- Opowiadanie: Michał Pe - Teisserye

Teisserye

Ostatnio wrzuciłem tekst wygrzebany z otchłani przeszłości, więc może teraz pora na coś nowego. Tym razem bardziej na poważnie, choć również krótko.

Rozszarpcie ten tekst na kawałki:)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Teisserye

 

Posmak metalu w ustach był nieznośny, ale Fraenger nie mógł sobie pozwolić na przynoszące ulgę spluniecie. Towarzystwo, w którym się znajdował, z pewnością uznałoby takie zachowanie za nietakt, a sytuacja i bez tego należała do niezręcznych.

– Dobrze, może się pan ubrać. – Lancard ledwie przebiegł wzrokiem po jego żylastym ciele. – Nie mam zastrzeżeń.

Gammel odchrząknął i czubkiem palca poprawił okulary.

– Musi pan zrozumieć, Fraenger, zasady to rzecz święta. Zaręczam, że przedstawiciel naszego komitetu robi właśnie dokładnie to samo po drugiej stronie.

Fraenger nie odezwał się. Pośpiesznie założył bieliznę oraz spodnie, na grzbiet zarzucił podsuniętą przez Gammela tunikę.

– W poprzednich latach zdarzało się, że zawodnicy przemycali ze sobą rozmaite przedmioty – podjął Bergenert. – Noże, kastety, na wieży dochodziło do brzydkich scen, a to nie o to chodzi. Liczy się duch rywalizacji, dlatego zawodnicy nie mogą mieć przy sobie absolutnie niczego.

Usiadł na zydelku i wdział na stopy sznurowane łapcie. Brzydkie sceny, oczywiście, a spadający na złamanie karku człowiek to samo piękno. Cholera, dałby złotego souta żeby móc teraz splunąć.

– Dlatego też jest z nami jego ekscelencja, pan Chorst. – Gammel wskazał na odzianego w czerń mężczyznę. – Dopilnuje, aby wszystko odbyło się zgodnie z literą nauk Kościoła. Grzech magii nie jest tym, co w Altenvejd tolerujemy.

Skulony Fraenger bardzo dokładnie sznurował łapcie. Tego się właśnie obawiał. Inkwizycja. Jego ekscelencja, pan Chorst, uśmiechał się wielkodusznie, stojąc za ramieniem towarzyszącego mu kondotiera. Żołnierz, odziany tak paradnie, jakby szykował się na audiencję u samego papieża, krył w spojrzeniu szarych oczu gotowość do położenia trupem każdego, kogo tylko wskaże Inkwizytor. Długi muszkiet przy boku nie pozostawiał co do tego wątpliwości. Fraenger przełknął ślinę. Nie potrafił ocenić, czy Chorst był w swym rzemiośle biegły, ale jeśli tak, to mógł mieć się z pyszna. Gardło wypełnił mu żywy ogień. Zgaga. Pięknie, jeszcze tego brakowało.

– Rozumiem. – Wstał i przeciągnął się. Z wysokiego, otwartego na oścież okna, ciągnął wilgotny chłód. – Będę potrzebował pomocy z balansem. Tutaj jest kurewsko mało miejsca.

Ugryzł się w język, rzucając Gammelowi ukradkowe spojrzenie. Przewodniczący komitetu uśmiechnął się przepraszająco, jakby ciasnota pomieszczenia była jego winą.

– Oczywiście – rzekł. – Służymy pomocą.

Zmieszany Fraengert odwrócił się w stronę okna. Cholera, chyba powinien trzymać język za zębami. Rozłożył ramiona i odetchnął głęboko. Niemal czuł na karku oddechy pięciu tłoczących się za jego plecami mężczyzn. Szacowni przedstawiciele obydwu komitetów oraz pan Chorst wraz ze swym brytanem – każdy z nich zdawał się spojrzeniem wypychać go na linę. Zręcznym susem wskoczył na parapet i ogarnął spojrzeniem rozciągający się za oknem krajobraz.

Wieża Teisseyre stała daleko, naprawdę daleko. Szerokie koryto rzeki, rozdarte kamienistą łachą, na której wzniesiono budowlę, rozciągało się dobre kilkanaście metrów pod jego stopami. Na drugim brzegu, przesłonięte wieżą, pyszniły się schodzące wprost do wody mury zamku Helsingor. Stamtąd zaczynał jego rywal. Po lewo rzekę przecinał most Tarou, teraz upstrzony mrowiem ciekawych przebiegu zawodów gapiów. Zresztą ludzi było pełno wszędzie. Na moście, w oknach i na dachach ścieśnionych wzdłuż rzeki kamienic, na stojących na błękitnej toni łodziach. Z ciżby zbitego na moście tłumu wyłowił trybunę, zajętą przez co znamienitszych gości. Na otoczonym przez gwardzistów podeście kręciło się kilku ludzi. Ktoś przemawiał, ale do uszu Fraengera docierał jedynie poszum dziesiątek toczących się w dole rozmów.

– Proszę o balans – rzucił za plecy.

Chuchnął w dłonie i zakręcił nimi młynka. Był gotowy. Cokolwiek miałoby się wydarzyć, był gotowy.

– Widzi pan podest? – Gammel wsadził głowę w okno, zerkając na most. – Gdy herold skończy przemawiać, hejnalista da znak i na maszt zostanie wciągnięta flaga. Żółto-czerwone pasy, to książęce barwy. Wtedy zaczynamy.

Fraenger skinął głową, trącając przewodniczącego czubkiem buta w ramię.

– Proszę zrobić miejsce.

Gammel cofnął się, a Bergenert podał Fraengerowi balans. Wymagało nieco zachodu, aby w wąskim wykuszu okna ustawić się z długą tyczką jak należy, ale Fraenger robił już takie rzeczy. W trymiga był gotowy. Spoglądając gdzieś w przestrzeń, badał stopą linę. Była odpowiednio gruba i naciągnięta jak należy. Jej nitka biegła w kierunku szarych murów Teisseyre, lecz nie potrafił dostrzec, do którego z okien zmierzała. Odległość, jaką miał do pokonania, robiła wrażenie. Przymknął oczy i odetchnął.

Dźwięk trąbki przeszył powietrze. Zerknął na most. Pasiasta flaga wjeżdżała na maszt.

– Powodzenia, panie Fraenger! – usłyszał zza pleców głos Gammela. – Proszę pamiętać, wszyscy w Ouges na pana liczą!

Odchrząknął i splunął w otchłań. Metaliczny posmak wciąż drażnił usta.

Pierwsze kroki, jak zawsze, przyszły mu z ogromną łatwością. Raz za razem, stopa za stopą, ostrożnie, czujnie, lecz pewnie. Szedł wpatrzony w nieistniejący punkt przed sobą. Dłonie, niby imadła, trzymały balans mocnym chwytem. Lubił tę pewność pierwszych kroków, świadomy, że prędzej czy później zawaha się, że postawi stopę inaczej niż dotychczas i od tej pory każdy metr wydzierał będzie linie z morderczym wysiłkiem. Nie chciał o tym myśleć, nie teraz, gdy nogi niosły go tak sprawnie, ale zmaterializowana pod postacią Chorsta obawa nie dawała spokoju. Trudno, nie mógł wrócić. Przejdzie ile się da, a potem się zobaczy. Splunął przed siebie, nie odrywając wzroku od widmowego punktu, zawieszonego gdzieś tam, na horyzoncie.

Nie miał pojęcia, skąd wzięła się ta tradycja. Dwie, rozdzielone rzeką dzielnice Altenvejd, Ouges i Nansouty, co roku organizowały zawody, wystawiając swoich zawodników, aby za ich pośrednictwem rywalizować o władanie nad wzniesioną na kamienistej łasze Wieżą Teisseyre – legendarnym sercem miasta, miejscem bohaterskiej śmierci pierwszego władcy królestwa. Drogę na wieżę stanowiły przerzucone z obu brzegów liny, a wygrywał ten, kto dotarłszy na Teisseyre przed rywalem, wciągnął na maszt flagę z herbem reprezentowanej dzielnicy. Stawką tej gry był wyłącznie prestiż, jednak przedstawiciele społecznych komitetów, zawiązywanych specjalnie na okazję zawodów, robili wszystko, aby zapewnić wygraną swojej stronie rzeki.

Sława rozgrywanych na Teisseyre zawodów sięgała daleko. W świecie cyrkowych akrobatów i jarmarcznych linoskoczków, z którego wywodził się Fraenger, była to, z uwagi na częstotliwość śmiertelnych wypadków, sława raczej ponura, ale też nigdy nie brakowało śmiałków gotowych podjąć wyzwanie. On sam nie lubił Altenvejd. Miasta dorobkiewiczów, gdzie rządziły banki, kupieckie cechy i stowarzyszenia właścicieli manufaktur, ale właśnie tu były pieniądze, a Fraenger potrzebował pieniędzy. Dobijał wieku, w którym wszyscy znani mu linoskoczkowie albo już nie żyli, albo przepiwszy odłożone pieniądze, imali się byle jakich zajęć. Nie zamierzał podzielić ich losu. Suma za dotarcie na Teisseyre była pokaźna, a renoma, jaką zyska wygrawszy zawody, pozwoli mu zabezpieczyć przyszłość. Cóż, perspektywa godna ryzyka.

Cofnął stopę niemal w tej samej chwili, gdy do uszu doszedł przejmujący krzyk dziesiątek gardeł. Szybki zakrok nie wyszedł jak należy. Balans zachwiał się, zmuszając ciało do kontry nieprzyjemnym skrętem bioder. Zrozumiał co się stało, jeszcze zanim okrzyk przeszedł w przeciągły jęk rozpaczy. Spadł. Jego rywal spadł z liny. Zaklął pod nosem i zerknął na rzekę. Kilka z ciemnych plam łodzi ruszyło w stronę miejsca, gdzie nieszczęśnik musiał wpaść do wody. Za Teisseyre. Stracił rytm, ale szybko ruszył do przodu. Za wcześnie na słabość, zawodowa przyzwoitość wymagała, aby przeszedł więcej. Stawiając ostrożnie stopy próbował oszacować odległość, jaką jest w stanie przebyć. Bo przecież nie łudził się, że dotrze do wieży. Nie teraz, nie w tym wieku. Był na to przygotowany, tylko ten przeklęty Chorst…

Zagryzł wargę i stęknął, jakby ciężar spojrzeń setek par oczu fizycznie spadł mu na plecy. Szedł nierówno, czując coraz silniejsze wahania balansu. Ręce męczyły się prędko, kontrując bez ustanku, nogi z wolna wypełniał ołów. Może tkwiło to jedynie w jego głowie, ale nie potrafił przezwyciężyć słabości. Nie miał siły walczyć. Odchrząknął i splunął. Posmak metalu na ustach przestał mu przeszkadzać.

Stary Melchelen omal nie wyszedł z siebie, poświadczając skuteczność działania amuletu. Długo tłumaczył, że nie ma znaczenia, czy znajdzie się on na zewnątrz, czy wewnątrz ciała, najważniejsze, aby mieć go przy sobie. Amulet był mały, ot metalowy krążek niby drobna moneta, więc Fraenger połknął go bez problemu. Sprytny wybieg. Mądrale z komitetów nie umieli jeszcze zaglądać w kiszki.

Bo przecież nie szło tu o noże i kastety. Że niby co? Odetnie linę przeciwnika, lub da mu w pysk, gdy obydwaj dotrą na wieżę? Bzdura. Chodziło o magiczne fanty, dlatego wezwano biskupiego łapsa i dlatego Lancard kazał się Fraengerowi rozbierać. Przecież nie on pierwszy postanowił w karkołomnym zadaniu dopomóc sobie odrobiną zakazanej mocy. Pytanie tylko, czy jego plan się powiedzie.

Zatrzymał się prawą nogą na wykroku. Mocno pracował balansem, aby zachować równowagę, gdy lewa stopa oderwała się od liny i powędrowała pod kolano prawej nogi. Dziwiło go, że o powodzeniu zaklęcia decydowała postawa ciała, ale o czarowaniu nie miał bladego pojęcia, dlatego to, co przekazał mu Melchelen, musiał przyjąć za dobrą monetę. Jedyna próba, jaką miał czas wykonać, wypadła pomyślnie, tyle że wtedy amulet wisiał grzecznie na jego szyi. Ugiął delikatnie kolano obciążonej nogi i wyszeptał słowa zaklęcia. Musiał ufać, że i tym razem się uda. Bez tego nie wyszedłby na linę.

Promieniujące od żołądka ciepło pojawiło się tak nagle, jakby ktoś wsadził w jego ciało rozgrzany do czerwoności, metalowy pręt. Zgaga, ból napiętych mięśni, nawet nieprzyjemny posmak w ustach, wszystko odeszło w jednej chwili. Poczuł się lekki i pełen energii. Jak po porannej rozgrzewce, przed laty, gdy objeżdżał świat w cyrku pani Quermart. Wyprostował się i postawił na linie drugą stopę. Ruszył przed siebie pewnie, znów noga za nogą, jakby był to spacer po skąpanym w słońcu bulwarze, nie karkołomne akrobacje wysoko nad ziemią. Szare mury Teisseyre płynęły ku niemu, widział już ciemną plamę okna, w której ginęła lina. Zbędny balans najchętniej odrzuciłby na bok, puścił się ku Teisseyre biegiem, ale nie mógł pozwolić sobie na taką nonszalancję. Parł do przodu ledwie muskając linę, lekki, bezpieczny, wolny niczym ptak w locie. Jeszcze kilka kroków, jeszcze chwila skupienia. Za moment zniknie w chłodnym wnętrzu wieży, grzebiąc tam wszystkie swoje zmartwienia.

Uderzenie w plecy nie zrzuciło go z liny. Ledwie zachwiało, jakby ktoś odrobinę zbyt mocno klepnął go w ramię. Huk wystrzału odbił się echem od murów zamku, rozchodząc się po okolicy niczym odgłos gromu. Odkaszlnął, wypluwając krew. Chorst! Przeklęty Chorst! Rozpoznał magię, wywęszył ją jak ogar zwierzynę! Zakołysał się, upuszczając balans. Kondotier musiał mieć dobre oko. Jeden strzał. Wystarczył jeden strzał, a Fraenger był już przecież niemal przy wieży!

Zdziwił się, że nie czuje goryczy. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy świat wywrócił się do góry nogami, lecz zamiast przybliżać mu zimną taflę wody, zaczął uciekać w dół, jakby chciał zostawić go sam na sam z przegraną.

Wzleciał ponad Teisseyre. Lekki, spokojny, oddany promieniującemu z wnętrza ciepłu. Zatonął w nim, w ostatnim przebłysku świadomości dostrzegając przecinający linię rzeki most Tarou.

O niebiosa! Jakże pyszny widok musiał stanowić dla zgromadzonych tam ludzi!

Koniec

Komentarze

Musi pan zrozumieć, Fraenger, zasady to rzecz święta. Zaręczam, że przedstawiciel naszego komitetu robi właśnie dokładnie to samo po drugiej stronie.

Czy to jest wypowiedź którejś postaci? Jeśli tak, to brakuje rozpoczynającej pauzy, czy jak ta krecha się tam zwie.

Skulony Fraenger bardzo dokładnie sznurował łapcie. Tego się właśnie obawiał. Inkwizycja. Poznał w Chorście biskupiego łapsa już na wejściu, tylko jego ekscelencja mógł sobie pozwolić na prowadzanie się w towarzystwie kondotiera.

Czy Fraenger sznurował biskupiego kondotiera? A łapcie/łapsy to jakieś wymyślne słowa, których nie znam, czy nazwy własne? Czuję się zdezorientowany…

 

Niemal czuł na karku oddechy pięciu, tłoczących się z jego plecami mężczyzn.

Literówka.

Proszę o balans – rzucił za plecy.

Znów brak pauzy.

 

Fraenger robił już takie rzecz.

Literówka.

 

Spoglądając gdzieś w przestrzeń, badał stopom linę.

Błąd ortograficzny.

Była odpowiednio gruba i naciągnięta jak należy.

Odpowiednio” i “jak należy” to synonimy, więc jedno z nich jest tutaj zbędne.

Bez tego nie wyszedłby na linę.

Ja bym dał “wszedłby”.

 

Początek to dramatyczne pomieszanie z poplątaniem, nie wiedziałem co się dzieje, ani kim są ci ludzie o dziwnych, trudnych imionach. Wyjaśnienie, owszem, pojawiło się, ale za późno i w zbyt skondensowanej formie. Wyszłoby to tekstowi na dobre, gdybyś wprowadzał wskazówki co do tego, co się w opowiadaniu dzieje już od jego początku, a nie ładował infodump tak późno.

Gdy już dowiedziałem się, o co chodzi, poukładałem sobie kawałki w głowie i przed moimi oczami wyłonił się obraz raczej średniaka. Tekst ma dobre strony – styl jest całkiem przyjemny, a perspektywa linoskoczka szalenie interesująca. Ale są też dziury. Igrzyska na śmierć i życie wyłącznie ku uciesze gapiów? Ryzyko niewspółmierne do nagrody. O co chodzi z tym metalicznym posmakiem w ustach? Przyjęło się, że taki posmak oznacza krew, ale co to znaczy? Bohater ma raka płuca i odkrztusza własną juchę? Do tego zakończenie jest zaskakujące, ale i frustrujące jednocześnie. Zbudowałeś wrażenie, że wszystko zmierza ku dobremu, a tu nagle zgon. Co byłoby nawet fajne, ale czytelnikowi nie jest dane dowiedzieć się, co było w wieży, jak świętuje zwycięska dzielnica miasta, jaką nagrodę dostaje zwycięzca. Tak trochę łyso.

Pozdrawiam!

 

A mi się bardzo podobało: oryginalny pomysł, fajna scena otwarcia, zaskoczenie z upadkiem przeciwnika, przewrotny koniec. Wszystko opisane ładnym językiem. Troszkę pomieszane z tym Chorstem – jednym zdaniem wprowadzasz biskupa, inkwizytora i najemnika, trudno się połapać, czy to jedna, dwie, czy też trzy różne osoby. Poźniej też przypisujesz Chorstowi czynności wykonywane bezpośrednio przez kondotiera. Połączenie łapci i łapsa nieudane, zresztą czy po linie nie lepiej chodzić boso? Zgubione półpauzy w dialogu.

Jeśli poprawisz, obiecuję klika do biblioteki.

Dzięki za komentarze! Masa literówek, aż wstyd, ale piszę od jakiegoś czasu na edytorze bez autokorekty i jak widać, mimo starań, nie potrafię wyłapać wszystkiego. Półpauzy zaginęły w tajemniczych okolicznościach, nie wiem co się stało, ale poprawiłem te rzeczy.

Macie rację, odrobinę namieszałem we wskazanym fragmencie. W dodatku łapcie/łaps, niezamierzona gra słów. Wyprostuję to w wolnej chwili, bo teraz idę do roboty:)

Ciekawy pomysł na współzawodnictwo między dzielnicami. Szkoda, że nie wyjaśniasz, co w takiej sytuacji: remis, dogrywka, liczy się, kto dalej uczciwie doszedł? Punkt widzenia linoskoczka wypadł interesująco, jakbyś znał się na rzeczy. Chadzasz po linach?

Babska logika rządzi!

Fajny pomysł :)

Znam tylko pięć liter ;)

Osobliwa, uświęcona tradycją rywalizacja dzielnic sprawiła, że dane mi było uczestniczyć w widowisku niecodziennym, przyprawiającym o zawrót głowy i szybsze bicie serca. Niespecjalnie troskam się tym, jak w zaistniałej sytuacji poradzi sobie tradycja i co poczną obie dzielnice, ale bardzo podoba mi się zakończenie i wielce widowiskowy odlot Fra­en­gera.

Przedni pomysł i szalenie satysfakcjonujące wykonanie sprawiły, że lektura Teisserye była prawdziwą przyjemnością. ;)

 

– Fra­en­ger nie ode­zwał się. Po­śpiesz­nie za­ło­żył bie­li­znę oraz spodnie, na grzbiet za­rzu­cił pod­su­nię­tą przez Gam­me­la tu­ni­kę. – Zbędna półpauza na początku zdania. To nie jest wypowiedź.

 

Od­głos wy­strza­łu odbił się echem od murów zamku, roz­cho­dząc się po oko­li­cy ni­czym od­głos gromu. – Powtórzenie.

Może: Huk wystrzału

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem niezły tekst. Zaskoczenie na sam koniec, ciekawy pomysł i ładnie wpleciona nutka magii. Wyjątkowo podobał mi się również opis wieży i całej okolicy. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Całkiem sympatyczny tekst, chociaż bez fajerwerków. Ciekawa perspektywa :)

Musi pan zrozumieć, Fraenger, zasady to rzecz święta. Zaręczam, że przedstawiciel naszego komitetu robi właśnie dokładnie to samo po drugiej stronie. ← tutaj nadal nie dałeś znaku wypowiedzi

 

To, ta, tego, takiego, tej, gdzieś przy początku, ew. do połowy rzucało mi się w oczy, że sporo takich słówek.

 

Niemal czuł na karku oddechy pięciu, tłoczących się za jego plecami mężczyzn. Szacowni przedstawiciele obydwu komitetów(+,) oraz pan Chorst wraz ze swym brytanem, każdy z nich zdawał się spojrzeniem wypychać go na linę. ← albo tak, albo: …oraz pan Chrost wraz ze swym brytanem – każdy z nich zdawał się… ← w obecnym zapisie zgrzyta to zdanie, nie ma dobrze zaakcentowanego wynikania

 

że prędzej, czy później, zawaha się

 

Początek – chaos. Jak wyszedł na linę, to nadal nie wiedziałam, że po niej idzie. Dopiero gdzieś od połowy narracja zrobiła się jasna, płynna i ładna. Nierówne opowiadanie, podobało mi się od połowy. Zakończenie można by odrobinę podkręcić/pociągnąć/rozjaśnić/spuentować. 

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Przyjemnie opowiedziana i dość oryginalna historia. Ciekawy zwrot akcji na końcu tekstu. Z początku nie sposób było poznać, że bohater “przemyca” amulet, i za to należy się plus. 

 

Żółto-czerwone pasy, to książęce barwy.

Jak dla mnie zbędny przecinek.

 

Dziwiło go, że o powodzeniu zaklęcia decydowała postawa ciała, ale o czarowaniu nie miał bladego pojęcia, dlatego to, co przekazał mu Melchelen, musiał przyjąć za dobrą monetę. Jedyna próba, jaką miał czas wykonać, wypadła pomyślnie, tyle że wtedy amulet wisiał grzecznie na jego szyi. Ugiął delikatnie kolano obciążonej nogi i wyszeptał słowa zaklęcia. Musiał ufać, że i tym razem się uda. Bez tego nie wyszedłby na linę.

 

Powtórzenie.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Fajny pomysł i ciekawe, całkiem wciągające opowiadanie.

Dziękuję bardzo za wszystkie komentarze! Cieszę się, że tekst większości się podoba, bo i ja go lubię, a czytając takie słowa jak twoje, regulatorzy, przeżywam chwilę tej szczególnie satysfakcjonującej radości, gdy okazuje się, że ta orka na ugorze, zwana pisaniem, ma jakiś sens:)

Przeredagowałem fragment o Inkwizytorze, bo rzeczywiście, tam wkradł się chaos. Ale że jest nim cały początek opowiadanie? Nie, skądże. Siadając do pisania postanowiłem zamknąć historyjkę w 10k znaków (co jak widać się nie udało:), stąd też czytelnik wrzucony jest na dzień dobry w fabularną sytuację, gdzie nikt nie prowadzi go za rączkę. Nie wszystkim takie otwarcia się podobają, ale ja je lubię – przynajmniej nie mam poczucia, że autor traktuje mnie jak idiotę, któremu wszystko trzeba wskazać palcem, ponazywać i opisać w co byli ubrani. A to zmora fantasy:)

O chodzeniu po linach nie mam pojęcia, ale chyba musiałem coś o tym czytać, albo oglądać przynajmniej, bo stosunkowo łatwo przyszło mi złapanie tego punktu widzenia – ale nie wiem, nie pamiętam, gdzieś to się kręci w odmętach podświadomości. Zastanawiałem się właśnie nad tym, czy w dawnych czasach nie robiło się tego boso, ale nie mogąc znaleźć źródła uznałem, że jakiś rodzaj lekkiego obuwia o elastycznej podeszwie należy zastosować. Zresztą mniejsza z podeszwą, o której w tekście i tak nie ma mowy.

Myślałem też, czy nie opowiedzieć tej historyjki z perspektywy innego bohatera. Wtedy znalazłoby się miejsce, aby opowiedzieć o tym, co wskazała Finkla i MrBrightside, no w ogóle przedstawiając te same wydarzenia opowiedzieć o czy innym. Się zobaczy. Inne pomysły wiszą nad głową, a czasu jak zawsze mało.

Dziękuję raz jeszcze wszystkim, którzy tu zajrzeli i pozdrawiam serdecznie!

Ogromnie mi miło, Michale, że dzieląc się dobrymi wrażeniami, przyczyniłam się do Twojej radosnej satysfakcji. ;D

Orka na ugorze, powiadasz… Skoro jednak rosną na nim potem takie opowiadania, skoro plonem jest zadowolenie i twórcy, i czytelnika, to chyba warto, aby lemiesz ciął tę jałowiznę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Warto, pewnie że warto. Tylko ta upierdliwa codzienność robi wszystko, żeby w to zwątpić;)

Mnie się spodobało. Wyjaśnienia przyszły w swoim czasie i w pewnym momencie wszystkie elementy kliknęły we właściwym miejscu.Pomysł na konkurs i świat niecodzienny, co jeszcze podnosi moją ocenę :) Natomiast trochę dłużył mi się środek, kiedy bohater już idzie po linie. Czy trochę za dużo informacji po drodze, czy opisy straciły moją uwagę – nie wiem. Koniec końców opowiadanie moim zdaniem na plus :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ale to chyba nie jest tekst na żaden konkurs?

Babska logika rządzi!

Przepraszam za mylne określenie ;) Pod słowem “konkurs” miałem na myśli te zawody z opowiadania :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Aaaa! Faktycznie, można i tak to zrozumieć. :-)

Babska logika rządzi!

Bardzo miły tekst, kibicowałem głównemu bohaterowi od początku do końca. Zgrabnie napisany, bardzo fajnie prowadzisz czytelnika. Pomysł na zawody zdecydowanie nietuzinkowy. Gratuluję. 

 

Dziękuję :).

Łukasz Kukliński, NoWhereMan (o którym wcześniej zapomniałem:), to ja dziękuję za przeczytanie i miły komentarz!

 

Pozdrawiam serdecznie!

Nowa Fantastyka