- Opowiadanie: Pietrek Lecter - Kilka par butów

Kilka par butów

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Kilka par butów

 

Pani Szarmanowska wzięła Michała Wronę do odpowiedzi. A on nie umiał. Wczoraj wieczorem zamiast się uczyć, grał na komputerze w CS-a.

Stanął przed tablicą ze zbolałą miną. Pierwsze pytanie:

– W którym roku założono Rzym?

– Yyy… Tysięcznym przed naszą erą?

– Nie. Był to rok siedemset pięćdziesiąty trzeci przed naszą erą.

 Matka będzie wkurwiona – pomyślał.

– Pierwsza epoka w historii starożytnego Rzymu?

– Cesarstwo.

– Nie. Pierwszy okres nazywamy królewskim. Wymień trzech królów.

 Spierdalaj  – pomyślał.

– Hmm… No to może… Wiem! Juliusz Cezar!

Klasa się zaśmiała. Wszyscy są tacy mądrzy jak siedzą w ławkach. Wtedy mają wiele do powiedzenia.

– Nie śmiejcie się. Na jego miejscu nikt z nas nie byłby mądrzejszy! – broniła go jego koleżanka. Za to się w niej kochał. Zawsze była miła, uczciwa i sympatyczna.

– Cicho! Anka ma rację! Kto się odezwie, będzie następny, a pytań mam od groma! – uciszała Wiedźma (tak ją przezywali jej wdzięczni za zdobywaną wiedzę uczniowie). – "Cezar" ci się z cesarstwem nie kojarzy, Wrona?

– A!

Nie było dla niego nadziei. To już jest koniec. Nie ma już nic – przypomniał sobie tekst piosenki.

– Przypomnisz sobie coś?

– Chyba nie, psze pani.

– Na ilu wzgórzach piętrzy się Rzym?

Zobaczył światełko nadziei.

– No oczywiście, że na jednym.

– Na siedmiu.

Jego lojalni koledzy i koleżanki znów się zaśmiali.

– Chcesz poznać swoją ocenę?

– Chyba nie… – odpowiedział i zrobił coś czego najmniej się wszyscy się spodziewali. A mianowicie zniknął.

Zostały tylko buty. Zwykłe, czerwone adidasy. Na początku wszyscy oniemieli. A potem podniósł się krzyk, panika i chaos.

Niebawem wezwano policję. Zajęcia dla szkoły się skończyły. Uczniowie i nauczyciele byli przesłuchiwani.

 

Szarmanowska siedziała wtedy roztrzęsiona w bufecie szkolnym. Piła mdłą kawę i paliła papierosa. Zupełnie nie zwracała uwagi na tabliczkę z zakazem palenia.

Wszedł tam nadzwyczaj elegancki Dżentelmen. Nosił drogi, czarny garnitur od Armaniego. Długie, kasztanowe włosy miał idealnie zaczesane do tyłu. Gładko ogolony. Młody i pełny życia.

– Pan jest rodzicem jednego z dzieci?

– Nie mam dzieci. Chcę z panią porozmawiać.

Usiadł obok niej. Z kuchni podsłuchiwała kucharka.

– Będzie pani uprzejma nie podsłuchiwać?

Szarmanowska się zdziwiła.

– To nie do pani. To do pani kucharki. Co się stało? Chcę usłyszeć prawdę. Nie jestem z policji i z pewnością nie potrafi mnie pani  niczym zdziwić. – Był zadziwiająco przekonujący.

– Jest pan Facetem w Czerni?

– Coś podobnego tylko, że my zajmujemy się nie tylko kosmitami.

Szarmanowska parsknęła śmiechem, a nieznajomy razem z nią.

– A więc… Wzięłam Wronę do odpowiedzi…

– Przepraszam, że przerywam, ale czego pani uczy?

– Historii.

– Bardzo ciekawy przedmiot. Przede wszystkim niezwykle ważny. Nauka płynąca z czynów naszych przodków jest w dzisiejszych czasach strasznie zaniedbywana. W mojej pracy stykam się czasem z nią. Zresztą nieważne. Niech pani mówi dalej.

– Nie umiał…

– Z czego go pani pytała?

– Ze starożytnego Rzymu.

Et tu, Brute, contra me? Gdzie tu mogę dostać coś do picia?

Pozytywnie zaskoczył Szarmanowską znajomością tego cytatu w oryginale.

– Zajrzy pan do kuchni.

Po chwili wrócił z kubkiem kawy. Szarmanowska wyciągała kolejnego papierosa z opakowania. Wyciągnęła paczkę w stronę dżentelmena.

– Zapali pan?

– Nie i pani też nie radzę. Wystarczy, że wyniszczam się kawą.

Teraz ona zacytowała:

- Cigarette and coffe, man. That`s a combination.

– A to z czego?

Kawa i papierosy Jarmuscha.

– Nie widziałem. Staram się być obeznany kulturalnie, ale czasu nie starcza. Wróćmy do tematu.

Szarmanowska zapaliła i zaczęła opowiadać:

– A więc nie umiał. Już mu miałam wstawić jedynkę, kiedy mi zniknął sprzed nosa. Na jego miejscu pozostały tylko buty. Zawsze mu powtarzałam, aby je czyścił. A on nawet ich nie zmieniał.

Mężczyzna pociągnął łyk kawy.

– Nie mówmy o nim w czasie przeszłym. Nie ma pewności, że nie żyje. Postaram się go wrócić.

Zadziwił nauczycielkę po raz kolejny.

– A to gdzie on jest?

– Gdzieś na pewno.

Była naprawdę przejęta tym wszystkim. I szczerze mówiąc za stara na to. Nie dość, że w Polsce już i tak szacunek do nauczycieli zaniedbywano, a ze strony uczniów nie spotykano, to teraz zniknął jej na lekcji podopieczny. I jak zwykle wszyscy obwinią tych, bez których nie umieliby nawet czytać i pisać. Koniec z tym. Idzie na zasłużoną, biedną emeryturę. Ale jedno wiedziała na pewno. Siły wyższe maczały w tym palce. Zastanawiała się  tylko czy Bóg, czy Szatan.

– Głupio mi, że pytam, ale czy to sprawka tych z góry?

To pytanie zdumiało dżentelmena.

– Chodzi pani o Boga?

– Tak. Mam nadzieję, że to nie Szatan. Chyba za mało chodziłam do kościoła.

Dziwny przybysz spoważniał.

– Niczego nie wykluczam.

Kobieta się rozpłakała.

– Dlaczego takie rzeczy zdarzają się akurat mnie? – szlochała.

– Przysięgam pani, że Wrona wróci.

Nie wiedziała, dlaczego ale wierzyła temu jakże fascynującemu mężczyźnie. Miał w sobie coś osobliwego.

– Kim pan jest?

– Nie mogę powiedzieć, ale specjalizuję się w rozwiązywaniu tego typu spraw beznadziejnych.

– Chociaż poda pan imię.

– Abraham.

– Matylda. – Podała mu rękę, a on ją ucałował. Doprawdy, tak długo jak żyła (czyli 60 lat) nie spotkała na swojej drodze takiego dżentelmena. Nawet jego imię było niespotykane. Był niczym najszlachetniejszy ze średniowiecznych rycerzy.

– Czy mogę zobaczyć te buty?

– Policja je zarekwirowała. Ale po co one panu?

– Każdy ślad jest dobry. Jedna ze ścieżek musi być tą właściwą. A teraz muszę panią pożegnać. – Ucałował ją jeszcze raz w rękę i wyszedł.

Kiedy wyszedł, Szarmanowska nagle pobiegła za nim. Ale kiedy wybiegła na korytarz, jego już nie było.

 

Dżentelmen znał komendanta, albowiem współpracowali już kiedyś przy sprawie Nocnego Podrzynacza Gardeł. Była to sprawa niezwykła, jednakże Abraham ją rozwiązał. Komendant Witalski od tamtej pory zdawał się na osąd Dżentelmena. Tym razem też tak było i detektyw od spraw paranormalnych otrzymał dostęp do dowodu rzeczowego.

Ku rozczarowaniu Dżentelmena na nic go nie naprowadził. Nie natrafił przy nim na żaden ślad aktywności magicznej.

Jedyne do czego doszedł to to, że te buty nie były prawdziwymi adidasami, ale tanimi podróbkami.

Następnie odwiedził rodziców zaginionego, jednak ci również nie rzucili światła na sprawę. Matka w trwodze upraszała Niebo o pomoc, a ojciec się upijał. Brat nie wyszedł z pokoju.

Koledzy poszukiwanego okazali brak kultury głupimi żartami i wysnuli po teorii na głowę. Koleżanka Ania tęskniła, z czego Dżentelmen znający się na ludziach poznał miłość.

Postanowił się udać do Mateusza Dębki, czarodzieja, który mieszkał w mieście. I tak powinien do niego zajrzeć, aby sprawdzić czy nie robi nic złego.

Spotkali się na ławce, nad jeziorem, w parku.

– Dawno się nie widzieliśmy – stwierdził Mateusz. Miał na sobie długi, czarny płaszcz i brązowy kaszkiet jak większość magów XXI wieku. Zmienili długie szaty na płaszcze, a szpiczaste kapelusze na kaszkiety. Nosił okrągłe okulary przeciwsłoneczne, mimo iż nie było wielce rażącego słońca.

– Prawda. Jak ci się wiedzie?

– Dobrze. Nie łamię zasad i nie używam magii do niewłaściwych celów, jeśli o to pytasz. – Dżentelmen dobrze wiedział, że kłamie, ale miał do niego sprawę. – A co u ciebie?

– Jak to u mnie. Pilnuję porządku, utrzymuję wszystko pod kontrolą i ogólnie staram się, aby ten świat jeszcze trwał. Ludzie martwią się swoimi problemami, konfliktami, balansują na granicy wojny i pokoju. A gdyby nie my to dopiero mieliby problemy. Na przykład z takimi jak ty – powiedział Abraham z przekąsem.

– Tak, tak. Nudno i cienko byłoby bez was, Dżentelmenów– przyznał czarodziej z uśmiechem.– Złodziej nie miałby tak ciekawego fachu, gdyby nie było policjanta.

Obaj się roześmiali. Miał trochę racji.

– Słyszałeś coś o tajemniczym zniknięciu? – spytał Dżentelmen.

– Głośno o tym ostatnio w Podziemiu. – Tak nazywa się świat istot nienormalnych, znaczy ludzi lub innych ras, które nie pasują do reszty społeczeństwa. Dżentelmeni pilnują, aby Podziemie nie przeszkadzało reszcie świata.

– Ktoś coś wie?

– Zdziwienie.

– Co byś mi poradził?

– Może Salazar coś wie. – Salazar był jedną z najważniejszych osób tego miasta. Maczał palce we wszystkich brudnych interesach, wśród normalnych ludzi i w Podziemiu.

Więc Dżentelmen udał się do Salazara. Spotkali się w nocy, w jego klubie.

Opis zacznijmy od tego, że to najgorsze miejsce w mieście. Wystarczy powiedzieć, że od założenia nie postawił tam nogi uczciwy człowiek, który nie chciał napytać sobie biedy. Było tam wszystko– od alkoholu i narkotyków po kobiety lekkich obyczajów. Dżentelmen jednak nie zamierzał korzystać z usług owego przybytku.

W tle leciało Seven Nation Army The White Stripes.

Podszedł do jego stołu, przy którym siedział z jakąś skąpo odzianą kobietą i facetem, z którym zapewne ubijał interesy.

– Kopę lat, Abrahamie! – Salazar był dobrze zbudowanym czarnoskórym. Nosił szary garnitur. Zupełnie wyłysiał, za to czarną brodę miał jak wilk morski. Mimo że na oświetlenie składały się praktycznie nic nie dające  kinkiety i błyskające promienie we wszystkich kolorach tęczy,  na jego nosie leżały prostokątne okulary z czarnymi szkłami. Podobno nie widział, ale nikt tego nie wiedział na pewno. Z resztą nikt nic nie wiedział o nim na pewno. Kilka lat temu przyjechał do miasta i w równej mierze talentami i pieniędzmi wkręcił się w biznes oraz wszystkie interesy tego miasta. Policja go nie tykała, ponieważ miejscowa komenda funkcjonowała głównie dzięki jego dofinansowaniu. – Co cię sprowadza do Wilkowa?

– Pewien tajemniczy incydent.

– Z tym gnojkiem co zniknął?

– A były jakieś inne o jakich nie wiemy? – odparł z uśmiechem i dosiadł się do nich. Wyciągnął rękę do towarzysza Salazara. – Abraham jestem.

Tamten jej nie uścisnął, tylko odszedł mówiąc do Salazara, że porozmawiają później. Zapewne nie lubił Dżentelmenów.

– Lola, skocz po drinki dla nas– polecił Salazar towarzyszce.

Gdy dziewczyna odeszła, Abraham przeszedł do rzeczy.

– Co wiesz?

– Tyle co ty. Nic.

– Przymykamy oko na twoje brudne interesy, ale to się może zmienić.

– Skąd mam coś wiedzieć, do kurwy nędzy?!

– Wiesz o wszystkim w tym mieście.

– Nikt nic nie wie. A ja dawno wygoniłem stąd satanistów i tego typu śmieci.

Lola wróciła z drinkami na tacy. Postawiła kieliszek jakiegoś zielonego płynu przed Dżentelmenem. Uprzejmość uprzejmością, ale Abraham chciał zachować trzeźwość umysłu, pieniądze, a przede wszystkim życie, więc tego nie pił.

Salazar dostrzegł kogoś w tłumie i krzyknął:

– Amadeuszu! Podejdź tu!

Podszedł do nich wychudzony hipis z długimi blond włosami. Dosiadł się do nich. Mocno naćpany z nieobecnym wzrokiem.

– Dżentelmenie! Poszukujesz dziecka porwanego! Nie znajdziesz! Bo ja siły nieczyste wyczuwam! Ja pradawne demony widzę! Ja widzę… Chmurę ciemności nad Wilkowem! Ja tylko pieprzoną ciemność widzę! Demony czystości łakome! Demony, które łakną krwi! Ciemność! Ciemność! Ciemność!

Amadeusz nagle dostał padaczki. Puściła mu się krew z nosa i spadł z krzesła. Trząsł się na podłodze. Krzyczał. Wszyscy na sali patrzyli w ich stronę. Nawet striptizerka przestała tańczyć.

Abraham wiedział co robić. Chwycił drinka i wlał jego zawartość do ust hipisa.

Atak na trzy sekundy ustał i znów nawrócił.

– Więcej tego świństwa!

Salazar wydał rozkazy i po chwili Dżentelmen miał całą butelkę.

Zaczął upijać Amadeusza. Po ćwiartce atak ustał. Abraham odłożył butelkę. Był jedynym trzeźwym na sali, który się nie zestresował. Wiedział co było przyczyną.

Pomógł usiąść Amadeuszowi i sam zajął krzesło obok.

– Dlatego go zawołałem – tłumaczył czarnoskóry. – Ma zdolności.

– Jest po prostu narkomanem – zripostował Abraham. Jednakże wiedział, że coś z paplaniny Amadeusza było prawdą. W to zapewne były zamieszane jakieś demony. Nie wiedział tylko jakie.

– Nie pierdol. Wiesz, że coś jest na rzeczy.

– Prawda, prawda… – wstał i podał rękę Salazarowi.– Skontaktuj się ze mną jak będziesz coś wiedział.

– A masz telefon?

– A jakżeby inaczej!

– Wy Dżentelmeni jesteście otoczeni tajemnicą. Najfajniejsze jest to wasze pojawianie się znikąd. Przychodzicie nie wiadomo skąd i kiedy, tak samo wychodzicie. To jakaś magia czy po prostu sztuczka?

Abraham się uśmiechnął.

– Tajemnica zawodowa. To po prostu trzeba umieć. Ale nie nauczysz się tego. Trzeba być DŻENTELMENEM.

– Uchyl rąbka tajemnicy.

Znów się uśmiechnął.

– Zaczynamy od savoir vivre. To przychodzi z czasem.

– Cześć, cwaniaku.

Nie miał już żadnych śladów ani kogo spytać. Wyjechał, ale nikt nie wiedział dokąd.

W najbliższym czasie musiał trochę pojeździć po kraju. Dzieci zaczęły znikać jedne po drugich. I zawsze zostawały tylko buty.

Wróćmy jednak do pani Szarmanowskiej. Jako, że nie miała innego źródła utrzymania poza pracą nauczyciela, musiała wrócić do pracy. Jednakże po ostatnich wydarzeniach prokuratura postanowiła przysłać inspektora na lekcję.

Prowadziła już lekcję, z inną klasą niż poprzednio, gdy wizytator wszedł. I był to nikt inny jak poznany wcześniej Abraham. Trzymał w ręku elegancki neseser z czarnej skóry.

Klasa wstała.

– Dzień dobry – przywitał się Dżentelmen. Klasa odpowiedziała mu tym samym. – Nazywam się Abraham Kudomski i jestem inspektorem. Przyszedłem na waszą lekcję, na swego rodzaju obserwację. Z pewnością wiecie co się ostatnio stało?

Kilka osób odburknęło, że tak.

– Wiecie coś o tym?

Jedna dziewczyna podniosła rękę. Przeraźliwie blada czternastolatka. Wyglądała na nawiedzoną.

– Podejdź.

Szarmanowska się nie odzywała. Nie wiedziała co ma powiedzieć. Wpada jej na lekcję i udaje inspektora. Totalna paranoja.

Dziewczynka podeszła i już miała coś powiedzieć, gdy nagle zniknęła. Po prostu w jednym momencie była, a w następnym już nie. Jakby Bóg w swoim Niebiańskim Komputerze najechał na nią kursorem, kliknął prawy przycisk myszy i wybrał „wytnij”. A zostały tylko buty. Balerinki dokładnie.

Klasa już miała panikować, a nauczycielka dostać zawału serca, gdy Dżentelmen przemówił:

– Proszę zachować spokój! – Jego głos był przy tym taki twardy, władczy i wyrażający pewność siebie, że nikt nie śmiał się sprzeciwić. – Ja wszystko załatwię, a wy uznajcie, że nie było jej dzisiaj w szkole. I nikomu ani słowa – wskazał na chłopaka obok. – Spakuj jej rzeczy do jej plecaka.

Tamten wykonał polecenie. Abraham otworzył neseser i włożył do niego buty oraz plecak jakby wkładał kilka kartek.

Usłyszeli prawdziwego inspektora na korytarzu. Dżentelmen podszedł do okna, otworzył je, stanął na parapecie i odwrócił głowę z uśmiechem na twarzy do zadziwionej klasy.

– I pamiętajcie – nikomu ani słowa!

Wyszedł oknem zupełnie jak Roberto Benigni. Dobrze, że sala była na parterze.

Wszedł wizytator.

– Dlaczego okno jest otwarte?

 

Wszystkie dzieci tak jak zniknęły, tak wróciły. Pojawiły się w domach. Nikt nie przyznał się do porwania.

 

Dwóch Dżentelmenów siedziało w restauracji, popijając wyśmienite chianti i czekając na obiad. Prowadzili przy tym bardzo ważną rozmowę, Jednego z nich już znamy, a drugi był starszy z długimi siwymi włosami, z równie siwą brodą. Starszy miał na sobie kremowy garnitur. Abraham opowiedział mu ze szczegółami przebieg całej sprawy. Nawet zacytował mu Amadeusza. Starszy się zastanowił, upił łyk wina.

– „Demony czystości łakome” powiadasz?

Abraham skinął głową.

– Tak powiedział, Michale.

– Mam pewną teorię, Abrahamie.

– Zamieniam się w słuch.

– Otóż w starożytności, kiedy ludzkości nie bronili jeszcze Dżentelmeni, gdy ludzie mogli polegać tylko na herosach, najemnikach i tego typu obrońcach, ludzkość terroryzowały demony Zzin’Al’Zzin. Domagały się one rocznie siedmiorga dzieci. Siódemka zniknęła?

– W rzeczy samej.

Podszedł kelner z zupą. Zaczęli jeść, jednak nie przestali rozmawiać.

– Musisz wiedzieć, że kiedyś dziecko było symbolem czystości. Dziecko nie było jeszcze splamione złem tego świata. A zło pragnęło pochłonąć czystość, demony czerpały przyjemność z niszczenia piękna i dobra. Można powiedzieć, że zjadały dzieci.

– A potem oddawały?

– Nie.

– To czemu teraz to zrobiły?

– Ponieważ dzisiejsze dzieci nie są już czyste. Ich języki przesycone są plugastwami, a głowy zbereźnymi myślami. Znają seks, przemoc i zło z Internetu.

– Ale czemu przez tyle lat tego nie robiły?

– Zapewne stęskniły się za dawnymi czasami. Obecnie świat dla nich jest wystarczająco przesycony złem.

Abrahamowi zostało już tylko jedno pytanie.

– O co chodziło z tymi butami?

Michał się roześmiał.

– Zapewne mają poczucie humoru.

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Hmm…

Interpunkcja kuleje, naliczyłem kilkadziesiąt błędów, ale widywałem już gorsze przypadki. Gramatycznie i językowo w porządku.

Natomiast fabularnie… cóż, powiedziałbym, że średnie, gdyby nie fakt, że masz, Autorze, 13 lat. Ja sam w tym wieku podejmowałem pierwsze próby pisarskie, ale to bije je na głowę. Udało ci się wywołać u mnie uśmiech, kiedy czytałem ostatnią scenę.

Niby opowiadanie o niczym, a jednak coś w sobie ma! Jestem pełen podziwu, ciekaw jestem, co z Ciebie wyrośnie.

Pozdrawiam :)

Precz z sygnaturkami.

Jest jakiś pomysł, jest jakaś puenta i zwrot w końcówce. Teraz potrzebujesz jeszcze dużo treningu, żeby dojść do wprawy. :-)

– Nie. Był to rok 753-eci przed naszą erą.

Liczby w beletrystyce raczej piszemy słownie, a już w dialogach obowiązkowo.

Nie jestem z policji i nie jest mnie pani w stanie niczym zdziwić. – był zadziwiająco przekonujący.

Często źle zapisujesz dialogi. Zajrzyj tutaj:

Mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Powtórzenie. W ogóle masz sporo słów “był” i “miał”. Spróbuj je czymś zastępować, to urozmaici tekst.

BTW, tutaj akurat nie, ale zdarza Ci się pomijać spacje przy myślnikach. Dopisz.

 

Witamy na portalu. :-)

Babska logika rządzi!

Bardzo zacna historyjka. Odpowiednio fantastyczna, stosownie absurdalna i należycie szkolna, jak na młodocianego Autora przystało.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia, ale jestem przekonana, że niebawem posiądziesz stosowne wiadomości i Twoje opowiadania będą bezbłędne. Na dobry początek popracuj nad interpunkcją.

Pietrku Lecterze, gratuluję debiutu! ;D

 

– Nie. Był to rok 753-eci przed naszą erą.– Nie. Był to rok siedemset pięćdziesiąt trzeci przed naszą erą.

Liczebniki zapisujemy słownie. Ten błąd pojawia się także w dalszej części opowiadania.

 

 Matka bę­dzie wkur­wio­na– po­my­ślał. – Brak spacji przed półpauzą.

 

a pytań mam od groma!- uci­sza­ła Wiedź­ma… – Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Nie ma już nic -przy­po­mniał sobie tekst pio­sen­ki. – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

Szar­ma­now­ska sie­dzia­ła wtedy roz­trzę­sio­na w bu­fe­cie szkol­nym. Piła mdłą kawę i pa­li­ła pa­pie­ro­sa.

Do bu­fe­tu wszedł nad­zwy­czaj ele­ganc­ki dżen­tel­men. Nosił drogi, czar­ny gar­ni­tur od Ar­ma­nie­go. Dłu­gie, kasz­ta­no­we włosy miał ele­ganc­ko za­cze­sa­ne do tyłu. – Obawiam się, że pani Szarmanowska nie mogła palić w szkolnym bufecie.

Powtórzenia.

 

– To nie do pani. To do pani ku­char­ki. Co się stało? Chcę usły­szeć praw­dę. Nie je­stem z po­li­cji i nie jest mnie pani w sta­nie ni­czym zdzi­wić. – był za­dzi­wia­ją­co prze­ko­nu­ją­cy. – …nie jest mnie pani w sta­nie ni­czym zdzi­wić. – Był za­dzi­wia­ją­co prze­ko­nu­ją­cy.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Zresz­tą nie­waż­ne . – Zbędna spacja przed kropką.

 

– Zaj­rzy pan na kuch­nię.– Zaj­rzy pan do kuchni.

 

Na jego miej­scu po­zo­sta­ły tylko jego buty. – Drugi zaimek zbędny.

 

Ale jed­ne­go była pewna. W to za­mie­sza­ne były siły wyż­sze. – Powtórzenie.

 

Tym razem też tak było i de­tek­tyw od spraw pa­ra­nor­mal­nych otrzy­mał do­stęp do do­wo­du rze­czo­we­go. Ku roz­cza­ro­wa­niu Dżen­tel­me­na na nic go nie na­pro­wa­dzi­ły. Nie na­tra­fił przy nich na żaden ślad ak­tyw­no­ści ma­gicz­nej. – Piszesz o dowodzie, więc: Ku roz­cza­ro­wa­niu Dżen­tel­me­na, na nic go nie na­pro­wa­dzi­ł. Nie na­tra­fił przy nim na żaden ślad ak­tyw­no­ści ma­gicz­nej.

 

Zmie­ni­li dłu­gie szaty na płasz­cze szpi­cza­ste ka­pe­lu­sze na kasz­kie­ty.Zmie­ni­li dłu­gie szaty na płasz­cze, a szpi­cza­ste ka­pe­lu­sze na kasz­kie­ty.

 

Miał na sobie szary gar­ni­tur. Zu­peł­nie wy­ły­siał, za to czar­ną brodę miał jak wilk mor­ski. Mimo że na oświe­tle­nie skła­da­ły się prak­tycz­nie nie da­ją­ce świa­tła kin­kie­ty i bły­ska­ją­ce pro­mie­nie we wszyst­kich ko­lo­rach tęczy, on i tak miał na nosie… – Powtórzenie. Poczatki miałozy.

 

Pu­ści­ła mu krew z nosa i spadł z krze­sła. – Pewnie miało być: Pu­ści­ła mu się krew z nosa i spadł z krze­sła.

 

Wszy­scy na sali pa­trzy­li się w ich stro­nę. Wszy­scy na sali pa­trzy­li w ich stro­nę.

 

Abra­ham odło­żył bu­tel­kę.Abra­ham odstawił bu­tel­kę.

 

Był je­dy­nym trzeź­wym na Sali… – Dlaczego sala jest napisana wielką literą?

 

Do­ma­ga­ły się one rocz­nie sied­miu dzie­ci.Do­ma­ga­ły się one rocz­nie siedmiorga dzie­ci.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za celną i w pełni uzasadnioną krytykę. Ale co do tego “Zajrzy pan NA kuchnię” to użyłem tego specjalnie. W końcu na codzień ludzie tak mówią, a ja dialogi staram się tworzyć realistyczne. W każdym razie dziękuję za cenne rady. Jestem pewny, że ta wiedza przyda mi się w dalszym pisaniu.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Pietrku, miałam takie podejrzenie, ale doszłam do wniosku, że nauczycielka chyba tak by nie powiedziała. No i nigdy nie zdarzyło mi się słyszeć, by ktoś szedł na kuchnię. Wszyscy idą do kuchni i pracują w kuchni, siedzą w kuchni. Tobie też pewnie zdarza się przygotować kanapkę w kuchni, a nie na kuchni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak z tej strony patrzeć to rzeczywiście nauczycielka by tak nie powiedziała…

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

To może niech idzie na stołówkę? ;-)

Babska logika rządzi!

Mnie się podobało :)

To może niech idzie na stołówkę? ;-)

Jak ma iść na stołówkę, skoro siedzą w szkolnym bufecie? ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Eeeee…. Na świetlicę? ;-)

Babska logika rządzi!

Na świetlicę po kawę, kiedy kucharka jest obok?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A czy ta kawa jest tak niezbędna w tekście? W szkole pełno ławek, to niebezpieczna kombinacja. ;-)

Babska logika rządzi!

Teraz sprawdziłam, że przecież Dżentelmen pytał o coś do picia, a nie o kawę. Coś do picia było zapewne w bufecie i nie musiał nigdzie chodzić?

To nauczycielka piła kawę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj!

Lepsi wzięli się za błędy ja więc tylko swoich kilka uwag.

Jest ciekawie, jest i pomysł i dobrze się czyta i uśmiech na końcu. No i solidna dawka dobrej fantastyki.

Nad warsztatem musisz po prostu pracować, i posiąść odpowiednią wiedzę. Na początek zwróć uwagę na powtórzenia, poprawny zapis dialogów i interpunkcję (z tą bywa ciężko).

Polecam zapoznać się z opcją betalisty na portalu.

Uwaga do tekstu: w szkolnym bufecie można palić? A i uważaj z przekleństwami, choć tym razem wpasowały się w tekst, łatwo przegiąć :-)

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Myślę, że jeśli uczeń wziął i nagle zniknął na oczach kilkudziesięciu osób, to nikt nie będzie się przejmował paleniem…

Babska logika rządzi!

Tak też pomyślałem, jednak uważam, że lepiej by wyglądało, gdyby był jakiś akcent w tym względzie. Coś w stylu "Spojrzała na tabliczkę zakaz palenia, po czym włożyła kolejnego papierosa do ust". To tylko moje zdanie :-) A tak z ciekawości, gdzie kiepowała, bo popielniczek to tam pewnie nie było? ;P

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Co do palenia w bufecie to nikogo nie było, żadnych dzieci, wszystkich przepytywała policja. Kiedy ktoś nagle znika to nikt się chyba nie przejmuje paleniem nie w tym miejscu.:P

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Tyle że w bufecie zostaje okropny smród! :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmm… Nie mam w zwyczaju oceniania wieku autora, interesuje mnie tylko tekst, który, w tym wypadku, znalazłam przegadanym, nudnym i silącym się na polot.

Niemniej potencjał jakiś jest, więc, pisz, Pietrek, pisz laugh

Hmm... Dlaczego?

Całkiem całkiem, chłopcze. Powiem, że za dużo zdradzasz. Zobaczyłem w dialogach słowo “Podziemie” i tu reakcja: “O Boże! Co to za Podziemie!” A po myślniku mam wyjaśnione co to jest Podziemie i koniec zaciekawienia. Zrezygnuj z wulgaryzmów, polecali mi to inni, ja się dostosowałem i od razu lepiej mi się pisze. Co dalej chłopcze? Czytaj, najlepszym sposobem na wyrabianie warsztatu jest pożeranie książek. 

Zbyt mało opisów, zbyt dużo dialogów, przez co tekst nie płynie, tylko zapieprza. Jak na trzynaście lat to nawet fajnie, w twoim wieku to ja na chleb mówiłem pep, a tak na serio to robiłem taką grafomanię, że uhuhu… No to powodzenia i miłego czytania książek (Nie tylko fantastyka, inne gatunki też).

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Dziękuje, ale co do dialogów to w mojej twórczości są dla mnie ważne i staram się je pisać jak najlepiej. Bierze się to zapewne stąd, że poza literaturą fascynuje mnie też kinematografia.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Rozumiem cię, ale piszesz prozę. Dramaty to inna broszka. Opisy nadają pewnej stabilności utworowi, a ten jest niestabilny, bo ma ich zbyt mało i dlatego jest na jeden kęs. Gdy kupujesz lody to chcesz się delektować smakiem i mieć ich dużo? Czy też może prosisz o jedną, małą łyżeczkę? No właśnie, tu leży problem. Pisarstwo to nie kinematografia. Lubisz pisać scenariusze? Dobrze, ale oddzielaj jedno od drugiego. Proza to pewnego rodzaju film, ale żeby tym filmem była nie wystarczą dialogi. Opisy są ważne, aby zarysować scenografię. Mają pobudzić wyobraźnię i też musisz dawkować informację czytelnikowi, bo jak przedawkujesz to czytelnik zejdzie, a raczej odejdzie. Trochę więcej tajemniczości i będzie dobrze. Teraz ćwicz, czytaj i pisz, a wszystko się rozwinie dosyć szybko. Pisarzem jesteś już teraz, bo piszesz, ale nie można powiedzieć, że jesteś pełnoprawnym pisarzem. I to nie nadejdzie szybko. Cierpliwość i pokora się w tym zawodzie liczą najbardziej, no i znajomości, które warto sobie wyrabiać. Teraz szlifuj warsztat i z doświadczenia powiem: Nie ufaj, kurde, polonistom. Ci potrafią wychwalać najgorszy chłam…

 

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Wiem, że trzeba czytać i robię to praktycznie cały czas, w dużych ilościach, odkąd nauczyłem się czytać. Dziękuje za rady!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Nowa Fantastyka