ludzi.

Zmartwychwstałem niecały dzień później i zgadnijcie, w jakim stanie się odnalazłem. Na stosie – kurwa mać – przywiązany do pnia. Kilku chłopa właśnie podpalało drwa, mamrocząc jakieś modlitwy. Wcale im się nie dziwiłem. Gdy umarłem, moje zęby wciąż były wydłużone, koszula upaprana krwią, a kilka metrów za mną leżał wieśniak ze śladami mojego ukąszenia na nodze. Tłumaczcie teraz tępym, że niczym jebany ambulans na sygnale przyjechałem na skuterze i w ramach wolontariatu, wyssałem facetowi z łydki jad, ratując mu życie. Wkrótce zrobiło się bardzo gorąco i zmarłem drugi raz. Tym razem do odrodzenia potrzebowałem niemal tygodnia. Sumując, miałem już osiem dni stażu w zaświatach i pewnie jesteście ciekawi co tam zastałem, co? Chuj was to obchodzi.

Miałem plan. Znalazłem poszkodowanego wieśniaka i porozmawiałem  z nim w cztery oczy. Chwilę zajęło mi przekonanie go, że nie musi machać krzyżykami, których nakupił, tak na oko, za miesięczną wypłatę. Okazało się, że wstydził wyjulać się na asfalt, więc wszedł w krzaki na poboczu. Tego, że to zrobił też się wstydził. W Indonezji, na Borneo, w Samarindzie, w delcie Mahakamu, w krzaki, bez kaloszy… Pogratulowałem mu pomysłowości i przekonałem, by opowiedział swoją wersję w mieście, że wcale nie wyjdzie na głupka, a na bohatera który przetrwał nie tylko atak wampira, ale także tajpana. Żeby wspomniał o tym gdzie mnie znaleźć, że chętnie pomogę w kolejnych przypadkach. Że nie jestem krwiopijcą-mordercą z komiksów, a jedynie mężczyzną o niecodziennym fetyszu, niezłej odporności i potrzebie niesienia pomocy.

Postanowiłem czekać cierpliwie i nie pokazywać się publicznie. Nie minęły dwa tygodnie, gdy w środku nocy obudziło mnie stukanie, a raczej naparzanie pięściami w drzwi. Najwyższy czas. Jeszcze kilka dni i musiałbym sam zapolować. Tubylcze małżeństwo wparowało do środka z konającą dziewczynką na rękach. Miała ślad po ukąszeniu na przedramieniu. Nie opłacało mi się to, nie mogłem wypić więcej niż pół litra krwi, dziecko mogło ważyć z dwadzieścia pięć kilo. Zdawałem sobie sprawę, że dawka trucizny będzie jednak wystarczająca, by mnie uśmiercić kilka minut później. Mimo tego poświęciłem się, przyssałem i zszedłem po raz trzeci. Co ciekawe, mój organizm musiał wyrabiać pewną tolerancję dla toksyny, gdyż tym razem ocknąłem się po dwunastu godzinach. W przyjemniejszych okolicznościach – na swoim posłaniu, z kompresem na czole i świeżymi kwiatami na stole. Bleee.

W ciągu następnego miesiąca miałem cztery kolejne przypadki. Darmowe posiłki, nieobciążające sumienia, lecz kosztujące mnie jedno życie. Ale co ja, kot? Nie musiałem ich liczyć, tylko pogodzić się ze stratą kilkunastu godzin. Pamiętacie, gdy mówiłem o asymilacji ze społecznością? Udało mi się osiągnąć znacznie więcej niż planowałem. Miejscowi nie tylko mnie zaakceptowali. Ci idioci zaczęli mnie traktować niczym błogosławieństwo. Przynosić drobne podarunki, kłaniać się na ulicy; stałem się atrakcją oraz duszą miasteczka. Miejską legendą, dzięki której czuli się bezpieczniej. To słodkie, pewnie pomyśleliście. Też tak w pewnym momencie rozumowałem. Zaczynałem się zastanawiać, a może tak naprawdę dusza istnieje, może mogłem jeszcze odkupić swoją? Pomaganie przynosiło mi satysfakcję. Może coś jednak było na rzeczy, ale tylko dla tych dobrych? Skoro już wiedziałem jak to jest umrzeć złym, chciałem sprawdzić jak jest w drugim wypadku. Zapuściłem korzenie w wiosce, robiąc za szamana, lekarza oraz cudotwórcę. Każdą interwencję przypłacając życiem.

Efekty jednak były mierne. Jeżeli uratowanie trzydziestu dwóch istnień w ciągu roku nie jest powodem do udzielenia mi zbawienia, to już nie wiem co nim – kurwa mać – może być. Uprawianie miłości francuskiej z księdzem w pozycji na klęczka nie wchodziło w rachubę; już wtedy byłem za stary, by zostać ministrantem. W tamtym momencie, w ten pamiętny wieczór, po trzydziestej trzeciej śmierci… Tak trzydziestej trzeciej, dobrze przeczytaliście. Owszem uratowałem tylko trzydzieści dwie osoby, ale raz mnie spalili na stosie. Może wy już o tym zapomnieliście, ja nie – do dzisiaj odczuwam wstręt do ognia. O czym to ja, ach, po trzydziestej trzeciej śmierci byłem już pewien. Nasz stosunek dobrych do złych uczynków, wiara czy chęci nie mają żadnego znaczenia. Wciąż nie zastałem w zaświatach nic ciekawego. Mimo tego nie przerwałem badań, to ciągłe umieranie stawało się moim sposobem na życie. Zaczynałem się od tego uzależniać.

Wkrótce jednak stało się coś dziwnego… Zakochałem się… Dacie wiarę? W miejscowej dziewczynie – Batari – córce jednej z kobiet, którą ocaliłem. Może was to dziwić, bo pewnie wyobrażacie mnie sobie jako kilkusetletniego bladego chudzielca z tłustymi włosami. Nic bardziej mylnego. W tamtych czasach przypominałem bardziej młodego Colina Farrella. Może miałem trochę mniej wyraźne brwi, rzadszą brodę i włosy oraz mniej bystre oczy. W sumie to nie byłem do niego aż tak podobny, ale nie mogę wymyślić lepszego przykładu. Oszpećcie go trochę w wyobraźni. O! Tak właśnie wyglądałem.

Wydawało się, że wyściełałem sobie wygodne gniazdko i spędzę w nim wiele, obfitujących w krew lat. Nie wiem jednak czy to przez globalizację, czy przez wzrost świadomości wśród miejscowych, ugryzień było coraz mniej. Można by rzec, że na swój unikalny sposób głodowałem. Musiałem coś wymyślić. Nie potrafiłem tak funkcjonować, nie mogłem się skupić. Batari również to widziała i martwiła się o mnie. Głód krwi zżerał mnie od środka. Niczym chemioterapia, osłabiając i wyniszczając organizm. Przypadek chciał, że któregoś dnia znaleziono tajpana w domu jednego ze starszych rolników. Facet miał szczęście, że byłem w pobliżu i mogłem wyssać toksynę. Ten jadowity skurczybyk spadł mi z nieba.

No dobra, tak dokładniej to spadł z kija na którym go przyniosłem. No co?! Macie mi to za złe? A co byście zrobili na moim miejscu? Jaki miałem wybór? Miałem kogoś zabić albo zaatakować bez powodu? Bez przesady… Chłop był cały, wąż też – wypuściłem go zanim zmarłem. Dla mnie to była kwestia przetrwania, a i okazja by przypomnieć miejscowym, że w dalszym ciągu jestem im niezbędny. Nie powiem, że od tego momentu częściej nie wykorzystywałem tego manewru. Postanowiłem, że będę pił raz w tygodniu. Pilnowałem również tego, żeby znaleźć się w odpowiedniej odległości od miejsca zasadzki. Z jednej strony chciałem być na tyle blisko, by móc zareagować zanim jad wyrządzi poważniejsze szkody w ofierze, lecz na tyle daleko, żeby nie wzbudzić podejrzeń. Nie zamierzałem być przecież postrzegany jako omen ugryzienia, a raczej jako superbohater na zawołanie. Pasowało mi to. W tym momencie, moje zbawienie, jeżeli takowe nastąpiło powinno było się odwrócić. W końcu ratowałem życia, które sam wystawiałem na szwank. Po śmierci, po tamtej stronie, nic się jednak nie zmieniało. Co się więc stało, zastanawiacie się, że jestem tutaj z wami, a nie tam z nimi, z nią i z tajpanami…

Batari nie była głupia. Zresztą tak cyniczna istota jak ja, nie mogłaby zakochać się w kimś o niskim intelekcie. Zaczęła mnie podejrzewać, czułem to. Przyglądała mi się dużo uważniej, wypytywała dokąd chodzę, dlaczego zawsze, gdy coś się działo, nie było mnie w domu. Znikałem więc coraz częściej, po to, by moja nieobecność była mniej zauważalna. Wydawało mi się, że ją to uspokoiło. Nic bardziej mylnego, postanowiła mnie śledzić. Ale w końcu byłem wąpierzem, wyczułem ją i zgubiłem w gąszczu bez problemu. Tej nocy nie zrobiłem nic głupiego, udawałem, że jej nie zauważyłem. Przez kilka kolejnych dni pozwalałem jej się śledzić całą drogę, spacerowałem. W końcu odpuściła, a wtedy ja zaatakowałem.

Poszedłem po tego samego tajpana, którego używałem do ostatnich ataków. Przechowywałem go w wiklinowym koszu, przykrytym liśćmi. Przez ostatnie miesiące odkryłem, że miały w sobie agresji na trzy, cztery ataki. Potem musiałem szukać nowego węża. To już była rutyna. Bacznie się rozglądając, pod osłoną księżyca, zakradłem się do domu wieśniaka, którego uratowałem jako pierwszego. Uznałem, że minęło już wystarczająco dużo czasu, jego organizm zregenerował się i będzie w stanie przyjąć kolejną dawkę śmiertelnej toksyny. W tym momencie facet miał szansę zostać prawdziwą legendą, przetrwawszy po dwa ataki śmiercionośnych stworzeń. Nie pomyliłem się. Zanim stracił przytomność, byłem już przy nim i wysysałem krew z łydki, tym razem lewej. Czułem jak witaminy i minerały z ciepłego płynu nasycają mój organizm, wypełniając go energią.

Po wszystkim, syty i zadowolony wyrzuciłem tajpana za drzwi. Był to dopiero jego trzeci raz, pewnie miał w sobie jeszcze jeden atak, ale wolałem nacieszyć się posiłkiem, wyczekując kolejnej wizyty w zaświatach. Rozsiadłem się wygodnie w wiklinowym fotelu i czekałem na śmierć, która niczym polujący tygrys, szykowała się do skoku. Pokój zdawał się wirować, lecz zanim straciłem przytomność usłyszałem dotkliwy, pełen bólu wrzask.

Batari… Poznałem jej głos od razu. Nigdy nie zapomnę łoskotu ciała zwalającego się na drewnianą werandę. Zerwałem się z fotela, by jej pomóc, lecz sam również runąłem na podłogę. Ty idioto, ty debilu, myślałem. Cały czas mnie śledziła, przyszła za mną, pewnie nastąpiła na tego jebanego węża… Zlekceważyłem jej spryt, przecież znała te tereny jak własną kieszeń… Była tutejsza, a ja obcy, w dodatku osłabiony głodem… Umierałem ponownie i to w najgorszym możliwym momencie. Po raz pierwszy żałując, że miałem się odrodzić. Wiedząc, że w świecie w którym się obudzę już jej nie zastanę.

Ocknąłem się w wiklinowym fotelu, z którego wcześniej spadłem. Chwilę zajęło mi poskładanie wszystkich wspomnień do kupy. Zranione miny kilku zebranych w izbie miejscowych szybko odwiały wszelkie strzępy nadziei, którą chciałem pielęgnować jak najdłużej. Pozwolili mi zobaczyć ciało ukochanej, ucałować w czoło ostatni raz. Wiecie co w tym wszystkim było najgorsze? Nie powiedziała im, nie pisnęła słowa nikomu, nawet swojej rodzinie. Dlaczego za mną poszła, że podejrzewała mnie o prowokowanie ukąszeń, że przyłapała mnie na tym. Pozostała mi lojalna, nawet na łożu śmierci na którym znalazła się z mojej winy, z mojej pychy i głupoty. I to bolało mnie najbardziej, że nie miałem za co jej znienawidzić. Nie dała mi powodu, by przestać ją kochać. By zapomnieć o niej i o tym przeklętym miejscu. By ruszyć dalej, poszukać szczęścia gdzieś indziej. Chciałem umrzeć, na dobre. Ale wiedziałem, że to niemożliwe… Jakkolwiek wymyślna i brutalna śmierć, organizm wampira odradzał się na nowo. Mogło to zająć kilka godzin, tygodni, nawet lat. Ale zawsze wiązała się z powrotem.

Skoro nie mogłem uwolnić mieszkańców wioski od siebie, postanowiłem uwolnić siebie od nich. Następnej nocy wyrżnąłem w pień całą osadę. Kilkaset osób – mężczyzn, kobiet, dzieci, starców i staruszki. Matki patrzyły jak rozrywałem ich potomstwo na strzępy, ojcowie widzieli jak dekapituję całe pokolenia. Zniszczyłem to wspomnienie, te istoty na których żerowałem przez kilka lat. Nie jestem dumny z tego czynu. Zrobiłem to przecież z pobudek czysto samolubnych. Jednak czego niby miałem się bać? Prawa?! Bogów?! Nie rozśmieszajcie mnie… Byłem nieśmiertelny, a po drugiej stronie spędziłem więcej czasu niż ktokolwiek wcześniej. Wiedziałem, że nie ma żadnego sądu ostatecznego, wagi ważącej nasze dobre i złe uczynki, nieba, piekła, raju. Jedyną rzeczą, której się obawiałem były własne myśli, wspomnienia czy wyrzuty sumienia. Tak, wyobraźcie sobie, że takowe miałem, też mnie to dziwiło.

Po raz pierwszy ktoś mnie pokochał, dbał o mnie, martwił się, co więcej – dowiadując się najgorszego pozostał wiernym. Może dla was to coś normalnego, ale uwierzcie, kilkaset lat żywota nauczyło mnie, że wąpierzy takie luksusy nie spotykają. Tak czy siak moje dni były policzone, Indonezyjskie służby specjalne wysłały za mną spory oddział. Gdy dopadli mnie podczas rozróby w kolejnej wiosce, powitałem ich z otwartymi ramionami. Rozpłatałem kilku tylko po to, żeby podtrzymać swojej rasie dobry pijar, ale z uśmiechem na ustach powitałem śmierć, którą mi zaserwowali. O tym, że mnie poćwiartowali i zakopali w kilku różnych azjatyckich krajach, dowiedziałem się dwadzieścia dwa lata później, budząc się w jaskini w południowych Chinach. Dobrze mnie urządzili, musiałem im to przyznać. Chyba nie rozumieli wtedy jak wielką przysługę mi wyświadczyli.

Widok zmienionego świata, wszechogarniającego postępu technologicznego dał mi nadzieję. Napełnił energią i motywacją do życia. Oczywiście wciąż musiałem kombinować, by zdobyć krew. Kto by jednak pomyślał, że Internet okaże się tak pomocnym narzędziem dla moich, nazwijmy to delikatnie – potrzeb. Szybko znalazły się rzesze zdesperowanych nastolatek, które jeszcze chciały mi zapłacić za wyssanie ich krwi. Nie muszę dodawać, że większość z nich stanowiły Azjatki. Te laski są naprawdę zdrowo popierdolone, no ale nie będę narzekał. Lepsze to niżeli wysysanie jadu tajpana ze spoconej łydki pomarszczonego wieśniaka. Zaaklimatyzowałem się w nowoczesnym świecie całkiem nieźle, jednak ze względu na święty spokój, współrzędne mojej lokalizacji oraz obecną rolę w społeczeństwie zachowam dla siebie.

 

Ach, tak. Jestem wam winny kilka odpowiedzi, które w swojej wrodzonej nonszalancji łaskawy byłem skracać do – chuj was to obchodzi. Bo widzicie, zadajecie sobie i innym złe pytania. Przywiązujecie wagę do tego co będzie na końcu, co się stanie po śmierci, gdzie się znajdziecie. Myślicie o celu, ignorując drogę, która do niego prowadzi. Zapominając o procesie samym w sobie. Wielu z was ma teraz pewnie lekceważący uśmieszek na swych ludzkich ustach. Bo przecież co ja, pospolity wąpierz-morderca, mogę wiedzieć. Jestem tylko potworem, a wy boskimi istotami. Tylko widzicie, znowu przegapiliście jeden ważny szczegół. Bez względu na to czy zabijałem, czy pomagałem, po tamtej stronie nic się u mnie nie zmieniało. Jednak nie świadczyło to o tym, że umierałem na innych zasadach niż wy. Tak naprawdę jesteśmy o wiele bardziej podobni niż wam się wydaje. Owszem, niektóre potrzeby fizjologiczne oraz cechy fizyczne mamy zgoła odmienne, no i w przeciwieństwie do was jestem nieśmiertelny.  Jednak wtedy, na początku mojej opowieści różniło nas jeszcze jedno. Nie miałem nikogo. Nigdy wcześniej nikomu nie zaufałem, nie pokochałem…

Do dzisiaj opłakuję Batari, ale szukam sobie kogoś. Bo widzicie, wreszcie zrozumiałem śmierć. Tego dnia, kiedy się przebudziłem na Borneo, w wiklinowym fotelu, a ona nie żyła… Gdy dotarło do mnie, że wiedziała o wszystkim, lecz przymknęła na to oko, by pozostać mi lojalną, bym przeżył… Coś we mnie pękło. A kiedy mnie dopadli i skutecznie uśmiercili, po drugiej stronie już nie byłem sam. Zaraz mi zarzucicie, ale jak to, czyli kłamałeś, jednak istnieje życie po śmierci… Nie tak prędko.

Gotowiście pomyśleć, że dwadzieścia dwa lata w zaświatach, w objęciach ukochanej osoby to raj, nawet dla wampira. Owszem, było wspaniale, ten czas minął mi szybciej niż każda kilkunastogodzinna śmierć. Ale to nie było to samo. Jej dotyk nie był tak delikatny jak za życia, zapach tak intensywny, a głos tak słodki. Nasze rozmowy nie były tak interesujące, jej riposty tak ostre, a seks tak satysfakcjonujący. To była tylko namiastka, coś na kształt pamiątki. Czarnobiały film. Marny hologram tego, czym byliśmy dla siebie przed śmiercią, a czego wtedy nie dostrzegałem i nie rozumiałem. Jeżeli wciąż nie wiecie dlaczego moja odpowiedź na tamte pytania brzmi – chuj was to obchodzi – to znaczy, że powinniście zacząć spędzać zdecydowanie więcej czasu na aplikacjach randkowych.

Mnie, zdiagnozowanie tego na własnych błędach zajęło kilkadziesiąt zgonów; wy, moi drodzy śmiertelnicy, nie macie tego komfortu.

 

Koniec

Komentarze

Interesujący pomysł na asymilację wampira ze społecznością. Kilka innych, pomniejszych, też przypadło mi do gustu. Przeszkadzały za to wulgaryzmy. Mam wrażenie, że w ten sposób narrator spłyca temat. Jeśli ktoś bluzga, zamiast przytoczyć argumenty, to bardzo łatwo zlekceważyć jego wypowiedź.

No i końcówka nie bardzo mi się spodobała – nie lubię, kiedy ktoś wie najlepiej, co będzie dla mnie najlepsze i jak mam sobie życie poukładać.

Nie dla kaprysu, zboczenia czy rządzy mordu.

Ojjj, paskudny ortograf. Edytor nie podkreślił?

Babska logika rządzi!

Wąpierz jest zaiste nonszalancki, a opowieść raczej lekka, miejscami wręcz zabawna, jednakowoż wszechobecny luzik i powtarzające się zabiegi z tajpanem w pewnym momencie poczęły mnie mocno nużyć i zaczęłam wyglądać końca wąpierzych zwierzeń. Na szczęście koniec niebawem nastąpił.

Zupełnie nie znajduję uzasadnienia dla nawtykanych w tekst wulgaryzmów.

Zastanawiam się, co sprawia, że opowiadanie bierze udział w czarno-białym konkursie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Autorze! Bardzo dobra historia! Twoje dylematy przypominają te bohatera filmu “Wywiad z wampirem”. Nad jednym się głowię. Skąd jako wampir poznałeś sekret walizki Marsellusa Walleca? I rzeczywiście wulgaryzmy w tym tekście są mocno zbędne. Chcę też zwrócić uwagę, że twój styl jest “przegadany”, nie ma tu ani jednego dialogu. Jednak nie stanowi to wielkiego problemu. Naprawdę dobre opowiadanie.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Dlaczego “nonszalanckiego”?

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Finkla – Wyraźnie powiedziałem, że te aplikacje są dla tych którzy nie zrozumieli mojego przesłania, wierzę, że ty znalazłaś sens. Bo widzisz, mnie wcale nie zależy na tym co dla ciebie najlepsze, bo to nie z tobą będę dzielił kolejne śmierci.

Regulatorzy – Kochana, żebyś wiedziała jak mnie się dłużyły tamte chwile w zaświatach. Co do konkursu – naprawdę?

Pietrek Lecter – A kto w mojej opowieści niby zasługiwał na głos? Jedynie Batari, ale mniemam, że języka malajskiego nie znacie… Co do walizki, to chyba wiesz jak brzmi odpowiedź.

 

Do was wszystkich, drodzy śmiertelnicy – naprawdę sądzicie, że jako potwór z krwią na rękach oraz migawką do zaświatów będę owijał w bawełnę i unikał wulgaryzmów? Że tak łatwo mówić o swojej przeszłości obcym, do tego ludziom? Przeżywać te emocje raz jeszcze?

 

PS. Dalej nie wiesz czemu ,,nonszalanckiego’’?

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Melduję, że przeczytałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

“Ciągłe umieranie stawało się moim sposobem na życie” – lubię takie teksty.  Dobre opowiadanie,  lekko napisane, choć odrobinę się dłużyło. Nawiązanie do czerni i bieli jasne, ale jednak jest to nawiązanie, a nie sedno tekstu (to tak na marginesie, gdyby nie konkurs, w ogóle bym o tym nie wspomniał). Przesadzacie z czepianiem się wulgaryzmów, okej, bez nich opowiadanie by nie ucierpiało, ale po komentarzach spodziewałem się fucka co trzy zdania, a nie ma tego aż tak znowu dużo. A, i ta masakra całej wioski (łącznie z rodziną ukochanej, zaznaczam) trochę mi nie pasowała, ale to drobiazg.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Nie twierdzę, że mnie te wulgaryzmy gorszyły czy jakoś oburzały. Ale uważam, że bez nich (czy tam z mniejszą liczbą) tekst byłby lepszy.

Może dlatego, że bluzgi w opowiadaniu kłócą mi się z moim własnym wyobrażeniem na temat przeklinania i wampirów. Sądzę, że najwięcej klną bardzo młodzi ludzie, którym wydaje się, że to takie dorosłe, albo ludzie nie potrafiący wyrazić emocji w inny sposób. A stary bohater mi do tego nie pasuje – ani w jedną stronę, ani w drugą.

Babska logika rządzi!

Śniąco, melduję, że meldujesz.

Bailoucie, w momencie masakry nie rozumiałem jeszcze kim była dla mnie Batari. I tak nie żałuję.

Finklo, czy będąc nieśmiertelnym można dorosnąć? Dojrzeć? Czym jest sędziwość dla kogoś, dla kogo czas nie istnieje, nie ma granicy między młodością, a starością. Pomyśl o tym w ten sposób. Wszelkie ludzkie ograniczenia, rytuały przejścia związane z osiągnięciem jakiegoś wieku czy społeczne stereotypy nie istnieją w tej sytuacji.

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Nooo, wydaje mi się, że przez kilka setek lat to trudno nie dojrzeć. I pal licho rytuały przejścia…

Babska logika rządzi!

@Autor (Autorka? I don’t think so…)

Już tam nie pitol, że nie rozumiałeś. Zamiast dorabiać teorię do faktów, znajdź sobie lepiej jakieś ładne imię (Brajanek?) i sieknij o sobie jeszcze jakieś opowiadanie, bo nieźle rokujący z ciebie skurczysyn. Dałbym punkt na zachętę, ale regulamin twierdzi, że mam na to jeszcze za mały szacun na dzielni. 

 

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Biały i czarny wąpierz przypadł mi do gustu. No, może przegadany trochę ten tekst, ale styl autora pozostaje jego i chuj mnie to obchodzi. ;)

Uśmiechnąłem się kilka razy na perypetie bohatera i jak bardzo próbował znaleźć sposób na życie. Nie wiem co jeszce napisać, żeby mój komentarz był merytoryczny, więc dokończę to zdanie, żeby lepiej wyglądało. Pozdrawiam. :)

Finklo, prosiłem przecież, nie przypominaj mi o paleniu, spalaniu, podpalaniu :D

Bailoucie, imię już mam, całkiem ładne, ale ewentualne dalsze części moich przygód dopiero po ogłoszeniu wyników. Nie mogę całe życie być anonimowy.

Blackburnie, miło.

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Oj, przepraszam. ;-)

Babska logika rządzi!

Przyjemnie się czytało. Mniejsza liczba męskich organów nie zaszkodziłaby tekstowi, a wręcz dodała dynamiki, z drugiej strony –  przyjęłam bluzgi z dobrem inwentarza. Oprócz członków ;), coś bym jeszcze przycięła tu i tam.

A poza tym podoba mi się pełne utożsamienie autora z narratorem wynikająca z komentarzy :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Przynajmniej wiadomo, że jak będziemy zgadywać, kto jest Autorem, to trzeba szukać wśród zadeklarowanych wampirów… ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałam z uwagą. Jak to mam w zwyczaju, uważnie czytam to, co uważam za rzecz bełkotliwą. Humor niskich lotów i pseudofilozofia o niczym niestety nie sprawiły, by drgnęła mi choć brewka. Ale doceniam ten tekst, mimo że mi się nie podoba – zawsze lubię słuchać ludzi, z którymi się nie zgadzam i czytać rzeczy, które mi nie leżą, starając się je zrozumieć. I sądzę, że widzę, gdzie tkwi sens oraz owa wspominana przez poprzedników lekkość. Za wykonanie stawiam plus i odchodzę.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Witaj!

Pomysły z tych dobrych, i to kilka.

Filozofowanie trochę do znużenia.

A co do wulgaryzmów, bardzo umiejętne i staranne przekleństwa potrafią mnie rozbawić tak, że z krzesła spadnę na dywan i jeszcze z dywanu na podłogę. Tym razem krzesło nie chciało drgnąć nawet. Jak dla mnie przesadziłeś z ilością i jakością bluzgów. Wampir to to, czy gimnazjalista?

Opowiadanie przez większość czasu dobrze napisane, z większymi plusami (głównie pomysły) i kilkoma wadami (przekleństwa i filozofowanie; oba w nadmiarze) :-)

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Fleur, utożsamienie? Nie rozumiem. A przycięcia członka się nie boję, odrośnie.

Heroino, jak ci się chce czytać te nudne rzeczy, jeszcze będąc śmiertelniczką… Ja czasu nie muszę liczyć, a portalowe teksty, które doczytałem do końca, można policzyć na palcach jednej ręki. Choć zaczynałem tak wiele…

Mytrixie, nigdy nie chodziłem do gimnazjum.

 

Co do wulgaryzmów. Uparliście się na te stereotypowe wampiry, nie moja wina, że moi pobratymcy w większości to idioci… A ja, cóż, dużo siedzę w internecie, przesiąkłem śmieciowym językiem XXI wieku. Ale pokazałem wam mój niezależny głos. Po tym co się dzieje w waszych, polskich mediach, powinniście docenić trochę szczerości, prawdziwości i wolności słowa.

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Przeczytałam. Dyskusję też. Nie wydaje mi się, że mogę więcej dodać do opinii przedpiściów, z których najbliższe jest mi zdanie Bogini (z wyjątkiem zabawności) i Śniącej.

 

 

Hmm... Dlaczego?

Hahha "i Śniącej"

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

No i co mam zrobić? Bardzo mi się z jednej strony sposobała opowieść rzeczywiście niezwykle nonszalanckiego wampira, z drugiej boleśnie biły po oczach moim zdaniem zbędne wulgaryzmy (i to bez ostrzeżenia, czyli otagowania!).

Są momenty, gdy narrator się za bardzo rozgaduje i leje wodę, ale całość wypada nieźle. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Darujcie proszę agresywną naturę poprzednich komentarzy, póki tekst był anonimem, odpisywał wąpierz. A jak wiadomo, jest dość nonszalancki devil

 

Śniąca

Dziękuję, miło, że to zorganizowałaś, bo ten zgorzknialec już od dawna mi truł, że chce spróbować tu swoich sił. Tłumaczyłem mu, że trzeba to troszeczkę ocenzurować, przykrócić, ale już nie będę wspominał, gdzie kazał mi się udać i w jakim tempie :D Tag dodany.

 

Blackburn

Dla ciebie, kolego, to ja chyba muszę dedykacje pisać :D Serce się raduje, że ktoś wziął w obronę ten tekst w ,,zgadywance’’, podczas gdy Heroinka próbowała go rozszarpać :D

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Nowa Fantastyka