- Opowiadanie: podstuwak - Który sieje czerń

Który sieje czerń

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Użytkownicy III

Oceny

Który sieje czerń

 

 

Mokra ziemia na suchym stepie

 

Aramza wstrzymuje oddech. Wkłada do ust pięść i zaciska zęby. Kamień, do którego przywarł plecami, jest gorący. Parzy go przez materiał koszuli. Jednak Aramza nie rusza się. Nie jest głupi. Nie da się załatwić w taki sposób. Nie na tym stepie, na którym wiatr porwie jego duszę prosto pod Sottaw – Górę Sądu.

Kiedy Kizim pochyla się w jego stronę, chcąc najwyraźniej o coś zapytać, Aramza wyciąga z ust pięść, prostuje wskazujący palec i przykłada go do warg, nakazując milczenie.

– Cicho – wymawia bezgłośnie, kiedy gest nie skutkuje.

Ma przy tym wrażenie, że powietrze zgęstniało. Że trudniej mu nim oddychać. Czy Łowca mógł ich usłyszeć? Spogląda na towarzysza.

Twarz Kizima nie wyraża niczego szczególnego. Jakby ten nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Z takim wyrazem twarzy mógłby równie dobrze siedzieć teraz w karczmie. „Do diabła z nim” – myśli Aramza. „Byleby tylko trzymał gębę zamkniętą”. Bo tak właśnie mogą się uratować. Trzeba przeczekać. Łowca minie ich i pojedzie dalej. Co mu do nich? Może i zbieranie Kamieni Dusz jest wbrew prawu, ale Łowcy mają przecież ważniejsze rzeczy na głowie niż łapanie zbieraczy takich, jak Aramza. Jeśli tylko demon ich nie wyczuje, nie spróbuje opętać, wszystko będzie dobrze. A Aramza jest pewien, że ten Łowca ma w sobie demona. To widać.

Upewniwszy się, że Kizim będzie siedział cicho, zbieracz bierze głęboki wdech i wygląda zza skały. Właśnie wtedy, kiedy tamten ich mija, wolno stąpając na swoim koniu.

Pierwsze, na co Aramza zwraca uwagę, to powietrze wokół jeźdźca. To, co wcześniej brał za miraż jest drgającą aurą, która go otacza. Drugie to jego koń. Bardziej przypomina upiora niż zwierzę. Kary, o jednolitym umaszczeniu. Jakby Łowca poruszał się na plamie nocy. I w końcu on sam. Wysoki. Chudy. Blady. Przywodzi na myśl Aramzie wyschły kikut drzewa. Palaczy mleka z kwiatu kunari, których widywał czasem w portowych knajpach. Jest łysy. Na sobie ma tylko szerokie spodnie z lnu i skórzane buty. U pasa zakrzywiony miecz i sztylet. Jego postać wygląda jak szkielet owinięty supłami mięśni i obciągnięty białą skórą. To jej bladość sprawia, że plątanina czarnych żył, rysujących się pod nią, wygląda tak upiornie. I w tym określeniu nie ma przesady, bo Aramza wie, że właśnie w tych żyłach spętany jest demon. To stąd bierze się ich barwa. Ich pulsowanie. A żyły wiją się teraz, jakby były stadem węży więzionych w ciele. Ten obraz wypala piętno na oczach Aramzy. Rysuje się pod powiekami. I gdy Aramza zamyka oczy, wypuszczając powietrze, gdy oddycha z ulgą, wciąż go widzi. I jest pewien, że ta scena już tam zostanie. Jego zdaniem to niezbyt wygórowana stawka za ocalenie życia.

Łowca oddala się, a Aramza wciąż siedzi na mokrej, stepowej ziemi, która jeszcze przed chwilą była sucha. Kiedy bierze kolejny wdech, czuje kwaśny zapach własnego moczu.

 

 

Przysięga i mandala

 

– Dlaczego wyrządziłeś krzywdę Nimi? – To głos jego ojca. Wspomnienie z dni na długo przed tym, nim został Łowcą. Migmar nie wie, dlaczego wraca akurat teraz. Może to podszept demona. Spodziewa się przecież, że tak potężny duch nie podda się bez walki. Czuje teraz jego pulsowanie. Ruch przebiegający przez żyły. Niepokój.

Są niemal na miejscu. Prosta linia horyzontu wypiętrza się na końcu drogi w Sottaw – Górę Sądu. Dotrą tam przed jutrzejszym zmierzchem.

– Dlaczego wyrządziłeś krzywdę Nimi?

Pamięta ten dzień. Jest dzieckiem. Stoi z pochyloną głową. Uchyla się przed karcącym wzrokiem. Spojrzeniem pełnym bolesnej powagi. Nie jest łatwo być synem Najwyższego Kapłana.

– Odpowiedz. Dlaczego zniszczyłeś jej mandalę, zanim ją ukończyła?

– Bo tak przyrzekałem. – Nie podnosi głowy. Ojciec milczy, więc Migmar tłumaczy:

– Gdy miesiąc był jeszcze w nowiu kaligrafowałem Znaki. Nimi zalała je atramentem. Zrobiła to celowo. Przyrzekłem, że tego pożałuje.

Ojciec kładzie mu rękę na ramieniu. Ciężką. Ciepłą.

– Zemsta nie jest czynem boskim – mówi w końcu. – Kiedy jej się oddajesz, niweczysz swoje ian, istotę duszy. Gdybyś mógł teraz popatrzeć na siebie oczami Sędziego, zobaczyłbyś czarną plamkę na swojej postaci. Plamę, której wcześniej tam nie było.

Sędziowie to inna lekcja. Kolejne wspomnienie. Staje mu teraz przed oczami, jakby ktoś przerzucił strony w książce, którą czyta.

– Sędziowie widzą tylko dwa kolory – tłumaczy ojciec. – Biały i czarny. – Teraz siedzi przed nim w pozycji lotosu, a Migmar klęczy, przysiadłszy na piętach. – Białe jest to, co pochodzi od Boga – kontynuuje ojciec. – Czarne zaś to, co nie powstało z jego woli. Sędziowie, powołani przez Namiestnika, dbają, by to, co czarne nie przyćmiło tego, co białe. Są jak ogrodnicy, którzy plewią ogród.

Wspomnienie zanika, a otoczenie traci barwy. Jakby było z nim sprzężone. Wszystko staje się czarne. Migmar zaciska zęby. Zaciska dłoń na wodzach. Czuje, jak demon porusza się w nim. Czarne żyły pęcznieją. Skóra napręża się. Migmar wie, że to próba, której musi sprostać. Utrzymać go w sobie. Przyrzekał, że to zrobi.

Barwy wracają, ale są przytłumione. Tylko góra na horyzoncie staje się wyraźniejsza.

 

 

Kropla krwi

 

Kropla krwi jest czarna. Opada, ale Migmar ma wrażenie, że w ogóle się nie porusza. Że zatrzymała się w locie, zaraz po tym, kiedy go zaatakowali.

Jest ich czterech. Dał się zaskoczyć. Nie sądził, że będą tak głupi, by z nim walczyć. Ich zdolność do oceny musiała zostać przytępiona przez wiarę we własne siły. Bo trzeba przyznać, że są doświadczeni. Wystarczy spojrzeć na ich taktykę. Na zachowanie przed walką. Szybkość ruchów i precyzję. Wśród swoich są pewnie elitą. Z pewnością pokonali już niejednego Łowcę. Ale z kimś pokroju Migmara nie mogli się wcześniej mierzyć. Inaczej byliby martwi.

Świetliki. Czy Bracia Zakonu Światłych, jak sami siebie nazywali. Poznał ich po stroju. Białe płaszcze z kapturami, teraz nie nasuniętymi na głowy, jak mieli w zwyczaju. Wisior z symbolem oka, czerniący się kolorem karbonado. Na nogach szerokie, lniane spodnie wsunięte w buty. U boku szable, choć i tak walczyli głównie magią. Także jej ciemną odmianą, szczególnie znienawidzoną przez Sędziów.

– Chcemy tego, którego prowadzisz. Nie szukamy śmierci, ale będziemy walczyć, jeśli nam go nie oddasz – to były słowa, które usłyszał Migmar, gdy stanęli mu na drodze. Słowa tego, który im przewodził.

Potrafili nad sobą panować, choć po ich stężałych twarzach widać było niepokój. Otoczyli go, ale nie zanosiło się na to, że będą walczyć. Gdyby chcieli starcia, przybyłby cały oddział.

– Jeszcze możesz przyjąć Swiatło i dostrzec prawdę – perswadował przywódca. – To nie my występujemy przeciwko Bogu, ale Namiestnik. Ten, którego nazywasz Upadłym Sędzią nie stoi po żadnej ze stron. Oddaj go nam.

Znał ich doktrynę. Nie interesowała go. Zastanawiał się tylko, dlaczego przybyli po Upadłego Sędziego. Demona, którego pojmał. Przecież wszyscy znali jego czyny. Wiedzieli, że zasługuje na karę.

Gdyby nie zaatakowali, darowałby im życie. Ale zadali sobie zbyt wiele trudu, by teraz zrezygnować.

Kropla krwi opada. Jeszcze zanim dotyka ziemi, Migmar wykonuje ruch dłonią, jakby strzepywał wodę na ranę, którą mu zadali. To tylko draśnięcie, choć czar był silny. Skóra zamyka się. Łowca ciągnie wodze, a jego koń wspina się, stając w pomnikowej pozie. Migmar wyciąga miecz. Zakrzywione ostrze nie odbija światła. Zdaje się je pochłaniać, drgając jednocześnie jak miraż. Potem zatacza łuk i prowadzone ręką Łowcy powtarza ten ruch kilkakrotnie.

Kropla krwi popieli trawę. Uderza w ziemię. Pali ją. Słychać syk i zaraz potem krew krzepnie, zmieszana z glebą. Zastyga w skalnej grudzie. Staje się Kamieniem Dusz.

Kiedy kamień jest już nieruchomy, na ziemię padają konie. Rżą jeszcze, w ostatnim spazmie. Step drży od ich upadku. Siodła są puste.

Spopielone ciała jeźdźców wiatr niesie w stronę Góry Sądu.

 

 

Czarny marmur

 

– Żeby zostać Łowcą, poświęciłeś doczesność. Ale żeby pokonać Upadłego Sędziego, musisz poświęcić cząstkę ian.

Znów wspomnienia. Głos Namiestnika. Kalejdoskop pamięci obraca się, wyświetlając obrazy synchronicznie. Namiestnik i namaszczenie. Ojciec i kolejna lekcja.

– Jest wiele światów, ale jeden Bóg. – Ojciec Migmara siedzi w pozycji lotosu. Jego słowa rezonują pod czaszką syna. – Bóg jest obecny, ale nie uczestniczy w naszym życiu, tak, jak my nie uczestniczymy w życiu mrówek. To dlatego na każdym ze światów jest Namiestnik, który go reprezentuje.

Namiestnik stoi przed nim. To już inny dzień i inne miejsce. Są w Sali Rytuałów. Owalnej komnacie z białego marmuru. Pełne zdobień i rzeźb ściany zasklepiają się nad nimi złoconą kopułą. Jej środek jest dokładnie nad ich głowami. Przez umieszczony tam otwór wpada smuga słońca.

Migmar czuje ciepło bijące od Namiestnika. Jakby siedział przy rozgrzanym piecu. Jakby trzymał w dłoniach świeże podpłomyki. Klęczy, z opuszczoną głową. Ciało ma napięte. Niczym podczas Arqili, gdy z chłopca stawał się mężczyzną.

– Oddaję ci cześć – mówi. – Oddaję ci ian. Obdarz mnie swą mocą, bym starł na proch Upadłego Sędziego. Bym starł na proch Tego, Który Sieje Czerń.

Namiestnik zagłębia dłoń w trzymanej w ręce misie i namaszcza czoło Migmara olejem z ziela jenis. Pogromki, jak  nazywają je wiejscy zielarze.

Czoło Migmara czerwienieje. Po twarzy ścieka mu pot. Szczęka drży, a zęby stukają o siebie arytmicznie. Po chwili całe ciało porusza się nieskładnie w napadach dreszczy.

– Każde życie jest skończoną emanacją Mocy – tłumaczy Namiestnik. – Życie jednych trwa dłużej, tych Moc jest większa. Życie innych krócej, bo ich Mocy nie starcza na więcej. Poprzez namaszczenie pozwalam ci czerpać z Mocy twojego życia bez ograniczeń czasu. Jesteś teraz jak płomień lampy oliwnej, która może świecić długo lecz słabo lub eksplodować w krótkim przebłysku całej swojej siły. A tylko taka siła może sprostać temu, z kim pragniesz się zmierzyć.

Wspomnienie blednie, ale nie zanika. Migmar znów jest na stepie, jednak wokół niego rozciągają się marmurowe ściany Sali Rytuałów. Ciągną się w różne strony, jakby zaprojektowano je w pijackim widzie. Horyzont zlewa się z niebem i z nimi. W jego konturach niknie sylwetka Sottaw – Góry Sądu. To dlatego Migmar nie od razu to zauważa. A kiedy zdaje sobie z tego sprawę, wszystko znika i znów jest na pustej, stepowej drodze.

Ale przez moment widział biały marmur Sali Rytuałów, który stał się całkiem czarny.

 

 

Popiół i wiatr

 

Zbudowana z wapieni i dolomitów góra jaśnieje w słońcu, jakby ktoś poprawił jej kolor farbą. Na tym tle wlot do tunelu prowadzącego w jej czeluść przypomina dziurę wyciętą w obrazie. W jej cieniu czuć chłód. Jest przyjemny. Kojarzy się z chwilą wytchnienia po ciężkiej pracy. Mimo tego żadne zwierzę nie uwiło sobie tu legowiska. Żaden ptak nie zbudował gniazda na jej skałach. Jej szczyt i zbocza pozbawione są roślin.

Na miejscu Migmar zsiada z konia. Dotyka go. Smolista materia tej istoty przypomina skórę trupa. Mimo tego sprawia mu to przyjemność. Trwa tak przez chwilę, potem odrywa rękę i zaczyna ściągać rząd. Odpina każdy z elementów i odrzuca, nie dbając o nie. Nie spieszy się. Koń stoi spokojnie, jakby był prawdziwym zwierzęciem, które po długiej podróży szykuje się właśnie do odpoczynku. Gdy w końcu staje przed nim, nieskrępowany osprzętem, obaj trwają w bezruchu, naprzeciw siebie. Podmuchy wiatru targają końską grzywą. W końcu Migmar wykonuje skinienie głową.

Rumak rusza. Już po kilku susach jego sylwetka kruszeje. Rozwiewa się, jak piaskowa rzeźba podmyta przez falę. Czarny proch jeszcze przez moment zachowuje swój kształt. Po chwili jednak każda z drobin ulatuje w swoją stronę, by zaraz potem zupełnie zniknąć.

Migmar wchodzi do jaskini. W całkowitej ciemności jego oczy rozróżniają tylko zarys otoczenia. Korytarz jest wąski ale wysoki. Wygląda jak pęknięcie biegnące przez całą szerokość góry. Droga prowadzi prosto i trudno uwierzyć, że powstała w naturalny sposób. Migmar wie, że przemierza ją po raz ostatni.

 

 

Mandala i przysięga

 

Wnętrze korytarza staje się przezroczyste. Spod niego zaczynają prześwitywać inne obrazy. Jak spod ilustrowanej kartki, kiedy trzyma się ją pod światło. Migmar wciąż idzie na wprost i z każdym krokiem zbliża się do sceny, która wydarzyła się, gdy był jeszcze dzieckiem.

Widzi siebie. Małego chłopca, nierozumiejącego tego, co dzieje się wokół. W świątyni, która jest jego domem. Panuje tu popłoch. Spośród nerwowych szeptów, urwanych zdań, udaje mu się wyłowić trzy słowa, będące zapowiedzią katastrofy.

Upadły Sędzia nadchodzi.

Z odrętwienia wyrywa go czyjś dotyk. To Saktaw ciągnie go za rękę.

– Chodźmy stąd, dziecko. – Słyszy jego głos. To głos niemal tak bliski, jak głos jego ojca. Bliższy niż głos matki, którego nigdy nie poznał. – Musimy znaleźć Nimi – wyjaśnia.

Migmar nigdy jeszcze nie widział go w takim stanie. Jego ruchy są gorączkowe. W pośpiechu tracą swoją majestatyczność. Saktaw się lęka.

– Być może twój ojciec ma rację – odzywa się, gdy ruszają – ale ja nie mogę pozwolić, by to się tak skończyło. Jestem waszym opiekunem…

Jego dłoń zaciska się na dłoni Migmara. Ciągnie jego rękę trochę za mocno. Biegną korytarzami a przemierzający jaskinię Łowca idzie tuż za nimi.

– Twój ojciec uważa, że Sędzia, nawet, jeśli odwrócił się od swoich powinności, wciąż wypełnia plan Boga. Dowodem na to ma być to, że inni Sędziowie nie próbują go zniszczyć. Dlatego Twój ojciec ufa, że nikomu z was nie stanie się nic złego. Ale ja musze was stąd wyprowadzić. Nawet wbrew jego woli.

Na ich drodze pojawiają się inni. Mijają ich biegiem, z wyrazem trwogi na twarzy, lub siedzą w pozycji lotosu, pogrążeni w ostatniej modlitwie.

Słychać krzyki. Dopiero teraz chłopiec uświadamia sobie, co naprawdę znaczyły pełne strachu wzmianki o wojnie, powtarzane od lat w murach świątyni. O wojnie, która zbliża się do ich bram. Wojnie z Upadłym Sędzią.

Nagle czują wstrząs. Tracą równowagę. Z sufitu opada pył i fragmenty kamienia. Korytarz wali się w chwili, gdy wybiegają z niego na perystyl. Oślepia ich łuna. Niebo ma kolor zachodzącego słońca, a przecież jest noc. W powietrzu unosi się swąd. Omijają przewrócone kolumny i biegną w kierunku dziewczynki.

Nimi siedzi na środku dziedzińca. Płacze. Jej spojrzenie jest nieobecne. Przed nią mieni się jaskrawymi barwami mandala.

– Nimi! – krzyczy Saktaw. W tym samym momencie jakaś nieokreślona siła zaczyna zmierzać w ich stronę. Wyrzucone w górę fragmenty budynku znaczą jej drogę. Fala powietrza, która ją poprzedza, zwala ich niemal z nóg. Mandala rozsypuje się.

– Posłuchaj – Saktaw klęka i ściska ramiona Migmara. – Otworzę teraz portal, a ty przez niego przejdziesz. Nimi pójdzie za tobą. Musisz to zrobić szybko, bo nie starczy mi siły, by go utrzymać dłużej. Ani by go otworzyć ponownie.

Opiekun woła Nimi jeszcze raz. Ta nie reaguje. Jednocześnie sięga za pazuchę, ze schowanej tam sakwy nabiera garść nasion nbi i usypuje z nich linię na grabionych kamieniach ogrodu. Szepcze coś niezrozumiale dla Migmara i po chwili w jej miejscu staje prostokąt drgającego powietrza.

– Uciekaj! – krzyczy Saktaw i zrywa się. Widząc, że chłopiec nie reaguje, wpycha go prosto w przejście. Potem biegnie do Nimi.

Migmar traci równowagę, ale nie upada. Odwraca się. Jest w innym miejscu i tylko przez portal widzi swojego opiekuna. Saktaw podrywa Nimi i biegnie w jego stronę, niosąc ją na rękach. Migmar czuje smród palonego ciała, gdy siła, która ciągnęła w ich stronę dosięga tę dwójkę. Widzi ciało siostry, palone na proch. Rozsypującą się twarz opiekuna.

Potem przejście zamyka się, a Migmar poprzysięga zemstę.

 

 

Ten, Który Sieje Czerń

 

Na końcu korytarza mrok blednie. Wychodzi się z niego do wielkiej groty, wysokiej niemal jak sama góra i zwieńczonej kraterem, przez który wpada światło słońca. Przez chwilę jest oślepiające. Na środku sali czernieje dziura, będąca drogą do Otchłani.

Migmar staje na jej krawędzi. Słup światła wpadającego przez krater zdaje się nie dotykać czerni. Otwór wygląda przez to bardziej na narysowany niż na prawdziwą czeluść.

Demon jest spokojny i to budzi w Migmarze niepokój. Właśnie tutaj każdy z duchów, które unicestwił walczyły najmocniej. Właśnie w tym miejscu jego żyły zawsze pęczniały, pulsowały spazmatycznie, nierzadko rozrywając skórę. Teraz, gdy wyciąga zza pasa sztylet i przykłada do nadgarstka, nie dzieje się nic. Jakby był pusty. Ale demon jest w nim. Czuje go.

Cięcie jest pewne. Ciągnie się aż do zgięcia łokcia. Skóra otwiera się i pióropusz czarnej krwi bryzga w górę. Plami twarz Łowcy, gdy ten powtarza ruch na drugiej ręce. Czyni to bez wahania, choć wie, że tym razem te rany się nie zasklepią.

Ostrze opada z brzdękiem a wokół unosi się zapach nagrobnych kwiatów. Jest mdlący. Krew ścieka po twarzy Łowcy i ten musi zamrugać, by odzyskać widzenie. Kiedy tak się staje, dostrzega coś, czego się nie spodziewał. Krew nie opada. Skręca się nad Otchłanią, niczym dym z fajki nabitej mlekiem z kwiatów kunari. A przecież powinna przelać się prosto w dół. Niemożliwe jest, by miała przez krater  ulecieć drogą ku przebaczeniu. Winy demona ważą zbyt wiele.

Wzrok Migmara staje się przytępiony. Otoczenie traci barwy i Łowca widzi w końcu tylko czerń i biel. Jak Sędzia. Jednak wszystko wokoło zabarwione jest na opak. Czarne skały. Czarne światło. Biała krew.

Łowca widzi siebie i widzi przez siebie. Jego postać też jest czarna. Jakby nie pochodziła od Boga. Zaczyna pojmować. Zdaje sobie sprawę, że Sędzia musiał zrozumieć to wcześniej. Dlatego pogodził się z losem.

Migmar łamie najważniejszą z zasad. Odzywa się do demona.

– Kto nauczył cię widzieć barwy w ten sposób? – pyta.

W uszach słyszy szum. Głos, który do niego dociera wydaje się dobiegać spod wody. Rezonuje ze wzrastającą intensywnością, aż wybucha pod sklepieniem czaszki:

– TEN, KTÓRY CIĘ NAMAŚCIŁ.

Nagle Migmar wyczuwa obecność kogoś jeszcze. Emanacja Namiestnika jest bezcielesna. Fragmentaryczna. Jakby znalazła się tu tylko część jego woli. Wystarczająca jednak, by cisnąć w dół krew unoszącą się nad Otchłanią.

 

 

Ziarno piasku

 

Nie ma już obrazów. Tylko głosy. Najpierw płacz. Niemowlęcy. Jego lub innego dziecka, leżącego przy nim. Później wymiana zdań. Sprzeczka dorosłych, którą tylko wprawne ucho potrafi odróżnić od zwykłej rozmowy.

Czy możliwe jest, by zapamiętał coś z pierwszych miesięcy życia? Kiedyś ojciec tłumaczył mu:

– Wszystko, co przeżywamy, co widzimy i słyszymy, jest jak ziarna piasku, którymi sypiemy mandale. Nie widzimy ich samych, ale one tam są. Wystarczy się pochylić, by dostrzec każde z osobna. Podobnie jest ze wspomnieniami. Przy odpowiednim skupieniu każde z nich może do nas wrócić.

Czy to właśnie dzieje się teraz?

Ton jego ojca przypomina mu karcące wykłady:

– Z całym szacunkiem, Namiestniku – mówi. – Przez całą moją skromną służbę nigdy nie sprzeciwiłem się żadnej z twoich decyzji. Dziś jednak muszę to zrobić. Tylko Bóg może żądać od nas, byśmy poświęcili cząstkę ian. Jest to poświęcenie zbyt duże, bym uwierzył, że może żądać tego za twoim pośrednictwem.

– Pośredniczyć jego woli jest moją powinnością, czyż nie?

Ojciec Migmara milknie. Czas, który upływa do jego odpowiedzi, w rzeczywistości mógł trwać tylko chwilę. Teraz jest niepoliczalny.

– Boski pierwiastek, który jest w nas – mówi w końcu – nie może zostać nam odebrany. Bez niego przestaniemy należeć do Pana. Ten zaś, który by miał go posiąść w zamian, stanie się zbyt potężny, by równowaga w naszym świecie mogła być utrzymana. Doprowadzenie do tego uważam za czyn nie pochodzący od Boga.

Tym razem to Namiestnik waży słowa.

– Rozczarowałeś mnie – stwierdza. Ostro. – Uznajmy tę rozmowę za skończoną. Przybyłem tutaj, by powołać jednego z twoich synów na Sędziego. I zrobię to, pomimo twojej zniewagi. Jednak nie mogę puścić jej w zapomnienie. Jest ona zbyt dotkliwa. Dlatego sprawię, byś poznał, jak krucha jest równowaga, której w swych mylnych osądach tak bronisz. Byś poznał czyny niepochodzące od Boga. Czyny dokonane rękami twych dzieci. I wszystko to będziesz musiał przyjąć na swoje barki.

Wspomnienie urywa się. Czucie zanika.  Migmar nie jest już w stanie przeżyć żadnego z uczuć, które powinny teraz rozrywać jego ciało. Nie ma już ciała. Po chwili nie ma już nawet tej myśli.

 

 

Koniec

Komentarze

Może zacznę od tytułu, bo to on mnie tutaj przyciągnął ;) Niestety, reszta raczej rozczarowała :(

 

Jakiś pomysł niewątpliwie był, ale do mnie nie trafił. Kawałek o kropli krwi nawet ładnie upięty, ale poza tym wykonanie niezbyt dobre. Mnóstwo razy powtarzasz “jest”, szczególnie we fragmencie “ Czarny marmur “.

Kilka błędów pozwoliłam sobie napisać, mam nadzieję, że wskazania okażą się przydatne ;)

 

Kamień, do którego przywarł plecami [+,] jest gorący.

Może i zbieranie Kamieni Dusz jest wbrew prawu, ale Łowcy mają przecież ważniejsze rzeczy na głowie niż łapanie zbieraczy takich, jak Aramza.

Kary, o jednolitym namaszczeniu.

Namaszczenie to sakrament ;) Chyba raczej umaszczenie ;)

 Na sobie ma tylko szerokie spodnie z lnu i skórzane buty.

Łowca oddala się[+,] a Aramza wciąż siedzi na mokrej, stepowej ziemi, która jeszcze przed chwilą była sucha.

 

Ich zdolność do oceny musiała przytępić wiara we własne siły.

A nie na odwrót, że to ich wiara przytępiła zdolność do oceny?

 

 

Żaden ptak nie zbudował gniazda na jej skałach. Jej szczyt i zbocza pozbawione są roślin.

 

Hmmm… Ładne, egzotyczne, ale nie do końca do mnie trafiło. Jakby za mało konkretów, za dużo poetyckich opisów. Najpierw pokazujesz Aramzę, wdajesz się w dość szczegółowe analizy stanu jego ducha, a potem facet znika. Okazuje się, że jest tylko obserwatorem. IMO, znaki z tej części można było lepiej spożytkować.

Babska logika rządzi!

No cóż, to jedno z tych opowiadań, o którym muszę powiedzieć, że jest ładnie napisane, ale którego treść, niestety, nijak nie potrafi mnie zaciekawić.

 

To, co wcze­śniej brał za miraż jest drga­ją­cą aurą, jaka go ota­cza.To, co wcze­śniej brał za miraż jest drga­ją­cą aurą, która go ota­cza.

 

Pa­la­czy mleka z kwia­tu ku­na­ri, ja­kich wi­dy­wał cza­sem w por­to­wych knaj­pach.Pa­la­czy mleka z kwia­tu ku­na­ri, których wi­dy­wał cza­sem w por­to­wych knaj­pach.

 

że plą­ta­ni­na czar­nych żył, jakie się pod nią ry­su­ją… – …że plą­ta­ni­na czar­nych żył, które się pod nią ry­su­ją

 

– Dla­cze­go wy­rzą­dzi­łeś krzyw­dę Nimi? – to głos jego ojca. – – Dla­cze­go wy­rzą­dzi­łeś krzyw­dę Nimi? – To głos jego ojca.

 

Białe płasz­cze z kap­tu­rem, teraz nie na­su­nię­tym na głowy, jak mieli w zwy­cza­ju.Białe płasz­cze z kap­tu­rami, teraz nie na­su­nię­tymi na głowy, jak mieli w zwy­cza­ju.

Chyba że mieli cztery płaszcze z jednym kapturem, który zazwyczaj nasuwali na cztery głowy.

 

Wi­sior z sym­bo­lem oka, czer­nią­cy się ko­lo­rem kar­bo­na­du.Wi­sior z sym­bo­lem oka, czer­nią­cy się ko­lo­rem kar­bo­na­do/ karbonada.

 

Mig­mar wy­cią­ga miecz. Za­krzy­wio­ne ostrze nie od­bi­ja świa­tła. – Czy miecze mają zakrzywione ostrza?

 

Koń stoi spo­koj­nie, jakby był praw­dzi­wym zwie­rzę­ciem, który po dłu­giej po­dró­ży szy­ku­je się wła­śnie do od­po­czyn­ku. – Zwierzę jest rodzaju nijakiego, więc: …zwie­rzę­ciem, które po dłu­giej po­dró­ży

 

Gdy w końcu staje przed nim, nie­skrę­po­wa­ny osprzę­tem, oboje trwa­ją w bez­ru­chu… – Natomiast tutaj piszesz o koniu, a koń jest rodzaju męskiego, więc: …obaj trwa­ją w bez­ru­chu

 

W cał­ko­wi­tych ciem­no­ściach jego oczy roz­róż­nia­ją tylko zarys oto­cze­nia.W cał­ko­wi­tej ciem­no­ści jego oczy roz­róż­nia­ją tylko zarys oto­cze­nia.

Chyba że było tam kilka ciemności.

 

Wy­glą­da jak pęk­nię­cie bie­gną­ce przez całą sze­ro­kość góry. Droga bie­gnie pro­sto… – Powtórzenie.

 

– Chodźmy stąd, dziecko – słyszy jego głos.– Chodźmy stąd, dziecko.Słyszy jego głos.

 

Jed­nak wszyst­ko w około za­bar­wio­ne jest na opak.Jed­nak wszyst­ko wokoło za­bar­wio­ne jest na opak.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zgadzam się z poprzedniczkami. 

Dziwna maniera bardzo krótkich zdań, miejscami wręcz nienaturalnie krótkich. Nieodkrywcza filozofia. Brak mocnego osadzenia w świecie. Ale czytało się bardzo dobrze, nie miałam do czego się przyczepić, przeszłam przez opowiadanie szybko i z przyjemnością. Ocena między cztery a pięć, więc niestety nie kliknę na górze, bo pośredników nie ma.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Regulatorzy, odpuściłabyś trochę z tym zastępowaniem jakości "którościami", bo przesadzasz :/

To, co wcześniej brał za miraż jest drgającą aurą, jaka go otacza.To, co wcześniej brał za miraż jest drgającą aurą, która go otacza. – – – Jaka aura go otacza? Drgająca. Wszystko ładnie.

że plątanina czarnych żył, jakie się pod nią rysują… – …że plątanina czarnych żył, które się pod nią rysują… – – – Sytuacja podobna jak wyżej.

 

Białe płaszcze z kapturem, teraz nie nasuniętym na głowy, jak mieli w zwyczaju.Białe płaszcze z kapturami, teraz nie nasuniętymi na głowy, jak mieli w zwyczaju.

Chyba że mieli cztery płaszcze z jednym kapturem, który zazwyczaj nasuwali na cztery głowy. – – –

Czyli że mieli cztery płaszcze z kilkoma kapturami każdy… Zgadzam się, że po korekcie zdanie wygląda znacznie lepiej, natomiast argument jest taki sobie. W podobnych sytuacjach nie ma jednoznacznej reguły. Rozważ na przykład: "Niech wszyscy dotkną lewą ręką prawej nogi".

 

W całkowitych ciemnościach jego oczy rozróżniają tylko zarys otoczenia.W całkowitej ciemności jego oczy rozróżniają tylko zarys otoczenia.

Chyba że było tam kilka ciemności. – – –

Tak też jest dobrze.

A jak policzyłaś, że była jedna? ;) Mniejsza z tym. To kwestia percepcji pojęcia. Dla kogoś między każdą parą palców rozciąga się inna ciemność i ktoś taki celnie (i poprawnie) opisze swoje doświadczenie, mówiąc, że znajduje się w ciemnościach.

Ta płynność gramatyczna nie powinna dziwić w przypadku słów, które opisują trudne do uchwycenia substancje.

Gdybym miał się w tym miejscu do czegoś przyczepić, to do tego, że w całkowitych ciemnościach oczy Migmara rozróżniają cokolwiek.

 

– Chodźmy stąd, dziecko – słyszy jego głos. – – Chodźmy stąd, dziecko. – Słyszy jego głos. – – –

Podkreślone zdanie, zaplanowane jako uzupełnienie kwestii dialogowej w ramach konkretnej składniowej całości (zdania złożonego), nie ma racji bytu w didaskaliach. Jeśli uznamy, że koniecznie trzeba to zapisać inaczej, można na przykład tak:

Słyszy jego głos:

– Chodźmy stąd, dziecko.

 

*

 

Jeżeli chodzi o treść opowiadania, mam taką samą opinię jak Finkla, z tym że nie przeszkadzają mi opisy.

 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dobrze, Jerohu, że trwasz na posterunku i potrafisz delikatnie dać do zrozumienia, że co za dużo, to niezdrowo. Masz rację, rozpanoszyłam się ponad miarę i chyba przyszła pora bym powściągnęła swoje zapędy. Posłucham Twojej sugestii i odpuszczę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ty to piszesz poważnie czy żartujesz sobie? ;) Nie przeginaj z samokrytycyzmem ;) Z posterunkiem to daj spokój. Owszem, czuję potrzebę poprawiania poprawiaczy, jednak ulegam jej tylko czasem. Sorry, ale błędne lub niepotrzebne poprawki trochę mnie irytują, a drobne błędy i odstępstwa od standardu w opowiadaniach – właściwie wcale. Tak już mam.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Owszem, Jerohu, poważnie. Przeczytałam Twój post i nie miałam wrażenia, byś napisał go dla żartu, więc i mnie nie wypadało żartować.

Czy przesadzam z samokrytycyzmem? Nie sądzę. Zdaję sobie sprawę z własnych niedoskonałości, choć może nie zauważałam nadgorliwości.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W takim razie miło mi, że nie zostałem źle zrozumiany :)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

A ja cieszę się, że wyznanie zostało dobrze przyjęte. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A mnie się bardzo podobało.

Czytało mi się świetnie, w jednym miejscu zatrzymał mnie brak przecinka i tyle, ale to też nie na długo ;)

Wciągnęło mnie.

Dla mnie to jest ciekawe opowiadanie, skończone, spójne.

I wpisuje się w temat konkursu ;)

Naprawdę miło spędziłam tu czas :)

Znam tylko pięć liter ;)

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jak mawiał cesarz Józef w “Amadeuszu”: “Za dużo nut”.

Chodzi przede wszystkim o postaci. Prolog, wprowadzający bohatera z zewnętrznej perspektywy byłby dobry w powieści. W krótkiej formie, jeżeli już, lepiej byłoby zostawić tylko jednego zbieracza. Potem pojawiają się ojciec, siostra, namiestnik, zły sędzia – i starczy. Świetliki i wyskakujący nagle w połowie tekstu opiekun już wprowadzają zamieszanie. SPOILER. Do tego kiedy zakonnicy mówią, że Migmar już uwięził Upadłego Sędziego to zaczynam się domyślać o co chodzi, przestaję oczekiwać na konfrontację. Wolałbym być bardziej zaskoczony wydarzeniami w jaskini.

Z liczbą postaci, wiąże się stopień komplikacji świata. Też chyba za dużo, jak na krótkie opowiadanie. Choć, na przykład, pochodzenie kamieni dusz fajne.

Narracja, jak dla mnie, całkiem udana.

Witaj!

Fajny tytuł. Sam początek też mi się spodobał.

Później jednak wszystko podryfowało w nie do końca jasne opisy/wspomnienia. O ile przy powieści autor może mnie tak od czasu do czasu pognębić o tyle jak na jedno opko, było tego za dużo. Zmęczyłem się w trakcie czytania kolejnych wspomnień mieszających się coraz bardziej z rzeczywistością.

Na pewno należy się plus za pomysł i ciekawą formę narracji teraźniejszej z krótkimi zdaniami. Na szczęście, dodały trochę dynamiki.

Pisałem, że spodobał mi się sam początek ale tych dwóch bohaterów, na których poświęciłeś trochę miejsca, okazało się że tylko próbowało mi przybliżyć jak funkcjonuje ten świat. Cały czas miałem odczucie, że 3/4 tekstu opisuje jak funkcjonuje ten świat. Na moje pomysł i świat przerosły tekst na 20k znaków. I jakby nie zostało zbyt wiele na akcję.

Oczywiście to tylko moje odczucia. Może to miał być taki klimat opowiadania ale mnie przygniótł.

Za to widać , że autor wprawny. Podchodzi mi to pod twórczość Małego Słowika.

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Chyba w tym konkursie wszyscy się uparli, żeby stworzyć coś albo trudnego do zrozumienia, albo źle napisanego… (Z paroma wyjątkami oczywiście).

To opowiadanie jest napisane prawie bardzo dobrze. Bardzo dobrze, bo czuję, że Autor potrafi pisać. A “prawie”, bo czuję, że Autor mniej radzi sobie z korektą. Głównie problemy z zaimkami, ale też trochę innych. Wymieniać nie będę, skoro Autor nie raczy odpowiedzieć czytelnikom na komentarze. 

Tworzysz własny świat, Anonimie, ale nie idziesz na kompromisy.  Wręcz przeciwnie. Cobold nie do końca dobrze to ujął – nie chodzi tu o nadmiar nut, tylko o nadmiar instrumentów, na których grasz różne partie. I nie wiem, na której się skupić. Osobno wydają się brzmieć fajnie, ale połączone… no nie do końca to łapię. Szkoda. Naprawdę były tu niezłe motywy. 

Tytuł świetny.

Jeszcze raz podkreślę, że spodobał mi się sposób napisania. Mam nadzieję, że to milczenie to dla lepszego zachowania anonimowości i że później się ujawnisz, bom ciekaw, kto się za tym tekstem kryje ;)

Więcej w tym tekście widzę poezji i wspomnień, niż aktualnej akcji. Lubię podziały na tytułowane rozdziały, potrafią one zdziałać cuda. Jednak tu zlało mi się wszystko i szybko pomieszało. Może to przez jednolitą narrację? Gdyby wspomnienia wyróżnić czasem przeszłym? Tak sobie gdybam…

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wielkie dzięki za przeczytanie i cenne uwagi, dodawane nawet pomimo milczenia autora.

funthesystem słusznie domniemywał z nadzieją, że milczenie wynika nie z bucowatości, a właśnie z anonimowości. Uznałem, że skoro autor ma się nie ujawniać, nie powinien też udzielać się pod swoim tekstem. Teraz ja z kolei mam nadzieję, że, nawet jeśli było to wzięte za złe, ostatecznie zostanie puszczone w niepamięć.

 

@ lenah – dzięki za korektę i opinię. To, z czym się zgodziłem zostało poprawione (w tym jedna rzecz właśnie przed chwilą, bo dopiero teraz zrozumiałem, na czym polegał błąd i była to chyba jedyna rzecz, której nie uwzględniłem w poprawkach po Twoim komentarzu).

 

@ Finkla – wielkie dzięki za ocenę. Dała mi ona do myślenia, a późniejsze komentarze dokładnie wykazały, na czym polegała słabość tekstu.

 

@ regulatorzy – ukłony za korektę i poświęcony na nią czas. Dzięki za przeczytanie i opinię. Wydaje mnie się, że w poprawkach uwzględniłem każdą rzecz, którą wymieniłaś. Jeśli tak się nie stało, musiałem mieć swoje powody, których teraz już nie pamiętam.

 

@ c21h23no5.enazet – wielkie dzięki za przeczytanie i bądź co bądź wysoką notę.

 

@ jeroh – wielkie dzięki za przeczytanie i korektę, jak również za wybronienie niektórych fragmentów, które zostały napisane intencjonalnie tak, jak były – w zdecydowanej mniejszości, ale jednak były. Ostatecznie chyba większość poprawiłem tak, jak sugerowała regulatorzy, przez wzgląd na czas poświęcony również na korekty moich innych, wrzuconych tu tekstów. Bo skoro w niektórych przypadkach i tak i tak jest dobrze, to zakładam, że jednak w jej wersji jest lepiej, o ile nie mam silnego przeświadczenia, że jest jednak inaczej, a tutaj nie miałem.

 

@Anet – Bardzo się cieszę, że tekst przypadł Ci do gustu. Dziękuję za wrzucenie go w temat z nominacjami do biblioteki.

 

@cobold –  wielkie dzięki za wnikliwą analizę. W sumie Twój komentarz jako pierwszy pozwolił mi zrozumieć, co poszło nie tak. Dzięki też za czas poświęcony na przeczytanie.

 

@Mytrix – dzięki za przeczytanie i opinię. Cieszę się, że znalazłeś w tekście elementy, które przypadły Ci do gustu. Co do ekspozycji bohatera – chciałem zobaczyć, jak to wyjdzie, ale skoro jesteś już drugą osobą, która uważa, że wyszło nie najlepiej to coś musiało pójść nie tak. Choć bardziej skłaniam się do tego, że realizacja niż sam pomysł.

 

@ funthesystem – wielkie dzięki za przeczytanie i uwagi, które dopełniły to, co wyjaśniał mi cobold. Dopiero po Twoim komentarzu wszystko stało się już jasne w pełni. Już nie pierwszy raz zauważam, że z krótkimi formami mam taki problem, że pakuję w nie intrygę na coś o wiele bardziej obszernego i wychodzi z tego pokaz slajdów prezentowany przez osobę z Parkinsonem, która spieszy się, by ze wszystkimi zdążyć, przez co nawet nie wyświetli jednego, już pakuje drugi. Potrzeba więc albo więcej czasu, albo mniej slajdów. I nad tym muszę pracować.

 

@ śniąca – wielkie dzięki za przeczytanie, opinię, a przede wszystkim za zorganizowanie konkursu. Było mi bardzo przyjemnie wziąć w nim udział.

 

pzdr,

p.

Nowa Fantastyka