- Opowiadanie: funthesystem - Lody śmietankowe na rozgrzanym asfalcie

Lody śmietankowe na rozgrzanym asfalcie

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Lody śmietankowe na rozgrzanym asfalcie

– Świat jest jak biały królik polany smołą – mówi pan Borsuk, pocierając zapałkę.

Trzyma ją kilka sekund w palcach. Różnobarwne oczy mężczyzny obserwują płomień. Potem upuszcza. Wokół nie ma nic, co mogłoby się zapalić. Tylko szary popiół i sterty gruzu. Widać, gdzie wcześniej stał dom, a gdzie biegła ulica. Próbuję sobie wyobrazić, jaki los spotkał to miejsce.

– To Ciemni, prawda? – pytam. – To oni spalili miasto Jasnych. Tylko oni tak postępują.  

– A widziałaś mury, dziewczyno? – Jego głos brzmi mechanicznie, oczy zdają się nieobecne. Patrzy już na horyzont, wybiega myślą w przód. Szuka Skunksa. – Czy raczej: zgliszcza murów?

Tylko Jaśni się obwarowują. Oni są ofiarami, a Ciemni – myśliwymi. Odwrotna sytuacja byłaby sprzeczna z naturą tych… ludzi. Wiem to z opowieści, które wpajano mi, zanim opuściłam Szarą Metropolię.

– Nie rozumiem. Jedni Ciemni spalili miasto innych Ciemnych?

– Świat jest jak biały królik polany smołą – powtarza pan Borsuk. Tym razem nie marnuje zapałki na dramatyczne gesty.

– Co by to miało znaczyć? – pytam, choć on i tak nigdy nie tłumaczy swoich powiedzonek.

– Kiedyś zrozumiesz. – Mężczyzna zbliża twarz do mojej twarzy. Jedno oko ma brązowe, drugie niebieskie. Oba potrafią przejrzeć człowieka na wskroś. – Na razie wiedz, dziewczyno, że są dwa rodzaje opowieści. Te, które słyszałaś w domu. I te, które zobaczysz, gdy wyjdziesz na świat.

Nienawidzę tych filozofii. Czasem zastanawiam się, czy też taka będę, gdy już zasłużę na tytuł jakiegoś czarno-białego zwierzęcia. Mówiąca półsłówkami, niezdecydowana. Wiecznie rozdarta.

Ani Szara, ani Ciemna, ani Jasna.

– To Skunks, prawda? – mówię. – To on jest odpowiedzialny za spalenie miasta.

Usta Borsuka zaprzeczają, ale oczy potwierdzają – patrzą na horyzont i za horyzont, gdzie odbędzie się spotkanie ze Skunksem. Wyruszyliśmy kilka dni temu, by znaleźć zwiadowcę, który zbyt długo nie wracał. Dla mnie miał być to pierwszy wypad poza Szarą Metropolię. Jednak niepokojące znaki stopniowo utwierdzały nas w przekonaniu, że moje szkoleniowe przetarcie zmieni się w znacznie trudniejsze zadanie.

Ruszamy w dalszą drogę. Autostrada zastawiona wrakami samochodów biegnie przez opustoszały kraj. Świat nie jest żadnym królikiem. Jest ruiną, niczym więcej.

 

*

 

Pojawiają się nagle.

– Nie patrz w tył – mówi pan Borsuk. – Biegnij.

Przeskakuję przez rów i pędzę do lasu. Gałązki krzewów smagają mi boleśnie twarz, pod stopami szeleszczą zeschnięte liście. Słyszę tupanie mentora, jego przyspieszony oddech. Mężczyzna niemal zagłusza dudnienie ich kroków. Muszę się domyślać, że to Ciemni, choć kątem oka widzę tylko poruszenie w zaroślach. Gdyby Jaśni nas gonili, nie mielibyśmy powodów do uciekania.

– Przyspiesz – szepcze pan Borsuk.

Tamci biegną w milczeniu. Według tego, co powtarzano w Szarej Metropolii, Ciemni przeklinaliby nas na całe gardło. Wyliby potwornie, może nawet nieludzko, choć rozumiałabym słowa. Słowa o tym, co z nami zrobią.

– Dogonię cię – słyszę głos mentora, a potem w uszach dudnią mi tylko własne kroki.

Biegnę, dopóki starcza sił. Potem ukrywam się w drewnianej ambonie i czekam.

Późnym wieczorem ktoś nadchodzi. Nie jestem pewna, czy potrafię rozpoznać kroki Borsuka, skoro poza Szarą Metropolią nie słyszałam nikogo innego. W domu wszystko brzmi inaczej, a tutaj każda gałązka, każdy liść…

– Głupia – warczy pan Borsuk. – Nie zatarłaś śladów.

Wspina się po butwiejącej drabinie. Najpierw dostrzegam przedramię z charakterystycznym tatuażem. Potem wynurza się twarz. Nawet w mroku widzę na niej plamy, których wcześniej nie było.  

– Ciemni, prawda? – pytam.

– Tak – mówią jego usta. Oczu nie potrafię dostrzec.

– Dlaczego milczeli? W opowieściach zawsze krzyczą okropne rzeczy o wypruwa…

– Świat jest czarnymi literami na białym papierze. – Mężczyzna rozciera zmęczoną, brudną twarz, patrzy na zakrwawione ręce. – Albo czymś innym na niekoniecznie białym papierze. – Spluwa. – Co ja gadam? Urodziłaś się za późno, by to zrozumieć…

Noc spędzamy w ambonie. Rano wracamy po własnych śladach. Zatrzymuję się przy stosie stygnących trupów. Pan Borsuk celowo mnie tędy poprowadził. Po jego twarzy poznaję, że na końcu języka ma już jeden ze swoich tekstów. Tylko czeka na pytanie.

– Po śmierci są tacy jak my – stwierdzam. – Szarzy. Dokąd ulatuje ta cała czerń, ta cała ciemność, kiedy się ich spali?

Mentor nie potrafi odpowiedzieć.

 

*

 

Ze wzgórza widać miasto, w którym może przebywać Skunks. Pan Borsuk obserwuje przez lornetkę, ja muszę polegać na własnych oczach. Patrzę na niewyraźne sylwetki przesuwające się wzdłuż palisady. Trzy rozczarowania jednocześnie: Jaśni wcale nie promienieją, mur okazuje się trzymetrowym płotem, a miasto – to wioska. Mówię o tym mentorowi.

– Opowieści, które słyszysz w domu, i opowieści, które widzisz po wyjściu na świat – przypomina, chowając lornetkę do plecaka. – Poczekaj tu, dziewczyno. Wrócę za parę godzin.

– Czemu nie mogę pójść z tobą? Przecież to Jaśni. Chciałabym ich w końcu zobaczyć.

– Przecież właśnie ich widzisz.

– Powinno od nich bić światło, jakaś aura…

– To tylko bajkowe ozdobniki. – Sprawdza, czy nóż dobrze wychodzi z pochwy; unika mojego wzroku.

– A ich zachowanie? – dopytuję. – Rzeczywiście są tacy dobrzy, jak wszyscy mówią?

Borsuk nie odpowiada. Zarzuca plecak na ramię i schodzi ze wzgórza.

Układam się na trawie i podziwiam nieskażony błękit nieba. Kiedyś – gdy jeszcze byłam dziewczynką, którą niektórzy brali za chłopca – leżałam tak z tatą. Obserwowaliśmy ciemne, deszczowe chmury. W pewnym momencie zapytałam, dlaczego każdy dzień nie może być słoneczny. Ojciec wykorzystał to jako pretekst do przypomnienia opowieści. Teraz jego głos wciąż brzmi w mojej głowie, ale zlewa się z setkami innych, powtarzających te same słowa jak mantrę.

W Szarej Metropolii każde mówiące dziecko mogłoby wyrecytować historię o Odbarwieniu, jak czasem nazywano koniec poprzedniego świata, a początek obecnego. Miliardy ludzi umarły, miliony się podzieliły, a tysiące – w tym my – pozostały takie same. Z podziału powstali Ciemni, źli do szpiku kości, zdziczali, wyglądający jak czarne dziury o człowieczych kształtach, oraz Jaśni, dobrzy do przesady, słabi, promieniejący tajemniczym blaskiem albinosi. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego nie mogliśmy dołączyć do tych drugich. Albo dlaczego nie przyjęlibyśmy ich do siebie, skoro nasze miasto naprawdę jest miastem.

Rozmyślania mnie usypiają.

We śnie pan Borsuk jest prawdziwym borsukiem. Jedyne, co odróżnia go od zwierzęcia, to wysoki, ciemny kapelusz z rodzaju tych, które noszą magicy ze starych książek. W pewnym momencie pojawia się Skunks. Wygląda tak, jak go zapamiętałam. Wysoki, barczysty, z czarną przepaską na jednym oku i blizną obok drugiego. Sięga po pistolet – jako jedyny w Szarej Metropolii posiada broń palną – po czym zabija borsuka. Cylinder spada ze zwierzęcego łba i toczy się do stóp mężczyzny. Ten podnosi kapelusz, a następnie wyciąga z niego białego królika polanego smołą. Podpala.

Tym królikiem jestem ja.

 

*

 

Rano Borsuka wciąż nie ma, więc idę do miasta.

Gdy staję pod bramą, strażnicy celują do mnie z łuków. Nie są ani czarnymi dziurami o ludzkim kształcie, ani albinosami z tajemniczą poświatą. Wyglądają normalnie. Jak my. Jeden brodaty, krępy, drugi łysy, patykowaty. Czekam, aż przemówią. Jeśli to Jaśni, powinni powiedzieć „dzień dobry”. Ciemni nie odezwaliby się ani słowem, po prostu rzuciliby się, żeby mnie zgwałcić.

– Czego? – warczy brodacz.

Szarzy?

– Wczoraj… – Głos mi drży. – Wczoraj przyszedł do was pewien mężczyzna.

– Przyszedł i wyszedł – wtrąca się łysy. – Co ci do tego?

Wewnątrz osady ktoś krzyczy. Po chwili brama się otwiera i dostrzegam tłumek uzbrojonych ludzi. W moją stronę wychodzi niska, krzepka kobieta z rudym warkoczem. Podpiera się pod boki i lustruje mnie od stóp do głowy.

– Pokaż.

– Co?

– Przedramię, a co innego?

Pojmuję, o co jej chodzi. Podwijam rękawy, odsłaniając opaloną skórę. Na przedramionach nie mam nic, oprócz rzadkich włosków i kilku pieprzyków. Ruda kobieta mruży oczy.

– Jesteś jego córką? – pyta.

– Tak.

– Jasne, że nie jesteś. Powiedz mi, dziewczyno, co robisz sama w tym okrutnym świecie?

Na dźwięk słowa „dziewczyno” drętwieję. W Szarej Metropolii wszyscy mówili do mnie po imieniu. Tylko pan Borsuk zwracał się w inny sposób, jakby chciał podkreślić, że już nie jestem kimś i jeszcze jestem nikim – zawieszona między byciem osobą a tytułem czarno-białego zwierzęcia.

– Gapisz się, jakbyś ducha zobaczyła – mówi dowodząca osadą.

– Jesteście Jasnymi?

– Że co, proszę?

Powoli do mnie dociera. Z jakiegoś powodu przypominam sobie jedno z powiedzonek Borsuka: świat jest jak sól zmieszana z makiem. Nie do oddzielenia.

Bardziej przyziemne nauki mentora także powracają: jeśli przeżyjesz pierwszy kontakt, nie bój się – to oni powinni bać się ciebie.  

– Dokąd poszedł? – pytam hardo.

– A o którego pytasz?

– Mężczyzna z tatuażem na przedramieniu.

– Było tu dwóch takich. Obaj poszli w tę samą stronę. Do Dawnej Stolicy, na północ stąd. Trzymaj się drogi krajowej, to za dwa dni dojdziesz.

Kobieta krzyżuje ramiona na piersiach. Niczego więcej się nie dowiem.

– Dziękuję.

– Podziękowaniami się nie najem. – Ruda szczerzy się, ukazując spore ubytki w uzębieniu. – Wyskakuj z zapasów. Jeśli Borsuk wróci, jakoś to sobie wyjaśnimy. Ale nie sądzę, żeby wrócił ze spotkania z bratem.

Otwieram usta, ale kobieta gestem nakazuje mi ciszę.

– Dość pytań. Zostaw jedzenie i idź, gdzie chcesz. To wolny kraj.

Patrzę na ich zacięte twarze i wiem, że nic nie wskóram.

Godzinę później maszeruję drogą, obok której włóczą się sfory dzikich psów.

 

*

 

Świat jest czarnymi literami na białym papierze, więc po dotarciu do Dawnej Stolicy szukam biblioteki.

Miasto okazuje się ogromne, znacznie większe od tego, w którego zgliszczach staliśmy kilka dni wcześniej. Niekończąca się plątanina ulic. Budynki bez szyb, niektóre spalone, inne pokryte bezsensownymi malunkami i napisami. Rozległe gruzowiska. Próbuję sobie wyobrazić, jak przebiegało Odbarwienie. Czy ludzie pozabijali się nawzajem? Jak mogłoby wyglądać podzielenie się na Ciemnych i Jasnych?

Po spędzonej w zaułku nocy znajduję przewróconą tablicę z planem miasta. Studiuję układ ulic, by potem wróżyć w popiołach: tu stała poczta, ten na wpół zawalony budynek to szkoła muzyczna, a tamten szkielet z żelbetonu – pozostałość po teatrze.  

Niestety świat okazuje się też białym królikiem polanym smołą – w miejscu biblioteki zastaję popioły. Siadam na dachu jednego z pordzewiałych samochodów i staram się wymyślić to, czego nie wymyśliłam w czasie trzech dni marszu.

Skoro opowieści to bujda, czemu Borsuk i inni zwiadowcy ukrywali prawdę? A przede wszystkim: dlaczego mentor zniknął bez słowa, gdy tylko trafił na wieść o bracie? Chciał rzucić mnie na głęboką wodę i sprawdzić, czy umiem pływać? Problem w tym, że ze wstępnego szkolenia w wannie, którą była Szara Metropolia, przeniosłam się do wzburzonego morza – świata poza murami rodzinnego miasta.

Wracam myślami do osoby, od której wszystko się zaczęło. Do Skunksa. W wielkich miastach-cmentarzyskach zwiadowcy czasem szukali tego, co już zostało zapomniane – wiedzy poprzedniego świata. Przychodzi mi do głowy, że mogło tu być więcej bibliotek. Odnajduję przewrócony plan miasta, po czym wznawiam poszukiwania.

Druga biblioteka okazuje się zawalona, w trzeciej wszystkie książki zgniły. Bez większych nadziei ruszam do czwartej.

W pewnym momencie coś miga mi przed oczami. Skrzyżowanie przecina najpierw jedna postać, potem następna. Z daleka nie jestem w stanie ich rozpoznać, jednak mogę się domyślać.

Zaczynam biec. Po kilku dniach marszu pościg nie jest tym, o czym marzyłam. Stopy bolą, głód daje się we znaki. Skręcam. Goniące się postaci są kilkaset metrów przede mną. Kluczą między wrakami samochodów i stertami gruzu, ja biegnę prosto, dotrzymując tempa. Kiedy już jestem w stanie je rozpoznać, wybiegają na pustą drogę. Tam pościg się kończy. Kucam za betonową barykadą i łapię oddech, dopiero potem patrzę.

Dwóch mężczyzn podobnej postury, obaj z tatuażami na przedramionach. Dostrzegam brudną, zmęczoną twarz Borsuka, różnobarwne, zmrużone oczy. Dłonie trzyma w górze. Skunks stoi bliżej, plecami do mnie. Zdaje się większy od brata. Jego lewa ręka zwisa wzdłuż tułowia.

Prawej nie widzę.

– Nie zrobisz tego bratu – sapie mój mentor.

– Ty byś się nie zawahał – odpowiada Skunks. – Nie zawahałbyś się, choć to, co planuję, wciąż jest tylko marzeniem.

– Świat jest…

– Och, zamknij mordę. Świat nie jest czarno-biały i obaj dobrze o tym wiemy. Trzeba skończyć tę farsę z tatuażami i głupimi przydomkami. Trzeba powiedzieć wszystkim, jak jest poza ich małym światkiem, który nazywają Szarą Metropolią.

– Na tych opowieściach się wszystko opiera – warczy Borsuk. – Dziadek wymyślił Ciemnych i Jasnych, żebyśmy mieli w co wierzyć.

– Wiara w Ciemnych i Jasnych to tak głupia bajka, że…

– Nie chodzi mi o wiarę w opowieści.

– No cóż, ja wierzę w stary świat, a nie w opartą na kłamstwie utopię.

Skunks strzela w sam środek brzucha.

Borsukowi udaje się ustać. Robi krok w stronę brata, sięga po nóż, ale jego twarz wykrzywia grymas bólu. Upada. Drugi mężczyzna odwraca się i idzie w moją stronę.

Przywieram do barykady. Przez chwilę łudzę się, że Skunks przejdzie obok, ale on przystaje. Ocenia mnie jedynym okiem. Jestem skuloną, przerażoną dziewczyną, która dopiero zaczyna rozumieć, jaki naprawdę jest świat. Skunks to widzi. Ma tę samą zdolność, co brat – spojrzeniem przeszywa człowieka na wskroś.

Odchodzi, nie mówiąc ani słowa. Jakby wiedział, że nie stanowię zagrożenia.  

Borsuk leży na środku pustej drogi. Wzrok utkwił w bezchmurnym niebie. Ręką, jakby od niechcenia, trzyma się za ranę. Nie muszę jej oglądać, by wiedzieć, że postrzał jest śmiertelny. Mimo to łapię go za dłoń i odciągam. Moje spojrzenie, zamiast na dziurę w brzuchu, pada na przedramię.

Krew oblepia wytatuowane zwierzę.

– Dziewczyno…

Nawet teraz nie wypowie mojego imienia.

– Ile słyszałaś? – pyta.

– W domu słyszałam jedno – odpowiadam. – A tu widziałam drugie.

Czuję pieczenie w oczach. Słowa cisną się na usta. Powinnam skupić się na umierającym przyjacielu, ale potrzeba wyrzucenia z siebie tego wszystkiego jest silniejsza.

– Nie ma ani Ciemnych, ani Jasnych – mówię. – Wtedy w lesie, gonili nas zwykli ludzie. Może nie zwykli, pewnie jacyś bandyci. Dlatego ich zabiłeś. Tak samo te wszystkie ślady, które spotkaliśmy. Spalone miasto i inne. Udawałeś, że cię dziwią. Udawałeś, że coś nie gra. Chciałeś stworzyć jakąś bajkę, która wytłumaczyłaby to, co zamierzałeś zrobić z…

Borsuk krztusi się, pluje krwią. Łzy ciekną po mojej twarzy, a słowa dalej wychodzą z wnętrza:

– Mogłeś mi powiedzieć. Jeśli miałam być jedną z was, powinnam być jakoś normalnie uświadomiona. A ty rzuciłeś mnie w sam środek…

– Wiesz, czemu wybrałem borsuka? – przerywa mi. – Bo to uparte stworzenia. Cholernie uparte.

– I dlatego uparłeś się, żeby nic mi nie mówić? Żeby nikomu nic nie mówić? Żeby cała Szara Metropolia żyła w kłamstwie?  

– A co? – Milknie na chwilę, by odkrztusić krew. – Wolałabyś, żebyśmy żyli w jakichś nędznych wioskach? Żeby nękali nas bandyci? Opowieści…

– Kłamstwa – wchodzę mu w słowo.

– …o Ciemnych i Jasnych – ciągnie – pozwoliły nam uwierzyć w to, że po końcu świata możemy żyć normalnie. Bez zabijania się nawzajem, bez dzikiej walki o przetrwanie.

– Więc dlaczego twój brat chciał to zmienić?

Widzę, jak blednie, jak z oczu znika przenikliwość, jak oddech spowalnia. Tylko jego dłoń wciąż mocno trzyma moją. Chciałabym jeszcze tyle powiedzieć i o tyle zapytać. Słowa grzęzną w gardle.

– Świat jest… – charczy mentor. – Świat jest jak lody śmietankowe… jak lody śmietankowe na rozgrzanym asfalcie. – Uśmiecha się i puszcza moją rękę, by dotknąć drogi.

Ja także jej dotykam. Jest ciepła. W jednym miejscu rozkwita na niej plama krwi.

– Nie rozumiem – mówię. – Choć raz przestań rzucać zagadkami i powiedz mi, co mam zrobić. Dlaczego…

Pan Borsuk umiera z uśmiechem na twarzy. Tak naprawdę miał na imię Artur, przypominam sobie. Nie wiem, czy już kiedyś wspominał o lodach śmietankowych. To pewnie nie ma żadnego znaczenia. Mentor przez cały czas próbował nauczyć mnie jednego – kłamstwo potrzebuje tylko pozoru prawdy, nie sensu.

Czarno-biały świat okazał się najlepszym kłamstwem.

Kładę się u boku trupa i patrzę w niebo. Jest błękitne, choć w innym odcieniu niż jedno z oczu mojego przyjaciela. Asfalt przyjemnie grzeje w plecy. Potem stygnie. Stygnie też ciało Borsuka czy tam Artura – jak zwał, tak zwał – ważne, że był i że już go nie ma. W końcu zapada noc i na ciemnym niebie pojawiają się jasne gwiazdy. To też jest świat.

Koniec

Komentarze

Przeczytałam z zainteresowaniem. Tytuł bardzo przyciągający, zresztą borsukowe metafory świata spodobały mi się chyba najbardziej z całego tekstu :)

Nie do końca jestem jednak usatysfakcjonowana wyjaśnieniem i pomysłem, na którym oparta jest fabuła.(Możliwe spojlery) Rozumiem opowieści, mające chronić jakąś enklawę i być przyczynkiem do tworzenia jakiejś utopii – idea jest okej, ale sama opowieść o Jasnych, Ciemnych i Szarych, wydaje mi się jednak przekombinowana – tym bardziej, że nawet u samej bohaterki budzi wątpliwości związane z tym, czemu ludzie z Metropolii mają unikać nie tylko tych złych, ale też tych dobrych.

Klikam, za płynną narrację i świetne czarno-białe metafory :) 

Podpisuję się oboma ręcyma pod komentarzem Werweny.

Najlepszy fragment moim zdaniem:

 

Jeśli to Jaśni, powinni powiedzieć „dzień dobry”. Ciemni nie odezwaliby się ani słowem, po prostu rzuciliby się, żeby mnie zgwałcić.

– Czego? – warczy brodacz.

Szarzy?

 

Borsuk i Skunks skojarzyli mi się z Bieło– i Czernobogiem z “Amerykańskich Bogów” – a to bardzo zaszczytne skojarzenie. Narracja na świetnym poziomie (jak zwykle?), kunsztowna choć konkretna, twarda a bardzo obrazowa. Rzekłbym: męska.

Jedna pokiełbaszona gramatyka:

Teraz jego głos wciąż brzmi w mojej głowie, ale zlewa się z setkami innych, powtarzającymi te same słowa jak mantrę.

Faktycznie brakuje pełniejszego wyjaśnienia, czemu to opowieść o Jasnych i Ciemnych miałaby pomóc “uwierzyć w to, że po końcu świata możemy żyć normalnie” i jaka w założeniu była rola zwiadowców (czy było ich więcej, czy poza Borsukiem byli inni mistrzowie). Wszystko okazuje się być rozgrywką dwóch antagonistów, z których jeden ma uczennicę, a gdzie w tym wszystkim pozostali szarzy?

Jest jeszcze czas na dogranie tego elementu – na razie zdecydowanie do biblioteki!

Przeczytałam z niemałą przyjemnością :) 

 

Tytuł na pewno intrygujący, chociaż zupełnie nie w moim guście. Ale do treści pasuje. Zgodzę się z Werweną, że borsukowe metafory bardzo dobre. IMO te lekkie powiedzonka ładnie korespondują z postapokaliptycznymi realiami opisywanego świata.

 

Wskazany przez Cobolda fragment też zwrócił moją uwagę. Jednak końcówka spodobała mi się jeszcze bardziej :) A ten Artur, to tak specjalnie, że względu na znaczenie? ;)

 

Jak i poprzednikom, zabrakło mi trochę wyjaśnień. 

Dobrze się czytało. Fajnie, że przedstawiony świat jest z z jednej strony obcy, ale nie na siłę udziwniony. Wyjaśnień co do motywów Borsuka przydałoby się jednak więcej. Ale po mojemu biblioteka się należy jak psu buda.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ruszamy w dalszą drogą.

literówka

 

Słyszę tupanie mentora, jego przyspieszony oddech. Mężczyzna niemal zagłusza dudnienie ich kroków. Muszę się domyślać, że to Ciemni, choć kątem oka widzę tylko poruszenie w zaroślach. Gdyby Jaśni nas gonili, nie mielibyśmy powodów do uciekania.

– Przyspiesz – szepcze pan Borsuk.

Tamci biegną w milczeniu. Według tego, co powtarzano w Szarej Metropolii, Ciemni przeklinaliby nas na całe gardło. Wyliby potwornie, może nawet nieludzko, choć rozumiałabym słowa. Słowa o tym, co z nami zrobią.

– Dogonię cię – słyszę głos mentora, a potem w uszach dudnią mi tylko własne kroki.

Jak dla mnie za dużo dudnienia. ;)

 

co robisz samatym okrutnym świecie?

na tym świecie

 

Panie i panowie, czyżbyśmy mieli faworyta? :D Wydaje mi się, że pojąłem, o co chodzi z Ciemnymi i Jasnymi. Przypominają uosobienie dwóch stron konfliktu, które doprowadziły świat do ruiny, w której muszą żyć bohaterowie. Szarość jawi się jako odcięcie od jednej i drugiej ideologii, gdyż żadna z nich nie jest idealna, a wspomnienie o czerni i bieli pozwala straszyć przetrwałych historyczną powtórką z rozrywki. I jeśli właśnie to stoi za tą historią, to jestem bardzo ukontentowany z lektury. Chętnie skonfrontowałbym to z wrażeniami innych czytelników.

Do tego zabawnie się złożyło. Tuż przed lekturą oglądałem na youtube “najlepsze śmierci w Grze o tron” (jakkolwiek to brzmi ;). Później jakoś się zagapiłem i umknęło mi, że sen ze skunksem wpadającym do kryjówki i bezpardonowo mordującym borsuka, to sen. I zachwyciłem się bezwzględnym, brutalnym realizmem jak u Martina. Gdy ogarnąłem swój błąd, nadeszło małe rozczarowanie, ale finał na szczęście okazał się być satysfakcjonujący.

Pozdrawiam!

 

Mnie nie przekonało. Standardowe ujęcie czerni i bieli – czarne złe, białe dobre, a szare takie pośrodku – czyli wszystko po staremu. Budowanie na takim schemacie nowego świata jest naciągane, zwłaszcza pośrodku ruin starego.

Postać Skunksa (tu plus – bo to postać wyrażająca prawdę) wpisująca się w szereg postaci-buntowników-wobec-nowego-wspaniałego-utopijnego-świata, jednym słowem bohater jakich wiele, w dodatku wcale nie lepszy od Borsuka, bo zabija w imię idei.

Narratorka, barana w dzieciństwie za chłopca, odbierana była od początku jako męski narrator – nie wiem czy to celowy zabieg, ale nieco przeszkadzało w odbiorze, zwłaszcza w końcówce, łzawej końcówce.

Narracja gładka, jakby znana (trzyma poziom ;) – podobne opowiadanie czytałem nie tak dawno; powiedzonka Borsuka fajne; klimat postapo niekiedy się ulatniał zastępowany akcją.

Ogólnie na minus, ale że gładko się czytało i za te borsucze mądrości, kliknę.

F.S

Ja też zatęskniłam za porządniejszymi wyjaśnieniami. Dlaczego niby kłamstwo tak łatwe do zweryfikowania ma tak długie nogi? W czym ułatwia to życie szarym? A oni co, siedzą zamknięci w swoim mieście (skąd biorą żarcie?) i świata poza nim nie oglądają? Nie handlują z nikim? Nie uprawiają roli? Jakim cudem jeden Skunks zniszczył całą osadę? Dlaczego ruda kobieta zabrała narratorce zapasy? Dosyć drogo jak na zwykłą informację. Dlaczego właściwie bracia się próbują zaciukać? Nie ma efektywniejszych metod krzewienia własnej ideologii niż tworzenie męczenników? Dlaczego grzecznie poczekali trzy dni, aż publiczność ich dogoni?

Znaczy, więcej tu widzę pytań niż odpowiedzi. Ale jakiś zalążek świata jest. I zgodzę się z przedpiścami, że napisane ładnie. :-)

Babska logika rządzi!

Już tytuł i pierwsze zdanie zdecydowanie zachęcają do lektury (przynajmniej mnie zachęciły).

Przyjemnie się czyta – fajnie napisane i mimo że nie lubię narracji w czasie teraźniejszym, z zainteresowaniem poznawałem zaserwowaną w tekście historię.

Bardzo spodobały mi się filozoficzne metafory Borsuka – sensowne i ciekawe.

Niestety nie udało mi się wczuć w opisywany świat, jakoś całe to kłamstwo nie do końca mnie przekonało, pewnie po prostu przez limit znaków. Z chęcią poznałbym więcej szczegółów i dowiedziałbym się, dlaczego w Szarej Metropolii wszyscy wierzą w Jasnych i Ciemnych.

Sam pomysł na czarno-biały świat – jeden z najbardziej popularnych (bardzo źli = czarni versus bardzo dobrzy = biali), ale udało się rozwinąć go w mniej typowy sposób.

Przeczytałam bez najmniejszej przykrości, ale o pełnej satysfakcji, niestety, nie mogę powiedzieć. Ot, kolejne czarno-białe opowiadanie, niewątpliwie wyróżniające się porządnym wykonaniem, jednak pozostawiające nieco wątpliwości. Podczas lektury zrodziło się parę pytań, ale ponieważ pokrywają się z tymi, które zadała Finkla, nie będę już stawiać kolejnych. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Werweno, dzięki za przeczytanie i pierwszego klika.

 

Coboldzie, skojarzenia z “Amerykańskimi bogami” są o tyle ciekawe, że mnie Borsuk kojarzył się z panem Wednesdayem. Dzięki za klika i komentarz.

 

Lenah, a to imię Artur ma jakieś specjalne znaczenie? Dzięki za komentarz.

 

Szyszkowy Dziadku, dzięki.

 

MrBrightside, istotnie, pojąłeś. Nominacja mnie zaskoczyła i ucieszyła :)

 

Foloinie, skoro na minus, to czemu klik? Dziwię się, ale i tak dzięki.

 

Finklo, naprawdę uważasz, że kwestia uprawy roli jest na tyle ciekawa, by ją poruszać? Jeśli chcesz, mogę na resztę pytań odpowiedzieć, choć moim zdaniem albo wynikają z tekstu, albo Czytelnik może sobie dopowiedzieć (przykładowo: bracia przybyli w pewnych odstępach czasu do ogromnego miasta, więc to logiczne, że wpadnięcie na siebie trochę im zajęło).

 

Perrux, dzięki za komentarz i za klika. 

 

Reg, przynajmniej obyło się bez łapanki ;) Dzięki za wizytę. 

Widzisz, jeśli tekst pochłania mnie bez reszty, czytam z wypiekami na twarzy itd., to brawo Autor. A jeśli nie, bo na przykład jest zbyt dużo (dla mnie) opisów, które nie niosą ciekawych informacji, to zaczynam kombinować. Zastanawiać, się jaka społeczność może być w pełni autarkiczna. No, plemię łowców-zbieraczy na sporej izolowanej wyspie. Koloniści na statku kosmicznym (ich wspiera potężna technologia). Ale miasto? W życiu! A jak szukam dziury w całym, to zazwyczaj coś znajdę. Jeśli Autor wyjaśni moje wątpliwości, to znowu – brawo on! A jeśli nie, to zostaję z niedosytem informacyjnym i przeświadczeniem, że można było świat lepiej dopracować.

Co do wynikania z tekstu – polemizowałabym. Twój przykład: skąd ruda kobieta wiedziała, że Borsuk i Skunks są braćmi? Narratorka chyba tego nie wiedziała, więc skąd obca? Musiała ich widzieć razem. No i wracamy do punktu wyjścia – dlaczego nie pozabijali się, kiedy ich widziała? Albo mogła doskonale znać co najmniej jednego, który jej opisał brata (po co?). W takim razie przyjaciółka. Ale dlaczego w takim razie praktycznie obrabowała dziewczynę? Może jednak nie przyjaciółka, tylko wróg, który zeznania wydusił torturami? Ale w tym momencie w moich domysłach zaczyna się robić więcej fabuły niż w tekście.

Babska logika rządzi!

Kliknąłem bo:

  1. Widzisz Anonimie, każdy klika podług własnego gustu.
  2. Na początku, przy pierwszym czytaniu, niewiele rzeczy mi przeszkadzało. Po zastanowieniu już więcej – wymieniłem, nie słodząc.
  3. Bo tak! Nie podoba się ? :D To oddawaj :D Wybrzydza, czort jeden!
  4. Jeśli masz wątpliwości czy kliknąć, czy nie – kliknij/zagłosuj. I zostaw komentarz!

Chałwa tym, którzy stosują się do nowego porządku :D

F.S

Finklo, wyobrażam to sobie tak: Szara Metropolia jest samowystarczalna (miasto nie równa się same budynki), a zwiadowcy jako jedyni wychodzą poza jej terytorium w różnych celach. Skunks i Borsuk (i inni niewymienieni) są znani w okolicznych wioskach i tworzą sojusze w stylu “my was nie nękamy, a wy pozwolicie nam przenocować, dajecie ciepły posiłek”. Ruda kobieta nie jest ani przyjaciółką, ani wrogiem. Zabiera narratorce zapasy, bo zagrożenie dziewczynie nic nie kosztuje, poza tym – jak wyraźnie mówi – nie wierzy w powrót Borsuka.  Rozumie, że bracia stali się swoimi wrogami. Czyli rozumie, że coś się zmienia. Gdyby ten konflikt rozłożyć na więcej zwiadowców, gdyby opisać funkcjonowanie Szarej Metropolii, zaczęłoby powstać zwykłe i długie postapo, a nie o to chodziło. Narracja pierwszoosobowa służyła przede wszystkim temu, by przedstawić kameralną historię bohaterki, a nie losy świata po nieokreślonej zagładzie.

Ale jeśli tekst nie pochłonął, rozumiem, moja wina. Dzięki za opinię, która przypomina, że autor i Czytelnik nadają na innych falach, ale to ten pierwszy ma obowiązek, żeby te fale jak najlepiej dostosować.

 

Foloinie, w takim razie jeszcze raz dzięki za klika, ale jeszcze bardziej dziękuję za szczerą opinię.

Nie przesadzaj z tym obowiązkiem, czasami odbiornika i nadajnika nie da się zestroić i to nie jest niczyja wina. :-)

Babska logika rządzi!

Witaj!

Zajebiste.

Pozdrawiam!

 

Fuck, byłbym zapomniał, że do klikania i nominowania muszę wykazać się krztyną merytoryczności.

Więc tak: robisz dobrze to co robisz i rób to dalej. Brak potknięć. Fajny styl, czyta się lekko, pomimo metafor (he he) Borsuka.

Na plus motyw z czarno-białymi zwierzętami, brak nudy, fajne powiedzonka Borsuka, jakość wykonania. Nie dopowiadasz pewnych rzeczy ale mi to nie przeszkadzało (czasem nawet sie podobało)

Na minus: wędrówka dziewczyny bez jedzenia, obolałe stopy przy pościgu to chyba za mało narzekania na zły stan. I jeszcze to bieganie po mieście od biblioteki do biblioteki (wyryła plan miasta na pamięć w 5 minut i akurat wpadła na biegających bohaterów, jogging kur*a czy co?)

Ale jak już przymknąłem oko na to jak doszło do ostatniej sceny, to ta mi się spodobała, choć okazała się lekko przewidywalna, ale to wynikało z proroczego snu (całkiem fajnego). Swoją drogą gość (brat) z nożem gania gościa z pistoletem?

Mimo małych minusów, jestem konten, wciągneło i porwało.

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

O ile mi wiadomo, imię Artur pochodzi od celtyckiego art, które oznacza niedźwiedź :) A tutaj mamy Borsuka :P

W takim razie misio musiałby być krzyżówką polarnego i baribala. ;-)

Babska logika rządzi!

Mytrix, dzięki za komentarz i nominację. Odnośnie pościgu: było na odwrót. Borsuk uciekał i kluczył, żeby Skunks nie miał możliwości pewnego strzału. 

 

Lenah, w takim razie Arturowi wypadałoby przypisać pandę ;)

 

Finklo, starcie tych niedźwiedzi też przeszło mi przez głowę w trakcie szukania pomysłu :)

Taaa, panda też by się nadała. ;-)

Ja myślałam o zebrach, ale nie miałam żadnej koncepcji na fabułę.

Babska logika rządzi!

Zebra fajny zwierz ;-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Ale przygody miewa drętwe. Nie to, co “Król Lew”. ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałam z przyjemnością :)

Znam tylko pięć liter ;)

Anet, dzięki za przeczytanie :)

“Dziadek wymyślił Ciemnych i Jasnych, żebyśmy mieli[-,] w co wierzyć.“

 

Czyta się szybko i sprawnie, niemniej podpisuję się pod komentarzami użytkowników, którzy chcieliby otrzymać więcej wyjaśnień. Odniosłam wrażenie, że limit znaków na konkurs zaszkodził tu pomysłowi – rozumiem, że nie potrzebuje on może od razu 50.000 znaków, ale jeszcze kilka-kilkanaście na pokazanie szerszego obrazu świata by nie zaszkodziło. Innymi słowy – pojmuję to raczej jako serię scenek, prezentację pomysłu niż opowiadanie jako takie.

 

EDIT: Mytrix ma rację, mnie też się rzuciło w oczy to, że dziewczyna szła trzy dni i brak jest zaakcentowania, że była zmęczona i głodna. Nawet w świecie post-apo bohaterowi przyzwyczajonemu do niewygód musiało to doskwierać (zwłaszcza że dotąd dziewczyna żyła w mieście, a nie “na trasie”). A, i jeszcze to, że ponoć przy drodze pałętały się zdziczałe psy, a ani ona ich się nie bała, ani one jej nie zaatakowały? Takie rzeczy źle wpływają na wiarygodność świata i pewnie też dlatego całość wydaje się niepełna, raczej jako zarys niż gotowe opowiadanie, które ma wzbudzać emocje.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki za komentarz, Jose. 

Cóż, wychodzę z założenia, że o niektórych rzeczach nie trzeba wspominać, bo są zwyczajnie nudne. Tekst skupia się na czarno-białości, a nie na realiach przetrwania w postapokaliptycznym świecie – o tym pisały już setki osób. Zresztą nazywanie się Borsukiem czy Skunksem powinno dosyć wyraźnie sugerować, że opowiadanie jest raczej symboliczne niż naturalistyczne. 

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo płynnie się czytało. Przemyślenia bohaterki oraz opisy pozwoliły mi utrzymać zainteresowanie do końca. Gdzieś widnieje także szerszy świat, ukryty pod terminami Szarego Miasta czy Odbarwienia. Bardzo lubię takie delikatne nawiązania, ubogacające to, o czym czytam.

Z minusów to motyw kłamstwa, wspominany przez poprzedników. Ciężko mi sobie wytłumaczyć, jakim cudem ono przetrwało w jakikolwiek sposób. Jednak jest to jedyna taka rzecz, do tego stanowiąca rdzeń opowieści, toteż jestem w stanie przymknąć na nią oko. Trochę też nie leży zakończenie, takie urwane. Ale to już całkowicie rzecz mojego gustu, która nie ma wpływu na wysoką ocenę dzieła :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Śniąca, meldunek przyjęty.

 

NoWhereMan, dzięki za przeczytanie i komentarz. 

Tydzień myślałem nad oceną.

Pięć i pół zaokrągla się w górę, nie?

Zwłaszcza, jeśli to większe pół. 

Dzięki za ocenę :)

Właściwie znowu nie mam zdania. Jestem koneserką światów postapokaliptycznych – tutaj jest ledwie zalążek tego, co lubię. Daleko temu na przykład do Opowieści z martwego miasta zygfryda. Ale przeczytane szybko i z przyjemnością. Jednak jak zauważam, w tym konkursie jest wiele takich tekstów, napisanych pięknie, dopracowanym stylem i poprawnie, więc to przestaje być argumentem.

Nie uwiodło mnie, więc pozostaję w miarę zadowolonym, lecz niespełnionym odbiorcą. Oceny nie mogę wystawić, bo dla mnie 4,5 – cztery będzie za mało, a pięć jednak niezgodnie z sumieniem.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Sprawnie poprowadzona historia,  niemeczący rym zdań i sam układ tekstu (akapity), sprawiają, że czyta się to opowiadanie jednym tchem. Technicznie jedno z lepszych, jak nie najlepsze opowiadanie konkursowe.

Brakuje jedynie mocniejszego wybrzmienia  świata po apokalipsie. A fakt, że dziewczyna wypływa z wanny (Szare Miasto) na szerokie morze daje asumpt, aby jej narracja bardziej oddawała świat po upadku. Dosłownie wszystkimi zmysłami. Taką sposobność należy wykorzystać jeżeli ma to być wzorcowe postapo. Wyczuwalne z daleka ;)

Jednakże, jeżeli postapo miało być jedynie tłem dla bardziej filozoficznych przeżyć o naturze świata, i kłamstw, które to świat stanowią. Zarysowany świat okazuje się być wystarczającym :)

Postrzał w brzuch. Nie ma nic bardziej okrutnego. Bolesne i często wielogodzinne konanie(tutaj Borsuk miał “szczęście”). Brat bratu? Olbrzymia nienawiść musiała stać za tym. I tutaj, kwestia motywacji Borsuka. Jak rozumiem próbuje powstrzymać Skunksa przed ogłoszeniem prawdy o świecie i ogólnie pojęta akcją wywrotową. Ale czy sam świat nie powinien być  największym źródłem prawdy. Są przecież zwykle osady, zwykli ludzie ? W mojej opinii Borsuk wyprowadzając dziewczynę na zewnątrz, stworzył większe zagrożenie dla istnienia wykreowanej rzeczywistości. Zagrożenie o rząd wyższe niż Skunks.

 

„– Mogłeś mi powiedzieć. Jeśli miałam być jedną z was, powinnam być jakoś normalnie uświadomiona.

– bardzo zasadnicze wyrażenie, jak na moment podszyty emocjami.

 

Na koniec satysfakcjonującej lektury muszę przyznać rację Borsukowi.

„Świat jest jak lody śmietankowe na rozgrzanym asfalcie.”

„Świat jest jak biały królik polany smołą.”

 

Dobra robota. Pozdrawiam :)

Naz, dzięki za przeczytanie i komentarz.

 

Blacktom, dzięki za miłe słowa. Postapokalipsa miała być tłem, dlatego została zbudowana małym kosztem – ogranymi motywami wraków aut na drogach czy dzikimi psami. Postrzał w brzuch nie tylko dlatego, żeby Borsuk mógł coś jeszcze powiedzieć, ale tak zdroworozsądkowo – Skunks jako jedyny z Szarej Metropolii miał pistolet, co nie znaczy, że umiał strzelać. Brzuch jest pewniejszym celem niż głowa. 

Nie jestem fanem postapo.

Pod względem warsztatu nie mam tekstowi nic do zarzucenia – napisane całkiem porządnie. Niestety cały opis relacji między Borsukiem i jego uczennicą jakoś nie przemówił mi do wyobraźni. Dialog braci wydaje się najciekawszym fragmentem tekstu, ale konfrontacja na tle reszty opowiadania jest bardzo skondensowana i brakuje co najmniej kilkunastu zdań, żeby zmęczone całym tygodniem szare komórki zechciały drgnąć. Całkiem subiektywnie, nie chwyciło mnie.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Tak czy inaczej, dzięki za przeczytanie i komentarz.

Przyciągnął mnie głównie tytuł. I podobało mi się. Wciągnęłam się i przeczytałam bez problemów czy zacięć. Pomysł na wyjaśnienie postapokaliptycznego świata świetny, sama wolałabym chyba żyć w nieświadomości. Zupełnie rozumiem, czemu pominąłeś wstawki o głodzie i zmęczeniu bohaterki – niektóre rzeczy są oczywiste. Zresztą, chyba wspominałeś, że dziewczyna przeszła jakieś szkolenie. Może nauczyli ją ignorować potrzeby kiedy sytuacja tego wymaga? Jak dla mnie niczego nie brakuje. 

No a wymyślanie znaczeń dla powiedzonek Borsuka zapewniło mi świetną rozrywkę podczas jazdy tramwajem :D

Dziękuję, Cyklotrimetylenotrinitroamino. 

To opowiadanie jest dla mnie takim kolosem na glinianych nogach. Na pierwszy rzut oka świetne, ale wystarczy się przypatrzeć, by dostrzec sporo nieścisłości i wątpliwości, które, niestety, obniżają immersję.

Czarno-białość taka klasyczna, bohaterowie również. Borsuk trochę się wyróżnia, ale i on szału nie robi… Przynajmniej na mnie.

Najbardziej martwi mnie jednak co innego – o tekście zapomnę raczej szybko, gdyż poza metaforą z lodami nie było w nim nic, co by mnie urzekło :(

 

Tyle ode mnie. Przynajmniej na razie, bo po “masowym demaskowaniu” być może coś jeszcze dopiszę ;)

 

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki za przeczytanie i komentarz. Mógłbyś napisać, co obniżającego immersję wypatrzyłeś? Bez konkretnych uwag niczego się nie nauczę. 

Ładnie napisane, ale czarno-biało-szara metafora niczym odświeżającym nie przekonuje do siebie; brak mi klarowniejszego wyjaśnienia motywów Borsuka; brak mi uzasadnienia istnienia Szarych, skoro wystarczy wyjść poza miasto by poznac prawdę…

 

Przyjemna lektura, z jakimś zamysłem za tekstem, ale mnie nie przekonała przez brak klarowności fabularnej i schematyczne ujęcie kolorów.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki za przeczytanie i komentarz.

Ech… Masz rację, gówniany nieco ten mój komentarz ;(

Wiąże się to zapewne z tym, że tekst czytałem trochę wcześniej, a później zobaczyłem, że wiele kwestii zostało już poruszonych i zrezygnowałem z wyszczególniania…

Napiszę Ci lepiej, ale jutro, bo muszę jeszcze przewertować te akapity ;)

 

A “tajemnicza Pani” dlaczego dwójeczkę wstawiła pomimo pozytywnego odbioru? Hrabia jest niepocieszony :(

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Bardzo ciekawa postać ten Borsuk. Ma dobre powiedzonka.

Napisane jest ładnie i czytało się z przyjemnością. Podobał mi się też motyw czarno-białych zwierzęcych patronów dla Szarych.

Jednak lektura pozostawia po sobie wiele pytań. I to niestety tych z gatunku uwierających, o nie do końca wyjaśnione, lub dziwne kwestie. Przykład – poszukiwanie biblioteki (nie zrozumiałam jak i po co), ograbienie wędrowniczki z resztki zapasów przez osadę (ujmę to tak, bo przecież nie przez inną pojedynczą osobę bez jedzenia na drodze). 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A zatem kilka bardziej konkretnych słów ode mnie.

Co mi szczególnie przeszkadza w tym opowiadaniu, to że podejmujesz się kreacji całego świata i robisz to dość nieudolnie. Winien jest głównie limit – w to nie wątpię – jednak pominięcie wielu  wątków budujących wiarygodność uniwersum (pytania Finkli), sprawia, że opowiadanie jest raczej pocztówką niż bramą do innego świata. Całkiem interesującym, mimo to jedynie papierowym obrazkiem.

Motywacja Skunksa mnie nie przekonuje, bo nie mam pojęcia jak mu się żyje, co dobrego (a co złego) przyniosłyby jego zmiany. Umyka mi sens całej wyprawy i nie rozumiem za bardzo idei tego, kim ma się stać dziewczyna.

Przez to, że skala opowiadania jest tak duża, zaniedbałeś również postaci – stanowią punkty uchwytu fabuły, brak w nich uczuć, pragnień… Borsuka ratują te metafory, robią z niego po części filozofa, który kontempluje świat po wojnie i cierpi widząc, w jakim jest stanie.

Dynamika tekstu trochę zbyt niska, senna rzekłbym, a rezygnacja z uwzględnienia wpływu świata na dziewczynę-narratorkę ponownie przywołuje skojarzenie z pocztówką.

No i ten podział na Ciemnych i Jasnych… No, sztampowy. ;(

 

Dobra, więcej pastwić się nie będę. Na pociechę dodam, że postapo nie lubię, więc nawet świetnie wymyślone niezbyt by mi się spodobało…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dziękuję za wyróżnienie, Śniąca :)

 

Dzięki, Count. Biorę to wszystko do siebie. Kreacja świata miała odbyć się jak najmniejszym kosztem – stąd te wzmianki o wrakach na autostradzie, dzikich psach itd. Postapo było u mnie tłem (zresztą często w przypadku moich tekstów ktoś bardziej zwraca uwagę na to, co ja uważam za tło). Za “tworzenie światów” dawno się nie brałem, a limit… Jest jak jest, co się będę tłumaczył. Jeszcze raz dzięki! Chyba już nic więcej nie da się wytknąć… Chociaż poczekajmy na komentarze Cienia i Tenszy :D

 

Wszystkim czytelnikom jeszcze raz bardzo dziękuję za dobre i złe słowa – wszystkie się przydają. W komentarzach nie bawiłem się w kogoś innego, jak Naz, ale poskąpiłem trochę emotek. Taka mała zmyłka ;)

Zatem duży uśmiech dla wszystkich → :))))))))

I wersja z nosem → :-))))))

Foloina przepraszam za to, że nie jestem Zygfrydem.

Naz dziękuję za docenienie kobiecych wątków :)

A do tych, którzy mnie odgadli, mam bardzo poważne pytanie: jak Wam się udało?!

Dzięki za fajną zabawę :D

Wątek martwych zwierząt. ;-) Ale i podpowiedziami innych się kierowałam.

Babska logika rządzi!

Tylko na koniec jedno umiera ;) Pozostałe są żywe i takie dość… ludzkie.

Nie masz mnie za co przepraszać. To ja jestem marudą… Marudą, która nie lubi zgadywanek :P (Już pisałem, że chyba tylko ja widziałem podobieństwa? To znak :)). Mimo wszystko podtrzymuję zdanie, że opowiadanie podobne do Zygfrydowego – czy to dobrze czy źle? Sam oceń. Opinii z góry też nie zmienię. Dla mnie nie jest ważne kim jest autor – chyba że to Ćwiek albo Sapkowski – dlatego mam problem z rozpoznaniem stylu.

Ale na pocieszenie Ci napiszę, że powiedzonka borsucze zapadły w pamięć :)

F.S

Cóż, opowiadanie Zygfryda była ostatnią postapokalipsą, z jaką miałem styczność. Plus dla niego, że mogło być dla mnie w jakiś sposób inspirujące. Ale moim zdaniem wspólny jest jedynie motyw prawdy, która wychodzi na jaw. Innych podobieństw nie widzę. 

Ale na pocieszenie Ci napiszę, że powiedzonka borsucze zapadły w pamięć

Całe opowiadanie jest pretekstem do ich użycia :P

Ale moim zdaniem wspólny jest jedynie motyw prawdy, która wychodzi na jaw

Nie będę się sprzeczał… Jako autor widzisz to inaczej.

Może to dlatego, że tekst był pisany na konkurs – inne kryteria, inne wymagania.

 

Nie chciałem Ci sprawić przykrości.

F.S

Nie sprawiłeś :) To w zasadzie pewien komplement, bo Zygfryd dobrze pisze. Podobnie schlebiło mi to, że Naz zasugerowała Tenszę, a Werwena – Bemik. 

A powiedz mi, Fun – pisałeś Ty wcześniej coś na konkurs, na zadany temat? Bo tak się zastanawiam, czy to właśnie przymus znakowo-tematyczny nie jest w głównej mierze odpowiedzialny za moje kręcenie nosem. Albo to po prostu gust – przecież jest też wielu bardzo zadowolonych czytelników ;/

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Moja mantra na dzisiaj:

Wszyst­kie no­mi­no­wa­ne ano­ni­my prze­czy­ta­łem jesz­cze zanim prze­sta­ły być ano­ni­mo­we, ale to chyba bez zna­cze­nia, bo uczci­wie mogę po­wie­dzieć, że żaden nie po­do­bał mi się na tyle, bym wsparł go swoim gło­sem piór­ko­wład­nym.

 

I kolejna mantra:

Napisane fajnie, ale treść…

 

Z odmętów kilkudniowej przeszłości treść wracała do mnie powoli, szczątkowo. Znać to, że nie utkwiło, ani czarną, ani białą stroną.

Z jednej strony plus za wykonanie – ale to, jak już udowodniłeś, norma – i za mieszankę postapo z drogą – miszmasz gatunków, które lubię bardzo. 

Gorzej z płyciznami w tekście. O ile jestem w stanie zaakceptować, że część społeczeństwa, dajmy na to dzieci, można mamić bajeczką o Czarnych i Białych, ewentualnie utrzymywać ten mit w jakiejś niewielkiej osadzie ukrytej w miejscu, gdzie Bóg chadza piechotą (ale i to z dużą dozą pobłażliwości, bo bez żadnych namacalnych dowodów – a takowych przecież nie było – tego typu korba nie może się kręcić wiecznie. Patrz: film Osada), to w całe miasto wierzące w coś takiego, i to od dawien dawna wychodzi mi, w dodatku tylko na podstawie słów kilku gostków, zwyczajnie umyka mojej percepcji. Przecież ludzie chyba nie siedzą cały czas za jakimiś hipotetycznymi murami jak w więzieniu? Fakt, że nikt tego miasta nigdy nie najechał i nie próbował podbić i złupić, jednocześnie demaskując oszustwo, również wydaje mi się mocno naciągany. Tak więc tło, jak dla mnie, sztuczne.

Co do samej historii, to też byłoby się czego przyczepić. Po pierwsze, fakt, że Borsuk zabrał dziewczynę w świat, który ewidentnie różnił się od tego, co jej wpajano… Co więcej, zabrał ją między innymi chyba właśnie po to, żeby zrozumiała tę różnicę, a jednocześnie nie tylko nie ostrzega ją przed tym, ale wręcz do końca próbuje oszukać i zataić prawdę. Dlaczego? Jaki to ma w ogóle sens? Albo, patrząc na rzecz odwrotnie: jaki sens ma wcielać ją w szeregi “zwierząt”, skoro próbuje się przed nią zataić prawdę; skoro traktuje się ją jak dziecko? Albo idiotkę?

Kolejna kwestia, to porzucenie dziewczyny przez Borsuka i ruszenie bez słowa za Skunksem. Żeby tak koleś – mentor, przyjaciel i opiekun – porzucił swoją podopieczną, nie tracąc czasu nawet na to, żeby wysłać kogoś z miejscowych i odprawić ją do domu albo wskazać kierunek, w którym panna winna za nim podążać? Facet chyba uczył w gimnazjum.^^ W żaden sposób nie uzasadniasz tego postępowania, więc zakładam, że to kolejna próba utajnienia przed bohaterką prawdziwego oblicza świata. Żeby przypadkiem nie usłyszała tego, co Skunks miał do powiedzenia. Co jest kolejnym absurdem.

Sztampowa scena z dyskusją o porządek świata, która ostatecznie rozwiewa złudzenia bohaterki, a która jest poprzedzona zawoalowanym przekazem, że Borsuk to jednak – wybacz dosadność – idiota. Bo jak inaczej zdefiniować kolesia, który goni po świecie za uzbrojonym typem tylko po to, by – gdy już go dogoni – dać się zabić jak ostatni frajer, zupełnie bez walki i szans na zwycięstwo (ewentualnie wcześniej jeszcze zamienić się z myśliwego w zwierzynę i samemu uciekać przed wrogiem przez pół miasta, a dopiero później dać się zastrzelić)?

Tak się szczęśliwie składa, że też mam brata. Typ bywa irytujący, ale nie ma takiej ideologii ani racji stanu, dla której wpakowałbym mu kulkę, szczególnie w brzuch, co gwarantuje powolną (z tego co wiem znacznie wolniejszą niż opisana tutaj) i wyjątkowo bolesną śmierć. Zatem odnośnie tego fragmentu również pozostanę mocno sceptyczny. Nie rozumiem też, dlaczego Skunks nie obwieścił wszem i wobec w Szarym Mieście, jak wygląda prawda, tylko ucieka, strzela do własnej rodziny i wygłasza puste, bo nie poparte żadnymi czynami slogany na pustkowiach? No dobra, pociągnął zz spust, a to dość wymowny czyn. Niemniej nie rozumiem, dlaczego po prostu nie ujawnił prawdy? Nawet jeśli teraz jest ścigany i skazany na śmierć za swoje aspiracje, to przecież mógł załatwić sprawę, kiedy nikt się po nim jeszcze tego nie spodziewał. Chyba, że też błysnął i stwierdził, że najpierw podzieli się swoim planem z kolegami, a dopiero potem, jak już zdecydują, czy okey, zgoda, czy może jednak zabijemy wichrzyciela, ewentualnie wprowadzi go w życie? A nawet teraz: myślę, że koleś spokojnie zdołałby jakoś przemycić prawdę w obręb miasta.

Dobra, czepiam się trochę bez sensu, ale to już tak dla odmóżdżenia, nie ze złośliwości, bynajmniej (co nie zmienia faktu, że najlepszego zdania o tych Szarakach i ich szarej masie nie mam).

Generalnie czytało się dobrze, z zainteresowaniem, niemniej opowiadaniu daleko do tego, czym mogłoby być. I czym być powinno.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Sorry, Winnetou, ale jestem na NIE.

Jak już wspominałam wcześniej, nie przekonuje mnie kłamstwo kluczowe dla Twojego świata. Podczas lektury zastanawiałam się, dlaczego ono nadal funkcjonuje, dlaczego ludzie w to wierzą. Dla przykładu – kilkulatki zazwyczaj już wiedzą, kto podrzuca prezenty pod choinkę… Mnie również trudno było zawiesić niewiarę.

To nastawiało mnie negatywnie do Twojego świata i bohaterów. Borsuk ze swoimi mądrościami irytował. W ogóle nie lubię, kiedy bohater potrzebuje jakichś informacji, a tu “dziad wiedział, nie powiedział”.

No, nie tym razem, Fun.

Ale napisane w porządku. Żeby nie było, że żadnych zalet nie dostrzegam.

Babska logika rządzi!

Count, to mój pierwszy taki konkurs :)

 

Cieniu, jak zwykle dzięki za obszerny komentarz. Najogólniejszy wniosek jest taki: niedopowiedzenia zaszkodziły. Biorę na klatę wszystkie te uwagi o nierealnej utopii, jaką stanowiła Szara Metropolia. Ale akurat postępowanie Borsuka wydaje mi się tak przedstawione, jak miało być. Bohaterka jest wrzucona na głęboką wodę – po części to taktyka Borsuka, a po części zmieniła się sytuacja i dla jej mentora pościg za bratem stał się ważniejszy. Konflikt między braćmi też jest dla niej szokiem, czymś niezrozumiałym. Borsuk na koniec niewiele wyjaśnia, dziewczyna zostaje z pustką w głowie, ale z “powiedzonkami” w pamięci. I to powiedzonka są kluczem. Lody śmietankowe – słodka, przyjemna wizja świata, którą bohaterka dotychczas była. I ta wizja rozpływa się na “rozgrzanym asfalcie”, którym jest wielki, bezwzględny, prawdziwy świat. To mniej więcej chciałem przedstawić – wyszło, jak wyszło.

Jeszcze raz dzięki :)

 

Finklo, może następnym razem ;) Fajnie, że “napisane w porządku”, bo podobną narrację mam w innym tekście i teraz, przy okazji, chciałem zobaczyć, jak się sprawdza. 

Wiesz, pisać to Ty umiesz. Tylko czasami nie o tym, co trzeba. Tu nam się możliwe wizje światów rozjechały.

Babska logika rządzi!

Rozumiem :) Po to przecież publikuję, żeby choć trochę zestroić swoje “wizje” z tym, jak to odbierają czytelnicy. W tym przypadku sprawdzałem, jak spodoba się oszczędna narracja w pierwszej osobie, czasie teraźniejszym. Myślałem, że pojawią się głosy typu “zbyt sucho, lakonicznie”, ale o dziwo wszystkim chyba podeszło. Albo tylko tak mówili, by zawrzeć jakąś pozytywną nutę w komentarzach :D

Hej! Niniejszym “kupuję” sobie Twoje dalsze uwagi :)

Opowiadanie jest fajne, choć nic z z niego nie zrozumiałem :P Ok, już wyjaśniam :)

Opowiadanie jest fajne, bo:

– nie ma w nim “barokowych” metafor, ani innych dziwactw

– nie naśladujesz Sapkowskiego, ani nikogo, raczej szukasz swojej wypowiedzi, widzę, że “walczysz” o indywidualność

– Twój styl mi przypomina ten, który, dawno temu, napotkałem w “Krokach w nieznane”.

Dobrze, więc teraz “krytyka”:

– cudzysłów dlatego, że to raczej ocena wynikła mojego gustu i zdolności wizualizowania, a nie– stricte– krytyka merytoryczna

-nic nie rozumiem z Twojego opowiadania… po prostu. Domyślam się, a raczej wyczuwam, że była jakaś wojna. Tylko tyle.  Wizja post apokaliptyczna, tak?. Totalnie nic mnie nie zainteresowało. Na początku się starałem, wierz mi. Chciałem wniknąć w tekst, ale szybko zacząłem ziewać i resztę pobieżnie przejrzałem, prawdę mówiąc, tylko z grzeczności, żeby “kupić” Twoje uwagi przy betowaniu mojego tekstu. Nie lubię takiej literatury– kwestia gustu,wiem, więc nie wiem, co Ci napisać. Wiem, że wszystkich nie da się zadowolić, widocznie ja, należę do tej grupy, do której Twój tekst nie dociera.

Na wszelki wypadek, gdybyś kiedyś próbował dotrzeć do ludzi podobnych do mnie, podam Ci kilka osobistych refleksji:

– nie przepadamy za impresjonizmem, ani w muzyce, ani w malarstwie, ani w literaturze, nie lubimy “plam”, ale jasno zarysowane motywy. Cenimy prostotę, lakoniczność i logikę, czy to w muzyce (dlatego większość z nas lubi muzykę klasyczną, w szczególności barokową, jazz, klasycystyczną architekturę, ogrody ZEN, buddyzm itp.), czy to w architekturze, czy we wzornictwie pprzemysłowym, czy w końcu… w literaturze. Klasyczna prostota i elegancja… to nasz ideał. Z literatury SF mogę podać przykłady klasyków: Bułhakow, Strugaccy, Asimov, Kuttner, Clark (choć nie wszystkie pozycje). Tacy jak ja, nie lubią Sapkowskiego czy Matrixa, Wiśniewskiego-Snerga, Stachury, ezoteryki, Mickiewicza, Słowackiego, Byrona… źle się czujemy w “astralnych”, ciężkich, piżmowych klimatach emocjonalnych. Zatem: jeśli chcesz nas kupić (a nie musisz tego chcieć, wcale tego nie oczekuję) napisz coś z akcją, z jasnym motywem, przesłaniem, dowcipem. Poraź nas prostotą, elegancją i głębią myśli.

– nie wiem, czy to robisz… ale my nie znosimy wywlekania swego “ego”, “krzyku duszy”, zagadek intelektualnych typu” niewidzialny człowiek marzy o tym, aby spojrzeć w lustro”… przepraszam za dosadność, ale dla mnie to intelektualny onanizm. Ja to odbieram źle. Uwielbiam autorów, którzy przedstawiają swój geniusz w taki sposób, że nie mam wrażenia, iż oglądałem czyjąś masturbację. Większość opowiadań, które czytam tutaj, na tym portalu, to intelektualne brandzlowanie się. Nie znoszę tego. Napisz mi coś, w czym nie zobaczę rozpaczliwej próby zwrócenia na siebie uwagi. Nie krzycz. Zaproponuj. Chcę dotknąć czegoś uniwersalnego, czegoś, co mi zepsuje resztę dnia, bo zacznę o tym myśleć, asymilować.

To tyle. Jak podkreśliłem na wstępie, to nie krytyka… to osobiste refleksje. Nie wtrącałbym się, ale chcę kupić Twoje uwagi :) Wiem, że to nie Ty wynalazłeś ten dziwaczny, intelektualny ekshibicjonizm połączony z jakimś rodzajem przesadnego impresjonizmu… od lat siedemdziesiątych staje się on, ten styl, widoczny… i dominuje. Książki się sprzedają, jest popyt. Jako handlowiec… szanuję to. 

Jako artysta(ukończyłem Akademię Muzyczną z oceną “bardzo dobry”, więc mogę siebie tak nazywać :P )…nie. Artysta zawsze powinien dążyć do wysadzenia ustalonego porządku, w powietrze.

Więc może czas na rewolucję? Jesteś zdolny, umiesz “pisać”… podejmij wyzwanie. Pokaż coś nowego!

 

P.S Własnie sobie pomyślałem, że był taki autor, van Dick :) I on , naprawdę dobrze, łączył “astralne klimaty”, z klasyczną elegancją. I nie “krzyczał”! :)

 

Dziękuję za obszerny komentarz, choć niektóre rzeczy mnie rozbawiły. 

nie naśladujesz Sapkowskiego

Co to w ogóle znaczy? Zakładasz, że każdy początkujący pisarz-fantasta chce pisać jak Sapkowski? Poczułem się urażony ;) Mój styl w żaden sposób nie walczy tutaj o indywidualność, to dość prosta pierwszoosobowa narracja w czasie teraźniejszym… I tę prostotę przecież sam dostrzegłeś, twierdząc, że plusem jest brak dziwactw. 

 

nie wiem, czy to robisz… ale my nie znosimy wywlekania swego “ego”, “krzyku duszy”, zagadek intelektualnych typu” niewidzialny człowiek marzy o tym, aby spojrzeć w lustro”… przepraszam za dosadność, ale dla mnie to intelektualny onanizm. Ja to odbieram źle. Uwielbiam autorów, którzy przedstawiają swój geniusz w taki sposób, że nie mam wrażenia, iż oglądałem czyjąś masturbację. Większość opowiadań, które czytam tutaj, na tym portalu, to intelektualne brandzlowanie się. Nie znoszę tego. Napisz mi coś, w czym nie zobaczę rozpaczliwej próby zwrócenia na siebie uwagi. Nie krzycz. Zaproponuj. Chcę dotknąć czegoś uniwersalnego, czegoś, co mi zepsuje resztę dnia, bo zacznę o tym myśleć, asymilować.

Eee… co? Na pewno ta uwaga dotyczy tego tekstu? Ostatnie, co można powiedzieć o tym opowiadaniu, to że jest “krzykiem duszy”, “rozpaczliwą próbą zwrócenia na siebie uwagi”. Naprawdę, nie wiem, co mogłoby wskazywać, że to efekt mojej intelektualnej masturbacji? Biel tytułowych lodów? Odnieś się proszę do jakichś elementów tekstu, bo wygląda to trochę, jakbyś recenzję napisał po przeczytaniu fragmentu. Owszem, są tu dziury logiczne, ale żeby nic nie zrozumieć? Zupełnie nic? Hm…

 

Większość opowiadań, które czytam tutaj, na tym portalu, to intelektualne brandzlowanie się. 

Nie wiem, co czytałeś, ale zajrzyj do piórkowych tekstów. Jeśli są one dla Ciebie “intelektualnym brandzlowaniem się”, to… Nie wiem, po prostu poczytaj. Jest parę “krzyczących” opowiadań, ale większość to po prostu normalna, dobra literatura. 

I jest jakaś dziwna sprzeczność w Twoich słowach: najpierw próba zwrócenia na siebie uwagi jest zła, a potem proponujesz wysadzanie ustalonego porządku. O co chodzi?

Co to w ogóle znaczy? Zakładasz, że każdy początkujący pisarz-fantasta chce pisać jak Sapkowski? Poczułem się urażony ;)

 

Takie odnoszę wrażenie. Myślę, że Sapkowski robi wrażenie na wielu Autorach. Niepotrzebnie poczułeś się urażony, próbowałem przekazać szczery komplement. Podoba mi się to, że szukasz swojego stylu, swojego sposobu naturalnej wypowiedzi. Myślę, że bardzo niewielu Autorów tak robi.

 

I jest jakaś dziw­na sprzecz­ność w Two­ich sło­wach: naj­pierw próba zwró­ce­nia na sie­bie uwagi jest zła, a potem pro­po­nu­jesz wy­sa­dza­nie usta­lo­ne­go po­rząd­ku. O co cho­dzi?”

 

 

Cho­dzi mi o to, żeby zwra­cać na sie­bie uwagę nie­na­chal­nie :) Na przy­kład Lem. We wszyst­kim, co na­pi­sał, dał dowód ge­niu­szu i “wy­wa­lił za­sta­ny po­rzą­dek w po­wie­trze”. Robił to jed­nak ot, tak… przy oka­zji. Nie zmu­szał mnie do wiel­bie­nia sie­bie, a czę­sto, różni au­to­rzy, mu­zy­cy, pla­sty­cy… no cóż… od­no­szę wra­że­nie, że nie za­le­ży im na sztu­ce, na two­rze­niu… ale na hoł­dach. To samo do­ty­czy “mi­strzów du­cho­wych”. Może mam ob­se­sję. W Aka­de­mii, tego typu in­dy­wi­du­al­no­ści mocno uprzy­krza­ły mi życie, gdyż, prze­waż­nie, dys­po­no­wa­ły wła­dzą nad moimi oce­na­mi. Zdarzało sie, że “musiałem sprzedać duszę”, aby uzyskać szansę sprawiedliwej oceny mojej gry. Prze­pra­szam, jeśli po­czu­łeś się ura­żo­ny, to nie było moją in­ten­cją.

 

Eee… co? Na pewno ta uwaga do­ty­czy tego tek­stu?

 

Nie je­stem pe­wien. Dla­te­go za­zna­czy­łem: “nie wiem, czy to ro­bisz…”. 

Jak na­pi­sa­łem wcze­śniej:  

 

nic nie ro­zu­miem z Two­je­go opo­wia­da­nia… po pro­stu.” 

 

I za­zna­czy­łem:

 

nie prze­pa­da­my za im­pre­sjo­ni­zmem, ani w mu­zy­ce, ani w ma­lar­stwie, ani w li­te­ra­tu­rze, nie lu­bi­my “plam”, ale jasno za­ry­so­wa­ne mo­ty­wy”.

 

Chciał­bym, żebyś mnie do­brze zro­zu­miał. Nie kry­ty­ku­ję Two­je­go opo­wia­da­nia. Do­ce­niam Twój warsz­tat, jest bez za­rzu­tu. Chciał­bym tak pisać. Lu­dzie, tacy jak ja, nie ro­zu­mie­ją im­pre­sjo­ni­zmu. To wszyst­ko ;)

 

Okej… dzięki za wyjaśnienia, choć wciąż mam wrażenie, że nie doczytałeś tekstu do końca, ale mniejsza. Jeśli Cię nie wciągnęło, to po co masz się męczyć, a dla mnie to też jakaś informacja. 

Te wzmianki o impresjonizmie w odniesieniu do mojej pisaniny są zaskakujące… Ale postaram się je zapamiętać. Dzięki. 

Masz talent do intrygujących tytułów. Tajemnicze powiedzonka Borsuka były zresztą najlepszą częścią tekstu. Natomiast sama ksywka nie bardzo mi się podobała. Psuła ciężki klimat postapo, kojarząc się z jakąś bajką dla dzieci czy cuś ;]

Z ważnym rzeczy – pierwsze zdanie-wypowiedź, też mega ci wyszło. Tylko jakiejś ciekawszej fabuły mi zabrakło, bo ta zaprezentowana nie zachwyca. Odnoszę wrażenie, że konkurs zaszkodził tekstowi. Nie przeszkadzają mi niedomówienia, ale lubię wyciągnąć z opowiadań coś ciekawego, a tutaj poza kilkoma zdaniami-perełkami, których zazdroszczę ci całą czernią swego emo serduszka, nie znalazłam nic wartego zapamiętania. Niemniej warsztat masz naprawdę… ech! ;)

 

EDIT: A w ogóle tytuł skojarzył mi się z “Lodami o smaku sushi” AlexFagus. Same teksty są zupełnie inne, ale wydźwięk tytułu jakiś taki podobny. Co jest komplementem, bo Alex wymyśla najlepsze tytuły :D

Tylko nie "Tęcza"!

Dzięki za komentarz, Tenszo :)

Wygląda na to, że im dalej w las, tym gorzej – zaczęło się od tytułu, potem było pierwsze zdanie, inne powiedzonka… Jakoś próbowałem do tego dopasować fabułę, ale wyszło słabo. Ale i tak miło przeczytać jakąś pochwałę warsztatu, bo przynajmniej wiem, że pod tym kątem idę w dobrą stronę ;) Jeszcze raz dzięki. Czasem wizyta pod “starym” tekstem cieszy bardziej niż pod nowym ;)

A tak w ogóle, to Naz przyszło do głowy, że Ty mogłaś być autorką tego tekstu :D

Jak tak teraz spojrzałam, to wiem, co mi wadziło w tym Borsuku. Pisałeś o nim jako o “panu Borsuku”, co totalnie kojarzy się z bajami ;) Sam Borsuk nie byłby jeszcze taki zły.

I nie rozumiem, skąd naz się to wzięło. Ja takich fajnych tytułów nie wymyślam :P

Tylko nie "Tęcza"!

Stwierdziła, że w opowiadaniu została wykreowana “wiarygodna kobieca postać” i że ja takich nie umiem tworzyć :P

Tytuł przedni, treść tak samo. Podoba mi się, że w każdym Twoim tekście jest coś nowego – jakiś taki powiew świeżości :P Opisałeś barwnie czarno-biały świat, dodając ciekawych bohaterów. Chociaż mnie te kwintesencje życiowe jakoś do gustu nie przypadły. Ale ogólnie bardzo dobry tekst :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Dzięki :) Sam za tym tekstem nie przepadam, ale fajnie, że się podobał.

Nowa Fantastyka